Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i grupują tuż nad brzegami, za niemi zaś stoi murem dżungla wysokich traw i kolczastych krzaków.
Zaledwie gdzie niegdzie wybuja wysoko pozbawiony o tej porze roku liści olbrzymi baobab lub cieszy wzrok nagle drzewo kapokowe o kwiatach do krwawego rostbefu podobnych.
Brussa jednak dożywa już ostatnich dni.
W nocy stoi nad nią łuna i szaleją szkarłatne złośliwe języki płomieni, w dzień cały horyzont pokrywają obłoki żółtego dymu. Murzyni palą „brussę“ i zdaleka widać stada ptaków, latających w dymie, a nad niemi zawieszone pod obłokami czyhają na trupy ptactwa i drobnych zwierzątek sępy (Gyps Rupelli), jastrzębie, a nawet dumne i śmiałe orły-rybaki (Haliaetus vocifer).
Za Sigiri krajobraz zmienia się zupełnie. Znikają bez śladu pagórki i lasy, a za drzewami, otaczającemi brzegi Nigru, ciągnie się płaszczyzna, coraz częściej piaszczysta.
Nieraz zrywa się wiatr od SE. Znam go z północy Afryki. Tam go Maurowie nazywają „simun“ (Europejczycy — samum lub sirokko), a tu — tornado. W dzień mieliśmy dość znaczne upały, noce zaś nieraz dość zimne. Tajemnicze są te noce afrykańskie!
Niebo czarne, pełne gwiazd, które zwisają, zdaje się, zupełnie nisko. Woda czarna, co chwila wzburzana przez pluskające duże ryby lub stada małych, uciekających od pościgu niewidzialnego wroga.
Brussa stoi nieruchoma, milcząca i zagadkowa. Być może, że czeka, aż szalejący daleko na horyzoncie pożar dojdzie do niej i w mgnieniu oka pochłonie ją bez śladu, pozostawiając tylko trochę węgla i białe plamy