Mohikanowie paryscy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Mohikanowie paryscy
Podtytuł Powieść w ośmnastu tomach
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1903
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Mohicans de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS (Ojciec)

Mohikanowie Paryscy.
POWIEŚĆ W OŚMNASTU TOMACH.
Page941-1024px-PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu.jpg
TOM I.
Page941-1024px-PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu.jpg
GRÓDEK.
NAKŁADEM I DRUKIEM J. CZAIŃSKIEGO.
1903.






I.
Gdzie autor odsłania teatr, na którym ma się rozegrywać jego dramat.

Jeżeli czytelnik zechce odbyć ze mną pielgrzymkę ku dniom młodości mojej i zejść aż do połowy dni mojego życia, czyli cofnąć się o ćwierć wieku, to zatrzymamy się razem na początku roku pańskiego 1827 i opowiemy pokoleniom datującym z tej epoki, czem był Paryż fizycznie i moralnie w ostatnich latach Restauracji.
Zacznijmy od poglądu fizycznego na nowoczesny Babilon.
Od wschodu na zachód, idąc przez południe. Paryż w roku 1827 był prawie tem, czem i we dwadzieścia pięć lat potem.
Paryż z lewej strony rzeki jest z natury stagnacyjnym i dąży raczej do wyludnienia się niż zaludnienia; naprzekor cywilizacji, idącej ze wschodu na zachód, Paryż, ta stolica świata ucywilizowanego, idzie z południa na północ; Montrouge zagarnia Montmarte.
Jedyne rzeczywiste roboty wykonane na lewem brzegu pomiędzy rokiem 1827 a 1854. są: plac i wodotrysk Cuvier, ulica Guy-Lacrosse, ulica Jussieu, ulica Szkoły Politechnicznej, ulica Zachodnia, ulica Bonaparte, ambarkader Orleański i rogatki Maine, nareszcie, kościół świętej Klotyldy wznoszący się na placu Bellechasse, pałac Rady Stanu na placu Orsay i pałac ministerstwa spraw zagranicznych na placu Inwalidów.
Inaczej stało się na brzegu prawym, to jest na przestrzeni pomiędzy mostem Austerlickim i Jeńskim, wzdłuż podnóża Montmarte.
W roku 1827, Paryż zachodni rozciągał się w rzeczywistości tylko do Bastylji, a do tego cały jeszcze bulwar Beaumarchais czekał na zabudowanie, od północy rozlegał się tylko do ulicy Tour-d’Auvergne i Tour-des-Dames, a na zachodzie do szlachtuza Roule i alei Wdów.
Ale o przedmieściu świętego Antoniego rozciągającem się od Bastylji do rogatki Tronowej, o cyrkule Popincourt rozciągającym się od przedmieścia świętego Antoniego do ulicy Menilmontant, o przedmieściu Temple rozciągającem się od ulicy Menilmontant do przedmieścia świętego Marcina; o cyrkule Lafayette idącym od przedmieścia świętego Marcina do przedmieścia Rybackiego i t. d., ani jeszcze słychać nie było.
Przedmieścia, place, skwery, ulice, wyprowadziła z ziemi laska tego czarodzieja, który zwie się Przemysłem, by stanowiły orszak tym władczyniom handlu, które zwą się kolejami żelaznemi, jak Lyońska, Strasburgska, Brukselska i Hawrska.
W lat pięćdziesiąt, Paryż zapełni całą tę przestrzeń, która dziś stoi jeszcze pustą pomiędzy jego przedmieściami i fortyfikacjami, wtedy wszystko co jest przedmieściem, będzie Paryżem, a nowe przedmieścia wyciągną się ku wszystkim otworom tego olbrzymiego, murowanego gniazda.
Widzieliśmy czem w roku 1827 był Paryż fizyczny, zobaczymy teraz czem był Paryż moralny.
Karol X. panował lat dwa, pięć lat pan de Villele był prezesem rady, trzy lata wreszcie upłynęły, jak pan Delavau zastąpił pana Anglesa, tak mocno skompromitowanego w sprawie Maubreuil.
Król Karol X. był dobrym, miał serce zarazem słabe poczciwe, i pozwalał wzrastać obok siebie dwom stronnictwom, które mniemając, że go umocnią, przyprawiły o upadek stronnictwo „ultra“ i stronnictwo „księże.“ Pan de Villele nie tyle był mężem politycznym jak giełdowym, umiał on podnosić, poruszać, wzmagać fundusze publiczne — i na tem koniec.
Wreszcie osobiście uczciwy człowiek, przy wyjściu bowiem z ministerstwa finansów po latach pięciu, ubogim był tak jak kiedy wchodził, a miał przecie do czynienia z miljardami.
Pan Delavau był bez wartości indywidualnej, oddany całkowicie nie królowi ale podwójnemu stronnictwu, które działało w jego imieniu; naczelnik składu jego osobistego biura wymagał świadectw spowiedzi od urzędników a nawet od agentów, nikt nie został agentem policyjnym, kto się nie wyspowiadał na dwa tygodnie przed wejściem do służby.
Dwór był smutny, rozweselała go tylko młodzież, potrzeba dystrakcji i strona artystyczna, jaką odznaczał się charakter księżnej de Berry.
Arystokracja była niespokojną i rozdzieloną, część jej przywiązała się do pół-liberalnych tradycyj Ludwika XVIII., i utrzymywała, że spokój przyszłości polega na rozumnym rozdziale władzy między wielkie ciała państwowe: króla, izbę parów i izbę poselską; druga część rzucała się gwałtownie wstecz, chcąc związać rok 1827 i 1788; zapierała Rewolucji, zapierała Bonapartego, zapierała Napoleona i zdawała się nie chcieć znać innej podpory nad tę, na jakiej polegali Ludwik IX. ich protoplasta i Ludwik XIV. ich pradziad, to jest prawo boże.
Mieszczaństwo było tem, czem jest po wszystkie czasy, miłowało porządek i obstawało za pokojem; pragnęło. zmiany a drżało, by zmiana jaka nie zaszła, wykrzykiwało, przeciw gwardji narodowej, przeciw przykrościom służby, a szalało ze złości, kiedy w roku 1828 gwardję narodową zniesiono.
Słowem, szło za pogrzebem generała Foy, przyjmowało stronę Gregoirea i Manuela, dawało podpisy na wydawnictwa Touqueta i miljonami rozkupywało tabakierki à la Charte.
Lud stał otwarcie po stronie opozycji, sam nie wiedząc jasno czy był bonapartystą czy republikaninem, wiedział tylko, że Bourbonowie weszli do Francji za Anglikami, Prusakami i innemi narodami sprzymierzonemu.
Owóż nienawidząc anglików, prusaków i całej falangi, nienawidził za jedną drogą Bourbonów, i oczekiwał tylko, chwili pozbycia się ich.
Wszelki nowy spisek witano okrzykami; Diedier, Berton, Carre, byli w oczach ludu męczennikami, czterej sierżanci z Rochelli, bogami!
Teraz, kiedy po trzech kolejnych stopniach, zeszliśmy od króla do arystokracji, od arystokracji do mieszczaństwa, od mieszczaństwa do ludu, zstąpmy jeszcze jeden stopień niżej a znajdziemy się wśród tych nizin społecznych, oświeconych tylko blademi latarniami ulicy Jerozolimskiej.

Przenieśmy się na wieczór ostatniego wtorku z roku 1827.

II.
Obywatele Gościnnego Dworu.

Dzień najwyższego szału karnawałowego dobiegał ostatniej godziny; miała północ uderzyć.
Trzej młodzieńcy trzymając się pod rękę szli ulicą św. Dyonizego, dwaj pośpiewywali główne motywy z kadrylów, które słyszeli na balu w Kolizeum, gdzie przepędzili pierwsze godziny nocy, trzeci poprzestawał na przygryzaniu złotej gałki od małej laseczki.
Dwaj pośpiewujący mieli na sobie liberję karnawałową; przebrani byli za przekupniów Gościnnego Dworu. Trzeci, idący pośrodku, który zdawał się najstarszym a przynajmniej najpoważniejszym i głową przewyższał dwóch swoich przyjaciół, owinięty był w wielki płaszcz sukienny z kołnierzem aksamitnym, według ówczesnej mody; w taki sam płaszcz, jakie dziś spostrzegać tylko można na pierwszej karcie dzieł Chateaubrianda lub Bajrona. Ten wychodził z wieczoru artystycznego, który się odbywał przy ulicy św. Apolonji. Pod płaszczem miał spodnie czarne, obrysowujące kształtną łydkę, ze zgrabną stopą, ubraną w wykwintne lakierowane ciżemki; frak czarny zapięty pod szyją, z pod którego wyglądały tylko końce białej pikowej kamizelki; szyja jego poruszała się swobodnie w czarnym krawacie atłasowym, a głowa ozdobiona z natury wijącemi się w pukle włosami, okryta była płaskim kapeluszem, jednym z tych, które na balu noszono pod pachą a przy wyjściu nasadzano aż na uszy i nazywano szapoklakami.
Gdyby rzadcy przechodnie idący ulicą św. Dyonizego o tej godzinie, mogli uchylić płaszcz, którym okrywał się nieznajomy, przekonaliby się że całe to jego ubranie pochodziło niezawodnie od jednego ze słynnych krawców z bulwaru Gandawskiego i zrobionem było dla jednego z tych modnych młodzieńców, których jeszcze w owej epoce nazywano dandysami, a dziś nazywają nieco zużytem mianem lwów.
Jednakże ten co nosił to ubranie, nie zdawał się mieć pretensji do uchodzenia za eleganta, i w samej rzeczy, dość było nań spojrzeć, aby się przekonać, że nie był to człowiek ubiegający się za modą. Było w jego postawie coś takiego, co oznaczało zbyt wielką swobodę ruchów, by mogło stosować się do jednego z tych manekinów, niewolników fałdów i krawata, lub sztywności kołnierzyka. Ręce jego wreszcie, jak gdyby wzdrygając się tej eleganckiej przeszkody, przy wyjściu z wieczora czemprędzej pozbyły się rękawiczek, co dozwalało widzieć na wskazującym palcu u prawej ręki jeden z tych wielkich pierścieni zwanych „a la chevaliere,“ które zwykle służyły za pieczątki, nosząc na sobie albo osobistą dewizę, albo herb rodzinny.
Dwaj inni młodzieńcy stanowili szczególny kontrast z tem bajronicznem zjawiskiem. Przebrani jak powiedzieliśmy za obywateli z Gościnnego Dworu, w kaftany pluszowe z kołnierzami koloru wiśniowego, w spodnie atłasowe w kraty białe i niebieskie; owinięci w szale kaszmirowe, jeden w czerwony, drugi w żółty, w kapeluszach o długiem włosiu otoczonych girlandami z kamelij białych i czerwonych, po całem ciele przepasani różnokolorowemi wstęgami; z twarzą rozjaśnioną purpurą młodości, z ogniem w oczach, z radością na ustach, z weselem w sercu, dwaj ci młodzieńcy byli podwójnem wcieleniem wesołości francuskiej, obrazem tej radosnej przyszłości, a przyjaciel ich, ubrany czarno, mroczny jak przyszłość, zdawał się iść pobocznie, prowadząc kondukt pogrzebowy owej przeszłości.
A teraz, jakim sposobem zeszli się ci trzej ludzie, tak różni strojem i jak się zdaje, charakterem, i dla czego postępowali razem o tej godzinie po jednej z ulic przerzynających Paryż od bulwaru św. Dyonizego do placu Gévres?
Rzecz bardzo prosta: dwaj obywatele nie znaleźli dorożki przy bramie Kolizeum; młodzieniec w czarnym płaszczu daremnie szukał jej także na ulicy św. Apolonji.
Dwaj obywatele, już dosyć rozgrzani biszofem i ponczem, postanowili pójść na ostrygi do Gościnnego Dworu.
Młodzieniec w czarnym płaszczu, u trzymany w całej pełni swego rozumu przez kilka szklanek orszady i soku porzeczkowego, wracał spać do domu przy ulicy Uniwersyteckiej.
Wszyscy trzej spotkali się przypadkiem na zbiegu ulic św. Apolonji i św. Dyonizego; dwaj kostjumowi poznali przyjaciela w młodzieńcu o czarnym płaszczu, który prawdopodobnie nie byłby ich poznał. Obaj wtedy krzyknęli jednogłośnie:
— Patrz! Jan Robert!
— Ludowik! Petrus! odpowiedział młodzieniec w czarnym płaszczu.
W roku 18*27, nazywano się nie Piotrem ale Petrusem; nie Ludwikiem ale Ludowikiem.
Wszyscy trzej serdecznie ścisnęli się za ręce z zapytaniem, co tu robią w godzinie zakazanej, na bruku królewskim.
Wytłomaczono się z jednej i z drugiej strony. Poczem dwaj obywatele, z których Piotr był malarzem a Ludwik lekarzem, tak nalegali, że Jan Robert, który był poetą, zgodził się pójść z nimi na wieczerzę do Bordiera w Gościnnym Dworze.
I tak ułożyli już to między sobą, a z szybkości kroków wnosić było można, że żaden z nich nie cofnie swego postanowienia, kiedy naraz Jan Robert zatrzymał się.
— Za pozwoleniem! zapytał, jest że to już mocnem postanowieniem, idziemy na wieczerzę?... Do kogo, powiadacie?
— Do Bordiera.
— Niech i tak będzie! do Bordiera.
— Jużciż zapewne, że postanowione, odpowiedzieli jednym głosem Petrus i Ludowik; czemużby nie?
— Zawsze czas się cofnąć, kiedy kto jest na drodze zrobienia głupstwa.
— Głupstwa! a to w czem?
— W czem! W tem, że zamiast pójść spokojnie zjeść wieczerzę u Verego, u Filippa lub u braci Provanceaux, chcecie przepędzić noc w jakiejś podłej knajpie, gdzie nas poczęstują rozrobioną lukrecją pod pretekstem wina Bordeaux i kotem w miejsce królika.
— Cóż ty u djabła masz dzisiejszej nocy przeciw kotom i lukrecji, o poeto? zapytał Ludowik.
— Mój kochany, odezwał się Petrus, Jan Robert doznał wielkiego powodzenia w Theatre-Français; zarabia po pięćset franków co drugi dzień; ma złota pełne kieszenie i został arystokratą.
— A wy to niby dla oszczędności idziecie tam na kolację?
— Nie, odparł Ludowik, ale żeby po trosze spróbować wszystkiego.
— A to mi gwałtowna potrzeba! mruknął Jan Robert.
— Ja oświadczam, począł znów Ludowik, żem się dla tego obałwanił w ten głupi kostjum, dzięki któremu wyglądam jak piekarz co wyciągnął bilet konskrypcyjny, ażeby pójść dziś na wieczerzę do Gościnnego Dworu; jestem odeń o sto kroków; tam będę jadł wieczerzę, albo nie będę jadł wcale!
— Aha! mówisz jak bywalec, rzekł Petrus, szpital i teatr anatomiczny przygotowały cię do wszystkich widoków, bodaj najohydniejszych; jako filozof i materjalista, zahartowany jesteś przeciw wszelkim niespodziankom. Ja który z tytułu malarza, niezawsze miałem lukrecję do picia i kota do zjedzenia, ja który miałem styczność z modelami obojga płci, z żyjącemi trupami, od umarłych niższemi o duszę; ja nie czuję wstydu, chwała Bogu! Ale, dodał wskazując na swego przyjaciela wysokiego wzrostu; ten wrażliwy młodzieniec, ten czuły poeta, ten następca Bajrona, ten kontynuator Gothego, ten, słowem, tak zwany Jan Robert, co on tam będzie robił w tem szkaradnem miejscu? Ze swemi drobnemi rękami, ze szczupłą nogą, z pięknym akcentem kreolskim, czyż on może mieć najmniejsze wyobrażenie jak należy zachować się w świecie, w którym mamy go przedstawić? On, który będąc w gwardji narodowej, nigdy nie mógł rozpoznać marszu od lewej nogi, będzież on wiedział którą nogą trzeba wejść do szynkowni; a jego delikatne uszy, nawykłe do strof Chéniera, czy mu zgrubieją tak dalece, że będą mogły słuchać dyskursów, jakie prowadzi między sobą ta nocna szlachta, która ozdabia to miejsce?... Nie! A więc pocóż on z nami idzie? My go nie znamy! Co to za obcy człowiek wdziera się w nasze uroczystości? „Vade retro,“ Janie Robercie!
— Mój miły Petrusie, odpowiedział młodzieniec będący przedmiotem tej diatryby, w której ile możności zatrzymaliśmy koloryt współczesnych pracowni artystycznych, mój miły Petrusie, tyś tylko przez pół pijany, ale jesteś całkowitym gaskończykiem.
— Doprawdy?... Ja pochodzę z Saint-Lô!... Jeżeli są gaskończycy w Saint-Lô, to są i szwedzi w Portugalji.
— Owóż ja ci powiadam, gaskończyku z Saint-Lô, że przechwalasz się wadami, których nie posiadasz, ażeby ukryć zalety jakie masz. Udajesz rozwiązłego, gdyż obawiasz się pokazać naiwnym; udajesz łotrzyka, bo ci wstyd pokazać się poczciwym chłopcem! Tyś nigdy nie wchodził do żadnych knajp, do żadnych szynkwasów; noga twoja nigdy nie postała wśród kałuży Gościnnego Dworu, tak jak Ludowika i moja, tak jak żadnego z młodzieńców, którzy się szanują, lub robotników, którzy zajęci są pracą.
— Amen! odezwał się Petrus ziewając.
— Ziewaj i drwij wiele ci się podoba; produkuj się ze swemi imaginacyjnemi wadami dla olśnienia galerji, gdyż słyszałeś, że wszyscy wielcy ludzie mieli wady, że Andreo del Sarto był złodziejem a Rembrandt lichwiarzem; pozuj sobie przed kim chcesz, jeżeli pozowanie wchodzi w skład twego rzemiosła; ale przed nami, którzy wiemy, że jesteś poczciwym chłopcem, przedemną, który cię kocham jak młodszego brata, pozostań tem czem jesteś, Petrusie: szczerym i naiwnym, wrażliwym i pełnym zapału. E! mój drogi, jeżeli wolno komu się opuścić, mojem zdaniem nie wolno jest nigdy, to wtedy tylko, kiedy kogo wypędzą jak Danta, zapoznają jak Machiawela, lub zdradzą jak Bajrona. Czy ciebie kto zdradził, zapoznał lub wygnał? Czy ty spoglądasz na życie od strony smutnego i pustego horyzontu? Czy w twych rękach stopiły się miljony, za cały ślad na ręce twej pozostawiając brud niewdzięczności lub bliznę rozczarowania? Nie! Jesteś młodym, zbywasz swoje prace malarskie, kochanka cię uwielbia, rząd zamówił u ciebie „Śmierć Sokratesa,“ zgodziliśmy się, że Ludowik stanie na Fedona, a ja na Alcybiadesa; czegóż u djabła chcesz więcej?... Wieczerzać w knajpie? Zgoda, chodźmy, mój drogi! Będzie z tego jeden przynajmniej rezultat: takiego cię to nabawi wstrętu, że nigdy tam za życia nie wrócisz!
— Czy skończyłeś już, człowieku czarno ubrany? zapytał Petrus.
— Prawie.
— Chodźmy więc.
Petrus ruszył naprzód nucąc piosnkę pół bachancką, pół rozwięzłą, jak gdyby dla dowiedzenia samemu sobie, że poważna i pełna czułości lekcja jaką odebrał od Jana Roberta, nic na niego nie poskutkowała.
Z ostatnią zwrotką zatrzymali się jak raz przed Gościnnym Dworem; wpół do pierwszej biło na wieży kościoła św Eustachego.
— A teraz, rzekł Ludowik, który jak widzieliśmy, mało brał udziału w rozmowie, a będąc umysłu zastanawiającego się i badawczego, łatwo dał się prowadzić tam gdzie go kierowano, pewny, że gdziekolwiek się uda, czy to stawią go w obec człowieka, czy w obec natury, wszędzie znajdzie przedmiot do spostrzeżeń lub marzeń; a teraz, musimy tylko uczynić wybór... Pójdziemy do Niquetta, do Baratta, czy do Bordiera?
— Bordiera mi zalecono, więc idźmy do Bordiera, rzekł Petrus.
— Idźmy do Bordiera! powtórzył Jan Robert.
— Chyba, że cię zwyczaj lub uczucie ciągnie do jakiego innego przybytku, skromny muz wychowańcze!
— O! wiesz przecie, że nigdy w życiu nawet nie byłem w tej okolicy... Więc mi to wszystko jedno! Wszędzie dadzą nam złą wieczerzę, nie mam przeto żadnego wyboru.
— Otóż jesteśmy. I cóż, czy ten szynk wydaje ci się dosyć brudnym?
— O, czarnym...
— A więc wchodźmy.
I ściągając kapelusz na ucho, Petrus wpadł do szynku ze swobodą, wprawą i bezczelnością dawnego bywalca zakładu.
Dwaj przyjaciele poszli za nim.

III.
Knajpa.

Szynk był pełen, więcej niż pełen, zapchany.
Dolna część, jakiej nie poznałbyś widząc ten piękny i zalotny magazyn, który dziś się w niej mieści, dolna część składała się z niskiej sali zadymionej, wilgotnej, cuchnącej, gdzie w niepojętej mieszaninie warczał tłum mężczyzn i kobiet, ubranych najrozmaiciej, między któremi jednak przemagały kostjumy handlarzy i rybaczek.
Niektóre z kobiet, a trzeba wyznać były to najzalotniejsze i najładniejsze, wydekoltowane aż do pasa, z rękawami zawiniętemi po łokieć, wyróżowane, obrzucone muszkami, niektóre z tych kobiet powiadam, głosem więcej męzkim, zaklęciem mocniej akcentowanym niżby to przypadało do ich jedwabnej sukni lub koronkowego czepka, objawiały podwójne przebranie: przebranie stroju i przebranie płci; lecz przez dziwne nadużycie fantazji karnawałowej, zapewne nie te właśnie najmniej fetowali mężczyźni składający blisko dwie trzecie części szlachetnego zgromadzenia.
Wszystko to siedziało, stało, leżało, śmiało się, rozmawiało, śpiewało najniegodniejszemi tony, i w takim rwetesie, że z całej masy niepodobna było zdać sobie sprawy i że kilka tylko szczegółów uwydatniało się w bezkształtnej całości, jaskrawością swą uderzając w oczy.
Był to rój nieprzebity, w którym wszystko mieszało się, tonęło, ginęło: muskularne ręce mężczyzn zdawały się należeć do kobiet; giętkie nogi kobiece zdawały się należeć do mężczyzn; brodata twarz zdawała się wystawać nad bujnym gorsem; kosmata pierś zdawała się unosić melancholijną głowę piętnastoletniej dziewczyny! Zdawało się niepodobieństwem samemu nawet Petrusowi, po mozolnem uporządkowaniu torsów i zwrócenia każdemu własnej jego głowy, rozróżnić do kogo należały stopy, golenie, ręce, barki, tak wszystkie te członki były pomieszane, splecione, skręcone, nierozwiązalnie złączone jedne z drugiemi.
W grupach odróżnionych z osobna, byli: pierrot udający że śpi oparty o mur, a na jego barkach jak na koniu, siedziała pierrotka, tak, że pierrot, z głową zakrytą czerwonym stanikiem pierrotki, wydawał się olbrzymem z głową załamaną i zbyt krótkiemi rękami; dalej poliszynel usiłujący obejść na około salę niosąc po dziecku na każdym garbie; obok niego turek idący w kulawych podskokach dla pokazania, że nie jest pijanym; młodzieniec przebrany za małpę, skaczący z krzesła na krzesło, od grupy do grupy, za którego dotknięciem kapłani bogini Rozpusty i bożka Karnawału, najsmutniejszych bóstw, jakie zeszły z Olimpu, wydawali najniespodziewańsze okrzyki, głosem najhukliwszym.
Potężne: hurra! powitało trzech naszych przyjaciół przy wejściu do sali.
Pierrot objawił swą męzkość podnosząc stanik pierrotki i ukazując swą drugą głowę.
Poliszynel zatrzymał się w swym biegu wirowym, jak gwiazda zaczepiona o kometę.
Turek spróbował podnieść obie nogi razem, co spowodowało natychmiastowy upadek i zupełną ruinę stołu, na który się powalił.
Nareszcie małpa jednym skokiem znalazła się na ramionach Petrusa, i wśród śmiechu całego zebrania, zaczęła skubać arystokratyczne kamelie jego kapelusza.
— Wierzaj mi, rzekł Jan Robert do Petrusa, wyjdźmy ztąd, ja tu nie mogę wytrzymać!
— Wyjść, kiedyśmy jeszcze nie weszli! zawołał Petrus, co znowu? Myśleliby że się boimy i puściliby się za nami po wszystkich ulicach Paryża.
— A tobie jak się zdaje? zapytał Jan Robert odwracając się do Ludowika.
— Mnie się zdaje, że kiedyśmy raz już tu weszli, to bądźmy do końca.
— A, dajcież pokój!
— Baczność! zawołał Petrus, patrzą na nas. Ty, który jesteś człowiekiem teatralnym, powinieneś wiedzieć, że wszystko zależy od debiutu.
I zmierzając prosto do rodzaju krateru, który otworzył się przed turkiem, gdzie ciało tego nieszczęśliwca zapadło się i zkąd wystawały tylko końce jego butów i koniec kity od turbana.
— Dostojny muzułmaninie, rzekł stojąc wciąż z małpą na ramionach, wszak znasz przypowieść swego patrona Mahomeda-ben-Abdalah, synowca wielkiego Abu-Tabela, książęcia Mekki?
— Nie, odpowiedział głos wychodzący z głębin rozłamanego stołu.
— „Skoro góra nie przychodzi do mnie, ja przychodzę do góry!“
Wtedy schwycił znienacka małpę za skórę na szyi, zdjął ją z ramion jak kapelusz i kłaniając się turkowi ulicznikiem, który wił mu się w wyciągniętej ręce.
— Najniższy pokłon, dobry muzułmaninie! rzekł.
I znowu zarzucił na ramiona chłopaka, który czemprędzej zsunął się wzdłuż jego ciała, jak ze słupa namydlonego i wykrzywiając się, znikł w kącie, do którego nie dochodziło światło trzech czy czterech lamp oświecających tę jaskinię.
Ten dowód grzeczności i siły połączonych razem, zjednał Petrusowi powszechny oklask.
Turek zaś bardzo niewyraźnie odpowiedział na jego grzeczności, tylko, jak tonący, uczepił się ręki podanej mu przez Petrusa, który jednem poruszeniem postawił go na nogach, na podstawie widocznie niedostatecznej przynajmniej w tej chwili, dla posągu tak mocno wstrząśniętego.
— Istotnie, rzekł Petrus po dokonaniu czynów przez nas opowiedzianych, tutaj za wielki ścisk... Pójdźmy na pierwsze piętro.
— Jak chcesz, odpowiedział Ludowik, chociaż widok ten nie jest bez interesu.
Chłopiec bufetowy baczący na nich od wejścia, zapewne dla dowiedzenia się czy każą sobie co podać, wmieszał się niebawem do rozmowy.
— Panowie chcą wejść na pierwsze piętro? zapytał.
— W istocie, nic byśmy na tem nie stracili, odrzekł Petrus.
— Oto są schody, skinął chłopiec wskazując im rodzaj drabiny wyciągniętej w ślimaka.
Trzej przyjaciele wstąpili na nią pośród wrzawy i śmiechu masek, które wrzeszczały i śmiały się same nie wiedząc dlaczego, ale wprost dla robienia hałasu, którym upajają się ludzie podchmieleni, a pijani odurzają się zupełnie.
Na pierwszem piętrze, tak samo jak na dole, sala była pełna; taki sam ścisk ludzi w równie zadymionej komnacie, ze ścianami ciekawie wyzierającemi przez szpary podartego obicia, z brudnego papieru w róże, z czerwonemi firankami w pasy żółte i zielone, z sufitem czarnym.
Tłum ten, od progu drzwi zdawał się być jeszcze niżej stopniem od poprzedniego; oświecony, jeżeli nie przyćmiony, czerwonym połyskiem trzech lub czterech kinkietów, był on żywym obrazem, dotykalnem ucieleśnieniem pojęć pomieszanych, rozpierzchłych, niesfornych, jakie krążą w mózgu pijanego człowieka.
— Oh!... oh!... zawołał Jan Robert, który wszedł najpierwszy i otworzył drzwi, zdaje się, że piekło Bordiera jest wprost przeciwne piekłu Danta; im wyżej, tem niżej.
— I cóż ty na to? zapytał Petrus.
— Ja powiadam, że dotąd było to okropne, ale teraz zaczyna być ciekawe.
— Więc idźmy jeszcze wyżej! rzekł Petrus.
— Idźmy! powtórzył Ludowik.
Trzej młodzieńcy znowu puścili się na schody, coraz węższe i coraz bardziej zniszczone.
Na drugiem piętrze takaż sama ciżba, taki sam widok przy podobnej powierzchowności; tylko że tam strop był niższy, atmosfera cięższa, powietrze duszniejsze, obciążone większą ilością niezdrowych wyziewów.
— I cóż? zapytał Ludowik.
— Co na to powiesz, Janie Robercie! zapytał Petrus.
— Idźmy wyżej! odrzekł poeta.
Było tam na stołach i pod stołami, na ławach i pod ławami, z pięćdziesiąt istot ludzkich, jeżeli człowiek, co spadnie niżej poziomu bydlęcia, zasługuje na zatrzymanie tej nazwy.
Te pięćdziesiąt istot: mężczyźni, kobiety, dzieci, leżały rozciągnięte i śpiące obok potłuczonych talerzy i potrzaskanych butelek, obwalane sosami, poczerwienione winem.
Jeden tylko kinkiet blado oświecał salę. Rzekłbyś, że to lampa grobowa, gdyby głośne chrapania wychodzące z kilku piersi nie świadczyły wyraźnie o materjalnem istnieniu tych pijaków, umysłowo zmarłych.
Zbrakło odwagi Janowi Robertowi, ale Jan Robert panował nad sobą; serce mogło mu pękać, wola jego była nieugiętą.
Petrus i Ludowik patrzyli na siebie, gotowi, jeden mimo swego zapału, drugi mimo swej obojętności, ruszyć napowrót.
Ale Jan Robert widząc, że schody przyciskające się do ściany, prowadziły na wyższe piętro nakształt drabiny we młynie, puścił się na te schody, mówiąc, spokojniejszy z pozoru niż w rzeczywistości:
— Dalej: panowie, chcieliście tego, wyżej, wyżej!
Otworzono drzwi ostatniego piętra.
Tam dekoracja taż sama, ale zmieniła się scena.
Pięciu tylko ludzi siedziało koło stołu, na którym znać było ślady wędlin, pośród ośmiu lub dziesięciu butelek wznoszących się jak kręgle, tylko nie tak symetrycznie ustawionych.
Ludzie ci byli ubrani po miejsku.
Kiedy powiadamy „po miejsku“, chcemy przez to rozumieć, że mieli na sobie tylko bluzy, spencery lub kaftany.
Trzej przyjaciele weszli; chłopiec idący za nimi z piętra na piętro, wszedł także.
Nowoprzybyli zatrzymali się na progu drzwi, rzucili okiem na około sali, a Jan Robert zrobił znak, mogący wyrażać: „To dla nas w sam raz“.
Pantomina była tak wyrazistą, że Petrus odpowiedział.
— Ależ będziemy tu siedzieć jak książęta.
— Rzeczywiście, dodał Ludowik, niczego nam tu nie braknie, tylko powietrza.
— Zgoda, rzekł Petrus, będziemy mieli i powietrze otworzywszy okno.
— Gdzie panowie każą ustawić stół? zapytał chłopiec.
— Tam! rzekł Jan Robert, wskazując palcem w stronę sali przeciwległą miejscu, w którem siedzieli goście, jakich zastali.
Komnata była tak nizka, że trzeba było z konieczności zdjąć kapelusz przy wejściu; a po zdjęciu nawet kapelusza, Jan Robert, najwyższy z trzech towarzyszów, głową dotykał stropu.
— Co panowie rozkażą? zapytał chłopiec.
— Sześć tuzinów ostryg, sześć kotletów baranich i jeden omlet, odpowiedział Petrus.
— A ile butelek?
— Trzy butelki najlepszego chablis, z wodą salcerską, jeżeli jest w zakładzie.
Na to zamówienie, które o milę trąciło arystokracją, jeden z pięciu pierwszych biesiadników odwrócił się ku nowo przybyłym.
— Ho!... ho!... rzekł do swoich, najlepszego chablis i wody salcerskiej! widzę, mamy do czynienia z wykwintnisiami.
— Z synami wielkich rodzin! odpowiedział drugi.
— Albo z obywatelami wysokiej komory! dodał trzeci.
I pijący kwintet począł się śmiać.
Ponieważ nowoczesne romanse i „Pamiętniki Vidoqua“, jeszcze nie były oswoiły ludzi lepszego towarzystwa z terminami złodziejskiemi, przeto nasi trzej awanturnicy nie zrozumieli, że ich po prostu nazwano złodziejami, mało też zwracali uwagę na śmiechy, jakie poszły w ślad za tą zniewagą.
Jan Robert złożył już płaszcz swój na krześle, a laskę postawił w kąciku przy oknie.
Chłopiec znowu gotował się wyjść, by zamówić żądaną wieczerzę, kiedy ten z pięciu biesiadników, który odezwał się najpierwszy i nazwał młodzieńców naszych wykwintnisiami, zatrzymał go za fartuch.
— I cóż? zapytał go.
— Jakto, cóż? odpowiedział chłopiec.
— Przecieżeśmy ci kazali przynieść karty.
— Tak.
— Czemuż więc nie przyniosłeś?
— Bo panowie wiecie, że o tej godzinie nie wolno nam kart podawać.
— A to dla czego?
— Proszę zapytać pana Delavau.
— Co to za pan Delavau?
— Prefekt policji.
— A mnie co do prefekta policji?
— Panu może nie, ale nam to może coś znaczyć.
— A cóżby to dla was znaczyło?
— Być może zamknięcie zakładu, co zmartwiłoby nas o tyle, że nie moglibyśmy już więcej widywać panów.
— Ależ jeżeli nie można grać, to cóż my tu będziemy robić?
— Nikt panów nie zmusza pozostać.
— Słuchaj-no, ty mi jakoś nie wyglądasz na bardzo grzecznego, powiem o tem właścicielowi.
— A powiedz pan i staremu djabłu, jeżeli chcesz.
— I ty myślisz, że my na tem poprzestaniemy?
— Oczywiście.
— A jeżeli nie poprzestaniemy?
— To, rzekł chłopiec z tym chytrym uśmiechem, który zwykle towarzyszy żarcikom prostego ludu, jeżeli panowie nie poprzestaniecie na tem, to pójdziecie sobie kupie karty i zagracie w domu.
— Do tysiąc djabłów! zdaje mi się, że ty sobie kpisz ze mnie, hultaju!... ryknął pijący, wstając z krzesła i uderzywszy pięścią w stół tak, że butelki odskoczyły na sześć cali w górę, a szklanki i talerze poszły w ślad za niemi. Dawaj nam zaraz karty.
Ale chłopiec był już na pół schodów, a pijący zmuszony był usiąść napowrót, czekając, według wszelkiego prawdopodobieństwa, na sposobność wywarcia na kimś swego złego humoru.
— Aha!... mruczał, ten łotr widać zapomniał, że ja się zowię Jan Byk i wołu zabijam pięścią. Muszę mu to przypomnieć.
A biorąc ze stołu butelkę do połowy wypróżnioną, przyłożył szyjkę do ust i jednym ciągiem wysączył.
— Jan Byk pomrukuje, szepnął jeden z pięciu biesiadników do ucha sąsiadowi, ja go znam, to z pewnością spadnie na kogoś.

— W takim razie, odpowiedział ten, któremu to zwierzenie było uczynionem, biada wykwintnisiom!

IV.
Jan Byk.

Powiedzieliśmy, że ten z pięciu biesiadujących, który zażądał kart i sam się mienił Janem Bykiem, które to miano wreszcie doskonale odpowiadało jego karkowi, czekał tylko na sposobność do wywarcia swego złego humoru.
Sposobność nadarzyła się niebawem.
Spodziewamy się, że czytelnik tak uważnie za nami idzie, iż nie zapomniał uwagi Ludowika, uczynionej z powodu atmosfery w sali.
W rzeczy samej, wyziewy potraw, woń wina, dym tytuniowy, oddechy biesiadników, uczyniły powietrze w tym rodzaju strychu niepodobnem do oddychania, dla płuc nawykłych do czystego powietrza.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa, okna tam nie otwierano od ostatniego promienia słońca, ostatniej jesieni; skutkiem tego jeden i tenże sam instynkt zachowawczy zwrócił trzech przyjaciół do jedynego okna oświecającego tę dziurę i w razach ostatecznych, jak naprzykład obecny, dającego jej powietrze.
Petrus sięgnął tam najpierwszy; podniósł część jego dolną i kółko metalowe umocował na gwoździu, przeznaczonym do podtrzymywania go.
Było to okno, tak zwane w Paryżu, pod gilotyną.
Jan Byk znalazł poszukiwaną sposobność. Powstał ze stołka i opierając się dwiema pięściami na stole:
— Panowie, zdaje mi się, otwieracie okno? rzekł zwracając się zbiorowo do wszystkich trzech młodzieńców, ale głównie do Petrusa.
— Jak widzisz, mój przyjacielu, odparł tenże.
— Ja nie jestem pańskim przyjacielem, rzekł Jan Byk, zamknij pan okno.
— Panie Janie Byku, odparł Petrus z ironiczną grzecznością, oto jest mój przyjaciel Ludowik, znakomity lekarz, który wytłómaczy ci w dwóch sekundach, z jakich pierwiastków winno składać się powietrze, któremby oddychać można.
— Co on tam plecie ze swemi pierwiastkami?
— On powiada, panie Janie Byku, odpowiedział Ludowik tonem grzeczności, nie ustępującym w niczem tonowi Petrusa, nawet w odcieniu szyderstwa, jakie tamten przyjął, on powiada, że atmosfera, ażeby nie była szkodliwą dla płuc poczciwego człowieka, powinna zawierać siedmdziesiąt pięć do siedmdziesięciu sześciu części azotu, dwadzieścia dwie do dwudziestu trzech części tlenu i dwie części wody, trochę mniej trochę więcej.
— Słuchaj-no, Janie Byku, przerwał z kolei jeden ze czterech ludzi ubranych w bluzy, mnie się zdaje, że on do ciebie gada po łacinie?
— Dobrze! a ja będę z nim gadał po francuzku.
— A jeżeli on nie rozumie?
— To go nauczę!
Jan Byk wystawił dwie pięście, które grubością dochodziły rozmiarów głowy dziecka. Potem głosem, który, gdyby mówca miał do czynienia z ludźmi ze swojej klasy, nie dopuszczałby opozycji:
— Dalej, zawołał, proszę mi okno zamknąć, i to czemprędzej!
— Może to być twoje zdanie, imcipanie Janie Byku, rzekł spokojnie Petrus, krzyżując ręce przed otwartem oknem, ale nie moje.
— Jakto, nie twoje?... to ty tedy masz zdanie?
— Czemużby człowiek nie miał mieć zdania, kiedy bydlęciu zdaje się, że je ma?
— Słuchaj-no Haczyku, rzekł Jan Byk marszcząc brwi i zwracając się do jednego z biesiadników, którego łatwo było rozeznać jako gałganiarza, choćby go nawet i nie nazwano tem znaczącem mianem, jakie nadał mu towarzysz, mnie się zdaje, że ten nieszczęsny wykwintniś nazywa mnie bydlęciem?
— I mnie się tak zdaje, odpowiedział Haczyk.
— I cóż na to robić?
— Trzeba mu najsamprzód zamknąć okno, skoro taka wola twoja a potem go „zagłuszyć“.
— Otóż tak, to rozumiem!
Potem, jakby do zbuntowanych wygłaszał trzecie z rzędu wezwanie:
— Prędzej, do kroćset piorunów! zamknąć okno!
— Oh! odpowiedział Petrus spokojnie, nie ma tu ani piorunów, ani błyskawic, okno będzie otwarte.
Jan Byk tak nagle napełnił pierś tem powietrzem, które naszym trzem przyjaciołom zdało się niepodobnem do oddychania, że westchnienie jego podobnem było do ryku zwierzęcia, którego on przybrał imię.
Robert poczuł zwadę i chciał jej zapobiedz, chociaż pojmował dobrze, iż to było niepodobieństwem. Gdyby wreszcie ktokolwiek potrafił dojść do tego rezultatu, to chyba on, jedyny, co zachował krew zimną. Szedł w postawie spokojnej do Jana Byka, i usiłując mitygować się:
— Panie, rzekł, my przychodzimy ze dworu, a wszedłszy do tej sali, o małośmy się nie udusili.
— Spodziewam się! rzekł Ludowik, tu oddychamy samym tylko kwasem węglowym! Pozwól pan więc otworzyć okno tylko na chwile, dla odświeżenia powietrza, potem je zamkniemy.
— Otworzyliście je bez mego pozwolenia, rzekł Jan Byk.
— Więc co z tego? wtrącił Petrus.
— Trzeba było prosić o pozwolenie, a możebym je wam udzielił.
— Dosyć tego! zawołał Petrus, otworzyłem okno, bo mi się tak podobało i będzie otwartem póki mi się podoba.
— Cicho bądź, Petrusie! przerwał Jan Robert.
— Nie, nie będę cicho... Cóż ty myślisz, że ja pozwolę sobie w kaszę dmuchać takim błaznom?
Na ten wyraz „błaznom,“ czterej towarzysze Jana Byka z kolei powstali od stołu i zbliżyli się z widocznym zamiarem popierania złych intencyj wyzywającego.
Sądząc z ostrości rysów, ze zwierzęcości a przynajmniej z brutalnej dzikości, jaką fizjognomie ich były nacechowane, byli to czterej niebezpieczni gracze, którzy wraz z piątym co już nam się zalecił swemi przymiotami, szukali tylko, równie jak on, sposobności do przerwania porządną kłótnią jednostajności swych karnawałowych wrażeń.
Nie trudno było zkądinąd oznaczyć profesję każdego z tych ludzi.
Ten, którego Jan Byk nazwał Haczykiem, nie był widocznie gałganiarzem właściwym, jakby to wskazywać mogła latarka postawiona na stole i narzędzie, które nadało mu przezwisko Haczyka, ale człowiekiem należącym do pewnej odmiany tego gatunku, zwanej „naruszycielami“, od nazwy ich przemysłu, polegającego nie na grzebaniu w kupie śmieci, ale na naruszaniu końcem haka pokładu brukowego w rynsztoku.
Dla tej klasy przemysłowców, zniesionej od ośmiu lub dziewięciu lat z rozkazu policji, a mianowicie z powodu wyłożenia rynsztoków taflami kamiennemi w miejsce bruku rynsztok czasami przeistaczał się w Paktol i niejeden znajdował tam pierścienie, klejnoty, czy to zgubione, czy wyrzucone oknem przy wytrząsaniu dywana lub obrusa. Drugi biesiadnik, którego nie nazwał Jan Byk, a my, powołani do poprawienia tego zaniedbania, oznaczymy go jego fachowem przezwiskiem, mienił się Szkopkiem, które o miano dostatecznie także wykazywało jego stan, choćby nawet plamy z wapna i białawego pyłu, okrywające twarz jego i ręce, nie przedstawiały go przyjaciołom i nieprzyjaciołom jako mularza. Do pierwszych i to najlepszych, należał Jan Byk; sposób w jaki zabrali z nim znajomość nie był bez znaczenia, i wykaże nam herkulesową siłę człowieka, którego wprowadziliśmy na widownię, i który przeznaczony jest do odegrania w tem opowiadaniu nie jednej z pierwszych roi, ale jednej z ważniejszych, jak to dalszy ciąg okaże. Palił się raz dom w Cite; schody objęte płomieniem zapadły się; mężczyzna, kobieta i dziecko wołali ratunku, z okna na drugiem piętrze. Mężczyzna, który był mularzem, wołał tylko o drabinę, albo przynajmniej sznur; z tą drabiną lub z tym sznurem, mógł ocalić żonę i dziecko. Ale obecni stracili głowy; przynoszono drabiny o połowę krótsze, sznury, które nie wytrzymałyby ciężaru trojga osób. Ogień wzmagał się, dym kłębami wychodził z okien, poprzedzając płomień, którego błyski już się ukazywały. W tem nadszedł Jan Byk. Zatrzymał się. — A co! zawołał, nie macie tu ani drabin, ani sznurów? Widzicie przecie, że ci ludzie spłoną! I w samej rzeczy, niebezpieczeństwo było groźne. Jan Byk obejrzał się na około siebie, a widząc, że się nie zanosi na podanie żadnego z przedmiotów żądanych; — Dalej, rzekł wyciągając ręce, rzucaj mi tu dziecko, mularski Szkopku! Mularz w ten sposób przezwany, nie gniewał się bynajmniej, wziął dziecko, ucałował je w oba policzki i rzucił mierząc w ręce Jana Byka. Okrzyk przerażenia rozległ się między obecnymi. Jan Byk pochwycił dziecko i natychmiast oddał je w ręce osób stojących za sobą. — Teraz, zawołał, wyrzuć żonę!
Mularz wziął żonę w objęcia, i pomimo jej krzyków, wyprawił ją tą samą drogą, którą przebyło dziecko. Jan Byk pochwycił kobietę w ramiona, tylko cofnął się jednym krokiem w tył.
— Nienajgorzej! rzekł stawiając na nogach kobietę na poły omdlałą, gdy obecni wybuchali okrzykiem i oklaskami.
— Teraz, krzyknął do mularza wyprężając się na nogach całą siłą swych potężnych lędźwi, teraz, kolej na ciebie!
Z dwóch tysięcy osób uczestniczących w tym widoku, nie było ani jednej, któraby wydała tchnienie przez pięć następujących sekund.
Mularz stanął na parapecie okiennym, przeżegnał się, potem zamykając oczy, skoczył wymawiając z cicha: Boże, ratuj mnie! Na ten raz wstrząśnienie było straszne: Jan Byk zachwiał się w kolanach, cofnął się o trzy kroki w tył ale nie upadł. Wtedy w tłumie powstał krzyk nie do opisania. Wszyscy cisnęli się do człowieka, który okazał tę zadziwiającą siłę, ale nim dobiegli do niego, Jan Byk roztworzył ramiona i upadł na wznak, omdlały, krwią buchający.
Ani dziecię, ani kobieta, ani mąż nie byli nawet draśnięci. Wybawcy mała żyłka przerwała się w płucach. Przeniesiono go do szpitala, zkąd wyszedł nazajutrz zdrowym.
Trzeci towarzysz z twarzą równie czarną jak Szkopek miał ją białą, który widocznie należał do szanownego zgromadzenia węglarzy, nazywał się „Toussaint“.
Jan Byk, który w stosunkach będąc z budowniczemi, dowiedział się od nich o istnieniu jakiegoś genialnego murzyna, co o mało nie zrobił rewolucji na wyspie św. Dominika; Jan Byk, któremu nie zbywało na pewnym wrodzonym dowcipie, przezwał węglarza „Toussaint Louverture“.
Czwarty był mężczyzną około pięćdziesięcioletnim, z okiem żywem, z prędkiemi gestami, którego cała osoba wyziewała mocną woń walerjany; ubrany był w kaftan aksamitny, w spodnie aksamitne, a kamizelkę i czapkę miał z kociej skóry, przyjaciołom odpowiadał na zawołanie: „Zwierzynka“. On to był, który wszystkie garkuchnie Gościnnego Dworu zaopatrywał w te króliki z dachów, co to Jan Robert tak mocno się obawiał, ażeby go niemi niepoczęstowano, w miejsce królików piwnicznych, a woń walerjany, którą wyziewał, była właśnie przynętą dla tych nieszczęsnych zwierząt, których mięso sprzedawał po dziesięć su garkuchmistrzom, a skórę po piętnaście su garbarzom.
Piątym towarzyszem, którego kładziemy na ostatku w myśl ewangelicznego pewnika, że pierwsi będą ostatnimi — piątym był sam Jan Byk, który, po tem wszystkieim, cośmy opowiadali o jego herkulesowej sile, mógłby się obejść bez szerszego opisu, gdyby nie chodziło o to, ażeby przez określenie fizyczne ile być może dokładne, przygotować rozwój moralny, jednego z najszczególniejszych charakterów, jakieśmy znali.
Jan Byk miał wzrostu pięć stóp i sześć cali dobrej miary, trzymał się mocno i prosto, jak te belki dębowe, które ociosywał, będąc z rzemiosła cieślą; był to w swoim rodzaju jakiś Herkules Farnezejski, wykuty w bloku granitowym.
Sam raczej będąc blokiem, zdawał się na pierwszy rzut oka nie potrzebować czterech sprzymierzeńców, idących mu na pomoc, zdawał się owszem tak zbudowanym, że mógłby zgnieść jednego po drugim swych przeciwników, przez samo dotknięcie palcem.
Przechodząc teraz od opisu ciała do opisu fizjognomii, powiemy, że twarz czeladnika ciesielskiego otoczona czarnemi i gęstemi faworytami, które tworzyły mu obrożę pod brodą, wykazywała lat trzydzieści do czterdziestu; włosy krótkie i kędzierzawe, które starożytni u syna Jowisza i Semeli uczynili znamieniem siły; szyja, której grubość usprawiedliwiała ambitną nazwę przybraną przez właściciela lub może nadaną mu przez towarzyszów, uzupełniały całość tego typu siły nieumiejętnej i brutalnej.
Dodajmy szczegół zapomniany; Jan Byk ubrany był w kaftan, spodnie, kamizelkę i aksamitną czapkę koloru zielonego. Z kieszeni od kaftana wychodził wierzchołek drewnianej ekierki, a z kieszeni od spodni ukazywała się główka długiego żelaznego cyrkla, rozpoławiającego się na szwie, tak, że jedno ramię siedziało w kieszeni, a drugie wisiało na zewnątrz.

Takiemi byli przeciwnicy, z którymi mieli mieć do czynienia Ludowik lekarz, Petrus malarz i Jan Robert poeta; chyba, gdyby się cofnęli, ale i to możeby już nie było niezawodnym środkiem do uniknienia zajścia.

V.
Bójka.

Powiedzieliśmy na początku poprzedzającego rozdziału, w jakiej pozycji strategicznej znajdowali się względnie do swych nieprzyjaciół, trzej bohaterowie naszej powieści, których zaprowadziliśmy z ulicy św. Apolonii do wnijścia Gościnnego Dworu i za którymi szliśmy w ich nieroztropnej odysei, aż na czwarte piętro brudnej knajpy.
Petrus, oparty o okno otwarte, stał z rękami skrzyżowanemi i wyzywającem okiem spoglądał na pięciu ludzi z miejskiej klasy.
Ludowik badał Jana Byka z ciekawością, która dlań umniejszała ważność niebezpieczeństwa i jako człowiek naukowy, myślał, że dałby chętnie sto franków, ażeby mógł mieć pod nożem anatomicznym okaz taki. Namyśliwszy się, możeby dał i dwieście, gdyby okazem tym był sam Jan Byk; gdyż oczywiście cały zysk byłby po jego stronie, gdyby miał podobnego atletę umarłego i rozciągniętego przed sobą na stole, zamiast mieć go przed sobą stojącego w żywej i groźnej postawie.
Jan Robert, jak powiedzieliśmy, wysunął się naprzód, w połowie, dla spróbowania zgody, w połowie zaś, ażeby w danym razie zadać lub odebrać pierwsze cięcie. W reszcie, Jan Robert, który jakkolwiek młody, czytał dużo książek, a szczególniej teorję marszałka Saskiego o wpływach moralnych, Jan Robert wiedział, że w każdym razie kiedy ma być użyta siła, przewaga jest po stronie tego, co pierwszy cios zadaje. Umiejętna praktyka boksu i sawaty, połączonych razem przez nauczyciela tych męzkich ćwiczeń wówczas jeszcze nieznanego, ale którego imię miało zasłynąć w przyszłości, nadawała przytem ufność Janowi Robertowi, obdarzonemu osobistą siłą fizyczną, która walkę mogłaby uczynić wątpliwą, gdyby miał przed sobą człowieka mniej straszliwego niż Jan Byk.
Jak więc powiedzieliśmy, zdecydowanym on był użyć środków pojednawczych, aż do chwili, w której nieprzyjęcie bitwy stałoby się nikczemnością.
On też najpierwszy zabrał głos, zamarły na ustach wszystkich przy poruszeniu zaczepnem, uczynionem przez czterech ludzi, idących na pomoc Janowi Bykowi.
— Proszę posłuchać, rzekł, porozumiejmy się nim przystąpimy do bitwy. Czego panowie żądacie?
— Czy to przez szyderstwo mówicie do nas „panowie“? rzekł Naruszyciel. My nie jesteśmy panami, rozumiecie?
— Macie słuszność, krzyknął Petrus, nie jesteście panami, jesteście durnie.
— Nazywają nas durniami! krzyknął zabójca kotów.
— A!... rozprawimy się też z wami, jak na durniów przystało, krzyknął mularz.
— Ale pozwólcie mi przejść! wołał węglarz.
— Cicho tam, wielu was jest, to do mnie należy!... odezwał się Jan Byk.
— A to dla czego więcej do ciebie jak do nas?
— Nasamprzód dla tego, że pięciu nie idzie na trzech, zwłaszcza gdy jeden wystarczy. Na miejsce, Zwierzynko! na miejsce, Naruszycielu!
Dwaj wezwani usłuchali głosu przewodnika: zabójca kotów i Haczyk usiedli mrucząc pod nosem.
— To dobrze! rzekł Jan Byk. A teraz, moje amorki, rozpoczniemy śpiewkę z tego samego tonu, od pierwszej zwrotki. Zamkniecie okno, czy nie?
— Nie, odpowiedzieli razem trzej młodzieńcy, którzy nie mogli dla intonacji głosu, brać na serjo grzecznej formuły towarzyszącej wezwaniu.
— Ależ, rzekł Jan Byk podnosząc do góry obie ręce nad głowę, ile sufit pozwalał im się wyciągnąć, chcecie chyba, żebym was zgniótł na miazgę?
— Spróbój, odparł zimno Jan Robert postępując krokiem ku cieśli.
Petrus jednym skokiem stanął naprzeciw herkulesa, jakby ciałem swem, niby tarczą, chciał osłonić Roberta.
— Trzymaj z Ludowikiem dwóch innych w odwodzie, rzekł Robert, odsuwając ręką Petrusa, ja tego biorę na siebie. I końcem palca dotknął piersi cieśli.
— Zdaje mi się, że ty o mnie mówisz, mój książę? rzekł przedrwiwając kolos.
— O tobie osobiście.
— A zkąd na mnie ten zaszczyt wyboru?
— Mógłbym ci odpowiedzieć, że ztąd, iż będąc najzuchwalszym, zasługujesz na najsurowszą naukę; ale to nie ta przyczyna.
— Czekam na tę przyczynę.
— Oto i ty i ja mamy jedno imię chrzestne, a więc zbliżamy się do siebie; ty się zwiesz Jan Byk, a ja Jan Robert.
— Ja się zwę Jan Byk, to prawda, rzekł cieśla, ale ty kłamiesz, mówiąc, że się zwiesz Jan Robert; ty się zwiesz Jan Kiep.
Młodzieniec w czarnem ubraniu nie dał mu dokończyć; z dwóch pięści skrzyżowanych na piersiach, jedna odskoczyła jak sprężyna stalowa i uderzyła kolosa w skroń.
Ten, co ani drgnął uchwyciwszy w ramiona kobietę lecącą z drugiego piętra, odskoczył trzy albo cztery kroki w tył i padł wznak na stół, którego dwie nogi złamały się pod jego ciężarem.
Prawie taka sama ewolucja odbyła się w tejże samej chwili, między czterema innemi bojownikami.
Petrus, mistrz w kiju i w sawacie, w braku kija, podstawił nogę mularzowi, który padł, pchnięty przezeń, obok Jana Byka. Tymczasem Ludowik, jako anatom, wymierzył węglarzowi, w okolicę wątroby, pod siódme żebro, taki cios pięści, że twarz przeciwnika zbladła pod warstwą węgla.
Jan Byk i mularz podnieśli się.
Toussaint, który trzymał się jeszcze na nogach, poszedł usiąść, zadychając się, na stołku, i oburącz chwyciwszy się za bok, nieruchomie siedział oparty o ścianę.
Ale, jak się łatwo domyśleć, był to dopiero pierwszy atak, rodzaj zaczepki poprzedzającej bitwę, i trzej młodzieńce me powątpiewali o tem, gdyż każden z nich gotował się do nowego napadu.
Zkądinąd wreszcie, zdziwienie było zarówno wielkie, jak dla aktorów tak i dla spektatorów.
Na widok dwóch swoich towarzyszów, Jana Byka i Szkopka, padających na wznak, na widok Toussainta Louverture, siadającego jak człowiek, „któremu się zbiera“ powstali obaj z siedzenia, i nie pomni już na zakaz Jana Byka, jeden ze swym haczykiem, drugi z butelką w ręku szli, ażeby wziąść udział w uroczystości.
Mularz padł tylko ofiarą niespodzianki, i powstał doznając więcej wstydu niż bólu.
Co do cieśli, temu zdawało się, że to jakaś belka wyrzucona taranem uderzyła go w głowę.
Wstrząśnienie mózgu udzieliło się całemu jego ciału, przez dwie do trzech sekund pozostał omroczonym, z chmurą krwawą na oczach, z dudnieniem w uszach.
Wreszcie, chmura krwi nie była prostą figurą retoryczną; cios pięści Roberta zsunąwszy się po skroni, zarżnął się w czoło, a sygnet, który młodzieniec nosił na palcu, otworzył nieco nad brwiami cieśli, krwawiącą bruzdę.
— Aha! do kroćset siarczystych piorunów!... krzyknął idąc na przeciwnika krokiem niedość jeszcze pewnym, co to jest być napadniętym znienacka: dziecko by się powaliło!
— Owóż, teraz daj sobie czas, Janie Byku, a trzymaj się dobrze, bo mam zamiar złamać tobą dwie drugie nogi temu stołowi.
Jan Byk posunął się z pięścią podniesioną, oddając się znowu swemu przeciwnikowi, jak to najczęściej oddaje się zręczności siła, niedoświadczona i ufna, cała teorja boksu na tem polega; mniej potrzeba czasu dla pięści do przebieżenia linji prostej, niż do opisania paraboli.
W tej chwili jednak, nie atak, ale tylko obronę Jan Robert powierzył swym rękom; prawa jego dłoń posłużyła mu jedynie do uchylenia ciosu, jakim groził mu Jan Byk, i w chwili, gdy pięść cieśli miała spaść na niego, Robert uczynił zwinny zwrot i dzięki swemu wysokiemu wzrostowi, wymierzył w sam środek piersi to straszne uderzenie tylcem nogi, którego w owej epoce jeden tylko Lecour posiadał jeszcze przywilej i sekret.
Robert nie zawiódł przepowiedni uczynionej cieśli: Jan wstecznym krokiem puścił się tą samą drogą, którą już raz przebył, i jeżeli nie padł, to przynajmniej położył się znowu na stole. Wreszcie ani krzyknął, ani nawet nieprzemówił: cios odebrany zupełnie głos mu zatamował.
Z trzema zaś innemi zdarzyło się co następuje: Petrus, ze zwykłą swą zwinnością, stawił czoło dwom przeciwnikom: Naruszycielowi, który podchodził doń z haczykiem w ręku rzucił w twarz stołkiem, a nim człowiek i sprzęt ułatwili się z sobą wzajem, on tymczasem, jak przystało na rodowitego Bretończyka, uderzeniem głową w brzuch posadził mularza w najwygodniejszy sposób na podłodze.
Ludowik miał przeto do czynienia tylko z zabójcą kotów, wcale niestrasznym przeciwnikiem, a nieświadomy sztuk w jakich przyjaciele jego byli mistrzami, wziął się z nim za bary i razem z nim powalił się na ziemię.
Tylko Zwierzynka miał tę niekorzyść walki, że upadł na spód. Ale zamiast korzystać ze swej przewagi, Ludowik, trzymając przeciwnika pod kolanami, zastanawiał się, zkąd pochodzi ta mocna woń waleriany, którą on tak obficie wyziewa.
Jeszcze namyślał się nad tą kwestją dosyć trudną do rozwiązania, kiedy Haczyk i Szkopek, widząc cieślę po raz drugi zniemożonego, węglarza zaledwie przychodzącego do siebie po otrzymanem uderzeniu w bok, a zabójcę kotów wijącego się pod kolanami Ludowika, jęli krzyczeć:
— Na noże! na noże!
W tej chwili powracał chłopiec z ostrygami. Jednym rzutem oka ocenił położenie rzeczy, postawił muszle na stole i żywo zbiegł ze schodów, zapewne dla zawiadomienia o tem kogo należało.
Ale zjawienie się jego dla aktorów tej sceny, stanowiło drobny tylko szczegół. Byli oni zbyt zajęci sobą, by zważać na jego zjawienie się i zniknięcie tak raptowne, że gdyby nie ostrygi co świadczyły o obecności chłopca, możnaby myśleć że to był sen.
Ale co snem nie było, to to, co działo się na czwartem piętrze i na piętrze niższem.
Na łoskot podwójnego upadku cieśli, na skrzyp złamanego stołu, na krzyk: noże! noże!... pijacy śpiący w sali trzeciego piętra, zerwali się ze snu; najmniej pijani przysłuchiwali się, jeden z nich, zataczając się, poszedł otworzyć a ci co mogli jeszcze co rozeznać, widzieli jak chłopiec przerażony przebiegał po nawie schodowej.
Wtedy to oni, jako ludzie doświadczeni, dorozumieli się co zaszło, i niebawem też trzej młodzi nasi przyjaciele, usłyszeli kroki przyspieszone i wrzaski podobne do ryku morza podczas burzy.
To szumowiny Gościnnego Dworu wybiegały na wierzch, i wkrótce przez otwarte drzwi dostrzedz było można salę napełniającą się ludźmi dziwnej powierzchowności, opitemi, ogłupiałemi, gniewnemi nadewszystko o to, że im przerwano sen najlepszy.
— Cóż to! czy tu zabijają! odezwało się dwadzieścia ochrypłych i ohydnych głosów.
Na widok tego tłumu, a raczej tej sfory, Jan Robert, najwrażliwszy z trzech młodzieńców, uczuł mimowolnie przebiegające po żyłach uczucie tego lodowatego zimna, jakiego doznaje każdy człowiek, by najsilniejszy, za dotknięciem gadu, a obracając się do swego towarzysza malarza, nie mógł powstrzymać się od wyrażenia:
— Ah, Petrusie! gdzieżeś ty nas zaprowadził!
Ale Petrus improwizował nowy system obrony.
Przy okrzyku: „na noże! na noże!“ który powtarzali czterej rozwścieczeni, gdyż cieśla i węglarz, po odzyskaniu głosu, należeli do tego chóru gróźb, Petrus odpowiedział krzykiem: „do barykad!“ który nie jeden raz powstawał w Paryżu od pamiętnego dnia, co nadał nazwę historyczną temu systemowi obrony. I wołając: „do barykad!“ Petrus ciągnął za sobą Roberta, zmusił Ludowika do powstania, i z dwoma towarzyszami schronił się w zakąt, który odgrodzili natychmiast od reszty sali wałem stołów i ławek. Petrus nadto skorzystał z chwili rozejmu, jakkolwiek krótkiej, którą mu dało zwycięztwo, by zerwać z okna niegdyś złocony drążek utrzymujący firanki, drążek, który od początku bitwy był przedmiotem jego ambicji. Robert wziął swą laseczkę, Ludowik poprzestał na broni, jaką mu dała natura. W jednej chwili trzej przyjaciele stanęli za osłoną, za swą zaimprowizowaną fortecą.
— Patrzcie, rzekł Petrus do kolegów, pokazując w najodleglejszym kącie bastjonu kupę próżnych butelek, skorup od talerzy, muszli od ostryg, żelaznych widelców, noży bez trzonków, trzonków bez klingi; widzicie, że nam nie brak amunicji!
— Nie, rzekł Jan Robert, ale jak tam stoimy z cięciami i ranami? Ja zadać, zadałem, alem nic nie otrzymał.
— Ja zdrów i cały! odezwał się Petrus.
— A ty Ludowiku?
— Mnie się zdaje, że dostałem pięścią między szczękę i obojczyk, ale nie to mnie zaprząta.
— A cóż cię tedy zaprząta? spytał Robert.
— Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego ten, z którym miałem do czynienia, tak mocno pachnie walerjaną.

W tej to właśnie chwili ryki tłumu dodały nowego zajęcia do zajęć już i tak poważnych, jakie mieli trzej nasi przyjaciele.

VI.
Pan Salvator.

Widok tłumu uczynił na hołocie wrażenie wręcz przeciwne jakie wywarł na ludziach dobrze wychowanych.
Cieśla i jego towarzysze przeczuwali, że im przybywa pomoc. Jan Robert i jego przyjaciele zrozumieli, że im przybywają nowi przeciwnicy.
Sympatja, rzecz naturalna, skłaniają się ku podobnym sobie. To też, dzikie spojrzenie rzucając na młodzieńców ukrytych w szańcu, tłum ten otoczył Jana Byka z towarzyszami, pytając o powody zamieszania.
Trudno było powody te wyjaśnić; cieśla pierwszy przeskrobał, wymagając od młodzieńców, ażeby zamknęli okno. Opowiedział zdarzenie swe tłumowi, ale na którąkolwiek stronę wykręcał rzecz, nie mógł wyjść z tego podwójnego koła: „Chciałem kazać zamknąć okno, a okno zostało otwarte!... Chciałem bić, a sam zostałem pobity!...“
Więc też tłum, dzielny i w gruncie pełen zdrowego rozsądku, pomimo swych uprzedzeń przeciw surdutowym, widząc, iż Jan Byk, że pozwolę sobie użyć trywialnego ale malowniczego wyrażenia, pokpił sprawę, jął mu się śmiać w nos.
Cieśla nie potrzebował tego nowego podbudzenia. Dotąd był tylko wściekłym, a śmiech uczynił go warjatem. Oczyma szukał trzech młodzieńców, zobaczył ich zabarykadowanych w zakącie, i atakowanych czterech swoich towarzyszów, również rozszalałych jak on.
— Stójcie! zawołał, stójcie! niechno ja wprzód zmiażdżę tego w czarnym fraku.
Ale czterej jego towarzysze ogłuchli. To prawda, że w zamian wcale nie oniemieli. Haczyk dostał pod oko dnem od butelki rzuconem przez Ludowika, i to dno zraniło mu policzek. Robert stołkiem rozwalił głowę węglarzowi. Nareszcie Petrus dwoma zamachami swego drążka, przez otwory w barykadzie pchnął Zwierzynkę w piersi, a mularza w bok.
Czterej ranieni ryczeli na udry:
— Zabij! zabij!
I rzeczywiście, bójka wszczęła się na zabój.
Rozszalały pośmiewiskiem tłumu i widokiem krwi, lejącej się po odzieży swych towarzyszów i po jego własnej, Jan Byk wydobył z kieszeni żelazny cyrkiel i z tą straszną bronią w ręku szedł sam przeciw barykadzie.
Petrus i Ludowik rzucili się jednem poruszeniem, każdy zbrojny butelką, gotowi rozbić głowę cieśli; ale Robert widząc, że to jedyny już poważny przeciwnik, jaki pozostał i że raz trzeba już było z nim skończyć, ściągnął swych towarzyszów ze stołu za kaftany kostjumowe, uderzył nogą w barykadę, żeby zrobić w niej wyłom i tym wyłomem wychodząc, ze swą laseczką w ręku:
— Więc jeszcze ci mało? zapytał Jana Byka.
Tłum wybuchnął śmiechem i klasnął w ręce.
— Tak, mnie jeszcze mało, a będzie mi dopiero dosyć, jak ci wepchnę w brzuch ze sześć cali mojego cyrkla:
— To się znaczy, panie Janie Byku, że ponieważ nie możesz poradzić siłą, więc chcesz sobie poradzić zdradą; że nie mogąc mnie pokonać, chcesz mnie zamordować?
— Ja chcę się pomścić, do miljon siarczystych piorunów! krzyczał cieśla, podniecając się wrzawą słów własnych.
— Bądź ostrożny, Janie Byku! rzekł młodzieniec, bo, na honor powiadam, że ci jeszcze nigdy nie groziło takie niebezpieczeństwo, jak w tej chwili. Potem, zwracając się do tłumu: Jesteście ludźmi, zawołał, przemówcież do rozsądku tego człowieka, widzicie, że ja jestem spokojny a on rozszalały.
Kilku ludzi wyszło z koła i stanęło między cieślą i Robertem. Ale pośrednictwo to zamiast uspokoić, zdawało się podwajać rozwścieczenie Jana Byka.
Odepchnął tych kilku ludzi samem tylko wyciągnięciem ręki.
— Aha! Nigdy mi jeszcze nie groziło takie niebezpieczeństwo jak w tej chwili! Czy ty tą laseczką myślisz bronić się przeciw memu cyrklowi? Co!
I miotał nad głową ostrem narzędziem, które rozwijając się przybrało z ośmnaście cali długości.
— Właśnie, że się mylisz, Janie Byku, rzekł młodzieniec, moja laseczka nie jest laseczką, to żmija; a jeśli wątpisz, patrz, dodał wyciągając ze szczupłej laski szpadę, dla której ona służyła za pochwę, czy widzisz jej żądło?
— A!... rzekł cieśla, z widoczną ulgą w wyrzucie przeciw któremu walczył, więc i ty masz broń? Na to tylko czekałem.
I ze spuszczoną głową, z podniesioną ręką, odkrywając pierś z całą nieoględnością ślepej siły, Jan Byk rzucił się na młodzieńca w czarnym fraku i z cienką szpadą.
Ale w tem silna dłoń schwyciła go za pięść, i w strząsając nią gwałtownie, wyrzuciła z niej cyrkiel, który spadając utkwił w podłodze.
Cieśla odwrócił się, zionąc straszliwe przekleństwa. Lecz zaledwie spostrzegł z kim ma do czynienia, głos jego z tonu groźby, wpadł w akcent uszanowania.
— A! pan Salvator!... wrzasnął tłum; a! chwała Bogu, żeś pan przyszedł, bo byłoby się źle skończyło!
— Pan Salvator?... wyrzekli razem Robert, Petrus i Ludowik. Kto to jest?
— To jakiś zuch, którego nazwisko (Zbawca) jest dobrej wróżby, dodał Petrus, zobaczymy czy się sprawdzi.
Człowiek, który nakształt starożytnego bożyszcza wdał się tak cudownie, ażeby według wszelkiego prawdopodobieństwa, dać pokojowe rozwiązanie krwawemu zajściu i którego zjawienie się było nadspodziewane i nieprzewidziane, człowiek ten wyglądał na lat trzydzieści.
W chwili gdy się ukazał i gdy okiem surowem spojrzał po tłumie, męzkie i łagodne oblicze jego, jaśniało wdziękiem piękności człowieka trzydziestoletniego.
W chwilę potem, byłoby rzeczą kłopotliwą, jeśli nie niepodobną, oznaczyć stanowczo wiek jego.
Czoło jego miało pogodę młodości, a wzrok biegał naokoło ciekawie i życzliwie, ale jak tylko widok, który napotykał nabawiał go wstrętu, to czarne brwi marszczyły się, a czoło, okryte grubemi zmarszczkami, przybierało pozór starości.
Jakoż, gdy zatrzymał rękę cieśli i samem uściśnieniem jej wyrzucił broń, którą tenże groził przeciwnikowi; gdy prędkim rzutem oka na trzech młodzieńców poznał, że to są ludzie dobrze wychowani, co zabłąkali się w złe miejsce, dokończył wtedy przeglądu, którego dotąd odbył tylko połowę.
Zobaczywszy Naruszyciela rozciągniętego na stole z twarzą zranioną, odzież mularza okrwawioną, węglarza bladego pod maską czarną, a zabójcę kotów trzymającego się za bok i krzyczącego że umarł, jakkolwiek mógł być na widok ten przygotowany, jednakże na fizjonomji jego wybił się wyraz niesmaku i surowości, pod którym opadły głowy najzawziętszych, a twarze najopilszych zbladły.
Ponieważ jest to główny bohater nasz, którego wyprowadzamy na scenę, przeto pozwolą nam czytelnicy uczynić dlań to, cośmy uczynili dla figur daleko mniej ważnych, to jest dać jak można najdokładniejszy opis jego osoby.
Był to nasamprzód, jak powiedzieliśmy, mężczyzna lat około trzydziestu. Ciemne włosy jego były miękkie i wiły się w kędziory, co czyniło je krótszemi niż były w rzeczywistości; oczy miał niebieskie, łagodne, jasne, przejrzyste jak woda jeziora; a jak ta woda jeziora, z którą je porównywamy, odbija niebo, tak oczy młodego mężczyzny z imieniem słodkiem i dźwięcznem, zdawały się być zwierciadłem w którem odbijały się najpogodniejsze myśli duszy. Owal jego twarzy był czystości Rafaelowskiej; nic tam nie mieszało wdzięcznego konturu; wpatrywałeś się w harmonijne linije z tą niewymowną radością, jakiej doznajesz na widok linii krzywej, jaką w pierwszych dniach maja opisuje na horyzoncie słońce wschodzące. Nos miał prosty i mocno osadzony, ale szeroki; usta małe, zęby uderzającej białości i wargi wązkie napozór, gdyż pod ocieniającym je czarnym wąsem, niepodobna było należycie rozeznać rysunku. Twarz, raczej matowa niż blada, otoczona była brodą czarną niezbyt gęstą; ani nożyczki, ani brzytwa nie dotknęły jej zapewne, był to włos pierworodny w całej swej delikatności, broda dziewicza w całym swym wdzięku, jedwabista, łagodząca rysy zamiast je zaostrzać.
Ale co było najbardziej uderzającem w tym młodym mężczyźnie, to biały ton, matowość skóry; barwa jej nie była ani żółtawą bladością uczonego, ani białą bladością rozpustnika, ani zieloną bladością zbrodniarza; ażeby dać wyobrażenie o niepokalanej białości tej twarzy, nie znajdujemy gdzieindziej porównania, tylko w melancholijnej i światłej bladości księżyca, w przeźroczystych listkach białego lotusu, w nietkniętym śniegu wieńczącym czoło Himalai.
Odzież jego składała się z jakiegoś paltota czarnego aksamitu, który dosyć było ścisnąć w pasie, by mu nadać kształt kaftana z XV-go wieku, z kamizelki i z czarnych aksamitnych spodni. Czapeczka także aksamitna, spoczywała na jego głowie i przy jakiem takiem poczuciu artystycznem, zdziwiłbyś się, nadaremnie szukając pióra orlego, czaplego lub strusiego, któreby z tej czapeczki zrobiło kapelusz mody rycerskiej.
Co wpośród tłumu nadawało cechę arystokratyczną tej odzieży, uzupełnionej fularem purpurowej barwy niedbale owiniętym koło szyi, to, że odzież ta nie była z aksamitu bawełnianego, jak ubranie ludu, ale z jedwabnego, jak suknia aktorki lub księżniczki.
Ten malowniczy ubiór uderzył nietylko Jan a Roberta i Ludowika, ale nawet Petrusa; wrażenie, jakie wywarł na tego ostatniego było nawet tak wielkie, że zawoławszy przy wymienieniu nazwiska Salvator: „To zuch jakiś, którego nazwisko jest dobrej wróżby, zobaczymy czy się sprawdzi“, dodał jeszcze:
— Sacrebleu! a toż mi piękny model do mojego Rafaela u Fornariny; jakżebym mu chętnie dał sześć franków, zamiast czterech, gdyby chciał pozować.
Co do Jana Roberta, ten z tytułu pisarza dramatycznego, szukając wszędzie i we wszystkiem efektów teatralnych, najmocniej uderzony był pełnem uszanowania przyjęciem, jakiego młody mężczyzna doznał od szalonego tłumu; a przyjęcie to przypomniało poecie one sławne „quos ego“ Neptuna, równającego swym boskim trójzębem rozhukane fale archipelagu Sycylijskiego.

