Strona:F. A. Ossendowski - Wśród czarnych.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


schody z głazów prowadziły do szczeliny, która u góry rozszerzała się w jaskinię, ukrytą za kamieniami i zwałami skał. Na jednym z głazów leżały niedojedzone resztki dużej antylopy. Nie wątpiliśmy, że ujrzymy wkrótce drapieżnika. Zaczęliśmy się więc ustawiać.
Mój operator zmontował swój kinoaparat, o który oparł karabin Mausera, stanąwszy naprzeciwko szczeliny. Ja ulokowałem się o jakieś dziesięć kroków od niego, stanąwszy w miejscu najdogodniejszem do strzału. Młody Bouys z jednym z murzynów wdrapał się na szczyt skały i, stanąwszy nad otworem, prowadzącym do jaskini, przygotował się do ciskania nadół kamieni, aby wystraszyć jej mieszkańców. Murzynów naszych i sławetnego Faramusa Keita postawiliśmy zboku za skałami, aby pierwszy atak nie był na nich skierowany.
Przy nas pozostał tylko boy, sympatyczny i usłużny młodzieniec.
Na dany sygnał p. Bouys rozpoczął bombardowanie jaskini. Głucho uderzały o jej dno staczające się kamienie i z warkotem biegły dalej, lecz lampart nie wychodził.
— Będę rzucał zapaloną trawę! — krzyknął nam ze szczytu skały p. Bouys, lecz po chwili, gdy już trzymał pęk płonącej słomy, zawołał:
— Widzę lwicę z dwoma małemi!
Sytuacja stawała się coraz bardziej zajmującą!
Lecz gdy murzyni posłyszeli te słowa, znikli bez śladu, jak kamfora; na ich czele zmykał Faramusa Keita. Z nami pozostał tylko boy. Stał niewzruszony, spokojny i gryzł orzechy arachidowe.