Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


angielskiej Gambji. Kilkanaście mil płynęliśmy szeroką, chociaż niegłęboką rzeką Gambją. Bathurst — małe, schludne miasteczko, ślicznie wygląda na tle palm kokosowych, olbrzymich „serowców“ (Eriodendron anfractuosum), o konarach, tworzących grzebienie, a nadających drzewu nadzwyczajną moc, baobabów (Adansonia digitata), drzew „kola“ (Sterculia kola) i t. d. Od strony rzeki szereg zabudowań europejskich — sklepy, biura, dom gubernatora, komora celna, prywatne wille. Podczas wielkiego upału przebiegamy miasto, chcemy pić, wypocząć w cieniu. Próżna nadzieja! żadnego hotelu, żadnej restauracji lub kawiarni znaleźć nie mogliśmy. Bathurst to miasteczko dla stałych mieszkańców, którzy mają swój „home“, więc hotelów i restauracyj nie potrzebują. A — przejezdni? Nic nie mają tu do roboty. Kto zaś prowadzi interesy, ten powinien mieć znajomych, aby mógł gdzieś stanąć, zjeść obiad, wypić szklankę zimnej soda-whisky.
Ludność dostatnia, tubylcy wytresowani, używający sportu, sądząc z tego, że widziałem gołonogich dżentelmenów, grających z wielkim zapałem w foot-ball i w tennisa. Życie tu widocznie oddawna zorganizowane, a praworządna ludność cieszy się dobrobytem i zdrowiem.
Widziałem tu przykład zaszczepienia angielskiej praktyczności tubylcom. Mówię żartem w danym wypadku. Spotkaliśmy już za miastem wpobliżu szpitala Czerwonego Krzyża małe murzyniątko, czarne jak tajemniczy posążek nieznanego bożka, wesołego „gri-gri“. Widocznie pomagał matce w gospodarstwie, nosząc