VII.
Gdzie Jan Byk stanowczo ustępuje a za nim tłum cały.

Od wejścia tajemniczego człowieka, powitanego imieniem Salvatora, najgłębsze milczenie zaległo w sali; zaledwie słychać było oddech trzydziestu do czterdziestu napełniających ją osób.
Milczenie to wziął cieśla za naganę i odurzony na chwilę obecnością nowoprzybyłego i sposobem w jaki go ten rozbroił, powoli przyszedł do siebie i łagodząc ile mógł chrapliwe dźwięki swego głosu, rzekł:
— Panie Salvatorze, pozwól mi się pan wytłómaczyć...
— Źle postąpiłeś! przerwał młody mężczyzna, tonem sędziego wydającego wyrok.
— Ależ kiedy powiadam panu...
— Źle postąpiłeś! powtórzył Salvator.
— Kiedy bo...
— Źle postąpiłeś! mówię ci!
— Koniec końców, jakże pan wiesz o tem, skoro nie byłeś tu, panie Salvatorze?
— A czyż ja potrzebowałem tu być, ażeby wiedzieć co zaszło?
— Jużcić, zdaje mi się...
Salvator wyciągnął rękę do Jana Roberta i dwóch jego przyjaciół, którzy zebrali się w gromadkę i opierali jeden o drugiego.
— Patrz, rzekł.
— Patrzę, odpowiedział Jan Byk, i cóż dalej?
— Co widzisz?
— Widzę trzech fanfaronów, którym obiecałem smarowanie i którzy je dostaną nie dziś to jutro.
— Widzisz trzech młodzieńców, porządnie i wykwintnie ubranych; przyzwoitych, którzy źle zrobili wchodząc do takiej knajpy, jak ta; ale to nie był powód do szukania z nimi zaczepki.
— Alboż ja szukałem z nimi zaczepki?
— Może powiesz, że to oni zaczepili ciebie i czterech twoich towarzyszów?
— A jednakże widzisz pan, że oni byli w stanie obronić się.
— Bo zręczność, a nadewszystko prawo, było po ich stronie... Ty myślisz, że siła jest wszystkiem, ty, coś nazwisko swoje, Bartłomiej Lelong zamienił na Jan Byk. Masz dowód, że nieprawda. Daj Boże, aby ci ta nauka wyszła na dobre.
— Ależ kiedy panu powiadam, że to oni nazwali nas głupcami, durniami, bydlętami...
— A dlaczego was tak nazwali?
— Powiedzieli nam, że jesteśmy pijacy.
— Pytam się, dlaczego was tak nazwali?
— Dlatego, że chcieliśmy, ażeby zamknęli okno.
— A dlaczego nie chciałeś, żeby okno było otwarte?
— Dlatego, że ja nie lubię przeciągów.
— Dlatego, że byłeś pijany, jak ci to powiedzieli ci panowie; dlatego, że chciałeś szukać kłótni z kimbądź i schwyciłeś sposobność za uszy; dlatego, że miałeś jakąś znowu kłótnię w domu i chciałeś skrupić na niewinnych niewierność panny...
— Dajże pokój, panie Salvatorze, nie wymawiaj jej imienia, żywo przerwał cieśla, ta niedobra kobieta o śmierć mnie przyprawi.
— A! widzisz, że natrafiłem. Potem marszcząc brwi: Ci panowie dobrze zrobili otwierając okno; powietrze tu jest zaduszone, a ponieważ dwóch okien nie zawiele jest na czterdzieści osób, pójdziesz przeto natychmiast i otworzysz drugie.
— Ja? rzekł cieśla, przyciskając się, że zdawało się wrósł nogami w podłogę, ja miałbym pójść otwierać drugie okno, kiedy chcę, ażeby zamknięto tamte?... Ja, Bartłomiej Belong, syn mojego ojca?
— Ty, Bartłomiej Lelong, pijanica i kłótnik, który hańbisz imię swego ojca i dlatego dobrze zrobiłeś, żeś wziął przezwisko. Owóż, ja ci powiadam, że pójdziesz otworzyć okno za karę, że zaczepiłeś tych panów.
— Gdyby nawet piorun miał uderzyć w mą głowę, rzekł Bartłomiej Lelong podnosząc pięść do góry, nie posłucham.
— A to ja cię nie chcę znać pod żadnem nazwiskiem; jesteś odtąd dla mnie prostym i obelżywym robotnikiem i wypędzam cię z tego miejsca, w którem ja jestem. Potem wyciągnął rękę z cesarskim giestem: Idź precz! zawołał.
— Nie pójdę! ryknął cieśla pieniąc się z wściekłości.
— Na twego ojca, którego sam przed chwilą wyzwałeś, rozkazuję ci pójść precz!
— Nie, do pioruna! nie, nie pójdę! odpowiedział Bartłomiej Lelong siadając okrakiem na ławie i przyciskając się do niej oburącz, jak gdyby gotował się uczynić sobie z niej broń w razie potrzeby.
— Chcesz więc doprowadzić mnie do ostateczności, rzekł Salvator tonem tak spokojnym, że nie możnaby się nigdy domyśleć, iż zawiera najwyższą groźbę.
— Nie zbliżaj się, panie Salvatorze! krzyczał tenże cofając się wzdłuż całej ławy, w miarę zbliżania się młodego człowieka, nie zbliżaj się...
— Czy wyjdziesz? pytał Salvator.
Cieśla wziął ławę i podniósł ją, jak gdyby chciał nią uderzyć Salvatora. Potem odrzucając ławę opodal:
— Pan wiesz dobrze, że możesz ze mną uczynić co zechcesz, i że prędzejbym sobie rękę uciął, niż ciebie uderzył... Ale z dobrej woli, nie! nie! nie! ja nie wyjdę!
— O nędzny uparciuchu! zawołał Salvator, chwytając zarazem Jana Byka za chustkę na szyi i za pas od spodni.
Jan Byk wydał ryk wściekłości.
— Możesz mnie pan wynieść, ryczał, nie broniąc się, ale nie wyjdę z dobrej woli.
— Niechże tak będzie, jak sobie życzysz, rzekł Salvator.
I szarpnąwszy gwałtownie bezwładnym kolosem, wyrwał go z podłogi, jak gdyby dąb wyrywał z korzeniem z ziemi i niosąc aż do schodów, nad któremi pobujał nim trochę:
— Czy chcesz odejść po jednym schodzie spokojnie, zapytał go, czy od razu?
— Jestem w twoich rękach, panie Salvatorze, czyń ze mną co ci się podoba, ale co z dobrej woli, to ja ztąd nie odejdę.
— A więc odejdziesz z przymusu, nędzniku!
I rzucił go jak blok z czwartego piętra na trzecie.
Usłyszano spadające i toczące się ze stopnia na stopień ciało Jana Byka czy Bartłomieja Lelong, jak się podoba czytelnikowi nazywać cieślę, imieniem rodowem czy przybranem.
Tłum ani pisnął, ani krzyknął: był zadowolony; podziwiał.
Trzej tylko młodzieńcy byli głęboko wzruszeni. Petrus, żartowniś spoważniał; Ludowik, fłegmatyk, czuł gwałtowne bicie serca; Jan Robert zaś, poeta czuły, jedynym był co z pozoru przynajmniej zachował krew zimną.
Dopiero, skoro zobaczył Salvatora wracającego bez cieśli, w sunął szpadę w pochwę i przeciągnął chustkę po czole potem oblanem. Następnie poszedł prosto do Salvatora i wyciągnął doń rękę.
— Dziękuję panu, rzekł, żeś nas uwolnił od tego przeklętego pijaka; tylko obawiam się skutków tego zrzucenia.
— Nie obawiaj się pan o niego! odpowiedział Salvator, podając poecie rękę białą i arystokratyczną, tę rękę, co dokonała tego cudu siły, poleży on dwa lub trzy tygodnie w łóżku i koniec; a przez te dwa lub trzy tygodnie gorzko opłakiwać będzie tę scenę.
— Jakto! ten dziki człowiek płakać będzie? zapytał ze zdziwieniem Jan Robert.
— Płakać będzie łzami gorżkiemi, łzami krwi, powiadam to panu... Jest to najlepsze serce i najpoczciwszy człowiek jakiego znam! Nie obawiaj się więc pan o niego, ale o siebie.
— Jakto, o siebie?
— Tak... Czy pozwolisz mi pan udzielić sobie przyjacielskiej rady?
— Proszę pana.
— Owóż, rzekł Salvator tłumiąc głos, tak, ażeby nikt inny, prócz tego do którego mówił, nie słyszał, jeżeli mi ufasz, to nigdy tu noga twoja nie postanie, panie Janie Robercie.
— Pan mnie znasz? zawołał Jan Robert zdziwiony.
— Znam pana tak jak i wszyscy, odpowiedział Salvator z wytworną grzecznością, czyż nie jesteś jednym z naszych znakomitych poetów?
Jan Robert zaczerwienił się po same uszy.
— A teraz, rzekł Salvator odwracając się do tłumu i zmieniając zupełnie sposób mówienia i zachowania, musicie być zadowoleni? nasyciliście się dosyć za swoje pieniądze, spodziewam się! Bądźcie więc łaskawi wynieść się z tąd natychmiast; tutaj powietrza jest tylko na czterech; to znaczy, że ja chcę tu pozostać sam z temi trzema panami.
Tłum uległ, jak gromada uczniów na głos nauczyciela; odeszli w porządku, żegnając głosem, głową i ręką młodego człowieka, który zdawał się rozkazywać, a którego oblicze po tej burzliwej przygodzie, nie więcej było wzruszonem, jak niebo po burzy.
Czterej towarzysze Jana Byka, licząc w to Naruszyciela, przeszli przed Salvatorem z głową spuszczoną, a każdy z nich mijając go, pochylił się z takiem uszanowaniem, jak żołnierz przed dowódzcą.
Po odejściu ostatniego, chłopiec bufetowy ukazał się na progu.
— Czy podać, co panowie zamówili? zapytał.
— Spodziewam się! odrzekł Jan Robert. Potem odwracając się do Salvatora: Czy nie raczyłbyś pan z nami zostać na wieczerzy, panie Salvatorze? zapytał.
— I owszem, odpowiedział Salvator, ale nie zamawiaj; pan dla mnie nic; właśnie kazałem sobie podać zupę na dole, kiedy, posłyszawszy hałas, przyszedłem tu.
W pięć minut potem, czterej młodzieńcy siedzieli przy stole. Pili najsamprzód zdrowie zwycięzców, potem zwyciężonych, potem tego, który tak szczęśliwie nadszedł w porę, by wstrzymać wielki rozlew krwi.
— Wreszcie, rzekł śmiejąc się Salvator do Jana Roberta, pan zdajesz mi się wcale biegłym w boksie, w sawacie i fechtunku! Dałeś biednemu Janowi Bykowi majestatycznie pięścią w skroń, tryumfalne uderzenie nogą w okolicę żołądka i byłbyś mu wymierzył wspaniałe pchnięcie szpadą, kiedy szczęściem nadszedłem... Ale mniejsza o to; osaczyliście się przedziwnie, i gdybym był panem Petrusem, zrobiłbym szkic wasz w tem położeniu.
— Ah! ah! rzekł Petrus, to pan i mnie znasz?
— O, tak! odpowiedział Salvator z westchnieniem, jak gdyby to potwierdzenie przypominało mu coś melancholijnego: nim założyłeś pracownię na ulicy Ouest, mieszkałeś pan na ulicy Regard, w owym to czasie miałem przyjemność widzieć cię ze dwa lub ze trzy razy.
Potem, zwracając się do trzeciego towarzysza, który uporczywie milczał i zdawał się rozmyślać wciąż nad zagadnieniem, którego nie mógł rozwiązać:
— Cóż ci jest, panie Ludowiku? zapytał. Wyglądasz zakłopotany! Rozumiałbym to, gdybyś miał jeszcze do złożenia egzamin i do bronienia tezę; ale to rzecz skończona, Bogu chwała, od trzech miesięcy, i to z chlubą!
Jan Robert patrzył na, Salvatora z podziwieniem; Petrus wybuchnął śmiechem.
— Ah, panie Salvatorze, rzekł Ludowik, skoro pan wiesz tyle rzeczy...
— Bardzo pan jesteś łaskaw! przerwał Salvator.
— Skoro pan wiesz, że mój przyjaciel Jan Robert jest poetą; skoro wiesz, że mój przyjaciel Petrus jest malarzem, a ja jestem lekarzem, to czy nie wiesz pan, dlaczego ten zabójca kotów pachniał tak walerjaną?
— Czy jesteś pan amatorem rybołówstwa, panie Ludowiku?
— Tak; w chwilach wolnych, czasami, odpowiedział Ludowik, ale po największej części zawsze jestem zajęty.
— Jakkolwiek mało zajmujesz się rybołówstwem, musisz wszelako wiedzieć, że dla przynęty karpiów zapachniają zboże, muszkatelem albo anyżkiem?
— Nie trzeba być rybakiem, ażeby o tem wiedzieć, dość być nieco naturalistą.
— Owóż, walerjana jest tem względem kotów, czem muszkatel lub anyżek względem karpiów: ona ich przyciąga, a ponieważ imcipan Zwierzynka jest łowcą kotów...
— Oh! zawołał Ludowik mówiąc sam do siebie z tą flegmą półkomiczną, która była jednym z oryginalnych odcieni jego charakteru, o! nauko, tajemnicza bogini! czyż zawsze tylko przypadkiem będzie ktoś mógł uchylić brzeg twojej zasłony? I pomyśleć tu proszę, że gdybym ja się dziś wieczór nie był przebrał za przekupnia, gdyby Petrusowi nie przyszła myśl wieczerzania w knajpie, to byśmy się nie kłócili, ja nie byłbym się bił z łowcą kocim, pan nie przyszedłbyś nas pogodzić, i nauka mogłaby istnieć jeszcze dziesięć, pięćdziesiąt lat, wiek cały, nie odkrywszy, że walerjana przynęca koty, tak jak anyżek karpie!
Wieczerza była wesołą.
Petrus, stylem pracowni, opowiadał historję jakich dwudziestu portretów, które robił w oberży, dla zapłacenia należytości wynoszącej dziesięć franków dwadzieścia centów; co za każdy portret stanowiło ogromną cenę pięćdziesiąt jeden centów.
Ludowik dowiódł matematycznie, że nie ma ani jednej pięknej kobiety, która byłaby naprawdę chorą i paradoks ten utrzymywał z kwadrans z taką werwą i wesołością, jakiej po jego flegmatycznej osobie ani spodziewać się nie było można.
Jan Robert opowiadał plan nowego dramatu, który pisze dla najsławniejszych dwojga ówczesnych aktorów, Bocage’a i pani Dorval, o którym to dramacie młodzieniec w ubraniu z czarnego aksamitu, czynił najtrafniejsze uwagi.
To też butelki mijały jedna za drugą, a ponieważ Petrus i Ludowik zrobili spisek, żeby upoić pana Salvatora, sądząc, że tym sposobem będzie się więcej wywnętrzał, przeto zdarzyło się to, co zwykle się zdarza w podobnym razie, to jest, że pan Salvator zachował krew zimną, a młodzi ludzie podchmielili sobie.
Co zaś do Jana Roberta, ten nawet w knajpie nie pił nic innego prócz wody.
Powoli Petrus i Ludowik, podniecając się wzajem, przebyli sami tę granicę, za którą chcieli wyprowadzić Salvatora; opowiadali historję nic nieznaczące albo moralne; powtarzali słowa z których śmiano się już przy początku wieczerzy; krótko mówiąc, naraz systematycznie wpadli w najzupełniejszą atonję, a z tej bez wstrząśnienia przeszli do najgłębszego snu.

VIII.
Podczas snu Petrusa i Ludowika.

Zaledwie dwaj śpiący dali znak chrapaniem, że ustępują z pola rozsądnych ludzi i pozostawiają rozmowę tym, którzy mogli ją utrzymywać, gdy Salvator opuszczając ręce na stół i bystro spojrzawszy na Jana Roberta:
— Powiedz mi też, panie poeto, zapytał, dla czego przybyłeś przepędzić noc w Gościnnym Dworze?
— Dlatego, ażeby zrobić przyjemność moim dwom przyjaciołom, Petrusowi i Ludowikowi.
— I nic cię nie znagliło do tej dla nich uprzejmości?
— Nic, o ile wiem.
— Czy pewnym tego jesteś?
— Ile pewnym być można samego siebie.
— A więc pan nie zwodzisz mnie, ale zwodzisz sam siebie... Nie, ci panowie, którzy tu śpią tak smaczno, nie są tego przyczyną, oni są tylko pretekstem. Czy wiesz pan pocoś tu przyszedł? Ja ci powiem. Przyszedłeś tu z powołania jako filozof, obserwator, malarz obyczajów, poeta, romansopisarz, przyszedłeś studjować serce ludzkie „in anima wili,“ jak powiadają w szkole, nieprawda?
— Jest coś prawdy w tem, co pan mówisz, odpowiedział Jan Robert z uśmiechem. Ja dotąd zajmowałem się tylko teatrem, ale nie chcę się na tem ograniczyć, chcę pisać romanse obyczajowe, tylko chcę to uczynić w sposób ja kim Szekspir obrabiał swoje dramaty, obejmując cały jeden okres historyczny i podciągając pod haracz całe społeczeństwo, od grabarza aż do Hamleta, księcia Danji! Powiem panu, że w dramacie Hamletowym, ta scena z grabarzem nie najmniej mi się podoba, i uważam, że pomiędzy wszystkiemi osobami, uprzątacze grobów i profanatorowie grobów, nie najmniejszymi są filozofami.
— Tak, masz pan słuszność i ja może jestem twojego zdania; ale źle się do tego bierzesz, a raczej źle wybierasz miejsca dla sceny. Gdzie Szekspir ukazuje grabarzów? Przy robocie, z nogami w grobie, z czaszką w ręku, a nie w tawernie Yaughana szynkarza, do którego pierwszy grabarz posyła drugiego po szklankę napitku. Chcesz pisać poezje, pokochaj się w kobiecie i biegaj po polach. Chcesz pisać dramaty? bywaj w towarzystwach do północy, studjuj Moliera i Szekspira do godziny drugiej zrana, spij potem sześć godzin, zlej wspomnienia swe ze studjami i pisz od dziesiątej do południa. Chcesz pisać romanse? weź Lesage’a, Waltera Scotta i Coopera, to jest, malarza obyczajów, malarza charakterów, malarza natury; badaj człowieka w jego domu: w pracowni, jeśli jest artystą; w kantorze, jeśli jest negocjantem; w gabinecie, jeśli jest ministrem, na tronie, jeśli jest królem; w warsztacie, jeśli jest szewcem; ale nie w szynku dokąd przybywa znużony, a zkąd odchodzi pijany! Na znaku to szynkowym należałoby położyć nadpis Danta „Lasciate ogni speranza!“ A przytem cóż za straszną noc wybrałeś dla swych studjów! noc karnawałową, noc, w której żaden z tych ludzi nic jest na swojem miejscu, kiedy wszyscy pozastawiali od spodni aż do sienników, by się przystroić w pretensjonalne kostjumy; noc, w której są wszystkiem, prócz sobą! Istotnie, panie obserwatorze, mówił dalej Salvator wzruszając ramionami, obserwujesz szczególnym sposobem.
— Mów pan dalej, mów dalej, powtarzał Jan Robert, słucham.
— Owóż, cóżbyś pan powiedział o człowieku, któryby poszedł badać serce ludzkie w domu warjatów? Sambyś go nazwał warjatem, nieprawdaż? A jednakże, pan sam co tu robisz o tej porze? Posłuchaj mnie, panie Janie Robercie; przypadek nas zbliżył, ruch zwyczajny rozdzieli nas; może nie zobaczymy się już nigdy... Pozwól mi udzielić sobie rady. Wydaję ci się bardzo śmiałym, nieprawda?
— Oh! bynajmniej, upewniam pana.
— Co pan powiesz, i ja także zaczynałem romans.
— Pan?
— Tak, ale nie jeden z tych, co się drukują, bądź spokojny: nie będę ci robił konkurencji; chciałem tylko powiedzieć, że i ja miałem pretensję być obserwatorem. Romanse, o poeto! tworzy społeczność, szukaj po swojej głowie, plądruj po imaginacji, susz mózg, nie znajdziesz tam w kwartał, w pół roku, w rok, niepodobnego temu, co ci przypadek, fatalność, Opatrzność, stosownie do nazwy jaką chcesz nadać wyrazowi, którego szukam, nie znajdziesz, powiadam, niepodobnego temu, co przypadek, fatalność lub Opatrzność zawiązuje i rozwiązuje w jednej nocy, w mieście takiem jak Paryż! Czy masz pan jaki przedmiot do swego romansu?
— Jeszcze nie. Do teatru przystępuję chętnie: nie bardzo on mnie przeraża, ale romans, ze swemi rozgałęzieniami, epizodami, perypetjami, ze skalą dochodzącą do najwyższych piętr społecznych, ze schodami zstępującemi w najgłębsze przepaście; romans z buduarem księżniczki i alkierzem robotnicy; romans z Tuilerjami i knajpą w której siedzimy, z katedrą Notre-Dame i placem egzekucyjnym Gréve!... oświadczam panu, że cofam się przed tem dziełem, przerażam się trudem i że to nie zdaje mi się ciężarem zwyczajnym, ale światem, który trzeba dźwignąć.
— A mnie się zdaje, odrzekł Salvator, że pan się mylisz..
— Wczem?
— W tem, że pan chcesz robić.
— Oczywiście, że chcę.
— W tem właśnie leży błąd! nie rób pan nic, patrz jak, się to samo robi.
— Nie rozumiem.
— A jak postępował Asmodeusz?
— On podnosił dachy domów i mówił do don Kleofasa:. „ Patrz!“
— Czy pan masz władzę Asmodeusza? Nie. Powiem ci też: Uczyń jeszcze prościej, wyjdź z tej jaskini, idź za pierwszym mężczyzną lub za pierwszą kobietą, których, spotkasz na ulicy, na rozdrożu, na placu; ten pierwszy mężczyzna lub ta pierwsza kobieta nie będą prawdopodobnie bohaterami powieści, ale on lub ona będzie dzieckiem wielkiej powieści ludzkiej, jaką układa Bóg, a w jakim celu, Bóg sam to wie!... stań się poprostu jego współpracownikiem, a od pierwszego kroku, pewnym bądź, że trafisz na ślad jakiej awantury strasznej albo pociesznej.
— Ależ teraz noc...
— Tembardziej! noc stworzona jest dla poetów i zakochanych, dla patroli, złodziejów i powieściopisarzy.
— Więc pan chcesz, żebym romans swój rozpoczął zaraz?
— Jużeś go rozpoczął.
— Odkąd?
— Od chwili, gdy przyjaciele twoi powiedzieli do ciebie: „Pójdźmy na wieczerzę do Gościnnego Dworu.“
— Żartujesz pan.
— Nie, na honor. Trzeba tylko chcieć. Jan Byk będzie osobą twego romansu, Zwierzynka będzie osobą twego romansu, Toussaint Louverture będzie osobą twego romansu, Szkopek i Haczyk będą osobami twego romansu; dwaj pańscy przyjaciele, którzy śpią, ani domyślają się, że im wydzielamy role, będą osobami twego romansu; ja sam, jeżeli uznasz mnie pan godnym, będę osobą twego romansu... Tylko, nie dawaj go pan na wystawę.
— Rzeczywiście, masz pan słuszność, pójdę za twoim planem.
— W takim razie wbij to sobie dobrze w pamięć: że nie jesteś autorem, który tworzy sytuacje, waży wypadki, przygotowywa perypetje, ale, że jesteś aktorem tego wielkiego dramatu ludzkiego, którego teatrem jest świat, dekoracjami miasta, lasy, rzeki, oceany; gdzie każde działa gwoli swych interesów, kaprysu, fantazji na pozór, a w rzeczywistości pcha go ręka niewidzialnego i wszechmocnego losu; łzy, które tam popłyną będą łzami prawdziwemi, krew rozlana będzie krwią prawdziwą i ty sam połączysz łzy i krew swoję ze łzami i krwią innych.
— Eh! mniejsza, że poeta cierpi, jeżeli sztuka zyska coś na tem.
— Jesteś pan widzę takim, jakim cię sądziłem. Patrzaj, na dworze zmiana, zaczyna marznąć, noc piękna, księżyc świeci wspaniale; wyjdźmy i poszukajmy dalszego ciągu powieści, której nie napisaliśmy, ale odegrali pierwsze rozdziały.
— Ależ nie mogę zostawić tu moich dwóch przyjaciół.
— Dlaczego?
— Gdyby im się stało co złego.
— Nie ma niebezpieczeństwa: powiem słówko bufetowemu, a jak będzie wiadome, że oni są pod moją opieką, najśmielszy z łotrów tej jaskini nie dotknie włosa z ich głowy.
— Zgoda! rzekł Jan Robert, tylko czy będziesz pan tak dobry wydać to zlecenie w mojej obecności?
— Chętnie.
Salvator stanął nad schodami i gwizdnął w pewien sposób, niby jak maszynista, niby jak zawiadowca statku.
Widać, że nie miano zwyczaju ociągać się na znak dany przez pana Salvatora, gdyż zaledwie ucichły ostatnie tony gwizdnięcia, chłopiec ukazał się na schodach.
— Pan Salvator wołał? zapytał.
— Tak. Wyciągnął rękę ku dwom śpiącym. Ci dwaj panowie są moimi przyjaciółmi, panie Babylasie, rozumiesz?
— Rozumiem, panie Salvatorze, odpowiedział posłusznie bufetowy.
— Proszę pana! rzekł młody mężczyzna do poety. I wyszedł pierwszy.
Jan Robert, pozostawszy, zażądał rachunku. Potem, dając pięć franków bufetowemu:
— Mój przyjacielu, rzekł, bądź łaskaw powiedzieć mi,, kto jest ten pan, co ci polecił moich dwóch przyjaciół.
— To nie jest pan, to pan Salvator.
— Ale któż to jest ten pan Salvator.
— Pan go nie zna?
— Nie, skoro się pytam kto on jest.
— To jest przecież posłaniec miejski z ulicy Żelaznej.
— Jakto?
— Mówię panu: to jest posłaniec z ulicy Żelaznej.
Chłopiec odpowiadał tak poważnie, że ani wątpić można było, iż mówi prawdę.
— W istocie, rzekł do siebie Jan Robert, sądzę, że pan Salvator ma słuszność i zaczynamy taką powieść, jakiej jeszcze nikt nie utworzył.

IX.
Dwaj przyjaciele Salvatora.

Rzeczywiście, jak oświadczył posłaniec z ulicy Żelaznej, księżyc świecił wspaniale.
Godzina druga uderzyła w kramach sukienniczych.
Wodotrysk Niewiniątek, arcydzieło sztuki budowniczo-rzeźbiarskiej Goujona, ukazał się na prawo przy wyjściu z szynkowni, cudownie oświetlony tą jasną lampą, którą ręka samego Boga zawiesiła na sklepieniu niebios.
Dwaj młodzieńcy, mimo odległość społeczną, jaką różnica stopni zdawała się tworzyć między nimi, wzięli się pod rękę i weszli w ulicę św. Dyonizego, od strony dworca Sprawiedliwości. Przybywszy na plac Chatelet, zatrzymali się. Rzeka płynęła u ich stóp; katedra Notre Dame wznosiła się przed niemi z majestatem rzeczy nieruchomych; Święta Kaplica piętrzyła zębaty szczyt ponad domy, jak Leviatan ość swą ponad fale. Mogliby mniemać, że znajdują się pośród Paryża z XVgo wieku.
Zkądinąd wreszcie, na domiar złudzenia, gromada młodych ludzi ubranych w kostjumy z czasów Karola Vigo, przechodząc przez plac Gréve, wołała na całe gardło:
— Godzina druga i minut czternaście; jesteśmy spokojni, spijcie Paryżanie!
Nasi dwaj młodzieńcy przepuścili przed sobą maskaradę, przebyli spiesznie most Change i doszli do małego placyku położonego między mostem św. Michała i ulicy Harpe.
Ze trzydziestu studentów z gryzetkami ubranemi w kostjumy fantastyczne, tańczyło z wielkiemi okrzykami radości, około kilku zapalonych wiązek słomy.
Jan Robert, który właśnie podówczas studjował dzieje Francji, zaczął szukać oczyma gzemsu, na którym wyryta była głowa z workiem zawieszonym u szyi i według kronikarzy, pozostawać tam miała aż do XVIIgo wieku.
Zdawało się, że cała ta młodzież, ubrana w stroje średniowieczne, a średnie wieki podówczas nabierały wielkich względów, przybyła tu zaprotestować, w lat czterysta po wypadku, przeciwko strasznej zdradzie, którą miejsce to przypomina.
Było to w samej rzeczy podczas spokojnej nocy, oświeconej takim samym jasnym księżycem jak ten, który świetniał w tej chwili, o drugiej godzinie rannej, czyli o tej samej co teraz tylko w dniu 12ym czerwca 14.18 roku. — Perinet Leclerc, wykradłszy ojcu z pod poduszki klucze od bramy św. Germana, otworzył miasto ośmiuset zbrojnym księcia Burgundzkiego, czekającym za murami, pod wodzą de Villiersa, pana na Isle-Adam.
Wszystko, co wpadło pod rękę Burgundom padło nieubłaganą śmiercią: kobiety, dzieci, starcy, pięciu biskupów zamordowano w łożnicach, konetabla i kanclerza wyciągniono na ulicę i pozabijano, członki ich rozrzucono na wszystkie strony, a głowy włóczono po ulicach.
Rzeź trwała tydzień; po tygodniu paryżanie wypędzili Burgundów i pozostali panami miasta. Zaczęto wtedy poszukiwać zdrajcy, przyczyny tego wstydu i nieszczęścia; przetrząśnięto cały Paryż z góry do dołu, by wynaleźć Perineta Leclerc.
Perinet Leclerc znikł jak kamień w wodę, nikt już o nim nie słyszał.
Wtedy snycerz jakiś ulepił na prędce gruby konterfekt zdrajcy, a kiedy lud popiersie to obniósł z ulicy na ulicę, od bramy do bramy; kiedy go wypoliczkowano, opluto, tenże sam mistrz wyrył Judasza XVgo wieku z workiem na szyi, na tym gzemsie, na którym widzieli go starzy kronikarze.
Wspomnienie to zaprzątało Jana Roberta, który oderwał oczy od wesołej gromady jaskrawo ubranej, oświeconej migającem światłem płomieni i zaczął patrzeć po cieniach i załomach domów, aż wyrzekł sam do siebie półgłosem:
— Chciałbym jednakże wiedzieć, gdzie był ten gzems.
— Na rogu placu i ulicy St. André-des-Arts, odrzekł Salvator, jak gdyby od pierwszego do ostatniego słowa szedł w myśli Jana Roberta, za jego monologiem.
— Zkąd pan wiesz o tem, to jest o rzeczy, o której ja nie wiem? zapytał Jan Robert.
— Nasamprzód, rzekł z uśmiechem Salvator, zadziwienie to jest nieco zarozumiałem. Czy sądzisz panie poeto, że ci tylko ludzie rzeczywiście wiedzą zawsze to, co powinniby wiedzieć z tytułu swego powołania? Zdaje mi się jednakże, że nieświadomość przyjaciela twego Ludowika, w przedmiocie walerjana, powinnaby cię oświecić.
— Wybacz mi, rzekł Jan Robert, wymknęło mi się słowo: więcej się to nie przytrafi. Zaczynam uważać, że pan wiesz wszystko.
— Ja nie wiem wszystkiego, odpowiedział Salvator, ale żyję z ludem, który jest całym światem, jest olbrzymem, realizującym starożytną bajkę o stuokim Argusie, o sturamiennym Briareju, który silniejszym jest od władzców, a dowcipniejszym od Woltera! Owóż, jednym z tych przymiotów lub wad tego ludu, jest pamięć, a zwłaszcza pamięć, mścicielka zdrad. Zdrajca, którego rehabilitowali władzcy i okryli wstęgami, któremu arystokracja otworzyła swe progi, któremu mieszczaństwo kłania się w przechodzie, jest zawsze zdrajcą dla ludu; imię jego, które zostało w społeczeństwie, jest zawsze dla ludu imieniem haniebnem, przeklętem, słowem, imieniem zdrajcy! I niedaleki czas może — dodał Salvator z miną ponurą, która nadała przez chwilę jego fizjognomji wyraz, jakiego po niej nie można było się spodziewać, niedaleki czas może, w którym będziesz miał przykład tego co mówię... Owóż, to imię Perinet Leclerc, o którem uczeni tylko wspominają w wysokich sferach społecznych, imię to, choć lud nie wiele co wie pod względem szczegółów towarzyszących zdradzie, jest jednem ze wspomnień najobmierzlejszych ludowi i to tembardziej, że pomsta nie mogła się nasycić, że kara nie zmazała zbrodni. Pójdź pan.
Salvator skierował się w ulicę St. André-des-Arts.
Jan Robert poszedł za dziwnym człowiekiem, którego traf dał mu za przewodnika i zapuścił się z nim w ciemną i pustą ulicę.
Pomiędzy ulicą Macon i placem Saint-André-des-Arts, towarzysz poety zatrzymał się naprzeciw małego domku. Był to domek biały, czysty, ale wązki, o trzech tylko oknach frontowych. Prowadziły doń małe drzwi malowane na kolor dębu. Salvator wydobył klucz z kieszeni i miał wejść.
— Wszak stanęło, rzekł do Jana Roberta, że resztę nocy przepędzimy razem?
— Tak mi pan przyobiecałeś, a ja przyjąłem; czy cofasz obietnicę?
— Nie, broń Boże! Ale posłuchaj mnie panie. Jakkolwiek mało znaczę na świecie, mam wszakże dwie istoty, które niepokoiłaby moja nieobecność, gdyby ta przeszła po za pewną granicę: jest to kobieta i pies.
— To idź pan ich uspokoić, a ja tu poczekam.
— Czy pan przez dyskrecję nie chcesz iść ze mną na górę? Nie miałbyś w tym razie słuszności: jestem jednym z tych tajemniczych ludzi, którzy nic nie ukrywają i pozostają nieznanymi snując się po słońcu. Wszak podobna powiedział Talleyrand, że dyplomata w dniu, w którym powie prawdę, oszuka świat cały. Ja jestem tym dyplomatą; tylko że nie mam kłopotu z oszukiwaniem świata, który się mną nie zajmuje.
— Skoro tak, odrzekł Jan Robert, który pałał chęcią wejścia na górę, aby zobaczyć wnętrze domu posłańca z ulicy Żelaznej, skoro tak, więc jak powiadają Włosi: „Permesso!“
— „Si“, odpowiedział Salvator w wybornem narzeczu toskańskiem, „sottante vederete il cane, ma non la signora!“ (tak, ale zobaczysz tylko psa, nie kobietę).
Drzwi się otworzyły i obaj towarzysze weszli do sieni.
— Zaczekaj pan, zaświecę.
I dobywając z kieszeni flaszeczkę z fosforem, już miał w nią sięgnąć zapałką, ale w tej samej chwili ukazało się światło na szczycie schodów, spuszczając promień wzdłuż ściany. Potem odezwał się słodziutki głos, z zapytaniem:
— Czy to ty, Salvatorze.
— Tak, to ja, odrzekł młodzieniec. Ależ, dodał odwracając się, to nie pan omyliłeś się ale ja: zobaczysz kobietę i psa.
Psa spostrzeżono najsamprzód, na głos pana skoczył górą przez poręcz na schody i zbiegł po stopniach jak trąba. Później, stanąwszy przed panem, kolosalny brytan położył mu łapy przednie na ramionach, przycisnął poufale łeb do jego policzków i zaczął czule skomleć.
— Dobrze, Rolandzie, dobrze! rzekł Salvator, pozwól mi przejść; widzisz przecie, że twoja pani, Fragola, ma mi coś do powiedzenia.
Ale pies, spostrzegłszy Jana Roberta, wychylił łeb przez ramię pana, a z gardła jego wyszło jakieś mruknięcie, które wreszcie raczej oznaczało zapytanie niż groźbę.
— To przyjaciel, Rolandzie, więc bądź grzecznym! rzekł Salvator. I poklepawszy psa po czarnym pysku, odepchnął go w tył, mówiąc: No, usuń się teraz z drogi.
Roland usunął się, przepuścił pana, obwąchał po drodze Jana Roberta i liznąwszy go po ręku, udał się za nim na schody, jakby zamykając pochód.
Jan Robert rzucił na Rolanda przelotnie okiem przyjacielskiem.
Był to wspaniały zwierz z góry św. Bernarda, pół brytan, pół newfoundland, który stając na tylnych łapach mógł mieć półszostej stopy wysokości, sierść jego była nakształt kociej.
Spostrzeżenia te uczynione były między dołem i pierwszem piętrem; tam cała uwaga Jana Roberta odwróciła się od psa, a zwróciła na Fragolę.
Była to młoda kobieta około lat dwudziestu, której złotawe włosy bramowały twarz bladą i łagodną, a pod skórą jej widać było różaną barwę uroczej delikatności; świeca, którą trzymała w kryształowym lichtarzu, oświecała jej wielkie oczy lazurowej barwy, a usta uśmiechające się i w pół otwarte, ukazywały dwa rzędy pereł pod dwiema wargami różowemi, jak świeże wiśnie. Mały znaczek z urodzenia pod prawem okiem, który kobiety z ludu nazywają „wdziękiem,“ w pewnych porach roku przybierał barwę małej poziomeczki, i on to zapewne nadał jej ten przydomek. „Fragola“ (po włosku, poziomka), który zwrócił uwagę Jana Roberta.
Obecność tego ostatniego, zrazu, tak jak i w Rolandzie, obudziła w niej niepokój, ale jak Roland, uspokoiła się odpowiedzią Salvatora: „To przyjaciel...“
Podała więc nasamprzód Salvatorowi pogodne czoło, na którem młodzieniec złożył czuły, chciałem powiedzieć pełen szacunku pocałunek. Potem, zwracając się do Jana Roberta:
— Przyjacielu mojego przyjaciela, rzekła z uroczym uśmiechem, witam cię!
I świecąc poecie jedną ręką, weszła do pokoju, drugą obejmując szyję Salvatora.
Jan Robert poszedł za niemi. Zatrzymał się dyskretnie w małym pokoiku stanowiącym przednią komnatę, która zdawała się być jadalnią.
— Spodziewam się, że ty przecież nie przez niespokojność jeszcze dotąd nie spisz? zapytał Salvator. Tego bym sobie nie przebaczył, moje drogie dziecię.
I młodzieniec wymówił te słowa akcentem mającym coś ojcowskiego.
— Nie, odpowiedziała dziewica głosem łagodnym, ale odebrałam list od tej przyjaciółki, o której wspominałam ci kilka razy.
— Od której? zapytał Salvator. Ty masz trzy przyjaciółki, o których mi często wspominasz.
— Mógłbyś nawet powiedzieć, że ich mam cztery.
— Tak, prawda... O którąż więc teraz chodzi.
— O Karmelitę.
— Czy jej zdarzył się jaki wypadek?
— Mam jakieś przeczucie! Mamy się jutro zejść razem, ona, Lydia, Regina i ja na mszy w Notre-Dame, jak to jest naszym dorocznym zwyczajem, a tymczasem zamiast tego, ona naznacza nam schadzkę o siódmej godzinie zrana.
— A gdzie?
Fragola uśmiechnęła się.
— Prosiła o sekret, mój przyjacielu.
— O! zachowaj go, mój drogi aniołku! rzekł Salvator. Sekret! ty wiesz moje pod tym względem zdanie: to arka święta, rzecz nietykalna. I zwracając się do Jana Roberta: Służę panu za chwilę, rzekł. Czy pan znasz Neapol?
— Nie, ale mam nadzieję poznać go za dwa lub trzy lata.
— A więc, popatrz pan na ten pokój jadalny, jest to dokładne przypomnienie domu poety w Pompei, a jak pan obejrzysz, to pogadaj z Rolandem.
I to mówiąc, Salvator udał się z Fragolą do drugiego pokoju i drzwi zamknął za sobą.

X.
Pogadanka poety z psem.

Pozostawszy sam, Jan Robert wziął świecę i przybliżył ją do ścian pokoju, a tymczasem Roland z westchnieniem zadowolenia, zabierał się położyć na dywaniku rozłożonym w poprzek drzwi, za któremi znikł młodzieniec z dziewicą, który to dywanik zdawał się być jego zwyczajnem łożem.
Przez kilka chwil Jan Robert daremnie wodził światło pod ścianą, nie widział nic, oczy jego patrzały jakoby wewnątrz, wspomnienia przechodziły między nim i tem co miał przed sobą.
Co oczy jego widziały, to, w tej odległej okolicy na szczycie tych ciemnych schodów, piękną dziewicę, zwieszoną ze świecą w ręku; to długie włosy jej o złocistym połysku, piękne oczy modre odbijające niebo, choć tego nieba tam nie było; to skórę jej przejrzystą, cienką jak listek róży, to całe ciało jej giętkie jak szarfa, na którem widocznie zaciężyła była kiedyś gorączkowa ręka choroby, lub zlodowaciała dłoń nieszczęścia, to słowem całe to zjawisko Fragoli, niemniej dziwne jak Salvatora, z których jedno zdawało się uzupełniać drugie i tworzyło w oczach poety sen jakiś jawny i ożywiony.
Wszystko wydawało mu się dziwnem, aż do tej karminowej plamki pod okiem, dla której to zapewne sam Salvator nazwał ją Fragola, albo zdrobniale Fragoletta.
Przytem, to imię Regina, wymówione przez dziewicę, nasunęło poecie wspomnienie arystokratyczne, nie mogące mieć żadnego związku z istotami niskiej kondycji, z któremi on chwilowo połączył swe życie, a które nie mniej jednak żywo uderzyło w dźwięczne struny jego młodego serca.
Powoli jednak, rodzaj zasłony jaką miał przed oczyma, zaczął rzednieć, i jakby przez mgłę przyszedł do rozpoznawania malowideł okrywających ścianę.
Strona artystyczna wzięła górę nad stroną tajemniczą, rzeczywistość nad snem: poeta stał wobec jednej z najdokładniejszych kopij malarstwa dekoracyjnego ze starożytnych czasów.
Cztery wielkie części muru zawierały kwadraty otoczone ramami; każdy kwadrat przedstawiał krajobraz widziany poprzez kolumny perystylu lub też z okien mieszkania.
Ramy przedstawiały przeróżne fantazje, które późniejsza nauka archeologji spopularyzowała, jako to: godziny nocne i dzienne, tancerzy, konika polnego prowadzącego dwóch ślimaków zaprzężonych do woza, gołąbki pijące z jednej czary i t. p.
Całość przekopiowana była z wybornym smakiem i wiernością tonu, znamionującą niepospolitego kolorystę.
Byłoby to dla Jana Roberta zdziwieniem, gdyby ze strony jego nowego i szczególnego przyjaciela, cośkolwiek go jeszcze zdziwić mogło.
Poszedł więc, nie zdziwiony, ale zamyślony, postawić nasamprzód świecę na stole, obejmującym wszystkiego pięć do sześciu stóp obwodu pośrodku pokoju, a potem usiadł na krześle.
Wtedy oczy jego obojętnie przechodziły po różnych częściach salki jadalnej i nareszcie zatrzymały się na psie; przypomniał sobie słowa Salvatora:
— „Jak skończysz, pogadaj z Rolandem.“
Jan Robert skończył oglądać, a nawet myśleć; zawołał więc Rolanda, by z nim pogawędzić.
Na imię swe wymówione krótkim a ostrym akcentem myśliwskim, Roland który spał, a przynajmniej udawał, że śpi, z pyskiem wyciągniętym między dwiema łapami, żywo podniósł głowę i spojrzał na Jana Roberta.
Powtórnie wymówił nazwisko psa, uderzając się ręką po kolanie.
Pies podniósł się na dwie przednie łapy i przystanął na sposób sfinksów.
Jan Robert po raz trzeci ponowił wezwanie.
Pies przyszedł do niego, położył głowę na kolanach i patrzył przyjaźnie.
— Biedny psie! rzekł poeta głosem słodkim.
Roland mruknął na pół czule, pół żałośnie.
— A, a! rzekł Jan Robert, twój pan, Salvator, miał słuszność; widzę, że się porozumiemy.
Na imię Salvatora, pies szczeknął przyjacielsko i spojrzał w stronę drzwi.
— Tak, rzekł Jan Robert, on jest tam w bocznym pokoju, z twoją panią Fragolą, prawda, Rolandzie?
Roland podszedł do drzwi, przyłożył pysk do szpary pomiędzy spodem drzwi i podłogą, sapnął, a wróciwszy położył znów głowę na kolanach poety, zamykając oczy żywe, inteligentne, niemal ludzkie.
— Zobaczymy też, rzekł Jan Robert, kto byli nasi rodzice... Podajno łapę, jeśliś łaskaw.
Pies podniósł wielką łapę i z lekkością zdawałoby się niepodobną, oparł ją na arystokratycznej ręce Jana Roberta.
— Aha! rzekł Jan Robert, tegom się domyślał... A wiele mamy lat?.
I podniósł potężne wargi zwierzęcia, które otwierając się, odkryły podwójny rząd straszliwych zębów, białych jak kość słoniowa, a jednakże już nieco zmęczonych w głębi czeluści.
— Aha!... nie jesteśmy już pierwszej młodości, rzekł Jan Robert, gdybyśmy byli kobietą ukrywalibyśmy nasz wiek od dziesięciu lat, a mężczyzną, zaczęlibyśmy go ukrywać.
Pies pozostał obojętnym; nic go to zdawało się nie obchodzić, że Jan Robert zna wiek jego. Co widząc poeta, prowadził dalej badanie, spodziewając się przyjść do jakiego szczegółu, któryby czynniej podrażnił nerwowa czułość Rolanda.
Szczegół ten niebawem wpadł w oko Roberta.
Roland, jakeśmy powiedzieli, bez względu na nieco większą długość sierści, trochę kręconej, mianowicie pod brzuchem, miał płowe poszycie lwa; tylko Jan Robert zauważył na prawym boku, między czwartem i piątem żebrem, punkcik biały o siedmiu lub ośmiu liniach średnicy.
— A! a! zapytał, co to jest, mój biedny Rolandzie? I nacisnął końcem palca na biały punkcik.
Roland wydał jęk.
— Aha! rzekł Robert, to blizna.
Robertowi nie było obcem, że rany i oparzelizny niszczą połyskujący tłuszcz obiegający po tkance włoskowatej; widział on w stadninach czarne konie, którym wyrabiano strzałkę na czole za dotknięciem gotowanego jabłka; zrozumiał więc, że i tu musiała być rana albo oparzelizna.
Prędzej nawet rana jak oparzelizna, gdyż palec namacywał bliznę. Spojrzał na bok lewy. Na lewym boku Roland miał, tylko nieco niżej, podobneż piętno. Robert dotknął palcem tak jak za pierwszym razem; pies, za drugiem dotknięciem, wydał jęk boleśniejszy, jęk, który młody spostrzegacz wytłómaczył sobie obrażeniem żebra. Na lewym boku żebro było złamane.
— A! a! mój piękny Rolandzie, rzekł poeta, widać, żę nakształt naszego imiennika, prowadziliśmy wojnę!
Roland podniósł głowę, otworzył paszczę i zawył tak, że aż dreszcz przeszedł Roberta. Skarga ta miała charakter tak żałosny, że Salvator wyszedł z pokoju i zapytał
— Co stało się Rolandowi?
— Nic... Mówiłeś mi pan, żeby z nim pogawędzić, odpowiedział śmiejąc się Jan Robert, pytałem go o jego dzieje, a on był w trakcie opowiadania mi ich właśnie.
— Cóż panu opowiedział? Ciekawy byłbym bardzo dowiedzieć się prawdy.
— Dlaczegóż miałby kłamać? rzekł Jan Robert, przecież to nie człowiek.
— Tem słuszniej, abyś mi pan powtórzył jego opowiadanie, odrzekł Salvator z naleganiem, jakby połączonem z pewnym niepokojem.
— Owóż, słowo w słowo nasza rozmowa. Pytałem go, czyim jest synem, odpowiedział mi, że pochodzi ze skrzyżowania psa z góry św. Bernarda z newfoundlandem; pytałem ile ma lat, odpowiedział, że ma od dziewięciu do dziesięciu, pytałem, co znaczą te plamki białe, które ma po obu bokach, odpowiedział, że to ślady po kuli otrzymanej w bok prawy, która wyszła bokiem lewym nadłamując mu żebro.
— A! a! wszystko to jest, jak najdokładniejsze.
— Tem lepiej; to dowodzi, że jestem spostrzegaczem niezupełnie niegodnym pańskiej uwagi.
— To dowodzi poprostu, że pan jesteś myśliwym. I nie innego Roland panu nie powiedział?
— Nadszedłeś pan właśnie w chwili, gdy opowiadał mi, że nie zapomniał swej rany i że przypomniałby sobie tego, kto mu ją zadał. Teraz liczę na pana, że mi resztę dopowiesz.
— To bieda, że w tym przedmiocie nie wiem nic więcej od pana.
— Doprawdy?
— Istotnie. Raz, przed czteroma lub pięciu laty polując w okolicach Paryża....
— Polowałeś pan?...
— Chciałem powiedzieć... kradnąc zwierzynę na cudzym gruncie, boć posłaniec miejski nie poluje, znalazłem to biedne psisko w rowie; był cały zalany krwią, postrzelony na wylot, umierający. Piękność jego pobudziła mnie do litości: zaniosłem go do krynicy, obmyłem ranę zimną wodą, do której wlałem kilka kropel wódki; zdawał się przychodzić do życia po tym opatrunku. Chęć mnie zdjęła przywłaszczyć sobie to piękne zwierzę, do którego, sądząc ze stanu w jakim je zastałem, jego pan nie zdawał się przywiązywać wielkiej wartości; złożyłem tedy psa na furę wiozącą piasek, a sam poszedłem za nim. Tegoż samego wieczora, zaraz po przybyciu, opatrywałem go tak, jak widziałem opatrywanych w Val-de-Grace ludzi postrzelonych i szczęśliwie wyleczyłem; oto wszystko co wiem o Rolandzie... A! przepraszam, mylę się, zapomniałem jeszcze, że Roland poślubił mi wdzięczność, która zawstydziłaby ludzi, i że gotów jest dać się zabić za mnie i za tych, których ja kocham; prawda Rolandzie?
Na to zapytanie, Roland wydał okrzyk radosnego potwierdzenia, kładąc dwie łapy na ramieniu pana, jak uczynił to już przy wejściu.
— Dobrze, dobrze, rzekł Salvator, jesteś pięknym i dobrym psem, Rolandzie, to wiadomo... Precz z łapami.
Roland postawił łapy na ziemi i położył się znowu przy drzwiach, na tym samym dywanie, na którym leżał, gdy go Jan Robert zawołał.
— A teraz, rzekł Salvator, czy chcesz pan pójść ze mną?
— Chętnie, ale obawiam się być natrętnym.
— A to dlaczego?
— Przyjaciółka pańska ma wyjść dziś zrana i liczyła może na twoje towarzystwo.
— Nie; bo przecież słyszałeś pan jak mówiła, że nie może mi powiedzieć, gdzie idzie.
— I pan pozwalasz lubej swej chodzić w miejsca, których nie może wskazać? zapytał śmiejąc się Jan Robert.
— Wiedz o tem, kochany poeto, że nie ma miłości tam, gdzie nie ma zaufania. Ja kocham Fragolę całem sercem i prędzej bym własną matkę posądził, niż ją...
— Zgoda, ale może nie jest rzeczą roztropną ze strony młodej dziewicy, mówił dalej Jan Robert, wychodzić s a mej o godzinie szóstej zrana i dorożką pędzić po Paryżu.
— Zapewne, gdyby nie miała z sobą Rolanda; ale z Rolandem mogę ją wyprawić w podróż naokoło świata, nie obawiając się wypadku.
— To co innego.
Potem drapując się w płaszcz, z pewną zalotnością:
— Ale!... zawołał Jan Robert, słyszałem jak towarzyszka pańska mówiąc o jednej ze swych przyjaciółek, wspominała imię Reginy.
— Tak.
— Jest to imię mało upowszechnione... Znałem tego imienia córkę jednego z marszałków Francji.
— Córkę marszałka de Lamothe-Houdan? zapytał Salvator.
— Właśnie.
— Jest to przyjaciółka Fragoli... Pójdź pan!
Jan Robert nie dodając ani słowa, udał się za swym tajemniczym towarzyszem.
Wpadał z niespodzianek w niespodzianki.

XI.
Dusza i ciało.

Podczas dziesięciominutowego pobytu w sypialni, Salvator zupełnie zmienił ubranie.
Wszedł tam, przypominamy sobie, ubrany w odzież aksamitną, a wyszedł w białym surducie o długiem włosie, w kamizelce w kratki zapinanej pod szyję, w spodniach ciemnej barwy. Tak ubrany, niewiadomo do jakiej klasy towarzyskiej mógłby być zaliczonym; dopiero sposób noszenia sukni, wzięcie się i mowa, mogły oznaczyć tę klasę.
Z kapeluszem na ucho, Salvator był czeladnikiem wyświątecznionym, z kapeluszem prosto na głowie, wyglądał n a światowego człowieka w negliżu.
Jan Robert uważał na wszystko, dostrzegł odcień prawie niedostrzegalny.
— Gdzie pan chcesz iść? zapytał Salvator, stanąwszy z poetą na ulicy i zamknąwszy za sobą drzwi domu.
— Gdzie panu się podoba! Wszak pan przez tę całą noc podjąłeś się być moim przewodnikiem.
— Zróbmy tak, jak czynili starożytni, rzekł Salvator, rzućmy na wiatr pióro i idźmy w jego kierunku.
Szli aż do środka placu Saint-Andreé-des-Arts.
Salvator wydarł kawałek papieru z małego pugilaresika i puścił go na wiatr, który uniósł go w kierunku ulicy Poupée. Dwaj przyjaciele poszli za papierem fruwającym — przed nimi, jak jeden z tych pięknych motyli nocnych o białych skrzydłach; przybyli na ulicę Harpe. Drugi papier wyrzucony wskazał im drogę ku ulicy św. Jakóba. Szli przed siebie nie wiedząc gdzie idą; tam gdzie wiedzie pogadanka, gdzie wiedzie marzenie; na traf, na przypadek; szli bez celu, bez powziętego kierunku; tam gdzie idzie wiatr i chmura pięknej nocy, szli by wymieniać skarby swego umysłu, oddychać świeżemi kwiatami swej duszy.
Po kilkakroć Jan Robert próbował podchwycić tajemnicę nieodgadnionego młodzieńca, ale za każdym razem Salvator wyminął jego zapytanie, jak lis, który zręcznem zboczeniem wymija ścigającego charta. Nareszcie, zanadto przyparty:
— Wszak my, odparł, szukamy romansu mającego się utworzyć, a to co pan chcesz, ażebym ci opowiedział, jest romansem już ukończonym. Ustąpić twemu życzeniu, byłoby to cofnąć się wstecz. Idźmy naprzód!
Jan Robert przekonał się, że jego towarzysz chce pozostać nieznanym i nie nalegał więcej.
Zkądinąd wreszcie, bieg myśli dwóch młodzieńców przerwany został wypadkiem.
Kilkoro ludzi, mężczyzn i kobiet, zgromadziło się około człowieka leżącego na bruku.
— Pijany, mówili jedni.
— Umierający, mówili drudzy.
Człowiek ten chrapał.
Salvator przebił się przez gromadę, ukląkł, podniósł głowę leżącego i odwracając się do Jana Roberta:
— To Bartłomiej Lelong, rzekł, który niezawodnie umrze z uderzenia do mózgu, jeżeli mu natychmiast krwi nie puszczę. Spojrzyj też, musi tam być niedaleko gdzie apteka; zapukaj do drzwi, aptekarze muszą wstawać o każdej porze nocy.
Jan Robert spojrzał naokoło; dwaj młodzieńcy nie myśląc o tem, przybyli na środek przedmieścia św. Jakóba, prawie równo ze szpitalem Cochin.
Naprzeciwko szpitala, Jan Robert przeczytał nad rodzajem sklepu, napis:

Apteka Ludwika Renaud.

Mniejsza o nazwisko aptekarza, byle tylko otworzył. Zakołatał jak człowiek któremu pilno. W pięć minut zaskrzypiały drzwi i pan Ludwik Renaud, ubrany w barchanowe majtki i w szlafmycę, ukazał się na progu swego zakładu, pytając o co chodzi.
— Proszę o przewiązki i miedniczkę, rzekł Salvator, potrzeba natychmiast puścić krew człowiekowi zagrożonemu apopleksją mózgową.
Przyniesiono biednego cieślę, który był zupełnie bez przytomności.
— Czy jest tu lekarz, coby krew puścił? zapytał pan Ludwik Renaud. Ja nie umiem krwi puszczać i jestem więcej herborystą, niż farmaceutą.
— Bądź pan spokojny, rzekł Salvator, ja się uczyłem chirurgji i dokonam operacji.
— Ależ nie mam lanceta, mówił aptekarz.
— Mam z sobą narzędzia, rzekł Salvator.
Tłum otaczał aptekę.
— Panowie, czy chcecie być użyteczni temu człowiekowi? zawołał Salvator.
— Oczywiście, panie Salvatorze, rzekł jeden z przytomnych, podając młodzieńcowi rękę.
Salvator wziął wyciągniętą doń rękę, a Jan Robert zauważył, że posłaniec z nowoprzybyłym zamienili znaki wolno-mularskie.
Kilka głosów powtórzyło z cicha:
— Pan Salvator!
— Otóż, rzekł młodzieniec zdający się Robertowi coraz bardziej zasługiwać na swoje miano, póki ja tu będę mu krew puszczał, niech kto zastuka do szpitala i zapowie przybycie chorego.
Kilku ludzi pod przewodnictwem tego, co przemawiał do Salvatora, oddzieliło się od gromady i udało pod szpital.
Tymczasem aptekarz z pomocą pozostałych, zdjął chustkę z szyi Jana Byka, kaftan i wydobywał mu rękę z, koszuli.
Żyły na szyi wezbrały aż do pęknięcia.
— Czy trzeba przewiązać rękę? zapytał Jan Robert.
— Czy masz pan przewiązki gotowe? zapytał Salvator aptekarza.
— Pójdę po nie, odpowiedział Ludwik Renaud.
— Ściśnij dobrze rękę po nad żyłą, panie Robercie, zdaje mi się, że tego będzie dosyć, rzekł Salvator.
Robert ścisnął rękę nieszczęśliwego; jeden z obecnych potrzymał dłoń, drugi wziął miedniczkę, trzeci znów lampę.
— Uważaj pan na arterję! rzekł Jan Robert trochę niespokojny.
— O! nie obawiaj się, odpowiedział Salvator, nieraz nocą puszczałem krew, bez innego światła prócz księżyca lub odblasku latarni. Podobne wypadki trafiają się często tym biedakom, mianowicie przy wyjściu z knajpy.
Jeszcze nie skończył mówić i nim spostrzeżono, jak ręka jego uzbrojona lancetem zbliżyła się do ramienia Bartłomieja, a już trysnęła krew czarna i pienista.
— Do licha! rzekł potrząsając głową, czas było!
Operacja została dokonaną tak lekko i prędko, jakby przez skończonego praktyka.
Bartłomiej odetchnął.
— Jak krwi odejdzie tyle, wiele trzeba, rzekł aptekarz nadchodzący z przewiązką, to pan powiedz.
— O! możemy mu jej wypuścić do woli, odpowiedział Salvator, nie zbywa mu na niej... Niech idzie, niech idzie!
Po utracie pewnej ilości krwi, chory otworzył oczy. Pierwsze spojrzenie było mdłe, szklane, bezrozumne, ale pomału oko się wyjaśniło, promień boski zabłysnął; wzrok Bartłomieja zatrzymał się na improwizowanym chirurgu.
— A! dobrze! panie Salvatorze, rzekł, rad jestem doprawdy, że pana widzę!
— Tem lepiej, kochany Bartłomieju! rzekł młodzieniec, i jam także rad z widzenia ciebie. Niewiele brakowało, a nie miałbym już tej przyjemności.
— Ah! ah! odezwał się Bartłomiej powoli przychodząc do siebie, więc to pan puściłeś mi krew?
— A tak, rzekł Salvator starannie ocierając lancet i wkładając go do puzderka.
— Więc pan nie chciałeś mojej śmierci?
— Ja? A toż dlaczego miałbym chcieć twojej śmierci?
— Ha! Bo jak pan mnie z góry na dół zrzuciłeś ze schodów, to ja pomyślałem, że człowiek wtenczas tylko to czyni, kiedy chce drugiego zabić.
— Ależ warjat jesteś!
— Nie. Rozumiem, że można zabić człowieka, który doprowadza do gniewu, a ja pana doprowadziłem do gniewu, nie chcąc zamknąć okna, ale skoro raz chciałem, żeby było zamknięte, toć, rozumiesz pan, nawet za rozkazem pańskim nie mogłem go zamknąć, hoćbym się zniesławił we własnych oczach... a przytem ten fanfaron miał minę tak tryumfującą!
— Ten fanfaron dopomógł mi do uratowania ci życia.
Bartłomiej odwrócił się i spostrzegł Jana Roberta patrzącego nań z uśmiechem.
— A! jużcić i to prawda! rzekł.
Jan Robert podał mu rękę.
— No, no, nie gniewaj się, mój przyjacielu, przemówił.
— O! odrzekł Bartłomiej, ja nie jestem zawzięty, a skoro mi pan podajesz rękę...
— Wszak chętnie byłbym był od tego zaczął, odezwał się poeta, oddasz mi zapewne sprawiedliwość, że to ty się temu sprzeciwiłeś.
— Tak, prawda, rzekł Bartłomiej marszcząc brwi... Jużci też człowiek musi być okrutnie głupi, żeby tak oto, ni ztąd ni zowąd narażać się na przykrość, dlatego-że tam kobieta... Ale, rozumiecie to, panie Salvatorze? ona znowu powróciła z tym małym smykiem od Bobina. Ja go jednak nie mogę zmiażdżyć, tego małego łotra i on rachuje na to... Oh! ona wie co robi, ta niegodziwa, że nie wybiera sobie mężczyzny.
— No, no, uspokójmy się, Bartłomieju!
— Panu łatwo powiedzieć, co żyjesz z takim aniołem niebieskim, panie Salvatorze, ale zasługujesz na to, bo żyjesz tylko dla dobra drugich i trzebaby być obranym z rozumu, ażeby ci co złego uczynić. Ale co robić! Jakkolwiek stary, jestem dobrym ojcem i nie zasługuję na to, aby mi odbierano córkę! Oto trzy dni już szukam dziecka, jak szalony... ona mi ją zapewne schowała u tej czarownicy, swojej matki, ale z tą nie ma rady; jak tylko mnie zobaczy zaraz wrzeszczy, że ją zabiją i przez to jużem dwie noce przespał w kozie. O! prześpię ich cztery, sześć, ośm, ażeby zobaczyć moją córeczkę, moją małą Fifinę... To mój kochany cherubinek, będzie miała dwa lata na święty Jan.
I kolos zaczął płakać jak kobieta.
— A co panu mówiłem? zapytał Salvator Jana Roberta, który ciekawie przyglądał się temu.
— To prawda, odrzekł poeta.
— No, no, będziesz miał swoją córkę.
— Zrobisz to, panie Salvatorze?
— Skoro ci przyrzekam...
— Tak, masz pan słuszność, a ja ustrzeliłem bąka; skoro pan przyrzekasz, to oczywiście zrobisz... O! zrób to, panie Salvatorze, zrób, a jak będzie potrzeba, to widzisz pan, ja już cię nie narażę na to, ażebyś mnie rzucał na łeb ze schodów. Powiesz mi tylko: „Janie Byku, zrzuć się!“ a ja się sam zrzucę.
— Panie Salvatorze, rzekł wracając człowiek, który chodził do szpitala, już otwarte.
— Przecież nie dla mnie, spodziewam się, zawołał Bartłomiej.
— A dla kogoż? zapytał Salvator.
— Ja tam nie pójdę.
— Jakto, nie pójdziesz?
— Janie lubię szpitala; szpital dobry dla nędzarzy, a ja mam jeszcze, chwała Bogu, tyle, że mogę się leczyć w domu.
— Tak, tylko, że w domu nie ma dobrego dozoru; w domu je się zawcześnie, pije zawcześnie, a kiedy kto się dwa albo trzy razy leczy w domu, tak jak ty się leczysz, to pewnego dnia idzie do szpitala, by zeń wyjść dopiero kiedyś, w nocy... Dalej, Bartłomieju, dalej!
— Ależ ja nie chcę iść do szpitala, mówię panu!
— A więc dobrze, wracaj do domu i sam sobie szukaj córki; zaczynasz mnie nareszcie nudzić.
— Panie Salvatorze, pójdę, gdzie chcesz... Panie Salvatorze, gdzie jest szpital? Ależ ja poważam i czczę szpital; oto jestem.
— Tak, to dobrze.
— Ale pan jej odbierzesz moją Fifinę, prawda?
— Przyrzekam ci, że za trzy dni będziesz miał o niej wiadomość.
— A co będę robił przez te trzy dni?
— Będziesz siedział spokojnie.
— Troszkę prędzej, gdyby można; nieprawda, panie Salwatorze?
— Zrobię co będę mógł. Ruszaj.
— Dobrze, dobrze, idę, panie Salwatorze. No, to śmieszne! gdzież mi się nogi podziały? nie mogę już iść!
Salwator dał znak, dwaj ludzie zbliżyli się do Bartłomieja, który oparł się na nich i odszedł, mówiąc;
— Przyrzekłeś mi pan za trzy dni najdalej dać wiadomość o córce, panie Salwatorze, nie zapomnij.
I z drugiej strony ulicy, przed bramą szpitala, która miała się za nim zamknąć, cieśla krzyczał jeszcze:
— Nie zapomnij o mojem biednem dziecku, panie Salwatorze!
— Miałeś pan słuszność, rzekł Jan Robert, nie w szynku to trzeba poznawać ludzi.

XII.
To co słychać było na przedmieściu św. Jakóba w nocy z ostatniego wtorku na popielec, w dziedzińcu farmaceuty.

Po skończeniu operacji, po umieszczeniu chorego w szpitalu, nie pozostawało nic dwom młodzieńcom, tylko iść dalej, z tą pocieszającą myślą, że gdyby nie była przyszła im fantazja włóczyć się po ulicach nocą, o godzinie trzeciej, to byłby umarł człowiek, mający jeszcze ze trzydzieści lub czterdzieści lat życia przed sobą.
Lecz przed odejściem, Salwator prosił gospodarza o trochę wody na miednicę, dla obmycia rąk krwią obryzganych.
Wody było podostatkiem, ale miednice rzadkie były u czcigodnego farmaceuty, jedyna jaką posiadał, zawierała krew wydobytą przez Saiwatora z żyły cieśli a Salwator mocno zalecił, aby starannie zachowano tę krew dla pokazania lekarzowi, odbywającemu w szpitalu Cochin ranną wizytę.
Żądanie młodzieńca wyglądało przeto zrazu na niedyskrecję.
Farmaceuta popatrzył na około siebie i nareszcie rzekł do Salvatora:
— Ha! jeżeli pan chcesz dobrze obmyć ręce, to wejdź na dziedziniec i obmyj je sobie u pompy.
Salvator zgodził się, kilka kropel krwi bryznęło także na ręce Roberta i ten przeto poszedł za nim.
Ale nader przyjazne wrażenie zatrzymało ich na progu furtki od tego dziedzińca. Obaj spojrzeli po sobie. Rzeczywiście, zdziwienie ich było wielkie; usłyszeli naraz, za otworzeniem się drzwi od kuchni farmaceuty, pośród ciszy i milczenia pogodnej nocy, drganie prześlicznych akordów, jakby z miejsca zaczarowanego wychodzących.
Zkąd pochodziły te słodkie dźwięki? z jakiego miejsca? z jakiego niebiańskiego instrumentu? Był opodal wysoki mur klasztoru. Czy więc wiatr wschodni zrywał z kościelnego organu te urocze akordy i rzucał je na rzadkich przechodniów ulicy świętego Jakóba?
Czy sama święta Cecylia zstąpiła z nieba na ten pobożny dom, by obchodzić popielec?
W istocie, muzyka jaką słyszeli nasi dwaj towarzysze, nie była ani arją z opery, ani wesołem solo granem po powrocie z balu maskowego. Był to może psalm, hymn, karta wydarta z jakiej starej muzyki biblijnej. Może śpiew Racheli opłakującej syny swej w Raamie i nie chcącej pocieszyć się, gdy ich już nie było. Zapewne, bo przy słuchaniu tej melodji, zdawało się widzieć przechodzące nakształt żałosnych cieniów, wszystkie święte hymny miłości, wszystkie religijne melodje Sebastjana Bacha i Palestryny. Gdyby trzeba było nadać imię tej przenikającej fantazji, nazwalibyśmy ją „Rezygnacją“. Nie było dla niej właściwszej i wyrazistszej nazwy.
Nuta korzystne dawała świadectwo o kompozytorze. Musiał on być smutnym i zrezygnowanym, jak jego muzyka; obu młodzieńcom jednocześnie przyszła ta myśl do głowy.
Zaczęli więc od tego, po co tu przyszli, to jest od obmycia sobie rąk; poczem postanowili wyszukać wirtuoza.
Po skończonej operacji, aptekarz przyniósł im serwetę; w zamian za to, Jan Robert, by go wynagrodzić za wszystkie trudy, dał mu sztukę pięciofrankową.
Za tę cenę aptekarz radby był wstawać trzy razy na noc. To też rozpływał się w podziękowaniach. Co widząc Jan Robert, prosił o pozwolenie pozostania jeszcze kilka chwil na dworze dla wysłuchania żałosnej melodji, która wciąż rozlewała się w powietrzu.
— Zostańcie panowie jak długo chcecie! odpowiedział aptekarz.
— A pan? zapytał Jan Robert.
— Oh! mnie to nie przeszkadza, z uwagi, że zamknę drzwi i położę się spać napowrót.
— A jakżeż my wyjdziemy?
— Drzwi od ulicy zamykają się tylko na klamkę i na zasuwkę, dosyć będzie odsunąć zasuwkę i podnieść klamkę a będziecie na ulicy.
— A kto zamknie drzwi za nami?
— Ba! drzwi! chciałbym mieć tyle tysięcy franków dochodu, ile razy na rok one stoją otworem.
— A więc wszystko dobrze? rzekł Jan Robert.
— Wszystko dobrze, odparł uradowany herborysta.
Potem zamknął drzwi i pozostawił dwóch młodzieńców panami dziedzińca.
Przez ten czas Salvator zbliżył się do jednego z okien na dole, przez którego szyby widać było światło.
Widocznie z tego pokoju, do którego należało to okno, wychodziła melodja.
Salvator spróbował pociągnąć do siebie okiennice; nie były zaczepione wewnątrz i rozeszły się. Wtedy, przez otwór w firance, spostrzegli młodego, trzydziestoletniego mężczyznę, który siedząc na dość wysokim taburecie, grał na wiolonczeli. Chociaż miał przed sobą na pulpicie otwarte nuty, młodzieniec nie zdawał się zaglądać w nie, lecz oczy jego były wzniesione w niebo; zdawał się nawet nie mieć świadomości o tem co grał: postawa jego wyrażała człowieka szarpanego smutnem uczuciem, ręka machinalnie prowadziła smyczek, ale myśl była gdzie indziej. Odbywała się w nim widocznie straszna walka; zapewne walka woli z boleścią, bo od czasu do czasu czoło jego zachmurzało się, a dobywając wciąż najsmutniejsze akordy z instrumentu, zamykał oczy, jak gdyby nie widząc rzeczy zewnętrznych, tracił razem z niemi poczucie bólu wewnętrznego. Nareszcie wiolonczela zdała się, jak człowiek konający, wydawać rozdzierający okrzyk i smyczek wypadł z ręki muzyka.
Czy dusza została zwyciężoną? Człowiek płakał. Dwie łzy płynęły po jego policzkach. Muzyk wziął chustkę, wolno otarł oczy, pochylił się, podniósł smyczek; pociągnął nim po strunach i znowu począł śpiew właśnie w miejscu, na którem go przerwał. Serce było zwyciężone: dusza bujała ponad boleścią na skrzydłach siły! Dwaj młodzieńcy z głęboką uwagą i wielkiem zajęciem wsłuchiwali się w ten samotny dramat, rozgrywający się przed ich oczyma.
— I cóż? rzekł Salvator tonem zapytania.
— To nie do uwierzenia! odpowiedział Jan Robert, ocierając łzy.
— Oto jest romans, którego poszukiwałeś mój kochany poeto; on jest tu, w tym ubogim domu, w tym człowieku, który cierpi, w tej wiolonczeli, która płacze.
— Czy znasz pan tego człowieka? zapytał Jan Robert.
— Ja? Bynajmniej! odpowiedział Salvator, nie wiem jak się nazywa, nie widziałem nigdy, ale nie potrzebuję go znać, ażeby ci powiedzieć, że w nim jest jedna z najsmutniejszych kart księgi ludzkiego serca. Człowiek, który ociera łzy i wraca do dzieła z taką prostotą, jest człowiekiem silnym, przysięgam ci! a iżby taki człowiek płakał, to boleść jego musi być ogromną. Wejdźmy i poprośmy, niech nam opowie dzieje swoje.
— Myślisz pan? zapytał Jan Robert, zatrzymując go.
— O niczem więcej tylko o tem, odpowiedział Salvator, zbliżając się do drzwi i szukając młotka lub dzwonka.
— I pan sądzisz, mówił dalej Jan Robert, powtórnie zatrzymując swego towarzysza, pan sądzisz, że ten człowiek opowie pierwszemu lepszemu swą niedolę?
— Najsamprzód my nie jesteśmy pierwszymi, lepszymi, panie Janie Robercie: my jesteśmy...
Salvator zatrzymał się.
Jan Robert myślał, że się wyrwie jaki błysk, za pomocą którego będzie mógł przeczytać, a przynajmniej przesylabizować kilka słów z przeszłego życia swego towarzysza.
— My jesteśmy filozofami, dopowiedział Salvator.
— A tak! filozofami, powtórzył Jan Robert zdekoncertowany.
— A wreszcie nie wyglądamy ani na pijanych burszów, ani na emancypowanych studencików, ani na ciekawych plotkarzy; dyplom porządnych ludzi wypisany jest na naszym czole. Nie wiem, jakie pan miałeś o mnie zdanie na pierwsze spojrzenie, ale ja gotów jestem ręczyć, że ktokolwiek ciebie pierwszy raz zobaczy, i choćby tylko raz, ten bez namysłu otworzy ci swoje serce, tak jak ja otwieram ci rękę moją.
I Salvator podał rękę młodemu poecie, jak patent uczciwości wręczony uczciwemu człowiekowi.
— Wejdźmy więc śmiało, mówił dalej Salvator, wszyscy ludzie są braćmi i winni sobie pomoc; wszystkie dusze są siostrami i winny się wspierać.
Te ostatnie słowa wymówił z uczuciem niewysłowionej melancholji.
— Ha! skoro tak pan chcesz, to idźmy! rzekł Jan Robert.
— Czyż nie usunąłem jeszcze wszystkich pańskich skrupułów i masz mi jeszcze co do zarzucenia?
— Nie... Nie jestem wszakże tak pewnym jak pan, czy nas muzyk dobrze przyjmie.
— On cierpi, a więc potrzebuje się wyżalić, rzekł sentencjonalnie Salvator, my będziemy istotami opatrznościowemi, posłańcami Boga! Człowiek zrozpaczony nie ma nic do stracenia, zyskać może tylko coś, dzieląc się swoją goryczą. Wejdźmy więc śmiało, a jeżeli panu pozostaje aby cień wahania, to powiem, że teraz już nie sama ciekawość, ale obowiązek mnie powołuje.
I nie czekając na odpowiedź Jana Roberta, Salvator, nie znalazłszy ani młotka, ani dzwonka, zastukał trzykrotnie do drzwi na sposób wolnomularzy.
Przez ten czas Jan Robert uważał przez szybę, jakie wrażenie na muzyku wywrze ta przerwa.
Muzyk powstał, położył smyczek na taburecie, instrument oparł o ścianę i poszedł otworzyć drzwi, nie objawiwszy najmniejszego znaku zdziwienia.
Spokój ten był w doskonałej zgodności z opinją Salvatora.
Albo ten człowiek czekał na kogo, a na kogoż miał czekać, jeśli nie na jakiego przyjaciela? Albo też tak był zobojętniały na rzeczy tego świata, że nic go nie dziwiło, u w takim razie mógł bez przyjemności, ale bez niezadowolenia przyjąć odwiedziny dwóch młodych ludzi.
— Z kim mam zaszczyt mówić? zapytał spostrzegłszy Salvatora i Roberta.
— Z nieznajomymi przyjaciółmi, odpowiedział Salvator.
To słowo dostatecznem było dla muzyka.
— Proszę wejść, rzekł bez zwrócenia uwagi ani na dziwną wizytę, ani na godzinę nocną . Dwaj młodzieńcy udali się za nim, Jan Robert, idąc ostatni, zamknął drzwi za sobą.
Znaleźli się tedy w tym samym pokoju, w którym widzieli muzyka przez szybę.
Był to pokój, którego prostota zadziwiała i sprawiała zarazem przyjemność; nawet nie pokój, izdebka, ale rozkoszna, czysta i biała od góry do dołu; istna cela mnicha z rzadkości sprzętów, istny pałac dziewiczy ze skromnego i delikatnego smaku, towarzyszącego ich wyborowi.
Dziwiło za wejściem zobaczenie w niej młodego mężczyzny i z rumieńcem na czole mogłaby ci przyjść myśl, że ten młody mężczyzna chyba gwałtem wdarł się do tego skromnego gniazda. Czyż to nie sypialnia dziewczęcia, którą widać było po za firanką z białego muślinu? a też róże miesięczne, co kwitły w małych szklankach kryształowych?... Jakież to ręce doglądały tych różowych ptaszków co drzemią w klatce, jeśli nie ręce dwunastoletniej dziewczynki?... Albo to nie był pokój młodzieńca, albo młoda dziewica mieszkała z nim, zapewne siostra, a jednak na pierwszy rzut oka, muzyk zdawał się sam mieszkać.
Czy wolno przypuszczać, że inna kobieta, prócz siostry, miała prawo wnijść do tego pokoju?... Nie.
Pokój był skromny; czoło młodzieńca świetlane. Nigdy kobieta zbrukana nie weszła do tego pokoju. Nigdy cień złej myśli nie zmarszczył powierzchni tego czoła. Tłomaczyło się to w ten sposób: Tak, młodzieniec ten mieszkał tam, ale siostra doglądała jego mieszkania, czyściła je, odświeżała, stroiła kwiatami. Jakimże więc sposobem można było być smutnym w tem schronieniu?
Dwaj młodzieńcy, których gospodarz prosił siedzieć, nie chcieli tego uczynić, przed oznajmieniem celu swych odwiedzin.
— Panie, odezwał się Salvator, nim się u pana rozgoszczę, pozwól mi uczynić zapytanie. Czy jest w mocy ludzkiej przynieść ulgę w niedoli, jakiej pan zdajesz się doświadczać?
Muzyk spojrzał na tego, co mu zadał tak filantropijne pytanie, z tymże samym spokojem, jakiego dał dowód, o godzinie trzeciej zrana otwierając drzwi swego mieszkania, nawet nie zapytawszy się: „Kto tam?“
— Nie, panie, odpowiedział poprostu.
— Skoro tak, rzekł Salvator, to nie mamy tu co robić. Pozwól pan jednak, dla wytłomaczenia się, powiedzieć, dlaczego odważyliśmy się mieszać panu spokój. Pan... (i Salvator wskazał ręką na Roberta); pan ten ma właśnie pisać książkę o cierpieniach człowieka, studjuje więc kiedy może i gdzie może. Wszedłszy na ten dziedziniec, usłyszeliśmy pana, podeszliśmy bliżej, i przez szyby okien widzieliśmy cię płaczącego.
Młodzieniec westchnął.
Salvator mówił dalej:
— Jakakolwiek jest przyczyna tej boleści, łzy twoje głęboko nas wzruszyły i przyszliśmy ofiarować ci naszą sakiewkę, jeżeliś ubogi, ramię, jeżeliś słaby, serce, jeżeliś smutny.
Oczy muzyka zaszły łzami, ale na ten raz były to łzy wdzięczności. W słowach Salvatora, w tonie, w jakim były wypowiedziane, w fizjognomji, jaka im towarzyszyła, w całej wreszcie osobie szlachetnego młodziana była taka prawość, taka szczerość, taka wielkość, tak głębokie dla blźniego współczucie, że coś gwałtem do niego pociągało. Takiem też uczuciem wiedziony muzyk, wyciągnął doń obie ręce.
— Żałuję, rzekł, tych co chowają ranę swą przed ludźmi, nadewszystko jeżeli ta rana krwawiąca! Ukazać braciom swe rany, jest to nauczyć jak ich mają unikać. Siadajcie bracia, i posłuchajcie mnie.
Dwaj młodzieńcy umieścili się, jak im było najdogodniej; to jest, Jan Robert usiadł w fotelu, a Salvator stanął oparty o ścianę.
Muzyk rozpoczął.

