Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


terze krajobrazu. Ta sama żółta, spalona przez słońce i ludzi brussa, te same zielone oazy drzew karite i nagie, potworne baobaby. Tak samo spotyka się lekkie, pełne wdzięku antylopy, stada różnego ptactwa dzikiego, tak samo czai się w dżungli lew i lampart, a po nocach śpiewa gdzieś woddali „słowik afrykański“ — ponura hiena, tak samo wszędzie znajdujemy gościnne przyjęcie i widzimy ludność czarną, ludność różnych szczepów, czyli, jak tu mówią, nie bez podstawy zresztą — ras; ludność bardzo pokojowo usposobiona, pozbawiona najmniejszych nawet, oprócz odżywiania się, potrzeb życiowych.