Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


liśmy na brzegach Baulé coniemiara. Całe ścieżki, podobne raczej do głębokich rowów, szły od rzeki w głąb brussy, dokąd wędrują po nocy hipopotamy na paszę.
Zdziwiło nas to narazie ogromnie, gdyż rzeka w tym okresie roku była prawie wyschnięta, płynęła wąskiemi potokami wśród kamieni łożyska i zaledwie w paru miejscach miała głębszy nurt. Tu właśnie trzymały się olbrzymy, poszukiwane przez nas.
Tak myśleliśmy, lecz zapytany o to nasz główny tropiciel — bezczelny drab — Faramusa Keita energicznie temu zaprzeczył i wszelkiemi sposobami starał się nas od rzeki odprowadzić, kusząc nas polowaniem na duże antylopy. Gdy jednak nastawaliśmy na wskazanie nam miejsca, gdzie przebywają o tej porze roku hipopotamy, oznajmił, że w tem polowaniu żadnego udziału brać nie może, gdyż „mali“ czyli hipopotam, jest jego „totemem“ — przodkiem w prostej linji!
Wściekli byliśmy na tego draba bez sumienia i czci.
O, niech żaden myśliwy nie bierze sobie za przewodnika Faramusa Keita!
Jest to jedyna zemsta, jakiej dokonać mogę na tym murzynie z rodu hipopotamów.
Kazałem mu więc iść do obozu, ja zaś z operatorem poszliśmy brzegiem Baulé, wypatrując hipopotamy.
Pierwszy go dojrzał operator, gdy potwór z pluskiem wynurzył głowę z wody i z głośnem parsknięciem wyrzucił z potężnej piersi wodę.
Zaczęliśmy skradać się do niego, chodziło nam bowiem nie tyle o strzał do niego, ile o sfilmowanie