XIII.
Uczeń i nauczyciel.

A teraz niech nam czytelnik pozwoli w opowiadaniu tem wyręczyć opowiadającego; będzie ono przez to zupełniejsze, gdyż da nam sposobność powiedzieć o tym samym człowieku, którego wyprowadziliśmy na scenę, to co skromność jego powiedziećby mu nie pozwoliła.
Siedm lat przed zaczęciem olbrzymiej historji, w jaką odważyliśmy się zapuścić, ten sam pokój zamieszkały dziś przez wiolonczelistę i wzbudzający podziwienie dwóch młodzianów, wcale do siebie nie był podobnym.
Zamiast firanki z białego muślinu osłaniającej łóżko i nadającej alkowie pozór małej kapliczki, zamiast figury Matki Boskiej stojącej nad kominkiem i wyciągającej obie ręce nad mieszkańcami tego pokoju, jakby wiekuiste błogosławieństwo; zamiast tych dwóch lichtarzy z różowemi świecami, które obok muślinu i figury Panny Naświętszej, nadawały ustroniu cechę spokoju i błogości, była to prosta izba, z podłogą kamienną, wąska, zimna i wilgotna, bez wonnych kwiatów, bez śpiewnych ptaszków, bez obicia papierowego.
Jedyną ozdobę ścian stanowił stary sztych, przedstawiający „Melancholję,“ Alberta Dürera i małe kwadratowe zwierciadło, w żółtych drewnianych ramach.
Głąb pokoju zawieszona była wielką firanką z zielonego płótna, która, gwoźdźmi przybita do belek stropowych, spadała aż do tafli kamiennych, służących za posadzkę; dla odjęcia nawiedzającemu smutnego widoku jakiejś nędznej łożnicy.
Pokój ten, słowem, był najnędniejszem i najsmutniejszem mieszkaniem, jakie można sobie wyobrazić; serce się krajało przy obejrzeniu się dokoła, daremnie bowiem szukałbyś jakiego punktu, na którymby z przyjemnością oko spocząć mogło: mury potniały nędzą; belki stropowe gnąc się pod ciężarem, które dźwigały od jakich może lat trzystu, groziły zawaleniem; atmosfera była ciężka i zepsuta.
Na widok lufcika wykrojonego we drzwiach, przejmował dreszcz, jakby na widok celi więziennej. Była to, w samej rzeczy, nietyle cela surowego pustelnika, jak raczej komórka warjata.
Z wyjątkiem starego, dębowego stołu, czarnej tablicy przeznaczonej do pisania kredą, pulpitu, na którym stał duży wolumin zawierający zapewne dzieła Haendla albo psalmy Marcella; z wyjątkiem dosyć długiej ławy na ośm lub dziesięć osób, wysokiego taburetu i słomianego krzesła, wnętrze pokoju było tak nagie jak i ściany.
Mieszkańcem tej komnaty był ubogi bakałarz cyrkułu św. Jakóba.
W epoce tej, to jest około roku 1820, zdołał on skutkiem cierpliwości, założyć na tem przedmieściu małą szkółkę dla dzieci. Za umiarkowaną cenę pięć franków na miesiąc, którą niezawsze wypłacano mu regularnie, uczył on, według swego programu, czytać, pisać, historji świętej i czterech działań arytmetycznych, ale w rzeczywistości, uczył daleko więcej niż jego program.
Będąc synem ubogiego czynszownika z prowincji, posłanym był w dziesiątym roku życia do kolegjum Ludwika Wielkiego. Zaledwo otwarto przed nim książki, aliści rozumny nauczyciel, którego kierunkowi był powierzony, poznał w nim umysł niezwykły i zdolności rzadkie.
Nauczyciel ten, skromny i uczciwy człowiek, stary latami, młody sercem; dąb, który puściłby szerokie konary na słońce świata, ale pozbawiony ciepłego powietrza i ożywczych soków, znędzniał i skarłowaciał za wilgotnemi i zbutwiałemi murami kolegjum, nauczyciel ten, po roku, powziął przyjaźń dla swego ucznia i przywiązał się do niego, jak ojciec do swego ostatniego dziecięcia.
On także, przed trzydziestu laty, przybył z głębi prowincji do Paryża, nieswój pośród tego społeczeństwa w miniaturze, zwanego kolegjum, otoczony synami zamożnych rodzin, młodzieżą bogatych, on, ubogi z rodu, równie jak i jego uczeń, w którym się odradzał niejako, żałował nieraz tej zielonej drożyny wiodącej do ojczystego folwarku, gorzkiemi łzami płakał na wspomnienie swobody, jaką tchnęło powietrze jego stron rodzinnych, nareszcie, tak jak i jego uczeń, zamknął oczy, by zapomnąć przeszłości i rzucił się na tę suchą i chrapowatą drogę nauki, gdzie najbystrzejszy zawsze się zaczepia o jakieś zagadnienia nierozwiązalne, o jakąś nieznaną teorję.
To sympatyczne podobieństwo ubóstwa, inteligencji i osamotnienia, zrazu jak powiedzieliśmy, natchnęło starego nauczyciela głębokiem uczuciem dla małego Justyna — takie było imię chłopca.
Zlewając nań pierwsze krople wiedzy, starał się osłodzić mu jej gorycze, podawał mu rękę w gęstwinach tamujących pierwszy dostęp do nauki, odgarniał ostre ciernie, palące pokrzywy; słowem troskliwość jego nic nie zaniedbała, by utorować uczniowi drogę po zaroślach tego nieznanego kraju.
Ze swej strony Justyn, powziął dla starego nauczyciela uczucie silne, jak syn dla ojca, wdzięczne jak uczucie ucznia dla mistrza. To też skoro wybiła godzina rekreacji, Justyn, schowawszy książki i kajety do „fachu,“ jak nazywają w szkołach, trzema skokami przebiegał dziedziniec, i czy dla tego, że rekreacja nie robiła mu przyjemności, czy wreszcie, że jedynym jego przyjacielem był stary nauczyciel, jak tylko godzina rekreacji wybiła, Justyn szedł do jego pokoju i wtedy zawiązywała się między nimi najprzyjemniejsza rozmowa.
To dzieje powszechne, to mitologja, to podróże, były przedmiotem pogawędki; to znowu dzieła starożytnych poetów lub wielkich artystów.
A gdy zajrzał do pokoju wesoły słońca promień, przynoszący z sobą jakoby wspomnienie pól, zapach lasów, to zaraz wiersze Wirgilego i Homera, tych dwóch kapłanów natury, wyrastały na ich ustach jak kwiaty na ziemi w miesiącu kwietniu; starzec podziwiał poetów, patrząc przez naturę, a chłopcu ukazywał naturę, przez strofy poetów.
Niedziela zwłaszcza, w zwojach swej białej tuniki, przynosiła najmilsze w tygodniu godziny. Zimą przy kominku,, latem w lasach Wersalskich, Meudońskich lub innych, cały dzień już mogli przebyć razem. O! jakże korzystali z tej niedzieli oczekiwanej przez sześć dni, by zawiązać długą rozprawę o jakimś punkcie spornym.
Jednego dnia, jaki stary kolega nauczyciela przyszedł go nawiedzić; innego znów odczytywano po dziesięć razy list nadeszły od rodziny, słowem, była nieustanna pogadanka nauczająca lub zajmująca. Jeżeli przypadkiem, a przypadek taki zdarzał się ledwie dwa lub trzy razy na rok, nauczyciel zaproszony został na jaką uroczystość, na obiad urzędowy, do dyrektora lub jakiego dygnitarza uniwersytetu, gdzie nie mógł zabrać z sobą Justyna, uczeń używał niedzielnej rekreacji z drugim chłopcem, swym rówiennikiem, ubogim i osamotnionym jak on, ale o tyle tępym o ile on był obojętnym.
Był to niemal jedyny towarzysz, jakiego miał w całym zakładzie, nie dla tego, ażeby inni uczniowie byli mu antypatyczni, przeciwnie, kochałby był wszystkich, ale byt przez wszystkich opuszczony.
Nierówność majątkowa rozdzielała dzieci już w szkołach, tak jak później rozdzieli ludzi w społeczeństwie, a dwaj koledzy szkolni, których złączony cień widać na murach szkolnego dziedzińca w dniu rekreacji, są to dwaj ubodzy albo dwaj bogaci.
Pewnego dnia, stary nauczyciel Justyna ukazał mu się w zupełnie nowem świetle. Oddawna już przygotował on niespodziankę równie przyjemną jak nieoczekiwaną.
Pokój, który zajmował poczciwy Miller, było to nazwisko starego nauczyciela, leżał nad infirmerją; trzeba więc było zachować się cicho, a podłoga była tak cienka, że słychać było najlżejsze kroki.
W dobroci swej, stary nauczyciel obawiał się sprawić najmniejszą przerwę w spoczynku chorych; odmówił więc sobie jedynego zadowolenia, które wzruszało jego serce: kochał on muzykę i grał na wiolonczeli z całą umiejętnością i zamiłowaniem wiolonczelisty niemieckiego.
Owóż, jak powiedzieliśmy, od trzech lat zamieszkania w tym nieszczęśliwym pokoju, czyli mniej więcej od wejścia do zakładu Justyna, nie dotknął on ani smyczka, ani wiolonczeli, czekał jednakże bez narzekania chwili, kiedyby mógł wrócić do ulubionej rozrywki w nowym pokoju, który przeznaczano i obiecywano od półtora roku.
Nadszedł nareszcie dzień oczekiwany. Była to miła dla Justyna niespodzianka, gdy ukochany jego mistrz, rozgospodarowawszy się w nowem mieszkaniu, wydobył pierwsze akordy z wiolonczeli, z tego poważnego i melancholijnego jak skarga leśna, instrumentu.
Justyn zapadł w głęboką ekstazę i dopóki grał Miller, on słuchał z rękami złożonemi.
Od tej chwili Justyn nie dał spoczynku swemu nauczycielowi, musiał on go obdzielać skarbami harmonji, uśpionemi od tak dawna, a które zbudziwszy się, poruszyły wszystkie struny jego duszy.
Codziennie Justyn przychodził na lekcję, czyli codziennie poświęcał muzyce czas obracany dawniej na rekreację. Wtedy, odgrywali dzieła mistrzów; porównywali starych z nowemi, Porporę z Weberem, Bacha z Mozartem, Haydna z Cimarosą; piętnowali plagiatorów, przebiegali dzieje muzyki, od jej początków i śpiewu Gregorjańskiego, do Guya z Arezzo, a od tego aż do naszych czasów; następnie, ale tylko w sposób epizodyczny, wracali do malarstwa i poezji, tych dwóch sióstr; słowem jak dawniej mistrz oprowadzał swego ucznia po zielonych polach umiejętności, tak teraz wiódł go po lazurowych przestrzeniach sztuki.
Wszystkie te ziarna, czułą i rozumną zarazem ręką rzucane w serce chłopca, zakwitły i wydały owoc w osamotnieniu.
Osamotnienie ma to w sobie dobrego, że zmusza człowieka do zrozumienia niewypowiedzianej czułości, jaka jest w nim, czułości o której on nie wiedziałby nigdy, uwikłany w egoistyczne społeczeństwo, które zabiera nam połowę życia; samotność nadzwyczajna człowieka do ciągłego zastanawiania się nad sobą: jest to ciągła medytacja.
Samotność złych czyni dobremi, dobrych lepszemi. W milczeniu Bóg przemawia do serca człowieka; w samotności, człowiek przemawia do Bożego serca. Samotność we dwoje jest lepszą jeszcze jak pojedyncza: samotność we dwoje, to marzenie, powieść czarodziejska.
I marzyli też tak, stary nauczyciel ze swym uczniem, marzyli siedm lat, aż nagle zbudziła ich boleść.
Raz w niedzielę, w lutym 1814 roku, nadszedł list tygodniowy, od rodziny Justyna. Zapieczętowany był czarnym lakiem. Nie było to pismo ojca, ani też matki. Czy ojciec umarł? czy matka umarła? Jeżeli choć jedno z nich żyło, czemu samo nie doniosło strasznej nowiny?
Justyn ze drżeniem list otworzył.
Nieszczęście dosięgło dalej, niż mogło przewidywać najsmutniejsze przeczucie.
Nieprzyjaciel sprzymierzony zniszczył zbiory, zrabował gumna, podpalił folwark; matka, rzucając się na łóżeczko córki, by ją wyrwać z płomieni, wypaliła sobie oczy. Matka oślepła! Ale ojciec! czemuż on nie napisał? Ojciec, stary żołnierz z czasów Rzeczypospolitej, stracił głowę widząc ogrom swego nieszczęścia, wziął strzelbę i zaczął z nią polować na nieprzyjaciela. Zabił dziewięciu jezdnych. Lecz mierząc do dziesiątego, nie spostrzegł, że sam wpadł w zasadzkę, i otrzymał razem dwanaście strzałów: dwie kule przeszyły mu piersi, trzecia strzaskała głowę! Padł sztywny na ziemię.
Nauczyciel dzielił boleść ucznia; łzy starca i dziecka połączyły się, ale nic nie pomogły żale, trzeba było się rozstać. Justyn ucałował swego drugiego ojca; nauczyciel zasłużył na to imię, bo jeśli chłopiec od pierwszego otrzymał życie, od drugiego otrzymał więcej, bo wykształcenie duszy.
Dwaj przyjaciele rozłączyli się.

XIV.
Walka z życiem.

Po śmierci ojca, mając matkę ślepą, siostrę do pracy za małą, dom spalony, zbiory zniszczone, co czynić miał biedny Justyn?... Chłopiec szesnastoletni?
Napisał to wszystko zasięgając rady nauczyciela. Na odpowiedź niedługo czekał. Miller doradzał Justynowi wracać do Paryża. Czyż Paryż nie jest pełnym środków i sposobów? On wreszcie starać się będzie, wedle możności, dopomagać mu.
Poczciwy ten człowiek był ubogi, ale był sam a więc bogaty.
Oddał cały swój mały mająteczek, dziesięcioletnią oszczędność, do rozporządzenia Justyna i namawiał go, ażeby zamieszkał w domu sąsiednim.
Dumą byłoby odmawiać; Justynowi do głowy to nawet nie przyszło.
Wtedy to osiadł w Paryżu, w domu na przedmieściu św. Jakóba, do którego weszli Salvator i Jan Robert. Zamieszkał w nędznej komnacie, której staraliśmy się dać opis czytelnikowi.
Przez cały rok daremnie chodzi na wszystkie strony za lekcjami. Każdy śmiał się w nos szesnastoletniemu nauczycielowi. W drugim dopiero roku dostał kilka korepetycyj, ale szczupły zarobek nie wystarczał na utrzymanie trzech osób.
Korepetycje te zajmowały mu tylko trzy godziny dziennie; przemyśliwał zatem, czegoby się chwycić jeszcze. Dowiedział się, że zawakowało miejsce nauczyciela muzyki na jednej z pensyj żeńskich; udał się tam z listem polecającym od pana Millera i przedstawił się przełożonej pensji.
Przyjęto go z otwartemi rękami.
Poczciwy nauczyciel napisał w liście, że przyjęcie jego protegowanego i danie mu wakującego miejsca, byłoby wyświadczeniem jemu samemu prawdziwej przysługi. Dodał, że młodzieniec ten bardzo potrzebuje pracy.
Przełożona, dowiedziawszy się, że protegowany pana Millera jest ubogim, domyśliła się, że go dostanie małym kosztem. Ofiarowała mu dwadzieścia franków na miesiąc.
Stary nauczyciel, który pysznił się swym uczniem, radził mu nie przyjmować. Justyn przyjął.
Z temi dwudziestoma frankami na miesiąc i zarobkiem z korepetycyj, można było utrzymać się skromnie, bardzo skrom nie; ale przecież życie materjalne było zapewnione. Z tej więc strony obecnie nie było ważnego powodu do niepokoju. Przeszłość była czarną; teraźniejszość była tylko ciemną.
Niepokój dopiero zaczynał się w chwili, kiedy imię kochanego mistrza wymówiono w domu. A nie wybiła ani jedna godzina na kościele św. Jakóba, by tego nazwiska nie wymówiono. Winni mu byli skarb, który pożyczył; tysiąc franków, sumę ogromną, której Justyn nie zarabiał przez rok. Jak mu ją zwrócić, gdzie znaleźć robotę? Szukano jej wszędzie.
Matka była ślepa, siostra pracowita, ale wątła i prawie zawsze chora.
Jakiś handlarz drzewa z bulwaru Mont-Parnasse, potrzebował buchaltera dwa razy na tydzień. Justyn udał się do niego. Ubiór jego, nie będąc najuboższym, był jednak nader skromny; handlarz drzewa płacił pięćdziesiąt franków poprzednikowi, dandemu z przedmieścia, który przychodził wtedy tylko do roboty, kiedy grosza nie miał w kieszeni, lub kiedy romanse mu pozwalały. Handlarz ofiarował Justynowi dwadzieścia pięć franków; Justyn przyjął.
Przy najściślejszej oszczędności, urywając sobie naw et w rzeczach najpotrzebniejszych, potrzeba było czterech lat dla zebrania tysiąca franków.
Jego lekcje grecczyzny i łaciny, lekcje muzyki i buchalterja, zajmowały mu nie mniej jak ośm godzin dziennie. Pozostawało mu więc jeszcze cztery godziny dnia i dwanaście godzin nocy. Szukał więc nowych uczniów i nowego zajęcia. Justyn czuł się zdolnym do wszystkiego, polegając na podwójnym obowiązku wspierania matki i wypłacenia się dobremu panu Millerowi.
Nowe zajęcie łatwiej było znaleźć, jak nowych uczniów.
Znalazł je. O kilka kroków od domu, cokolwiek w górę przedmieścia, była drukarnia, w której wychodziła gazeta codzienna; korektor, tęgi chłopak, który snać na dwanaście lat przedtem przeczuwał rok 1830, znużony poprawianiem korekt elegij rojalistowskich swojego pryncypała, wyższego urzędnika w ministerstwie, pewnego rana zerwał łańcuch, rozwinął skrzydła i odleciał. Właściciel gazety i drukarz, zakłopotani co zrobić z korektą dziennika, dowiedzieli się, że w sąsiedztwie mieszka młodzieniec uzdolniony do ciężkiej pracy. Zapytano go, czy zgadza się na przyjęcie tego miejsca.
Miejsce to było dla Justyna ziemią obiecaną. Justyn był o tyle szczęśliwy, że nic nie wiedział o polityce, którą nie miał czasu się zajmować; nienawidził tylko sprzymierzonych, którzy zajęli Francję, spalili jego folwark, wypalili oczy matce i osierocili siostrę. Ale co się tyczy opinji, nie miał on żadnej, a raczej jako ubogi i uczciwy chłopiec, miał tylko jednę: wyżywić matkę i siostrę, wypłacić się panu Millerowi.
Zwrócono jego uwagę, że trzeba przesiedzieć dwie trzecie nocy. Kiedy go zapytano, wiele chce za to, odpowiedział:
— Co dacie.
Wszedł więc, jako korektor do drukarni, w połowie roku 1818. W rok potem, zwrócił swemu staremu nauczycielowi tysiąc franków pożyczonych. Rokiem później oszczędził sześćset franków.
Jakież to piękne marzenia tworzył Justyn! Widział się po czterech latach z posagiem trzech tysięcy franków dla siostry i czterystu frankami na koszta wesela. Ale czemże on był? Wyrobnikiem, młynem, którego ruch zatrzymywał się tylko od drugiej do szóstej zrana.
O takich to mówiąc ludziach, jakieś święte usta wyrzekły; „Praca to modlitwa!“
Marzenia Justyna doznały losu wszystkich marzeń: rozpierzchły się. Justyn zachorował; febra tyfoidalna przybiła go na dwa miesiące do łóżka. Wtedy naraz zbrakło wszystkiego, według polskiego przysłowia; gdzie krótko tam się rwie.
Lekcje muzyki oddano wziętemu pianiście, który ich nie potrzebował. Był on wziętym, to też wtedy tylko przychodził, kiedy miał czas. Buchalterję powrócono dandemu, który utrzymywał, że się poprawił.
Skutkiem zbytniej gorliwości, dziennik rojalistowski upadł. A ponieważ korektor bez dziennika jest zbytkiem, którego były właściciel nie mógł sobie pozwolić, przeto odprawiono korektora. Pozostały korepetycje. Na nieszczęście, nadeszła pora wakacji i wszyscy uczniowie rozjechali się.
Szczęściem pozostał dobry pan Miller, najwyższa opatrzność biednej rodziny, który zastępował tę Opatrzność, gdy zajęta upadkiem wielkiego cesarstwa, odwróciła oczy od pożaru biednego folwareczku. Zwrócono mu jego tysiąc franków; mogli ich więc zażądać napowrót.
Justyn uczynił to celem swego pierwszego wyjścia z domu, przedmiotem pierwszej wizyty.
Słaby jeszcze, czepiający się murów, zawlókł się do nauczyciela. Zastał go w pokoju, siedzącego na małym tłomoczku, który tylko co zamknął.
— A! jesteś mój chłopcze! rzekł, chwała Bogu, że masz się lepiej.
— Lepiej, panie Millerze, odpowiedział Justyn, widzisz pan, pierwsze moje wyjście jest do ciebie.
— Dziękuję... Prawda, że i ja wybierałem się ażeby cię pożegnać.
— Jakto! pan wyjeżdżasz? zapytał Justyn z pewnym niepokojem.
— Tak, mój przyjacielu, wybieram się w wielką podróż.
— W jaką?
— Nie mówiłem ci o niej z uwagi, że gdybym powiedział, to byś nie był pożyczył ode mnie tych tysiąca franków, które mi oddałeś.
— O mój Boże!... pomyślał Justyn.
— Mówiłem ci, że pochodzę z tego samego miasta, co sławny wielki Weber; znaliśmy się będąc dziećmi, kochaliśmy się będąc młodzieńcami, jako człowiek dojrzały, podziwiałem go! Owóż przyrzekłem sobie, że przed śmiercią muszę zobaczyć się z autorem „Freiszyca“ i „Oberona“. Usilną pracą a ty wiesz dobrze, co to jest!... zaoszczędziłem tysiąc franków, by na starość użyć tej radości i dumy; miałem już odjeżdżać, kiedy zapotrzebowałeś moich biednych tysiąca franków. Powiedziałem sobie: „Ej, jesteśmy jeszcze młodzi, Pan Bóg użyczy życia Weberowi i mnie, póki Justyn nie zwróci mi tych tysiąca franków“.
— Drogi panie Miller!
— Dałem ci je, moje dziecko, ty przyjąłeś, widziałem wysilenia jakie czyniłeś, biedny galerniku honoru, by je zwrócić a ja, stary egoista, zamiast powiedzieć: „Nie pracuj tyle, masz czas; młodość ma środki, ale trzeba ich oszczędzać!“ nigdy ci tego nie mówiłem, mój biedny chłopcze, przepraszam cię. Pozwoliłem na to; prawda, mówiono mi nieraz: „Biedny Weber jest chory, nie pociągnie długo, piersi go bolą!“ nie licząc, że w jego muzyce były już ostatnie westchnienia odlatującej duszy... Nareszcie, z wielkim mozołem oddałeś mi tysiąc franków, ale przyznaj przynajmniej, żem ci o nich nigdy nie wspominał.
— A panie Miller!
— Nie, przysięgam ci, mój biedny chłopcze, potrzebuję, ażebyś mi to powiedział. Zaledwie dostałem je do rąk, powiedziałem sobie: „Dobrze! to będzie na wakacje!“ Rozumiesz? Gdyby Weber, którego nie widziałem dwadzieścia pięć lat, umarł!... Ale, dzięki Bogu, uściskam go przedtem! O! kochany, wielki człowiek! wczoraj odebrałem od niego list; siedzi w Dreźnie i pisze operę niemiecką dla króla Saskiego. Dziś zrana zapakowałem się, wziąłem bilet do Strasburga, a wieczór wyjeżdżam! Miałem iść cię uściskać, moje dziecko a że przyszedłeś, to razem zjemy śniadanie.
— A! panie Miller, wyszeptał Justyn stłumionym głosem, ja jeszcze nie jadam.
— Jaka szkoda, że nie możesz przejechać się ze mną! To niepodobna, nieprawdaż?
— Zgoła niepodobna.
— Rozumiem... Lekcje muzyki, korepetycje, buchalterja, korekta, musisz znowu wrócić do tego wszystkiego?
— Tak, westchnął Justyn.
Miller był tak uradowany, że nie słyszał westchnienia.
Westchnienie to jednak, tak smutne, jak ostatnia myśl Webera, było pożegnaniem ostatniej nadziei.
Justyn potrzebował tylko był powiedzieć: „Potrzebuję twoich tysiąca franków, kochany panie Millerze, by odzyskać zdrowie, potrzebuję twoich tysiąca franków dla wyżywienia matki i siostry, zobaczysz się z Weberem później a może i nie zobaczysz, ale zostań, dobry Millerze, zostań!“ Miller byłby może westchnął tak smutno jak Justyn, ale zostałby z pewnością.
Justyn nic nie rzekł, ucałował Millera, pożegnał go, powrócił do domu ze łzami w oczach i znękany upadł na łoże.
Tegoż samego dnia, o godzinie piątej Miller wyjechał do Drezna.
Po wyjeździe Millera, Justyn wyczerpał wszystkie środki. Przychodząc do zdrowia, Justyn czynił nowe wysiłki i chodził za odzyskaniem dawnych lekcyj i zjednaniem nowych, ale dwie trzecie rodziców odpowiedziało mu tem filantropijnem podziękowaniem:
— Pan „cieszysz się“ zbyt słabem zdrowiem.
Wtedy to młodzieniec, wyczerpawszy wszystką niemal odwagę, nadzieję i wiarę, zamyślił otworzyć początkową szkółkę na tem przedmieściu, obfitem w dzieci, ubogiem w środki.
Dobra jakaś robotnica odważyła się nasamprzód oddać doń syna, inna co się najmowała na dnie i nie mogła chłopca trzymać przy sobie, powierzyła mu go także, nie dla tego, ażeby się czego nauczył, ale żeby z nim kłopotu nie miała, trzecia przyprowadziła naraz dwóch uczniów, dwoje siedmioletnich bliźniąt.
Po półroczu miał ośmiu małych uczniów jeden w drugiego świeżych i różowych blondynów ale musiał ich pilnować cały dzień, a ośmiu tych uczniów przynosiło mu razem czterdzieści franków na miesiąc; bo, jak powiedzieliśmy, na początku poprzedniego rozdziału, za pięć franków na miesiąc oddawał im wszystkie bogactwa pisania, czytania i czterech działań arytmetycznych.
Tyleż wreszcie i dziś jeszcze płacą biednym bakałarzom, w tych zapadłych kątach stolicy.
Nareszcie, po dwóch latach, około miesiąca czerwca roku 1820, doszedł do ośmnastu uczniów, co czyniło mu tysiąc ośmdziesiąt franków na utrzymanie matki, siostry i siebie i za te pieniądze żyli wszystko troje, skoro słowo „żyć“ może się w ostateczności tłómaczyć parafrazą: Nie umierać z głodu.
Miller zaś pojechał do Drezna i powrócił; widział i ucałował Webera, zabawił z nim cały miesiąc wakacyjny, a za powrotem rzekł do Justyna:

— Wydałem co do grosza moje tysiąc franków, ale jakem wiolonczelista, nie żałuję tego!

XV.
Wnętrze domu bakałarza.

Dom, którego dół zajmował Justyn, miał tylko jedno piętro. Piętro to składało się z dwóch pokoi i z gabinetu, z którego zrobiono kuchnię. Na piętrze mieszkały matka i siostra młodzieńca.
W tem to ustroniu ciemnem, niezdrowem, mającem światło tylko z dziedzińca otoczonego wysokiemi budynkami, gasła zwolna matka z córką i synem.
Matka, biedna niewiasta dotknięta ślepotą, siedziała w pierwszym pokoju, gdzie dzieci schodziły się co wieczór; trzy razy do roku nie przechodziła nawet progu tego pokoju.
Pobożna, osamotniona, pozbawiona wzroku była cierpliwą. Nigdy nie słyszano jej skargi; posiadała wzniosłą rezygnację starożytnej matrony, pełniła jej surowe cnoty. Sparta byłaby ją ubóstwiała; dekret senatu rzymskiego kazałby się był jej kłaniać, jako kapłance wielkiej bogini.
Córka, istota wątła, słaba, bez tchu; stokrotka polna przeniesiona do piwnicy, posiadała kilka dzielnych cnót matki, ale ani zbliżała się do niej w sile abnegacji.
Dotknięta anewryzmem, który groził utratą życia za pierwszem gwałtowniejszem wzruszeniem, instynktownie czując, że młode jej życie zamknięte jest murem cmentarnym, nie mogła wszelako wytrwać w rezygnacji. Nie żeby kiedy wyszedł z jej ust wyraz goryczy, była na to zanadto chrześcijanką, ale łamała się wewnętrznie, rozpacz jej tkwiła w głębi; czasami tylko na białem jej czole wybłysły walki wewnętrzne, a matka, oczyma serca spostrzegła złowrogie ślady.
Syn, od rana do wieczora zajęty swą klasą, rzadko kiedy mógł wejść na górę, by zobaczyć się z dwiema kobietami. Radość ta wtedy mu tylko była daną, kiedy przyszedł go nawiedzić stary nauczyciel, i chciał zastąpić przez jaką godzinę w dozorowaniu dzieci.
Szkoła otwierała się o ósmej rano, a zamykała o szóstej wieczór w lecie; zimą trwała od dziewiątej do piątej.
Prawie wszyscy uczniowie byli synami rzemieślników z przedmieścia, przeznaczonymi nie dziś to jutro do stanu ojca; ci zatem nie potrzebowali uczyć się po łacinie, ani po grecku. Ale było w tej liczbie dwóch, których ojciec dawniej robotnik w warsztatach mechanicznych, dziś sam trzymający warsztat, przeznaczał: jednego do szkoły politechnicznej, drugiego do szkoły sztuk i rzemiosł. Miano ich oddać do kollegium, jak tylko dojdą lat dwunastu. Mieli zatem przed sobą, starszy dwa młodszy trzy lata.
Justyn, widząc, że obaj obdarzeni są niepospolitemi zdolnościami, pracował nad nimi i biedny Prometeusz użyczył im nieco tego świętego ognia, jaki rozniecił w nim stary nauczyciel.
Oprócz tych dwóch uczniów, którzy mu przypominali nieco umiejętności wyższe, inne bębny nie chciały się liczyć, a rodzice ich nawet nie życzyli sobie, aby ich uczono więcej nad proste początki ogłoszone w programie.
Z tej małej wymagalności pod względem nauki wynikło, że matka i siostra mogły dopomagać młodzieńcowi i zastępować go w razie potrzeby.
Kiedy siostra była zdrowa, schodziła do pokoju Justyna, który, jak mówiliśmy, służył za uczelnię i podczas gdy syn szedł na górę, by chwilę porozmawiać z matką, ona uczyła dzieci czytać i rachować do stu, rysując cyfry kredą na tablicy.
Matka codziennie przyjmowała do swego pokoju trzecią część klasy, to jest sześcioro dzieci: było to urzeczywistnienie słów: „sinite parvulos venire ad me“[1]. Dzieci klękały około słomianego fotela, na którym siedziała matka; ona uczyła je pacierza i opowiadała jaki budujący ustęp ze Starego Testamentu.
Piękny to był widok sześciu tych płowych główek i sześciorga ust różanych, mówiących pacierze. Widząc ich tak klęczących, sądziłbyś, że połączyli serca swe dla wymodlenia u Boga, by powrócił wzrok biednej kalece.
Takiem było, aż do roku 1821, zamknięte i smutne życie tej małej rodziny.
Oprócz starego nauczyciela, który często przychodził zabawić z niemi kilka godzin, nic nie zamieszało biegu tego życia spokojnego, które było gładkie i monotonne jak płaszczyzna.
Czasami w lecie obiecywano sobie przechadzkę i zwykle wybierano się ku Mont-Rouge; ale z powodu ślepoty matki i wątłości córki, najczęściej zatrzymywano się w połowie drogi. Siadali na trawie i przez godzinę lub dwie, czerpali od słońca światło i ciepło na resztę dnia.
W zimie, przysiadali się do małego fajansowego piecyka, w który kładziono dwa małe polanka na cały wieczór, kończący się o godzinie dziewiątej.
Był tam wprawdzie i komin, ale ogromny, w którym spaliłaby się fura drzewa przez tydzień. Zamknięto go, kominy kiedy nie grzeją, muszą ziębic.
Gdy pan Miller przyszedł około godziny dziewiątej, nabierano się koniecznie do włożenia jeszcze jednego drewna ale dobry nauczyciel odmawiał pod pozorem, ze jest cały w potach i od tej chwili skupiano się bliżej jeszcze jedno obok drugiego przy piecu bezużytecznym.
Wtedy poczciwy ten człowiek, by nie dać uczuć braku ognia poczynał opowiadać jaką zabawną historyjkę a wesołość jego rozgrzewała słuchaczów, jak promień dobroczyny.
W tych to ostatnich dwóch latach, Justyn miał sposobność ocenić dobrodziejstwo muzyki.
Gdy godzina dziewiąta wybiła i nie liczono już na odwiedziny pana Millera, Justyn żegnał pocałunkiem matkę i siostrę i szedł do swego pokoju.
Przybywszy tam, zapalał świecę w lichtarzu przymocowanym do pulpitu, otwierał starą księgę muzyczną, patrzył na nią przez chwilę, dobywał wiolonczelę z puzdra, otrzepywał ją starannie chustką i przyciskał do piersi jak przyjaciółkę.
Nie mając innej rodziny tylko matkę ślepą i siostrę chora, innego towarzysza tylko starego nauczyciela, innych świadków tylko gołe ściany, z wiolonczeli zrobił sobie młodą przyjaciółkę, rodzinę, ojczyznę! To też wieczorem przez dwie godziny, oddychał ożywczem powietrzem, którego brakło mu dzień cały.
Ale potrochu atmosfera ta, pomimo harmonijnych dźwięków instrumentu, ociężała; coraz bardziej brakować zaczynało mu powietrza. Justyn mimo wiedzy wpadł w głęboką melancholję, którą niebawem spostrzegł pan Miller i usilnie starał się go z niej wyleczyć.
— Zestarzejesz się przed czasem, mówił mu, zwiędniesz w kwiecie młodości; trzeba wychodzić, przyjrzeć się światu, choć otrzeć się o życie, jeżeli nie możesz go używać. Zbliża się pora wakacyjna, musimy zrobić razem małą wycieczkę. Przygotuj się; 12-go sierpnia przyjdę po ciebie.
Wiądł istotnie w najpiękniejszych latach biedny bakałarz. Oko mgłą zachodziło, policzki zapadały, czoło okrywało się zmarszczkami: skóra żółkła jak pargamin, możnaby mu było dać trzydzieści lat skończonych, a on zaledwie rozpoczął rok dwudziesty trzeci.
Ale wszystko składało się na to: ludzie z którymi żył, izba w której mieszkał; jego twarz, postawa, chód, głos, cała osoba słowem, od tych co go otaczali i od przedmiotów, które miał ustawicznie przed oczyma, starzała się przed czasem.
Byłby znów niezawodnie zapadł, gdyby nie wstrząsnął nim nowy kłopot i homeopatycznym sposobem nie wrócił go do życia.
Justyn, jak wiemy, zarabiał tysiąc ośmdziesiąt franków na rok, tą małą sumką opędzał najgwałtowniejsze potrzeby, ale mógłże oszczędzić co z tego nędznego dochodu, czy już nie posuwał oszczędności aż do abnegacji?
„Trzeba, jeżeli nie zobaczyć, to przynajmniej otrzeć się o życie,“ mówił stary mistrz. Łatwo to powiedzieć!... Ale by|oż to łatwo wykonać, w tem samem ubraniu zużytem do nitki, które nosił od dawna latem i zimą“
Całą wreszcie bieliznę domową trzeba było odnowić, tak jak ubranie Justyna.
Siostra cudów dokazywała z utrzymaniem tej bielizny; prześcieradła matki były arcydziełem cerowania; skarpetki brata, znakomitością pod względem szwów i mozaiki.
Przyrzekli sobie wprawdzie nic nie kupować aż w ostateczności, ale nareszcie doszli do niej: cała bielizna pozszywana, połatana, pocerowana, której nigdyby w ubóstwie swem nie porzucili, sama ich porzucała.
— Dopóki ci nie potrzeba obuwia, mówił stary mistrz, to go masz poddostatkiem; i nawzajem, potrzebuj go tylko, a wnet ci zbraknie.
Uśmiechnęli się na te dowcipy dobrego Millera, ale smutno.
Trzeba więc znowu było poszukać jakiego zarobku, a nadewszystko śpieszyć się, bo mogła nadejść chwila, w której nie byłoby w czem chodzić za nim. A czekać aż sam w rękę wpadnie, to można się było nie doczekać nigdy. Justyn więc poszedł pukać do wszystkich drzwi. Większą część drzwi zastał zamkniętych; niektóre otworzyły się, by przepuścić odmowę.
Na przechadzkę udawali się wieczorami, nie śmiejąc przechadzać się po dniu.
Jednego wieczora tedy, gdy Justyn przechadzał się od strony rogatek Maine, czekając na swego starego nauczyciela, by udać się z nim do pewnej pani, której syn potrzebował korepetycji, usłyszał nad głową, w jednym z wielkich szynków utrzymujących muzykę, zwadę pomiędzy kontrabasistą i drugim skrzypkiem.
Zkąd się wszczęła ta zwada, Justyn nie wiedział i wreszcie nic go to nie obchodziło, kiedy usłyszał te słowa:
— Panie Duruflet, mówił kontrabasista, po tem co zaszło, przysięgam, że noga moja nigdy nie postanie w domu, w którym pan będziesz, a na dowód wychodzę ztąd natychmiast!
I w samej rzeczy, kontrabasista wybiegł śpiesznym krokiem z kontrabasem pod pachą, machając smyczkiem jak mieczem ognistym.
— Oho! pomyślał Justyn, oho!... I uderzył się w czoło. Przyszedł mu pomysł.
Jednocześnie, kiedy pomysł ten przychodził do Justyna przez okno od szynku, z drugiej strony nadciągał pan Miller od końca ulicy.

XVI.
Grajek najemny.

Justyn czekał na swego nauczyciela, krokiem nie postąpiwszy naprzód; rzekłbyś, że obawiał się, aby przez ustąpienie z miejsca nie stracił swego pomysłu. Opowiedział starcowi co zaszło.
— Aha! odezwał się tenże, wakans.
I naraz jemu także przyszedł pomysł: że to miejsce kontrabasisty na srebrnej sali, jakkolwiek odrażające, miałoby tę korzyść, iż przerwałoby jednostajność życia młodego człowieka. Wreszcie, dochód byłby wielką pomocą dla biednej rodziny.
— Ale czy ci tylko je dadzą? dodał.
— Spodziewam się, skromnie odpowiedział Justyn.
— I mnie się tak zdaje! zawołał ojciec Miller, musieli by być djabelnie wymagającymi.
— Pójdę więc i dowiem się.
— Pójdę i ja z tobą, rzekł dobry nauczyciel.
Justyn chętnie przyjął ofiarę.
Łatwo pojąć, jakie wrażenie w podobnej knajpie sprawiło wejście poważnego młodzieńca z sędziwym starcem, a obaj ubrani byli czarno.
Tancerze palcem pokazywali ich tancerkom, wybuchając śmiechem. Dwaj przyjaciele nie zauważyli tej wesołości jakkolwiek powszechnej, albo też udali, że nie uważają. Powiedzieli jednemu z usługujących, że chcą się widzieć z właścicielem zakładu.
Gruby szynkarz, okrągły jak Sylen, czerwieńszy jak wino, którem częstował swych gości, nadbiegł z pośpiechem, sądząc zapewne, że chodzi o jakie ważne zamówienie.
Dwaj przyjaciele nieśmiało wyjawili mu swe żądanie.
Szynkarz odpowiedział, że to nie jego rzecz, że należy to do dyrektora orkiestry. Ofiarował się wreszcie pośredniczyć, i w pięć minut przyniósł zadawalniającą odpowiedź, że Justyn, byle wykazał umiejętność odpowiadającą posadzie kontrabasisty rogatkowego, może natychmiast wejść w obowiązki, po trzy franki za bilet!
Taniec odbywał się tam trzy razy na tydzień; zarabiałby więc trzydzieści sześć franków na miesiąc. Było to prawie tyle co przynosiło jego pierwszych ośmiu uczniów, było to zatem Peru, wtedy jeszcze w roku 1821 mówiono Peru, a dziś mówią „Kalifornia“ było to więc dla niego Peru; przyjął też, prosząc tylko o czas, by pójść po wiolonczelę na przedmieście świętego Jakóba.
Ale odpowiedziano mu, że nie trzeba: przewidując dezercję kontrabasisty, zaopatrzono się w kontrabas, na którym od biedy mógłby zagrać drugi skrzypek. A ponieważ trafił się kontrabasista na miejsce tego, który odszedł, więc wszystko było w porządku.
Justyn uradowany był w głębi duszy, że jego dziewicza wiolonczela, samotna i skromna, uniknie profanacji.
Młodzieniec podziękował panu Millerowi i chciał się z nim pożegnać, ale dobry nauczyciel oświadczył, że chce być obecnym pierwszemu wystąpieniu swego ucznia, i by go zachęcić obecnością, nie opuści zakładu aż po skonczonym tańcu.
Justyn ścisnął rękę nauczyciela, kazał sobie podać kontrabas i stanął w orkiestrze z wielkiem zdumieniem widzów, którzy o mało nie wygwizdawszy go przy wejściu, teraz gotowi byli dać mu oklaski.
Orkiestra ta, jeżeli wolno dać taką pretensjonalną nazwę ośmiu głuchym rzempolącym piekielne kadryle, przy brzęku których tańcowało ze trzystu lub czterystu bywalców knajpowych, orkiestra ta była obrazem godnym pędzla malarza obyczajowego.
Stojący w niej młody i poważny Justyn, wyglądał na artystę-męczennika, grającego z powrozem na szyi, ku uciesze ludu pogańskiego.
Twarz jego, oświetlona kinkietami zawieszonemi nad głową, uwydatniała się w całym swym wyrazie.
Justyn wcale nie był pięknym, biedny chłopak! ale czuć było, że cierpienie nadające barwę całej jego fizjognomji, stanowiło rzeczywistą, a raczej jedyną przyczynę szpecącą twarz jego.
Niechby tylko światełko najmniejszej radości przeszło po tem czole, niechby czyste uczucie szczęścia lub przyjemności błysnęło w oczach, niechby uśmiech otworzył te usta, a niezawodnie twarz jego nie będąc piękną, miałaby jednak wyraz anielskiej słodyczy i rzadkiej dystynkcji.
Trzymając oburącz kontrabas, dwa razy tak wielki jak jego wiolonczela, z długiemi włosami płowemi, które opadały na czoło ilekroć takt był śpieszniejszy, z wielkiemi, niebieskiemi oczyma, z cierpieniem rozlanem w całej postaci, musiał niezawodnie budzić głębokie zajęcie i mocną sympatję, w każdym co widział go w tej chwili.
Po kontredansie, dyrektor orkiestry powinszował mu, a tancerze i tancerki klasnęły w ręce.
Poczciwy stary nauczyciel nie posiadał się z radości; on także klaskał i drżał ze wzruszenia.
O godzinie jedenastej Justyn zapytał się jak długo zwykła trwać zabawa. Odpowiedziano: Czasami do drugiej.
Wtedy dał znak poczciwemu Millerowi. Chodziło o zawiadomienie matki i siostry, które musiały być w śmiertelnym niepokoju; Justyn nigdy w życiu nie bawił za domem dłużej, jak do godziny dziesiątej.
Dobry nauczyciel zrozumiał to, wziął nogi za pas i zastał panią Corby, było to nazwisko matki Justyna, które mamy zaszczyt po raz pierwszy wymówić, wraz z córką na modlitwie.
— I cóż, rzekł wchodząc, wasze modły wysłuchane, zacna niewiasto i ty święta dziewico. Justyn znalazł miejsce za trzydzieści sześć franków na miesiąc!
Dwie kobiety wydały radosny okrzyk.
Nauczyciel opowiedział im całe zdarzenie.
Z uczuciem wysokiej delikatności, które w ogóle posiadają kobiety, pani Corby i jej córka pojęły wielkość poświęcenia młodzieńca.
— Dobry, kochany Justyn, wyrzekły z cicha.
A w głosie ich był taki czuły oddźwięk, że prawie żal wyrażał.
— O! nie litujcie się nad nim, rzekł nauczyciel, jest to tryumf! Jak on pięknie, jak wspaniale wygląda! istny Weber w młodości.
Powiedziawszy to, ponieważ nic więcej powiedzieć me mógł, pan Miller pożegnał kobiety i wrócił do szynku.
Nie odszedł z sali tańca, aż dopiero ze swym uczniem, to jest o drugiej godzinie z rana.
Zastali drzwi od ulicy odemknięte, staraniem siostry Justyna.
Ż końcem miesiąca Justyn grał dwanaście razy i wziął trzydzieści sześć franków. Można więc było za te pieniądze sprawić coś najpotrzebniejszego.
A teraz, zdaje się, żeśmy dostatecznie wykazali to, co w gruncie było dobrem i uczciwem w sercu naszego bohatera; ograniczymy się więc na dodaniu kilku słów uzupełniających obraz charakteru jego.
Charakter ten wreszcie, łatwym był do określenia jednem słowem: Rezygnacja.
Jakoż, był on zrezygnowanym umrzeć przy pracy, albo oczekiwać wszystkiego od dobroci Boga. I tego też Boga ręka wydobyła Justyna z przepaści.
Raz wieczorem, w miesiącu czerwcu, po jednym z tych dni słonecznych co w świąteczne szaty stroją naturę, kiedy Justyn z nauczycielem powracali z wycieczki w okolice Montrouge, młodzieniec pomiędzy makami i bławatkami w zbożu, spostrzegł ośmio lub dziewięcioletnią dziewczynkę, głębokim snem ujętą.
Bóg, pod postacią tej dziewczynki, zesłał jednego ze swych aniołów, w nagrodę jego wzniosłej cnoty.

XVII.
Łańcuch Boży.

Dziewczynka, którą spostrzegli z wielkiem swem zdziwieniem i zatrzymali się, daremnie oglądając się dla zobaczenia matki lub ojca, dziewczynka ta ubrana była w białą sukienkę, ujętą w pasie wstążką niebieską.
Była jasnowłosa i rumiana i tak jak leżała w pośród żółkniejących już kłosów, bławatków i maków, które wznosząc się tworzyły niby altanę nad jej głową, wyglądała jak gołąbka w gnieździe.
Nóżki jej, obute w niebieskie trzewiczki, zwieszały się nad brzegiem rowu przy drodze, wykazując wielkie znużenie biednej dzieweczki.
Oddech jej, chociaż nieco uciszony, łagodny był jak wietrzyk wschodni, a pod tym czystym oddechem, zalotnie bujały się ruchome trawy i zboże.
Dwaj przyjaciele byliby tak przepędzili noc całą, wpatrując się w sen uroczej dzieciny, tyle upojenia sprawiała im ta świeża, jasnowłosa główka; ale z kontemplacji wyrwała ich niebawem niespokojna myśl o niebezpieczeństwie, na jakie w samotności narażoną była czarująca istotka.
Jakąż to kobietą była jej matka, której daremnie szukano oczyma, jak mogła pozostawić na noc to wątłe i delikatne ciałko, wystawione na chłód i wilgoć?
Dzieweczka musiała tu być już oddawna, sen jej wreszcie o tem świadczył. Przyzwyczajeni zatrzymywać się na drodze, ilekroć nasunął się im jakiś trudny punkt przy dyskusji, dwaj nasi przyjaciele zatrzymali się ztamtąd o kilka kroków; stali dobry kwadrans, rozprawiając czy piękność twarzy przejmuje coś z piękności duszy, czy nie?
I przez cały ten czas nikogo ani widzieli, ani słyszeli.
Gdzież więc jest matka tej dziewczynki?
Może wreszcie rodzice jej, znużeni długą drogą (trzewiczki małej okryte były kurzem), odpoczywali w sąsiedniem zbożu?
Justyn i Miller oglądali się dookoła, ale napróżno. Byli tak mocno przekonani, że matka dziewczynki nie może być dalej od niej jak czeczotka od gniazda, że patrzyli jeszcze. Weszli więc w zboże na palcach, idąc pocichu, ażeby nie zbudzić dziewczynki. Przeszli pole wzdłuż, a potem wszerz; obeszli naokoło, jak dojeżdżacz knieję, w której wpadł na trop zwierzyny. Nareszcie postanowili zbudzić dziewczynkę.
Otworzyła lazurowe oczęta, zdziwione lecz śmiałe. Rzekłbyś dwa żyjące bławatki. Patrzyła na dwóch mężczyzn bez żadnej obawy.
— A ty co tu robisz, dzieweczko? zapytał pan Miller.
— Odpoczywam sobie, proszę pana, odpowiedziała.
— Jakto, odpoczywasz? zawołali razem.
— Tak, zmęczyłam się bardzo, nie mogłam już iść, położyłam się i zasnęłam.
Pierwszem słowem dziewczynki tej, zbudzonej przez obcych, nie było wołanie matki.
— Powiadasz, żeś się bardzo zmęczyła, moje dziecię? powtórzył pan Miller.
— O! tak, panie, odpowiedziała dziewczynka, potrząsając głową dla poprawienia roztrzepanych włosków.
— Więc chodziłaś gdzieś daleko? zapytał znów nauczyciel.
— O! bardzo daleko, odrzekła dzieweczka.
— A gdzież są twoi rodzice?
— Moi rodzice? wyrzekła dziewczynka siadając i spozierając na nieznajomych z minką zdumioną, jak gdyby mówiono jej o rzeczach z nieznanego świata.
— Tak, rodzice, powtórzył łagodnie Justyn.
— Ależ ja nie mam rodziców, odpowiedziała dziewczynka z prostotą, takim samym tonem, jak gdyby im chciała powiedzieć: „Nie wiem o czem mówicie“.
Dwaj przyjaciele spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, a potem na nią z politowaniem.
— Jakto, więc nie masz rodziców? nalegał stary nauczyciel.
— Nie, panie.
— A gdzież twój ojciec?
— Nie mam.
— A matka?
— Nie mam.
— Któż cię wychował?
— Mamka.
— A gdzie ona jest?
— W ziemi.
Wymawiając te słowa, dzieweczka zapłakała.
Dwaj przyjaciele rozczuleni, odwrócili się każdy w inną stronę, ażeby nie pokazać, że płaczą.
Dzieweczka siedziała nieruchomie i zdawała się oczekiwać na nowe zapytania.
— Zkąd się tu wzięłaś sama jedna? zapytał pan Miller po chwilowej przerwie.
Otarła łzy paluszkami i odpowiedziała głosem drżącym:
— Ja idę ze wsi.
— Z jakiej wsi?
— Z Bouille.
— Niedaleko Rouen? zapytał Justyn radośnie, jak gdyby sam będąc z okolic Rouen uszczęśliwiony był tem, że ma współrodaczkę, tę śliczną dziewczynkę.
— Tak, panie, rzekła.
I w rzeczy samej, było to świeże Normandzkie dziecię, z licem pulchncm i pełnem; dziewczynka biała i różowa, istna jabłonka w rozkwicie.
— Któż cię tu przecie przyprowadził? zapytał stary nauczyciel.
— Przyszłam sama.
— Pieszo?
— Nie, w powozie aż do Paryża.
— Jakto, do Paryża.
— Tak, a z Paryża pieszo aż tu.
— I dokądżeś szła?
— Szłam na jedno przedmieście w Paryżu, co się nazywa przedmieście św. Jakóba.
— A tam po co?
— Miałam zanieść bratu mojej mamki list od naszego proboszcza.
— Ażeby brat mamki wziął cię do siebie, zapewne?
— Tak, panie.
— Jakże się stało, że zaszłaś aż tu, moje kochane dziecię?
— Bo dyliżans przyszedł zapóźno, jak tam mówiono tak, że wszyscy na przedmieściu spali. Więc jak zobaczyłam rogatkę, pomyślałam, że musi być gdzie blisko pole; zaczęłam szukać i znalazłam.
— Więc chciałaś tu przeczekać do rana, by udać się do osoby, do której cię posłano?
— Tak panie, tak, nie chciałam spać aż do białego dnia, ale nie spałam już przez dwie noce, niechcący jakoś położyłam się na ziemi i zaraz też zasnęłam.
— Nie boisz się spać na powietrzu?
— A czego mam się bać? zapytała dziewczynka z tem dumnem zapytaniem ślepych i dzieci, którzy nic nie widząc, niczego się nie mogą obawiać.
— Ależ, rzekł pan Miller zdumiony zdrowym rozsądkiem, z jakim te wszystkie odpowiedzi były czynione, nie obawiasz się choćby zimna, wilgoci?
— O!... zawołała, a czyż to ptaszki i kwiaty nie sypiają w polu?
Tyle naiwnego rozumu w tak młodem dziecku, tyle wdzięku i niedoli, rozrzewniło serce dwóch przyjaciół.
Sama Opatrzność złożyła tam to dziecię dla pocieszenia Justyna i ukazała mu, że pod gwiaździstem sklepieniem niebios są istoty bardziej jeszcze odeń upośledzone.
Nie potrzebowali się radzić jeden drugiego, by powziąć postanowienie; obaj jednocześnie oświadczyli dziewczynce, że zabierają ją z sobą.
Ale dziewczynka odmówiła.
— Dziękuję wam, moi dobrzy panowie, rzekła, ja nie do was mam pismo.
— Nic nie szkodzi, odrzekł Justyn, pójdź z nami, a jutro kiedy tylko sama będziesz chciała, pójdziesz do brata swej mamki.
I jednocześnie młodzieniec podawał rękę sierocie, by pomódz jej przejść przez rów.
Ale dziewczynka znowu odmówiła i odpowiedziała, spoglądając na księżyc, ten zegar ubogich:
— Teraz jest około północy; dzień nadejdzie za trzy godziny, nie warto dla mnie się trudzić.
— Upewniam cię, że nie trudzimy się dla ciebie, odpowiedział Justyn, z ręką wciąż ku niej wyciągniętą.
— A przytem, dodał nauczyciel, gdyby przechodził oddział żandarmów, toby cię zabrali.
— A za co by mnie zabrali? odpowiedziała dziewczynka z tą dziecinną logiką, która czasami w kłopot wprowadza najbieglej szych prawników. Nikomu nic złego nie uczyniłam.
— Zabraliby cię żandarmi, moje kochane dziecię, nalegał Justyn, bo wzięliby cię za jedno z tych złych dzieci, które nazywają się włóczęgami i które przytrzymują w nocy... Pójdź tedy.
Ale Justyn już nie potrzebował mówić „Pójdź tedy!“ Usłyszawszy wyraz włóczęgi, dziecina przeskoczyła rów i z rękami złożonemi, z miną wystraszoną, głosem błagalnym, mówiła do dwóch przyjaciół:
— O! weźcie mnie z sobą, dobrzy panowie, weźcie!
— Ależ weźmiemy cię, śliczne dziecko, weźmiemy, rzekł nauczyciel, niezawodnie weźmiemy!
— Dobrze, dobrze! powtórzył Justyn. Chodź prędzej, zaprowadzę cię do mojej matki i do siostry, obie są bardzo dobre, dadzą ci wieczerzę, a potem położą cię spać w ciepłem łóżeczku... Może już dawno nie jadłaś?
— Od rana, odpowiedziała.
— O! biedna! zawołał z goryczą i politowaniem stary nauczyciel, którego cztery posiłki dzienne były matematycznie urządzone.
Dziewczynka nie zrozumiała tonu egoistycznego i zarazem litosnego, jakim to wymówił dobry Miller; sądziła, że oskarża proboszcza, który wsadził ją w dyliżans nie zaopatrzywszy w posiłek; czemprędzej więc chciała go usprawiedliwić.
— O! to moja wina, rzekła, miałam chleb i wiśnie, ale tak mi było ciężko na sercu, że nic jeść nie mogłam.
I oto, dodała biorąc koszyczek ukryty w zbożu, w którym istotnie znajdowało się trochę wisien nieco zwiędłych i kawałek chleba zeschły, oto dowód.
— Jesteś pewnie tak znużona, że nie będziesz mogła iść sama, rzekł Justyn, ja cię poniosę.
— O, nie! odpowiedziała, jeszczebym mogła iść z pół mili.
Dwaj przyjaciele nie chcieli temu wierzyć, i pomimo ponawianej odmowy, przysunęli ręce złożone na krzyż, połączyli je razem, a gdy dziewczynka objęła jedną ręką każdego z nich za szyję, podnieśli ją do wysokości pasa i gotowali się unieść na tym palankinie z ludzkiego ciała, który dzieci francuskie nazywają łańcuchem Bożym.
Ale w chwili ruszenia w drogę, dzieweczka zatrzymała ich.
— A! mój Boże! co ja też zrobiłam!
— Co takiego, moje dziecię? zapytał z zajęciem bakałarz.
— Zapomniałam o liście proboszcza.
— Gdzie on jest?
— W zawiniątku.
— A gdzie to zawiniątko?
— Tam w zbożu, na miejscu gdzie spałam, razem z wieńcem bławatków.
I zeskoczyła z ich rąk, przeszła rów, wzięła zawiniątko i wieniec i z zadziwiającą zwinnością znowu rów przeskoczywszy, usiadła na poprzedniem miejscu na rękach naszych dwóch przyjaciół, którzy skierowali się ku rogatce odległej o jakie dwieście do trzysta kroków.

XVIII.
Historja dziewczynki.

Sposób, w jaki mała sierotka trzymała zawiniątko, przeszkadzał oddychać staremu nauczycielowi, o którego piersi się opierało. Powiedział więc dziewczynce, ażeby mu zaczepiła je za dziurkę od guzika.
Pozostawał jeszcze koszyczek i wieniec bławatków, który uwiła dla rozrywki, czekając na dzień, nim ją sen ujął. Zachowała ona go zapewne instynktownie, jako kwieciste wspomnienie swej pierwszej chwili samotności na tym świecie.
Tak przynajmniej zrozumiał Justyn, w chwili bowiem gdy dziewczynka spostrzegając, że kwiaty z jej wianka tarły się o twarz Justyna, zamierzyła się go rzucić, spoglądając wszelako na swych towarzyszów drogi, jakby się ich chciała poradzić, Justyn, którego ręce były zajęte, wziął wianeczek w zęby, położył go na pięknej główce dzieweczki i szedł dalej w drogę.
Uroczą była w tym wianku, biedna sierotka! Czarna odzież dwóch przyjaciół dziwnie uwydatniała białość jej sukienki i anielską oblicza czystość; czoło jej zwłaszcza, oświecone światłem księżyca, promieniało jak czoło niebiańskiej istoty.
Rozmowa, na chwilę przerwana, znowu się zawiązała. Justyn nie mógł się nasłuchać dźwięków harmonijnego głosu dzieciny. On tedy znów rozpoczął się wypytywać:
— A czem się zajmuje brat twojej mamki, moja dzieweczko? zapytał.
— On jest stelmach, odpowiedziała.
— Na przedmieściu św. Jakóba.
— Tak, panie.
— Ale, rzekł Justyn, ja znałem tam jednego tylko stelmacha, pod Nr. 111.
— Zdaje mi się, że to ten sam.
Justyn nie dokończył; przed rokiem prawie te warsztaty stelmasze z pod Nr. 111 naraz zamknięto i dopiero otwarte zostały ale przez jakiegoś ślusarza. Justyn nie chciał powiedzieć nic niepokojącego dziewczynkę, póki sam się nie upewni.
— Ale tak, tak, mówiła dalej dziewczynka, nie powiem już nawet, że mi się zdaje, iż to ten sam numer, jestem tego pewna.
— Zkąd jesteś tego pewna, moje dziecię?
— Tak jest... czytałam kilka razy adres, kazano mi się go nauczyć na pamięć, na wypadek, gdybym list zgubiła.
— A pamiętasz nazwisko które było na adresie?
— Oczywiście... Było tam: „Do pana Durier...“
Dwaj przyjaciele spojrzeli po sobie, ale nic nie odpowiedzieli. Wtedy, mniemając, że milczenie ich pochodzi z braku ufności w jej słowa, dziewczynka dodała z pewnym odcieniem dumy:
— O, ja oddawna umiem czytać!
— Nie wątpię, moja panienko, odpowiedział stary nauczyciel.
— A co myślałaś robić u brata twej mamki?
— Myślałam pracować.
— A jaką mianowicie zajmować się pracą?
— Jakąkolwiek; umiem wiele rzeczy.
— Nap rzykład?
— Umiem szyć, prasować, robić czepeczki, znam hafty, koronki.
Im więcej rozgadywali się z dziewczynką, tem więcej nowych odkrywali w niej zalet, tem więcej sercem lgnęli do niej.
Niebawem dowiedzieli się całych jej dziejów, którym nie zbywało na pewnej tajemniczości.
Pewnej nocy, jakiś powóz zatrzymał się w Bouilly, było to w roku 1812; wysiadł z powozu mężczyzna, niosąc w ręku ciężar, którego kształt trudno było rozpoznać. Przybywszy do małego dworka, który samotnie stał na przeciwnej stronie wsi, dobył z kieszeni klucz, otworzył drzwi, a idąc po ciemku, złożył ciężar na łóżku, a sakiewkę i list na stole. Potem drzwi zamknął, wsiadł do powozu i pojechał dalej.
W godzinę potem kobieta, wracająca z jarmarku w Rouen, zatrzymała się przed tymże samym dworkiem, także dobyła klucz z kieszeni i zaledwie zamknąwszy drzwi, z wielkiem zdziwieniem swem usłyszała odzywanie się dziecka. Czemprędzej więc zapaliła lampę i spostrzegła poruszającego się coś białego z krzykiem na łóżku; to coś było dziewczynką jednoroczną. Wtedy kobieta z coraz większem zdziwieniem patrzała naokoło i spostrzegła na stole list i pieniądze. Otworzyła list i przeczytała z wielką trudnością, bo nie umiała czytać biegle, wiersze następujące:
„Pani Boivin, wiadomo, że jesteś dobrą i uczciwą niewiastą, to właśnie powoduje ojca w chwili opuszczenia Francji, do powierzenia ci dziecięcia. Znajdziesz pani tysiąc dwieście franków w sakiewce złożonej na stole: jest to pensja za pierwszy rok, którą płacę z góry. Począwszy od dnia 28-go października roku przyszłego, czyli rocznicy dzisiejszej, odbierać pani będziesz przez pośrednictwo proboszcza z Bouillie, sto franków miesięcznie. Te sto franków przesyłane będą w asygnacjach na jeden z domów handlowych w Rouen, a proboszcz, który je otrzyma, sam wiedzieć nie będzie zkąd przychodzą. Daj pani dziewczynce najlepsze wychowanie, jakie będziesz mogła, a nadewszystko usposabiaj ją na dobrą gospodynię. Bóg wie, jakie ją próby czekają! Imię jej chrzestne jest „Mina,“ nie powinna przybierać innego, póki jej nie zwrócę tego, które jej należy.
Dnia 28-go października 1812 roku.“
Pani Boivin przeczytała list trzy razy, by go dobrze zrozumieć; następnie zrozumiawszy, schowała do kieszeni, wzięła dziecię na ręce i wraz z sakiewką pobiegła do proboszcza, aby się poradzić, co ma począć.
Odpowiedź proboszcza nie była wątpliwą; poradził pani Boivin przyjąć dziecko, które dawała jej Opatrzność, i wychować z całem staraniem, na jakie zdobyć się będzie mogła.
Matka Boivin wróciła więc do domu z dzieckiem, listem i sakiewką.
Dziewczynkę włożyła w czystą kolebkę swego syna zmarłego przed dwoma laty; list zamknęła w pugilaresie, gdzie poczciwa kobieta chowała dowody służbowe swego męża, sierżanta gwardji, który razem z czteremakroć sto tysiącami innych, w tej chwili odbywał odwrót z Rosji; a tysiąc dwieście franków wsunęła w skrytkę, gdzie zwykle chowała swe oszczędności.
O sierżancie Boivin nie było żadnej wiadomości. Czy zginął? czy wzięty do niewoli? Nigdy od tej chwili biedna kobieta żadnej wieści o mężu nie otrzymała.
Przez siedm lat pensja za dziecię dochodziła najregularniej; ale od pół trzecia roku, asygnacje przestały przychodzić w terminie miesięcznym, co bynajmniej dobrej kobiety od opieki nad dziewczynką, którą uważała za swą własną córkę, nie odstraszyło.
Przed tygodniem umarła, zobowiązując proboszcza, ażeby dziewczynkę odesłał do jej brata, stelmacha w Paryżu, którego nie widziała oddawna, ale za którego uczciwość ręczyła.
Ten brat nazywał się Durier, i mieszkał na dole w domu pod Nr. I li, na przedmieściu św. Jakóba.
Oto, co opowiedziała dziewczynka, i o czem dowiedzieli się dwaj przyjaciele, przybywszy do pokoju Justyna.
Skoro Justyn przychodził późno, zastawał zawsze siostrę oczekującą. I teraz, jak zwykle, Celestyna, było to imię dziewicy, czekała na brata. Otworzyła drzwi na odgłos kroków i usłyszała, że brat ją woła. Zeszła natychmiast, a pierwszą rzeczą, którą spostrzegła, była Mina przedstawiona jej przez brata.
Zachwycona pięknością dziewczynki, zaraz ją ucałowała, nie pytając nawet zkąd się wzięła. Potem, wzięła ją na ręce, i biegnąc, zaniosła do pokoju matki.
Matka nie mogła widzieć dziewczynki, ale jak wszyscy ślepi, oczy miała na końcu palców; dotknęła sieroty i przekonała się, że jest piękną.
Opowiedziano matce całe zdarzenie.
Celestyna miała wielką chęć usłyszeć je, ale wskazano jej na dziewczynkę upadającą ze snu; musiała więc jak najprędzej urządzić łóżeczko w swoim pokoju.
Zeszła na dół, wzięła tablicę od arytmetyki, położyła ją na czterech stołkach, zarzuciła siennik, a pani Corby ująwszy czoło dziewczynki, rozciągnęła nad niem ręce, jako potrójne błogosławieństwo: matki, ślepej i gospodyni domu, błogosławieństwo, które powinno było wyjść na dobre dziewczynce.
Sierota zaledwie położyła się w łóżko, zasnęła snem głębokim.
Nazajutrz, przed zebraniem się dzieci w szkole, Justyn udał się do jednego z sąsiadów dawnego stelmacha, dobrze znajomego mu węglarza, nazwiskiem Toussaint i zapytał go, czy nie może dać jakich wiadomości o stelmachu, który mieszkał na dole w domu pod Nr. 111, nim mieszkanie to zajął ślusarz.
Justyn dobrze trafił, bo Toussaint i Durier byli przyjaciółmi.
Durier należał do sławnego spisku pod przywództwem Nantesa i Berarda, mającego na celu wzięcie fortu Vincennes, co miało być hasłem do wybuchu w całej Francji, ale nie nastąpiło, skutkiem zeznań uczynionych przez samego Berarda.
Jak utrzymywał Toussaint, Durier miał być wciągnięty do tego spisku przez pewnego korsykanina nazwiskiem Sarranti, który przywiązywał wielką ważność do wspólnictwa z Durierem, jako rozporządzającym dużą liczbą robotników.
Owóż w przeddzień wybuchu, porą nocną, Toussaint usłyszał gwałtowne stukanie do drzwi Duriera; wyjrzał oknem i poznał obcego człowieka, który od pewnego czasu uczęszczał do warsztatów stelmacha. W chwilę potem zobaczył ich wychodzących razem i w całym pędzie biegnących w kierunku rogatki. Od tej chwili Durier i Sarranti więcej się nie pokazali.
Nie to jedno oskarżenie ciążyło nie na Durierze, ale na korsykaninie; przez agentów policyjnych co odbywali rewizję u Duriera, dowiedział się Toussaint, że Sarranti był prócz tego oskarżony o kradzież i zabójstwo.
Dzięki zapewne pieniądzom, jakie mieli przy sobie, mogli obaj dotrzeć do Hawru tak prędko, iż pochwycili statek odpływający do Indji.
Od tego czasu przepadli bez wieści.
Być może, dodał Toussaint, byłaby o nich wiadomość jaka przez syna Sarrantego, który wychowywał się w seminarjum św. Sulpicjusza, ale łatwem było do przewidzenia, z jaką oględnością syn ten odpowiadałby na zapytania nieznajomego, ze względu na ciężkie oskarżenie obarczające ojca jego.
Justyn próbował dalej posunąć badanie, ale Toussaint nic już więcej nie wiedział.
Młodzieniec wrócił do domu, nie uważając za właściwe udawać się do pana Sarranti syna. A wreszcie, radowało go to poniekąd, że stelmach znikł, a zniknąwszy nie pokazał się więcej.
Wrócił więc, jak powiadamy i po raz pierwszy dopuszczając się hipokryzji, objawił matce i siostrze złą nowinę.
— Twoja zła nowina, jest przeciwnie, dobrą nowiną! odpowiedziała pani Corby, bo oto anioła zsyła nam Bóg! I była dla wszystkich trojga niezmierna radość, w nadziei, że śliczna istotka u nich pozostanie.
Z uniesieniem radości więc przyjęli myśl zachowania dziewczynki.
I tak oto, biedna ta rodzina, niedawno zaledwie mająca na najpierwsze potrzeby życia, ogołacała się jeszcze dla szczęścia posiadania tego dziecka.
Według nich, powiększenie składu domowego tą małą istotką, było zbogaceniem się przy większem ubóstwie.

XIX.
Ptaszek w klatce.

Powziąwszy to postanowienie, Justyn napisał do proboszcza opiekującego się dziewczynką i zdał mu dokładną relację ze swego spotkania się z nią, oraz z dalszych zachodów, w celu odszukania rodziny.
Oznajmił mu, że odtąd wszystkich wiadomości o małej Minie należy zasięgać od niego i jego matki, u niej bowiem mieszkać będzie dzieweczka. Następnie, ponieważ proboszcz był jedynym na ziemi człowiekiem, który po śmierci pani Boivin zajmował się lub zdawał się zajmować tem dzieckiem, prosił go Justyn o dozwolenie adoptowania sieroty.
Odpowiedź przyszła niebawem: ksiądz w imieniu Boga, wielkiego i niestety, prawie zawsze, jedynego wynagrodziciela cnót ludzkich, dziękował zacnej rodzinie za postępek szlachetny. Gdyby miał jaką wiadomość o nieznanym opiekunie małej Miny, obiecał natychmiast donieść o tem Justynowi.
Po załatwieniu tego punktu i uspokojeniu sumienia, namyślano się nad tem, jaki rodzaj życia urządzić dla małej.
— Ja biorę na siebie umysłowe jej wykształcenie, rzekł Justyn.
— Ja, religijne, dodała matka.
— A ja gospodarskie, wtrąciła siostra.
Następnie oznaczono godziny zajęć i po długiej rozmowie pomiędzy bratem, siostrą i matką, dziewczynka ostatecznie i nieodwołalnie wcieloną została do rodziny.
Tak, że gdyby w tej chwili miano ją odebrać byłoby to głębokiem zmartwieniem dla wszystkich tych serc zacnych.
Podtenczas sierotka spała, nie wiedząc, że przyszłość jej życia zdecydowano, i że nieodwołalnie weszła w skład tego ubogiego, ale sympatycznego domu.
Wtem, odezwały się łkania w pokoiku, w którym spała, a trzy osoby, zebrane na małą radę familijną zadrżały.
Matka powstała z fotelu; Justyn podbiegł aż pode drzwi sypialni pokoju, ale sama tylko Celestyna weszła.
Dziewczynka była tak rozsądną, że prawie równała się z dorosłą panną, uczucie więc wstydliwości powstrzymało Justyna na progu.
Wprawdzie powodem jej łkania był tylko sen, ale sen okropny: śniło się jej, że ją żandarmi zatrzymali jako włóczęgę i płakała dopóki się nie obudziła. Na nieszczęście, otworzywszy oczy, mogła była mniemać, że sen się sprawdza: ciemne obicie pokoju ścisnęło jej serce. Gdzież ona się znajduje? pewnie w więzieniu...
Co za różnica tego pokoju od gabineciku, który zamieszkiwała u matki Boivin? Ściany jej gabineciku były wprawdzie bez obicia, ale białe jak śnieg; okno nie miało takiej firanki, jak w pokoju panny Celestyny, lecz wychodziło na piękny ogród pełen kwiatów na wiosnę, owoców w jesieni, słońca w lecie.
W cieplejszej porze, mała Mina sypiała przy otwartem oknie, a ponieważ miała zwyczaj co wieczór rozsypywać ziarno na podłodze, więc o wschodzie słońca budziły ją głosy ptasząt świergocących na drzewie, którego ciekawe gałęzie zaglądały do jej pokoiku, a ptaszki zlatywały zeń na brzeg okna i podchodziły dziobać obok jej łóżka.
O! to życie, powietrze, drzewa, słońce, te ptaki, uczyniły ją białą i różową, jak brzoskwinia!
A przytem, pokoik bielutki, jak ściany plebanji, w braku innego punktu porównania, był najpiękniejszem mieszkaniem, jakie sierota wyobrazić sobie mogła; on jej przypominał organy, kadzidło, Najświętszą Pannę i wszystkie uroczystości kościelne, tak mocno działające na młode wyobraźnie.
Mina tedy, jakkolwiek rozbudzona, przez chwilę nie mogła przyjść do siebie. Ten poważny młodzieniec, ten czuły starzec, których spotkała; droga przy świetle księżyca, którą odbyła na rękach dwóch nieznajomych ludzi, wszystko to snem jej się wydało. Chciała wyskoczyć z łóżka i przekonać się o prawdzie, ale nie śmiała i powstrzymując łkania, usiadła na łóżku, by zebrać myśli.
W tej to postawie, którą rzeźbiarz wybrałby na statuetkę Wątpliwości, zastała ją dobra Cesia.
— Co ci jest, drogie dziecię? zapytała Cesia, tuląc dziewczynkę do siebie. Płaczesz!
Dziewczynka poznała wczorajszą twarz bladą i chorobliwą; oddała nowej swej przyjaciółce pocałunek i zaczęła opowiadać swój sen.
Poczem, zabrała znów głos Celestyna i po kilku minutach dziewczynka wiedziała już o zachodach Justyna; dowiedziała się, że stelmach znikł i że list proboszcza był bezużyteczny.
— I cóż tedy? zapytała dziecina głosem żałosnym, spozierając na Celestynę wzrokiem tak bolesnym, że tej z kolei łzy stanęły w oczach, i cóż tedy?...
Dziecię nie śmiało dokończyć.
Moje dziecko kochane, zostaniesz u nas i dla nas! rzekła Celestyna, będziesz córeczką naszej matki, siostrzyczką Justyna i moją a chociaż nie jesteśmy bogaci, uczynimy wszystko, ażeby ci było dobrze.
— O, siostro Celestyno! rzekła sierotka całując ją w usta, o bracie Justynie! dodała wyciągając drobne rączki do młodzieńca, który głowę wychylił przeze drzwi.
Justyn nie mógł się powstrzymać, wpadł do pokoju i, ucałował ręce dziewczynki.
W jedną chwilę Mina dowiedziała się, jakie prowadzić będzie życie.
Niestety! nie było to życie swobodne do jakiego przyzwyczaiła ją wieś; nóżki jej będą musiały odwyknąć od rannych wycieczek po rosie i trawce; nie będzie już miała przed oczyma tej pięknej rzeki, płynącej wolno i poważnie, ale czuła to dobra dziecina, że natomiast będzie mieć poczciwe kochające serca; będzie miała przywiązanie, to słońce duszy.
Dawno minęła godzina lekcji: Justyn udał się na dół, do chłopców.
Siostra sama została z dziewczynką. Chciała ją ubrać, ale mała Mina zeskoczyła z łóżka lekka jak ptaszek i ubrała się w mgnieniu oka, chcąc dowieść swej siostrze, że nie jest już takiem dzieckiem, jak się wydaje i że starać się będzie jak najmniej przysparzać kłopotu tym co ją przyjęli. Ubrawszy się, przeszła do pokoju matki, by zmówić modlitwę i usiąść do śniadania. Przy modlitwie wszystko szło dobrze, dziewczynka umiała cały pacierz, akty wiary, nadziei, miłości.
Ale przy śniadaniu, biedna Mina, smutnego doznała zawodu. Kiedy, u matki Boivin, Minie się jeść chciało, letnią porą zerwała trochę owoców, przełamała bułkę i jadła chleb z morelami, z wiśniami lub innemi owocami; w zimie szła do obory i do kurnika, w oborze miała ciepłe mleko, które dała jej Marjanna dojąca krowy; w kurniku znalazła kilka ciepłych jeszcze jajek, które wybierała z pod kurek. Mina więc nie pojmowała, żeby na śniadanie można jeść co innego, jak owoce, mleko i jajka.
W Paryżu, ani mowy o tem być nie mogło.
Cała rodzina miewała na śniadanie ten obrzydliwy płyn, który nazywamy kawą ze śmietanką; dlaczego? Tego nie wiemy, bo w ten szkaradny odwar, który podajemy rozbiorowi uczonych, wchodzi daleko więcej wody, niż mleka, daleko mniej kawy, niż cykorji.
Cała tedy rodzina miała smutny zwyczaj picia na śniadanie tej mieszaniny; to też mała Mina zaledwie łyżeczkę włożywszy do ust, poczuła niesmak i wyrzuciła płyn na podłogę.
Myśleli, że się sparzyła.
A to napój wydał się jej strasznym, nie do przełknięcia.
Daremnie wmawiano w nią, zapewniano, że to jest mleko, nie chciała wierzyć.
Nie miała w charakterze uporu i samowoli, tylko biedna dziecina zwykle dostająca mleko wprost od krowy, wiedziała z dobrego źródła, jaki jest smak tego mleka.
— Skoro tak, rzekła nareszcie dziewczynka z wielkiem poszanowaniem dla potrójnego zdania starszych, to widać inne jest mleko w Paryżu, a inne w Bouile.
Było to prawdą tak niezaprzeczalną, że nikt nie śmiał jej zbijać.
Musimy jednak powiedzieć, że nazajutrz Mina, widząc, że dla niej przygotowują jakieś inne śniadanie, przemogła wstręt, jaki obudzał w niej nieznajomy napój podawany wczoraj i przełknęła go z całym heroizmem.
Śniadanie nie było jedyną rzeczą, która zadziwiła ją w tym smutnym domu; wszystko ją dziwiło; szare obicie w pokoiku siostry; brunatne firanki w pokoju matki, poważne oblicze młodego bakałarza, jego głos, czarna odzież, stare pożółkłe księgi; wszystko zdawało się jej ciemnem, nawet wiolonczela, która wycisnęła jej łzy, kiedy pierwszy raz, w wieczór, będąc już w łóżku, usłyszała jej tony w półśnie.
Wreszcie, dzięki wybornej kompleksji, nie zasmucała, się bez miary tem wszystkiem, nie bez pewnej racji wyobrażając sobie, że być może wszyscy w mieście prowadzą takie surowe życie, nie tak jak na wsi. Zaczęła więc rozumować i postanowiła w duchu poddać się półklasztornemu życiu, jakie panowało w tym domu.
Ale, biedna wychowanka pól i łąk, uwięziona w czterech wilgotnych murach, obiecywała sobie więcej, niż mogła dotrzymać.
Ani wiek jej, ani temperament nie był po temu, aby się mogła zastosować do smutnej reguły. Oczy jej były zbyt żywe, krew zbyt gorąca i młoda, głos zbyt świeży i jasny, by mogła tak zaraz wręcz powiedzieć głosowi, niby porannego skowronka, by zacichł; krwi swej młodocianej, by się uspokoiła, oczom, tym miłym gwiazdom serca, by zagasły i błyszczały tylko w połowie.
Wymykał się jej swobodny śmiech drgający jak piosenka; daremnie usiłowała stłumić te skarby dziecięcej wesołości, jakie nosiła w sobie.
Raz, pieląc zielska wyrastające w dziedzińcu wilgotnym i ciemnym, śpiewała półgłosem jakąś wiejską zwrotkę, gdy Celestyna ukazała się w oknie. Wtedy nóż, którym biedna Mina wyrywała zielsko z ziemi, wypadł jej z rąk, zbladła i drżeć zaczęła.
Zapomnieć się do tego stopnia, wydawało się jej potworną profanacją, jakby głośno rozmawiać w kościele.
Drugi raz, gdy sama będąc w pokoju bakałarza, który jak wiemy był zarazem klasą, układała jego stare księgi, przemawiające nieznanym jej językiem i dla których miała wielkie poszanowanie, spostrzegła w kącie wiolonczelę, której Justyn nie miał czasu schować.
Oddawna wyglądała ona sposobności zostania sam na sam z tym instrumentem. Znalazła ją nareszcie i uczuła się pod wpływem dwóch przeciwnych uczuć. Z jednej strony wrażenie, jakiego doznała pierwszy raz słysząc jej melancholijne tony, wzbudziło w niej ku temu instrumentowi pewien rodzaj urazy. Z drugiej, żywo nagabana ciekawością podobną do tej, jaką czują dzieci do zobaczenia „zwierzątka“ zamkniętego w zegarku, miała gwałtowną chętkę dowiedzenia się, co się dzieje w tej wiolonczeli przy pociągnięciu smyczkiem po strunach.
Trudno byłoby jej zdać sprawę, co w niej przemagało; ciekawość, czy uraza.
My, pięć razy starsi od niej wiekiem, nie wahamy się wierzyć, że ciekawość i tem mniej powątpiewamy o tem, że nas zapewnia rezultat.
Ujęła więc koniuszkiem palców smyczek leżący na krześle i zbliżając się do wiolonczeli ukradkiem, zaczęła rżnąć po srebrnej strunie, która odpowiadała jej brzmiącem chrapaniem, gdy wtem bakałarz, zapomniawszy jakiegoś papieru, wrócił, otworzył drzwi i nagle ukazał się na progu.
Nigdy jeszcze, kochany czytelniku! nigdy, luba czytelniczko! od czasu pierwszej grzesznicy, którą na gorącym uczynku wykroczenia złapał anioł stróż rajski, nigdy jeszcze pod jasnemi włosami rumiane lica nie pokryły się świetniejszym karmazynem! Serce biednej dzieweczki biło, jak serduszko zranionego ptaka.
Dla uspokojenia, musiał Justyn z najsłodszym uśmiechem, wziąć ją za rękę i prawie znaglić, ażeby pociągnęła smyczkiem po strunach.
Ale wrażenie, jakiego doznała było takie, że prosta antypatja dziewczynki do biednego instrumentu, zamieniła się w głęboką nienawiść.
Przed chwilą nazwaliśmy cię lubą, o czytelniczko, która pięknemi oczyma raczysz przebiegać te kartki! A czy wiesz dlaczego zwracamy się do ciebie z najczulszemi epitetami? Oto dlatego, że ty jako kobieta, jesteś skłonną do wrażeń czułych i łagodnych, a chcemy cię prosić, ażebyś użyła całego wpływu, jaki wywierasz na naszych czytelników, którzy w niecierpliwości swej gotowi nam zarzucić, że wpadamy w sielankę.
Do tego strasznego dramatu, który przedstawić mamy, pozwól nam otworzyć wonne i kwieciste wrota młodości; niebawem dojdziemy do namiętności męzkich i do zbrodni dojrzałego wieku.
Nieprawdaż więc, luba czytelniczko, że pozwalasz nam pobujać jeszcze czas jakiś po łąkach ubarwionych słońcem i pączkami kwiecia, przy rozgwarze ptaków i szmerze strumyków.

XX.
Laska czarnoksięzka.

Te i tym podobne zdarzenia, bynajmniej nie uspasabiały źle rodziny przybranej przeciwko Minie, przeciwnie, umacniały Justyna i siostrę w dobrej opinji, jaką mieli o sercu sierotki.
Zamiast więc ganić, zachęcali owszem, ażeby szła za popędem swej natury, która trochę promienia wesołości rzucała na dom; chcieliby byli z każdego zajęcia zrobić dla niej przyjemność, ze wszystkich dni święto; wiedziały dobrze te czyste serca, że wiek dziecinny jest wieczną niedzielą.
Ale matka była ślepa, siostra często chora, wszystko troje zapracowani.
Wychowujący mogli tylko smutek swój udzielić dziewczynce, ona więc, z łaski Bożej, oddała im wesołość swą.
W końcu takiej przewagi nabrała w tym domu, że stało się z nim jak z naturą przy schyłku zimy: zrazu nagi i podupadły, zdawał się odradzać do życia, i powoli, pod niewidzialnem tchnieniem, zaczął nabierać kiełków, liści, kwiatków.
Bakałarz, mimo usiłowań starego nauczyciela, chociaż według jego wyrażenia „otarł się o świat“ niemniej jednak uległ w tej walce między sumieniem i gustami, między obowiązkiem i pragnieniem. Jak przepowiedział pan Miller, zwiądł pośrodku wiosny życia; we trzy lata zestarzał się o dziesięć.
Zupełnie inaczej było z Miną: przy zetknięciu z nią rodzina odmładzała się. Jestto w samej rzeczy właściwość swobody dziecięcej, że ożywia i odmładza wszystko, do czego się zbliży; gdziekolwiek błyśnie jej biała sukienka, trawa wyrasta, pączki rozkwitają.
Zaledwie dwa lata upłynęły od czasu, jak mała Mina zamieszkała w rodzinie bakałarza, aliści dom zupełnie się przeistoczył.
Raz przechadzała się w równinie Montrouge i na tej suchej równinie znalazła kilkanaście krzaczków macierzanki i dzikich fiołków.
Wyjęła je nożem z korzeniem, włożyła w chusteczkę, przyniosła do domu, a pani Corby z wielką przyjemnością uczuła pod ręką dwie doniczki kwiatów, przypominających jej słońce, którego widzieć nie mogła.
Innym razem ogrodnik z sąsiedztwa dał jej dwie różyczki miesięczne, włożyła je w dwie szklanki i postawiła w nieobecności Justyna nad kominkiem w jego pokoju.
Przy powrocie wieczorem zastał je bakałarz, i czuł słodkie wzruszenie patrząc na róże, przypominające mu, że jest w okół Paryża wiosna o kwiecistej sukni, z której on korzystać nie może.
Siostra Celestyna miała także swą niespodziankę: kilka razy w przytomności sierotki objawiła chęć posiadania małego kotka, choćby tylko dla rozrywki, gdy będzie plątał jej nić przy robocie; pewnego wieczora niepomału zdziwiła się uchylając kołdry, gdy z pod poduszki wylazł biały kotek, z niebieską wstążką na szyi. To także Mina wynalazła tego kotka i zrobiła mu naszyjnik ze swego paska.
Codzień był nowy wynalazek; cały wynalazczy zmysł dziecięctwa ześrodkował się w tej jasnej główce, rzekłbyś, że nakształt zefiru oddychała tylko dla wywołania dokoła siebie kwitnących róż i jaśminów.
To też patrzano tylko przez nią, rozmawiano tylko o niej: „Mina tu! Mina tam!“ Imię jej jak nuta przyjemna i dla wszystkich miła rozbrzmiewało po całym domu.
Przy sprawunku powoływano się na jej gust, przy przedsięwzięciu odnoszono się do jej postanowienia; przy spełnieniu jakiegoś zamiaru, do jej woli.
Była samowładną panią w małem państwie, rządziła trzema poddanymi swym zdrowym rozsądkiem, dobrem sercem i wesołością.
Wszystko też troje czuli i uznawali dobroczynny wpływ, jaki na nich wywierało to dziecię; śmierć jednego z trzech członków rodziny nie sprawiłaby więcej boleści pozostałym, jak odjazd dziewczynki wszystkim trojgu razem.
Nazywali ją „aniołem wesołości.“ I w samej rzeczy, była ona urokiem nieustannym.
Pewnego dnia poszła z panem Millerem i Justynem do lasku Meudon, było to, rozumie się w niedzielę; spostrzegła o kilkanaście stóp na drzewie gniazdo gilów. Chęć ją ogarnęła i zamierzyła wmówić w starego nauczyciela i w Justyna, że nic nie ma łatwiejszego, jak dostać to gniazdko, mówiąc, że ona umie włazić na drzewa, i jeżeli oni nie wejdą, to ona wejdzie.
Justyn za młodu posiadał tę sztukę i niezapomniał jej zapewne dotyla, żeby się cofnąć przed wejściem tak niewysokiem, ale jedna rzecz go odstręczała: ażeby wejść na drzewo, trzeba objąć pień rękami i kolanami, a operacja ta nie mogła się uskutecznić, bez prawdopodobnego podarcia surduta i spodni.
Justyn drapał się po uchu i patrzył na gniazdo.
Dobry nauczyciel zgadywał co zatrzymuje młodzieńca; rzucił więc na ziemię kapelusz o szerokich skrzydłach, i opierając się o drzewo, stanął za podpórkę dla Justyna.
Ten przeprosił za swą śmiałość, wlazł na jego ramiona, podniósł rękę, dosięgnął gniazda, i złożył pięć gilów w ręce dziewczynki, która wzięła je skacząc z radości.
Dzieci mają wolę tak nakazującą, taką moc rozkazodawczą, że trzeba koniecznie być jej posłusznym.
Dodajmy, że starcy są daleko wyrozumialsi dla dzieci niż młodzi; dla tego zapewne, że młodzi są bliżej, a starzy dalej do tego szczęśliwego wieku.
A wreszcie, Mina wiedziała co czyni, koniecznie napierając się tych gilów, i nie pierwsze to gniazdo, za którem się oglądała. Znalazła niewiadomo gdzie, w piwnicy czy na strychu, starą klatkę brudną i czarną, którą oczyściła, oskrobała i wygładziła; a postawiwszy chciała spożytkować.
Zabrała więc z sobą gile nie odpowiadając Justynowi, który mówił, że nie będzie wiedziała gdzie ich trzymać, i w pięć minut po powrocie do domu, przyszła do pokoju bakałarza z miną zwycięzką, z klatką lśniącą, w której rozsadowiła się rodzina gilów.
Ale wtedy przyszła jej myśl, która długo zaprzątała jej małą główkę, nim się objawiła na zewnątrz: chciała oto dla brata Justyna zrobić to, co zrobiła dla klatki gilów.
Tylko że tu nie dosyć było skrobać, i oczyszczać: trzeba było zmienić papier, firanki u okien i u łóżka.
Mała Mina poświęciła na to cały rok; miewała przez ten czas rozmaite zachcianki a ponieważ Justyn nigdy jej nic odmówić nie mógł, więc trzeba jej było raz dziesięciu su na wstążkę, której nie kupiła, to znowu dwudziestu su na kupienie koronki, która pozostała w sklepie: tak, że od dziesięciu su do dziesięciu, od dwudziestu do dwudziestu, uzbierała sobie siedmdziesiąt franków, z których piętnaście użyła na zastąpienie zmiętego, brudnego i wilgotnego papierzyska, obiciem szaro-perłowem w róże niebieskie, a pięćdziesiąt pięć na zakupienie muślinowych firanek, które zrobione przez nią i w części przez siostrę Celestynę, w końcu jej wspólniczkę, zastąpiły firanki z zielonego płótna.
Przemiana pokoju nastąpiła w jeden wieczór, dzięki uprzejmości fabrykanta obić papierowych, który miał syna w szkole naszego bakałarza. Fabrykant ten przysłał sześciu ludzi, którzy przemienili ściany, podczas gdy Justyn wygrywał do tańca elegantom i elegantkom z pod rogatki Maine.
Za powrotem Justyn myślał, że w pokoju jego założono bawialnię: chciał łajać, sprzeciwiać się, narzekać, ale Mina podała mu różową buzię, i Justyn dziecię przycisnął do piersi.
I tak oto stopniowo smutny ten dom odmłodniał się i rozweselał razem z mieszkańcami.
Doszedłszy do tego stopnia przewagi, Mina wydała wojnę starym księgom muzyki religijnej, i dokazała tyle, że Sebastjan Bach, Palestrina, Haydn, wrócili do szafy, a na miejsce tych sławnych przodków, którzy radowali młodość bakałarza, Justyn wrócił raz z fragmentami partytury opery komicznej, które znalazł, przepatrując składy muzyczne.
Kto był najbardziej zdumiony, kto o mało w głowę nie zaszedł, to pan Miller, który wchodząc pewnego wieczora do Justyna, zastał go próbującego wyjątków z „Don Grulistana,“ tej zabawki w trzech aktach.
Ale dziewczynka oświadczyła, zapewne skutkiem urazy do wiolonczeli, że najweselsze nuty wydają się jej żałosnemi na tym instrumencie.
I osądźcie do jakiego stopnia biedny bakałarz miał zawróconą głowę i jak gotów był stosować się do kaprysów tego dziecka: ona tak dokuczała Justynowi z powodu wiolonczeli, a wiecie przecie jak biedny chłopiec kochał swój instrument, smutnego towarzysza smutnego swego życia, i tu despotyczna władza małej Miny była nad nim tak wielką, że w końcu odstąpił wiolonczeli!
Ach! była to smutna chwila, w której biedny Justyn zamknął wiolonczelę w drewnianem więzieniu, na które skazaną była na wieczność.
Powiecie, że pozostały mu trzy wieczory tygodniowo, w których grywał na kontrabasie pod rogatką, ale muzyka ta, zdaniem pobożnego bakałarza, w najwyższym stopniu światowa, daleką była od wynagrodzenia mu tego, co tracił z Haydnem, Palestryną i Sebastjanem Bachem.
A wreszcie, Mina, nic nie mówiąc, wykazywała mu dosadnie prawo, jakie miała do wymagania odeń tej ofiary.
Czem dla niego była muzyka? Pociechą w nudach.
A po cóż on miał się rozrywać, kiedy się już nie nudził? Po co się miał pocieszać, kiedy nie był smutny? Czyż ona nie była żyjącą piosenką?
Nareszcie, jeżeli słusznie powiedzieć można, że jedna bieda nie dokuczy, niemniej i to prawdą jest, że i dobre samo jedno rzadko przychodzi.
Tak oto, pewnego jesiennego wieczora, po powrocie z klasy, Justyn poprostu otworzył szeroko podwoje fortunie, która do nich zapukała.
Na ten raz kapryśna bogini przybrała na się spokojną postać notarjusza z ulicy Harpe.
Notarjusz ten nazywał się pan Jardy. Miał on dwóch synów, którzy gorąco pragnęli przebyć dwie klasy w jednym roku; inaczej mówiąc, przeskoczyć na rok następny przez klasę trzecią, wprost z czwartej do drugiej.
Ponieważ Justyn zajęty był przez cały dzień, a młodzieńcy podobnież, przeto ani myśleć nie było można o lekcjach.
Najlepiej wypadało młodzieńcom brać lekcje wieczorem, trzy razy na tydzień po dwie godziny.
W tych warunkach rzecz dziwnie przydała się Justynowi.
Trzy razy na tydzień grał do tańca pod rogatką, a nie mogąc już grywać na wiolonczeli u siebie, z powodu zakazu małej despotki, przywiązał się do tego zatrudnienia, które pozwalało mu chociaż wziąć w rękę kontrabas.
Kontrabas nie jest wiolonczelą; muzyka szynkowniana nie jest muzyką Bethovena; ale wiadomo, że my nie po to jesteśmy na świecie, ażeby widzieć wonny rozkwit kwiatu wszystkich naszych życzeń.
Justyn oddał notarjuszowi trzy wolne godziny.
Notarjusz nie przywiązywał wagi do dni parzystych lub nieparzystych; notarjusz z ulicy Harpe nie ma lozy ani w wielkiej Operze, ani we Włoskiej. Więc trzy wieczory Justyna zgadzały się z wieczorami pana Jardy.
Czcigodny prawnik ofiarował pięćdziesiąt franków na miesiąc, a w końcu roku osobno po pięćdziesiąt franków zobowiązał się dopłacić, jeżeli synowie jego przejdą do klasy drugiej.
Justyn zgodził się; zobowiązał się niejako, za sto franków na miesiąc, dokazać cudu.
Umówiono się, że od jutra młodzi panowie Jardy zaczną przychodzić na lekcje.
Czystość pokoiku Justyna nadewszystko zachwycała notarjusza. Po dwakroć powtórzył:
— Jaki śliczny pokoik masz, panie Justynie Corby!... Chciałbym urządzić podobny dla mojej żony.
A któż to urządził ten pokoik tak miłe, że zachwycał nawet notarjusza? Mina, anioł wesołości.
To też po odejściu notarjusza, Justyn nie zważając, że dziewczynka już była prawie piętnastoletnia, objął ją w ramiona, i ucałował całą siłą ust, mówiąc:
— Ty jesteś moim aniołem opiekuńczym, dobra dziecino! odkąd weszłaś, szczęście usłało sobie gniazdo w tym domu.
I słusznie mówił, była to istotnie czarodziejka, dziewczynka ze swą czarnoksięzką laską!
Ze swą czarnoksięzką laską?... zapyta kto; a to żeś nam jeszcze o tein nie mówił.
Owszem, mili czytelnicy! owszem, lube czytelniczki! o tem wam tylko mówiłem. Tą laską czarnoksięzką jest miłość.

XXI.
Sen nocy letniej.

Była to noc tak orzeźwiająca, jak upał dnia piekący.
Ptaki, które prawdopodobnie znużone upałem dziennym, nie wychylały się ze swych zielonych pałaców, teraz zaczynały odzywać się głosami swych heroldów: słowika, czeczotki, gila; piosnką sławiły piękną noc letnią, chłodnym orzeźwioną wietrzykiem.
Kwiaty doliny, poruszone świeżym wietrzykiem zachodnim, kołysząc się na łodygach, zdawały się tańczyć na cześć Bogu, który stworzył księżyc i gwiazdy, te łagodne i blade słońca ciemności.
Siedząc, a raczej leżąc wśród zboża, młodzieniec jakiś z głową w tył zarzuconą i opartą na skrzyżowanych rękach, z oczyma wzniesionemi w niebo, zdawał się rozkoszować niewymowną pogodą nocy letniej. Na czole tego młodzieńca wyryte były płomiennemi głoskami, czyste zachwyty niedawnej szczęśliwości; czytać można było na jego obliczu widoczne jeszcze ślady wczorajszych radości, które już zacierały się, ustępując miejsca tryumfalnie wkraczającym radościom dzisiejszym.
Młodzieńcem tym był nasz bakałarz.
Albo raczej poprawmy się i nie dawajmy mu już tej nazwy, która prowadzi za sobą cały szereg zranionych złudzeń. Nie był to już bakałarz; nie był to już wiolonczelista budzący duszę swego poważnego instrumentu i zmuszający go do wyjęczenia boleści, nie był to już ten młody, postarzały przed czasem, którego widzieliśmy stroskanym wśród smutnej rodziny; był to ptak polny, któremu szczęście w przelocie otworzyło drzwiczki od klatki i który w wonnem powietrzu wieczora, zażywał owoców wolności. Był to, jednem słowem ten, którego, jeszcze w przedostatnim rozdziale nazywaliśmy „nieszczęśliwym Justynem“.
Pokłońcie mu się kochani czytelnicy i lube czytelniczki, bo uczynił szybkie postępy na wielkim gościńcu szczęścia. Jak opóźniony wędrowiec, odzyskał on stracony czas i pozostawił za sobą długie lata osamotnienia. Droga jest tak krótką od niewoli do szczęścia, że w pięć miesięcy mógł zapomnieć trosk całego życia.
Czy nagie zrobił majątek? czy jaki nieznajomy krewny przybył z dalekich wysp umyślnie, by go nazwać swym synowcem i mianować spadkobiercą? czy raczej trud, ten prawdziwy wujaszek z Ameryki, dający zawsze więcej, niż sobie obiecywać można, stworzył mu tę błogość?
Czyż on w tym dniu, a był to czwartek, dzień tańca w gospodzie, nie powinien był, z włosami opuszczonemi jak gałęzie wierzby, ze śpiewnym instrumentem w ramionach, stać w orkiestrze gospodniej, gdzie z taką pokorą, jak widzieliśmy, upraszał o miejsce kontrabasisty?
Cóż on tedy tam robił, leżąc w zbożu jak pasterz Wirgilego, Tityrus lub Dametas, gdy obowiązek wzywał go gdzieindziej?
Nie, obowiązek już go nie wzywał do orkiestry: dwaj jego uczniowie przebyli tryumfalnym skokiem przepaść klasy trzeciej; miał lekcyj dosyć; oszczędności tyle, że mógłby dom kupić i coś już trzy czy cztery miesiące jak zaprzestał uczestniczyć w tej niezgodnej symfonii, do której zapędziła go nędza.
Był tam gdzie powinien być, nigdzie nie byłoby mu lepiej: miejsce które zajmował na tem polu, było tem samem, które przed pięciu laty zajmowała dziewczynka, co w tak magiczny sposób przemieniła ubogie mieszkanie na przedmieściu św. Jakóba, i odmłodziła naszego bohatera; była to rocznica nocy spotkania się jej z Justynem, to też dziękował Bogu w tej chwili, za nieoceniony skarb jaki mu zesłał.
Było to w miesiącu czerwcu roku 1826, dziewczynka została wysoką i smagłą dziewicą.
Rozpoczęła piętnasty rok życia. Była to piękna blondyna; rzekłbyś, że złożoną jest ze wszystkich kwiatów tych łąk i pól, śród których przepędzała noc przed pięciu laty; był to wieniec kwiecia, różany i świeży.
Ze swej strony Justyn stał się prawie pięknym, mówiliśmy już, że mu do tego niewiele brakowało: przejść tą samą drogą co szczęście.
A można było wypięknieć, choćby tylko przy zetknięciu z tą czarującą istotą.
Kiedy szli na przechadzkę w niedzielę w dolinę Montrouge, była to para godna widzenia: oboje jasnowłosy; ona rumiana, on biały; ona, jak lian owinęła ramię swe koło ramienia młodzieńca, jak gdyby sobie zeń podporę uczynić chciała, tak, iż była to harmonia rozkoszna, duet czarujący. Patrzyli na nich przechodzący, dobrzy ludzie rozumie się, z tą naiwną przyjemnością, jakiej doświadczamy na widok ludzi sławnych lub szczęśliwych; ci co ich brali za brata i siostrę, podziwiali; ci co brali ich za narzeczonych, zazdrościli.
Oboje mieli powierzchowność tak wdzięczną, tak radosną, tak młodą! Justyn od czasu, jak został szczęśliwym, wyglądał zaledwie na lat dwadzieścia pięć; młodość, z której tak mało korzystał, której tak źle używał, wróciła mu się taką, jaką ją pozostawił, to jest prawie dziecięcą.
Wszyscy chłopcy biegli do Miny, wszystkie dziewczęta do Justyna, wszyscy ubodzy wyciągali bez różnicy ręce do nich obojga.
Opowiedzieliśmy szczegół po szczególe, jak Mina z dziecka została dziewicą; jak Justyn z nieszczęśliwego stał się szczęśliwym; idźcież za niemi w ich nowem życiu.
Mina odbyła całą edukację dziecka: muzyki, rysunku, historji, literatury starożytnej i nowożytnej, wszystkiego ją nauczono i ona wszystko dobrze przyjęła.
Jest to dziewica pełna dystynkcji, której uczucie moralne wzrosło na tym bujnym gruncie zowiącym się rodziną; gusta jej są proste jak jej sukienki; sukienka świąteczna jest symbolem jej duszy: niepokalanie biała, dotąd niedostępna pragnieniom wszelkim, jak kielich kwiatu czeka z otworzeniem się na słońce dziewicze, które zwie się miłością. Jest to dusza czysta w dziewiczem ciele.
W sercu Justyna, jako w bujnej ziemi nigdy nie zasiewanej, tylko co ukazała się młoda i silna miłość, a już konary swe wyciągała ku niebu.
Jakim sposobem Justyn spostrzegł, że jest zakochany? Oto przez cierpienie, tem dotkliwsze, że odwykł od cierpienia.
Było to w sam dzień Bożego Ciała. W owej epoce, gdy ludzie pozwalali jeszcze Bogu mieć swoje święto, ulice Paryża, a szczególniej leżące na wielkich przedmieściach, zasłane były kwiatami i wyglądały jak kobierce rozciągnięte pod nogami kapłana, obnoszącego Przenajświętszy Sakrament. Prócz tego, mury obite były suknem lub dywanami, powietrze pełne wonności, listki różane latały w powietrzu rzucane pełnemi rękoma, dzwony rozmaitych parafji dźwięczały w całym rozpędzie.
Było to coś uroczystego, widzieć pod promienistem niebem młode dziewice w białych zasłonach, idące za procesją.
Mina należała do orszaku; Justyn oparty o sztachety przy Val-de-Grace, czekał na jej przejście.
Orszak nadszedł.
Justyn natychmiast poznał dziewicę, która jako najwyższa i stanowiąca najpiękniejszy kwiatek w girlandzie, głową przewyższała towarzyszki. Nie miał innego zamiaru, innego życzenia, tylko widzieć ją przechodzącą; jednakże, jak gdyby go coś fatalnie ciągnęło w tę stronę, podniósł oczy i spostrzegł w oknie młodzieńca, którego płomienne oczy szukały czegoś.
Na którą tak patrzył?
Zdawało się Justynowi, że po to tylko stanął w tem oknie, aby widzieć Minę i że w nią się tylko wpatrywał.
Rumieniec... mylimy się, płomień wybił się na twarzy Justyna i od tej chwili biedny bakałarz jasno czytał w swem sercu. Wąż ukąsił go w serce, a raczej w serce jego serca, jak powiada Hamlet. Zazdrościł!
Justyn ukrył twarz w rękach, jak gdyby dziewica przechodząc koło niego i widząc rumieniec na jego twarzy, mogła domyśleć się przyczyny. Za powrotem do domu, zamknął się w swym pokoju i pozostał sam, badając się całemi godzinami.
Gdyby po tych kilku godzinach, miłość, jaką czuł dla dziewicy nie była mu się objawiła zupełnie, gdyby jeszcze wahał się z nadaniem nazwy uczuciu swego serca, to wstrząśnienie, jakiego doznał na ostatku, przekonało go, że kocha Minę.
Wieczorem, około godziny dziesiątej ukończywszy zajęcia dzienne, Mina, jak zazwyczaj, zeszła na dół, ażeby powiedzieć dobranoc Justynowi, i podać mu czoło do pocałunku braterskiego.
Skoro Mina weszła do pokoju, po ciele młodzieńca dreszcz przeszedł i płomień po obliczu, podobny, jaki błysnął na czole dziewicy, kiedy Justyn zastał ją ze smyczkiem w ręku. Pocałował ją w czoło i zbladł, jak Mina wtedy, gdy śpiewała piosenkę w ciemnym dziedzińcu, a spostrzeżona przez Celestynę, sądziła, że popełniła profanację taką, jakby głośno rozmawiała w kościele.
Pocałunek wydał mu się bezbożnym, niedozwolonym, pożądliwym; cofnął się z przerażeniem wywracając krzesło i mało nie upadł na ziemię, kiedy dziewica patrząc z niepokojem odezwała się:
— Oh! jakiś ty blady Justynie! Co ci jest? czyś nie chory?
O tak! biedny Justyn był bardzo chory! Ugodzony został w serce miłością śmiertelną. Od dnia Bożego Ciała, od chwili, gdy na procesji poczuł zazdrość, śmiałe wejrzenie skierowane na Minę, dziwnym wydawał się dla wszystkich; miewał jakieś nieprzewidziane wybuchy radości bez wyraźnej przyczyny, to znów nagle zapadał w ponure i uporczywe milczenie.
On, którego nikt nigdy nie słyszał śpiewającym, raz wchodząc do pokoju matki, wyciągnął całą gammę. Innego dnia spotkano go na ulicy podskakującego, niby student na wakacjach. To znów zamykał się całemi wieczorami w swym pokoju, najmniejszy szmer nie wyjawiał jego obecności; a kiedy kto niedyskretnie zajrzał przez dziurkę od klucza, widział go albo siedzącego nieruchomie jak skamieniały, albo chodzącego i giestykulującego jakby zwarjował.
Symptomaty te i inne jeszcze bardziej niepokojące, zauważyła siostra Celestyna i nawet matka Corby, jakkolwiek ślepa. Obie kobiety postanowiły udać się z tem do starego nauczyciela, który był Kalchasem tych dwóch prostych dusz, będąc jednocześnie mentorem Justyna.
Pan Miller, który oddawna odkrył już tajemnicę młodzieńca, przedsięwziął pomówić z nim. Zamknęli się więc obaj raz wieczór i jak lekarz, który nie potrzebuje nawet próbować pulsu chorego, by ocenić doniosłość jego choroby, dobry Miller przystąpił wprost do rzeczy i o mało nie wywrócił na ziemię swego ucznia, kiedy zaledwie drzwi zamknąwszy, wystrzelił doń temi słowy:

— Ależ, mój chłopcze, szalenie jesteś zakochany w Minie!

XXII.
Na gorącym uczynku miłości.

Justyn zdrętwiał.
A więc tajemnica, którą głęboko w sercu swem zamknął, którą zdawało mu się, że ukrył nawet przed swym starym mistrzem, nie była tajemnicą! A jeżeli on, który nawet nie mieszkał z niemi razem, znał stan jego serca, toć i matka i siostra, a kto wie, może i sama Mina, wiedziały o tem. Pewność ta tak go zmieszała, iż biedny Justyn z miną występnego, z czołem spuszczonem, jąkając się, odpowiedział panu Millerowi:
— Tak, to prawda.
Dobry nauczyciel popatrzył nań i wzruszył ramionami.
— No, no, odezwał się, podnieś głowę!
Justyn podniósł głowę, posłuszny i czerwieniący się jak dzieciak.
— Patrz na mnie, mówił dalej pan Miller.
Justyn spojrzał na niego, jąkając:
— Ależ, kochany mistrzu...
— Ależ, kochany uczniu, przerwał tenże, dlaczegóż nie miałbyś być w niej zakochanym?
— Bo to...
— Któżby miał się w niej zakochać, jeśli nie ty? Przecież, zdaje mi się, nie ja! No, no, przestań marudzić... Cóż ciebie martwi w tej miłości, dlaczego robisz z tego tajemnicę? Czyż nie jesteś w wieku kochania, mógłżebyś na całym świecie znaleść przedmiot godniejszy twej miłości? Kochaj więc, mój chłopcze! a kochaj tak jak pracowałeś: kochaj uczciwie, namiętnie, szalenie jeśli możesz! Powiadają, że to tak miło!
— Więc pan nie kochałeś nigdy.
— Nie miałem czasu... Jest mnóstwo rzeczy o których nie wiesz, a które miłość wytłómaczy ci, jak zapewniają. Z miłością i pracą, wszystko wyjaśnia się koło nas i w nas. Kto pracuje, ten silny, kto kocha, staje się dobrym.
Ale Justyn, mimo ojcowskich słów starego przyjaciela, potrząsał głową i nie odpowiadał.
— I cóż, rzekł nauczyciel z czułością, biorąc go za ręce, co ci przeszkadza mówić? co cię wstrzymuje? komu, jeżeli nie mnie, zwierzyć masz pierwsze radości serca? nie dosyć, żeśmy cierpieli i płakali razem, gdzie znajdziesz serce sympatyczniejsze od mojego, ucho uważniejsze niż moje? Może niedosyć jasno widzisz w sercu swojem; w takim razie rozwikłajmy tę rzecz we dwóch, stańmy się młodszymi o lat dziesięć... Czy przypominasz sobie przechadzki w parku Wersalskim? Szliśmy nocą zapatrzeni w niebo, a uważaj, że człowiek zawsze patrzy w niebo, ilekroć czego pragnie, albo czego się obawia; szliśmy zapatrzeni w niebo, trzymając się za ręce. Raz zapytałeś mnie: „Gdybym się zbłąkał w tym lesie, jakim sposobem mógłbym odnaleźć drogę?“ a ja ci odpowiedziałem: „Bądź spokojny, ze mną nigdy nie zbłądzisz!“ Owóż, tak samo jest dziś... Podaj mi rękę i idźmy razem; czyż serce nie jest podobnem do tego nieprzejrzanego lasu, po którym chodziliśmy w ciemności?... Zbłąkałeś się, podaj mi rękę, a we dwóch odnajdziemy drogę.
Justyn rzucił się na szyję starego mistrza i ucałował go z oczyma łez pełnemi.
— Płacz, mój synu, płacz! rzekł poczciwy nauczyciel, czy to z radości, czy z żalu, zawsze dobrze jest się wypłakać; łzy ochładzają serce, jak dżdże letnie ochładzają skwarne dni lipcowe, ale wypłakawszy się, rozpogódź czoło i pomówmy o twych nadziejach.
— O! mój mistrzu, mój mistrzu ukochany!
— I cóż?
— A gdyby ona mnie nie kochała?
— Czyś zwarjował? zapytał starzec, dlaczegóżby nie miała cię kochać? W jej to wieku serce śpiewa swą pierwszą piosenkę; czemużby nie miało jej zaśpiewać dla ciebie, dobry mój i zacny synu.
— Więc sądzisz, panie Miller, zapytał młodzieniec, iż ona mnie kocha?
— Jestem tego pewien, tak szczerze jak tego, że ty jesteś uczciwym człowiekiem, a tyle prostodusznym, że powątpiewasz.
— Nigdy jej o to nie pytałem.
— Miałeś słuszność! Czyż to się kto pyta o takie rzeczy? Czyż my, co jesteśmy tylko wzajem przyjaciółmi, potrzebowaliśmy powiadać sobie, że się kochamy? Czy to nie pokazuje się samo z siebie?
— Tak, masz słuszność, przyjacielu mój, ona mnie kocha!
— Spodziewam się, z krzywdą jej byłoby powątpiewać o tem.
— O mój dobry, czcigodny mistrzu, gdybyś wiedział, jak pewność twoja uszczęśliwia mnie, gdybyś wiedział, jak czuję się całkiem innym, niż przed chwilą, wypogodzonym, przeistoczonym! Staję się przez to, że tak powiem, milszym samemu sobie. Mam o własnej osobie, tobie to wyznam jedynie, opinję różną od tej, jaką miałem dotąd: kocham sam siebie poniekąd, czując, że jestem kochanym.
Długo tak rozmawiali, młodzieniec i starzec; młodzieniec pałający, starzec rozgrzewający się przy ogniu miłości.
Czasami jednakże błyski radości, jakie rzucał wzrok młodzieńca, zachodziły chmurami.
— Niestety! rzekł, wkrótce będę miał trzydzieści lat, ona nie ma szesnastu; mógłbym niemal być jej ojcem. Czy nie obawiasz się, mój przyjacielu, że przywiązanie dziecinne, braterską czułość, bierzemy za miłość prawdziwą?
— Nasamprzód, odpowiedział starzec, nie masz jeszcze lat trzydziestu, jeśli mnie pamięć nie myli, a choćbyś miał i więcej, nie wyglądasz, jak na dwadzieścia pięć; włosy płowe odmładzają cię o lat dziesięć. Niech cię więc nie przeraża twój wiek; ciesz się miłością swą bez obawy. Zasłużyłeś na to, synu mój.
Starzec ucałował Justyna, jak gdyby on był jego rzeczywistym synem.
Ponieważ Mina miała dopiero piętnaście lat skończonych, postanowili zachować tajemnicę przed matką, przed siostrą i przed nią.
Matka i siostra nie zachowałyby tajemnicy, a wstrętnem było dwom przyjaciołom rozbudzać w jasnej duszy dziewczęcia, uczucia jakie paliły serce Justyna. Przyrzekli tylko mówić z sobą o tem jak najczęściej.
Z jakąż ostrożnością dwaj przyjaciele zamykali drzwi, z obawy, ażeby tajemnica, niby zapach kwiatów nie wzleciała do pokojów, zajętych przez kobiety.
Wieczorami, kiedy stary mistrz przychodził, wszystko szło dobrze. O dziesiątej godzinie żegnali się z kobietami, schodzili na dół i nieraz pan Miller zasiedział się do północy, godziny niezwykłej, słuchając po raz setny miłosnych zwierzeń młodego człowieka.
Ale jak nie było tego drogiego mistrza i powiernika, z kim wtedy Justyn mógł rozmawiać o niej? na kogo zlać skarby wewnętrznej radości? Oh! gdyby śmiał porozmawiać o tem ze swą wiolonczelą! Czasami wyjmował tę przyjaciółkę, od tak dawna oniemiałą, nie tylko z szafy, ale i ze skrzynki; przyciskał ją do serca, gniótł między kolanami, puszczał palce wzdłuż po gryfie i milcząco do strunach smyczek przesuwał. Wtedy uśmiechał się; bo uchem wyobraźni słyszał wszystko, co byłaby mu powiedziała wiolonczela, gdyby jej wolno było mówić.
Innym razem nie starczył mu ten niemy djalog, wtedy, wtedy w piękną noc letnią wychodził pocichu z domu, szedł za rogatkę, a chciwy samotności, szedł doliną recytując głośno najpiękniejsze ustępy poetów greckich i łacińskich, opiewających miłość.
W jednę z takich to nocy, w rocznicę spotkania z Miną, poszedł położyć się w zbożu, w bławatkach i makach, między któremi zastaliśmy go na początku poprzedniego rozdziału.
Tego wieczora była to uroczystość, wieczór świąteczny, on przyszedł tam po to, jak widzieliśmy, ażeby złożyć dzięki Panu za zesłanie mu anioła. To też przesiedziawszy godzinę lub dwie w zbożu, ponieważ wpół do dziesiątej biło dopiero na kościele św. Jakóba, przyszło mu na myśl, że ma jeszcze czas wrócić do domu i powiedzieć dobranoc Minie. Zaraz też co tchu puścił się do domu.
Przede drzwiami od ulicy zastał chłopaka, może dwunastoletniego, który nań czekał, jednego z ulicznych chłopców paryzkich. Chłopak zatrzymał go.
— Panie, rzekł, zgubiłeś pan chustkę.
— Jaką chustkę?
— A tę oto, wypadła panu z kieszeni, jak wychodziłeś przed dwiema godzinami.
— I ty ją znalazłeś?
— Tak.
— Czemu nie oddałeś zaraz?
— Nie byłem pewien czy to pańska; przechodziło jednocześnie wielu innych panów. Wołałem: Hej, kto zgubił chustkę?! Powiedziano mi: „Oto ten pan co idzie tam, precz!“ A pan byłeś już o ćwierć mili. Masz tobie, rzekłem, wolę poczekać na niego, jak biedź za nim. A czy ten pan powróci? Jużci, że powróci. A gdzie mieszka? Mieszka tu. A co on za jeden? Kochanek tej panienki. A panienka ta gdzie mieszka? Mieszka u niego. To dobrze, pomyślałem, skoro on jest zakochany w panience, a panienka mieszka u niego, to niebawem wróci. I tak oto czekałem na pana i dobrze zrobiłem... I cóż, nie bierze pan chustki?
— Biorę, biorę, mój chłopczyku, rzekł Justyn, masz oto za fatygę.
I dał dziesięć su chłopcu.
— Ho, ho! biała sztuka, zawołał chłopak, zmienię ją; stara zabrałaby mi ją całą, a tak to z dziesięciu su dam jej pięć a pięć wezmę dla siebie.
Postąpił kilka kroków, kiedy tymczasem Justyn zamyślony kładł klucz do zamku; ale niebawem chłopiec wrobił.
— Proszę pana, rzekł pociągając go za surdut.
— A co?
— Jeżeli pan chce wiedzieć, czy ona pana kocha...
— Kto?
— Pańska kochanka.
— Więc co?
— To niech pan przyjdzie do starej na ulicę Triperet,. Nr. 11. A choćbyś pan zapomniał numeru, to znają ja na całej ulicy; zapytaj pan tylko o Brocantę, każdy pokaże jej mieszkanie. Położy panu wielką kabałę za dwadzieścia su.
Ale Justyn nie słuchał i zamknął drzwi przed nosem chłopca, który poszedł do sklepu zmienić pieniądz na dziesięć su, a raczej na dziewięć i pół, gdyż zapewne jako ażio, kupił sobie za pół su świętojańskiego chleba. Potem cwałem puścił się drogą ku ulicy Triperet.
Justyn zaś, zamiast iść do kobiet i zakończyć wieczór w kółku rodzinnem, powrócił do siebie, zamknął się, rzucił na fotel i siedział w nim nieruchomy, zdjęty smutnemi przeczuciami. Miłość jego już doń nie należała, tajemnicę jego znali wszyscy. On, dla przedmieścia św. Jakóba, był kochankiem panienki.

XXIII.
Moskity.

Jest w Indjach, a szczególniej w Korrahu, owad nieczysty, rodzaj muchy, zwany moskit, którego ukąszenie bardzo jest niebezpieczne; nie poprzestaje on na wysysaniu krwi, jak komar, lub na ukłuciu żądłem, jak osa, ale w nacięciu, jakie uskuteczni na ciele ofiary, składa jajeczko, które we trzy dni rozchodzi się, wydaje robaka, a ten w dalszym ciągu wytwarza mnóstwo innych, które toczą cię żywcem. Najczęściej człowiek umiera z tego we dwanaście lub trzynaście dni. Ażeby zapobiedz temu wypadkowi, potrzeba natychmiast po ukłuciu rozciąć rankę lancetem i położyć na niej szczyptę zżutego liścia tytoniowego.
W Europie, we Francji, w Paryżu i innych miastach, miasteczkach i wsiach, istnieją pod inną wprawdzie formą, ale niebezpieczniejsze jeszcze owady w rodzaju moskitów; temi owadami są sąsiedzi. Niebezpieczniejsze, powiadamy, bo wiemy jaki balsam potrzeba przyłożyć na ranę, zadaną przez robaka, gdy tymczasem rany zadane przez sąsiadów, są śmiertelne.
Sąsiad jest bez miłosierdzia, bez serca, bez wnętrzności; wchodzi do ciebie drzwiami, jeżeli zostawisz je otwarte, przez okno, jeżeli okno zostawiasz otwarte, a przez dziurkę od klucza, jeżeli zamkniesz okno. Kradnie ci twe tajemnice z taką samą bezczelnością, z jaką najczelniejszy złodziej nocny kradnie pieniądze.
Jest jednakże między sąsiadami i złodziejami różnica całkiem przemawiająca na korzyść złodziei: złodziej naraża życie swoje, sąsiad naraża tylko życie drugich.
Człowiek zamknięty na klucz w pokoju, przy zamkniętych okiennicach, czuje około siebie oko i ucho sąsiada.. Nie żeby ci źle życzył, bynajmniej, wtedy podlegałby kodeksowi karnemu; często nawet jeżeli ci czyni co złego, to mimowolnie, lecz chce on poprostu wiedzieć co się dzieje u ciebie, winieneś mu zdać rachunek z tego co się mówi, co się robi w twojem ognisku domowem; ty jesteś jego naturalnym dłużnikiem, on jest wierzycielem twojego szczęścia.
Po za tem, wszyscy ci ludzie są, jeżeli chcesz, poczciwymi: słuchają praw ogłoszonych w biuletynie; ściśle przestrzegają przepisów policyjnych; płacą podatki akuratnie; zamiatają progi swych sklepów w zimie, skrapiają wodą przed magazynami w lecie, znoszą konewki w czasie pożaru, w niedzielę chodzą do kościoła, w poniedziałek do teatru; prowadzą się, słowem, jak wszyscy ludzie, zapominając w każdym razie, że o ile dyskrecja jest wysoką cnotą, o tyle ciekawość jest występkiem ohydnym.
Wyraz ten, który wymówił ulicznik: „kochanek panienki“ nie był pierwszym, jaki obił się o uszy Justyna, Nieraz idąc przedmieściem pod rękę z Miną, uważał spojrzenia ironiczne przechodniów, a na ich ustach uśmiechy dwuznaczne.
Życie takie nie było podobnem do zniesienia.
Justyn myślał wprawdzie o przeprowadzeniu się, ale opuściwszy jedną okolicę, można było trafić na gorszą i dać pozór złośliwości ludzkiej. A przytem, w gruncie, byłoż to łatwem opuścić dom, w którym żyli tak szczęśliwie? czyż to nie byłoby zarazem odrzuceniem gdzieś cząstki siebie samego? czyż całe życie tych czterech istot nie było niezatartemi głoskami zapisane na ścianach tych dwóch pięter?
Nie, było to więcej niż trudne; było niepodobne! Porzucili więc myśl wyniesienia się z domu, ale ponieważ trzeba było coś postanowić dla zamknięcia ust plotkarzom, zamierzono poradzić się starego nauczyciela.
Do niego zresztą, udawano się zawsze we wszystkich, trudniejszych razach.
Pan Miller przyszedł w godzinie zwyczajnej; pozostawiono panienkę na górze; matka, na ten raz, zeszła do pokoju syna i tak we czworo złożyli radę familijną. Zdanie starego nauczyciela było bardzo proste.
— Dajcie jutro na zapowiedzie i odbądźcie ślub za dwa tygodnie.
Justyn krzyknął radośnie. Zdanie Millera odpowiadało życzeniu jego serca. Rzeczywiście, małżeństwo w jednej chwili położyłoby koniec wszelkim podejrzeniom.
Nie było co się namyślać, ani szukać innego sposobu; ten był prawdziwym, dobrym, jedynym. I byłoby na tem stanęło, gdyby matka nie wyciągnęła ręki.
— Zaraz, rzekła, jeden mam tylko do zrobienia zarzut, ale jest ważny.
— Jaki? zapytał Justyn bledniejąc.
— Nie ma zarzutu, rzekł stary nauczyciel.
— Jest, panie Millerze, odpowiedziała pani Corby.
— Jaki? Zobaczymy.
— Powiedz! matko! przemówił Justyn głosem drżącym.
— Nie znamy rodziców Miny.
— Tem łatwiej może ona sobą rozporządzać, skoro zależy tylko od samej siebie, odparł stary nauczyciel.
— Przytem, nieśmiało ozwała się Celestyna, rodzice Miny wyrzekli się jej od chwili, gdy przestali płacić pensję, do jakiej zobowiązali się pani Boivin.
Uwaga ta, uczyniona półgłosem przez usta lękliwe, zdała się wszakże Justynowi wyborną.
— Ależ tak! wykrzyknął. Cesia ma słuszność.
— Oczywiście, że ma słuszność, potwierdził pan Miller.
— Może i ma słuszność w samej rzeczy, rzekła pani Corby, ja też myślę przełożyć wam drogę pośrednią, która zdaje mi się, zadowoli wszystkich.
— Powiedz, matko, zawołał Justyn, wiemy wszyscy, że jesteś mądrością, która zstąpiła na ziemię.
— Prawo pozwala iść zamąż w piętnaście lat i miesięcy pięć; jeżeli pobierzecie się zaraz, będzie to wyglądało, jak gdybyście czekali tylko na kres oznaczony prawem i korzystali z jego mocy z pospiechem, którego pobudka mogłaby być, w danym razie, źle wytłomaczona.
— To prawda, Justynie, szepnął nauczyciel.
Justyn westchnął. Nie miał, w samej rzeczy, nic do odpowiedzenia.
— Za pięć miesięcy, piątego lutego w roku przyszłym, Mina mieć będzie szesnaście lat, jest to prawie już wiek rozumu dla kobiety. Ważną rzeczą jest, mój synu, ażeby wiedziano, iż Mina sama się oddała; żeniąc się z nią dziś, mógłbyś być posądzonym, żeś ją wziął gwałtem.
— A więc? odezwał się Justyn cały drżący z radości.
— A więc, ponieważ proboszcz z Bouille, przedstawia w tej chwili opiekuna Miny, postarasz się z góry o pozwolenie tego zacnego kapłana i dnia szóstego lutego w roku przyszłym, Mina będzie twą żoną.
— O, moja matko! moja dobra matko! zawołał Justyn klękając u nóg jej, przyciskając ją do serca i okrywając twarz pocałunkami.
— A tymczasem? zapytała Celestyna.
— Tak, rzekł nauczyciel, tymczasem gadaniny, plotki i oszczerstwa pójdą swoim trybem!
— To też należałoby pomyśleć, ażeby Minę umieścić gdzieś na te siedm miesięcy.
— Gdzie, moja matko! gdzie mamy umieścić to biedne dziecko?
— Na jakiejkolwiek pensji, gdziebądź, byle tu nie pozostawała.
— Ja nie znam nikogo, komubym mógł powierzyć Minę, zawołał Justyn.
— Czekajcie państwo, czekajcie, zdaje mi się, że mam to czego nam potrzeba, rzekł nauczyciel.
— Doprawdy, panie Millerze! rzekła pani Corby, wyciągając rękę raczej do głosu, niż do osoby starego nauczyciela.
— Co pan masz na widoku i co nam przedstawisz? zapytał Justyn niecierpliwie.
— Co wam przedstawię, kochany Justynie? Jedną rzecz, jaką przedstawić można w trudnej pozycji, w jakiej się znajdujemy. Mam ja w Wersalu, dawną, od lat trzydziestu przyjaciółkę, jedyną kobietę, którą może byłbym kochał, dodał nauczyciel z westchnieniem, gdyby mi na to starczyło czasu. Ona właśnie utrzymuje pensję panien. Mina pozostanie u niej przez te siedm miesięcy, a raz na tydzień... no, raz na tydzień pojedziesz odwiedzić ją w rozmawialni. Jakże ci się podoba mój chłopcze?
— Musi mi się podobać, odrzekł Justyn.
— A co na to mówisz, droga pani Corby, zapytał nauczyciel.
— Ja mówię, że trzeba, abyś pan jutro zaraz pojechał z Justynem do Wersalu, kochany panie Millerze.
I na tem się rozeszli, naznaczając sobie nazajutrz schadzkę na ulicy Rivoli, na stacji, gdzie wówczas brano do Wersalu tak zwane gondole.
Po kwadransie rozmowy z przełożoną zakładu, młodzieniec przekonał się, że pan Miller bynajmniej nie przesadził znakomitych zalet swej dawnej przyjaciółki. Dowiedziawszy się jak pana Millera obchodzi jej przyszła wychowanka, zacna matrona ofiarowała się przyjąć ją za sam koszt wyżywienia, i zgodzono się, że przywiozą ją w astępną niedzielę.
Dwaj przyjaciele wyszli z zakładu zachwyceni przełożoną, i udali się pieszo przez lasy Wersalskie, tak pełne dla nich niewymownych wspomnień.
Powiedzieliśmy, że cały ten spisek familijny przed Miną trzymano w najściślejszej tajemnicy, biedna dziewczyna niczego się niedomyślała. Słyszała wprawdzie jakieś szepty; widziała niezwykłe spojrzenia, których znaczenia wcale nie rozumiała; czuła nieokreślenie, że jakaś tajemnica wisi nad nią; czuła ją w powietrzu, ale na ślad trafić nie mogła.
Nowina ta przeto, uderzyła w nią jak grom, nie myślała nigdy, aby życie jej mogło się zmienić, tak dalece stało się jej słodkiem.
Jak mur dziedzińca był całym jej widnokręgiem, tak samo życie w rodzinie Justyna było jej całą przyszłością;, dobrowolnie zamykała oczy na swą dolę, o niczem nie myśląc, gdy opadały liście, tylko o tem, że zbliża się zima, nie widząc nic innego, gdy liście wracały, tylko powrót wiosny.
Raz matka zapytała:
— Co będzie z tobą po mojej śmierci, moje dziecko?
— Pójdę za tobą matko, odpowiedziała z uśmiechem Mina, potrzeba, aby ci ktoś posłużył tak w niebie jak i na ziemi.
— W niebie, odpowiedziała matka, będę miała około siebie wszystkie anioły raju.
— To prawda, odrzekła Mina, ale one tak jak ja, nie przeżyły z tobą pięciu lat.
I jak zdawało się jej niepodobnem opuścić kiedybądź biedną ślepą, tak niepodobnem jej się zdawało opuścić kiedybądź dom.
Z głębokim więc smutkiem usłyszała wiadomość o nagłym odjeździe.
Zrazu, objaśniono ją bardzo niedokładnie; była tak naiwną, że nie zdołałaby zrozumieć, co złego powiedzieć można o jej przechadzkach z Justynem; była tak czystą, że nie pojmowała, jakie wnioski wyprowadzić można z jej wspólnego mieszkania z młodym mężczyzną. Daremnie dawano jej do zrozumienia, że jest to obyczaj mający siłę prawa, że młoda szesnastoletnia panna, nie powinna mieszkać w jednym domu z młodym mężczyzną.
Pomimo zdania matki i siostry, pomimo opinji samego nawet starego nauczyciela, nie chciała temu uwierzyć, i zgodzić się na tę dziwną zasadę, aby ktoś mógł brać za złe, że ona mieszka z Justynem, skoro nikt nie bierze za złe mieszkania jego z Celestyną.
Ze ściśnionem więc sercem i z oczyma pełnemi łez, opuszczała smutny dom, który był jej rajem.

Koniec tomu pierwszego.


I.
Pensja.

W pierwszy czwartek miesiąca lipca 1826 roku, Justyn wraz ze swym sędziwym mistrzem, zawieźli Minę do Wersalu.
Przez całą drogę dziewczyna siedziała z zaciśniętemi zębami; była blada i ponura, zaledwie podnosiła oczy niekiedy.
Przez chwilę Justyn, widząc ją tak smutną, myślał już bez względu na wszystkie plotki okoliczne, zawrócić do domu. Objawił tę myśl panu Millerowi.
Lecz, czy to sędziwy nauczyciel zrozumiał wzgląd egoistyczny, który mimowolnie dyktował słowa Justynowi, czy też mniej interesowany w tej kwestji i swobodniej działać mogący, dość, że pan Miller niedał się ująć i uczynił nawet wymówkę Justynowi za tę słabość.
Przybyli do zakładu.
Niewinny, którego prowadzą na rusztowanie, nie ma twarzy tak zaniepokojonej, przybywając na miejsce egzekucji i spostrzegając narzędzia męki, jak biedna Mina, na widok wielkich murów, otaczających zakład i prowadzącej doń żelaznej kraty.
Spojrzała na dwóch towarzyszów podróży oczami łez pełnemi.
O, mój Boże, jakież to smutne spojrzenie! Musieliby mieć istotnie serce kamienne, jak mury tego zakładu, by nie zmięknąć na to spojrzenie błagalne.
Patrzyła tak na nich długo, przenosząc wzrok z jednego na drugiego, sama już nie wiedząc do kogo udać się w ostatecznej chwili, czy do tego, którego uważała za swego ojca, czy do tego, którego bratem nazywała.
Justyn odwrócił oczy, by uniknąć wzroku jej bolesnego.
Miller wziął go za rękę, ścisnął mocno; co znaczyło: „Bądź mężnym, chłopcze! i mnie na płacz się zbiera, a widzisz, że się powstrzymuję. Jeżeli się rozczulimy wobec niej, przepadliśmy! Starajmy się być mężnymi, będziemy płakać za powrotem“.
Zaprowadzono Minę do przełożonej, która przyjęła ją otwartemi rękami i całowała więcej jak córkę, niż jak pensjonarkę. Niestety! macierzyńskie to pocałowanie zamiast rozpogodzić, zasmuciło Minę.
Czy takim tedy był świat? więc obca kobieta miała prawo uściskać ją jak matka?
Przypomniała wtedy pierwsze zbudzenie się w pokoju Celestyny; obicie w pokoju przełożonej było prawie takie same. Wszystkie wspomnienia pierwszych chwil u przybranej rodziny, przyszły jej na pamięć, uczuła się więcej samą, i więcej opuszczoną, niż kiedykolwiek.
Justyn pocałował ją w czoło; sędziwy nauczyciel w oba policzki, a w pięć minut potem usłyszała biedna Mina zamykające się za sobą drzwi zakładu, z takiem samem ściśnieniem serca, jak więzień słyszy zasuwające się rygle.
Przełożona posadziła ją obok siebie, wzięła za ręce i starała się pocieszyć, odgadując raczej, niż wyczytując w jej rysach, ślady głębokiego zmartwienia. Ale zamiast ułagodzić, te pociechy bardziej ją jeszcze drażniły.
Prosiła, aby ją zaprowadzono do przeznaczonego dla niej pokoju, ułożono się bowiem z przełożoną, że będzie miała pokój osobny, dla uniknienia przykrości sypialni wspólnej. Uczyniono więc zadość jej życzeniu.
Pokój jej był to prawdziwy buduar pensjonarki; dla mniszki za zbyt wykwintny, dla panny światowej za skromny.
Obicie perłowe w niebieskie kwiaty przypominało, obicie pokoju Justyna; zegar na kominku między dwoma wazonikami alabastrowemi, przedstawiał Pawła przeprowadzającego przez potok Wirginię; sztych przedstawiający męczeństwo św. Julii, patronki przełożonej, zdobił ścianę; sześć lekkich krzeseł bambusowych, wyplatanych, łóżko z perskiemi firankami spadającemi z baldachimu, fortepian między oknem i kominkiem, jeszcze jeden lub dwa sprzęty skromne, dopełniały urządzenia pokoju, z którego panna więcej nawet nawykła do ładu i zbytku niż Mina, mogłaby być zadowoloną.
I ją samą wreszcie uderzyła pogoda, jaką oddychał ten pokój; samotność, znośniejszą zawsze bywa wśród kwiatów i woni.
Przez otwarte okno widok rozciągał się na ogromne ogrody, pełne drzew i kwiatów. Naraz Mina usłyszała okrzyki radości, prawie tuż pod sobą. Zbliżyła się do okna.
Była to godzina rekreacji, ze trzydzieści dziewcząt wybiegło na dziedziniec, by korzystać z tej godziny, z tego promienia słońca między podwójną nocą zajęć klasowych.
Dziedziniec był wysypany piaskiem, wysadzony lipami i sykomorami. Poprzez liście drzew, jakby przez ruchomą zasłonę, widziała bieganie, skakanie, tańce i wesołe pląsy. Większe panny przechadzały się po dwie w najoddaleńszych zakątkach. O czem też mówiły te serca i usta czternastoletnie?
O! jakże ona pragnęła towarzyszki, by jej wyjawić tajemnicę serca, której słuchać nie chciał brat jej Justyn! Jednakże głośne śmiechy, wesołe okrzyki dziewcząt, podziałały na nią zupełnie inaczej, niż politowania starej przyjaciółki pana Millera.
Przebiegła wszystkie wspomnienia swych pierwszych lat; zobaczyła myślą mały domek w Bouille, matkę Boivin, krówkę białą, która dawała takie dobre mleko, jakiego nigdy odtąd nie piła; zobaczyła dobrego proboszcza, który miał lat sześćdziesiąt cztery, kiedy się z nim rozstała, a teraz musiał mieć już siedmdziesiąt.
Pomyślała, stojąc w tem oknie, że nie jedna z tych młodych, a bogatych dziewic, które widziała przechadzające się i rozmawiające po ustroniach, byłaby bardzo szczęśliwą, gdyby tak jak ona teraz, miała osobny pokój w tym arystokratycznym zakładzie; pomyślała nareszcie o tych zacnych ludziach, którzy ją w dom przyjęli, ubożuchną, zabłąkaną, sierotę bez przytułku, którzy doprowadzili ją do takiego wykształcenia, wynieśli na taki stopień; pomyślała o świętobliwej matce Corby, o dobrej siostrze Celestynie, o uczciwym profesorze, a nadewszystko o Justynie!... o Justynie, którego widziała łzy, czuła drżącą rękę w swojej i który szepnął jej głosem czułym, kładąc usta na jej czole: „Bądź dobrej myśli, moja najdroższa Mino! pół roku niebawem przeleci“.
Wtedy... wtedy, uznała, że żale jej są samolubne, smutek niewdzięcznym; popatrzyła na około siebie, spostrzegła atrament, pióro i papier, wzięła to wszystko, usiadła przy stoliku i napisała do rodziny na przedmieściu św. Jakóba prześliczny list, z podziękowaniem i błogosławieństwem.
Czas było napisać; biedny Justyn wyczerpał już siły, i bardzo potrzeba było tego przypomnienia, by go wydobyć ze smutku, o jaki go odjazd Miny przyprawił.
Przebóg! jakiż smutny był powrót do domu naszych dwóch przyjaciół! Wracali pieszo, sądząc, że znajdą dystrakcję wśród uśmiechniętej natury, że przynajmniej znajdą samotność. Nie wymówili ani słowa; rzekłbyś, że to dwaj zbiegowie uciekający przed pogonią.
Pan Miller, co był silniejszym w obec Miny, okazał się słabym wobec Justyna. W pół drogi z Wersalu do Paryża uczeń musiał pocieszać mistrza.
Za powrotem do domu nastąpiła scena rozpaczy; wieczorem wszyscy płakali. Gdyby Mina była wyjechała na zawsze, gdyby była w niebezpieczeństwie utraty życia, gdyby umarła, nie żałowanoby jej, nie opłakiwano więcej, niż opłakiwano żyjącą o półtrzeciej mili za Paryżem.
Pan Miller starał się pocieszać kobiety, lecz czuł, że słów mu brakuje, i skończył na połączeniu łez swoich ze łzami rodziny, Mina bowiem należała już do rodziny.
Oskarżano Millera, że nie dobrze zrobił, w taki sposób oddalając dziewczynę, że zanadto się pośpieszył, że nic nie nagliło jeszcze, można było przecież umieścić ją w którym z zakładów paryskich i codziennie odwiedzać; uczyniono go odpowiedzialnym za skutki tego wypadku. Każde z nich myślało, że ulży swemu zmartwieniu, składając winę na pana Millera.
Poczciwy człowiek wysłuchał wszystkich spóźnionych uwag, przyjął wyrzuty z siłą charakteru i oddalił się, jak kozioł ofiarny, obarczony nieprawościami całego pokolenia.
Po odejściu pana Millera, kiedy zostali sami, jednostajna melancholia pierwszych lat odrazu ich opanowała.
W samej rzeczy, po wyjeździe dziecka, ściany domu przybrały dawną ciemną barwę; śpiewny ptaszek odleciał i klatka posmutniała. Wszystko w mieszkaniu mówiło o Minie: „Ona tu była, a nie ma jej!“
Matka, która miała ją dzień i noc pod ręką, która niepotrzebowała nawet wołać, dziecię przybiegało samo; matka, która od sześciu lat, dla ulżenia chorej córce, małej Minie powierzyła kierunek domu, polegając więcej jeszcze, niż na własnej córce; matka, ze ściśnionem sercem myślała o tem, że wątłej trzciny, na której ona opierała swą starość, zabraknie jej teraz.
Siostra, ta istota wątła, co wieczorem nie mogła usnąć nie usłyszawszy głosu rozkosznego dziecka, za przybyciem którego ukochała coś przecie na świecie oprócz matki i brata i poczuła przyjemność życia; która zapominała o dobrach, jakich jej Bóg odmówił pomna na radości, jakie sprawiał innym, ona także, prawie zawsze siedząc nieruchomo, nawykła była widzieć kręcącą się naokoło siebie, biegającą, chodzącą, uwijającą się miłą istotkę.
Biedny Justyn, który znowu niczem więcej nie był tylko bakałarzem, najwięcej cierpiał skutkiem tego smutnego odjazdu.
Wróciwszy do pokoju, który Robertowi i Salvatore w i wydał się takim schludnym i dziewiczym, Justyn widział w nim tylko stare mury nagie i kominek pusty. Rzucił się w ubraniu na łóżko i płakał rzewnemi łzami. Jakąż straszną noc przebył, jakiż smutny był dzień następny!
Szczęściem nadszedł list pocieszający: był to akt dziękczynny w trzech stronnicach, zachwycający śpiew duszy czułej. Przepraszała za swój wyjazd, tak jakby ona, którą gwałtem wyciągnęli do Wersalu, była jedyną przyczyną oddalenia. Dziękowała za wszystko dobre, jakie otrzymała, jak gdyby wszelkie dobro, które mieli nie od niej pochodziło.
Były to, słowem, myśli anioła, pisane ręką dziecka. Wszystko to pocieszyło nieco biednego Justyna. Przytem nadzieja mówiła do niego: „Bądź dobrej myśli! pół roku niebawem przeminie“.
A jednakże kto wie, jakie w pół roku wypadki spaść mogą z otwartej ręki Przeznaczenia.

II.
Gdzie mowa jest o Dzikich z przedmieścia świętego Jakóba.

Każdy powoli wrócił do zwyczajnego trybu życia, Justyn, matka i siostra, otoczyli się we troje tym samym łańcuchem, który ich wiązał niegdyś jedno do drugiego i poczęli dźwigać ciężką kulę swego życia. Tylko było to życie smutniejsze, jeśli można, niż poprzednie, gdyż jednostajność obecna zwiększała się jeszcze sumą radości straconych.
Koniec tedy lata upłynął bardzo wolno, na rachowaniu dni, które rozdzielały ich jeszcze od powrotu dziewczęcia. Powrót ten, jak powiedzieliśmy, naznaczony był na dzień 5-go lutego 1827 roku.
Ślub miał się odbyć nazajutrz.
Napisano do proboszcza w Bouille, prosząc zarazem o pozwolenie i o błogosławieństwo. Pozwolenie przysłał i powiedział, że zrobi co tylko będzie mógł, ażeby sam przywiózł błogosławieństwo.
Dnia tedy szóstego lutego, Justyn miał być najszczęśliwszym z ludzi.
Jednego dnia kiedy wracał z Wersalu, gdzie odwiedzał Minę wraz z panem Millerem, zastał ją tak ładną, tak wesołą, tak kochającą, że od tej chwili pod pewnym względem wróciła wesołość w rodzinie.
Nadchodził styczeń. Jeszcze tylko pięć tygodni oczekiwania, jeszcze trzydzieści siedm dni cierpliwości, a Justyn miał dojść do szczytu szczęśliwości ludzkiej.
Przytem jedna rzecz jeszcze miała sprawić rozrywkę poczciwej rodzinie. Były to przygotowania do ślubu.
Justyn i matka byli tego zdania, ażeby uprzedzić Minę o zmianie, jaka miała zajść w jej życiu, ale Celestyna i sędziwy nauczyciel odpowiedzieli: „Niepotrzeba!“
Nadto, wyznać trzeba, każde z nich obiecywało sobie wielką radość, ze zdziwienia kochanego dziecka, kiedy w dniu 6-go lutego, zrana, wydobędą z szafy białą sukienkę, bukiet róż białych i wieniec z kwiatu pomarańczowego.
Od początku stycznia myślano już więc nad tem, jak umieścić nowożeńców.
Było w tym samym domu i w tej samej sieni małe mieszkanko, podobne do tego, jakie zajmowała matka z siostrą, złożone z dwóch pokoi, jakby umyślnie dobranych dla dwojga młodych ludzi. Mieszkanie to zajmowała uboga rodzina, bardzo rada, że się będzie mogła wynieść, gdyż Justyn zobowiązał się zapłacić za czas, za który była dłużną właścicielowi.
Opróżniono to mieszkanie 9-go stycznia, a Justyn namyślał się nad jego urządzeniem; był tylko już miesiąc czasu.
Wszystko troje zgodzili się, że trzeba kupić sprzęt nowy, skromny, ale świeży i gustowny.
Obchodzono więc wszystkich stolarzy i tapicerów, skupowano, sprowadzano do domu po kilka sztuk, ku wielkiemu zdziwieniu sąsiedztwa i zaopatrzono mieszkanie w sprzęt orzechowy, w ten mahoń ubogiego paryżanina.
Pan Miller chciał się także czemś przyczynić do zajęć i sprawunków rodzinnych.
Pewnego rana, było to coś 28-go, czy 29-go stycznia, z najwyższem zdumieniem sąsiadów, którzy codzień upatrywali jakiś nowy sprzęt nie mogąc sobie wytłómaczyć tego zagospodarowania, zajechał przed dom ogromny wóz pokryty grabem płótnem.
Zaledwie wóz zatrzymał się przed domem, otoczyły go kumoszki, uliczniki, wszystkie psy i kury z przedmieścia. Otoczono tedy posyłkę, wpatrywano się, dotykano, badano we wszystkich szczegółach. Słowem, radość niesłychaną sprawił fantastyczny wóz z tajemniczem okryciem.
Było to jeszcze niczem w porównaniu z okrzykami radości, jakie wzniosły się ze wszech stron, ze wszystkich sklepów, drzwi, okien, dachów, kiedy po zdjęciu osłony, zobaczono, zbytek nie do uwierzenia! obraz czarodziejski! zobaczono ogromny jakiś sprzęt z mahoniu!
Całe przedmieście zadrżało; okrzyki zadziwienia odbijały się o ściany domów, a bruk literalnie okrył się tłumem uważnym i zachwyconym. Nie rozumiano dokładnie, do czego miał służyć ten wielki sprzęt, wyobrażający długi kwadrat, grubości prawie na stopę. Ale ponieważ był to mahoń doskonale politurowany, poprzestawano więc na naiwnem zdziwieniu.
Zdjęto ten wielki blok z wozu, przeprowadzono go do domu i zamknięto drzwi przed nosem ciekawych.
Tłum nie mógł się tem zadowolić, a złożywszy dostateczny hołd uwielbień dla tego sprzętu, chciał się gwałtem dowiedzieć o jego przeznaczeniu. Jedni skłaniali się ku komodzie, drudzy obstawali za biurkiem. Lecz każde z tych przypuszczeń zdawało się nieprawdopodobnem.
Stronnicy nieprawdopodobieństwa, czyli jak mówią po grecku, sceptycy, opierali się na tem, że sprzęt bez szuflad, nie może być komodą, chociażby mahoniową.
Jeden ze starych chciał się już zakładać, że to jest szafa, ale byłby niezawodnie przegrał, bo nikt nie widział śladów drzwi; owóż szafa bez drzwi, jakkolwiek mahoniowa, byłaby także do niczego. Dowiedziono więc, że stary nie miał racji.
Skutkiem tego ściśnięto się przy wozie i rozpoczęto naradę. Wynikiem narady było, że należy czekać, aż tragarze wyjdą z domu.
Ukazali się nakoniec, dopieroż jeden przez drugiego chciał wypytywać; ale misja ta przypadła grubej kumoszce, która, oparłszy ręce o biodra, postąpiła dumnie na przód.
Na nieszczęście dla tłumu, jeden z tragarzy był głuchy, a drugi rodem Owerniak, ztąd wypadło, że jeden nie mógł słyszeć, a drugiego niepodobna było zrozumieć.
Zatem, pierwszy tragarz, uważając dłuższą konferencję za niepotrzebną, trzasnął z bicza, jako prawdziwie głuchy i puścił się tryumfalnie z wozem, co zmusiło tłum do rozstąpienia się na drodze.
Chcecie, to wierzcie, ale powiadam, że żaden z mieszkańców przedmieścia nigdy nie przyszedł do odkrycia tajemnicy tego sprzętu, który dziś jeszcze tematem jest długich pogadanek zimowych. Mimochodem nawet, prosić będziemy tych z naszych czytelników, którzy domyślili się, że tu chodzi o fortepian, aby nie mówili nikomu, tak, żeby wątpliwość pozostała nadal, jako kara dla sąsiadów.

III.
Przyjaciółka z pensji.

Wielki blok, dziwna sztuka, ten sprzęt mahoniowy, jednolity na pozór, który zwrócił fanatyczną uwagę próżniaków z przedmieścia św. Jakóba, był to śliczny fortepian siedmio-oktawowy, który sędziwy nauczyciel w podarunku ślubnym, przysłał swojej drogiej Minie.
Można wyobrazić sobie radość i pomięszanie poczciwej rodziny. Z ustawieniem tego sprzętu w pokoju nowożeńców, mieszkanie uzupełniło się. A było to mieszkanie skromne i śliczne, istne gniazdko ptaszków, różowe i białe.
Jeszcze sześć dni, a słońce szczęścia, jaśniejsze, niż kiedykolwiek, zaświeci znowu nad głową poczciwych ludzi.
Justyn długą i częstą korespondencją prowadził z przełożoną. Tak była zachwycona swą wychowanką, iż z boleścią patrzyła na zbliżającą się chwilę rozstania.
Zgodnie ze zdaniem rodziny i ona także była za tem, ażeby nic nie wspominać Minie o szczęściu, jakie ma ją spotkać, ażeby zbytecznie nie wstrząsać gorącem sercem dziewicy.
Kilkanaście razy przełożona wypytywała ją nieznacznie i za każdym razem przekonywała się i zawiadamiała Justyna, że miłość w zarodku będąca w jej sercu, czeka tylko na promień, ażeby wybuchnąć. W tej więc błogosławionej chwili, mieli oni same tylko przyczyny radości i uszczęśliwienia.
W dniu 5. lutego, w rocznicę urodzin, mieli udać się po Minę do Wersalu.
Kilka razy Justyn odzywał się z zapytaniem:
— Jak my ją tu sprowadzimy?
I za każdym razem stary nauczyciel odpowiadał:
— Nie turbuj się, mój chłopcze, to moja rzecz.
W przeddzień Justyn ponowił zapytanie.
— Mam pyszny powóz! odrzekł pan Miller.
Justyn ucałował swego mistrza.
Przebyli razem, rozumie się z wyjątkiem Miny, cudownie cały wieczór, jeden wyraz powtarzali po sto razy; namyślali się, czy o czem nie zapomnieli, czy zapowiedzie na czas wyszły, czy proboszcz z parafji św. Jakóba, dobrze oznaczył godzinę, czy białe, atłasowe buciki, suknia muślinowa i wieniec z kwiatu pomarańczowego będą na czas.
Ku końcowi wieczora matka sprawiła dzieciom i panu Millerowi przyjemne zdziwienie. Oświadczyła im, że jutro pojedzie z nimi razem do Wersalu. Przedstawiono jej wprawdzie przykrości drogi dla osoby pozbawionej wzroku i cierpiącej, ale obstawała przy swoim, streszczając postanowienie swe w słowach:
— Ja pierwsza ucałowałam ją przy odjeździe, pierwsza muszę ją ucałować przy powrocie.
Umówiono się tedy nazajutrz na godzinę siódmą zrana; istotnie, nazajutrz o trzy kwadranse na siódmą, ku niewypowiedzianemu zdumieniu sąsiadów, zaszedł ten pyszny powóz, w przeddzień przez pana Millera zapowiedziany.
Była to starożytna arka, na jakie siedm lub ośm osób, jakich dziś już nie używają, bo dziś na ośm osób potrzeba cztery „coupée;“ nie wiem, czy to jest postęp, ale mniejsza o to.
Z tej to arki kolorem jasno-żółtym pomalowanej, przed wytrzeszczonemi oczami mieszkańców przedmieścia, wyszedł sędziwy nauczyciel, wkroczył do domu, a w kilka minut, do najwyższego stopnia podbudzeni spektatorzy, zobaczyli wchodzących do powozu: syna, siostrę i matkę; tę matkę, której nie widzieli nigdy.
Pan Miller wszedł na ostatku, oddawszy farmaceucie, który razem z drugimi stał u drzwi ze swym uczniem i gospodynią, powszechnie nazywaną „aptekarką,“ klucz od mieszkania i poprosił go, w razie, gdyby jaki ksiądz ze wsi przyjechał i zapytał o pana Justyna lub pannę Minę, ażeby mu oddał ten klucz, z dodaniem, że cała rodzina jest w Wersalu, ale wróci wieczorem z jego pupilką.
Tym sposobem chciano uprzedzić księdza, ażeby poczekał.
Potem nauczyciel wsiadł razem z niecierpliwemi przyjaciółmi, i powóz ruszył dobrym kłusem, unosząc szczęśliwą rodzinę, by ją zawieźć do zakładu w Wersalu, gdzie Mina ani myślała o niespodziance, która miała ją spotkać.
Jeszcze powóz nie ubiegł dwudziestu kroków, gdy wszyscy sąsiedzi rzucili się ku drzwiom farmaceuty z zapytaniem, jaki to przedmiot mu wręczono i co mu polecono uczynić. Pan Ludwik Renaud chciał udawać dyskretnego i zachować milczenie, ale rzecz ta nie zdała się potrzebną pani aptekarce.
— Ta, ta, ta, odezwała się, nie ma w tem żadnej tajemnicy, a przytem tylko źli ludzie ukrywają się; jest to klucz od mieszkania, a polecenie do tego takie, żeby klucz ten oddać jednemu proboszczowi z prowincji, który przyjeżdża po swą pupilę.
— Panno Franciszko, rzekł pan Ludwik Renaud, wracając majestatycznie do siebie, ja ci zawsze mówiłem, że jesteś gadatliwą.
— Dobrze! Jestem gadatliwą, czy nie jestem, rzecz już powiedziana; byłabym się zadusiła milcząc, a nie chcę umrzeć z uderzenia krwi!
Wieść szybko się rozeszła po przedmieściu św. Jakóba, że cała rodzina udała się do Wersalu, że Mina była pupila księdza i że w ciągu tego dnia ma przybyć jej opiekun.
Ponieważ dzień ten był dniem świętej niedzieli, a tem samem nikt nie miał nic do roboty, przeto gromadki stały na ulicy przez część dnia rozmawiając i puszczając się na domysły. Kiedy dla tych lub owych nadchodziła godzina śniadania, odchodząc pozostawiali szyldwacha, który miał misję dać znać, jak tylko ksiądz ukaże się na widnokręgu.
Wybiła ósma, dziewiąta, dziesiąta, jedenasta na kościele św. Jakóba, a nikt nie spostrzegł najmniejszej sutanny i niczyje interpretacje nie postąpiły na krok ku prawdzie. Dopiero o wpół do dwunastej, kobiety wracające z sumy i idące przodem przed tłumem wiernych, jak lekka awangarda idzie przed armią, przybiegły całe zdyszane i wołały na prawo i na lewo, wchodząc w ulicę:
— Oni się żenią! oni się żenią! proboszcz od św. Jakóba czytał zapowiedzi! oni żenią się, żenią!
Wieść przebiegła całą długość przedmieścia św. Jakóba, z szybkością wstrząśnienia elektrycznego. Od tej chwili uspokojenie wkroczyło na przedmieście: dowiedziano się tedy wielkiej tajemnicy bakałarza. Tylko, jak wszędzie tak i tu znalazło się kilku bystrzejszych, którzy mówili: Domyślałem się tego!
Pod ten czas powóz pędząc przybył do Wersalu i zatrzymał się przed bramą zakładu, właśnie w chwili, kiedy jakiś powóz tejże samej barwy, wracał cwałem w kierunku przeciwnym. Rzekłbyś, że te dwa powozy to bracia siamscy.
Wreszcie czas było już stanąć u kresu: matka i siostra były zmęczone i umierały z niecierpliwości; stary nauczyciel zaczął gderać na długość drogi, on, co zawsze uważał ją za bardzo krótką, kiedy szedł lub wracał pieszo.
Serce Justyna biło coraz mocniej w miarę, jak się zbliżali. Gdyby jeszcze było z ćwierć mili, a tak, jak jego sąsiadka, panna Franciszka, mógłby dostać uderzenia krwi do głowy.
Słowem był już czas, jak powiadamy.
Weszli do zakładu.
Matka nie znała wcale przełożonej, zaprowadzono ją do niej, podziękowała jej nasamprzód za starania, jakiemi otaczała przez siedm miesięcy jej przybraną córkę.
Posłano po Minę.
Pokojowa wróciła, oświadczając, że panny Miny nie ma w pokoju.
— Zobacz u panny Zuzanny, rzekła przełożona. Potem zwracając się do gości: Ona jest zapewne, mówiła dalej, w pokoju jednej ze swych przyjaciółek, panny Zuzanny de Valgeneuse, bardzo miłej osoby, bardzo dobrze wychowanej, która jest w jednym z nią wieku, pochodzi z tych samych stron, a przynajmniej ojciec jej ma znaczne posiadłości w okolicach Rouen; bliżej się z sobą poznajomiły zaraz za wejściem Miny i rzeczywiście bardzo rada jestem temu stosunkowi. Dacie państwo wiarę, że one dwie zastępują mi jedną guwernantkę? Mina uczy muzyki, francuskiego i historji, a Zuzanna daje lekcje rysunku, rachunków i angielskiego... A! otóż i nasza panienka!
I w istocie, Mina, cała promieniejąca radością, zadyszana szczęściem, ukazała się we drzwiach, wydając okrzyk na widok rodziny zebranej. Zdawało się że nie poznaje ani starego nauczyciela, ani siostry Celestyny, ani nawet Justyna, pobiegła prosto do pani Corby i rzuciła się jej w objęcia, wołając:
— Moja matko!
Widok pani Corby nasunął jej na myśl, że coś albo się stało, albo stanie nadzwyczajnego.
Była też bardzo wzruszoną, gdy jej powiedziano, że ponieważ kończy właśnie szesnaście lat w tym dniu, przeto opuszcza zakład i już doń nie wróci.
Wieść tę oznajmił jej Justyn, całując ją w czoło według zwyczaju i przyciskając do serca.
Mina była bardzo uszczęśliwiona, był jednak jakiś odcień żalu w jej radości. Czułe jej serce, przywiązało się do trzech rzeczy: do „madame,“ to jest do przełożonej, do Zuzanny, swej przyjaciółki i do swego pokoju, którego okna wychodziły na dziedziniec rekreacyjny. Prosiła więc o pozwolenie pożegnania swego pokoju i Zuzanny, które otrzymała bez trudności.
Umówiono się, że pójdzie do swego pokoju, by go pożegnać, a za powrotem zastanie Zuzannę w salonie.
Mina wyszła, kłaniając się ręką, głową i uśmiechem.
Pokój jej leżał na dole, w przeciwległej stronie gmachu. Trzeba było tylko przejść korytarz. Weszła, potem z uczuciem żegnając każdy przedmiot, każdy sprzęt, uklękła przed krucyfiksem i modliła się tą samą modlitwą, jak niegdyś w małym domu na przedmieściu św. Jakóba, drugiego dnia po swem przybyciu.
Przez ten czas zaproszono Zuzannę do salonu.
Była to piękna, ośmnastoletnia panna, z wielkiemi czarnemi oczyma, którym nic nie było można zarzucić, tylko nieco wrodzonej ostrości, które jednak, do woli dziewicy, dziwnie umiały łagodnieć; włosy i brwi miała czarne, doskonale odpowiadające oczom, była wysoka i wysmukla;, głos miała krótki i rozkazujący; słowem, czuć ją było o milę arystokracją.
Pierwszy widok dziewicy tej nie był sympatycznym dla Justyna.
Jednakże na wieść, że na zawsze ma się rozłączyć z Miną, Zuzanna zdawała się dotkniętą takim żalem, że wyraz fizjognomji jej jakoś przyciągnął ku niej Justyna.
Zkądinąd, piękna panna tak wdzięcznie ukłoniła się pani Corby, tak serdecznie wyciągnęła rękę do siostry Celestyny, tak właściwie uśmiechnęła się do sędziwego nauczyciela, który równie jak Justyn znajomy jej był, choć sam jej nie znał, że Justyn w tej chwili zmienił dla niej swe uczucia.
Następnie, ponieważ dobre serca, które w dobrem wrażeniu zawsze idą dalej, niż w złem, zbliżył się do ucha pani Corby i rzekł pocichu:
— Matko, Mina zdaje się bardzo żałować swej przyjaciółki; nie chciałbym, ażeby w dniu jutrzejszym Mina miała choć jeden żal; gdybyśmy też zaprosili pannę Zuzannę, ażeby dzień jutrzejszy zabawiła z nami?
— Odmówiłaby, rzekła matka.
Pani Corby z taktem właściwym ślepym, poznała w głosie panny de Valgeneuse kilka strun, które brzmiąc ostro, złą dawały jej wróżbę o przyjacielskiej czułości arystokratycznej dziewicy.
— Ale, nalegał Justyn, jeżeli przyjmie zaproszenie?
— Nasz dom jest zbyt ubożuchnym dla takiej bogatej panny!
— Powróci jutro zaraz po obrzędzie, a dziś spać będzie w moim pokoju.
— A ty gdzie będziesz spał?
— O! ja sobie znajdę jaki kącik.
— A kto odwiezie tę pannę?
— Masz słuszność, matko.
Zasiągnięto rady przełożonej w tej ważnej kwestji i wynikiem konferencji było, że jutro przełożona i panna Zuzanna de Valgeneuse przybędą do Paryża około dziesiątej zrana, będą na obrzędzie ślubnym i zaraz po nim wrócą do Wersalu.
Uwiadomiono o tym zamiarze pannę Zuzannę, która przyjęła go z radością, chociaż nie powiedziano jej, w jakim celu ma pojechać do Paryża. Obawiano się, aby nie wydala tajemnicy przed przyjaciółką.
Prosiła tylko panna Zuzanna o pozwolenie zawiadomieni swego brata, pana Loredana de Valgeneuse, o jutrzejszym projekcie. Gdyby była uprzedzoną nieco wcześniej, mogłaby była ustnie go zawiadomić, bo tylko co rozstał się z nią w rozmawialni.
Ponieważ pan Loredan de Valgeneuse mieszkał w Wersalu, a raczej ponieważ tam miał maleńką przystań, Zuzanna rozmyśliła się, że dosyć czasu będzie napisać do niego po odjeździe Miny.
Wreszcie Mina wróciła w tej chwili ze swego pokoju i biegła rzucić się w jej objęcia.
Justyn z obawy, żeby w jej oku nie zobaczył łzy, oświadczył, że zamiast pożegnania może tylko przyjaciółce swej powiedzieć do widzenia, gdyż panna Zuzanna i pani Desmarets, (było to nazwisko przełożonej), zrobią im ten zaszczyt i przepędzą z nimi dzień jutrzejszy.
Tym sposobem dziewica nie potrzebowała nawet osuszać oczu; oschły same; podskoczyła z radości, uściskała Zuzannę, ucałowała panią Desmarets. Potem zwracając się do ukochanej rodziny rzekła:
— Jestem więc gotowa.
Powiedziano sobie do widzenia po raz ostatni; pani Desmarets z Zuzanną przyrzekły stawić się na czas; podróżni nasi wsiedli do powozu i skierowali się na drogę do Paryża, gdy tymczasem Zuzanna wróciła do swego pokoju i napisała do brata:
„Zaraz za tobą przybyła rodzina i zabrała Minę. Zdaje mi się, że jutro zajdzie coś nadzwyczajnego na ulicy św. Jakóba. Pani Desmarets i ja jesteśmy zaproszone do nich na cały dzień jutrzejszy; jeżeli chcesz mieć wiadomość o wypadkach, urządź się tak, ażebyś mógł zawieźć przełożoną i mnie w swoim powozie. Twoja kochająca siostra

Z. de V.“

IV.
Prośba o rękę.

Tak, jak spodziewał się Justyn, jego ukochana Mina odjechała z pensji i wracała do domu bez najmniejszego cienia żalu. Była ona wprawdzie niespokojną nieco, jak się jej arystokratycznej przyjaciółce wyda wjazd na przedmieście św. Jakóba, dziedziniec farmaceuty, ciemne wnijście do mieszkania i wszystkie te cechy, jeśli nie nędzy, to przynajmniej ubóstwa, którego ona nie spostrzegła, aż dopiero wtedy, gdy pomyślała, że ktoś inny może to widzieć.
Podróż wydała się wszystkim krótką, mianowicie Minie, która nawet nie zwracała na to uwagi, że jedzie.
Z ręką w ręku Justyna, z głową raz opartą o róg powozu, to pochyloną na ramieniu młodzieńca, snuła marzenia, jakie snują się tylko pomiędzy piętnastym a ośmnastym rokiem życia.
Przyjechali około godziny dziewiątej wieczór.
Pomimo ciekawości, mieszkańcy przedmieścia nie mogli dotrwać aż do tak późnej godziny. Około siódmej, każdy, według mniejszej lub większej wytrwałości, wrócił do domu i ostatnie drzwi zamknęły się, kiedy usłyszano niezwykły huk powozu, zatrzymujący się przy domu aptekarza.
Aptekarz, który jeszcze nie spał, zaledwie usłyszał, otworzył drzwi i poznając swych lokatorów, oddał klucz panu Millerowi, oznajmiając, że ksiądz, na którego oczekiwał, nie przybył.
— Co za ksiądz? zapytała Mina.
— Jeden z moich przyjaciół, odpowiedział pan Miller, kłamiąc może pierwszy raz w życiu, ale w dobrej intencji.
Odprawiono powóz, a płacąc woźnicy, pan Miller rzekł mu pocichu te słowa:
— Bądź tu jutro, punkt o godzinie dziesiątej.
— Będę, wielmożny panie, odpowiedział woźnica.
— Zamawiasz powóz, kochany ojcze Millerze? zapytała Mina.
— Tak, moje dziecię; chcę się jutro trochę z tobą przejechać.
— A ty, czy także pojedziesz, bracie Justynie? pytała dalej Mina.
— A jakże! zawołał Justyn.
— O, co za szczęście! rzekła Mina.
I cała w podskokach wbiegła do domu, witając każdy sprzęt w mieszkaniu na ulicy św. Jakóba, tak, jak żegnała się z każdym sprzętem w zakładzie Wersalskim.
Tego wieczora położyli się spać dopiero o północy; zadziwiająca rzecz! pani Corby była na nogach aż do tej godziny, co za pamięci Miny, a nawet Millera, nigdy się jeszcze nie zdarzyło.
O północy rozeszli się.
Justyn złożył na czole dziewczęcia ostatni pocałunek braterski; pocałunek jutrzejszy miał być małżeńskim.
Dwaj mężczyźni zeszli do pokoju Justyna i rozmawiali jeszcze z godzinę.
Następnie Miller odszedł.
Justyn po bezsennej prawie nocy, o szóstej zrana był już na nogach. Czas dłużył mu się okrutnie. Chodził po pokoju, wyglądał na ulicę, nareszcie wrócił i zaczął się ubierać, na czem zeszła mu z godzina czasu. Włożył lakierowane ciżemki, spodnie i frak czarny, kamizelkę i krawat biały. Około ósmej usłyszał szelest nad głową.
Dwie panny wstawały.
Za zbudzeniem się Miny, rozpocząć się miały niespodzianki ułożone na dzień dzisiejszy.
Kiedy młoda dziewica zaczęła się ubierać, Celestyna wyszła, ażeby z pokoju nowożeńców przynieść strój biały, prócz wieńca pomarańczowego.
Naraz, odwracając się, Mina spostrzegła rozłożone na łóżku: spódniczkę białą, suknię muślinową oszytą koronkami i pończochy jedwabne. Przy łóżku stały białe trzewiki atłasowe. Mina na wszystkie te przedmioty patrzyła ze zdziwieniem.
— Dla kogo to? zapytała.
— Dla ciebie, siostrzyczko, odpowiedziała Cesia.
— Czy ja mam dziś może udać się na kwestę? zapytała Mina z uśmiechem.
— Nie, na ślub.
Mina spojrzała na Celestynę zdumionemi oczyma.
— A któż to się żeni? zapytała.
— To tajemnica.
— Tajemnica?
— Tak.
— O! powiedz mi, Celestyno, mówiła Mina ślicznemi rączkami pieszcząc lica starej panny.
— Zapytasz się Justyna, odrzekła.
— O, Justyna! zawołało dziewczę, jakżem go też dawno nie widziała? Gdzie on jest?
— Czeka aż się ubierzesz.
— O! to się ubiorę czemprędzej. Pomóż mi, Celestyno, pomóż mi!
I Mina z pomocą Celestyny, ubrała się bardzo prędko.
— Otóż jestem ubrana, rzekła Mina. Gdzie Justyn?
— Pójdź, odpowiedziała Celestyna.
Ażeby wyjść, trzeba było przejść przez pokój pani Corby.
Ślepa posłyszała krok Miny. Wreszcie zaledwie drzwi się otworzyły, już Mina była w jej objęciach. Pani Corby całując dotknęła jej głowy, zdawała się szukać czegoś na niej. Tego czegoś nie było.
— Jeszcze się nie widziała z Justynem? zapytała matka.
— Nie, Justyn czeka na nią.
— To idź-że! odpowiedziała pani Corby, są chwile, w których oczekiwanie wydaje się tak długiem!
Celestyna otworzyła drzwi; Mina chciała schodzić na dół.
— Nie, rzekła Celestyna, tędy.
Otworzyła drzwi naprzeciwko. Były to drzwi od tego pięknego pokoju małżeńskiego, który opisaliśmy. Justyn stał na środku, trzymając w ręku to, czego brakowało do stroju Miny, czego pani Corby szukała na czole sieroty: wieniec z kwiatów pomarańczowych.
Mina zrozumiała wszystko. Wydała okrzyk radości, zbladła, wyciągnęła ręce, jakby szukając podpory. Justyn postąpił i przyjął ją w swe objęcia. Potem dotykająe ustami ust Miny, złożył na głowie wieniec pomarańczowy. W tym to niemym pocałunku zawarła się prośba Justyna o rękę Miny i jej przyzwalająca odpowiedź.
W pięć minut Mina była u nóg pani Corby, która na ten raz, dotykając głowy dziewczęcia i znajdując na niej to, czego daremnie szukała przed dziesięciu minutami, podniosła drżącą rękę i rzekła:
— W imię całego szczęścia, jakiem ci winna, bądź błogosławioną, córko moja!
W tej chwili trzy osoby zjawiły się we drzwiach. Nasamprzód pani Desmarets i panna Zuzanna de Valgeneuse; potem za niemi pokazała się głowa sędziwego nauczyciela, który wspinał się na palce, ażeby zobaczyć, jak rzeczy stoją.
Naraz dobry pan Miller uczuł się ujętym w pół i prawie zduszonym. Było to przywitanie Justyna.
— I cóż, zapytał poczciwy pedagog.
— Ona mnie kocha, zawołał Justyn.
— Jak siostra? zapytał Miller śmiejąc się.
— Jak siostra, jak narzeczona, jak kobieta, jak małżonka! Ona kocha mnie, dobry panie Millerze, o! jestem najszczęśliwszym z ludzi!
Justyn miał słuszność: w tej chwili doszedł on do kulminacyjnego punktu, który tak rzadko osiągają ludzie. Doszedł do szczytu szczęścia.
Tymczasem, mały groom ubrany w czarny surdut, w białe spodnie, w butach z wyłogami, w kapeluszu z czarnym galonem i z czarną kokardą, torując sobie drogę między aktorami tej sceny, zmierzał do panny Zuzanny de Valgeneuse, oddając jej mały zwitek papieru i ołówek.
— Od pana Loredana, rzekł, po angielsku, ma być odpowiedź.
Zuzanna rozwinęła papier, i nie zobaczyła na niem nic, tylko wielki znak zapytania. Zrozumiała. Pod znakiem zapytania napisała te kilka wierszy:
„Żenią się! Ona idzie za tego samego niezgrabiasza bakałarza! Pożegnaj się ze swą miłością!... co ci nie przeszkodzi wziąć ją później na swe usługi.

Z. de V.“

— Masz, Dick, zanieś to swemu panu, rzekła, to jest odpowiedź.
Justyn widział wszystko, ale niczego się nie domyślił; jednakże jakieś przeczucie nieznanego nieszczęścia, przeszło go jak dreszcz zimny. Poszedł do okna, by zobaczyć komu będzie oddany ten bilet.
Jakiś przystojny i wykwintny młodzieniec czekał w powozie. Był to zapewne Loredan de Valgeneuse. Usłyszawszy krok groom a odwrócił się, Justyn twarz jego zobaczył. Był to ten sam młodzieniec, który w dzień Bożego Ciała patrzył na Minę w tak dziwny sposób, że Justyn uczuł pierwsze żądło zazdrości, kłujące go w serce.
Mały groom oddał bilet panu, który przeczytawszy dał znak, ażeby usiadł na miejscu swem obok stangreta. Chłopak jeszcze nie usiadł, kiedy powóz popędził cwałem.

V.
Proboszcz z Bouillé.

Podczas, gdy te wydarzenia miały miejsce w małym domu na przedmieściu św. Jakóba, jakiś czcigodny siedmdziesięcioletni księżyna, dążył ulicą pod górę, pośród objawów ciekawości i uradowania, których daremnie szukał przyczyny.
Mieszkańcy przedmieścia, którzy na słowo aptekarki oczekiwali księdza od wczoraj, zaledwie spostrzegli sutannę i trójgraniasty kapelusz księdza Ducorneta, (było to nazwisko proboszcza z Bouillé), aliści jeden na drugiego zawołali, bliżsi słowem, dalsi giestem: „Ksiądz.“ A ponieważ nie rachowano już na niego po tak długiem oczekiwaniu, przeto widok jego, jakeśmy powiedzieli, sprawił najżywsze wrażenie.
Każdy zbliżał się, otoczono go, szedł jak ze świtą. Że zaś zdawał się spoglądać na lewo i na prawo, jakby dla zorjentowania się w ulicy, przeto jedna z kumoszek kłaniając się, rzekła:
— Dzień dobry jegomości!
— Dzień dobry, dobra niewiasto! odpowiedział czcigodny proboszcz.
A widząc, że jest przy numerze 300 ulicy św. Jakóba, zamiast być przy numerze 20 przedmieścia, szedł dalej.
— Ksiądz proboszcz zapewne na ślub? zapytała kumoszka.
— A tak, odrzekł ksiądz zatrzymując się.
— Na ślub z pod numeru 20? zapytała inna.
— Właśnie! odpowiedział ksiądz. I słysząc pół do dziesiątej bijące na wieży św. Jakóba, szedł dalej.
— Na ślub pana Justyna? zapytała trzecia kumoszka.
— Z panną Miną, której jegomość jesteś opiekunem? dodała czwarta.
Proboszcz patrzał na kumoszki z coraz większem zdumieniem.
— Dajcież raz dobrodziejowi pokój, gadatliwe kwoki! rzekł bednarz obijający wanienkę, widzicie przecie, że się spieszy.
— W istocie, spieszę się, odrzekł ksiądz. Jak też daleko to przedmieście św. Jakóba. Gdybym wiedział, byłbym wziął dorożkę.
— Ależ to już zaraz tu, księże proboszczu; kilka kroków tylko i zakręt.
— O, proszę spojrzeć; to tam, gdzie stoi ten żółty powóz.
— Niedawno, rzekł ktoś inny, stał tam drugi jeszcze powóz odkryty, z jakimś ładnym paniczem we środku, na koźle stangret wypudrowany, a do tego lokaj nie większy jak kos; ale zdaje się ten powóz nie należał do ślubu, bo odjechał.
— Ja nie widzę powozu, rzekł proboszcz zatrzymując się raz jeszcze i spoglądając przez ręce złożone.
— O! bądź jegomość spokojny, nie zbłądzisz a wreszcie my jegomości odprowadzimy aż do drzwi.
— Hej, Babolinie! ruszaj naprzód i powiedz panu Justynowi, ażeby się nie niecierpliwił, ksiądz na którego czeka, przybywa.
Chłopiec, na którego zawołano imieniem Babolina, ten sam, któregośmy już widzieli tu dwa razy, puścił się w górę przedmieścia, wyśpiewując piosenki własnego pomysłu.
Djalog, a nawet trylog szedł dalej.
— Jegomość nigdy nie byłeś u państwa Corby, księże proboszczu?
— Nie, moi dobrzy ludzie, ja nigdy jeszcze nie byłem w Paryżu.
— Proszę! A zkądże to jegomość jesteś?
— Z Bouillé.
— Z Bouillé! A gdzież to leży? odezwał się jakiś głos.
— W departamencie Niższej Sekwany, odpowiedział drugi głos basowy.
— Istotnie w departamencie Niższej Sekwany, rzekł ksiądz Ducornet. Piękna to miejscowość, powszechnie ją zwą Wersalem Roueńskim.
— O! teraz oni mieszkają bardzo porządnie, doprawdy!
— A nadewszystko dobrze są zagospodarowani... Od trzech tygodni wciąż zwożą do nich coraz to nowe sprzęty.
— A takie piękne, że sam Karol X-ty nie ma piękniejszych w Touileriach.
— Więc ten zacny pan Justyn ma się widać dobrze?
— O! wcale nie opływa jak pączek w maśle!
— Jeżeli tak, to jakżeż on może to czynić?...
— Niektórzy ludzie wydają wszystko co mają, a drudzy i to czego nie mają, odezwał się jakiś perukarz.
— Ej, ej! będziesz ty może obgadywał biednego bakałarza dlatego, że się nie fryzuje i że sam się goli?
— O! pięknie się też goli! przed trzema tygodniami brodę miał na cal zarosłą.
— To i cóż! zawołał jakiś ulicznik, przyjaciel Babolina, broda jego do niego należy, więc wolno mu z nią robić, co mu się podoba, nikt nie ma prawa mu wzbraniać. A choćby na niej i rzepę siał, co komu do tego?
— Oho! odezwał się ksiądz, widzę żółty fiakr.
— Spodziewam się, że go jegomość widzi, odrzekł ulicznik, toć on taki ogromny, jak kadłub wieloryba w Ogrodzie Botanicznym; tylko, suciej malowany.
— Proszę się spieszyć, księże proboszczu, rzekł Babolin, który dopełnił już swego posłannictwa, na jegomości już tylko czekają.
— Ha! skoro na mnie tylko czekają, ozwał się proboszcz, to idę.
I poczciwy ksiądz, uczyniwszy pewne wysilenie, w przeciągu pięciu minut znalazł się rzeczywiście obok żółtego fiakra, naprzeciwko drzwi wchodowych.
— Niech tam będzie jak chce, mówił on do siebie, ten Paryż, zawsze to większe niż Bouillé, a nawet niż Rouen.
Justyn i Mina czekali go u drzwi.
Widząc tę młodą i piękną parę, ksiądz zatrzymał się i uśmiechnął.
— A! zawołał, w istocie, dobry mój Boże, Ty ich stworzyłeś jedno dla drugiego.
Mina podbiegła i skoczyła mu na szyję, jak w czasach, gdy poczciwy ksiądz przychodził odwiedzać matkę Boivin, a kiedy ona miała lat ośm.
Ucałował ją, a potem odsunął od siebie, by się jej przypatrzeć.
W tej pięknej dziewicy, która niedługo stać się miała kobietą, byłby nigdy nie poznał dziewczynki, którą przed sześciu laty wyprawił do Paryża w białej sukience z niebieskim paskiem. Ale poznał ją po czułem uściśnieniu.
Brakowało jeszcze pięciu minut do odjazdu do kościoła.
— Prosimy na górę, księże proboszczu! odezwali się razem Justyn i Mina.
Proboszcz wszedł. Wprowadzono go do małżeńskiego pokoju, w którym znajdowali się: matka Corby, siostra Celestyna, pani Desmarets, panna Zuzanna de Valgeneuse i stary profesor.
— Oto jest nasz proboszcz z Bouillé, mamo Corby, rzekła Mina, ksiądz Ducornet.
— Tak, tak, odrzekł proboszcz cały przejęty radością, ksiądz Ducornet, który przynosi z sobą posag swej wychowanki.
— Jakto, posag wychowanki?
— Tak jest! Wyobraźcie sobie, że oto przed trzema dniami otrzymuję przesyłkę z pieczęcią pocztową niemiecką, a w niej przekaz dziesięciu tysięcy ośmiuset franków na pp. Leclerc i Louis, bankierów w Rouen.
— I cóż więcej? zapytał Justyn zmienionym głosem.
— Czekajcie! muszę iść porządkiem. Otwieram nasamprzód przekaz, więc o przekazie i mówić wam będę nasamprzód.
— Dobrze, słuchamy.
Pani Corby widocznie zbladła.
Inne osoby zdawały się względnie zajęte opowiadaniem proboszcza zaledwie zaczętem, ale nikt nie wyłączając nawet Miny, nie widział w niem tego, co już się może zaczynało ukazywać Justynowi i matce.
— Z przekazem był list, mówił dalej proboszcz.
— List? wyrzekł z cicha Justyn.
— List? powtórzyła pani Corby.
— A! a! list, odezwał się profesor, niemniej wzruszony, jak pani Corby i Justyn.
— List, który oto jest.
Proboszcz rozwinął list, który istotnie miał na sobie pieczęć obcą, i czytał:

„Kochany mój proboszczu!

„Z powodu dalekiej podróży, jaką odbyłem do Indji, przerwały się moje stosunki z Francją, i ztąd też od dziewięciu lat nie otrzymałeś żadnej odemnie wiadomości. Ale ja znam ciebie, znam zacną panią Boivin, której powierzyłem moje dziecko: Mina z tego powodu cierpieć nie będzie.
„Dziś, za powrotem do Europy, zatrzymany w Wiedniu pilnemi interesami, które jeszcze czas jakiś potrwać mogą, spieszę przesłać ci wekslem domu Arnstein i Eskeles na dom Leclerc i Louis w Rouen, sumę 10,800 franków, z którą względem ciebie zaległem.
„Odtąd otrzymywać będziesz regularnie aż do mego powrotu, którego daty nie mogę ci oznaczyć, po tysiąc dwieście franków przyobiecanych za utrzymanie mej córki.

Ojciec Miny.
Wiedeń, 24 stycznia 1817 roku.“

Na te ostatnie słowa, Mina zawołała klaszcząc w ręce:
— O! co za szczęście, Justynie! ojciec żyje jeszcze!
A Justyn spojrzawszy na matkę i widząc ją bladą jak śmierć, wydał okrzyk.
— Matko! matko!
Ślepa powstała i przyszła do syna z wyciągniętemi rękami; kierowała się jego głosem.
— Ty rozumiesz, prawda, mój synu? rzekła głosem stanowczym, ty rozumiesz?...
Justyn, nie odpowiadając, zaszlochał.
Mina patrzyła na tę osobliwą scenę, nic jej nie rozumiejąc.
— Co ci jest, mamo Corby? zapytała, co tobie jest, Justynie?
— Wszak ty rozumiesz, biedny mój synu; ty rozumiesz, że mogłeś zaślubić Minę ubogą i osieroconą...
— O mój Boże! zawołała Mina, zaczynając się domyślać...
— Ale rozumiesz także, iż nie możesz zaślubić Miny bogatej i zależnej od ojca...
— Matko! matko! zawołał Justyn, miej litość nademną!
— Byłaby to kradzież, mój synu! odezwała się ślepa podnosząc rękę do nieba, jak gdyby powołując się na świadectwo Boga; a jeśli powątpiewasz o tem, odwołuję się do wszystkich uczciwych ludzi jacy tu są, a są tu zacni tylko ludzie, spodziewam się.
Justyn zsunął się do kolan matki.
— A! zrozumiałeś mnie, mówiła dalej ślepa, skoro upadłeś przy mnie na kolana! Potem, rozciągając nad nim ręce, i podnosząc głowę, jak gdyby widzieć mogła niebo: — Synu mój, rzekła, błogosławię cię na boleść, tak jak cię błogosławiłam na radość; i będę, spodziewam się, twoją ukochaną matką w niedoli, jak byłabym w szczęściu.
— O! moja matko! zawołał Justyn, z tobą, z twoją pomocą, z twojem męztwem, uczynię to wszystko; ale bez ciebie, o! bez ciebie, zdaje mi się, że stałbym się człowiekiem nieuczciwym!
— Dobrze, mój synu... Podaj mi rękę, Celestyno.
Celestyna zbliżyła się.
— Odprowadź mnie do krzesła, moje dziecko, rzekła z cicha, czuję, że mi sił brakuje.
— Co to znaczy, mój Boże! co to znaczy? zapytała Mina.
— To znaczy... to znaczy, Mino, rzekł Justyn wybuchając łzami, że dopóki ojciec twój nie udzieli zezwolenia, a zapewne nie udzieli go nigdy!... dopóty nie możemy być sobie niczem innem, tylko bratem i siostrą.
Mina wydała okrzyk.
— O! odezwała się, jakiem prawem ojciec mój, który opuścił mnie od lat szesnastu, odbiera mnie dziś? Niech zatrzyma swe pieniądze, niech mi zostawi szczęście, niech mi zostawi mego drogiego Justyna, nie jako brata, ale... przebacz mi, mój Boże! jako małżonka!... Justynie, Justynie! Justynie, mój najukochańszy! pójdź do mnie! nie opuszczaj mnie!
I dziewica z ostatnim okrzykiem boleści, padła zemdlona w objęcia Justyna.
W godzinę potem, Mina odjechała do Wersalu, cała zapłakana, jedną rękę trzymając w ręku swej przyjaciółki Zuzanny, a głowę opierając na ramieniu pani Desmarets.
Przed wejściem do powozu, Zuzanna miała czas napisać ołówkiem i dać posłańcowi mały bilecik w tych słowach:
„Małżeństwo spełzło! Zdaje się, że Mina jest bogatą i córką nie byle kogo. Wracamy do Wersalu z piękną zbolałą.

Z. de. V.“

VI.
Rezygnacja.

Zbolała, jak piękna Zuzanna de Valgeneuse nazwała swą przyjaciółkę, zostawiła za sobą serce niemniej zbolałe jak swoje.
Było to serce Justyna.
Mylimy się; powinniśmy byli powiedzieć: serca. Były to serca: Justyna, matki, dobrego profesora, siostry Celestyny i proboszcza z Bouillé, który nie wiedział, jakie złe wyrządził i który w prostocie ducha miał się za posłannika radości, kiedy przeciwnie, stał się posłannikiem boleści.
Ale osobą, która wycierpiała najwięcej, bo cierpiała za siebie i za syna, była matka. Ona, tak silna zrazu, znękaną była na końcu. Przed pożegnaniem, nie rzekłszy słowa, żadnego nie wydawszy okrzyku, nie uroniwszy łzy, zemdlała.
Żadne z tych nieszczęśliwych egoistów zemdlenia jej, nie spostrzegło.
Kto spostrzegł jej stan, gdyż zdawało mu się, że część serca jego zamiera, to Justyn.
— Matko moja! matko! zawołał; pójdźcie też, zobaczcie, co się z matką dzieje!
Rzucono się ku ślepej, u kolan której padł Justyn, obejmując ją rękami.
Twarz jej stała się woskową; ręce zimne były jak marmur; usta fioletowe. Oto ostatnia nadzieja jej starych lat umarła.
Co było strasznego w tem wszystkiem, to, że nie było sposobu złożenia winy na nikogo, oskarżania nikogo. Wszyscy mieli najlepsze zamiary, nawet biedny proboszcz z Bouillé. Była to fatalność i koniec.
Ktoś pobiegł do aptekarza, który przysłał soli otrzeźwiających. Pani Corby przyszła do siebie.
Pierwszą rzeczą, którą biedna ślepa uczuła, był syn pocieszający ją, on, który sam tak potrzebował pociechy! Ale nie pomniał na swój ból, gdy ktoś cierpiał koło niego, a nadewszystko gdy była to matka. Pozostał więc przy pani Corby nie tylko póki nie przyszła do siebie, ale póki nie położyła się do łóżka.
Wtedy, rozumiejąc, że syn sam potrzebował się wypłakać i czując, że przy niej płakać nie śmie, by jej nie doprowadzić do rozpaczy; wymogła by odszedł do siebie.
Justyn udał się do swego pokoiku. Jednę tylko rzecz zabrał z pierwszego piętra, to jest wieniec z kwiatów pomarańczowych, który Mina, opuszczając go, zerwała z głowy i rzuciła mu.
Poczciwy profesor szedł z nim.
Co się tyczy proboszcza z Bouillé, ten nie miał już co robić w Paryżu; o szóstej godzinie wieczór udał się drogą do Rouen, zabierając przeklęte pieniądze, które zrządziły tak wielkie nieszczęście.
Podczas, gdy oddalał się od wielkiego Babilonu, w którym niebawem rozwinie się nasz dramat, Justyn i jego profesor zeszli do komnaty uczniów, którym dano rekreację, z powodu mającej się odbyć wielkiej uroczystości, a zarazem z powodu poniedziałku zapustnego, który trafem tego roku przypadł na początku lutego.
Ponura twarz ucznia przejmowała Millera głębokim bólem. W nadziei, że go rozerwie, zaczął przypominać Justynowi wszystkie dawne wydarzenia szkolne, aż do chwili spotkania się z dziewczynką. Tu chciał się zatrzymać, ale Justyn znów z kolei zaczął opowiadać bardzo szczegółowo, dzień po dniu, to życie rozkoszne, jakie prowadził od sześciu lat.
— Byliśmy zbyt szczęśliwi, mówił, liczne przeczucia ostrzegały mnie, bym się przygotował, prędzej lub później, drogo opłacić to zwycięztwo, jakie odniosłem nad moją złą dolą. Przez sześć lat cieszyłem się szczęściem niewymownem; to prawie szósta części życia; niewielu ludzi może powiedzieć toż samo. Zapomniałem radości tych sześciu lat; zapomnę nieszczęścia tak jak zapomniałem radości; radość i boleść stopią się kiedyś w szarej barwie przeszłości. Nie bądź więc niespokojny o mnie, drogi mój mistrzu; nie sądź mnie nigdy zdolnym do jakiego złego zamiaru. Czyż ja wreszcie należę do siebie? Czyż nie należę do mojej dobrej matki, do mojej biednej siostry? Nie, nie, drogi mistrzu, moje postanowienie jest niecofnione; walczyłem przeciw nędzy, walczyć będę przeciw boleści. Pozwól, niech się przez kilka dni rana moja zabliźni: pozwól nade wszystko, ażebym pozostał sam. Jest w samotności dla serc zrezygnowanych religia nieznana; rezygnacja, kochany mistrzu, to siła słabych; zobaczysz mnie powracającego silniejszym i doświadczeńszym do walk życiowych!
Stary mistrz wyszedł, zdziwiony, prawie przelękły potęgą rezygnacji tego człowieka, ale całkiem uspokojony o następstwa rozpaczy.
Po odprowadzeniu pana Millera aż do drzwi, Justyn wrócił do swego pokoju i przechadzał się zwolna z rękami skrzyżowanemi, z głową zwieszoną, rzucając chwilami oczy na strop, jak gdyby chciał zapytywać niebo o słowo zagadki, która zwie się „fatalnością.“
Ze dwa lub trzy razy podszedł do szafy gdzie wiolonczela drzemała w puzdrze. Ale nie otworzył jej nawet. Tego wieczora był jeszcze zbyt słabym. Przechadzał się tak do trzeciej godziny zrana, nie mogąc zapłakać. Boleść jego skamieniała i dusiła go. Rzucił się na łóżko; znużenie zwyciężyło, usnął.
W przeddzień miał takąż samą bezsenność i tak samo usnął w końcu, z tą różnicą, że wtedy radość oczy jego trzymała otworem, a zamknęło je znużenie szczęścia! Szczęściem, nazajutrz był ostatni wtorek, dzień rekreacxji. Był więc wolny i mógł zamknąć się ze swą boleścią, wziąć się z nią za bary, walczyć, usiłować ją zmódz. Walka trwała dzień cały. Ucałowawszy matkę i siostrę, wyszedł równo ze świtem.
Udał się zwiedzić to miejsce, gdzie pięknej czerwcowej nocy, znalazł dziewczynkę śpiącą wśród zboża i kwiatów. Nie było już habru, maków, ani płowych kłosów; ziemia była, jak jego serce, goła, odarta, ścięta mrozem zimowym.
Poszedł przejść się po lesie Meudon, tak wesołym, tak pełnym słońca i zieleni, kiedy przechadzał się po nim z mistrzem swym; dotarł aż do bram Wersalu. Miał tyle siły, że nie zaszedł do zakładu. Na co mu widywać się z biedną dziewczyną? Wrócił do domu o dziesiątej wieczór: zrobił ze siedm mil w ciągu jednego dnia, a nie czuł najmniejszego znużenia.
Matka i siostra oczekiwały go obie niespokojne.
Wrócił z twarzą uśmiechniętą, ucałował je i zszedł do swego pokoju.
Odbyło się to samo co wczoraj. Znowu przechadzał się wolno i smutno; liczył godziny aż do północy. Nareszcie, zatrzymawszy się tak jak wczoraj kilka razy przed szafą gdzie była wiolonczela, zdecydował się otworzyć, dobył instrument z pudła i patrzał z głęboką melancholją.
Dziewczynka, jeżeli sobie przypominamy, przez kaprys dziecinny, odstręczyła go od grania na rzewnym instrumencie.
Widzieliśmy, że dotknął go kilka razy, wydobył, ścisnął między kolanami, upajał się melodją nieobecną, ale nie wydobył ani jednej nuty.
Dzisiaj powracał do niej.
— Byłem niewdzięcznym, rzekł, o! moja, moja stara przyjaciółko! czuła pocieszycielko! Opuściłem cię w dniu radości, wracam do ciebie w dniach niedoli! I ucałował wiolonczelę z uniesieniem. O niewyczerpane źródło pociechy!... mówił dalej, muzyko, ucieczko dusz zbolałych! uczyniłem jak syn marnotrawny, opuściłem cię niegdyś! Boleść mnie przygniotła i wracam do ciebie, ze skrwawionemi nogami, z duszą uciśnioną, a ty wyciągasz do mnie ręce, harmonijna bogini! przyjmujesz mnie z sercem pełnem miłosierdzia i czułości! Wydobył z szafy starą księgę muzyczną, położył ją na pulpicie, otworzył, siadł na wysokim taburecie, ujął wiolonczelę i położył smyczek na strunach. Gdy zagrał, dwie łzy upadły mu z oczu. Wziął smyczek pod lewe ramię, wydobył chustkę, otarł zwolna wilgotne powieki i począł grać ten sam śpiew poważny i melancholijny, który Salvator i Jan Robert usłyszeli na dwie godziny przed rozpoczęciem tego opowiadania.
Wiemy jak Salvator zapukał do drzwi, jak dwóch przyjaciół wprowadził Justyn, jak zapytywali go o przyczynę jego łez, i jak nareszcie, bakałarz zgodził się opowiedzieć im swą historję.
Historję tę dwaj młodzieńcy wysłuchali z wrażeniami bardzo rozmaitemi.
Poeta żywo był poruszony w niektórych miejscach:, scena matki skazującej syna na nieszczęście, by niedozwolić mu spełnić czynu wątpliwego, wycisnęła mu łzy.
Filozof wysłuchał jej do końca, z pozorną nieczułością; tylko na imię panny Zuzanny i pana Loredana de Valgeneuse, zadrżał; rzekłbyś, że on nie pierwszy raz słyszał to nazwisko i wywierało na nim, pod względem moralnym, takie wrażenie, jakie pod względem fizycznym czyni zetknięcie się twardego ciała z raną nie zasklepioną.
— Panie, rzekł Jan Robert, bylibyśmy niegodni usłyszeć twego opowiadania, gdybyśmy człowiekowi takiemu, jak ty, próbowali udzielać czczych pociech. Oto są nasze adresy; jeżeli kiedy potrzebowałbyś dwóch przyjaciół, daj nam pierwszeństwo.
I jednocześnie Jan Robert wydarł kartkę z pugilaresu, napisał na niej dwa nazwiska z dwoma adresami i oddał ją Justynowi.
Justyn wziął i schował do księgi muzycznej. Wiedział, że tam znaleźć ją może codzień. Potem podał obie ręce młodzieńcom.
W chwili gdy te cztery ręce ściskały się, zastukano gwałtownie do drzwi.
Kto mógł stukać o tej porze.
Justyn otworzył drzwi młodym ludziom, przez które ukazał się gość nocny a raczej ranny, gdyż pierwsze promienie dnia już zaczynały świtać.
Stukającym do drzwi był chłopiec czternastoletni, z płowemi włosami wijącemi się w pierścienie, z licem rumianem, w dość lichem ubraniu. Istny ulicznik paryzki, w błękitnej bluzie, w czapce bez daszka, w butach bez obcasów. Podniósł głowę dla zobaczenia, kto mu otwiera.
— A! to pan, panie Salvatorze, rzekł.
— A ty co tu robisz o tej porze, mości Babolinie? zapytał tenże biorąc przyjacielsko ulicznika za kołnierz od bluzy.
— Ja? A to przynoszę do pana Justyna, bakałarza, list, który Brocanta znalazła tej nocy, przechadzając się.
— A propos bakałarza, rzekł Salvator, wszak ty mi przyrzekłeś nauczyć się czytać do 15. marca.
— Więc co, więc co, więc co! mamy dopiero 7. lutego, jeszcze czas.
— Wszak wiesz, że jeśli nie będziesz płynnie czytał 15., to 16go odbieram ci wszystkie książki jakie odemnie dostałeś?
— Czy nawet i te z obrazkami?... O, panie Salvatorze!...
— Wszystkie bez wyjątku!
— Otóż, widzi pan, że ja umiem czytać, rzekł chłopiec.
I rzucając okiem na adres listu, przeczytał: „Do pana Justyna, przedmieście św. Jakóba Nr. 20. Luidora nagrody temu kto mu odda ten list.

Mina.“

Adres i dopisek nakreślone były ołówkiem.
— Nieś prędko chłopcze! rzekł Salvator popychając Babolina w stronę mieszkania bakałarza.
Babolin przebiegł dziedziniec w dwóch susach i wszedł wołając:
— Panie Justynie! panie Justynie! list od panny Miny!...
— Co będziemy robić? zapytał Jan Robert.
— Zostańmy, odpowiedział Salvator, list ten prawdopodobnie oznajmia nowy wypadek, w którym pomoc nasza może się przydać temu poczciwemu młodzieńcowi.
Jeszcze Salvator nie skończył, aliści Justyn ukazał się na progu swego mieszkania, blady jak mara.
— A! panowie jeszcze tu! zawołał, dzięki Bogu! Czytajcie, czytajcie... I podał im list.
Salvator wziął go i przeczytał.
„Uprowadzają mnie gwałtem, unoszą... nie wiem dokąd! Na pomoc Justynie! Ratuj mnie mój bracie, lub pomścij małżonku!

Mina.“
— A! moi przyjaciele! zawołał Justyn wyciągając ręce do młodzieńców. Opatrzność was tu przywiodła!

— A co? odezwał się Salvator do Jana Roberta, chciałeś romansu; spodziewam się mój drogi, że go masz!

VII.
Prosta droga najkrótsza.

Trzej młodzieńcy popatrzyli na siebie przez chwilę.
Pierwsza minuta zeszła na zdumieniu; przez drugą, mianowicie Salvator, wrócił do zimnej krwi.
— Spokojności! rzekł, rzecz jest ważna, chodzi o to, ażebyśmy nie postąpili jak dzieci.
— Ależ ją porywają! zawołał Justyn, ona wzywa mnie na ratunek! chce ażebym ją pomścił.
— Ani słowa; dlatego właśnie trzeba wiedzieć, kto ją porywa i dokąd ją uprowadzają.
— A jak się dowiedzieć? mój Boże, mój Boże!
— Wszystkiego dowiedzieć się można z czasem i cierpliwością, mój kochany Justynie. Wszak pewnym jesteś Miny, nieprawdaż?
— Jak siebie samego.
— Otóż tedy bądź spokojny, będzie ona umiała się obronić. Idźmy drogą najkrótszą, kiedy pilno.
— O, tak! zlitujcie się nademną... Zmysły tracę!
Justyn omdlewał na myśl, że Mina zostaje w rękach jakiego uwodziciela i że mogła być narażoną na gwałt fizyczny i moralny.
— Czy jest tu Babolin?
— Jest.
— Wypytajmy go.
— Wypytajmy! powtórzył Justyn.
— W samej rzeczy, rzekł Jan Robert, od tego musimy zacząć.
Wrócili do pokoju bakałarza.
— Nasamprzód, rzekł Salvator, daj luidora temu chłopcu dla matki i trochę drobnych dla niego samego.
Justyn wydobył dwa luidory i dwie sztuki pięciofrankowe z kieszeni i dał je Babolinowi.
Ale Salvator ujął chłopca za rękę w chwili, gdy ją zamykał, otworzył ją siłą a z wielkiem zmartwieniem Babolina wydobył z niej jednego luidora i jednę sztukę pięciofrankową, które oddał Justynowi.
— Schowaj te dwadzieścia pięć franków do kieszeni, rzekł, za godzinę zużytkujesz je. Potem zwracając się do chłopca. Gdzie matka twoja znalazła ten list? zapytał.
— Co? zapytał chłopiec z miną nadąsaną.
— Pytam się, gdzie matka znalazła ten list... któremi szła ulicami.
— A czy ja wiem? Niech się pan jej samej zapyta.
— On ma słuszność, rzekł Salvator, jej trzeba się wypytać, ona zapewne liczy na twoje odwiedziny... Czekajcie! ustawmy dobrze nasze baterje.
— Kieruj pan nami, ja będę posłuszny... Co do mnie, straciłem głowę zupełnie.
— Wszak wiesz, że możesz mną rozporządzać kochany Salvatorze, rzekł Jan Robert.
— Tak i myślę też wyznaczyć ci rolę w tym dramacie.
— Owszem i tak czynną, jak ci się podoba! Doznawałem wzruszeń jako amator, nie mam nic przeciw temu, by ich doświadczyć jako aktor.
— O, panowie, proszę was! rzekł Justyn, uważając za zbyt drogą każdą minutę upływającą.
— Masz słuszność... Otóż to tak trzeba postąpić.
— Słuchamy!
— Ty, panie Justynie, pójdziesz z tym chłopcem do jego matki.
— Jestem gotów.
— Zaczekaj... Ty, panie Janie Robercie, postarasz się o konia i stawisz się z nim na ulicę Triperet Nr. 11.
— Nic łatwiejszego.
— Ja pójdę złożyć zawiadomienie w policji.
— Czy znasz tam kogo?
— Znam człowieka, którego nam potrzeba.
— Dobrze!... a potem?
— Potem przyjdę do was na ulicę Triperet Nr. 11, do matki tego chłopca i tam się ułożymy.
— Chodź, mały, rzekł Justyn.
— Zostaw najprzód słówko dla uspokojenia matki, rzekł Salvator, być może, iż wrócisz bardzo późno, a może i nie wrócisz wcale.
— Słusznie, odpowiedział Justyn, biedna matka! zapomniałem o niej.
I z pośpiechem napisał kilka wierszy na papierze, który zostawił na stole.
Mówił w nim matce nic nie wymieniając, że list, który otrzymał w tej chwili, wymaga całodziennego zajęcia.
— A teraz chodźmy! rzekł.
Trzej młodzieńcy wybiegli z domu; mogło być wpół do siódmej z rana.
— Oto twoja droga, rzekł Salvator, wskazując Justynowi ulicę Urszulinek, a oto twoja, dodał wskazując Janowi Robertowi ulicę Boubre, a oto moja, dokończył udając się ulicą św. Jakóba.
Potem uszedłszy ze trzydzieści kroków, odwrócił się i krzyknął:
— Schadzka na ulicy Triperet Nr. 11.
Idźmy za głównym bohaterem wypadków, które dzieją się w tej chwili.
Kiedy Jan Robert biegnie na ulicę Uniwersytecką, by kazać sobie osiodłać konia, a Salvator śpieszy na policję, Justyn Corby zbliża się ku ulicy Triperet z Babolinem.
Okolica, w której mieściła się ta uliczka, przypominała w roku 1827 Paryż jeszcze z czasów Filipa Augusta. Błotniste ścieki, wijące się koło murów św. Pelagii, nadają temu więzieniu pozór starej fortecy, zbudowanej śród wyspy; ulice zaledwie na ośm do dziesięciu stóp szerokie, zawalone były kupami gnoju i śmieci; nareszcie budynki, w których wegetowali nieszczęśliwi mieszkańcy tej okolicy, podobniejsze były do chałup niż do domów. Przed jednym z takich budynków zatrzymał się Babolin.
— Tutaj, rzekł.
Miejsce to było cuchnące, a wszystkiemi otworami przeglądały zeń brud i nędza. Justyn nie zwrócił nawet na to uwagi.
— Idź naprzód, rzekł.
Babolin wszedł ostro, jako świadom miejscowości. Uszedłszy z dziesięć kroków, Justyn zatrzymał się.
— Gdzie jesteś? rzekł, nic nie widzę.
— Jestem, panie Justynie, odpowiedział ulicznik, zbliżając się do bakałarza, uczep się pan za bluzę.
Justyn uczepił się i krok za krokiem piął się po wysokiej drabinie, noszącej pretensjonalne miano schodów, prowadzących do Brocanty. Przybyli pode drzwi jej psiarni. Mieszkanie Brocanty zdawało się pod każdym względem usprawiedliwiać tę nazwę; gdyż w sionce już słychać było wycie, skowyczenie, pisk i szczekanie jakiego tuzina psów.
— To ja, matko, rzekł Babolin, wsadzając usta w dziurkę od klucza, otwórz, jestem w towarzystwie.
— A cicho! Czyście się powściekały! odezwał się z wnętrza izby głos Brocanty, zwrócony do sfory... Nic a nic nie słychać... Będziesz ty cicho Cezar! Stul pysk Pluton! Ruszajcie precz!
Na ten rozkaz wyrzeczony głosem groźnym, zaległa taka cisza, że można było usłyszeć mysz przesuwającą się w domu, w którym zkądinąd zapewne na myszach nie zbywało.
— Teraz możesz wejść, ty i twoje towarzystwo, rzekł głos.
— A to jak?
— Pchnij tylko drzwi; nie zamknięte na zasuwkę.
— To co innego.
Babolin nacisnąwszy klamkę otworzył drzwi, wpuszczając nieszczęśliwego Justyna i ukazał mu widok, który nie będąc jednym z najpoetyczniejszych, zasługuje wszakże na opis szczegółowy.
Wyobraźmy sobie rodzaj skrytki, podzielonej wzdłuż i wszerz dwoma skrzyżowanemi balami, przeznaczonemi snadź do podtrzymywania poddasza, z którego zrobiono izbę. Był nad tem pułap, złożony z krokwi, służących za podstawę dachówkom szczytowym, przez szczeliny których można było raczyć wzrok pierwszemi połyskami dnia. W niektórych miejscach szczerby w dachu były tak groźne, że nie ulegało wątpliwości, iż całe pokrycie runie przy pierwszym burzliwym wietrze. Wyobraźmy sobie nadto ściany szare i wilgotne, wzdłuż których wyciągały się samotne pająki, spozierające na mrowie owadów wszelkiego gatunku, a zrozumiemy wrażenie wstrętu, jaki przejąłby każdego człowieka stającego w miejscu podobnem, bez tak silnie wyczerpującego w duszy uczucia, jakiem było w tej chwili uczucie Justyna.
Z tuzin psów: brytany, kundle, szpice, warczały w jednym z zakątków poddasza, zbite razem w starem pudle, które wygodnie mogłoby ich pomieścić, lecz tylko połowę.
Na przecięciu dwóch bali spoczywała wrona bijąca skrzydłami, na znak zapewne radości przy psim koncercie.
Siedząc na stołeczku, plecami oparta o bal, który niby filar, podtrzymywał całą tę chwiejącą się budowę, otoczoną kupą gałganów wszelkiej barwy, sterczących przy ścianie aż do wysokości trzech lub czterech stóp, kobieta z pozoru około pięćdziesięcioletnia, wysoka, chuda, koścista, wynędzniała jak klacz powozowa, trzymała między kolanami klęczącą dziewczynę, której rozczesywała długie, czarne włosy, ze staraniem oznaczającem u starej cyganki, albo wielkie dla dziewczyny uczucie, albo wielkie dla jej pięknych włosów uszanowanie.
Scena ta, której nie zbywało na malowniczości, z powodu mianowicie typowego przeciwieństwa składających ją postaci, oświecona była lampą łojową.
Klęcząca dziewica za całe ubranie miała długą koszulę z surowego płótna. Koszula ta przybierała kształt bluzy, była bowiem ściśnięta w pasie rodzajem bawełnianego sznura, barwy szarej i wiśniowej, w końcach którego wisiały dwie grube żołędzie podobne do tych, co służą do firanek. Szyja i piersi dziewczyny okryte były szarfą wełnianą wiśniową, podartą, która jednak licowała z ciemną barwą sznura, o ile wełna może licować z bawełną.
Nogi jej skrzyżowane, na których spoczywała, były nagie. Były to prześliczne nogi księżniczki, andaluzjanki lub cyganki.
Twarz jej miała tę chorobliwą bladość biednych kwiatków, więdniejących wśród naszych przedmieść; rysy jej były dziwnie czyste i regularne; ale wychudłe kontury cierpiącej twarzyczki, budziły podziw i litość...
Choćbyśmy mieli przerwać na chwilę naszą akcję, której zkądinąd dzieje Justyna i Miny są tylko jednym epizodem, opowiedzmy od razu to, co wiadomem było o tej tajemniczej i poetycznej istotce.
Odnajdziemy Babolina z bakałarzem na progu drzwi, gdzieśmy ich zostawili.

VIII.
Róża.

Pewnego wieczora, było to 20-go sierpnia 1820 roku, około godziny dziewiątej, Brocanta powracała na wózku zaprzężonym w osła, po sprzedaniu kupy szmat w papierni Essonne; gdy nagle, na zakręcie drogi, spostrzegła jakby wystającą z rowu sylwetkę dziewczynki biegnącej ku niej z otwartemi ramionami, bladej, z piersią zadyszaną, a ciałem drżącem i nacechowanem oznakami największej trwogi. Dziewczynka ta krzyczała: — Ratujcie mnie! ratujcie!
Brocanta pochodziła z tego plemienia cyganów, które instynktowo porywają dzieci, jak ptaki drapieżne porywają skowronki i gołębie. Zatrzymała osła, zeskoczyła z wózka, wzięła małą na ręce, usiadła z nią napowrót i zacięła osła. A trzeba wyznać, że dokonywając tej czynności, wyglądała więcej na wilczycę porywającą jagnię, niż na kobietę ratującą dziecko.
Wypadek ten, szybki jak myśl, odbył się o półtrzeciej mili od Paryża, między Juvisy i Fromenteau.
Spiesząc się z oddaleniem, Brocanta z razu nie przypatrywała się jej, aż dopiero po jakiej ćwierć mili przebytej przez osła.
Dziewczynka była z gołą głową, z rozplecionemi czy to skutkiem szybkiego biegu, czy skutkiem szamotania się warkoczami; czoło jej oblane było potem, nogi świadczyły o długiej podróży po polach, a biała sukienka nosiła ślady krwi sączącej się z rany, na szczęście nie głębokiej, zadanej narzędziem ostrem.
Siedząc już w wózku, dziewczynka, zdająca się mieć około pięciu do sześciu lat, korzystając z tego, że Brocanta miała obie ręce zajęte prowadzeniem i zacinaniem osła, zsunęła się jak żmija z kolan kobiety na pokład wózka, i schroniła się w najciemniejszy zakątek, na wszystkie zapytania temi tylko odpowiadając słowy:
— Ona nie biegnie za mną? nieprawdaż?... wszak ona nie biegnie za mną?...
Na co, Brocanta, zdająca się również jak i dziewczynka obawiać pogoni, ukradkiem oglądała się na drogę i widząc ją pustą, uspakajała malutką, w której strach zdawał się tak wielkim, że materjalny fakt rany i ból jaki ztąd musiała cierpieć, był szczegółem zapomnianym.
Około północy przybyły pod rogatkę Fontainebleau.
Zatrzymana przez strażników celnych, Brocanta wychyliła tylko głowę i rzekła: To ja, Brocanta, a strażnicy nawykli widzieć ją co miesiąc przejeżdżającą z ładunkiem gałganów i nazajutrz wracającą w pustym wózku, oddalili się, więc osioł, wózek, kobieta i dziecko, wjechali do miasta. Potem, przez ulicę Mouffetard i Clichową, dostali się na ulicę Triperet.
Co się tyczy dziewczynki, skulonej w zakątku wózka, ta, jak powiedzieliśmy, nie dawała innych znaków życia, tylko zapytaniami od czasu do czasu czynionemi Brocancie, głosem zdjętym niewysłowionym niepokojem.
— Ona nie biegnie za mną?... wszak prawda?...
Zaledwie zszedłszy z wózka, rzuciła się do sieni i jak gdyby posiadała własność widzenia nocą, weszła na schody, biegnąc po ich stopniach jak kot najzręczniejszy.
Brocanta szła za nią, otworzyła drzwi od swej komórki i rzekła:
— Wejdź, dziewczynko! nikt nie wie, że tu jesteś, bądź więc spokojna.
— Więc ona tu nie przyjdzie po mnie? zapytała dziewczynka.
— Bynajmniej.
I mała wcisnęła się jak łasica przez pół otwarte drzwi.
Brocanta zatrzasnęła je i zamknęła na klucz; następnie zeszła na dół, by wózek zaprowadzić do wozowni a osła do stajni. Wróciwszy, drzwi zamknęła na zasuwę. Potem zapaliła kawałek świeczki sterczącej w stłuczonej butelce, i przy słabem jej światełku szukała małego zbiega.
Mała zaczołgała się omackiem w najoddaleńszy zakąt strychu, tam uklękła i odmawiała wszystkie modlitwy, jakie umiała na pamięć.
Wtedy Brocanta zawołała na nią. Ale mała znakiem odmówiła. Brocanta wzięła ją za rękę i przyciągnęła ku sobie. Dziewczynka poszła, lecz z wyraźną niechęcią.
Stara chciała ją wypytywać. Na wszystkie jej zapytania, dziewczynka nic nie odpowiadała, tylko te wyrazy:
— Nie, onaby mnie zabiła!
Tym sposobem Brocanta nie mogła się nic dowiedzieć, ani o jej pochodzeniu, ani o rodzicach, ani o nazwisku, ani o tem dlaczego chciano ją zabić, ani kto jej zadał ranę, którą miała na piersiach.
Dziewczynka rok blisko zachowywała zupełne milczenie; tylko w nocy, podczas snu strasznego, gdy ją jakaś zmora dusiła, krzyknęła raz:
— A! zlituj się nademną, pani Gerard! ja ci nic złego nie zrobiłam, nie zabijaj mnie!
Wszystko więc, czego dowiedzieć się mogła stara, to, że kobieta co chciała zabić dziewczynkę, nazywa się Gerard. A ponieważ trzeba było jakkolwiek nazwać dziecko, przeto Brocanta nadała jej imię „Róży“, które jej pozostało.
Tegoż samego wieczora, gdy ją sprowadziła do siebie, widząc że mała nie chce nic mówić i w nadziei, że może nazajutrz będzie mowniejszą, ukazała jej rodzaj tapczana, na którym spało już dziecko starsze od niej może o rok lub dwa i powiedziała, ażeby się przy niem położyła. Ale dziewczyna odmówiła; barwa siennika, brud kołdry, wstrętem ją przejmowały, bo o ile sądzić można było z cienkiej bielizny i wytwornego kroju sukienki, należeć musiała do rodziców zamożnych.
Wzięła krzesło, oparła je o ścianę i usiadła na niem, mówiąc, że jej tak będzie dobrze. Jakoż przepędziła noc na krześle. Nade dniem dopiero zasnęła.
Około szóstej zrana, gdy dziecko spało, Brocanta wstała i wyszła. Udała się na ulicę Neuve-Saint-Medard, by zakupić całkowite ubranie dla dziewczynki.
Ubranie to składało się z bawełnianej sukienki w białe groszki, z żółtej chustki w czerwone kwiaty, z dziecinnego czepeczka, z dwóch par wełnianych pończoszek i z pary trzewików. Wszystko to kosztowało siedm franków. Brocanta spodziewała się, że za zdjętą z dziewczynki odzież, weźmie cztery razy tyle.
W godzinę wróciła ze sprawunkiem i zastała dziewczynkę wciąż skuloną na słomianem krześle i opierającą się wszelkim zaczepkom, jakie czynił Babolin, by ją do zabawy z sobą pociągnąć.
Gdy klucz odezwał się w zamku, dziewczynka zadrżała wszystkiemi członkami; gdy drzwi się otworzyły, zbladła jak chusta.
Widząc ją bliską zemdlenia, Brocanta zapytała co jej jest.
— Myślałam, że to ona! odpowiedziała dziewczynka.
„Ona“!... Więc to przed kobietą tak uciekała.
Brocanta rozłożyła na stołku sukienkę niebieską, chustkę żółtą, czepeczek, pończoszki i trzewiki. Dziewczynka patrzyła na to niespokojnie.
— Pójdź-że tu! rzekła.
Lecz mała nie ruszając się z krzesła, wskazała palcem na ubranie.
— To nie dla mnie to wszystko? zapytała z miną wzgardliwą.
— A dla kogoż?
— Ja się w to nie ubiorę, odpowiedziała.
— Więc chcesz, żeby cię poznała?
— Nie, nie, nie; nie chcę!
— Musisz włożyć tę odzież.
— A w tej odzieży nie pozna mnie?
— Nie.
— To włóż mi pani zaraz.
I nie spierając się, dozwoliła zdjąć z siebie piękną sukienkę białą, cienkie pończoszki, batystową spódniczkę i eleganckie trzewiczki.
Wszystko to wreszcie poplamione było krwią: trzeba, było natychmiast uprać, ażeby nie wzbudzić podejrzeń sąsiadów.
Dziewczyna ubrała się w odzież kupioną przez Brocantę, w tę skromną liberję nędzy, widoczny symbol życia, które ją czekało.
Brocanta wyprała ubranie dziewczynki, wysuszyła, i sprzedała za trzydzieści franków. Był to już dobry interes. Ale stara czarownica spodziewała się kiedyś uczynić lepszy, wynajdując rodziców dziewczynki, by ją oddać albo raczej sprzedać rodzinie.
Tenże sam wstręt, jaki okazała względem ubrania lichego, objawił się w niej i przy posiłku domowym. Reszta mięsa odgrzanego w piecu, kawałek czarnego chleba kupiony z odpadków lub użebrany w mieście, były zwyczajnym posiłkiem Brocanty i jej syna.
Babolin, nigdy nie jadając przy innym stole oprócz swej matki, nie miał zachceń gastronomicznych, wyższych nad swą sferę.
Ale nie tak rzecz się miała z Różą. Musiała biedna dziewczynka być nazwyczajoną do potraw wyszukanych, podawanych na porcelanie ze srebrem, gdyż spojrzała tylko na śniadanie przygotowane przez Brocantę i rzekła:
— Nie chce mi się jeść.
Przy obiedzie było toż samo. Brocanta zrozumiała, że wytworne dziecko raczej zamorzy się, a nie tknie takiego jedzenia.
— Czegóż więc tobie potrzeba? zapytała, może bażantów na pomarańczach albo pulardy z truflami.
— Nie potrzebuję ani pulardy z truflami, ani bażantów na pomarańczach; chciałabym kawałek białego chleba, takiego jak ubodzy u nas dostawali w niedzielę.
Brocanta, jakkolwiek twarda, wzruszyła się na tę odpowiedź, tak prostą a zarazem tak żałosną; i dała sou Babolinowi.
— Idź przynieś bułeczkę od piekarza, rzekła.
Babolin wziął pieniądz, jednym susem zbiegł ze schodów, wrócił w pięć minut, i przyniósł bułkę o białym ośrodku i złocistym naskórku.
Bladej Róży bardzo się jeść chciało; pochłonęła bułkę do okruszyny.
— Cóż, czy to lepsze? zapytała Brocanta.
— O! doskonałe; dziękuję pani.
Nikomu nigdy jeszcze nie przyszło do głowy nazwać Brocantę „panią“.
— Piękna mi pani! odezwała się. A teraz, moja panno Precjozo, co sobie życzysz na deser?
— Prosiłabym o szklankę wody, odpowiedziała dziewczynka.
— Podaj garnczek, rzekła Brocanta do syna.
Babolin przyniósł garnczek bez ucha, wyszczerbiony i podał dziewczynce.
— Czy wy z tego pijecie? zapytała łagodnym głosem.
— To matka z tego pije; a ja sobie nalewam.
I wznosząc garnczek na pół stopy nad głowę, puścił strumień wody, którą chwytał w usta ze zręcznością świadczącą o wprawie.
— Ja pić nie będę, rzekła mała.
— Dla czegóż to? zapytał Babolin.
— Bo nie umiem pić tak, jak ty.
— Dobrze! widzisz, że potrzeba szklanki dla panny, odezwała się Brocanta zżymając ramionami. To już litość bierze.
— Szklanki? rzekł Babolin. Tu musi być gdzieś szklanka. I poszukawszy chwilę, wynalazł jakąś szklankę w kącie. Masz, rzekł napełniwszy szklankę wodą i podając ją dziewczynce, pij.
— Nie, odrzekła, nie będę piła.
— Dla czego?
— Bo mi się pić nie chce.
— Ależ chce ci się, kiedy tylko co prosiłaś o wodę.
Dziewczynka potrząsnęła głową.
— Widzisz, że my jesteśmy trędowaci, rzekła matka, i że panna nie mogłaby pić ani z naszych garnczków ani z naszych szklanek.
— Jeżeli są brudne, odrzekła łagodnie i smutno dziewczynka, a jednak... a jednak, bardzo mi się pić chce, dodała zalewając się łzami.
Babolin zszedł tak jak poprzednio, pobiegł do sąsiedniej studni, wypłukał kilka razy szklankę i przyniósł ją napowrót przejrzystą, jak kryształ czeski, a pełną wody świeżej i czystej.
— Dziękuję ci, panie Babolinie, rzekła dziewczynka. I wychyliła szklankę duszkiem.
— O! „panie“ Babolinie! zawołał chłopak, okręcając się. Powiedz-no matko, jak pójdziemy do „Haczyka“, to nas oznajmią: „Pan“ Babolin i „pani“ Brocanta.
— Przepraszam! odparła dziewczynka, nauczono mnie mówić pan i pani; już więcej nie powiem, jeżeli to niedobrze.
— Owszem, moje dziecię, to dobrze, ozwała się Brocanta, mimowolnie zwyciężona wyższością edukacji, którą osoby z ludu wyszydzają czasem, ale która zawsze na nich sprawia pewne wrażenie.
Wieczorem, taż sama scena, co w przeddzień powtórzyła się przy noclegu. Matka i syn spali na tym samym sienniku, rzuconym pomiędzy gałgany, w zakącie izby. Róża w żaden sposób nie chciała położyć się z niemi. I tej więc jeszcze nocy spała na krześle.
Nazajutrz Brocanta wysiliła się. Włożyła w kieszeń owe trzydzieści franków, cenę odzieży małej, wyszła, kupiła łóżeczko za czterdzieści soldów, materac za dziesięć franków, trochę szczupły, ale czysty, poduszkę za trzy franki pięćdziesiąt centimów, dwa prześcieradła kartonowe i kołdrę bawełnianą: wszystko nieskazitelnej białości.
Kosztowało to akuratnie dwadzieścia trzy franki: skwitowała się z dziewczynką.
— O! jakież śliczne, bieluchne łóżeczko! zawołała dziewczynka, kiedy je usłano.
— To dla ciebie, panno Precjozo, rzekła Brocanta; skoro, jak widać, jesteś księżniczką, więc trzeba cię po książęcemu podejmować!
— Ja nie jestem księżniczką, odpowiedziała dziewczynka; ale tam, łóżko białe.
— Będziesz więc i tu miała takież samo... Jestżeś zadowolona?
— O, tak! a pani jesteś bardzo dobrą! rzekła dziewczynka.
— A teraz, gdzie zechcesz mieszkać? Czy nie trzeba dla ciebie wynająć mieszkanie przy ulicy Rivoli, na pierwszem piętrze.
— Czy dasz mi pani ten kącik? zapytała dziewczynka.
I wskazała zagłębienie strychu, tworzące pewien rodzaj gabinetu wykrojonego w strychu sąsiednim.
— I to będzie dosyć dla ciebie? zapytała Brocanta.
— Dosyć, odpowiedziała dziewczynka ze zwykłą łagodnością.
Wepchnięto łóżeczko w ten kąt. Powoli kąt uprzątnął się, i wyglądał na mały gabinecik.
Brocanta nie była bynajmniej tak ubogą, jak się wydawała; była tylko straszliwie skąpą, i kosztowało ją wiele, gdy musiała wydobyć pieniądz ze skrytki.
Ale Brocanta miała przemysł: kładła kabałę. Zamiast kazać sobie płacić przez konsultantów, co nieraz przedstawiało trudności w okolicy tak ubogiej, powzięła myśl kazać sobie płacić w naturze.
W sklepie bławatnym zażądała firanek z perskiego płótna; od stolarza wzięła stolik; od kupca różnych luster; tak, że w ciągu miesiąca zakącik Róży ustroił się dosyć przyzwoicie i nazwano go Wypoczynkiem.
Róża była prawie szczęśliwą. Powiadamy, prawie, gdyż jej niebieska suknia bawełniana, żółta chustka w czerwone kwiaty, wełniane pończochy i czepek, bardzo się jej nie podobały. To też w miarę, jak się zużywały te przedmioty, Róża sama urządzała sobie przyodziewek.
Przedewszystkiem czesała z nadzwyczajną starannością włosy, które były tak długie, że gdy je w tył zarzuciła, to przedeptywała piętami.
To znowu wzięła koszulę z surowego płótna, zawiązaną u szyi jakimś improwizowanym sznurkiem; to turban zrobiony z szarfy o żywych barwach; to stary szal, w który udrapowała się, to gałązkę jaśminu, z której zrobiła sobie wonny wieniec, ale jakkolwiek się ubrała, zawsze malowniczy ubiór jej. zbliżał się do jakiegoś typu, z którego mógłby coś wziąć malarz, czy to miałby odtwarzać kreolkę z wysp Antylskich, czy dżytanę hiszpańską, czy druidkę Gallijską.
Tylko ponieważ dziewczyna nie wychodziła nigdy, ponieważ słońce przez wązkie tylko szczeliny dochodziło do strychu, ponieważ jadła sam tylko chleb i piła tylko wodę, ponieważ zimno ze wszech stron przenikało do komórki Brocanty, ponieważ nareszcie, latem czy zimą, ubrana zawsze była niemal jednako, więc miała ten pozór chorobliwy i cierpiący, który staraliśmy się określić.
Dodajmy do tego, że objawiający się czasami suchy kaszel, sprowadzający na lica Róży za każdym razem żywszy rumieniec świadczył, że nędzna siedziba, która schroniła ją nie osłaniając, wywierała już szkodliwy wpływ na jej zdrowie, a z czasem mogła wywrzeć gorszy.
O rodzinie jej i o strasznym wypadku, który zrządził spotkanie się z Brocantą, nigdy już mowy nie było więcej nad to, cośmy powiedzieli. Stara zaś pokochała dziewczynkę o tyle, o ile kochać była zdolną.
Taką była Róża, to jest dziewica klęcząca między kolanami Brocanty, w chwili, gdy Babolin, z bakałarzem ukazali się na progu drzwi.

IX.
Złowroga wrona.

Widok więc, który uderzył oczy Justyna, zdolny był zwrócić uwagę człowieka mniej zajętego, jak on, jedyną myślą: o Minie porwanej i wzywającej go na ratunek.
Wszedł na strych, obojętny na wszelką inną myśl oprócz tej, która mu ściskała serce.
— Matko, rzekł Babolin, idący przed młodzieńcem, tak jak tłómacz idzie przed tym, za kogo ma głos zabierać, oto jest pan Justyn, bakałarz, przybywa sam zapytać się ciebie o rzeczy, których ja nie mogłem mu powiedzieć.
Stara uśmiechnęła się, jak gdyby oczekiwała tych odwiedzin.
— A luidor? zapytała półgłosem.
— Oto jest, odpowiedział Babolin wsuwając jej pieniądz w rękę, ale powinnabyś kupić coś ciepłego dla Róży.
— Dziękuję ci, Babolinie, rzekła dziewica podając czoło chłopcu, który ucałował je po bratersku, dziękuję ci, nie zimno mi.
I mówiąc to, kaszlnęła kilka razy w sposób, który natychmiast zaprzeczył słowom, jakie wyrzekła.
Ale wszystkie te szczegóły, powiadamy, które byłyby uderzyły każdego innego, dla Justyna nie istniały, lub istniały tylko w stanie tej mgły porannej, która wznosząc się między podróżnym i celem jego, przysłania mu go, nie zakrywając.
— Pani... rzekł on.
Na ten wyraz „pani,“ Brocanta podniosła głowę, by zobaczyć, czy to rzeczywiście do niej jest mowa. Justyn był drugą osobą, co nazwała ją „panią“, pierwszą była Róża.
— Czy to pani znalazłaś ten list?
— Tak się zdaje, rzekła Brocanta, skoro ja go panu przysłałam.
— Tak, i bardzo jestem pani za to wdzięczny; tylko chciałem się zapytać, gdzieś go pani znalazła?
— Oczywiście w cyrkule św. Jakóba.
— Chciałbym wiedzieć na której ulicy.
— Nie patrzyłam na napis; ale musiało to być w stronie ulicy Dauphine, aż do Mouffetard.
— Przypomnij pani sobie dobrze, bardzo proszę.
— A, istotnie! rzekła Brocanta, zdaje mi się, że to było na ulicy Saint-André-des-Arts.
Dla spostrzegacza więcej obeznanego niż Justyn, z temi cygańskiemi sztukami, byłoby oczywistem, że Brocanta kręciła w zamiarze z góry obmyślanym. Justyn zdawał się rozumieć.
— Masz pani oto, rzekł by dopomódz wspomnieniom. I dał jej drugiego luidora.
— Proszę cię, matko, rzekł Babolin, zróbże dla pana Justyna to, o co cię prosi. Pan Justyn, to nie taki jak inni, i bardzo go poważają w cyrkule św. Jakóba; bądź pewna.
— A tobie co do tego, urwisie? odezwała się stara. Idźno za drzwi!
— Ba! jak się wam podoba, odpowiedział Babolin, pan Justyn wreszcie kazał mi się tu przyprowadzić; niech sobie radzi jak może. On jest dosyć duży, by mógł sam prowadzić swoje sprawy. I poszedł bawić się z psami.
— Brocanto, odezwała się Róża swym głosem słodkim i harmonijnym, widzicie, że młodzieniec ten jest bardzo wzruszony i niespokojny; powiedzcież mu, proszę, to czego dowiedzieć się pragnie.
— O! zaklinam cię, piękne dziecię, rzeki bakałarz składając ręce, proś za mną!
— Ona powie, rzekła Róża.
— Ona powie! ona powie!... Zapewne, że powiem, mruknęła stara, jakoby wyższej ulegając woli: ty znasz moją słabą stronę, że ci niczego odmówić nie mogę.
— Dalej pani, nalegał Justyn, z trudnością powstrzymując niecierpliwość, przypomnij sobie, na miłość Boską!
— Zdaje mi się, że to było... Tak, to tam; teraz jestem pewną... Wreszcie możnaby uciec się do kart.
— A zatem, rzekł Justyn, jakby mówiąc sam do siebie i nie zwracając uwagi na ostatnie słowa Brocanty, musieli przebyć Sekwanę przez Pont-Neuf i jechali ku rogatkom Fontainebleau lub św. Jakóba.
— Właśnie, bąknęła Brocanta.
— Zkąd pani wiesz o tem? zapytał młodzieniec.
— Mówię „właśnie,“ tak jakbym powiedziała „zapewne“.
— Słuchaj pani, zawołał Justyn, jeżeli wiesz co, na imię Boga, powiedz mi...
— Ja nic nie wiem, odrzekła Brocanta, tylko to, że znalazłam na placu Maubert list pod pańskim adresem, który panu przesłałam.
— Brocanto, odezwała się Róża, jesteście złą kobietą! Wiecie jeszcze coś, a niechcecie powiedzieć.
— Nie, odrzekła Brocanta, nie wiem nic więcej.
— Źle robisz, matko, że w ten sposób odprawiasz tego pana; to przyjaciel pana Salvatora.
— Ja nie odprawiam tego pana; powiadam mu, że nie wiem tego o co on pyta. Ale, jeżeli ktoś nie wie czego, to pyta się tych co wiedzą.
— Kogoż się więc trzeba zapytać o to? Powiedz pani.
— Tych co wiedzą o wszystkiem: kart.
— Dobrze, rzekł bakałarz, dziękuję; dobrze zawsze wiedzieć to, co mi powiedziałaś, pójdę do pana Salvatora na policję. To mówiąc, młodzieniec skierował się ku drzwiom.
Ale Brocanta zmieniła snadź zamiar:
— Panie Justynie, rzekła.
Młodzieniec odwrócił się.
Stara palcem wskazała mu wronę, która trzepała skrzydłami nad jego głową.
— Patrz pan na tego ptaka, rzekła.
— Widzę go, odpowiedział Justyn.
— On trzepocze skrzydłami, nieprawdaż?
— Tak.
— Otóż i wszystko. Jak tylko ptak ten uderzył skrzydłami, to znaczy, że nie ma wielkiej nadziei.
— Ale czyż te uderzenia skrzydeł mają jakie znaczenie?
— Jezu Chryste! Pan pytasz się o to? Taki człowiek światły jak pan, nauczyciel, który nie wie o tem, że wrona jest ptakiem proroczym.
— Cóż więc znaczą te uderzenia skrzydeł waszego ptaka?
— Znaczą... znaczą, że pan nie znajdziesz tak prędko osoby, której szukasz; bo pan szukasz kogoś.
— Tak, i oddałbym wszystko, co posiadam dla znalezienia...
— Otóż widzisz pan, ptak ten wie o tem równie jak pan i ja.
— Ależ nareszcie, co znaczą te uderzenia skrzydeł?
— Te uderzenia skrzydeł... te uderzenia skrzydeł, widzisz pan, są obrazem twych udręczeń. Jako ten ptak bije skrzydłami w powietrzu, tak pan rozbijasz się w próżni; on uderzył skrzydłami trzy razy; to pan trzy lata spędzisz na tem poszukiwaniu. Radzę tedy panu, w imieniu ptaka, ażebyś nie rozpoczynał kroków niepewnych, dopóki karty nie wyrzekną.
— Więc niechże mówią, zawołał Justyn.
I jak tonący brzytwy się chwyta, tak Justyn nawrócił się w usposobieniu wierzenia kartom, byle tylko to, co one powiedzą, miało jakikolwiek pozór prawdy.
— Czy pan chcesz wielką kabałę, czy małą? zapytała Brocanta.
— Jak się podoba... Macie oto luidora.
— O! to będzie wielka... Daj mi moją wielką kabałę Różo.
Dziewica wstała. Była ona wysmukła i giętka jak palma. Wyjęła talję kart z szuflady starego kantorka stojącego w kącie i podała ją starej swemi drobnemi rączkami, które były chude a białe, o paznogciach utrzymywanych tak starannie, jak u jakiej elegantki.
Babolin, pomimo całego obycia się z temi ćwiczeniami, zbliżył się do starej, siadł na podłodze z nogami skrzyżowanemi i gotował się przypatrywać z naiwną admiracją tej czarnoksięzkiej scenie, która nastąpić miała.
Brocanta wydobyła z po za siebie wielką deskę sosnową w kształcie podkowy, i położyła ją na kolanach.
— Zawołaj Faresa, rzekła do dziewczyny, skinieniem głowy wskazując ptaka siedzącego na balu, który odpowiadał na jeden z trzech wyrazów kabalistycznych, znanych z uczty Baltazara.
Kruk przestał bić skrzydłami, i zdawał się oczekiwać chwili do odegrania roli swej w przygotowującej się scenie.
— Fares! zaśpiewała dziewica; nadając temu wezwaniu całą słodycz swojego głosu.
Ptak z krokwi zeskoczył na prawe ramię dziewicy, która uklękła przed starą, przechylając nieco ramię, na którem spoczęła wrona. Wtedy Brocanta wydała ton dziwny, pochodzący przez pół z gardła, przez pół z ust, i zdający się częścią krzykiem, częścią świstem.
Na ten przeraźliwy świst, dwanaście psów jednym susem i potrącając się wzajem wyskoczyły z pudła, i jak przystało na uczone psy, stanęły po prawym i po lewym boku wróżki, siadając na tylnych łapach z powagą doktorów, gotowych zagaić rozprawę filozoficzną i tworząc około stołu doskonały okrąg, w środku którego znajdowała się Brocanta.
Kiedy te przygotowania, zapewnie nieodzowne, zakończyły się hałaśliwie ze strony psów, które przez cały czas manewrów wydawały ponure okrzyki, nastało milczenie.
Brocanta spoglądała kolejno to na ptaka, to na psy, a odbywszy przegląd, wymawiała uroczyście zgłoski pochodzące z obcego języka, jej samej może nieznanego, który Arabowie mogli wziąć za francuzki, ale którego francuzi nie wzięliby zapewne za arabski.
Nie wiemy, czy Babolin, Róża i Justyn rozumieli znaczenie tych wyrazów, ale to zaręczyć możemy, że rozumiały je psy i wrona, o ile sądzić można po równych i rytmicznych naszczekiwaniach psów, oraz po przeraźliwym krzyku ptaka, naśladującym tęż samą chrapliwą nutę, jaką wydawała stara dla zwołania swej sfory.
Następnie, szczekania ustały; gdy głos ptaka ucichł, psy, które z uszanowaniem siedziały na ogonach, patrząc na siebie melancholijnie, razem udały się spać. Co do Faresa, ten zeskoczył z ramienia Róży na głowę starej i uczepił się na niej, zatapiając szpony w siwych włosach Brocanty.
Taki wtedy obraz przedstawiłby się malarzowi: Poddasze ciemne, oświetlone kilku tylko promieniami dnia, z ciężkością przeciskającego się przez rzadkie otwory. Stara siedząca z psami rozciągniętemi w okrąg około niej; Babolin skulony u jej nóg; Róża stojąca wzdłuż słupa. Grupa ta była oświecona czerwonawym połyskiem glinianego kagańca. Justyn stał blady, niecierpliwy, przez pół niknący w cieniu. Wrona od czasu do czasu biła skrzydłami i wydawała złowrogie okrzyki. Obraz był fantastyczny, dziwny, który mógłby podziałać na imaginację mniej zajętą, niż Justyna.
Oświetlona, jak powiedzieliśmy, dymnym i czerwonawym połyskiem kagańca, czarownica wyciągnęła rękę w powietrzu i gołą tą, a bezmięsistą ręką zataczała olbrzymie koła.
— Cicho bądźcie wszyscy! zawołała, karty będą przemawiać.
Psy i wrona ucichły.
Wtedy chropowatym głosem Brocanty, karty rozpoczęły tajemnicze objawienia.
Nasamprzód, stara sybilla zmięszała karty i kazała je Justynowi lewą ręką zebrać.
— Rozumie się, rzekła, że pan przychodzisz tu zasięgnąć wiadomości o osobie, którą kochasz?
— O! którą uwielbiam! rzekł Justyn.
— Dobrze... Pan jesteś niżnikiem żołędnym, to jest młodzieńcem przedsiębiorczym i zręcznym.
Justyn uśmiechnął się smutno; inicjatywa i zręczność, były to przeciwnie, dwa przymioty, na których mu istotnie zbywało.
— „Ona,“ jest damą czerwienną, czyli kobietą czułą i kochającą.
To przynajmniej dobrze odpowiadało charakterowi Miny.
Po zmięszaniu i zebraniu kart, gdy Justyn miał być wyobrażonym przez niżnika żołędnego, a Mina przez damę czerwienną, Brocanta odwróciła najprzód trzy karty.
Sześć razy rozpoczynała toż samo. Za każdym razem, jak były dwie karty tej samej maści, brała kartę najwyższą i kładła ją przed sobą, układając od lewej do prawej. Po sześciu ciągnieniach miała kart sześć. Ukończywszy tę pierwszą czynność, znowu zmieszała talję, kazała zebrać lewą ręką i rozpoczęła toż samo doświadczenie, wciąż odkładając karty jedna za drugą, obok siebie, aż wyszły dwie karty przedstawiające Minę i Justyna.
Czarownica, zacząwszy od niżnika żołędnego, narachowała siedm kart od prawej do lewej.
— Otóż, rzekła, ta którą pan kochasz, jest siedmnastoletnią dziewicą o płowych włosach.
— Tak jest, odpowiedział Justyn.
Odrachowała znowu siedm i padła na siódemkę czerwienną odwróconą.
— Zamiary spełzły!... Powziąłeś pan względem niej i razem z nią zamiar, którzy nie mógł się urzeczywistnić.
— Niestety! westchnął Justyn.
Stara znowu odrachowała siedm i padła na dziesiątkę żołędną.
— Zamiary te zburzyły pieniądze niespodziewane, coś nakształt pensji albo spadku.
Narachowała znowu siedm i padła na dziesiątkę winną.
— I, dziwna rzecz, mówiła dalej, pieniądze te, które zazwyczaj wywołują uśmiech, panu przyniosły łzy.
Rachowała dalej i padła na asa winnego.
— List, który panu posłałam, rzekła, pochodzi od panienki, która zagrożona jest więzieniem.
— Więzieniem? zawołał Justyn. Niepodobna!
— O! karty tak mówią... Więzieniem, zamknięciem, usunięciem.
— W samej rzeczy, wyrzekł z cicha Justyn, jeżeli ją porwano, to dlatego, ażeby ją ukryć... Mów dalej, dalej, wszystko dotąd jest prawdą.
— List przyszedł podczas wizyty przyjaciół.
— Tak... i dobrych przyjaciół.
Brocanta znowu odliczyła siedm i padła na damę winną.
— Złe pochodzi, rzekła, od kobiety brunetki, którą ukochana pańska ma za swą przyjaciółkę.
— Może panna Zuzanna de Valgeneuse?
— Karty mówią: „Brunetka,“ nie wyjawiają imienia.
Rachowała znów i padła na ósemkę winną.
— Tym chybionym zamiarem było małżeństwo.
Justyn dyszał: dotąd, czy to skutkiem przypadku czy czarnoksięstwa, karty mówiły prawdę.
— Dalej, o! dalej, na imię nieba! zawołał.
Dalej padła na jeden z asów.
— O! o! zmowa!
Po siedmiu innych kartach trafiła na króla żołędnego.
— W tej chwili dopomaga panu, rzekła, człowiek prawy, lubiący wyświadczyć przysługi.
— Salvator! pomyślał Justyn.
— Ale doznaje przeszkód w swych zamiarach! dodała stara, cokolwiek przedsiębierze dla pana w tej chwili, opóźnia się.
— A dziewica? dziewica?... pytał Justyn.
Stara narachowała siedm i padła na niżnika winnego.
— O! rzekła, została porwana przez młodego człowieka złych obyczajów.
— Kobieto! zawołał Justyn, gdzie ona jest? gdzie ona jest? powiedz, a dam ci wszystko, co posiadam!
I sięgnąwszy do kieszeni, wydobył z niej garść pieniędzy, które gotował się rzucić na stół, gdy uczuł się schwytanym za rękę.
Odwrócił się; był to Salvator, który wszedł niewidziany i niesłyszany, on to sprzeciwił się tej przesadnej hojności.
— Włóż te pieniądze napowrót do kieszeni, rzekł do Justyna, zejdź, skocz na konia Jana Roberta, pędź cwałem do Wersalu, postaraj się, ażeby nikt nie wszedł do pokoju Miny i bacz, ażeby nikt nogą nie stąpił na dziedziniec rekreacyjny; o wpół do dziewiątej będziesz mógł być u pani Desmarets.
— Ale... odezwał się Justyn z wahaniem.
— Jedź, nie tracąc ani minuty, rzekł Salvator, koniecznie!
— Ależ...
— Jedź, albo nie ręczę za nic!
— Jadę, rzekł Justyn.
Potem, odchodząc:
— Bądź spokojna, krzyknął do Brocanty, zobaczę się z tobą.

Zbiegł szybko, wziął uzdę z rąk Jana Roberta, wskoczył na siodło zręcznie, jak syn rolnika nawykły od dziecka do dosiadania wszystkich koni i popędził cwałem przez ulicę Copeau, to jest drogą najkrótszą prowadzącą ku Wersalowi.

V.
Jako karty mają zawsze słuszność.

Zwolniony do pilnowania konia, Jan Robert omackiem poszukał schodów, których położenie wskazał mu Salvator, za powrotem z policji, jego pierwszego zastawszy na posterunku.
Na widok Salvatora, stara porzuciła karty z głębokiem westchnieniem; psy powróciły do pudła, wrona zasiadła na belce.
Gdy z kolei wszedł Jan Robert, zobaczył więc tylko grupę, która ze względu na swą malowniczość, byłaby ucieszyła jego przyjaciela Petrusa i która dla tegoż samego przymiotu zajęła natychmiast jego serce poety.
Brocanta z widocznym niepokojem oczekiwała, co powie Salvator.
Dzieci uśmiechały się do niego, jako do przyjaciela, ale każde z innym wyrazem. U Babolina wyraz ten oznaczał figlarność, uśmiech Róży był melancholijny.
Ale ku wielkiemu zdziwieniu Brocanty, Salvator zdawał się nie zwracać żadnej uwagi na to, co się stało.
— Brocanto? zapytał, jak się ma Róża.
— Dobrze, panie Salvatorze, bardzo dobrze! odpowiedziała dziewica.
— Ja nie ciebie pytam, niebożątko, ale tę kobietę.
— Ona kaszle trochę, panie Salvatorze, rzekła stara.
— Czy lekarz był?
— Był, panie.
— I cóż powiedział?
— Że przedewszystkiem trzeba opuścić to mieszkanie.
— Dobrze zrobił, że ci to powiedział, ja ci to oddawna mówię, Brocanto. Potem surowiej i marszcząc brwi: Dlaczego to dziecko ma jeszcze nogi gołe? zapytał.
— Nie chce włożyć ani pończoch, ani trzewików, panie Salvatorze.
— Czy to prawda, Różo? zapytał młodzieniec łagodnie, tonem jednakże nie wolnym od wyrzutu.
— Ja nie chcę włożyć pończoch, ponieważ mam tylko grube pończochy wełniane; nie chcę włożyć trzewików, bo mam tylko z grubej skóry.
— Dlaczego Brocanta nie kupi ci pończoch bawełnianych i bucików kozłowych?
— Bo to za drogo, panie Salvatorze, a ja jestem ubogą.
— Mylisz się, nie jest tak drogo, rzeki Salvator, a kłamiesz, bo nie jesteś ubogą.
— Panie Salvatorze?
— Cicho! I uważaj dobrze!
— Uważam, panie Salvatorze.
— I usłuchasz?
— Będę się starała.
— I usłuchasz? powtórzył młodzieniec głosem rozkazującym.
— Usłucham.
— Jeżeli za tydzień, słyszysz?... jeżeli za tydzień nie znajdziesz izby dla siebie i dla Babolina, izdebki z powietrzem i słońcem dla tego dziecka, a komórki osobnej dla psów, to ja ci odbiorę Różę.
Stara objęła kibić dziewicy i przycisnęła ją do siebie, jak gdyby Salvator groźbę swą chciał spełnić natychmiast.
— Pan odebrałbyś mi moje dziecko! zawołała stara, moje dziecko, które jest przy mnie od siedmiu lat?
— Nasamprzód, to nie twoje dziecko, rzekł Salvator, to dziecko przez ciebie skradzione.
— Uratowane, panie Salvatorze, uratowane!
— Skradzione, czy uratowane, rzecz tę rozstrzygniesz z panem Jackalem.
Brocanta umilkła, ale silniej jeszcze przycisnęła Różę.
— Nie po to wreszcie przyszedłem, mówił dalej Salvator, przyszedłem względem tego biednego chłopca, którego obierałaś z pieniędzy, kiedym wchodził.
— Ja go nie obierałam, panie Salvatorze; brałam to, co mi dawał dobrowolnie.
— Którego więc oszukiwałaś.
— Nie oszukiwałam go, mówiłam mu prawdę.
— A skąd wiedziałaś tę prawdę?
— Z kart.
— Kłamiesz!
— Jednakże karty...
— Są środkiem oszustwa!
— Panie Salvatorze, na głowę Róży zaklinani się, że wszystko, co mu powiedziałam, jest prawdą.
— Co mu powiedziałaś?
— Że kocha młodą, siedmnastoletnią blondynkę.
— Kto ci to powiedział
? — To stało w kartach.
— Kto ci to powiedział? powtórzył rozkazująco Salvator.
— Babolin, który dowiedział się o tem w mieście.
— A! to ty się tem zajmujesz? rzekł Salvator do Babolina.
— Przepraszam, panie Salvatorze, nie wiedziałem, że źle czynię, mówiąc to Brocancie; wiadomo było na całem przedmieściu św. Jakóba, że pan Justyn kocha się w pannie Minie.
— Mów dalej Brocanto. Co mu jeszcze powiedziałaś?
— Powiedziałam mu, że go ta panienka kocha, że był zamiar zaślubin, ale że spełzł na niczem, wskutek otrzymania niespodziewanych pieniędzy.
— Kto ci to powiedział?
— A cóż, panie Salvatorze; dziesiątka żołędna oznacza pieniądze, a ósemka winna zamiar niedoszły.
— Kto ci to powiedział, Brocanto? nalegał Salvator, niecierpliwiąc się coraz bardziej.
— Poczciwy proboszcz, panie Salvatorze... poczciwy proboszcz o białych włosach, który z pewnością nie skłamał. Mówił on w gromadzie wypytujących go ludzi: „I ktoby to pomyślał, że te marne dwadzieścia tysięcy franków“... Nie wiem, czy mówił dwanaście, czy dziesięć.
— Mniejsza o to!
— „I ktoby pomyślał, mówił dobry proboszcz, że te marne dwanaście tysięcy franków, które przywiozłem, sprawią całe to nieszczęście “.
— Dobrze, Brocanto. A potem, co mu jeszcze mówiłaś?
— Powiedziałam, że pannę Minę porwał młody brunet.
— Zkąd to wiesz?
— Był tam niżnik winny, panie Salvatorze, a niżnik winny...
— Zkąd wiesz, że tę pannę porwano? powtórzył Salvator uderzając nogą.
— Widziałam ją, panie.
— Jakto, widziałaś ją?
— Jak pana widzę, panie Salvatorze.
— A gdzie?
— Na placu Maubert.
— Ty widziałaś Minę na placu Maubert?
— Tej nocy, panie Salvatorze, tej nocy... Przeszłam przez ulicę Galande, wchodzę na plac Maubert, a w tem pędzi kareta jakby ją kto gonił; szyba się spuszcza i słyszę krzyk: „Ratujcie, ratujcie! porywają mnie!“ i piękna płowa główka wychyla się za drzwiczki. Jednocześnie ukazuje się druga głowa, młodego bruneta z wąsami... On wciąga w tył tę, która krzyczała i spuszcza szybę, ale dziewica miała czas opuścić szybę.
— A ten list?
— Doręczyłam panu Justynowi.
— Która wtedy była godzina?
— Mogła być piąta zrana, panie Salvatorze.
— Dobrze, czy już wszystko?
— Wszystko.
— Na głowę Róży?
— Na głowę Róży.
— Czemu nie opowiedziałaś poprostu panu Justynowi tego, co zaszło?
— Skusiło mnie coś, panie Salvatorze; on rozpowie wydarzenie, a to zjedna mi klientów.
— Masz oto, Brocanto, luidora za to, że powiedziałaś prawdę, odrzekł Salvator, ale z tego luidora kupisz temu dziecku trzy pary pończoch bawełnianych i buciki kozłowe.
— Ja chcę buciki czerwone, panie Salvatorze, odezwała się Róża.
— Wybierz, jakiej zechcesz barwy, moje dziecko. Potem odwracając się do Brocanty: Słyszałaś, rzekł, jeżeli za tydzień, dzień w dzień, godzina w godzinę, nie wyprowadzisz się ztąd, odbiorę ci Różę.
— O! mruknęła stara.
— A ty, Różo, jeżeli cię zastanę jeszcze z bosemi nogami, to cię każę ubrać tak, jak byłaś ubraną, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem przed pięciu laty.
— O! panie Salvatorze! zawołała dziewczyna.
Wtedy, zbliżając się po raz ostatni do starej:
— Nie zapominaj, Brocanto, rzekł do niej półgłosem, że mi za to dziecię odpowiadasz głową! Jeżeli ją zamęczysz w tem poddaszu, to ja cię zamorzę mrozem i głodem w więzieniu.
I po tej pogróżce nachylił się ku dziewicy, która ze swej strony podała mu czoło.
Potem, wychodząc z komórki, dał znak Janowi Robertowi, ażeby poszedł za nim.
Jan Robert rzucił ostatnie spojrzenie na starą i dwoje dzieci i z kolei ruszył w ślad za Salvatorem.
— Kto to jest ta osobliwa dziewczynka? zapytał Salvatora, gdy wyszli na ulicę.
— Bóg to sam wie! odpowiedział tenże.
Idąc ulicą Copeau, a następnie Mouffetard, opowiedział poecie wypadek z nocy 20-go sierpnia.
Opowiadanie nie było długie, jak wiemy; skończyło się gdy dwaj młodzieńcy stanęli na Pont-Neuf.
— Stój! rzekł Salvator, opierając się o sztachety posągu Henryka IV-go.
— Tu się zatrzymamy? zapytał Jan Robert.
— Tu.
— Dlaczego?
— Ażeby poczekać.
— A na co?
— Na powóz.
— Który nas zawiezie?
— O! mój drogi, jesteś zanadto ciekawy.
— Jednakże...
— Jako poeta dramatyczny, musisz wiedzieć, że w tem sztuka, ażeby oszczędzać efektów.
— Jak chcesz... Czekajmy.
Nie czekali długo.
W dziesięć minut, powóz zaprzężony w dwa silne konie, zatrzymał się naprzeciwko posągu Henryka IV-go.
Mężczyzna mniej więcej czterdziestoletni otworzył drzwiczki mówiąc:
— Ruszajmy prędzej.
Dwaj młodzieńcy weszli.
— Tam gdzie wiesz, rzekł z głębi powozu do woźnicy.
Powóz ruszył cwałem.

XI.
Pan Jackal.

Opowiadamy czytelnikom to, czego Salvator nie uznał za właściwe opowiedzieć Janowi Robertowi.
Rozstając się z Justynem i Janem Robertem na przedmieściu św. Jakóba, Salvator, jak powiedzieliśmy, udał się do prefektury policji.
Wszedł nareszcie w tę brudną, dziurę, która nazywa się ulicą Jerozolimską, wazką, ciemną, błotnistą, gdzie słońce nigdy nie dochodzi.
Salvator wszedł do prefektury swobodnie, jak ktoś obeznany z tym ponurym przybytkiem. Była siódma godzina rano, zaledwie dniało. Zatrzymał go szwajcar.
— Hej, panie! zawołał gdzie to pan idziesz?
— Cóż to? rzekł Salvator odwracając się.
— A! przepraszam! nie poznałem was, panie Salvatorze. Potem dodał, uśmiechając się: To wasza wina, ubrany pan tak po pańsku.
— Czy pan Jackal jest już w biurze? zapytał Salvator.
— Właściwie mówiąc, on jest jeszcze; przepędził tam całą noc.
Salvator przebył dziedziniec, podszedł pod sklepieni© umieszczone naprzeciw bramy, zwrócił się na schody z lewej strony, wszedł na drugie piętro, wcisnął się w korytarz i zapytał woźnego o pana Jackala.
— Bardzo zajęty w tej chwili, odpowiedział woźny.
— Powiedz mu, że to Salvator, posłaniec miejski z ulicy Żelaznej.
Woźny zniknął za drzwiami i zjawił się prawie natychmiast.
— Za dwie minuty pan Jackal będzie gotów.
Jakoż, w chwilę potem drzwi się otworzyły, i nim się jeszcze ukazała osoba, dał się słyszeć głos wołający:
— Szukajcie kobiety, powiadam! szukajcie kobiety!
Potem wyszedł mężczyzna, mrugnął oczyma i w cieniu korytarza spostrzegł tego, kogo mu oznajmiono.
— A! to ty, kochany panie Salvatorze! rzekł idąc z pospiechem. Czemu zawdzięczam przyjemność, że cię widzę tak rano?
— Mówiono mi, że pan jesteś bardzo zajęty, odpowiedział Salvator, zdający się przezwyciężać wstręt jaki wzbudzał w nim ten urzędnik o lisiej fizjognomji i nogach jak jamnik.
— To prawda, kochany panie Salvatorze, ale wiesz dobrze, że każde zajęcie gotów jestem rzucić, aby mieć przyjemność porozmawiania z tobą.
— Wejdźmyż do pańskiego gabinetu, rzekł Salvator, nie odpowiadając na uprzejmy frazes Jackala.
— Niepodobna: dwadzieścia osób oczekuje na mnie.
— Czy na długo masz pan zajęcia z temi dwudziestoma osobami?
— Prawie na dwadzieścia minut, minuta na osobę. O dziewiątej muszę być w Bas-Meudon.
— W Bas-Meudon?
— Tak.
— Cóż u djabła masz pan tam do czynienia?
— Poświadczyć zaduszenie gazem węglowym.
— Zaduszenie?
— Tak; dwaj młodzi ludzie zadusili się. Starszy ma, zdaje się, dwadzieścia cztery lat.
— Biedni chłopcy! rzekł Salvator z westchnieniem. Potem, wracając do sprawy Justyna. Do licha! Bardzo mi nie na rękę, że nie mogę z panem należycie się rozmówić, miałem panu oznajmić coś bardzo ważnego.
— Przychodzi mi na myśl...
— Słucham pana.
— Jadę powozem, będę sam, jedź pan ze mną: opowiesz, mi wypadek przez drogę. W kilku słowach, o co idzie?
— O porwanie.
— Szukajcie kobiety!
— A właśnie jej szukamy.
— Nie, nie; to nie chodzi o kobietę porwaną.
— A o jaką?
— Tę, która się przyczyniła do porwania tamtej.
— Sądzisz pan, że w tej sprawie jest kobieta?
— Kobieta jest we wszystkiem, panie Salvatorze; i to właśnie tak utrudnia nasze powołanie. Wczoraj dano mi znać, że dekarz zabił się spadając z dachu...
— I powiedziałeś: „szukajcie kobiety!“
— Była to pierwsza rzecz, którą powiedziałem.
— I cóż.
— Śmieli się ze mnie, mówili, że mam manię. Zaczęto szukać kobiety i znaleziono ją.
— A to jak?
— Głupiec ten odwrócił się dla zobaczenia kobiety ubierającej się w przeciwległej izbie, i tak mu było przyjemnie rozglądać się w niej, że zapomniał gdzie stoi; noga mu się osunęła, i hop...
— I zabił się?
— Na śmierć!... A co jedziesz pan ze mną do Bas-Meudon?
— Dobrze, ale mam przyjaciela.
— Są cztery miejsca w powozie. Fargeau, rzekł pan Jackal do woźnego: każ zaprzęgać.
— Ależ ja muszę jeszcze wprzód być na ulicy Triperet i powrócić.
— Daję panu pól godziny.
— Gdzie się zejdziemy?
— Czekajcie na mnie przy posągu Henryka IV-go, tam zatrzymam powóz; wejdziecie, i w drogę!
Poczem pan Jackal wrócił do biura a Salvator udał się na ulicę Triperet po Jana Roberta.
Rzeczy odbyły się według programu: dwaj młodzieńcy zasiedli w powozie pana Jackala, i wszyscy trzej kłusowali ku Bas-Meudon.
Pan Jackal był dawniej komisarzem policji, dziwne zdolności posuwały go wyżej ze stopnia na stopień, aż postawiły na szczycie policji bezpieczeństwa.
Pan Jackal znał wszystkich złodziejów, wszystkich oszustów, wszystkich cyganów z całego Paryża; uwolnieni z więzień, złodzieje wszystkich gatunków, nowo zaciężni i emeryci, wszystko to roiło się pod jego szerokiem spojrzeniem w blotnistem pandemonium starej Lutecji, nie mogąc ujść jego wzroku pomimo ciemnej nocy, głębokości jam, mnóstwa różnych szynkowych kryjówek. Na sam widok wykrojonej okiennicy, wybitej szyby, razu zadanego nożem, zwykł był mawiać:
— Ho! ho! znam ja tę sztukę; to robota tego lub tego.
I rzadko kiedy się mylił.
Pan Jackal zdawał się nie ulegać żadnej z potrzeb natury. Gdy nie miał czasu na śniadanie, to nie śniadał; nie miał czasu na wieczerzę, to nie wieczerzał; nie miał czasu spać to nie spał. Nosił on zarówno szczęśliwie i swobodnie jakiekolwiek przebranie. Kapitalista z Marais, generał Cesarstwa, szwajcar znacznego domu, stróż z małego, kupiec korzenny, hecarz; miałeś z niego coś chciał, a przechodził w tem najzręczniejszego komedjanta.
Pan Jackal nie miał ani ojca, ani matki, ani żony, siostry, brata, syna, córki; był sam na świecie, i zda się, pozbawiła go rodziny względna Opatrzność, ujmując świadków tajemniczego życia.
Powagą jego zasad filozoficznych był Wolter, nad którego dziełami pogrzebał wierzenia dawne.. Nie wierzył w dobro; dla niego zło przewodziło stworzeniu. Powściąganie zła zdawało mu się celem życia; nie rozumiał on świata z innem przeznaczeniem.
Ludzie wydawali mu się wielkim zbiorem marjonetek, wykonywających rozmaite powołania między temi marjonetkami, kobiety, według niego, poruszały sprężyny. Miał on też monomanję, której próbkę, widzieliśmy przy pierwszych słowach jakie wymówił, otwierając drzwi swego gabinetu; monomanję, która prawie bez zawodu doprowadzała go do odkrycia zbrodni, której chciał wyszukać sprawcę. Ilekroć oznajmiono mu spisek, zabójstwo, kradzież, porwanie, wyłamanie, świętokradztwo, samobójstwo, dawał on jednaką odpowiedź. „Szukajcie kobiety!“ Szukano kobiety, a gdy ją znaleziono, nie było już co robić: reszta przychodziła jak z płatka.
Był wiernym swej zasadzie, mówiąc do Salvatora, z powodu porwania Miny: Szukajcie kobiety.
Takim był człowiek, z którym i w którego powozie, Salvator i Jan Robert jechali wzdłuż Tuilleries.
Ale! zapomnieliśmy jeszcze jednego charakterystycznego rysu fizjognomji pana Jackala; nosił on zielone okulary, nie dlatego, ażeby lepiej widzieć, lecz ażeby jego mniej widziano.

XII.
Szukajcie kobiety.

Przyjmując do swego powozu dwóch młodzieńców, pan Jackal zaczął od podniesienia okularów i rzucił na Jana Roberta jedno z tych tęczowych spojrzeń, które odkrywały mu całego człowieka w znaczeniu moralnem i fizycznem.
Po sekundzie spuścił okulary (a czynność podnoszenia i opuszczenia wykonywał bez pomocy rąk, tylko ściągnięciem mięśni między czołem, a nosem). Poznał być może, Jana Roberta, poetę, który, jak powiedzieliśmy, przeszedł już przez pierwszą linję popularności; albo też uczciwe rysy młodzieńca wystarczały mu do wskazania, że z tej strony nie będzie miał nigdy nic do czynienia.
— A więc, rzekł, usadowiwszy się dogodnie w zakącie powozu, który to zakąt pragnął koniecznie ustąpić Salvatorovi, ale ten za nic go nie chciał przyjąć; a więc, powiadamy, że chodzi o porwanie?
Pan Jackal dobył tabakierkę, tabakierkę prześliczną, delikatne cacko, które musiało zawierać pastylki dla pani Pompadour lub Dubarry, zażył z rozkoszą tabaki.
Każdy człowiek ma swą słabą stronę, piętę Achilesową. Pan Jackal miał również punkt taki, a dopuścilibyśmy się niedokładności historycznej, pomijając go. Mógł pan Jackal obejść się bez jedzenia, bez picia, bez spania, ale nie mógł się obejść bez tabaki. Tabakierka i tabaka, były to rzeczy dlań nieodzowne. Pociągnął więc tabaki, mówiąc: — Opowiedzcie mi to, proszę.
To co miał usłyszeć powtórnie, pan Jackal słyszał już raz, ale niedobrze, między dwoma drzwiami, zajęty inną myślą. Potrzebował usłyszeć to po raz drugi.
Drugie to posłuchanie nie zmieniło w niczem jego przekonania, chociaż opowieść pomnożoną była szczegółami, które Salvator przejął z ust Brocanty.
— I nie szukano kobiety? zapytał.
— Nie było czasu; o tej sprawie dowiedzieliśmy się dopiero o siódmej z rana.
— Do djabła, odezwał się, to oni pewnie tam poprzewracali pokój i podeptali ogród.
— Kto?
— A no, ci głupcy! Przez „tych głupców“, pan Jackal rozumiał przełożoną zakładu, dozorczynie i uczennice.
— Nie, odrzekł Salvator, nie ma niebezpieczeństwa. Justyn pojechał cwałem na koniu pana Jana Roberta, i będzie stał na straży u drzwi.
— Jeżeli przybędzie na czas!
— Jakto, jeżeli przybędzie?
— Czy to tam bakałarz umie jeździć konno?... Trzeba mi to było powiedzieć, byłbym wam dał Huzara.
Huzar, był to jeden z ludzi pana Jackala, któremu dla dzielności w dosiadaniu konia, nadano wykwintny i wyrazisty przydomek Huzara.
— Uczyniłem mu właśnie tę uwagę, rzekł Salvator, ale powiedział mi, że jako syn rolnika, jeździł konno od dzieciństwa.
— Dobrze! A teraz, jeżeli się znajdzie kobieta, wszystko pójdzie gładko.
— Ależ, rzucił Salvator, nie widzę kolo niej żadnej kobiety, którąby można mieć w podejrzeniu.
— Kobiety zawsze trzeba mieć w podejrzeniu.
— Czy nie jesteś pan zbyt bezwzględnym, panie Jackal?
— Powiadasz pan, że miody człowiek uprowadzi! twoją Minę?
— Moją Minę? odrzekł Salvator z uśmiechem.
— No, Minę bakałarza, naszą Minę, słowem!
— Tak. Brocanta, która widziała ich przejeżdżających około czwartej zrana, jak panu powiedziałem, poznała, że to był młody człowiek; utrzymuje nawet, że brunet.
— Po nocy wszystkie koty szare.
I pan Jackal przy tem przysłowiu potrząsnął głową.
— Pan wątpisz? zapytał Salvator.
— Oto tak... Nie zdaje mi się rzeczą naturalną, żeby młody człowiek uprowadzał młodą dziewczynę; to nie jest już w naszych obyczajach. Chyba, że ten młody człowiek należy do wysokiej rodziny, silnej na dworze, i nie obawia się w dziewiętnastym wieku bawić się w Lauzuna i Ryszeljego; może jaki syn para, synowiec kardynała... To starcy dziś porywają, mówię to dla ciebie, panie Salvatorze, a nadewszystko dla tego pana, który robi dramaty, dodał policjant, wskazując na Jana Roberta lekkiem skinieniem głowy, gdyż starość jest bezwładną i zużytą; ale porwanie ze strony młodzieńca, który ma piękność i siłę, to zbrodnia potworna!
— Jednakże tak jest.
— Zatem, szukajmy kobiety! Niezawodnie kobieta umaczała palce w zbrodni; w jakim stopniu, nie wiem; ale kobieta musi odgrywać rolę w tym tajemniczym dramacie. Powiadasz pan, że nie widzisz koło niej żadnej kobiety; a ja widzę same kobiety: nauczycielki, dozorczynie, przyjaciółki z pensji, służebne... A! pan nie wiesz, co to są pensje żeńskie, o! człowieku naiwnego serca! I pan Jackal zażył drugi niuch tabaki. Wszystkie te pensje, widzisz panie Salvatorze, mówił dalej, są to ogniska pożaru, w których żyją i kręcą się panienki piętnastoletnie, na podobieństwo salamander, o których prawią dawni naturaliści. Co do mnie, wiem jedną rzecz: że gdybym miał zaszczyt posiadać córkę na wydaniu, wołałbym ją umieścić u siebie w piwnicy, niż oddać na pensję. E! nie wyobrazisz sobie, jakie to skargi na pensjonaty przychodzą do biura obyczajów; nie żeby przełożone zakładów były zawsze winne, ale dziewczątka są zawsze zakochane; to stara bajka Ewy. Przełożone, ochmistrzynie, dozorczynie, zawsze przeciwne, czuwają, jak psy około dworu, lub warty około kasy. Ale jak tu znaleźć sposób na to, by wilk nie wszedł do owczarni, kiedy sama owca otwiera drzwi wilkowi?
— Ten wypadek nie ma tu miejsca, Mina ubóstwia swojego Justyna.
— A więc to przyjaciółka urządziła interes. Dla tego też mówiłem i powtarzam: Szukajmy kobiety!
— Zaczynam przystawać do pańskiego zdania, panie Jackal, odezwał się Salvator, marszcząc czoło, jak gdyby dla zmuszenia myśli do zatrzymania się na jakimś ciemnym i podejrzanym punkcie.
— Oczywiście, mówił dalej policjant, nie wątpię o prawości naszej Miny. Pewien jestem, że przybywszy do zakładu, nie przyniosła z sobą żadnego nasienia, któreby zepsuło rośliny, jakie ją otaczały. Wychowana starannie, mogła tylko posiadać skarby dobroci i niewinności, jakie zebrała pod okiem swych przybranych krewnych. Ale za jeden niewinny kwiatek rozlewający swą czystą woń, ileż to złych roślin wydaje szkodliwe wyziewy, któremi mimo to od dzieciństwa musiało oddychać! Dziecko, które uważamy za lekkie i nieuważne, nigdy nic nie zapomina, panie Salvatorze, pamiętaj to dobrze. To co ma lat dziesięć,, widywało w teatrach Ambigu lub Gaieté niewinne czarodziejstwa: jeżeli to chłopiec, to w piętnastu latach zapragnie rycerskiej włóczni, by nią przebijać olbrzymów pilnujących i prześladujących księżniczkę jego wyboru; jeżeli dziewczyna, wyobrazi sobie, że sama jest tą księżniczką prześladowaną przez rodziców i dla połączenia się z kochankiem, z którym ją rozdzielono, użyje wszystkich sposobów, jakie jej objawił czarodziej Maugis albo nimfa Kolibri. Nasze teatry, muzea, sztychy po wystawach, magazyny, przechadzki, wszystko przyczynia się do zbudzenia w sercu dziecka mnóstwa ciekawości, które w braku ojca lub matki, zaspokoi pierwszy lepszy przychodzień. Wszystko przyczynia się do tego, by wyrodzić i utrzymać w niem tę żądzę dowiedzenia się wszystkiego i zrozumienia wszystkiego, która jest chorobą lat dziecinnych. Nieraz matka nie może wytłómaczyć córce, dlaczego na ulicy kawaler tak prędko pędził za wytwornej kibici kobietą; dla czego na przechadzce pocałowało się dwoje młodych ludzi; dlaczego się ludzie żenią; dlaczego jeden chodzi na mszę, a drugi nie chodzi; a nie mogąc wytłómaczyć córce tajemnic, które ona przewiduje, przerażona jej w miarę lat wzrastającą ciekawością, posyła ją do zakładu gdzie ta od starszych sióstr dowiaduje się tajemnic niszczących zdrowie i cnotę, które następnie przekazuje siostrom młodszym. Otóż to przyczyna, kochany panie Salvatorze, mówię to dla twej przestrogi na wypadek gdybyś chciał się żenić, oto przyczyna, dla której, wychodząc z najpoczciwszego nawet domu dziewczyna, przybywa do zakładu niosąc już w sobie zaród jadowity, który z czasem zarazić może całe pole.
— Ależ, wtrącił Salvator, podczas gdy Jan Robert słuchał z zadziwieniem, jest na to zapewne środek zaradczy?
— Zapewne; jest środek na to tak dobrze jak na co innego; są środki na wszystko na świecie. Ale co robić! Trzeba rozwalić mur silniejszy, wyższy, rozciąglejszy, niż mur chiński: to jest „zwyczaj,“ tę plagę społeczeństw. Oto, naprzykład, od niejakiego czasu, młodzież nabrała smutnego zwyczaju, który tem smutniejszy jest, że nań nie ma sposobu...
— Cóż to za zwyczaj?
— Odbierania sobie życia. Młodzieniec zakochany jest w dziewczynie, która go jeszcze nie kocha; on tedy nie czeka aż go pokocha, ale odbiera sobie życie. Z dziewczętami dzieje się nawzajem toż samo. To znowu oboje kochają się, ale rodzice zabraniają małżeństwa: zabijają się. A czy wiecie dlaczego po większej części zabijają się?
— Pewnie dlatego, że uprzykrzyli sobie życie, rzekł Jan Robert.
— E! nie, panie poeto, odpowiedział policjant, życie nie uprzykrza się nigdy, dowodem, że im człowiek starszy, tem więcej dba o nie. Jest sto samobójstw młodych ludzi niżej lat dwudziestu pięciu, na jedno samobójstwo starca wyżej siedmdziesięciu. Zabijają się, aż przykro powiedzieć!... młodzieniec, na złość kochance, kochanka na złość rodzicom; złość to straszna, która, gdyby się opóźniła rok, miesiąc, tydzień, godzinę, stałaby się niepotrzebną przez miłość kobiety, przez powrót młodzieńca, przez zgodę rodziców. Nie tak bywało dawniej: nie znano samobójstwa, lub znały go zaledwie średnie wieki, to jest trzy lub cztery stulecia, nie liczą poświadczonych dziesięciu samobójstw.
— W średnich wiekach, oświadczył Jan Robert, były klasztory.
— Właśnie! palcem dotknąłeś, młodzieńcze. W razie wielkiego utrapienia, wielkiej boleści, niesmaku w życiu, mężczyzna stawał się mnichem, kobieta zakonnicą: był to sposób zastrzelenia się, uduszenia, utopienia. Ja oto dzisiaj mam zjechać do Bas-Meudon dla poświadczenia samobójstwa panny Karmelity i pana Kolombana. Owóż...
— Za pozwoleniem... wyrzekli razem Salvator i Robert przerywając panu Jackalowi.
— A co?
— Czy panna Karmelita nie była czasem wychowanką z Saint-Denis? zapytał Salvator.
— Ta sama.
— A pan Kolomban, czy tonie szlachcic bretoński? zapytał Jan Robert.
— Ten sam.
— Teraz rozumiem, rzekł do siebie Salvator, ten list, który dziś zrana otrzymała Fragola.
— O! biedny chłopiec! rzekł Jan Robert, słyszałem imię jego wymówione przez Ludowika.
— Ależ dziewica ta była aniołem! zawołał Salvator.
— A młodzieniec, to święty! odparł Jan Robert.
— Bez wątpienia! odezwał się stary wolterjanin, dla tegoteż wrócili do nieba: nie dla nich miejscem była ziemia, biedne dzieci! I wymówił te słowa z dziwnem połączeniem sarkazmu z czułością.
— O! mój Boże! zawołał Jan Robert, biedny Ludowik będzie w rozpaczy.
— O! mój Boże! wyrzekł z cicha Salvator, biedna Fragola będzie bardzo smutna.
— Ależ, odezwał się Jan Robert, czy powody tej śmierci są tajemnicą, czy też mógłbyś je pan wyjawić?
— O! całą katastrofę ze wszystkiemi szczegółami. Możesz pan tylko zmienić nazwiska, a będziesz miał poemat albo romans: zaręczam, że treści jest dostatek.

I jadąc drogą ku Bas-Meudon, pan Jackal opowiedział uważnym młodzieńcom zdarzenie, które, jakkolwiek na pierwszy rzut oka niezależne od dotychczasowych wypadków, zwiąże się z niemi prędzej, czy później.

XIII.
Gdzie dowiedzionem jest, że można przypadkiem, raz na sto, spotkać dobrych sąsiadów.

Dwunasty okrąg był w roku 1827 i jest dotąd najuboższym okręgiem stolicy. Wpośród niego to mieszka największa liczba gałganiarzy, furmanów, partaczy, handlarzy starzyzny, nosiwodów, tragarzy i najemników wszelkiego rodzaju.
Dzieli się na cztery cyrkuły, a ponieważ większa część wypadków tego opowiadania odbywa się w 12 okręgu, przeto w miarę postępu, kolejno ukazywać będziemy czytelnikom fizjognomię tych różnych cyrkułów.
Zaprowadzimy ich naprzód do domu oznaczonego N-rem 330 i 350 przy ulicy św. Jakóba.
Powierzchowność tego domu, w którym zamieszkują bohaterowie powieści pana Jackala była barwy smutnej i ciemnej, w którą czas i deszcz przyoblekają stare mury Paryża.
Wchodziło się do domu wązką furtą, prowadzącą do korytarza, w którym było ciemno nawet o białym dniu. Ktoby wszedł tam pierwszy raz, wziąłby go za jaskinię, prowadzącą do pracowni jakiego gałganiarza albo fałszerza monety; ale po przebyciu ostatniej płyty, zdawałoby mu się, że się dostał do raju ziemskiego. Jakoż, mijając korytarz, wchodziło się w dziedziniec, prowadzący do obszernego ogrodu. Tam można było być olśnionym na widok małego białego domku z zielonemi okiennicami, po którego bokach pięły się bluszcze i winne latorośle poprzegradzane krzakami róż. u stóp zaś jego roztaczało się morze zielonej trawy.
Dom składał się z parteru i dwóch pięter, których okna, dzięki rozkosznemu położeniu budowli, wszystkie wychodziły na ogród. Trzy te piętra, włączając w to i parter, tworzyły sześć mieszkań, z których każde złożone było jednostajnie z trzech pokojów i kuchni.
Cztery z tych mieszkań, dwa na dole i dwa na pierwszem piętrze, zajęte były przez rodziny rzemieślników, pracujących i statkujących, którzy zamiast iść na pijatykę pod rogatki we dnie niedzielne, bawili się wspólnie w ogrodzie latem, zimą w mieszkaniach.
Na drugiem piętrze, mieszkały obok siebie dwie główne osoby tego opowiadania. Na lewo mieszkał młody człowiek pomiędzy 20 a 23 lat. Piękny był, o szczerem obliczu, z jasno-niebieskiemi oczyma, przy włosach płowych, spadających na silne ramiona. Nie był wysoki wzrostem, ale szerokość bark oznaczała w nim siłę niezwyczajną. Urodził on się w Quimper, ale nie trzeba było zaglądać do jego metryki, by przekonać się, że jest bretończykiem, tak jego twarz nacechowana była energią i prawością pięknego plemienia Galijskiego.
Ojciec jego, stary szlachcic ubogi, mieszkający w wieżycy, ostatnim szczątku feodalnego zamku z XIII-go wieku, zburzonego podczas wojny Wandejskiej, posłał syna do Paryża, gdzie tenże miał odbyć naukę prawa.
Ukończywszy tedy szkoły niższe, młody Kolomban de Penhoel usadowił się w tem małem mieszkaniu na ulicy św. Jakóba, gdzie mieszkał już od lat trzech, to jest od roku 1823, w którym rozpoczyna się to opowiadanie.
Ojciec przysyłał mu niewielką sumkę, tysiąc dwieście franków rocznie; dobry ojczysko dzielił w ten sposób wszystko, co mu pozostawało po przodkach. Za mieszkanie płacił Kolomban tylko dwieście franków rocznie; pozostawało mu zatem jeszcze tysiąc franków, to jest majątek dla młodzieńca, który jest wstrzemięźliwy, oszczędny, i pełen statku, jakim był właśnie Kolomban.
Mylimy się, mówiąc, że mu pozostawało tysiąc franków rocznie, z tych tysiąca musi my odciąć wynajęcie fortepianu, po dziesięć franków na miesiąc, jedyny zbytek, którego pozwalał sobie Kolomban.
Było to w styczniu 1823 roku. Kolomban rozpoczął właśnie trzeci kurs prawa; godzina dziesiąta uderzyła na wieży kościoła św. Jakóba. Młodzieniec siadł przy kominku przeglądając kodeks Justyniana, gdy nagle usłyszał żałosne jęczenie. Otworzył drzwi od sieni, i przy drzwiach przeciwległych, spostrzegł młodą dziewicę bladą, z rozczochranemi włosami, tonącą we łzach, która łamała ręce, wołając ratunku.
Lokal przeciwległy mieszkaniu Kolombana, zajęty był przez matkę z córką; matka była wdową po kapitanie zabitym pod Champ-Aubert w kampanji 1814 roku, a żyła z dożywotnej pensji, wynoszącej tysiąc dwieście franków, oraz z szycia, którego jej dostarczały okoliczne szwaczki. Mieszkała ona tam samotnie od pół roku, kiedy pewnego razu Kolomban powracając ze Szkoły Prawa, ujrzał w sieni wysoką i piękną dziewicę, zupełnie nieznajomą.
Kolomban był małomównym z natury, tak, że dopiero w kilka dni po tem zjawisku, które się wreszcie kilkakrotnie powtórzyło, dowiedział się od jednego ze swych sąsiadów z dołu, że panna Karmelita jest córką pani Gervais, jego sąsiadki, że jako córka oficera orderu legji honorowej wychowaną była w zakładzie Saint-Denis, i po skończonej edukacji wróciła do matki.
Spotkanie młodzieńca z dziewicą nastąpiło około sierpnia 1822 roku, w czasie wakacyj. Kolomban tedy w jakiś tydzień po tem spotkaniu, pojechał na dwa miesiące do wieży Penhoel, a za powrotem w listopadzie, rzadką miał aż do stycznia sposobność widywania dziewicy.
Przy spotkaniu przypadkowem kłaniano się grzecznie, ale bez wymówienia słowa. Dziewica była zbyt bojaźliwą,. Kolomban zbyt poważającym. Raz jednakże, gdy młodzieniec raniej wstawszy, niż zwykle, szedł po schodach niosąc codzienne mleko na śniadanie, spotkał dziewicę, która znowu spóźniwszy się nieco, szła po swoje.
Zatrzymała rumieniąc się młodzieńca, który pokłoniwszy się jej nie po studencku, ale po szlachecku (pierwszego wychowania człowiek nigdy nie zapomina), już zmierzał ku swym drzwiom. Zatrzymała go i przemówiła:
— Mam do pana prośbę, rzekła, my z mamą bardzo lubimy muzykę, i zazwyczaj bardzo nam miło słuchać, jak pan godzinkę jakąś wieczorem śpiewa przy fortepianie, ale od trzech dni mama jest ciężko. chora, i chociaż nie użalała się, jednak lekarz, który był u nas wczoraj wieczór podczas gdy pan śpiewałeś, powiedział, że muzyka musi ją nużyć.
— Przepraszam panią, odpowiedział młodzieniec, z kolei czerwieniejąc się po białka oczu, zgoła nie wiedziałem o chorobie mamy, wierzaj mi pani, że nigdybym sobie nie przebaczył, gdybym grał wiedząc...
— O! mój Boże! to ja, panie, powinnabym cię przeprosić, że cię pozbawiam przyjemności, i dziękuję z całego serca, że się jej pan dla nas pozbawiasz.
Pokłonili się wzajem, a wróciwszy do siebie, Kolomban zamknął fortepian, by go nie otworzyć, aż pani Gervais zupełnie wyzdrowieje.
Tylko, że odtąd częściej spotykał dziewicę. Choroba matki pogorszała się, co oliwiła Karmelita biegała od lekarza do apteki, nieraz o późnej godzinie w nocy Kolomban słyszał ją schodzącą. Byłby bardzo pragnął ofiarować jej swoje usługi, ale był równie nieśmiałym jak prawym, kłopotała go forma ofiary więcej niż sama ofiara, tak, że wtedy dopiero ośmielił się, gdy usłyszał dziewicę rozpaczliwie wołającą ratunku.
Było na nieszczęście zapóźno: to nie potrzeba, ratunku znagliła dziewicę do wołania o pomoc, ale trwoga, przerażenie.
Pani Gervais od czterech dni leżała w łóżku, pod ciężką groźbą anewryzmu, który doszedł do ostatniego stopnia, czego lekarz bynajmniej Karmelicie oświadczyć nie chciał.
Ażeby zwalczyć dławienie odejmujące jej oddech, pani Gervais zażądała szklanki wody. Dziewica pospieszyła do pokoju, by wodę cukrem zaprawić, gdy zawrócił ją rodzaj jęku podobny do wołania. Za zbliżeniem się do łóżka zastała matkę z głową w tył przewróconą, podłożyła jej rękę pod szyję; biedna kobieta spoglądała na dziecko swoje w sposób dziwny, nie mogła jak się zdawało mówić, ale cała jej dusza przeszła w oczy.
Karmelita. przerażona, drżąca, a jednak samem przerażeniem silna, wciąż podtrzymywała głowę matki i przytykała szklankę do ust, lecz w chwili, gdy usta miały zetknąć się ze szklanką, pani Gervais wydała głębokie westchnienie, długie, bolesne, potem głowa zwisła całym ciężarem na ramieniu córki i zarazem z nią opadła na poduszkę.
Córka zrobiła wysilenie, podniosła głowę drugi raz, i przytknęła szklankę do ust matki, mówiąc: Napij się, mamo. Ale zęby były ściśnięte, i chora nie odpowiadała. Oczy chorej pozostały nadmiernie otwarte, i zdawały się nie módz oderwać od córki.
Wtedy zdawało się Karmelicie, że szyja, którą ona podtrzymywała, nagle stygnie, i że to śmiertelne zimno i jej się udziela. Przerażona, opuściła głowę matki na poduszkę, postawiła szklankę na stole, rzuciła się na ciało obejmując je oburącz, twarz okrywając pocałunkami i patrząc oczyma równie prawie nieruchomemi, jak oczy matki. Wtedy to dopiero biedna dziewczyna pełna życia, nie mysląc nigdy, ażeby jedyna istota, jaką miała i kochała, mogła umrzeć, doznała okropnego przeczucia.
Zmęczona tem, że nie może doczekać się odpowiedzi, nie śmiejąc dłużej zostawać pod tem spojrzeniem trupiem, obawiając się wszystkiego, a niczego nie będąc pewną, otworzyła drzwi od mieszkania i zaczęła wołać: „Ratunku!“
Kolomban wyszedł i ujrzał jak powiedzieliśmy, dziewicę z włosami rozwianemi, zalaną łzami, łamiącą ręce.
— Panie! panie! rzekła, matka patrzy na mnie, ale mi nie odpowiada!
— Omdlała zapewne z osłabienia, odpowiedział młodzieniec, równie jak ona nie przypuszczając śmierci.
I wszedł do sypialnego pokoju. Zadrżał zobaczywszy to ciało, które przybrało już postać trupa!...
— I cóż, panie?... co?... zapytała Karmelita łkając.
Młodzieniec udał, że wciąż przypuszcza omdlenie, ażeby zwolna przygotować córkę do ciosu, który ma ją spotkać.
— O! zawołał, z matką pani jest bardzo źle, biedne dziecię!
— Ale dlaczego mi nie odpowiada, panie? panie? dla czego ona mi nie odpowiada?
— Zbliż się pani, rzekł Kolomban.
— Nie śmiem... nie śmiem... Dlaczego ona tak na mnie patrzy? czego chce odemnie?... czemu tak we mnie oczy jej utkwiły?...
— Żąda, ażebyś pani zamknęła jej oczy, prosi, ażebyśmy się modlili za spoczynek jej duszy!
— Ależ ona nie umarła, nieprawdaż? zawołała dziewica.
— Uklęknij pani! rzekł Kolomban, dając z siebie przykład.
— Co pan mówisz?
— Mówię, że Bóg, który nam dał życie, ma prawo nam je odebrać, kiedy mu się podoba.
— O! zawołała dziewica jakby piorunem rażona, o! widzę! widzę!... matka moja umarła!
Przechyliła się w tył, jakby sama miała umrzeć.
Młodzieniec schwycił ją w ramiona i przeniósł zemdloną na łóżko, które stało w alkowie sąsiedniego pokoju.
Na krzyki wydawane przez dziewicę, na hałas, jaki wywołała scena przez nas opisana, weszła żona jednego rzemieślnika z pierwszego piętra, z przyjaciółką, która u niej bawiła w tej chwili. Obie kobiety, zastawszy otwarte wszystkie drzwi mieszkania, weszły i zobaczyły Kolombana usiłującego przywrócić do przytomności dziewicę, przez uderzanie rękami jej o swoje. Gdy środek ten nie skutkował, jedna z kobiet chwyciła karafkę stojącą na tualecie i wodą oblała twarz biednej sieroty.
Karmelita przyszła do siebie, drżąca i zziębła; kobiety chciały ją rozebrać i położyć w łóżko. Ale ona, uczyniwszy wysilenie i zrywając się na nogi, odwróciła się do Kolombana.
— Powiedziałeś pan, rzekła, że matka moja żąda, abym jej oczy zamknęła... Prowadź mnie do niej, prowadź mnie, proszę cię! Bo bez tego, dodała ze zgrozą usta swe do ucha Kolombana zbliżając, bez tego, ona patrzyłaby tak na mnie przez całą wieczność!
— Pójdź pani! odrzekł młodzieniec, któremu zdawało się widzieć początki maligny w oczach sieroty.
I oparta na młodzieńcu przeszła przez swój pokój, weszła do pokoju matki, której wzrok chociaż już szklisty, zachował swą straszną nieruchomość, zbliżyła się do łóżka krokiem wolnym, sztywnym, uroczystym i pochylając się nad zwłokami, zapuściła jej powieki pobożnie, jednę po drugiej. Poczem, gdy sił już jej nie starczyło, Karmelita padła i zemdlała powtórnie.

XIV.
Fra Dominico Sarranti.

Młodzieniec ujął Karmelitę w objęcia i jak dziecię przeniósł do sąsiedniego pokoju, w którym oczekiwały dwie kobiety.
Nadeszła chwila, by ją rozebrać i położyć. Kolomban odszedł do siebie, prosząc jednę z sąsiadek, aby mu dała znać, jak tylko się załatwią.
W dziesięć minut potem sąsiadka weszła do Kolombana.
— I cóż? zapytał.
— Przyszła do siebie, rzekła sąsiadka, ale trzyma się za głowę oburącz i wymawia wyrazy bez związku, jakby w malignie.
— Czy ona ma krewnych? zapytał młodzieniec.
— Nie wiem.
— Może ma jaką przyjaciółkę w sąsiedztwie?
— Żadnej przyjaciółki! były to kobiety bardzo spokojne, uczciwe, grzeczne, które żyły nader odosobnione.
— Cóż więc panie myślicie z nią robić; nie może przecie zostawać w tej śmiertelnej komnacie! Trzebaby ją ztamtąd wyprowadzić.
— Oddałabym wprawdzie mój pokój, rzekła sąsiadka, ale cóż, kiedy mamy jedno tylko łóżko... A wreszcie, dodała poczciwa kobieta, jakby mówiąc sama do siebie, mogę posłać mojego spać na strych, a sama prześpię się i na krześle.
Te poświęcenia dla nieznajomych są wyłączną właściwością pewnych niewiast z klasy rzemieślniczej; kobieta z ludu ofiaruje swój obiad, izbę, z większą bezinteresownością, niż sklepikarz szklankę wody. Niech boleść moralna lub fizyczna przyzwie ją ku pomocy, niech to będzie człowiek konający lub w rozpaczy, kobieta z ludu ofiaruje starania, pociechy, pomoc wszelkiej natury z taką szlachetnością i abnegacją, że to wprawia w podziw filozofa i badacza.
— Nie, odrzekł Kolomban, uczyńmy lepiej; przeciągnijmy łóżko panienki do mojego pokoju, a moje do jej alkowy; potem idź pani po księdza, by czuwał nad umarłą, a ja pójdę po lekarza dla niej.
Sąsiadka zdawała się wahać.
— I cóż? zapytał Kolomban.
— To, że ja wołałabym pójść po lekarza, a pan, żebyś poszedł po księdza.
— Dlaczego?
— Dlatego, że ta dobra pani umarła nagle.
— Tak, niestety! bardzo nagle.
— A tem samem, umarła... pan rozumiesz?
— Nie, nie rozumiem.
— Umarła bez spowiedzi.
— Ależ pani sama przyznajesz, że to była święta.
— Tak, ale ksiądz... ksiądz nie tak to uważa.
— Jakto! ksiądz odmówiłby modlitw nad umarłą?
— Nad umarłą, która się nie spowiadała... możnaby pójść o zakład.
— Dobrze... Idź-żeż pani po lekarza, a ja postaram się o księdza.
— O! lekarz mieszka niedaleko, to prawie naprzeciwko.
— Prosiłbym tylko kogoś, coby zaniósł list na ulicę Pot-d-Fer.
— Daj pan, znajdę kogo takiego.
Kolomban siadł przy stole i napisał:
„Pospieszaj, przyjacielu! żywy i umarły potrzebuje ciebie“. I złożywszy list, położył taki adres: „Bratu Dominikowi Sarranti, zakonnikowi św. Dominika, ulica Pot-de-Fer, Nr. 11. “
Potem oddając sąsiadce; Proszę! rzekł.
Po odejściu sąsiadki, Kolomban dokonywał zamierzonych przenosin, przeciągając swoje łóżko do pokoju dziewicy, a jej łóżko do siebie.
Kobieta znajdująca się w odwiedzinach u sąsiadki, zobowiązała się pozostać przy Karmelicie aż do przybycia lekarza, a gdyby było potrzeba, to i noc u jej łóżka przepędzić.
Maligna wzmagała się co chwila.
Kobieta usiadła przy Karmelicie, Kolomban zbiegł do handlu, kupił gromnicę i zapalił przy łóżku chorej.
W nieobecności Kolombana, sąsiadka wróciła z lekarzem i zostawiwszy go przy chorej, oddała zmarłej pobożną usługę, przez skrzyżowanie jej rąk na piersiach i włożenie krucyfiksu.
Kolomban zapalił gromnicę, ukląkł i odmawiał modlitwy za umarłych.
Nie zawiele było dwóch kobiet przy Karmelicie; lekarz rozpoznał pierwsze oznaki meningitis, przepisał receptę zalecając ścisłe jej wykonanie, nie ukrywał ważności wypadku.
Co do matki, ta umarłą skutkiem pęknięcia jednego z większych naczyń serca.
Niejeden rozśmiałby się był na widok dwudziestoletniego młodzieńca, klęczącego przy łożu nieznajomej kobiety i odprawiającego modlitwy za umarłych, z książki do nabożeństwa z herbami rodzinnemu. Ale Kolomban był potomkiem religijnych Bretonów starej daty, który, równie jak jego przodkowie, sprzedałby ziemię i zamki, by pójść za Gaultierem Bezpieniężnym do Jeruzalem, mówiąc „Diex le volt“ (tak chce Bóg). Modlił się więc z żarliwością rzeczywistą, usiłując oddalić od swej modlitwy wszelką myśl ziemską, gdy usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi.
Ten, po którego posłał, przybył na jego wezwanie; brat Dominik, w swym pięknym habicie białym z czarnem, stał na progu.
Nie licząc szkolnych kolegów, których nazywają przyjaciółmi, a którzy stanowią osobny dział, ten młody, 27-letni mnich, był prawie jedynym przyjacielem, jakiego miał Kolomban w Paryża.
Raz Kolomban przechodząc około kościoła św. Jakóba, widział tłum tłoczący się do drzwi kościelnych. Zapytał co to znaczy, odpowiedziano mu, że to młody mnich w długim białym habicie, ma kazanie. Wszedł.
W istocie, mnich młody wiekiem, ale zestarzały, czy to przez boleść, czy przez surowość reguły, stał na kazalnicy i przemawiał. Kazanie jego miało za przedmiot rezygnację. Mnich podzielił je na dwie całkiem różne części. W nieszczęściach, które pochodzą od Boga, to jest: w razach śmierci, w ciężkich przypadłościach, w chorobach nieuleczalnych, mówił:
„Tak, ukorzcie się, bracia moi! schylcie się pod ręką, która was dotyka, módlcie się i wielbijcie Boga! Rezygnacja jest cnotą!“
Ale we wszystkich klęskach pochodzących od ludzi, jakoto: starania zniszczone, zamiary spełzłe, dobytki zmarniałe, mówił:
„Oddziaływajcie przeciw złemu, bracia moi! Powstańcie, silni ufnością w Panu, w prawie swojem i w sobie, idźcie w zapasy, i utrzymujcie walkę! Rezygnacja jest nikczemnością!“
Kolomban czekał aż skończy się kazanie i wychodząc z kościoła, uścisnął rękę mnicha, nie tylko jako osoby oznaczonej cechą świętobliwości, ale jak każdemu człowiekowi, w którym czcił te trzy przymioty, jakie z własnego charakteru ocenić potrafił: Prostotę, uczciwość, siłę.
Od tej chwili dwaj młodzi ludzie odkryli w sobie rzadką wspólność zasad i uczuć. W następstwie tego połączyli się ściśle i rzadko zdarzało się, ażeby raz lub dwa razy w tygodniu, jeden nie był u drugiego na kilka godzin.
Rzućmy okiem wstecz i przypatrzmy się młodemu mnichowi, który zbliża się ku nam poważny i myślący.
Nazywał się Dominik Sarranti i miał w swym charakterze niejeden rys łączący go z tym surowym świętym, którego przypadkiem dano mu za patrona.
Urodził się w Vie-Dessos, małem miasteczku przyleśnem, leżącem tuż nad granicą hiszpańską. Ojciec jego był Korsykaninem, matka Katalonką, on odziedziczył coś po obojgu: miał ponurą pamięć Korsykanina, straszną zaciętość Katalona.
Widząc go na kazalnicy mówiącego z giestami, słysząc jego poważne i surowe słowo, możnaby go wziąć za młodego hiszpańskiego mnicha, co przybył z misją do Francji.
Jego ojciec urodzony w Ajaccio, tegoż samego roku co Bonaparte, przywiązawszy się do doli swego współziomka, przebywał z nim jednakie koleje; towarzyszył zwyciężonemu cesarzowi na wyspę Elbę; za zdradzonym Napoleonem udał się na wyspę św. Heleny. W roku 1816 powrócił do Francji.
Dlaczego tak wcześnie opuścił dostojnego więźnia? Gaetano Sarranti dał za powód klimat niezdrowy, pożerający upał słoneczny. Ci co go znali, nie wierzyli w ten powód i uważali Sarrantego za jednego z tajemniczych agentów, których jak powiadano, cesarz rozpuszczał po Francji, by próbować powrotu ze św. Heleny, tak, jak próbował powrotu z wyspy Elby, albo też, gdyby powrót ten był niepodobnym, by czuwać nad sprawami jego syna.
Wszedł on jako nauczyciel dwojga dzieci, do bardzo bogatego człowieka, nazwiskiem Gerard. Nie były to rodzone dzieci pana Gerarda, ale jego synowiec i synowica.
W tem nagle, 1820-go roku, podczas spisku Nantesa i Berarda, Gaetano Sarranti znikł i mówiono, że udał się do Indji, do dawnego generała Napoleońskiego, który od roku 1813 znajdował się w służbie księcia Lahory.
Wspominaliśmy już o tej ucieczce Gaetana Sarranti, z powodu zniknienia stelmacha z ulicy św. Jakóba, brata matki Boivin; wykazaliśmy, jako skutkiem tego mała Mina znalazłszy zamknięte drzwi, do których zastukała, została zatrzymaną w rodzinie bakałarza. Mówiliśmy też przy tej sposobności, że zbieg korsykański miał syna w seminarjum św. Sulpicjusza.
Synem tym był właśnie człowiek, którego próbujemy dać wizerunek; był to brat Dominik Sarranti, dla swej hiszpańskiej powierzchowności zwany powszechnie Fra Dominico.
Młodzieniec ten zawsze miał skłonność do stanu duchownego; po śmierci matki i po wyjeździe ojca na św. Helenę, umieszczono go w seminarjum.
Za powrotem w roku 1816, ojciec jego z przykrością dowiedział się o dziwnem powołaniu syna, który mógł być wcale czem innem niż księdzem, i próbował wszystkiego, ażeby go zwrócić do życia świeckiego; przywiózł z sobą, tak znaczną sumę pieniędzy, że mógł zapewnić młodzieńcowi niepodległość; ale ten stanowczo odmówił.
W roku 1820, po zniknieniu Gaetana Sarranti, syn jego, wychowaniec, jak powiedzieliśmy, seminarjum św. Sulpicjusza, był kilka razy wzywany przez policję. Raz, towarzysze widzieli go gdy wracał bardziej jeszcze ponury i blady niż zazwyczaj.
Oskarżenie daleko cięższe niż spisek przeciw bezpieczeństwu państwa, ciążyło na ojcu jego. Oskarżony był nietylko o to, że za pomocą środków gwałtownych czyhał na obalenie ustanowionego rządu, ale prócz tego prowadzono przeciw niemu śledztwo, o kradzież sumy trzech kroć sto tysięcy franków, należącej do tegoż pana Gerarda, w którego domu był nauczycielem, przypisywano mu nadto wykradzenie, jak mówiono zrazu, a jak teraz utrzymywano, zamordowanie dwojga dzieci, których kształcenie było mu powierzonem. Prawda, że wkrótce potem zaniechano śledztwa, ale niemniej wygnaniec pozostał pod ciężarem strasznego oskarżenia.
Wszystkie te wypadki sprawiły, że Dominik stawał się coraz bardziej ponurym jako człowiek, coraz bardziej surowym, jako ksiądz.
To też, w chwili wyrzeczenia ślubów, oświadczył, że chce wejść do jednego z zakonów najsurowszej reguły i wybrał zakon św. Dominika, który we Francji przybrał nazwę Jakobitów, a to z powodu, że pierwszy klasztor tego zakonu założony został na ulicy św. Jakóba. Wyrzekł śluby i wyświęcony został na księdza nazajutrz po dojściu do pełnoletności, to jest 7 marca 1821 roku.
Upłynęło tedy nieco więcej niż dwa lata, w epoce do której przyszliśmy, od czasu, jak brat Dominik został księdzem.
W tej porze był to mężczyzna mający około dwudziestu ośmiu lat, oczy miał wielkie, czarne, żywe, jasne, przenikające; spojrzenie głębokie, czoło posępne, oblicze blade i surowe, postawę wyniosłą, energiczną, śmiałą, wzrostem był wysoki, umiarkowany w giestach, zwięzły w słowach; krok jego był szlachetny, wolny, poważny, pod pewnym względem rytmiczny. Wola wreszcie niezłomna i głęboka energia, którą nacechowane było to niezwyczajne oblicze, wykazywały raczej ostrość surowych zasad, niż walkę dumnych namiętności.
Był to prócz tego umysł czerstwy, sąd prawy, serce szczere. Jedyną nieodpuszczalną zbrodnią, jakiej w oczach jego winien był człowiek, było zaniedbanie się względem ludzkości, gdyż w życiu ludów miłość ludzkości zdawała mu się głównym żywiołem; miewał on dziwne wybuchy entuzjazmu, gdy przeczuwał w przyszłości, jakkolwiek dalekiej, powszechną harmonję uzasadnioną na braterstwie narodów.
Gdy mówił o przyszłej niepodległości narodów, nabierał wymowy pociągającej; każdy czuł się wtedy uniesionym nieprzepartą sympatją, słowo jego zostawiało po sobie, jakby odbłysk serca, wlewało w słuchacza siłę; jaśniałeś promieniami jego energji; gotów byłeś chwycić za połę jego sukni i powiedzieć: „Idź naprzód, proroku, ja pójdę za tobą!“ A jednak robak gryzł ten rzadki owoc; robakiem tym było oskarżenie o kradzież i zabójstwo, ciążące na jego ojcu nieobecnym.

XV.
Symfonia wiosny i róż.

Takim był młody mnich, który ukazał się na progu.
Zatrzymał się, uderzony widokiem, który miał przed oczyma.
— Przyjacielu, rzekł głosem smutnym, któremu umiał w potrzebie nadać ton pociechy, kobieta, która tam leży nie jest, spodziewam się, ani matką twoją, ani siostrą.
— Nie, odrzekł Kolomban, miałam lat piętnaście, gdy straciłem matkę a siostry nie miałem nigdy.
— Niech cię Bóg zachowa na pociechę sędziwych dni twojego ojca, Kolombanie.
I gotował się uklęknąć przed umarłą.
— Zaczekaj Dominiku, rzekł Kolomban, posłałem po ciebie...
Dominik przerwał mu.
— Posłałeś po mnie, rzekł, bo mnie potrzebowałeś. Przybyłem i jestem.
— Posłałem po ciebie, przyjacielu, albowiem ta kobieta, którą widzisz tam leżącą, rażona jakby piorunem przez pęknięcie jednego z większych naczyń serca, jakkolwiek dobra chrześcianka i świętobliwa niewiasta, umarła bez spowiedzi.
— Do Boga, a nie do ludzi należy sąd, w jakiem usposobieniu umarła, rzekł mnich. Módlmy się.
I ukląkł w głowach łóżka.
Kolomban widząc, że jest dozorczyni przy córce a ksiądz przy matce, mógł tedy pomyśleć o pogrzebie.
Przechodząc zapytał się o Karmelitę.
Młoda dziewica, osłabiona, usnęła pod wpływem opium przepisanego przez lekarza.
Kolomban wziął wszystkie pieniądze jakie miał u siebie, aż do ostatniego szeląga i urządził z parafią, z zarządem pogrzebowym i cmentarnym wszystkie szczegóły tego piątego aktu życia. Wrócił o siódmej wieczorem.
Zastał Dominika, na rozmyślaniu przy łóżku zmarłej. Sługa Boży na chwilę nie opuścił grobowej komnaty.
Kolomban nalegał, ażeby poszedł się czem posilić.
Mnich zdawał się nie ulegać zwykłym potrzebom życia, zastosował się jednak do nalegań przyjaciela; lecz w dziesięć minut był już z powrotem i zajął miejsce przy łożu zmarłej.
Co do Karmelity, ta zbudziła się ze zdwojoną maligną. Tyle przynajmniej, że biedna dziewica nie mając świadomości swojego stanu, nie wiedziała, co się działo na około niej.
Mniej dotkliwe są najcięższe boleści ciała, niż głębokie udręczenia duszy.
Sąsiadki zajęły się przygotowaniami do pogrzebu; stolarz przyniósł trumnę; dano śrubki w miejsce gwoździ, ażeby nieszczęsna Karmelita w malignie nie usłyszała zabijania trumny matczynej.
Ponieważ śmierć była nagła, przeto nazajutrz dopiero zaniesiono ciało do kościoła św. Jakóba. Brat Dominik odprawił mszę żałobną w osobnej kaplicy. Następnie ciało odwieziono na cmentarz Zachodni.
Kolomban towarzyszył pogrzebowi wraz z dwoma rzemieślnikami, którzy stracili dzienny zarobek dla spełnienia tego religijnego obowiązku.
Gorączka mózgowa Karmelity odbywała swój przebieg; doskonale traktowana przez lekarza, cofała się krok za krokiem przed umiejętnością. Po tygodniu dziewica wróciła do zmysłów, po dziesięciu dniach lekarz dał zapewnienie zdrowia; po dwu tygodniach Karmelita wstała. Łzy jej popłynęły; była ocaloną! Tak jednak osłabła, że zaledwie mogła parę słów wymówić.
Otworzywszy oczy ujrzała w głowach swego łóżka uczciwą twarz Kolombana, ostatnią twarz, którą widziała zamykając oczy, pierwszą, którą spostrzegła po ich otwarciu. Skinęła lekko głową na znak wdzięczności i podzięki, potem wydobyła z pod kołdry rękę wycieńczoną skutkiem gorączki i podała ją młodzieńcowi, który zamiast uścisnąć, ucałował ją z szacunkiem, tak jak gdyby znamię boleści wyryte na czole dziewicy, było w oczach szlachetnego Bretona, tytułem do czci tak wielkim, jak korona na czole królowej.
Miesiąc Karmelita przychodziła do zdrowia, w początkach marca dopiero wróciła do swego pokoju, a Kolomban zajął swoje mieszkanie.
Od tego dnia, przerwało się zbliżenie między obojgiem. Kolomban zachował w zakątku pamięci swej wspomnienie piękności i dobroci dziewicy. Karmelita zachowała w zakątku serca wdzięczność bez granic i uczucie wysokiego szacunku dla Kolombana.
Ale nie widywali się już inaczej, jak tylko dwoje sąsiadów mieszkających na jednem piętrze, to jest w rzadkich odstępach. Gdy się spotkali, powstawała krótka pogadanka na progu drzwi, i na tem koniec; nigdy jedno drugiego nie odwiedziło.
Nadszedł miesiąc maj, ogródek Kolombana dotykał do ogródka Karmelity; prosty płot z bzów wznosił się między dwoma ogródkami. Byli tedy niejako w tym samym ogrodzie, albowiem, skoro wiatr poruszał bzy, żywopłot roztwierał się jakby dla ułatwienia rozmowy, a kwiatki przechylały się to na jednę to na drugą stronę.
Pewnego wieczora, na żądanie Karmelity, młodzieniec otworzył fortepian i z długo zamkniętego instrumentu, milczącego jak serce jego, dobywał harmonijne tony, które przez otwarte okna, brzmiały w cichem powietrzu wieczornem i kołysały Karmelitę, jak świeże powiewy wiosenne.
Miała więc razem woń i melodję. A w gruncie tego wszystkiego, smutek, głęboki smutek!
Biedna Karmelita, była w najgorszem lub najlepszem usposobieniu do kochania, według tego jak chcesz czytelniku kochany, uczynić z miłości boleść lub radość, niedolę lub szczęście.
Zobaczmy teraz, co wyniknie z tego chorobliwego usposobienia duszy.
Powiedzieliśmy w jednym z poprzedzających rozdziałów, że wszystkie domy położone po prawej stronie tej części ulicy Val-de-Grace i ulicy św. Jakóba, doprowadzały do przecudownych ogrodów.
Jakoż, z okien mieszkania Kolombana tudzież Karmelity, z których wychodziło tyle harmonji, a wchodziło tyle woni, śliczna rozwijała się panorama. Z prawej strony od północy, ogromny zagajnik pełen topoli i drzew wielkich. Z lewej, od południa, szereg ogrodów zarosłych akacją, bzem, jaśminem i cytrynami alpejskiemi, których żółte kwiaty zwieszały się w gronach. Od zachodu, niby hamak zieloności, za który zachodziło słońce, szczyty drzew ogrodu Luksemburskiego. Nareszcie, w środku trójkąta utworzonego przez te punkty, jeden z najpiękniejszych widoków, jakie mogą przedstawić się oczom poety lub zakochanego.
Wyobraźmy sobie pole róż, na jakie dwadzieścia kilka prętów, kwitnących około małego grobowca zbudowanego w stylu XVIIgo wieku.
Pewnego dnia, pod koniec miesiąca maja, Karmelita i Kolomban siedzieli przy swych oknach, patrząc i oddychając wonnościami; dziewica była jakby olśniona widokiem, odurzona zapachem.
Cały dzień upał był duszący, potem deszcz padał kilka godzin, a około siódmej godziny Karmelita po otworzeniu okna, zdziwioną została zobaczywszy całe w kwiatach to różane pole, które wczoraj jeszcze widziała w pączkach. Tak samo nie rozumiała tego nagłego rozkwitu roślin, jak w dniu boleści, którego wspomnienie wciąż tkwiło w jej pamięci, nie rozumiała nagłego przejścia z życia do śmierci. Wieczorem też, gdy oboje zeszli do ogrodu i rozdzieleni byli żywopłotem bzów już okwitłych, Karmelita zapytała Kolombana, o tę nagłę przemianę pączków na kwiaty.
Karmelita była bardzo nieświadomą w botanice, gdyż w epoce, w której odbywają się nasze wypadki, nauka ta uważana była za zbyteczną dla kobiety.
Kolomban, który nieraz miał sposobność dostrzedz tę niewiadomość, rozpoczął wtedy, zawsze przez ruchomy mur zieloności, kurs fizjologji roślinnej, ogałacając tę umiejętność z wyrazów niezrozumiałych szczególniej dla kobiet, któremi nastroszyli ją uczeni. Dał jej następnie poznać solidarność istniejącą pomiędzy wszystkiemi państwami natury, jak człowiek nie może się obejść bez rośliny, a roślina bez człowieka, jak wszystko urządzone jest na święcie, w sposób tak harmonijny, że jedno szwankowałoby bez drugiego. Odkrył jej tajemnicę odżywiania roślin, wytłómaczył jej jak czerpią jednocześnie przez korzeń i przez liście, w ziemi i w powietrzu, pierwiastki potrzebne do swego rozwoju, nauczył ją nareszcie, że rośliny śpią, oddychają, mnożą się tak, jak zwierzęta, i młody jej umysł napełnił zdziwieniem oświadczając, że pewne rośliny mają ruchy przyrodzone, sprzeczne ze zwyczajną nieruchomością państwu roślinnemu właściwą. Chciał się kilkakrotnie zatrzymać, z obawy, by jej nie znużyć, albo nie znudzić, ale gdyby mrok i liście nie były mu zasłaniały twarzy Karmelity, byłby na niej wyczytał najgłębsze uniesienie.
Naraz, od fizjologji roślinnej, na widok gwiazdy spadającej, przeszli do astronomji; od wonnych kwiatów zieleni do świetlanych kwiatów nieba; wymienili imiona mitologiczne nadane przez ludzi wszystkim tym światom nieznanym, przedmiotom wiekuistej ciekawości ludzkiej.
Niebo, ziemia, morze, czasy obecne, starożytność, Grecja, Egipt, Indje, te trzy przodownice cywilizacji świata, poruszone zostały, by obchodzić uroczyście pierwsze godziny spoufalenia się dwóch młodych dusz, podczas pięknej nocy wiosennej.
Nie myśleli o ludziach, nie myśleli o sobie; nie odgadywali ani na chwilę, że kwiaty, fale, obłoki, gwiazdy, po których podróżowali od zmroku, miały ich nieodzownie zaprowadzić po maleńku w eteryczne strefy miłości platonicznej.
A jednakże, czem był ten namiętny zapał, z jakim Kolomban opisywał harmonję natury, jeśli nie świetnym objawem najpotężniejszej miłości, jaka kiedykolwiek zakiełkowała w sercu młodego człowieka.
A moc uwagi, uniesienie dziewicy przy owym przeglądzie cudów stworzenia, cóż to było innego, jeżeli nie objaw pierwszej miłości?
Do tych usposobień obojga, z których jedno miało siedmnaście, drugie dwadzieścia dwa lat, dodajmy, że dzień był burzliwy, że powiew był ciepły i wonny i że pod promieniami słońca, pod tchnieniem powiewu, całe pole różane, zrana będące w pączkach, wieczorem zabłysło kwiatami!

XVI.
Grobowiec de la Valliere.

Tego zatem wieczora, upojone zapachem róż, w atmosferze oświeżonej deszczem, serca dwojga młodych otworzyły się gwoli miłości, jak kielich kwiatów otwierał się na przyjęcie orzeźwiającej rosy.
Słysząc bijącą północ, licząc kolejne, dźwięczne drgania, aż do dwunastu, zadrżeli, wydali okrzyk, wymienili spieszne dobranoc i powrócili do mieszkania, drżący, jakby się dopuścili wykroczenia.
Przybywszy na drugie piętro, zatrzymali się. Okno od sieni było otwarte, księżyc milczący i melancholijny oświecał grobowiec otoczony różami.
— Co to za grobowiec? zapytała Karmelita, opierając się o poręczy okna.
— Jest to grobowiec panny de la Valliere, odpowiedział młodzieniec, opierając się przy niej w ważkiej framudze okna.
— Jakim sposobem grobowiec panny de la Valliere znajduje się tutaj? zapytała Karmelita.
— Wszystkie te grunta ciągnące się przed nami, odrzekł Kolomban, tworzyły dawniej ogród klasztoru należącego do zakonu, którego pani nosisz poetyczne imię. Pośrodku tego ogrodu wznosił się kościół, nie wiadomo kiedy zbudowany, to tylko pewna, że w końcu Xgo wieku należał on do mniszek Benedyktynek, a w roku 1604 ustąpiony został Karmelitkom.
— Czy to do tego klasztoru schroniła się panna de la Valliere?
— Do tego samego i przepędziła w nim trzydzieści sześć lat wpośród ciągłych ćwiczeń pobożnych, a umarła w dniu 6 czerwca 1710 roku.
— I w tym to zapewne grobowcu, zapytała dziewica, spoczywa ciało biednej księżnej?
— Trudno zapewnić, odpowiedział Kolomban.
— Czyż ją wydobyto.
— W roku 1790 uchwała Zgromadzenia narodowego zniosła klasztor, kościółek zwalono... Kto wie co się stało z ciałem biednej grzesznicy. Jednakże podanie utrzymuje, że je oszczędzono, i że spoczywa wciąż w lochach pod tą małą kapliczką.
— A, zapytała Karmelita z wahaniem ciekawości, która obawia się zawodu, wejść tam zapewne nie można?
— Owszem, nietylko można wejść, ale co większa, mieszkają tam ludzie.
— Co za profan śmie zamieszkiwać w poświęconem miejscu?
— Ogrodnik, panno Karmelito, hodujący wszystkie te piękne róże, których wonią oddychamy w tej chwili.
— O! jakżebym chciała zwiedzić tę kapliczkę! zawołała Karmelita.
— Nic łatwiejszego.
— Jakże to zrobić?
— Prosić o pozwolenie ogrodnika.
— A jeśli odmówi?
— Jeżeli nie pozwoli pani obejrzeć grobowca, poprosisz go pani, ażeby pozwolił obejrzeć swoje róże, a dla miłości róż pozwoli zwiedzić grobowiec.
— Więc te róże należą do niego?
— On jest ich właścicielem uprzywilejowanym.
— A co robi z tylu różami?
— Sprzedaje.
— O! niedobry człowiek, odezwała się Karmelita z dziecinnym wyrzutem, sprzedawać tak piękne róże! Ja myślałam, że on je hoduje z zamiłowania, albo przynajmniej dla przyjemności.
— Sprzedaje... I patrz oto pani. Ztąd zobaczysz na mojem oknie trzy doniczki, które sprzedał mi w tych dniach.
Karmelita przechyliła się na bok i piękne jej włosy falujące, dotknęły twarzy młodzieńca, który poczuł dreszcz przebiegający mu po całem ciele. Ona jednocześnie poczuła oddech Kolombana przechodzący po swych włosach, gdyż cofnęła się żywo i cała zarumieniona.
— O! rzekła nieroztropnie, jakżebym chciała mieć jeden z tych krzaków róży, co otaczają kapliczkę!
— Czy pozwoli pani ofiarować sobie jednę z moich doniczek? spiesznie oświadczył Kolomban.
— O! dziękuję panu, odpowiedziała Karmelita spostrzegłszy swą nieuwagę, chciałabym jednę różę, ale wydobytą, własnemi rękami z tej ziemi, na której żyła siostra Ludwika i na której spoczęło, a może i dotąd spoczywa jej ciało.
— Czemu nie pójdziesz pani tam zaraz jutro zrana.
— Nie śmiałabym nigdy pójść sama.
— Ofiaruję pani moje ramię, jeżeli zechcesz przyjąć.
Panienka przez chwilę była zakłopotana, nareszcie czyniąc pewne wysilenie:
— Posłuchaj mnie panie Kolombanie, rzekła, mam dla pana wielki szacunek i wielką wdzięczność, ale gdybym wyszła z panem pod rękę o białym dniu, to wszystkie kumoszki okoliczne byłyby zgorszone taką nieprzyzwoitością.
— To pójdźmy wieczorem.
— A czy tam można pójść wieczorem?
— Czemu nie!
— Mnie się zdaje, że ogrodnik musi zasypiać jednocześnie ze swemi kwiatami, ażeby jednocześnie z niemi mógł wstać.
— Nie wiem o której godzinie chodzi spać, ale wiem, że wstaje dobrze przed niemi.
— Zkąd pan wiesz o tem?
— Czasami nocą, kiedy nie śpię... (głos Kolombana zadrżał nieco przy wymawianiu tych słów), siadam w oknie i widzę jak chodzi po ogrodzie z latarką w ręku. O, patrzaj pani, ten błędny ognik biegający wśród róż, czy to nie on?
— Gdzie on tak biega?
— Zapewne za kotem.
— Ale jeżeli wstaje, rzekła Karmelita z uśmiechem, chociaż to dla niego może być bardzo wcześnie, dla nas musi być bardzo późno.
— Późno? zapytał Kolomban.
— Tak... która może być godzina?
— Blisko druga, odrzekł Kolomban z pewnem wahaniem.
— O! nigdy jeszcze nie poszłam spać tak późno! zawołała dziewica podnosząc ręce do nieba. Druga godzina zrana, mój Boże! O! dobranoc, dobranoc, panie Kolombanie!... Dziękuję panu za te pożyteczne godziny, które mi poświęciłeś, a kiedyś wieczorem, dodała ciszej, jak wszyscy sąsiedzi pójdą spać, poproszę pana o rękę, by wykopać różę.
— Nie trafimy nigdy na noc piękniejszą od tej, panno Karmelito, rzekł młodzieniec, usiłując, by głos mu nie drżał przy mówieniu.
— O! gdybym wiedziała, że nikt mnie nie zobaczy, odezwała się szczerze i niewinnie dziewczyna, poszłabym natychmiast.
— A któż ma panią zobaczyć o tej godzinie?
— Nasamprzód, odźwierna.
— Ja mam sposób otworzenia drzwi bez obudzenia jej.
— A to jak?
— Kluczem osobnym, który jest u mnie. Wracam często z czytelni po północy, a ponieważ odźwierna jest słabowitą, przykro mi było ją budzić i kazałem sobie dorobić klucz.
— Jeżeli tak, rzekła dziewica, to chodźmy zaraz, bo zdaje mi się, iż daremnie kładłabym się spać, nie usnęłabym, myśląc o mej róży.
Czyż to tylko róża, Karmelito, przeszkadzałaby ci spać?
Nie. Ale tak mniemałaś, biedne dziecię, niewinna dziewico! I niewinność to twoja skłaniała cię do tej nocnej wycieczki, pod rękę z młodzieńcem, równie niewinnym jak ty...
Karmelita włożyła kapelusik, zarzuciła chustkę na szyję, młodzieniec wziął kapelusz i oboje wolno zeszli ze schodów. Szli bardzo cicho, szelest jednakże ich kroków zbudził ptaki śpiące po bzach, które słysząc przechodzących zaczęły śpiewać, czy to sądząc, że już wschodzi jutrzenka, czy też chcąc wziąć udział w tej nocnej uroczystości, którą wiosna i natura wydawały tym dwojgu dzieciom.
Przybywszy pod sztachety ogrodowe, zadzwonili.
Jak na dzwonek było to, albo bardzo wcześnie, albo bardzo późno; to też ogrodnik zawahał się chwilę. Ale za drugiem zadzwonieniem, spostrzegli poruszającego się człowieka i latarkę. Zbliżyli się oboje.
Latarka wzniosła się do wysokości twarzy nawiedzających i ogrodnik poznał młodzieńca, którego codziennie widywał w oknie i którego słyszał czasami, leżąc pośród róż, głos dobiegający doń w połączeniu z dźwiękami fortepianu.
Ogrodnik otworzył furtkę i wprowadził tego nowego Adama wraz z nową Ewą, do swojego raju.
Był to, jak powiedzieliśmy, ogromny rozsadnik, w którym hodowano same tylko róże.
Idąc pod rękę i wysłuchując nomenklatury róż, stanęli przed kaplicą siostry Ludwiki.
Karmelita zatrzymała się wahająco, weszła dopiero na zachęcenie Kolombana. Ale prawie natychmiast wyszła z pewnym rodzajem przerażenia, na widok opartych lub zawieszonych na ścianach, nie godeł religijnych, które spodziewała się tam zobaczyć, ale łopat, rydli, grac, polewników i wszelkich narzędzi ogrodniczych, używanych przez właściciela.
Wtedy dziewica z ciekawością obchodziła kapliczkę dokoła.
Krzewy różane wysokie na sześć do ośmiu stóp, otaczały ją dokoła.
— Jaki to gatunek tych wspaniałych róż? zapytała Karmelita.
— To są róże Aleksandryjskie, o białym kwiecie, odpowiedział ogrodnik, pochodzą z południowej Europy, lub z wybrzeży Berberyjskich; z ich to kwiecia wyrabia się wyskok różany.
— Czy sprzedasz mi pan jeden z tych krzewów? zapytała dziewica.
— Który?
— Ten
I Karmelita wskazała rosnący najbliżej grobowca.
Ogrodnik wszedł do kaplicy i wziął łopatę.
O dwadzieścia kroków ztamtąd słowik śpiewał swą najmiłośniejszą piosnkę. Powiew nocny, tak łagodny, że zdał się pocałunkiem natury, przechodził po włosach obojga młodych.
Była to istotnie scena pełna kolorytu i poezji: dorodna dziewica w żałobnym stroju, młodzian o płowych włosach czarno ubrany, ogrodnik kopiący ziemię w tej godzinie nocnej i ten świeży wiatr przy świetle księżyca, przy śpiewie słowika.
Każde też z nich zdawało się mówić:
— O! jakaż to miła rzecz, to życie! Dzięki ci Panie, żeś nam je dał jednocześnie.
Pierwsze uderzenie rydla ogrodnika boleśnie odbiło się w sercu młodych; zdawało im się, że świętokradztwem jest poruszać ziemię, w której spoczywały zwłoki pokutnicy, ofiary królewskiego egoizmu.
Wyszli z ogrodu unosząc różę, ale z obawą podobną do tej, jakiej doznają dzieci, które zerwały kwiat na cmentarzu.
Po za ogrodem zapomnieli smutnych myśli i spozierając na gwiazdy, chłonąc wyziewy życia wznoszące się dokoła, dziękowali Opatrzności za wszystkie dobrodziejstwa, jakiemi ich obdarzyła podczas tej rozkosznej nocy wiosennej.

XVII.
Kolomban.

Serce młodego Bretona, któregośmy nazwali Kolombanem, było czyste jak djament, mieściło dobroć, łagodność, niewinność i prawość.
Niektórzy z kolegów, tych, co to używając życia w ośmnastu latach, w dwudziestu stają się wyłysiałem! lwami, przezwali go „Gamajdą“, a to wskutek pewnych jego dobrych uczynków, w których stał się ofiarą oszustwa. Herkulesowa jego siła, pozwoliłaby mu zamknąć usta złym językom; ale względem tych oszczerców objawiał taką samą pogardę, jaką mają psy z Nowej Ziemi lub gór św. Bernarda, względem szpiców lub mopsów.
Pewnego dnia jednak, jeden z najsłabszych i najbardziej ujadających, młody kreol z Luizjany, świeżo przybyły do szkoły, widząc niewzruszoną cierpliwość Kolombana, który bez zmarszczenia słuchał obelżywych epitetów, jakiemi ten obarczał go od wielu chwil, powziął myśl wskoczenia na ramiona „większego“ i pociągnięcia z tyłu Kolombana za płowe włosy.
Gdyby to była igraszka, Kolomban byłby nic nie powiedział. Ale sprawiło mu to ból niesłychany.
Było to podczas rekreacji wieczornej, chłopcy biegali po dziedzińcu gimnastycznym.
Uczuwszy się tak okrutnie pociągniętym za włosy, przy wybuchach śmiechu całego zgromadzenia, rozdrażniony bólem, Kolomban odwrócił się i nie okazując żadnej oznaki wzruszenia lub gniewu, chwycił kreola za kołnierz, zdjął go z ramion wyższego i zaniósł pod trapez, z którego zwieszały się sznury węzłowe. Przybywszy tam, obwiązał mu sznur naokoło ciała i z zimną krwią wykonawszy tę czynność, puścił go w przestrzeń z głową i rękami zwieszonemi, a chłopiec bujał się z szybkością nadzwyczajną.
Koledzy przestawszy się śmiać, protestowali, lecz daremnie.
Wysoki chłopiec z którego ramion Kolomban zdjął Kamila Różana (tak się nazywał kreol), zbliżył się i wezwał Kolombana, by uwolnił kolegę. Ale Kolomban wydobył zegarek, spojrzał, a chowając go do kieszonki, wyrzekł:
— Jeszcze pięć minut!
A już pięć minut trwała ta kara.
Wysoki chłopiec, o głowę wyższy od Kolombana, poskoczył do niego, ale bretończyk wziął przeciwnika wpół, ścisnął do zduszenia i powalił o ziemię, przy oklaskach wszystkich uczniów, którzy już od szkoły nawykają stawać po stronie silniejszego. Kolomban oparł kolano na piersiach przewróconego, który nie mogąc już oddychać, udał się w pokorę, ale uparty Breton znowu wydobył zegarek i rzekł spokojnie:
— Jeszcze dwie minuty!
Krzyczano hurra na całym dziedzińcu. Podczas tych okrzyków, zmniejszał się ruch nadany ciału Kamila Różana.
Po pięciu minutach, Kolomban, równie sumienny przestrzegacz danego słowa, jak jego współziomek Dugueselin, puścił wysokiego, który nie myślał już o odwecie, odwiązał ujadającego kreola, który udał się zaraz do infirmerji, gdzie pozostawał miesiąc, chory na gorączkę mózgową.
Śmiechy, jak łatwo zrozumieć, towarzyszyły odwrotowi kreola, spieszono winszować Kolombanowi, lecz udał, że nie zważa na pochwały. Wrócił do przerwanej przechadzki, tę tylko braterską dawszy kolegom przestrogę:
— Widzicie, że nie żartuję. Owóż, za pierwszym razem, skoro który z was będzie mi dokuczał, dozna tego samego losu...
Przez cały miesiąc zdrowie Kamila Różana nabawiało niepokoju. Ale tym, którego niepokój doszedł aż do rozpaczy, był poczciwy Kolomban. Zapominając, że działał w obronie własnej, uważał się za jedyną przyczynę złego. Rozpacz jego zmieniła się całkiem naturalnie, na głęboką przyjaźń przy powrocie do zdrowia chłopca.
Niebawem powziął on dla małego Kamila żywe przywiązanie, jakiego silni doznają względem słabych, zwycięzcy względem zwyciężonych; przywiązanie, którego źródłem jest najczulsza ze wszystkich cnót — litość. Powoli przywiązanie to przypadkowe stało się prawdziwem uczuciem, przyjaźnią protekcyjną, jak starszego brata.
Ze swej strony Kamil Rozan zdawał się szczerze lubić Kolombana, tylko, że uczucie jego połączone było z bojaźnią.
Z wiekiem zdawało się, że Kamil pozbył się swej dumy i zachował dla Kolombana tylko przyjaźń szczerą. Objawiał on ją w tysiącznych formach.
Przyjaźń ta, która z każdym dniem stawała się czulszą, nagle zerwała się przez wyjazd Kamila, którego rodzice odwołali do Luizjany w chwili, gdy miał skończyć klasę filozofii.
Rozstali się w czułym uścisku, przyrzekając pisać do siebie przynajmniej raz na dwa tygodnie. Przez pierwsze trzy miesiące Kamil dotrzymał słowa, potem listy jego przybywały co miesiąc, potem co kwartał.
Wierny zaś Breton, religijnie dotrzymywał przyrzeczenia i wysyłał listy co dni piętnaście.
Nazajutrz po tej nocy wiosennej, którą opisaliśmy w rozdziale poprzednim, o dziesiątej zrana, stara odźwierna przyniosła Kolombanowi list, w którym zaraz poznał ukochaną pieczęć.
List był od Kamila. Kamil wraca do Francji. List wyprzedza go tylko o kilka dni. Kamil prosi Kolombana, ażeby rozpoczęli takież same życie wspólne, jakie prowadzili w kolegium.
„Ty masz trzy pokoje i kuchnię, pisze, odstąp mi połowę kuchni, odstąp mi połowę trzech pokoi“.
— A! rozumie się! głośno odpowiedział Breton, żywo poruszony niespodziewanym powrotem młodzieńca.
Potem pomyślał nagle, że jeżeli jego ukochany Kamil przybędzie, to potrzeba łóżka, szafy, stołu, a nadewszystko sofy, na której gnuśny kreol mógłby się rozciągnąć i palić te śliczne cygara, które zapewne przywiezie z sobą z zatoki Meksykańskiej.
Tak myśląc, wybiegł z mieszkania z dwustu czy trzystu frankami oszczędności, jakie posiadał, by nabyć wszystkie rzeczy potrzebne.
Na schodach spotkał Karmelitę.
— O! mój Boże! jakąż pan masz dzisiaj szczęśliwą minę, panie Kolombanie! zawołała Karmelita, widząc radość promieniejącą na twarzy sąsiada.
— Tak, pani, jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy! odpowiedział Kolomban. Przybywa do mnie przyjaciel z Ameryki, z Meksyku, z Luizjany! towarzysz szkolny! najdroższy ze wszystkich przyjaciół!
— To miło! rzekła dziewica. A kiedy przybywa?
— Nie mogę z dokładnością oznaczyć dnia ale chciałbym, ażeby już był!
Karmelita uśmiechnęła się.
— O! chciałbym, ażeby już tu był, powtarzam pani, bo pewny jestem, że przyjemnie by ci było widzieć go i słyszeć. To żyjąca piękność i wesołość; nie widziałem nigdy, nawet w marzeniach malarzy, piękniejszego oblicza... może troszkę zniewieściały... dodał, nie dla umniejszenia piękności swego przyjaciela, którego wizerunek kreślił tak szczerze, ale jedynie, by pozostać w granicach prawdy, nieco zniewieściały, ale ten rys nawet dziwnie harmonizuje z jego osobą!... A przytem... a! otóż to dla pani, która lubisz muzykę, ma on śliczny głos tenorowy i umie go zażywać! Posłyszysz pani dawne duety, które śpiewaliśmy w kolegium... Ale! co się tyczy muzyki, tej nocy, gdym się z panią rozstał, zamierzyłem uczynić ci jedno przełożenie. Mówiłaś pani, że w Saint-Denis uczyłaś się muzyki?
— Tak, śpiewałam nie źle i mówiono, że miałam dobry głos kontr-altowy. Czego żałowałam opuszczając Saint-Denis, to nasamprzód trzech przyjaciółek, które przypomniała mi przyjaźń pańska dla Kamila Różana, a potem lekcyj muzyki, jakie musiałam przerwać; zdaje mi się, że przy pracy mogłabym była dojść do pewnej doskonałości...
— Jeżeli pani chce, odrzekł Kolomban, to mogę, nie powiem, dawać pani lekcje, nie jestem tyle zarozumiały; ale dopomagałbym, ponieważ otrzymałem w kolegium wyborne zasady od starego, mistrza niemieckiego, Millera; potem pracowałem długo i rezultat mych uzdolnień oddaję do rozporządzenia pani.
Kolomban zatrzymał się z przerażeniem. Nigdy w życiu tyle nie powiedział. Ale fakt nadzwyczajny w jego życiu, jakim było przybycie przyjaciela, jakoś go niezwykle rozruszał. Był uniesiony, promieniejący, upojony; i to mu dodało śmiałości i uczyniło wymownym.
Karmelita przyjęła obietnicę z wielką wdzięcznością. Ofiara majątku nie byłaby jej przyjemniejszą, niż to przełożenie młodego sąsiada i już miała mu podziękować, kiedy wchodząc na pierwsze stopnie schodów, spostrzegła Dominika, który odbywał nabożeństwo przy jej matce i którego ona od owego nieszczęsnego dnia widywała już kilka razy, gdy szedł do przyjaciela.
Weszła do siebie zarumieniona.
Kolomban także zdał się zakłopotany.
Mnich spojrzał na Kolombana okiem zdziwionem i pełnem wyrzutów. Spojrzenie to zdawało się mówić:
— Pewny byłem, że wiem o wszystkich twoich tajemnicach, ponieważ ci wszystką moją przyjaźń oddałem, a jest tymczasem tajemnica dosyć ważna, o której mnie nie uwiadomiłeś.
Kolomban zarumienił się równie jak dziewica, i odkładając na później kupno sprzętów, wprowadził mnicha do mieszkania.
Po pięciu minutach, Dominik jaśniej widział w sercu swego przyjaciela, niż on sam. A wreszcie Kolomban wypowiedział mu wszystko, wszystko, nawet tę noc z rozkosznemi szczegółami, których dotąd serce jego było pełne.
Ganiąc Kolombana za miłość uczciwą i czystą, młody mnich byłby w niezgodzie ze swemi teorjami o miłości powszechnej; gdyż miłość zmysłową pod jakąkolwiek przedstawiałaby się formą, nazywał on „węzłem życia“, porównywując tym sposobem życie do drzewa, miłość do węzła, z którego wychodzi liść, a ludzkość do owoców, które je wieńczą.
Brat Dominik widział więc w tem rodzącem się uczuciu, dotychczas młodzieńcowi nieznanem tylko iskrę ożywiającą, której oznaki były raczej uspakajające, niż straszne. Z drugiej strony, wybaczał Kolombanowi, że mu o swej miłości nie wspomniał, gdyż Kolomban sam nie znał stanu swego serca. W chwili, gdy dowiedział się, że kocha, młody Breton prawie się tem przestraszył.
Mnich uśmiechnął się i biorąc go za rękę:
— Ty potrzebujesz tej miłości, mój przyjacielu, rzekł, inaczej młodość twoja zeszłaby w gnuśnej apatji. Uczucie szlachetne, które rozgrzewa pierś twoję, może ci tylko sił dodać odrodzić cię. Patrz na te ogrody, dodał wskazując na rozsadnik, wczoraj o tej porze ziemia była spiekła; rośliny wydawały się zbiednione, wzrost zatrzymany. Owoż, zerwała się burza i zawiązki wyszły z ziemi, korzenie stały się łodygami, pączki kwiatami! kochaj więc młodzieńcze! kwitnij, młody dębie! ażeby na twym zielonym a silnym pniu, weszło świetne kwiecie, a dojrzały owoc wydało.
— Więc, rzekł Kolomban, nietylko, że mnie nie ganisz, zachęcasz mnie owszem, ażebym poszedł za porywami serca?
— Chwalę cię za to, że kochasz, Kolombanie! Ganiłem cię, żeś przedemną miał tajemnicę, bo zazwyczaj miłość, którą się ukrywa, jest miłością występną. Nic nie ma piękniejszego w człowieku wolnym, jak zależenie od swego serca, gdyż o ile namiętność w duszy nikczemnej może zeszpecić i poniżyć człowieka, o tyle w sercu szlachetnem podnosi i uświęca ludzkość.
Zwróć oczy ku wszystkim punktom ziemi, a zobaczysz przyjacielu, że to żywotne siły uczucia więcej niż kombinacje umysłu, poruszały sprężynami państw i wstrząsnęły światem albo go umocniły. Jakkolwiek rozległym jest rozum, bojaźliwy on jest, niespokojny, ospały i gotów wstrzymać swój pochód wobec najmniejszych przeszkód na drodze; serce przeciwnie, nieustannie bijące, żywe jest w swych przedsięwzięciach, stałe w postanowieniach, i żadna tama nie jest zdolną zatrzymać siły jego pędu. Rozum, to spoczynek, to życie. Owóż, w wieku twoim Kolombanie, spoczynek jest niebezpieczny i zamiast zużywać siły w lenistwie, zamiast głuszyć tę drogocenną czynność, która kipi w tobie, wołałbyś jak Samson, wstrząsnąć kolumnami przybytku, bodajby cię zwaliska jego zgruchotać miały!
— A jednak ty, mój bracie, ty nie możesz kochać, rzekł Kolomban.
Młody mnich uśmiechnął się smutnie.
— Nie, rzekł, ja nie mogę kochać waszą miłością ziemską i cielesną, gdyż Bóg wziął mnie dla siebie, ale odejmując uczucia indywidualne, dał mi potężniejszą miłość: miłość wszystkich! Ty kochasz kobietę z zapałem, mój przyjacielu, ja kocham ludzkość z namiętnością! Ażebyś ty się zakochał, potrzeba, iżby przedmiot twej miłości był młody, bogaty i odwzajemniał ci się. Ja, przeciwnie, kocham nade wszystko ubogich, kaleki i cierpiących, a jeśli nie mam siły kochać tych, co mnie nienawidzą, żałuję ich przynajmniej... O! mylisz się, Kolombanie, mówiąc, że mi nie wolno jest kochać; Bóg, któremu się oddałem, jest źródłem wszelkiej miłości, i są chwile, w których, jak św. Teresa, gotów jestem płakać nad szatanem, gdyż on jest jedyną istotą, której wzbroniona miłość!
Rozmowa ciągnęła się długo na tym płodnym gruncie, na który sprowadził ją brat Dominik.
Odbyli przegląd wszystkich, zdobyczy, jakie człowiek zawdzięcza szlachetnym serca namiętnościom, i Kolomban zamyślony, zaczynał mniemać, że mnich teraz dopiero odsłonił przed jego oczyma zasłonę życia; pod tem słowem użyźniającem, jak szerokie krople deszczu letniego, uczuł się lepszym i godniejszym kochania.
Myśl, że Karmelita nie podziela tej miłości, ani postała w jego głowie, pod tchnieniem prawdy, uczuł swobodniejszy oddech w piersiach, a zdzierając z siebie poważnego i zdumionego bretona, ukazał się mnichowi, jako młodzian entuzjastyczny i namiętny.
I byliby niezawodnie przepędzili cały dzień rozwodząc się w przedmiocie płodnej Izydy, która zwie się miłością, gdyby imię Kolombana, dwukrotnie powtórzone głosem świeżym, nie było rozbrzmiałe na schodach.
— O! zawołał Kolomban, to Kamil.
Wierny Breton nie słyszał tego głosu od trzech lat, a poznał go jednak.
— Kolombanie, Kolombanie! powtarzał głos radosny.
Kolomban otworzył drzwi i przyjął Kamila w objęcia. Nigdy jeszcze człowiek nie uścisnął nieszczęścia z tak braterską czułością, biorąc je za przyjaciela.

XVIII.
Kamil.

Na widok Kamila, którego nie znał, brat Dominik pożegnał się, pomimo nalegań Kolombana, ażeby pozostał. Kamil prowadził go oczyma dopóki się drzwi za nim nie zamknęły.
— O! o! rzekł z komiczną powagą, rzymianin wziąłby to za wróżbę.
— Jakto.
— Czyż nie pamiętasz starożytnego przysłowia: „Kiedy potrącisz o kamień wychodząc z domu, albo na lewo zobaczysz kruka, to wracaj“.
Nagła i niemal bolesna chmura smutku przeszła po twarzy Kolombana, tak otwartej, tak szczerej, wesołej.
— Zawsze więc jesteś ten sam, mój biedny Kamilu, rzekł, pierwsze twe słowo jest rozczarowaniem dla przyjaciela, który od trzech lat na ciebie oczekuje...
— A to dlaczego?
— Bo ten kruk, jak go nazywasz...
— Masz słuszność, powinienbym go nazwać sroką, bo jest pół czarny, pół biały.
Drugi ten pocisk, zdało się, uderzył Kolombana w serce.
— Bo ten kruk, albo ta sroka, jak powiadasz, jest jednym z najlepszych ludzi, jednym z najwyższych umysłów, najzacniejszych serc, jakie znam. Poznawszy go, żałować będziesz, żeś go na chwilę pomieszał z tymi księżmi, którzy walczą przeciw Bogu, zamiast walczyć za Niego i przykrą ci będzie nazwa, jaką go powitałeś.
— O! o! zawsze poważny i surowy jak misjonarz, mój kochany Kolomban! rzekł śmiejąc się Kamil. Niechże i tak będzie! zbłądziłem; wiesz, że to mój zwyczaj, przebacz, że obraziłem twego przyjaciela; bo ten piękny mnich jest twoim przyjacielem? dodał Amerykanin tonem mniej rezolutnym.
— Szczerym przyjacielem, tak, tak.. Kamilu, odpowiedział Breton poważnie.
— Żałuję mojej nieuwagi, ale rozumiesz, że zostawiwszy cię w szkole niebardzo pobożnym, mogłem nieco zdziwić się zastawszy na konferencji z mnichem.
— Zdziwienie twoje ustanie, gdy poznasz brata Dominika. Ale, rzekł Kolomban zmieniając ton i twarz i nadając głosowi swemu całą pieszczotliwą słodycz, a fizjognomji wejrzenie przyjazne, nie chodzi tu o brata Dominika, ale o brata Kamila, jeden jest moim bratem wedle Boga, drugi moim bratem wedle ludzi. Jesteś więc! to ty! Uściskaj mnie jeszcze raz! Nie mogę ci wypowiedzieć radości, jaką przejął mnie twój list i jaką mnie przejmuje, a nadewszystko przejmować będzie twoja obecność, bo żyć będziemy wspólnie, nieprawdaż, tak jak w szkole?
— Więcej niż w szkole! rzekł Kamil prawie tak wesoło, jak jego przyjaciel. W szkole nasze życie wspólne doznawało przeszkód ze wszystkich stron; tu, przeciwnie, nie potrzebujemy się obawiać ani dokuczliwych kolegów, ani ponurych nadzorców, będziemy mogli biegać, po całych dniach bawić się muzyką, chodzić do teatru i całą noc rozmawiać. Rozpoczniemy to życie na nowo, Kolombanie, bądź spokojny mędrcze, ja głupiec nie przez jednę noc jeszcze opowiadać ci będę moje przygody. Bo tam żyłem, jak istny Robinson, a teraz myślę rozpocząć życie paryzkie, jak gdybym go nigdy nie porzucał.
— Lata cię nie zmieniły, rzekł czule, ale zarazem z pewną troską poważny Breton.
— Nie! a nadewszystko pozostawiły mi mój dobry apetyt. Powiedz gdzie jadasz, jak ci się jeść chce.
— Jedlibyśmy w pokoju jadalnym, gdybym był o przyjeździe twym uprzedzony.
— Więc nie odebrałeś mojego listu?
— Owszem, ale przed godziną dopiero.
— O, to prawda, rzekł Kamil, rzeczywiście, odszedł tymże statkiem co i ja, przybył do Hawru razem ze mną i wyprzedził mnie tylko o tyle, co poczta wyprzedza dyliżans. Tembardziej pytam się: „Gdzie ty tu jadasz?“
— Mój kochany, rzekł Kolomban, nie gniewam się, że porównałeś siebie z Robinsonem Kruzoe, dowodzi to, że nawykłeś do prywacji.
— Dreszczem przejmujesz mnie, Kolombanie! Nie żartuj w ten sposób, ja nie jestem bynajmniej bohaterem z romansu: ja jadam. Pytam ci się po raz trzeci, gdzie wy tu się stołujecie?
— Tutaj, mój przyjacielu, układają się z odźwierną, albo z jaką sąsiadką, która żywi jak może.
— Dobrze, ale w razach nadzwyczajnych?
— Jest Flicoteaux.
— O! ten poczciwy Flicoteaux, na placu Sorbonny! Więc on istnieje dotąd, jeszcze nie wyjadł wszystkich swoich bifsztyków?
I Kamil zaczął krzyczeć.
— Flicoteaux! bifsztyk, z kupą kartofli.
Potem porwał za kapelusz.
— Gdzie idziesz? zapytał Kolomban.
— Nie idę, ale biegnę! Biegnę do Flicoteaux. Czy biegniesz ze mną?
— Nie.
— Dlaczego nie?
— Muszę pójść kupić ci łóżko do spania, stolik do pracy, sofę do palenia.
— Ale! à propos palenia, mam tu wyborne cygara hawańskie! To jest, mam, jeżeli komora zechce mi je oddać. Otóż to ci panowie muszą sobie palić wyśmienite „puros!“
— Ubolewam nad twojem nieszczęściem, lecz jako chrześcijanin, nie jak egoista; ja nie palę.
— Jesteś pełen ułomności, mój drogi przyjacielu i nie wiem, gdzie znajdziesz kobietę, któraby cię pokochała.
Kolomban zarumienił się.
— Znalazłeś ją? rzekł Kamil, to dobrze! Potem, podając mu rękę. Kochany przyjacielu, życzę ci szczerze powodzenia! Więc to nie tak jest jak z żywnością? Tego można dostać w tej okolicy? Kolombanie, jak tylko się posilę, możesz być pewnym, że i ja zaraz pójdę na zwiady. Ale! żałuję, żem ci nie przywiózł murzynki. O! nie krzyw się, są przepyszne!... Lecz celnicy byliby mi ją zabrali, fabryka zagraniczna, mogliby skonfiskować!... Czy idziesz?
— Ależ nie, powiadam ci.
— A, prawda; powiedziałeś, nie. Dlaczego powiedziałeś nie?
— Pusta głowo!
— Pusta? Nie jesteś jednego zdania z moim ojcem; ojciec mój utrzymuje, że ja mam w niej zajączki. Dlaczego powiedziałeś, nie?
— Bo muszę zaopatrzyć w sprzęt twoje mieszkanie.
— To prawda. Idź zaopatrzyć moje mieszkanie, a ja zaopatrzę przez ten czas mój żołądek. Zejdziemy się za godzinę?
— Dobrze.
— Czy chcesz pieniędzy?
— Dziękuję ci, mam.
— Zgoda, jak nie będziesz już miał, to weźmiesz.
— Zkąd? zapytał Kolomban z uśmiechem.
— Z mojej sakiewki, jeżeli tam jeszcze są, mój kochany. Jestem bogaczem; drwię z Rotszylda i Lafitta. Mam sześć tysięcy franków rocznie, pięćset franków miesięcznie, szesnaście franków trzynaście soldów i półtora centima na dzień. Czy chcesz kupić Touilleries, Saint-Cloud, czy Rambouillet? Mam tu, w tej sakiewce, fundusz za trzy miesiące z góry.
I Kamil wydobył z kieszeni sakiewkę, przez oczka której widać było połyskujące złoto.
— Pomówimy o tem później, rzekł Kolomban.
— Bądź tu więc za godzinę!
— Zgoda, za godzinę.
— A więc...
— „Idź umierać za króla, a ja za ojczyznę”, rzekł Kamil.
I zsunął się ze schodów, nie w zamiarze, by umierać za ojczyznę, jak to poetycznie wyraża wiersz Kazimierza Delavigne, lecz, by zjeść śniadanie u Flicoteaux.
Kolomban zszedł krokiem spokojnym, zgodniejszym z jego charakterem.
Widzicie tedy kochani czytelnicy, że szydercza lekkość charakteru, z jaką Kamil dotykał najpoważniejszych przedmiotów, objawiła się zaraz przy wejściu do Kolombana, pierwszem słowem, jakie wymówił z powodu brata Dominika.
Oskarżają francuzów, że są lekkomyślni, wyszydzający, niedbali. Tu, francuz właśnie miał całą powagę bretońską, a amerykanin całą lekkomyślność francuską.
Gdyby nie wiek, postać, dystynkcja, ubiór wykwintny, możnaby było wziąć Kamila za ulicznika paryzkiego, miał on spryt, żywość, śmiech swobodny i wymowę. Napróżno byłoby wepchnąć go w kąt pokoju, uwięzić w framudze okiennej, zacisnąć między dwojgiem drzwi i tam starać się mu coś wytłómaczyć, jakąś poważną myśl wbić do mózgu; pierwsza mucha pociągnęła go za sobą i wtedy niewięcej przytomnym był rozmowie, jak przechodzący ulicą. Tę wreszcie przedstawiał korzyść, że nie trzeba z nim było długich korowodów, by poznać jego charakter; w pięć minut można go było zgłębić. Twarz, słowo, chód, cała osoba wydawała kim jest. Był to wreszcie wytworny kawaler, tak jak go Kolomban zalecił Karmelicie. Miał nasamprzód śliczną głowę, na korpusie szczupłym i smagłym; nie będąc ani chudym, ani wysokim, miał budowę pozornie delikatną, gdyż był wysmukły i wdzięczny. Oczy jego były długie, żywe, czarne, istne oczy kreola, aksamitne, z rzęsami długiem! na sześć linji. Nos prosty, proporcjonalny, idący od czoła, jak nos greckiego posągu. Usta małe, piękne, świeże, z wargami nieco idącemi w górę, z których co chwila gotów jest wybiedźz całus. Wszystko, nareszcie w jego powierzchowności, w postawie, w obejściu, w ubraniu nawet, chociaż śliczny ten ptaszek zwrotnikowy, ten wspaniały podrównikowy motyl, nosił może zbyt jasne krawaty, zbyt pstre kamizelki, wszystko, aż do ubrania, miało cechę takiej dystynkcji, że najstarsze margrabiny wzięłyby go za starej daty szlachcica. Piękność jego kapryśna, zalotna, barwista, tworzyła szczególne przeciwieństwo z poważną, surową, powiedziałbym prawie granitową pięknością Kolombana.
Jeden miał silę i piękność starożytnego Heraklesa, drugi miał miękkość, wdzięk młodzieńczy, Kastora lub Antynousa.
Ktoby widział ich jednym złączonych uściskiem, nie mógłby pojąć jakiemi tajemnemi sympatjami ten silny mężczyzna i ten wątły młodzieniaszek pociągnięci, padli sobie w ramiona. Nie byli to dwaj bracia, bo natura wzdryga się na niepodobieństwa, byli to więc dwaj przyjaciele.
Ale jakiemiż nieznanemi węzłami serca ich łączyły się wzajem? Powiedzieliśmy w poprzedzającym rozdziale, że protekcja, jaką zwolna Kolomban otoczył młodzieńca, nieznacznie zamieniła się w przyjaźń.
Zamiast uczucia swe rozpraszać to na jednych, to na drugich, Kolomban skupił w sercu wszystkie bogactwa zebrane w kolegium, by je zlać na Kamila Rozana. Przyjął go więc, widzieliśmy, jak się przyjmuje ukochanego brata, a co dowodzi potęgi jego przyjaźń!, to, że przez cały dzień zapomniał o nowem uczuciu, które mu odkrył brat Dominik.
Z małej bawialni, w której przyjmował niewielu odwiedzających kolegów szkolnych, uczynił sypialny pokój Kamila. Ponieważ Kolomban spał w alkowie sąsiedniego pokoju, byli więc oddzieleni tylko forsztowaniem, tak cienkiem, że można było dobrze słyszeć, co mówiono.
Znalazł on na ulicy Clery wszystko, co mu było potrzeba: łóżko, biórko, sofę, sześć krzeseł i wszystko mahoniowe. Kosztowało go to pięćset franków. Ponieważ miał w posiadaniu połowę tylko tej kwoty, resztę więc dopożyczył.
Kolomban wrócił zmartwiony tem, że się spóźnił dwie godziny. Od dwóch godzin Kamil musiał na niego czekać. Na szczęście Kamil nie wrócił.
— O! tem lepiej! powiedział sobie Kolomban. Kochany Kamil zastanie pokój gotowy!
Kolomban czekał na Kamila cały dzień. Kamil wrócił o jedenastej w nocy. Kolomban, cały promieniejący, wprowadził go do pokoju, uśmiechając się z góry na to, co powie jego kochany przyjaciel.
— Uf, rzekł kreol wybuchając śmiechem, sprzęty mahoniowe! Mój kochany, u nas takie sprzęty mają tylko murzyni!
Kolomban po raz trzeci uczuł się dotkniętym w serce.
— Ale nic nie szkodzi, kochany Kolombanie, mówił dalej Kamil, zrobiłeś jak mogłeś najlepiej. Uściskaj mnie i przyjmij moje najszczersze podziękowanie.
I ucałował Kolombana, nie domyślając się, ile złego uczynił mu swoją apostrofą, ani ile dobrego swym pocałunkiem.

XIX.
Dzieje księżniczki de Vanvres.

Pierwsze dni zeszły na przypominaniu przeszłości i na opowiadaniu rozmaitych przygód, których Kamil był ofiarą lub bohaterem. Wszystkie radości tej bujnej samolubnej natury, pochodziły z zadowolenia, tak jak wszystkie jej smutki, pochodziły z braku przyjemności.
Podróżował wiele; zwiedził Grecję, Włochy, Amerykę, rozmowa więc jego musiała być pełną zajęcia dla umysłu tak ciekawego i żądnego wszystko poznać, jak umysł Kolombana.
Ale Kamil nie podróżował ani jako uczony, ani jako artysta, ani nawet jako komiwojażer. Podróżował jak ptak i każdy nowy wiatr zmiótł z jego skrzydeł nawet proch kraju, który opuszczał.
Jedna wszelako rzecz uderzyła go w czasie podróży. A nie były to ani pomniki, ani krajobrazy, ani obyczaje, ani ludzie, ani piękności sztuki lub natury; nie! to co go uderzyło, wzruszyło, olśniło, to typy piękności kobiet w rozmaitych klimatach. Ztąd poszło, że Kamil oddałby wszystkie wielkie bory, wszystkie lasy dziewicze, wszystkie stepy, jeziora, łąki, Grecję z jej ruinami, Jeruzalem z jej pamiątkami, Nil z jego tysiącem miast, za pocałunek pięknej dziewczyny, którą spotkał na drodze.
Daremnie Kolomban, z uporem dowodzącym naiwności, usiłował nawrócić go, aby w sposób malowniczy lub interesujący opisywał rozmaite miejsca, jakie zwiedził; był on niemy. Nie dlatego, by mu zbywało formy do wyrażenia wrażeń, przeciwnie, forma była dokładna i poetyczna zarazem. Ale gdy przyjaciel prowadził go na wybrzeża Ohio, albo do wielkiego meczetu w Kairze, to tamtemu wspomnienie młodej Indjanki czerwonoskórej, lub czarnookiej Greczynki przychodziło do głowy, i opowiadanie poważne szło w kąt.
A jednakże zobaczymy, przy okazji, jakie skarby wspomnień odnajdywał czasami w pamięci swej niedbały kreol.
Raz z rana, Kolomban powiedział:
— Słuchaj, Kamilu, ty nie możesz tak pozostać bez zajęcia. Używaj przyjemności ile ci się podoba, jeśli ci zdrowia starczy; ale przyjemność nie jest celem życia; celem jego prawdziwym, jest praca: trzeba zatem wziąć się do czegoś. Wszelkie zresztą zajęcie przyjemność uczyni ci pożądańszą, a przytem majątek twój nie jest tak wielki, abyś go nie miał za niedostateczny uznać, jak się kiedy ożenisz, a będziesz miał żonę i dzieci... Jeżeli od początku życia nabierzesz nałogu do próżniactwa, już nie będziesz się mógł poprawić. Gdybyś miał umysł tępy, imaginację ograniczoną, może nicbym ci na to nie mówił, ale przeciwnie, masz zdolności znakomite, umysł sposobny do wszelkich zajęć, tak naukowych jak artystycznych. Możesz być dobrym adwokatem, dobrym lekarzem, niepospolitym kompozytorem; ty masz zmysł do muzyki: zachowałem kilka melodyj, które utworzyłeś w kolegjum, i po pięciu latach, znalazłem w nich świeżość i dziwną oryginalność! Wybierz więc zawód, na Boga! pójdź na prawo lub na medycynę; zostań uczonym albo artystą, ale bądź czemkolwiek! Nie wiem jak tobą pokierować, nie znam twych gustów, odkąd się ze mną rozstałeś, ale wierzaj mi, kochany Kamilu, lepiej robić cobądź, choć nie według gustu, niż nie robić nic.
— Pomyślę o tem, odpowiedział Kamil, który akurat myślał o tem tyle, coby pójść się powiesić.
— Gdybym wierzył, że ty kochasz mnie tyle ile ja ciebie, mówił dalej Kolomban z niewzruszoną powagą, zagroziłbym ci utratą mojej przyjaźni, jeśli nie wybierzesz sobie jakiego zawodu. Brat Dominik człowieka niepracującego nazywa nieuczciwym, i ma słuszność.
— Dobrze, rzekł Kamil pół wesoło, pół poważnie, wybiorę sobie ten twój zawód. Ja myślę o tem, choć to się niby nie wydaje, ale w grancie o tem tylko myślę. Jakoż co wieczór, rozbierając się, myślę jakim to dziwnym sposobem szelki moje, które zrana leżą płasko i prosto na plecach, wieczorem są stargane i skręcone jak powrozy. Otóż kochany przyjacielu, okoliczność ta nasunęła mi głębokie uwagi, i mniemam, że byłoby dziełem filantropijnem, zaprowadzić ulepszenie w sporządzaniu szelek.
Kolomban westchnął.
— Ależ, nie wzdychaj tak, Kolombanie, z przyczyny żartu. Cóżby to było, gdyby się stało jakie nieszczęście?... Jutro zapiszę się do Szkoły Prawa, kupię kodeks, każę go oprawić w szagryn, ażeby był wzruszającem godłem tego zmartwienia, jakie ci przyczyniam.
— Kamilu! Kamilu, odezwał się Kolomban wstrząsając głową, przyprowadzasz mnie do rozpaczy, mam wielką wątpliwość, czy będziesz kiedy człowiekiem.
Kamil widział, że trzeba rozmowę przenieść na inny grunt, albo też zwrócić się ku melancholji.
— A! ty wątpisz, czy ja będę kiedy człowiekiem! rzekł, w każdym razie obawy tej nie podziela twoja praczka.
Kolomban spojrzał na Kamila w taki sposób, jak ktoś do kogo w biegu rozmowy naraz przemówią nieznanym mu językiem.
— Moja praczka? rzekł.
— E! paniczu, mówił dalej Kamil, nic mi nie mówiłeś dotąd, że sobie ręce myjesz takiego gatunku mydłem... Daj go katu! Jego doktorska mość ma praczkę ośmnastoletnią, której czarodziejska piękność nadała nazwę księżniczki Vanvres i królowej Półpościa! Owóż, jego najlepszy przyjaciel przybywa z dziewiczych lasów Ameryki, z całym zapasem życia zaczerpniętego z rzeczonych lasów, a jego doktorska mość zdradza najpierwsze prawa gościnności, ukrywając przed nim swoje najcenniejsze skarby.
— Mój przyjacielu, odpowiedział Kolomban z zachwycającą naiwnością, możesz mi wierzyć jeśli chcesz, ale ja bardzo mało znam oblicze mojej praczki.
— Bardzo mało znasz oblicze swojej praczki?
— Przysięgam ci.
— No, to warto też posiadać takie oblicze, kiedy trzyletni klijent, młodzieniec dwudziestopięcioletni, nawet nie uważa na nie! Bo ja pytałem się jej jak dawno pierze dla ciebie, odpowiedziała mi: trzy lata.
— Być może, odrzekł Kolomban, nie mam żadnego powodu zmieniać praczki, kiedy ta pierze mi dobrze.
— I kiedy jest piękna!
— Przyznam się, Kamilu, rzekł Kolomban, że są kobiety, których czy to pięknością, czy brzydotą nie zajmuję się wcale.
— Patrzcie, co to za arystokrata, ten pan wicehrabia de Penhoel. Więc to pan de Béranger ze swoją Lizetką, jest to sobie hołysz, nakształt Kamila Rozana? A cóż to była Lizetka, jeśli nie praczka pana de Béranger? Ale prawda pan de Béranger ułożył piosnkę, w której powiada, że nie jest szlachcicem... Ale pan Kolomban de Penhoel, to co innego!
— Darmo mój Kamilu, taka już moja natura. Ale powiedz mi, zkąd znasz moją praczkę? gdzie ją widziałeś?
— Aha! chciałem cię sprowadzić na ten grunt! Węże zazdrości szarpią ci pierś, nieprawdaż?
— Szalejesz! rzekł Kolomban wzruszając ramionami.
— Czy dajesz mi słowo, że piękna księżniczka Vanvres nie obchodzi cię szczególnie?
— O, zapewniam cię słowem szlachcica.
— Więc zalecanie się tej Nimfie wodnej, tej Najadzie Sekwany, nie byłoby polowaniem na twoich gruntach?
— Ależ nie, sto razy nie!
— A zatem słuchaj uważnie, zaczynam:
„Dzieje pierwszego spotkania się Wilhelma-Feliksa-Kamila Rozana, kreola z Luizjany, z jej wysokością panią Chante-Lilas, księżniczką Vanvres, praczką w rzeczonem księstwie.
„Było to wczoraj...
„Romansopisarz powiedziałby, że było to rozkosznego południa miesiąca maja; ale ten romansopisarz okradłby cię, mój drogi, bo deszcz padał gęsty, jak wiesz, gdyż wziąłeś z sobą parasol — powód, który ze względu na odległość dorożek, wehikułów znajdujących się tylko w krajach ucywilizowanych, zabronił mi wyjść podczas gdy ty byłeś w Szkole Prawa.
„Nie żalę się na to, przez to bowiem miałem przyjemność przyjmować twoją praczkę, która zlana była wodą jak nasze wino cośmy je pijali w kollegjum... Przypominasz sobie, hę?... Otóż, tak zlana była księżniczka Vanvres!
„Na widok jej, pierwszą moją myślą było, podziwiać moją filozofię! — kupić drugi parasol; gdyż o ile — zapamiętaj dobrze ten pewnik, Kolombanie — o ile dwa parasole są niepotrzebne podczas pogody, o tyle jeden parasol jest niedostateczny na dwóch, kiedy deszcz pada, a każdy idzie w swoją stronę. Ale to tylko szczegóły.
„Weszła więc do twojej arki praczka, gołąbka biała, tylko, że weszła na początku potopu; tak, że widząc z twego pokoju jaka była pogoda zewnątrz, bez trudności przyjęła gościnność, jaką jej chwilowo ofiarowałem.“
Na mojem miejscu, proszę cię, cóżbyś ty uczynił Kolombanie?... Powiedz otwarcie!...
— Gadaj, gadaj dalej, mały uliczniku! rzekł poważny breton, którego to szczebiotanie żartobliwego ptaka mimowoli bawiło.
— Oczywiście, jeśli cię znam dobrze, mówił dalej Kamil, to pozwoliłbyś, ażeby praczka domokła do reszty; albo, gdybyś był tyle ludzkim, by ją zostawić pod dachem, odwróciłbyś się od niej, pozbawiając tym sposobem widoku twych powabów; albo wziąłbyś się był do czytania, pozbawiając ją tym sposobem powabów swej rozmowy! Oto co uczyniłbyś, nieprawdaż? pod pozorem panie szlachcicu, że są kobiety, co nie są kobietami dla ciebie. Ja jestem sobie człowiekiem dzikim; uczyniłem też to, co czyni Indjanin w swoim wigwamie, lub Arab pod swym namiotem: spełniłem drobiazgowo wszystkie obowiązki gościnności. Pierwszym, z którego należało się po kilku mało znaczących słówkach wywiązać, było poproszenie jej, ażeby zdjęła chustkę, a to z uwagi, że z rogu rzeczonej jej chustki spływała na plecy jej woda jak z parasola. Bez tej miłosiernej ostrożności, księżniczka Vanvres byłaby niezawodnie nabawiła się kataru piersiowego, który ja byłbym sobie srodze wyrzucał! A! widzę, że masz już złą myśl. Uspokój się, nie miałem żadnego przewrotnego zamiaru, i jak Hipolit, mogę powiedzieć, że „dzień nie był tak czysty jak głębia mojego serca!“ Nie ma w tem rymu i bardzo mi przyjemnie, bo nigdy cierpieć nie mogłem wierszy. Było to, powtarzam ci z czystego miłosierdzia, dowodem, że obawiając się dla niej lodowatego zimna, jakie panowało w pokoju, podałem jej fular leżący na twoim krześle. A co! pan Tartuffe nie uczyniłby lepiej, spodziewam się? Był to twój fular biały, najpiękniejszy ze wszystkich fularów. Winienem cię nawet uprzedzić, że księżniczka zabrała go sądząc, że do niej należy. Ale to także tylko szczegół. Kiedy już była opatrzoną, podałem jej krzesło, ale na chwałę jej przytoczyć muszę, że usiąść nie chciała, nie dla tego, żeby się mniemała niegodną, ona, księżniczka Vanvres, usiąść przed najniższym ze sług swoich, ale, że cała będąc zlaną, obawiała się uszkodzić utrechcki aksamit na twoim sprzęcie. Tak przynajmniej domyślałem się ze sposobu, w jaki po kilku korowodach, przyjęła przy mnie miejsce na sofie pokrytej z wierzchu derką, która zdała się jej nieprzemakalną. A teraz pewno nie zechcesz uwierzyć, o! Kolombanie, ty, co pogardzasz Lizetkami Bérangera. Oto, że kiedy ktoś urodził się pod strefą zwrotnikową, to nie może bezkarnie usiąść przy pięknej dziewczynie, choćby ta dziewczyna była praczką. Wtedy, widzisz Kolombanie, tworzy się między nią a tobą coś, wychodzącego na to, co nasz profesor fizyki nazywał w kolegjum prądami elektrycznemi. Owóż, te prądy — ty nie wiesz o tem, don Sokratesie, królu mędrców!... prądy te wzbudzają przez dziesięć minut w mózgu twym tysiące skaczących myśli, których nie wzbudzi nigdy artykuł kodeksu, jakkolwiek pociągającym byłby ten artykuł! Tego to rodzaju księżniczka, kochany przyjacielu, sprawiła, że powiedziałem do niej: „Księżniczko Vanvres, na honor, jesteś wasza wysokość zachwycającą.“ Podobna zapewne myśl wybiła na jej twarzy piwoniowy rumieniec. Nie potrzebuję ci mówić, jakkolwiek niewinnym jesteś, mój drogi Kolombanie, że im bardziej rumieni się kobieta, tem jest piękniejszą. Księżniczka Vanvres była więc najpiękniejszą z księżniczek i w głowie zaczęło mi się zawracać, kiedy na szczęście oczy moje zawracając się razem z głową, zatrzymały się na białym fularze, który zastąpił jej chustkę. Ten fular, mój przyjacielu, byłeś to ty; nie wiedziałem o twej antypatji do Nimf, Najad, Ondyn; obawiałem się zdradzić przyjaźń i obawa ta zatrzymała mnie na krawędzi przepaści. Teraz ty przysięgasz, że księżniczka Vanvres jest ci obcą; bardzo dobrze! ponieważ ja pochodzę z krain przepaści, to ich się nie obawiam. Niech tylko zdarzy się sposobność, a wsunę się tam powoli.
Gdy skończyła się ta opowieść, Kolomban chciał uczynić kilka uwag, ale Kamil zaczął czarującym głosem śpiewać piosnkę o Lizetce Bérangera, a przy dźwiękach tego głosu, brzmiących, magicznych, wstrząsających najtajemniejszemi strunami serca, Kolomban nie mógł już na nic się zdobyć, tylko na oklaski.

XX.
Dąb i trzcina.

Opowieść ta o pierwszem spotkaniu Kamila z księżniczką Vanvres, którą przytoczyliśmy nietylko w całości, ale i w szczegółach, da lepsze wyobrażenie niż wszelkie nasze analizy, o charakterze Kamila, pełnym lekceważenia i wesołości.
Wesołość ta, pomiędzy mężczyznami niezawsze wolna od usterek gustu, działała jednak na poważnego bretona tak, jakby nań działały figle młodego kotka, albo szczebiotanie papugi. Zawsze zaczynało się od tego, że Kamil nie miał racji, kończyło się zaś na zwycięstwie Kamila.
Był jednakże punkt, o który rozbiła się jego wytrwałość.
Życie regularne, nawet jednostajne, jakie prowadził Kolomban, nie było tem idealnem życiem o jakiem marzył Kamil; było mu też zaciasno i zaduszno w tej cichej ustroni.
Raz, Kolomban, po powrocie ze szkoły, zastał łóżko swoje ozdobione trupią główką nad dwiema kośćmi złożonemi na krzyż z tym pocieszającym napisem:

„Kolombanie, trzeba umierać!“

Poważny i myślący umysł młodzieńca, bynajmniej nie przeraził się tą ponurą maksymą i pozostawił on w głowach swego łóżka żałobną ozdobę, którą nad niem umieścił Kamil.
Tak tedy miłe to mieszkanko, tak uśmiechające się w oczach Kolombana, wyziewało dla Kamila miazmaty seminaryjskie; wszystko go drażniło, smuciło, nawet poetyczny grobowiec de la Valliere, który w taką zadumę wprawiał Kolombana i Karmelitę.
Nieustanny obraz śmierci, jaki miał przed oczami, obraz pocieszający dla duszy pobożnej, gniewał go i nasuwał mu gorzkie sarkazmy.
— Dlaczego, mówił do Kolombana, nie zakupisz sobie od razu jakiego miejsca na cmentarzu? Obiwszy ściany czarnem suknem ze srebrnemi brzegami, miałbyś przez całe życie szlachetnie wesołe mieszkanie i mógłbyś zajmować je po śmierci.
Kilka razy przekładał Kolombanowi, aby zmienił to, co nazywał ich więzieniem, na jakieś mieszkanie w Paryżu, a choćby na przedmieściu Paryża, takiem jak ulica Tournon lub Bac.
Nigdy Kolomban nie chciał zgodzić się na to.
Wtedy, jakby ustępując jakiemuś duchowi zgody, Kamil przestał mówić o wyprowadzinach; ale wciąż zmierzał do tego celu niestannemi konceptami, przeciwko ich zakonnej klauzurze. Chociaż niecierpliwej natury, znalazłszy opór silniejszy od swej woli, miał tę giętkość w imaginacji, (jeżeli tak wolno powiedzieć), która nadawała mu łatwość żmii w przesuwaniu się przez najciaśniejsze szczeliny.
Nie ustawał więc próbując wśliznąć się pod przeszkodę, której nie mógł wywrócić, starając się wyzyskać, ilekroć nadarzyła się sposobność, przyjaźń Kolombana i słabość jego dla zepsutego dziecka.
Wszystkie jego widoki zmierzały do tego, by jaknajprędzej wynieść się z cyrkułu św. Jakóba.
Nieszczęściem dla niego, oprócz wysokiej ceny mieszkań w innej okolicy, która nadwerężyłaby równowagę budżetu Kolombana, oprócz tego, że to ciche ustronie bardzo się nadawało dla pracowitego bretona, lecz za nic nie rozstałby się on z mieszkaniem, w którem po raz pierwszy miłość ukazała mu się w swych najświeższych barwach.
Obawiając się lekkości Kamila, nie śmiał jeszcze powierzyć mu tajemnicy, której serce jego było pełne; ztąd też zaciętość Kolombana w pozostaniu nietylko w tym lokalu, ale i w tej okolicy, była dla amerykanina tajemnicą.
Kamil nieraz już spotkał Karmelitę; nieraz już płomienny kreol podziwiał piękność sąsiadki i zapytywał Kolombana o tę śliczną zakwefioną. Ale Kolomban poprzestał na takiej odpowiedzi:
— Panienka ta nosi żałobę po matce, spodziewam się, że boleść taka zapewni jej w oczach twoich szacunek.
I Kamil nie wspominał już o Karmelicie.
Pewnego tylko dnia, powracając z Paryża, jak mówił młody kreol, zasiadł w salonie, zapalił hawannę i począł opowiadanie następujące:
— Wracam z Luksemburga...
— Bardzo dobrze! rzekł Kolomban.
— Spotkałem naszą sąsiadkę.
— Gdzież to?
— Wracałem gdy wychodziła.
Kolomban zachował milczenie.
— Trzymała w ręku zawiniątko.
— I cóż w tem widzisz zajmującego?
— Poczekaj...
— Czekam, jak widzisz.
— Zapytałem stróża, co ona ma w tem zawiniątku.
— Dlaczegóż to?
— Dla dowiedzenia się.
— Aha!...
— Odpowiedział mi: Koszule.
Kolomban milczał.
— A czy wiesz, dla kogo te koszule? mówił dalej Kamil.
— Zapewne dla jakiego składu bielizny.
— Dla szpitali i klasztorów, mój drogi.
— Biedne dziecko! szepnął Kolomban.
— Wtedy zapytałem Marji-Joanny...
— Kto to jest Marja-Joanna?
— Twoja odźwierna przecież! Czyż nie wiedziałeś, że twoja odźwierna mieni się Marja-Joanną?
— Nie.
— Jakto! od trzech lat jak mieszkasz w tym domu?
Kolomban uczynił oczyma, ustami i ramionami poruszenie, mające znaczyć:
— A cóż mnie to obchodzić może, czy moja odźwierna mieni się Marją-Joanną?
— Ha! to wreszcie taki już twój charakter, odezwał się Kamil, ale nie o to chodzi. Zapytałem tedy Marji-Joanny: „Co ta panna zarabiać może za szycie koszul dla klasztorów i szpitali?“ Czy wiesz co ona zarabia?
— Nie, odrzekł Kolomban, ale zdaje mi się, że nie wiele.
— Franka za koszulę, mój kochany.
— A! mój Boże
— A czy wiesz ile ona potrzebuje czasu na uszycie jednej koszuli?
— A zkądżeż mam wiedzieć?
— To prawda, zapomniałem, że nie jesteś ciekawy. Otóż mój drogi, ona potrzebuje na to cały swój dzień i musi dobrze przysiedzieć fałdów, to jest od szóstej zrana do dziesiątej wieczór, a kiedy chce zarobić trzydzieści soldów, czyli tyle ile akuratnie potrzeba na opędzenie życia, rozumiesz? to musi pracować i w nocy.
Kolomban otarł pot zraszający mu czoło.
— Czyż to nie jest rzecz przerażająca? mówił dalej Kamil. Odpowiedz, ty granitowe serce! Czyż podobna, ażeby istoty boże, piękne, młode, dystyngowane, żyły takiem życiem {{Korekta|zwierzęcem.?|}zwierzęcem?}
— Masz słuszność, Kamilu, wielką słuszność! rzekł Kolomban wzruszony tyleż prawie czułością przyjaciela ile ubóstwem dziewicy, wdzięczny ci jestem za sympatję dla kobiet pracowitych, dla tych świętych nieznanych, które przed Bogiem okupują pracą ustawiczną, próżniactwo innych ludzi!
— Dobrze! to ostatnie wypiłeś do mnie. Dziękuję!... Ale mniejsza o to! Ja wreszcie jestem twojego zdania! Jakto! ależ to niegodziwość; słowo honoru!... kobieta, którą Bóg zesłał na świat dla szczęścia mężczyzny, która rodzi, karmi i wychowuje dzieci; istota ulepiona z kwiecia róży, z woni kwiatów, z kropel rosy; istota której uśmiech jest dla serca człowieka, czem promień słońca dla natury; istota ta jest na żołdzie klasztorów i szpitali i sporządza koszule po franku na dobę, co czyni trzysta franków na rok... Owóż, ponieważ dla zatrzymania lokalu matki, sąsiadka twoja Karmelita... Czy wiesz, że ona ma na imię Karmelita?
— Wiem.
— Sąsiadka twoja Karmelita płaci sto pięćdziesiąt franków komornego, to na ubranie, opał i życie pozostanie jej drugie sto pięćdziesiąt franków rocznie! A kiedy pomyślę, że to jest istota podobna do mnie, mój bliźni, tylko, że piękniejszy odemnie, a skazany na tę męczarnię!... Ależ, mój przyjacielu, nie ma sprawiedliwości ludzkiej i trzeba zrobić rewolucję, ażeby to wszystko przemienić!
— Zdaje mi się, rzekł Kolomban, że ona ma prócz tego małą pensyjkę, trzysta franków.
— Doprawdy? Trzysta franków! a że zarabia drugie trzysta, to nie żarty! Razem sześćset franków!... I to zdaje ci się wystarczającem, tobie, który masz tysiąc dwieście? A, panie filantropie! sześćset franków na trzysta sześćdziesiąt pięć dni, a nawet na trzysta sześćdziesiąt sześć, kiedy rok jest przestępny, wydaje ci się dostateczne, by zapłacić mieszkanie, ubiór, śniadanie, obiad, wieczerzę i świecę do wieczerzy? Ależ, nieszczęśliwy! pamiętaj, że gdyby rząd zmuszony był żywić rośliny, to tlen i kwas węglowy, który należałoby wydzielić wyniosłyby dwa razy tyle, co wydatkuje to biedne dziewczę!
— To prawda, odpowiedział breton, który jeszcze nie spojrzał na ubóstwo Karmelity z tak drobiazgowego punktu, to prawda, smutna prawda; ciekawym jak ona sobie radzi?
— Ciekawy jesteś, rzekł Kamil, rad, że się zemści nad Kolombanem, a nadto podniecony widokiem pięknej twarzy. A! ciekawy jesteś? Otóż zaspokoję ciekawość twoje: ona prawie co noc pracuje aż do trzeciej zrana!
— Czy powiedziała ci to odźwierna?
— Nie, nie odźwierna powiedziała mi to, ale sam widziałem.
— Ty, Kamilu?
— Ja sam, Kamil Rozan, kreol z Luizjany, ja sam to widziałem.
— Kiedyż to?
— A no... wczoraj... onegdaj i dni poprzednich.
— A to jakim sposobem?
— Wszak ona nie jest tyle bogatą, ażeby w nocy palić lampę lub świecę, kiedy śpi? Kiedy więc lampa lub świeca pali się w jej pokoju, to znaczy, że ona czuwa. Owóż, co noc w pokoju jej światło pali się do godziny trzeciej zrana.
— Ale zkądże wiesz o tem ty, który nie czuwasz do trzeciej godziny rannej?
— To także! A któż ci powiedział? Właśnie, że się mylisz: onegdaj naprzykład był to dzień Opery, wszak tak?
— Tak, zdaje mi się... nie wiem...
— O! on nie wie, które są dnie Opery! Poniedziałek, środa i piątek, ludożerco! Onegdaj tedy, był to dzień Opery... poniedziałek!
— Niech i tak będzie.
— Choćbyś i nie chciał, tak jest... Otóż, wychodząc z Opery, spotkałem dawnego kolegę.
— Któregoż to?
— Ludowika.
— Aha! Poczciwy też to był kolega. Jak to jednakże ludzie schodzą z oczu.
— Nie mów mi o tem! To naprowadza najsmutniejsze myśli na ziemi, jakby się człowiek chciał zastanawiać.
— Cóż się z nim dzieje?
— A toż zajmuje się medycyną: oni wszyscy mają jakiś szal zajmowania się czemś.
— Tylko ty jeden...
— A! tegom się spodziewał... trafiłem... Dajmy więc temu pokój. Otóż on zajmuje się medycyną.
— Pójdzie mu dobrze; wyborny to umysł, tylko nieco materjalistyczny w formie.
— Tak, bardzo materjalistyczny w formie; księżniczka Vanvres może ci coś o tem powiedzieć.
— Więc tedy?...
— Tak, do rzeczy... Ale, ażeby dojść do rzeczy, musimy skończyć ze szczegółami. Ludowik przyjdzie cię odwiedzić, jesteście sąsiadami: dałem mu twój adres.
— Ależ, nieznośny gaduło, jakiż związek jest między Ludowikiem...
— I Karmelitą?
— Pytam cię o to właśnie!
— Zaczekaj, powiem ci... Uwziąłeś się przeciwko porządnemu rozwojowi wypadków.
— Widzisz przecie, że cię słucham.
— To twoja powinność! Ale żal mi cię, i skracam. Jaki jest związek między Ludowikiem i Karmelitą? Powiem ci zaraz. Otóż spotkałem Ludowika wychodząc z teatru Opery...
— Jużeś mi to powiedział.
— A więc powtarzam. Kiedy kto spotka przyjaciela, pojmujesz to dobrze, przyjaciela szkolnego, którego trzy lata nie widział, toć niepodobna obejść się wzajem bez opowiedzenia sobie jakichś ustępów młodości. Poszedłem tedy z Ludowikiem do kawiarni Opery; trzeba było nadać opowiadaniu oprawę: jest to szczegół, który muszę ci wyłożyć...
— Pomiń ten szczegół.
— Tak, bo szczegół ten jest wstydem dla ciebie, nieprawdaż, egoisto?
— Jakiż to więc szczegół?
— Szczegół oto ten: skazałeś mnie na post onegdaj.
— Ja?
— W poniedziałek! Prawda, że to mimowolnie, to też ci nie wyrzucam, zeznaję tylko po prostu. Ponieważ, mówię, skazałeś mnie na post pomimo wiedzy, gdyż kazałeś podać na stół świeże prosię, a nam przyniesiono jaj na twardo, której to metamorfozy przy zwykłej swej dystrakcji nie spostrzegłeś, uważałem przeto za powinność odświeżyć siły swe porcją kurczęcia, w towarzystwie z naszym przyjacielem Ludowikiem. Czy kurczę było pretekstem dla pogadanki, czy pogadanka dla zjedzenia kurczęcia, tego już nie wiem, muszę ci tylko powiedzieć, że rozmowa trwała nieskończenie dłużej niż kurczę, i że dopiero o trzeciej godzinie zrana ściągnąłem pod mury naszego klasztoru. Spojrzawszy w niebo, raczej przez brak zajęcia, niż dla dowiedzenia się jaka będzie jutro pogoda, w oknach sąsiadki naszej spostrzegłem blade światło roboczej lampki, a przez czyste uczucie ludzkości, nazajutrz, to jest dziś, widząc ją wychodzącą z zawiniątkiem w ręku, przypomniałem to sobie i wypytałem Marję-Joannę. Teraz wiesz co odpowiedziała Marja-Joanna. Biedne dziewczę!
— Tak, biedne dziewczę! masz słuszność Kamilu i biedniejsza jeszcze jak mniemasz, gdyż ona nie ma na święcie żadnego krewnego, żadnego przyjaciela, niczyjego przywiązania!
— Ależ to rzecz okropna! zawołał Kamil. I jakimże sposobem, ty, jej sąsiad od pół roku, albo może i dawniej, nie starałeś się z nią poznać?
— Przeciwnie! rzekł breton wzdychając, rozmawiałem z nią kilka razy.
I możeby w tej chwili Kolomban był wypowiedział wszystko przyjacielowi, gdyby ten nie był odepchnął wyznania jednym z tych frazesów, które ustawicznie trzymały w stanie obronnym Kolombana, nieraz gotowego już ustąpią.
— A! tajemniczy bretonie! zawołał Kamil, rozmawiałeś z nią i nie powtórzyłeś mi ani jednego słowa z tej rozmowy. Przebaczam ci pod tym jedynie warunkiem, że mi opowiesz tę sielankę, a to szczegół po szczególe, nie szczędząc kwiatów krasomówczych. Ja bo lubię długie opowiadania, nie tak jak ty... Dobywam więc hawannę zapalam ją i słucham. Mów, Kolombanie! ty mówisz tak dobrze!
— Zapewniam cię, Kamilu, rzekł Kolomban zakłopotany, że w rozmowie naszej nie było nic dla ciebie zajmującego.
— Aha! złapałem cię, zuchu!
— Jakto?
— Kiedy powiadasz, że w tem nie ma nic zajmującego dla mnie, to czyż nie trzeba się domyślać, że to jest bardzo interesujące dla ciebie? Proszę cię, ażebyś mi określił ten odcień zajęcia, jaki rozmowa ta miała, czy to dla twojego umysłu, czy dla twej imaginacji lub serca. Słowem powtarzam ci z powodu Karmelity toż samo, co ci powiedziałem z powodu księżniczki Vanvres, chociaż nigdy nie miałem myśli, bądź tego pewnym, stawiać na jednej linji naszą sąsiadkę z moją księżniczką... Czy ta piękna dziewica, która spędza noce nad koszulami dla klasztorów i szpitali, ma dla ciebie jakieś zajęcie szczególne? Odpowiadaj mi, Kolombanie! Kolombanie, odpowiadaj mi!
Przyciśnięty do muru przez przyjaciela, Kolomban wyciągnął do niego rękę, i dotykając jego kolan, rzekł głosem łagodnym i poważnym:
— Posłuchaj, Kamilu, opowiem ci wszystko, ale na Boga, nie traktuj mojego wyznania ze zwykłą sobie lekkością, i zachowaj mą tajemnicę tak, jakbym ja sam ją zachował, gdybym nie był tego przekonania, że zakryć przed tobą jeden zakątek mojego serca, byłoby zdradą przyjaźni naszej.
I Kolomban opowiedział szczegółowo Kamilowi to, co już raz wyznał przed bratem Dominikiem.
— I cóż powiedział na to brat Dominik? zapytał Kamil, gdy przyjaciel jego przestał mówić.
Kolomban powtórzył młodemu Kreolowi zachęty, jakie mu dawał mnich zacny.
— To aż miło! wykrzyknął Kamil, to ksiądz, którego widziałem w moich marzeniach. Bardzo dobrze zrobił, że cię zachęcał, chociaż, szczerze mówiąc, ty nie wyglądasz na takiego, coby potrzebował tak dalece zachęceń; podkładać ogień pod rozpaloną hupkę, wydawało mi się zawsze robotą czczą. Co mnie gniewa, to, że sam tej rzeczy nie odgadłem, powinienem się był jednak domyśleć po dziecinnych zdaniach, jakie objawiałeś w pierwszych dniach mojego przybycia, a nadewszystko po uporze twym przeciw zmianie mieszkania. Dobrześ zrobił, żeś mnie uprzedził, był wielki czas po temu, potrzeba nagląca, jutro już miałem zabrać się do rozpoczęcia kampanji.
Ale od tej chwili wszystko skończone; kochanka mojego gospodarza jest jak małżonka Cezara: nie może być nawet posądzaną. Zaufaj mojej dyskrecji i powiedz mi teraz jak myślisz działać... Pochód twój ku celowi, zdaje mi się, pozwól to sobie powiedzieć, postępuje w stosunku odwrotnym do pochodu twego uczucia: kochasz ogromnie, ale nie idziesz naprzód.
— Co ty nazywasz iść naprzód, Kamilu? rzekł Kolomban prawie przestraszony.
— A cóż? Iść naprzód, jest to nie cofać się, a cofaniem nazywa się ten odwrót, jaki ty wykonałeś przez miesiąc mego tu pobytu... A! przychodzi mi jedna myśl... jakiżem ja głupiec, osioł, gęś opierzona! wszak to obecność moja przeszkadza ci, mój drogi. Od jutra uwalniam cię od niej.
— Kamilu, Kamilu, co ci też przyszło do głowy, przyjaciela mój? zawołał Kolomban.
— Bardzo naturalnie, że mi przyszło do głowy, Kolombanie; nie chcę zawadzać szczęściu mojego jedynego przyjaciela.
— Ależ nie zawadzasz bynajmniej, Kamilu!
— Zawadzam okrutnie i od jutra wybieram się na poszukiwanie mieszkania kawalerskiego.
— Tak, tak, rzekł Kolomban smutnie, chcesz mnie opuścić; znużyło cię moje towarzystwo, przyjaźń nasza cięży ci...
— A! Kolombanie, przyjacielu mój, teraz znowu rozpoczynasz gadać głupstwa.
— Dobrze więc, idź sobie, ale ja pójdę z tobą.
— Więc idź do właściciela, rzecze Kamil, i jeżeli obecność moja nie zawadza ci...
— Dziecko! zawołał poczciwy breton.
— To wynajmij na oba nasze nazwiska lokal na trzy, sześć, dziewięć miesięcy... byle jednak, powtarzam ci...
— Kamilu, przerwał kolomban, kocham Karmelitę, kocham ją z całej duszy, ale gdybyś mi powiedział: „Kolombanie, moje posiadłości amerykańskie zgorzały, zniszczałem, muszę majątek odrabiać na nowo; spojrzyj na moje ręce, jakie słabe, potrzeba mi więc pomocy dwóch twoich tęgich ramion, synu starej Bretanii!“ Kamilu, wyjechałbym w tej chwili, bez żalu, bez ubolewania, ani raz okiem nie rzuciwszy wstecz, nie westchnąwszy nawet za tą życia mojego połową, którą zostawiłbym tutaj.
— Dobrze! dobrze! dobrze! wiem, że zrobiłbyś to wszystko, tak jak mówisz.
Breton uśmiechnął się smutnie.
— Z pewnością zrobiłbym.
— Powiedz że mi teraz, dokąd cię ta miłość zaprowadzi?
— Prawdopodobnie do małżeństwa.
— O! o! z dziewczyną, która szyje koszule dla klasztorów i szpitali; ty, wicehrabia de Penhoel, ty, który datujesz od Roberta Mocnego?
— Ona jest córką kapitana, oficera legii honorowej.
— Tak, szlachectwo po armacie... Ale mniejsza o to! Jeżeli ci się podoba, jeżeli podoba się twemu ojcu, nikomu nic do tego.
— Ojciec mój zrobi wszystko dla szczęścia swego jedynego syna!
— Dlaczegóż więc nie przedsiębierzesz przedwstępnych kroków?
— Ależ, kochany mój Kamilu, nie wiem naprzód, czy Karmelita mnie kocha.
— A przytem, nim zapuścisz się na tę ścieżkę pełną cierni i głogów, która zwie się małżeństwem, chciałbyś oddychać wonią kwiecistych łąk miłości! Zgoda, jest to przystęp zmysłowości, który rozumiem, wymyślna rozkosz, którą cenię, ale tymczasem spodziewam się, nie dopuścisz ażeby biedna ta istota, wypaliła sobie oczy nad tą pracą pajęczą?
— A cóż na to robić, Kamilu? Czy jestem bogaty, ażeby przyjść jej w pomoc? A choćbym był nawet milionerem, czyż ona przyjęłaby pomoc, w jakąkolwiek przybrałbym ją formę?
— Nie przyjmie pomocy, ale przyjmie pracę.
— Jakąż ja mam nastręczyć jej pracę?
— Że też ty we wszystkiem widzisz tyle przeszkód!
— Wytłómacz mi to, umieram z niecierpliwości!
— Jeden przyjaciel mój z osad prosił mnie, ażebym mu posłał sześć tuzinów koszul, połowę z płótna holenderskiego, a połowę z batystu; materjał kupiłem dopiero w tych dniach, a dziś lub jutro odeszlą mi go. Przyjaciel dający mi to zlecenie, przeznaczył średnio na każdą koszulę dwadzieścia pięć franków. Na męzką koszulę potrzeba mniej więcej trzy metry płótna; niech płótno kosztuje, dajmy na to pięć franków metr, to jeszcze około dziesięciu franków pozostanie na robotę i dodatki. Owóż, dajmy do zrobienia te koszule sąsiadce; zdaje się, że ona pracuje jak czarodziejka, więc zamiast jednego franka, zarobi około dziewięciu franków. Czy to rzecz jasna?
— Nie przyjmie, rzekł Kolomban potrząsając głową.
— Jakto, nie przyjmie?
— Domyśli się, że to tylko delikatny wybieg dla przyjścia jej z pomocą, zna ona cenę pracy, a jak się dowie o bajecznej cyfrze, którą naznaczasz, odmówi.
— A! prawdziwy z ciebie breton uparty! Dlaczegóż ona ma odmawiać za pracę swą ceny, którą mnie każą płacić w każdym większym magazynie? Pokażę jej przecież moje faktury, do licha!
— Tym. sposobem rzekł Kolomban, może to się i załatwi; szczerze dziękuję ci za tę myśl.
— Przełóż więc jej tę rzecz jeszcze dziś wieczór.
— Pomyślę.
— Pomyśl zarazem, że szycie koszul nie jest żadnym stanem. Zbiegłem ja dużo świata i czasami będziesz się z tego zapewne śmiał, wbrew wielu innym, którzy patrzą nie widząc, widziałem wiele nie patrząc. Widziałem, że niedaleki jest czas, w którym machiny za godzinę wyrobią tyle, czego sto kobiet igłą nie wyrobi przez tydzień. Spojrzyj na kaszmiry indyjskie; całe miasto pracuje pół roku nad wyrobieniem szala, który warsztaty lyońskie wyrabiają we dwanaście godzin! Owóż, trzeba wymyśleć dla Karmelity stan, który, w razie gdyby hrabia Penhoel nie pozwolił synowi zaślubić szwaczki, uchronił przynajmniej tę niebogę od głodowej śmierci.
Kolomban patrzył na Kamila oczyma pełnemi łez.
— Nigdy nie widziałem cię tak poważnym, tak dobrym, tak pełnym zdrowego sądu, Kamilu! Dziękuję ci, gdyż to przyjaźń twoja dla mnie tak cię ożywia.
Nie zatrzymując się na tych czułych oświadczeniach; zapytał Kamil:
— Wszak mówiłeś mi, że ona lubi muzykę?
— Namiętnie! wcale nieźle nawet śpiewa.
— Słyszałeś ją?
— Nigdy; biedna nie ma fortepianu.
— Będzie miała.
— Jakim sposobem?
— Nie wiem, ale powiadam ci, że mieć go będzie.
— Idziesz zadaleko, Kamilu.
— Nie pójdę daleko, by znaleść fortepian dla niej; będzie to twój.
— Jakto mój?
— Bez wątpienia.
— Ależ mój fortepian, to klekot.
— Wiem i właśnie dlatego...
— Obciąłbyś dać jej zły fortepian, cóż znowu?
— O! jakiżeś ty głupi, mój drogi przyjacielu.
— Dziękuję!
— Nie, to tak po przyjacielsku... Ależ przecie zrozumiej! Mówiłem ci już ze sto razy, że nie mogę cierpieć twego fortepianu, że on całym tonem jest dla mnie za wysoki... Jaki ona ma głos?
— Kontraltowy.
— Właśnie, a ty masz barytonowy. Zmienimy twój fortepian, ja dodam pięćset franków i będziesz miał fortepian doskonały! Fortepian, to przecież jak parasol. Jeden starczy dla dwóch, a nawet dla trzech.
— Ależ, Kamilu!...
— Rzecz skończona; fortepian jest już kupiony; jutro będzie tu na miejscu.
— Zwodzisz mnie, Kamilu!
— Tak jest, jak ci miałem zaszczyt powiedzieć. Chciałem ci zrobić niespodziankę w dniu twoich imienin, ale ponieważ imieniny twoje przeszły, odłożyłem ją na dzień twoich urodzin. Lecz ponieważ urodziny twoje nie nadeszły, a mnie nudzi to granie na fortepianie, który jest dla mnie za wysoki, zrobię ci niespodziankę jutro, to jest w dniu urodzin twego ojca, stryja, ciotki lub jednego z krewnych... Toż, do djabła, musiał ktoś z twej rodziny urodzić się jutro?
— O, Kamilu! zawołał breton wzruszony do łez, dziękuję ci drogi przyjacielu, dziękuję!

Koniec tomu drugiego.


I.
La Gemma di Parigi. (Perła Paryża).

Mimo objętość dzieła, które wydajemy, mimo przyjemności, jakiej autor zawsze doznaje analizując opisywane przez siebie osoby, nie idzie za tem, abyśmy mieli dzień po dniu wykazywać sposób życia Karmelity, Kolombana i Kamila; byłoby to w naszym planie, gdybyśmy wydawali opis życia ich samych, lecz na to nie śmiemy się odważyć, od chwili jak opowieść ta stała się jedynie epizodem wielkiej całości, którą poddajemy ciekawości naszych czytelników. Powiemy więc tylko, że Kamil wykonał swe zamiary, tak, jak je był przedstawił Kolombanowi.
Karmelita na widok wygórowanych cen w fakturach Kamila, nie mogąc nic zarzucić przeciw wynagrodzeniu swej pracy, przyjęła ofiarę młodzieńca, a że począwszy od tego dnia pośrednik, ta pijawka tyjąca kosztem producenta i kupującego, usuniętym został, przeto dobrobyt wszedł do domu; trochę tylko więcej trudności robiła młoda dziewczyna, gdy przyszło do świeżo zakupionego fortepianu, który miał być przesuniętym z mieszkania dwóch przyjaciół do jej pokoju. Lecz, uproszona przez Kolombana, dla którego żywiła uczucie połączone z szacunkiem, zdecydowała się otworzyć drzwi swoje melodyjnemu gościowi.
I co więcej jeszcze: zgodziła się brać lekcje śpiewu, które dwaj młodzi ludzie ofiarowali jej się po kolei udzielać.
Karmelita doskonale czytała nuty i świetnie wykonywała od pierwszego razu najtrudniejsze kawałki, ułożenie palców miała wytworne, lecz nieznajomość u niej muzyki równała się jej nieświadomości w kochaniu. Grała, nie znając dobrze wartości tego co gra, i tu to jest właśnie (niechaj wolno będzie na chwilę profanowi wtrącić się do rzeczy, która do niego wcale nie należy), tu jest wielka wada kształcenia muzycznego, jakie młode panny odbierają po zakładach. Bałamucą głowy uczennicom obrzydłem! kawałkami, pod pozorem, iż to są rzeczy łatwe. To tak, jak kiedy nauczyciel obdarzony jest na nieszczęście jednym z owych zgubnych głosów, które nazywają głosami salonowymi, co oznacza jasno, że głos ten zgoła niezdatnym jest do teatru — jeżeli do tego posiada gorączkę zaraźliwą, wspólną śpiewakom, która polega na osobistem komponowaniu romansów, tak jak gdyby dość było mieć jaki taki głos, ażeby zostać muzykalnym — otóż nauczyciel ten zaszczepia wszystkim młodym głowom utwory gustu prawie zawsze dwuznacznego; jeżeli zaśnie śpiewa, niebezpieczeństwo jest prawie takież samo; zamiast swoich romansów, poddawać będzie swoje kontredanse, walce, galopki, fantazje, warjacje, kaprysy — smutne kaprysy! nierozsądne warjacje!
Na Boga! panie przełożone zakładów żeńskich, wymagajcie od swoich nauczycieli, aby wykładali muzykę taką, jakiej się sami uczyli, a nie tę, którą sami tworzą! Jakto! mając arcydzieła tak wielkich mistrzów, tak olbrzymich geniuszów, jak Haydn, Haendel, Gluck, Mozart, Weber i Beethoven, pozwalacie grać gawoty fuszerów?
To nie do uwierzenia! A jednak tak jest, codziennie się to przytrafia.
Biedna Karmelita, z całem swojem uzdolnieniem od natury, na tym punkcie stanęła; zawsze jej tylko dawali kawałki należące do muzyki trzeciego lub czwartego rzędu, a pojęcia nawet nie miała o rozkoszach muzyki prawdziwej. To też z zapałem przyjęła pierwsze słowa dwóch młodych ludzi, tyczące się tego przedmiotu.
Tylko, że między dwoma młodymi ludźmi poczęła się sprzeczka. Kolomban, poważny i myślący jak niemiec, przytem uczeń starego Millera, odnajdywał całą formułę swych myśli i marzeń w muzyce niemieckiej. Kamil, żywy i lekki jak neapolitańczyk, nie rozumiał, nie wielbił ani przypuszczał innej muzyki, jak włoską. I bardzo sprawiedliwie; istniała w ich gustach, co do muzyki takaż sama różnica, jaka zachodziła w ich charakterach. Tysiące więc rozpraw stoczyli z sobą, dotyczących kształcenia się w muzyce Karmelity.
— Muzyka niemiecka, mówił Kolomban, są to namiętności ludzkie włożone w muzykę.
— Muzyka wioska, mówił Kamil, to marzenie zmienione w piosnkę.
— Muzyka niemiecka jest głęboką i smutną, mówił Kolomban, tak jak Ren płynący w cieniu swoich sosen i skał.
— Muzyka włoska jest wesołą i przejrzystą, mówił Kamil, jak morze Śródziemne w cieniu.
Sprzeczka przeciągnęłaby się w nieskończoność, gdyby stateczny breton nie zaproponował był rozejmu. Kolomban oświadczył, że trzeba wykładać jednocześnie młodej dziewicy muzykę Beethovena i Cimarosy, Mozarta i Rossiniego, Webera i Belliniego.
Obie drogi były różne, lecz przez wybieg, prowadziły do jednego celu. Zaczęli więc i młoda dziewczyna brała lekcje od obu przyjaciół.
Po trzech miesiącach, była w stanie śpiewać jakieś trio razem z nimi. Od tego dnia począwszy, szczęście zawitało do domu, tak samo, jak trzy miesiące przedtem, dobrobyt wszedł temi samemi drzwiami i tą samą drogą.
Zbierano się każdego prawie wieczora w małym salonie, w którym Kamil, człowiek przemyślny, powziął zamiar zmienić obicie pewnego dnia w nieobecności Karmelity, aby oszczędzić o ile możności młodej sierocie okropnego wspomnienia pokoju, w którym umarła jej matka. Tam to spędzali między godziną siódmą i dwunastą miłe wieczory, które z wielkiem zdziwieniem wszystkich, tak prędko upływały.
Kolomban, obdarzony barytonowym głosem nadzwyczajnej rozległości, śpiewał to kawałek z Webera lub Mozarta, to Mehula lub Gretrego.
Kamil miał tenor czuły, czysty i anielskiego dźwięku; gdy zanucił arję Józefa: „Pola ojczyste! Hebronie, słodka dolino!“ był w jego śpiewie akcent takiej czułości, smutku tak głębokiego, iż ani Kolomban, ani dziewica przy wykonywaniu tej arji, nie mogli powstrzymać łez cisnących się do oczu.
Karmelita nie ośmieliła się śpiewać sama, dotąd śpiewała i to nie śmiało w dwóch duetach z jednym lub z drugim z przyjaciół, lub też w trio z obydwoma.
Był to głos obszaru i siły nadzwyczajnej; w niektórych arjach minorowych, wychodził z ust tego dziecka śpiew tak przenikający, jak odgłosy trąby w marszu pogrzebowym. Innego razu, głos ten płakał, jak jęk wiolonczeli. W innych chwilach, nuty z ust jej płynące, były rzewne, jak brzmienie kryształowego fletu, albo też smętne, jak odgłosy górskiego rogu.
Dwaj przyjaciele słuchali ją z zachwyceniem, a Kamil, który przedtem ani jednego dnia nie opuścił Opery, nie stąpił tam nogą od czasu, kiedy po raz pierwszy usłyszał tę, którą nazwał perłą Paryża „la Gemma di Parigi“. Obydwaj zdziwieni byli postępami, jakie czyniła Karmelita.
Jednego wieczora osłupieli, słysząc ją śpiewającą całą partycję Don Juana, którą jej przynieśli nie dalej jak wczoraj.
Młoda dziewczyna w samej istocie posiadała niezmierną pamięć; dość jej było raz usłyszeć jaki kawałek, aby go powtórzyć w kwadrans potem, nuta za nutą.
Kolomban posiadał cały zbiór nut szkoły niemieckiej, lecz w parę miesięcy wyczerpał się. Wtedy, Kamil podjął się zaopatrywać potrzeby towarzystwa filharmonijnego; przerzucał wszystkie składy nut, wybierając, rozumie się, sztuki ulubionych swych mistrzów, sztuki, które Kolomban nazywał dziełami poziomej włoszczyzny.
Młoda dziewica gorączkowo pochłaniała wszystkie te partycje i potrochu główka jej zdobiła się najgłówniejszemu dziełami wszystkich wielkich mistrzów; a że śpiew nie przeszkadzał jej do muzyki, przyszło do tego, że po pewnym czasie stała się fortepianistką wielkiej nauki i cudownego talentu.
Tak więc schodziły wieczory, na wzajemnem słuchaniu śpiewu; było to główne zajęcie, następnie po każdym kawałku przychodził jakiś żart Kamila, żart niepohamowany, który przyprawiał słuchaczów, o wybuchy dziecinnego śmiechu.
Albo też opowiadał jaką przygodę z podróży; przygodę dowcipną lub wypadkową, ale zawsze z należytą skromnością.
Jedna okoliczność zwłaszcza, wprowadzała w zdumienie Kolombana, a tą było, że ten niedbały podróżnik, który sam dla siebie zwiedził Włochy, Grecję, Azję mniejszą, jak ptak przelotny, nic nie widząc, nic nie słysząc, nic nie rozumiejąc, od czasu, jak zaczął opowiadać podróże swoje Karmelicie, zdawało się, jakoby podróżował jako uczony, jako malarz i poeta.
To opowiadał swoje poszukiwania w ruinach, to przechadzki przy świetle księżyca nad brzegami ogromnych jezior, wycieczki w spiekłą pustynię lub w dziewicze lasy; wtedy był to inny Kamil, Kamil nieznany, celujący w opisach pełnych barw, namiętności, zapału i prawdy.
Kolomban cały był przejęty tą przemianą, przedstawiał on mu się w świetnym blasku; nie był to już ten lekki, niedbały, wietrzny i urwisowaty ulicznik, lecz kawaler pełen uprzejmości, łączący za jednym razem przymioty i obejście człowieka światowego, oraz brawurę i awanturniczość artysty.
Któż więc dokonał tego celu? Kolomban nie wiedział, a przytem nie myślał zapytywać się o to siebie. Ale my, czytelnicy, którzy jesteśmy ciekawszymi od bretona, szukajmy wspólnie zkąd pochodziła ta zmiana w umyśle i w obejściu Kamila de Rozan, jak się sam czasami przezywał pół żartobliwie, pół dumnie.
Przyczyna tej zmiany nie trudną była do odgadnięcia.
Czy widzieliście kiedy pawia przechadzającego się samotnie po ostrej pochyłości dachu? Nic piękniejszego zaiste, lecz i smutniejszego zarazem, a zwłaszcza nic równie głupiego od jego osoby! Lecz niechaj on tylko zdaleka ujrzy pawicę, natychmiast rozpościera swój wachlarz utkany djamentami, perłami i rubinami.
Więc też djamenty, perły, rubiny, któremi opowiadania Kamila zasiane były, w tenże sam sposób promieniały pod spojrzeniem młodej dziewicy.
Umiał dobrze sprzedać swój towar, jak mówi pospolite, ale dosadne przysłowie.
Kamil przeżył lat dwadzieścia z Kolombanem, a jednak nie uczyniłby jego przyjaźni tego zaszczytu, by wydobyć choć jednę drogocenną perłę ze swego bogatego zbioru i przedstawić ją oczom jego.
Rzecz inna, gdy chodziło o owego tajemniczego i nieznanego bożka, co to krąży niewidomie po nad główkami młodych dziewic; dla niego Kamil nie szczędził skarbów swego rozumu, piękna i wyobraźni.
Tak to się zdarza między dwojgiem starych przyjaciół, tak między mężem i żoną; zdaje im się, iż niepotrzebują wysilać się jedno dla drugiego ale niech tylko ktoś trzeci się pojawi, natychmiast rozmowa świetną się staje, na podobieństwo rozmowy dwóch niemych, którzy raptem odzyskali mowę.
Zacny Kolomban przypisywał poprzednią ponurość i obecne ożywienie się Kamila nie innej przyczynie, jak tylko zmiennemu i kapryśnemu charakterowi młodego człowieka.
Co się tyczy Karmelity, ta wychowaną była w surowym zakładzie żeńskim w Saint-Denis, następnie dozorowała chorą matkę i była świadkiem jej śmierci; smutek też aż dotąd zalegał całą głębię jej życia, a do tego poważny breton mimo swej wiedzy i mimo wiedzy samej nawet młodej dziewicy, prowadził dalej dobroczynne lecz osmucające lekcje pensjonatu.
Gdyby w tej chwili, jakieś wezwanie zmierzające wprost do jej serca zapytało ją, którego z dwóch młodych ludzi więcej kocha, niezaprzeczenie, bez wahania, przez instynkt naturalny i wskutek nieprzezwyciężonej siły, wskazałaby Kolombana.
Jego poważny charakter zamiast oddalać, przyciągał ją do niego, na każdym kroku spotykali się oboje w poglądach, jakie mieli co do wszystkiego.
Kamil, przeciwnie, zupełnie odmiennego był od niej charakteru, jego żywe usposobienie niepokoiło ją, lekkomyślne pomysły uderzały ją, zawsze była gotową w roli starszej siostry wyłajać go jak studenta, gdyż silna i stanowcza jej natura, nadała jej nad Kamilem trochę tej powagi, jaką Kolomban od samego wyjścia z kolegium zyskał nad swym współkolegą amerykańskim.
Miała dla niego raczej pieczołowitość, jaką się ma dla małych dzieci, aniżeli tkliwość, którą się uczuwa dla młodego człowieka.
Gdy pracowała lub była samą i kiedy Kamil wchodził niespodzianie, niezakłopotana mówiła do niego: Odejdź Kamilu, przeszkadzasz mi! Nigdy nie śmiałaby w podobny sposób odezwać się do Kolombana.
Przytem Kolomban nigdy jej nie przeszkadzał. Ztąd wynikło, iż sama Karmelita myliła się co do swoich uczuć; przyzwyczaiła się potrochu uważać tę poufałość, jaka zawiązała się między nią i Kamilem za żywsze uczucie od zwyczajnego, a brała za bojaźń tę miłość, opartą na szacunku i głęboką, która ją przywiązywała do Kolombana.
Kolomban zdawał się ją przytrzymywać, Kamil zaś jak gdyby ją pociągał.
Kochał ją Kolomban, czarował Kamil.
W jakiż to sposób dzieci zapatrują się na życie, jeśli nie jak na girlandę z kwiatów, z których najpiękniejszym jest ten, co najjaskrawiej błyszczy? W jakiż więc sposób młoda dziewica wyobraża sobie miłość, jeżeli nie jako ziemię obiecaną, w której będzie mogła ułożyć wieniec swych marzeń?
Życie z Kolombanem, to nauka i praca nieustanna; życie z Kamilem, to wieczna podróż pośród krainy osnutej fantazją.
Jeżeli Karmelicie przyszła ochota nauczyć się wieczorem jakiej sztuki na fortepian, o której przedtem mówiono, Kolomban mówił do niej:
— Jutro będziesz ją miała.
Lecz Kamil, prędki w zadawalaniu cudzych życzeń, tak, jak gorliwym był w zaspakajaniu swych własnych, Kamil, choćby o północy, mimo ulewy, mimo że składy muzyki zamknięte były, a ich właściciele spali, Kamil nie zważając na deszcz, ani na spóźnioną godzinę, obiegał cały Paryż, narobił hałasu u drzwi magazynu tak, iż właściciel ujęty wysoką ceną, jaką mu młody człowiek ofiarował, otwierał mimo późnej pory.
Pewnego dnia w ogrodzie Luksemburskim, Karmelita objawiła, ale to mimochodem prawie, chęć posiadania jednego lub dwóch kwiatów kasztana różowego.
— Znam ja, odpowiedział Kolomban, jednego ogrodnika, który mieszka na ulicy Zdrowia, z powrotem otrzymasz, droga Karmelito, cały bukiet tego kwiatu.
Ale Kamil zręczny jak kot, mimo sprawiedliwych uwag, jakie mu czynił Kolomban, przypominając, iż się znajduje w publicznym ogrodzie, Kamil wdrapał się na drzewo, ułamał całą gałęź kasztana różowego i zeszedł z tryumfem, nie będąc dostrzeżony przez żadnego z ogrodników.
Bo u niego była jakaś łączność między szczęściem i zuchwalstwem; wróżbiarz badając rękę Kamila, z pewnością znalazłby na niej idącą od pagórka Marsa do pięści, linję szczęścia prostą, wyraźną, bez żadnego zboczenia lub złamania.
W samej rzeczy, niepodobieństwem było być zarazem więcej lekkomyślnym i więcej szczęśliwym niż Kamil.
Takie i tym podobne fakty, które powtarzały się co chwila i przy każdej sposobności, natchnęły Karmelitę wielkiem uczuciem dla młodego człowieka, uczuciem, które płynęło tyleż z podziwu, ile z uwielbienia.
Kolomban spostrzegł, po kilku oznakach, silę atrakcji, jaką wywierał kreol na młodą panienkę.
— Bardzo to naturalne, pomyślał zrazu, nie zaniepokoiwszy się tą atrakcją, on jest piękny, wesoły, ma wdzięk i blask, gdy tymczasem ja posiadam tylko smutek i siłę.
Potem, potrochu w uczciwości serca, a w miarę jak myślał o tem, czoło jego coraz bardziej się zaciemniało, a serce ściskało, mówił do siebie:
— Wielki Boże! przeznaczyłeś mi, abym mając dwadzieścia cztery lata, był poważnym i surowym jak starzec! Cóż to za smutny towarzysz byłby ze mnie dla młodej ośmnastoletniej dziewicy, której wszystkie zachcenia różne są od moich?... A jednakowoż, dodawał wątpiąc jeszcze, wszystko mi mówi, iż byłem w możności zapewnić szczęście Karmelity i że miałbym był tę możność i siłę, tak, jak mam pragnienie i wolę.
Potem patrzał jak piękni, młodzi, z uśmiechem na ustach, przyciskali się jedno do drugiego i zdawało mu się, że dwie aureole młodości jaśniejące po nad ich czołami, zbiegły się w jednę i że była to aureola miłości. Wtedy, potrząsał głową i blady, stawał w cieniu, podczas gdy Kamil i Karmelita jaśnieli światłem.
— Napróżno staram się łudzić, mówił, ci dwoje kochają się i bardzo sprawiedliwie; zdają się być stworzeni dla siebie... A jednak, marzyłem o innej przyszłości dla niej... Droga Karmelita! byłbym z niej zrobił wielką i dostojną damę! Kamil widzi lepiej odemnie; on z niej zrobi szczęśliwą kobietę.
I począwszy od tej chwili Kolomban, mimo dotkliwego żalu, mimo smutku, który go codzień więcej opanowywał, postanowił wyrzec się najzupełniej samego siebie i zbogacić Kamila skarbami jakie nagromadził.
Jednego wieczora, gdy Kamil i Karmelita śpiewali przepysznym głosem, wsparci jedno na drugiem, z włosami igrającemi, pomieszanem tchnieniem, duet miłosny, w którym grały wszystkie odcienia ludzkiej namiętności, Kolomban, przyszedłszy do swego pokoju położył rękę na ramieniu Kamila, spojrzał na niego poważnie oczami łez pełnemi, z piersią wezbraną westchnieniem, lecz głosem łagodnym rzeki do niego:
— Kamilu, czy ty kochasz Karmelitę?
— Ja? zawołał Kamil zarumieniwszy się. Przysięgam ci...
— Nie przysięgaj Kamilu, a posłuchaj mnie, powiedział Kolomban. Ty kochasz Karmelitę mimo twej wiedzy być może, ale ty ją kochasz głęboko, jeżeli nie w ten sam sposób to przynajmniej tak bardzo jak ja.
— Lecz Karmelita?... odezwał się Kamil.
— Nie zapytywałem Karmelity, odrzekł Kolomban. Bo po cóż? Nie, ja wiem i bez tego, jaki jest stan jej serca. Wyznaję na pochwałę was obojga, iż walka była długą i że to stało się poniekąd mimo waszej woli, iż pociągnięci byliście jedno ku drugiemu... Otóż chcę powiedzieć, jaki jest mój zamiar...
— Nie, nie! zawołał Kamil, to ja winienem oznajmić ci mój zamiar, Kolombanie. Dość już długo, jak otrzymuję wszystko od ciebie, nic od siebie nie dając, jak odbieram dowody twego poświęcenia, nie będąc w stanie odwzajemnić się! Może masz i słuszność; tak jest, jestem na drodze zdradzenia naszej przyjaźni; lecz o tej miłości mojej, przysięgam ci, Kolombanie, nigdy jej nie mówiłem; aż do tej chwili, do tej godziny, w której wydarłeś miłość tę z głębi serca mojego, aby ją przed oczy przedstawić, skrywałem ją przed samym sobą... Jestto pierwszy błąd, jakiego dopuściłem się przeciwko tobie, ale powtarzam ci raz jeszcze, dążąc na wyżynę naszej potrójnej przyjaźni, anim przypuścił, iż wprost cło miłości zmierzam. Tyś to dostrzegł, a nie ja; dzięki ci, ty mi to oznajmiasz, tem lepiej, jest czas jeszcze! Tak, tak, drogi Kolombanie, byłem blizki pokochania Karmelity, a miłość ta nabawia mnie strachu, tak jak gdyby Karmelita była żoną mojego brata! Powziąłem więc, słuchając ciebie, zgłębiwszy serce moje i zobaczywszy przepaść, postanowienie: dziś zaraz, wieczorem, odjeżdżam!
— Kamilu!
— Odjeżdżam... położę między memi chęciami i moją namiętnością granicę nieprzebytą; przepłynę morze i żyć będę w głębi Szkocji lub Anglji, lecz opuszczę Paryż, opuszczę Karmelitę, ciebie nawet opuszczę.
Kamil rozpłynął się we łzach i rzucił się na kanapę.
Kolomban stał spokojny i silny, jak skała na jego ojczystych wybrzeżach, o które od sześciu tysięcy lat rozbijają się bałwany morskie.
— Dziękuję ci za twój szlachetny zamiar! powiedział, jestem ci wdzięczny, jak za największe poświęcenie, jakiebyś był w stanie zrobić, ale zapóźno już Kamilu.
— Jakto, zapóźno? odparł kreol podnosząc twarz całą łzami zalaną.
— Tak jest, zapóźno! wyrzekł Kolomban. Choćbym przez egoizm przyjął twoje poświęcenie, czyż wyrwałbym z serca Karmelity miłość, jaką ma dla ciebie.
— Karmelita mnie kocha? czy pewnym jesteś? zawołał Kamil zrywając się.
Kolomban zrozumiał ile było miłości własnej w tym błysku radości, który przez oczy Kamila trysnął z duszy jego.
— Odjadę, wyrzekł, co z oczu, to z myśli.
— Wy się nie rozłączycie, odparł Kolomban, czyli raczej ja was nie rozłączę. Byłbym chyba nikczemnikiem, gdybym nie potrafił wyrzec się miłości, któraby się stała nieszczęściem brata i siostry.
— Kolombanie, Kolombanie! wykrzyknął kreol, widząc wysiłek, jaki czynił przyjaciel jego nad sobą samym.
— Nie lękaj się o mnie, Kamilu; wakacje zbliżają się za kilka dni, odjadę więc.
— Nigdy!
— Pojadę, tak pewno jak że ci to mówię. Tylko, dodał breton drżącym głosem, czy przyrzeczesz mi jednę rzecz, Kamilu?
— Jaką?
— Żebyś uczynił Karmelitę szczęśliwą.
— Kolombanie, wyrzekł kreol rzucając się w objęcia swego przyjaciela.
— Przysięgnij mi uszanować ją, aż póki nie zostanie żoną twoją.
— Przed Bogiem przysięgam, uroczyście wyrzekł Kamil.
— Kiedy tak, powiedział Kolomban ocierając z łez oczy, przyspieszę wyjazd mój o kilka dni, bo ty to rozumiesz dobrze, Kamilu, ciągnął dalej breton stłumionym głosem, jakkolwiek silny jestem, lecz za świeżo zrezygnowałem, abym mógł mieć nieustannie przed oczami widok waszego szczęścia... Drażniłbym was jak wyrzut!... Pojadę więc zaraz jutro, a rozpacz moja to będzie miała dobrego w sobie, że pozwoli mojemu biednemu ojcu cieszyć się kilkoma dniami szczęścia więcej.
— O, Kolombanie! zawołał Kamil ściskając szlachetnego bretona, o! Kolombanie! jakże ja jestem słabym i nędznym w porównaniu z tobą. Przebacz mi, iż cię popycham do zrzeczenia się szczęścia całego życia twojego, lecz, widzisz mój drogi, czcigodny Kolombanie, zdradzałem cię mówiąc, iż odjadę, jabym był nie odjechał: byłbym się zabił!
— Nieszczęśliwy! wyrzekł. Ja odjadę i nie zabiję się, bo mam ojca.
Następnie głosem więcej spokojnym powiedział:
— A jednak, ty to pojmujesz, że można umrzeć dla kobiety, którą się kocha, nieprawdaż?
— Przynajmniej nie rozumiem, jak można żyć bez niej.
— Masz słuszność, odparł Kolomban, toż i mnie przecie ta sama myśl przyszła do głowy.
— Tobie, Kolombanie? wyrzekł Kamil przestraszony, gdyż takie słowa w ustach ponurego bretona, inne miały znaczenie, niż u lekkomyślnego kreola.
— Tak jest, mnie Kamilu... Lecz bądź spokojny, dodał.
— Tak, gdyż jak powiedziałeś, masz ojca.
— A do tego jeszcze, mam was oboje, moi dobrzy przyjaciele i lękałbym się zostawić wam wyrzut sumienia. Pójdź więc do siebie Kamilu, jestem spokojny, mam już tylko jedno teraz życzenie: zobaczyć się z ojcem.
Potem, kiedy Kamil niecierpliwy, zostawił go ponurego i zrozpaczonego, jak drzewo obdarte z liści listopadowym wiatrem:
— Mój ojcze, wyrzekł Kolomban, a! powinienem się był wcale z tobą nie rozstawać.

II.
Odjazd.

Odjazd Kolombana naznaczony był nazajutrz wieczorem. Była to dla niego okrutna chwila ta, w której miał oznajmić wyjazd swój Karmelicie.
Karmelita siedziała zajęta haftem, gdy wszedł Kolomban, a za nim Kamil. Podniosła głowę, uśmiechnęła się do dwóch przyjaciół, podała im rękę i znów się zabrała do roboty.
Była chwila milczenia.
Z piersi tych trzech osób dwie były uciśnięte, nie mogące prawie oddychać; czyste i słodkie tchnienie wydzielało się z trzeciej piersi.
W chwili, gdy Karmelita miała zapytać się dwóch przyjaciół o powód tego milczenia:
— Karmelito, rzekł breton swoim smętnym głosem, odjeżdżam.
Karmelita zadrżała i żywo podniosła głowę.
— Jakto, odjeżdżasz? zapytała.
— Tak.
— Gdzie jedziesz?
— Do Bretanji.
— Do Bretanji? Dlaczego do Bretanji, na miesiąc przed terminem wakacji.
— Tak być musi, Karmelito.
Dziewica popatrzała na niego.
— Tak być musi? powtórzyła.
Kolomban zebrał wszystkie siły, aby wypowiedzieć kłamstwo ułożone od wczoraj.
— Mój ojciec tego żąda, powiedział.
Ale uczciwe usta bretona tak niewprawne były do pokrywania prawdy, że wyjąkał raczej, aniżeli wypowiedział te cztery wyrazy.
— Ty odjeżdżasz! A cóż ja?... rzekła młoda dziewica z zachwycającym egoizmem.
Kolomban zbladł jak śmierć; serce mu prawie bić przestało.
Wprost przeciwnie, Kamil uczuł gorący płomień na twarzy, a serce mu podwójnie biło.
— Ty wiesz, Karmelito, mówił Kolomban, mowa ludzka ma jeden wyraz, który łamie wszystkie nasze pragnienia, wszystkie nadzieje: „Tak być musi!“
Kolomban wypowiedział te słowa z taką dobitnością, iż Karmelita spuściła głowę, jak gdyby one wychodziły wprost z ust Boga samego.
Lecz dwaj młodzi ludzie widzieli ciche łzy spływające z jej oczu na robotę.
Wtedy odbywała się straszna walka w sercu bretona.
Kamil czytał na twarzy jego wszystkie stopnie wewnętrznej walki; Kolomban byłby się może zachwiał, upadł do nóg Karmelicie i wszystko jej wypowiedział, gdy Kamil opierając dłoń na jego ramieniu:
— Drogi Kolombanie, wyrzekł, na miłość Boga, nie jedź!
Zaklęcie to wróciło Kolombanowi całą jego odwagę.
— Muszę, wyrzekł do Kamila, tak samo jak to był powiedział Karmelicie.
Kamil wiedział dobrze co czyni błagając, i jaką władzę miał głos jego nad sercem przyjaciela. Wreszcie, ten jeden wyraz, który nie wystarczał Karmelicie, dostatecznym był dla Kamila. Kamil zamilkł; wrażenie jakie chciał sprawić ziściło się.
Smutny to był wieczór, który nastąpił po owem wygłoszeniu postanowienia Kolombana.
Dopiero w chwili odjazdu, młodzi jasno widzieli w swoich duszach. Kolomban zrozumiał jaką nieprzepartą, głęboką, nieskończoną miłość czuł dla Karmelity. Gdyby zmuszonym był wyrwać tę miłość z piersi swojej, byłoby to toż samo, co dać sobie wyrwać serce. Lecz przynajmniej, miłość ta, pewna siebie równie jak on jej, mogła przy nim pozostać jako skarb boleści i łez; Karmelita ze swej strony, czuła jakie gwałtowne uczucie miała dla Kolombana.
Ale, wśród samotnych nocy, wśród dziennych marzeń spm na sam z tem uczuciem, gdy w niewinności swej duszy pomyślała o małżeństwie, które w jej przekonaniu powinno być wynikiem każdego żywszego uczucia, wtedy zapytywała sama siebie, czy ojciec Kolombana, stary szlachcic przesiąkły zapewne przesądami swojej kasty, zezwoliłby, aby jego syn zaślubił sierotę bez majątku i bez imienia.
Ojciec jej wprawdzie umarł kapitanem na placu boju; ale i w czasach, do których myśmy doszli, restauracja wytknęła taką linję demarkacyjną między szpadą, która służyła Napoleonowi, a szpadą służącą Ludwikowi XVIII., iż nie byłoby nic zadziwiającego, nawet dla Karmelity, gdyby hrabia de Penhoel nie zezwolił na małżeństwo swego syna, z córką kapitana Gervais.
Pierwsza myśl jaka przyszła Karmelicie do głowy, była, iż ojciec Kolombana wiedział zapewne o zażyłości, w jakiej byli wszyscy troje i dla tego powołał syna, żeby temu koniec położyć. Duma młodej dziewicy obruszyła się; nie zadawała więcej pytań.
Był to smutny dzień i smutne ostatnie godziny, jakie troje przyjaciół spędzili razem, godziny, w których po kilkakroć słowa zamierały na ustach i łzy spadały z oczu. Lecz podczas tych ostatnich chwil, ani jedno słowo, ani jedno spojrzenie wyniosłego bretona nie zdradziło palącej namiętności; którą ukrywał w piersi. Jak młody spartanin, z uśmiechem na ustach pozwalał szarpać sobie wnętrzności. To prawda, że uśmiech ten był bolesnym.
Godzina odjazdu nadeszła.
Kolomban pożegnał Karmelitę przyjacielskim pocałunkiem, złożonym na obu policzkach bladych i wilgotnych młodej dziewicy; potem uprowadzony przez Kamila, wybiegł.
Kamil odprowadził Kolombana aż do dyliżansu. Tam, biorąc go na stronę po raz ostatni, Kolomban kazał przysiądz swemu przyjacielowi, że będzie szanował młodą dziewicę, jako swą przyszłą żonę, aż pokąd nie zostanie jej mężem.
Następnie Kamil wrócił do domu przy ulicy św. Jakóba, gdzie zastał Karmelitę całą we łzach.
W istocie, było to złamanie serca Karmelity, takie zerwanie ostatniego węzła, który jeszcze łączył ją z przyszłością.
Przyjaźń Kolombana, zrodzona z poświęcenia i wdzięczności u łoża matki umierającej, stanowiła łącznik między przeszłością i przyszłością; odjazd jego wydzierał z serca sieroty resztki dziecinnych jej wspomnień. Odtąd była sama na świecie, gdyż Kolomban nie powiedział kiedy wróci; nikogo nie mogła prosić o przyjaźń i opiekę, tylko Kamila, to jest młodego człowieka, którego lekkomyślność i roztrzepanie, gdy porównała z poważną, czułością Kolombana, wtedy w całej strasznej prawdzie opanowała ją głęboka boleść, granicząca z rozpaczą i czuła się prawie samotną, zgubioną w tej pustyni nieznanej, która się światem nazywa, bez uczucia, bez siły i pomocy! Płakało więc biedne dziecię gorzko i obficie, gdy Kamil wrócił.
Na odgłos wejścia kreola, Karmelita podniosła głowę, ale tylko dla tego aby zobaczyć, czy przypadkiem Kolomban nie wraca z nim razem. Zobaczywszy, że sam jest, opuściła głowę na piersi.
Kamil stał jakiś czas milcząc na progu drzwi; czuł, iż nie tak głęboko jest w sercu młodej dziewicy, jak sądził.
To też zrozumiał, że nie o sobie, lecz o nim, o bretonie należało mu z nią mówić.
— Przynoszę ci, wyrzekł, od Kolombana, zapewnienie głębokiej jego przyjaźni.
— Cóż to za przyjaźń? spytała Karmelita ponurym głosem; przyjaźń która zawiązuje się i rozrywa według woli. Czyż gdybym odjeżdżała, nie uprzedziłabym o zamiarze mego wyjazdu? a po wziąwszy taki zamiar, czy wykonałabym go tak szybko, tak okrutnie?
Biedna Karmelita! zapomniała lub też udawała że zapomina, co jej Kolomban mówił jakoby o liście swego ojca.
Kamil zrozumiał co się działo w sercu dziewczyny, jak również jaką korzyść mógł wyciągnąć z tego mniemanego oporu ojca Kolombana; lecz list przyjaciela, tu Kamil zastanowił się, mógłby zadać fałsz jego kłamstwu, a Kamil wiedział iż prawe serce sieroty mogłoby mu wszystko przebaczyć, wyjąwszy kłamstwa. Postanowił więc zbliżyć się do prawdy.
— Wierz mi, droga Karmelito, powiedział, że tylko ważny powód mógł wpłynąć na postanowienie Kolombana.
— Jakiż jest ten ważny powód? spytała Karmelita, odmawiać mi zaufania, nie jest-że to tyle co obrażać mnie? Jaki on jest? Zobaczmy, powiedz! mówiła dalej Karmelita z pewnym rodzajem niecierpliwości.
— Nie mogę Karmelito.
— Musisz, Kamilu, jeśli ci idzie o to, aby przyjaźń moja dla Kolombana nie zmieniła się, aby była jak dotąd, szczerą i silną; powinieneś, bo ci nie wolno zostawiać mnie w podejrzeniu względem twego przyjaciela; twoim obowiązkiem jest usprawiedliwić go, skoro ja potępiam.
— Ja to wiem, ja wiem to wszystko, Karmelito! zawołał Kamil; lecz nie pytaj mnie dlaczego Kolomban odjechał... Ze względu na siebie, na mnie, na nas wszystkich nie pytaj mnie!
— Ja przeciwnie, zapytuję; rozkazująco odparła młoda dziewczyna, jeżeli on chce przez to zmartwienia mi oszczędzić, mów, żadne zmartwienie nie może być większe dla mnie, niż przyjaźń zdradzona. Wytłómacz się zatem w imię prawości!
— Więc chcesz tego Karmelito? rzekł Kamil udając, iż poddaje się przemocy.
— Wymagam...
— A więc, on pojechał...
Kamil zatrzymał się, jakby mu język odmówił posługi.
— Mów! mów!
— A więc, Kolomban pojechał, albowiem...
— Albowiem co?...
— Albowiem... powtórzy! młody człowiek wahając się.
— I cóż?
— O! bo to tak trudno powiedzieć, Karmelito!
— Więc to nie jest prawdą?
— Prawdą jak najczystszą.
— A zatem, powiedz prędko i odważnie.
— Kolomban wyjechał, podjął znów Kamil, Kolomban wyjechał ponieważ... ja ciebie kocham!
Miał słuszność zawahać się zręczny kreol, nim wymówił wyraz „ja“.
Cała głębia przepaści znajdowała się w tym zaimku, jakkolwiek krótkim on był. Gdyby Kamil, zamiast rzec: „ja ciebie kocham“ był powiedział: „Kolomban pojechał ponieważ „on“ ciebie kocha“, Kamil, powiadamy, byłby się skwitował z Kolombanem. Ten uczciwy dowód przyjaźni, objawiony w nieobecności bretona, byłby podniósł przyjaciela jego, Kamila, na olbrzymie wyżyny i zmazał od jednego razu egoizm, którym powodowany Kamil, począwszy od czasów szkolnych, przywykł był korzystać z poświęceń Kolombana, nigdy za nie nic nie oddając.
Gdyby Kamil był powiedział: „Kolomban odjechał ponieważ on ciebie kocha, i ja także ciebie kocham!“ wtedy stawiłby Karmelitę z całą swobodą wyboru, pomiędzy temi obu miłościami. Karmelita mogłaby jednym rzutem oka zmierzyć poświęcenie bretona, który odjechał; egoizm krecia, który pozostał.
Jeżeliśmy dobrze przedstawili nie powiemy charakter, lecz temperament Kamila, czytelnik wie już, że dla zadowolenia nie już namiętności lecz kaprysu po prostu, Kamil nie cofnąłby się przed żadną przeszkodą, choćby przeszkodę tę obejść miał podstęp, lub wywrócić miała ją odwaga; zawsze on szedł do celu: prostą drogą, kiedy mógł, krętą jeżeli nie mógł inną. Zmysłowy przedewszystkiem, był on całym wulkanem pragnień, ale nie głębią zepsucia, któraby go mogła zaprowadzić do złego czynu, gdyby ten zły postępek miał złe następstwa; był on zdolnym do gwałtownych zgryzot, ale o tyle trwałych o ile drażliwość nerwów utrzymywałaby jego zgryzoty w przesadzonej energji. A jednak, jakkolwiek przewrotnym był instynktownie, ostatnie poświęcenie przyjaciela, którego uściskał odprowadzając, tak było obecne jeszcze jego myśli, iż mimo tej głębokiej przewrotności, cofnął się przed natychmiastową zdradą.
Powiedział więc Karmelicie pół prawdę, mówiąc jej: „Kolomban pojechał gdyż ja ciebie kocham“. Tak odpowiadając, stał się tylko w połowie zdrajcą.
Kolomban nie byłby dozwolił odjechać swemu przyjacielowi, lecz gdyby ten przyjaciel odjechał nie uprzedziwszy go, lub też odjechał mimo jego woli, Kolomban byłby tak wyrzekł: „Kamil odjechał, bo cię kocha, Kamil wart więcej odemnie, ponieważ ja nie miałem odwagi odjechać“.
To też przyczyna odjazdu Kolombana w ten sposób oznajmiona Karmelicie, zrobiła na młodej dziewczynie wrażenie uderzenia piorunu. Badawczo patrzała na Kamila, tak badawczo, że ten zarumienił się i spuścił oczy.
— Kamilu, ty kłamiesz! zawołała, to wcale nie dla ciebie odjechał Kolomban.
Kamil podniósł głowę. Oskarżenie nie było takie, jakiego się obawiał.
— Jedynie z mojego powodu, powtórzył.
— Lecz co mogła Kolombana obchodzić miłość, którą ty utrzymujesz, że masz dla mnie? spytała młoda dziewica.
— On się obawiał pokochać ciebie, odrzekł kreol.
— Dobry Kolomban! szepnęła Karmelita. Potem zwracając się do Kamila: Zostaw mnie samą, mój przyjacielu, odezwała się, potrzebuję wypłakać się i pomodlić.
Kamil wziął rękę młodej dziewicy i pocałował z szacunkiem; łza spłynęła z oczów jego na tę rękę.
Z jakiego źródła pochodziła ta łza? Z wdzięczności, ze wstydu, czy też ze zgryzoty? Karmelita nie dowiadywała się tego: dla niej łza była łzą, to jest perłą, którą boleść wyciąga z oceanu, co się sercem nazywa.
Kamil wyszedł do siebie i zdziwił się, widząc w pokoju światło. Jeszcze więcej się zadziwił, ujrzawszy kobietę w swoim pokoju.
Była to księżniczka Vanvres, która uprzedzona o bliskim odjeździe Kolombana, odniosła mu bieliznę. Tylko, że piękna Chante-Lilas, (czytelnik przypomina sobie, że takie było imię księżniczki Vanvres), spóźniła się o kwadrans. A potem, ponieważ niechciała zostawić bielizny nie złożywszy jej w czyjekolwiek ręce, czekała na powrót Kamila.
Kamil wrócił dopiero, jak wiemy, kiedy Karmelita prosiła go, żeby ją zostawił samą; tym sposobem, gdy Kamil wchodził, mogło być pół do jedenastej wieczorem. Było to zapóźno, aby samej wracać do Vanvres!
Kamil ofiarował księżniczce pokój swego przyjaciela Kolombana. Księżniczka trochę się wzdragała, lecz na zapewnienie, że jest zasuwka przy drzwiach, przystała.
A teraz, istniała li czy nie istniała owa zasuwka? byłaż ona zasunięta, czy nie? O tem dowiemy się zapewne przy pierwszem spotkaniu ujmującego Kamila i pięknej Chante-Lilas.

III.
Burza nocna.

Ponieważ zupełnie nie wiemy, aż dotąd przynajmniej, co się działo podczas owej nocy, przypatrzmy się Kamilowi w chwili, kiedy nazajutrz około godziny jedenastej zrana, przychodzi pod drzwi Karmelity i zatrzymuje się trochę rozmarzony, zanim zapukał.
O czem marzył Kamil.
Kamil marzył o trudnem przedsięwzięciu, niepodobnem prawie, które wykonać pragnął. Znał Karmelitę, wiedział, że cnota jej oparta jest na surowych zasadach, a do tego głęboko zakorzenionych. Trzeba więc było dla zwalczenia jej użyć siły, albo też nadzwyczajnej zręczności. Kamil był tyleż zręcznym, co silnym.
Badał Karmelitę od dawna, jak generał, który przegląda plac boju przed bitwą.
Czy podług przykładu Malherbea, wziąć ją regularnem oblężeniem, to jest tysiącem grzeczności i czułych zabiegów. Albo też zdobyć ją głodem, siłą, sypiąc szańce i szturm przypuszczając. Nie, cała ta strategja byłaby bezskuteczną. Można było zwyciężyć tylko podstępem.
Kamil zatrzymał się więc nad tym środkiem i takie powziąwszy postanowienie, czekał chłodno na sposobność.
Usypiał on ostatnie poruszenia serca, ostatnie pragnienia imaginacji, zostawiając na później rozbudzenie się tych pragnień, podczas krótkiej chwili, gdy zostawał pod drzwiami Karmelity.
Wszedł.
Karmelita mało spała, płakała całą noc. Przyjęła zimno Kamila. Takie przyjęcie wchodziło w jego plany.
Od tego dnia postanowił, aby prowadzić przykładne życie. Postępował wprost na odwrót dawnym szaleństwom i nieporządnemu trybowi, na każdym kroku dawał dowody rozsądku, do którego nikt nie sądził go zdolnym. Przyćmił blask zwykłej wesołości, i przez powściągliwość stał się poważnym i statecznym.
Można się domyślić jaki był cel Kamila.
Chciał zatrzeć w sercu Karmelity ostatnie wspomnienie o nieobecnym. Lecz jakim sposobem mógł Kamil wyrugować z pamięci Kolombana? Starał się oto okazać młodej dziewczynie równie statecznym jak przyjaciel jego, równie honorowym, a wszystko z domieszką grzeczności i niezmiernej dystynkcji.
Karmelita sądziła w niewinności swojej, że przemiana pochodziła w połowie z żalu, jaki go ogarnął po odjeździe przyjaciela, a w połowie z miłości, którą uczuwał dla niej. Miłość własna młodej dziewczyny została podnieconą tem, że młody ten człowiek, jedynie w nadziei przypodobania, zadawał gwałt swemu charakterowi, nawyknieniom, upodobaniom, oraz wybrykom wszelkiego rodzaju.
Każda młoda ośmnastoletnia dziewczyna, tak samo omylićby się mogła.
Kamil szalenie lubił przedtem operę, a teraz ani tam zajrzał. Bywał regularnie trzy razy w tydzień w ujeżdżalni, a ztamtąd przejeżdżał się po lasku: raptem zaniechał ujeżdżalni i przejażdżki; miał w wyższych sferach Paryża pięciu czy sześciu przyjaciół, tak jak on amerykanów, z którymi od czasu do czasu obiadował i kolacyjki spożywał: teraz, wcale nie wychodził.
Ze dwadzieścia razy, podczas gdy był u Karmelity, dzwoniono, lub pukano do drzwi jego: za każdym razem, kreol, pomimo nalegań młodej dziewczyny, odmawiał pójść, aby zobaczyć kto puka lub dzwoni.
Na podobieństwo Karmelity, chciał żyć w odosobnieniu i zamknięciu się w samym sobie. Nakupił książek dotyczących botaniki; zupełnie nie znał tej nauki, więc prosił Karmelity, ażeby go nauczyła tego, czego ją Kolomban nauczył.
A teraz, żleby ten rzeczy pojmował, ktoby sądził, że Kamil na zimno włożył maskę obłudy, ażeby uwieść Karmelitę.
On ją kochał. Tylko, że uczucie to w zastosowaniu do Kamila, nie ma tej wagi, ile jej ma w zastosowaniu do Kolombana.
Breton kochał wszystkiemi władzami swej duszy; Kamil zaś kochał wszystkiemi żądzami imaginacji, i do tego żądze te silniejsze były, niż kiedykolwiek.
Mając dotąd znajomości tylko z kobietami, nad któremi zwycięztwo łatwem było, doznawał gwałtownej chęci posiadania cnotliwej Karmelity, i wprawiał w ruch wszystkie sprężyny swego umysłu, ażeby wyjść z tryumfem, choć sądził może, iż ulega jedynie popędom serca.
Gdyby Karmelita, zamiast łudzić się zmianą, którą sobie przypisywała, wpłynęła była na Kamila, żeby wrócił do swego właściwego charakteru, do przymiotów i wad swej natury, mogłaby może wtedy, na podstawie gorącej miłości jaką uczuwał dla niej, zrobić z niego człowieka prawego i dobrego; gdy przeciwnie, pozwalając mu zdradzać uczucia, i zdradzając się sama, wprowadzała go mimo wiedzy na drogę kłamstwa i podstępu.
Ztąd też wypadało, że Kamil codziennie dalej się posuwał.
Położenie, jakie wyrobił sobie względem Karmelity, temi słowy: „Kolomban wyjechał ponieważ ja ciebie kocham“, uwolniło go od wszelkiego wyznania, tak jak uwolniło Karmelitę od wszelkiej odpowiedzi.
Od chwili gdy Kolomban zostawił wolne miejsce Kamilowi, wyrzekł się Karmelity dla siebie.
Chodziło o to, żeby się dowiedzieć, czy Karmelita mogła pokochać Kamila.
Lecz młody kreol posiadał blask kolibra a zręczność węża. Ani razu nie odezwał się do młodej panienki: „Czy chcesz być moją żoną?“ Lecz co chwila powtarzał: „Kiedy będziesz moją żoną?“ I wtedy to rozwijał przed jej oczami najcudniejsze projekty podróży, podczas których rozkoszowaliby się w świecie artystycznym. A Karmelita słuchając gorącej wymowy Kamila, widziała oczami duszy niby wspaniałą panoramę, ze wszystkiemi czarującemi obrazami tego życia we dwoje.
Jednego dnia odezwała się uśmiechając:
— Ależ to sen, Kamilu!
Młody człowiek przycisnął ją do serca i zawołał:
— Nie, Karmelito, to rzeczywistość!
Od tego dnia uczuł, iż cios dobrze był wymierzony. Karmelita była w jego mocy.
Wszelako Kamil był nadal z równym szacunkiem, przyzwoity i poważny; Karmelita wcale nie należała do liczby tych kobiet, z któremi można dwa razy poczynać. Jedno potknięcie się, była to śmierć dla nadziei Kamila.
Czekał więc cierpliwie, jak jaguar czyhający na gałęzi, jak wąż zwinięty w krzaku.
Jednego wieczora zeszli razem do ogrodu, do tego ogrodu, gdzie trzy miesiące temu, Kolomban spędził część nocy z dziewicą.
Upal był duszący. Był to jeden z owych piekących dni pod koniec sierpnia, w których piorun napróżno usiłuje przedrzeć zgęszczone powietrze; błyskawice zapowiadające straszną burzę, przelatywały po niebie od zachodu na wschód. Lecz nadaremnie pochylone na łodygach rośliny, pokurczone liście na gałęziach, wzywały dobroczynnego deszczu. Zdawało się, iż niebo jak machina pneumatyczna, wciągnęło ożywcze powietrze, a cała natura dyszała, jak pod groźbą nastąpić mającego uduszenia.
Dwoje młodych uległo wpływowi tej zelektryzowanej atmosfery. Chwilowo jakby życie zatrzymało się w nich, oczekiwali oni równie jak kwiaty i zwierzęta, jak cała natura wreszcie na deszcz, który miał powrócić im ducha ożywczego.
Jednakowoż zachodziła różnica między Karmelitą i Kamilem; Kamil, przyzwyczajony do podzwrotnikowego upału swojego kraju, daleki był od utraty poczucia istnienia własnego, a widząc letargiczne odrętwienie, rozmarzoną senność dziewicy, zrozumiał, iż nadeszła wreszcie sposobność tak długo przez niego wyczekiwana.
Wtedy, jak mamka, która piosnką usypia niemowlę, miłosnemi słowy zręcznie podsuwanemi i sypanemi niejako na głowę Karmelity, niby mak z listków otrząśnięty, poczynał usypiać ją snem magnetycznym, głębokim, najniebezpieczniejszym ze wszystkich snów.
Ktoby zobaczył wtedy błyszczące w ciemności oczy młodego człowieka, nie pomyliłby się co do celu ognistych jego spojrzeń. W taki to sposób wąż czaruje ptaszka, zmusza go schodzić z gałęzi na gałęź, aż póki nie rzuci się do jego otwartej paszczy.
O! wcale nie w taki sposób spoglądał na nim Kolomban, podczas owej zachwycającej wiosennej nocy, którą spędzili oboje w tym samym ogrodzie, w cieniu tychże samych lilij.
Między temi dwoma nocami, tak jak między dwoma młodymi ludźmi, zachodziła taka różnica, jaka zachodzi między wiosną i latem.
Wtedy była wiosna, młoda, świeża, nieśmiała, zaledwie otwierająca swe pączki. Teraz, przeciwnie, lato, silne, odważne, pochłaniające, szeroko rozwijało liście. Z jednej strony były to lata dziecinne ze swem wahaniem się, niepokojami, bojaźnią. Z drugiej znów młodość w całym blasku, z niepokojem i uniesieniami.
Przez cały wiosenny dzień poprzedzający noc, którą razem przepędzili Kolomban z Karmelitą, piorun huczał także, życie wydawało się również zagrożonem; ale deszcz upadł, a roślinność ocalała od śmierci. Podczas owej letniej nocy, przeciwnie, napróżno rośliny błagały łaski nieba, musiały schylić głowę, otrząsnąć z kwiecia listek po listku i umrzeć.
Na podobieństwo roślin, młoda dziewczyna schyliła głowę pod naciskiem upalnej nocy, a w braku ożywczej rosy, dopiero nieodłączne od miłości rozkosze, rozbudziły ją z odrętwienia i ze snu wyrwały.
W czasie tej to nocy, biedna Karmelita oberwała listek po listku z wieńca swej niewinności, a anioł stróż jej dziewiczej młodości, wzniósł się ku niebu, zakrywając rękoma rumieniec wstydu na czole.
Gdy znalazła się potem sama w swoim pokoju, spostrzegła piękny krzak różany od Kolombana, pochylony przez burzę. Podeszła ku niemu z rozpaloną twarzą i łzami w oczach. A wtedy, ile tylko było kwiatów i pączków, wszystkie zerwała, zwinęła w białą zasłonę i zamknęła w szufladę tualety mówiąc:
— Umrzyjcie, umrzyjcie, róże Kolombana!
Następnie, biorąc karafkę z wodą, wylała ją całą na doniczkę swojej róży, potrząsając głową i szepcząc ze smutkiem:

— A teraz, kwitnijcie róże Kamila.

IV.
Człowiek strzela...

Od chwili, gdy Karmelita oddala się Kamilowi, wrócił on do swego zwykłego usposobienia.
Cel był osiągnięty; na co się odtąd zdała hipokryzja?
Powiedzmy wszelako, że ogładził szorstkie rysy swego charakteru i że usiłował podobać się dziewczynie, którą pokochał namiętnie.
Karmelita, pośród upajających rozkoszy nieznanej jej miłości, zapomniała o poprzednich szaleństwach i lekkomyślności młodego amerykanina. Zdawało jej się, że zachwycające chwile te powinnyby się w wieczność przeciągnąć i bądź to skutkiem zaufania powziętego do Kamila, bądź w skutek panowania nad sobą, nie zdawała się troszczyć o przyszłość. Czuła się samowładną panią młodego człowieka, widząc jak był podległym wszystkim jej pragnieniom, posłusznym każdemu jej słowu.
To też, kiedy pewnego dnia zdawało jej się, że spostrzegła na twarzy jednego z sąsiadów, (zawsze ci sąsiedzi, przeklęci sąsiedzi, obyś drogi czytelniku nigdy nie miał sąsiadów i nigdy nie był sąsiadem niczyim!) — pewnego więc dnia, gdy zdawało jej się, iż spostrzega na niemiłej twarzy jednego z sąsiadów oznaki wcale nie dwuznaczne lekceważenia, opowiedziała to Kamilowi, któren natychmiast zaprojektował zmienić mieszkanie.
Karmelita zgodziła się na zmianę.
Wtedy szło o to, którą część miasta wybrać. Kamil chciał mieszkać w jednym z najbogatszych cyrkułów Paryża, przy ulicy Chaussée-d’Antin. Był to jeden jeszcze odcień charakteru Kamila: on taki pyszny, wcaleby się nie gniewał wystawiając na widok świata paryskiego powaby swej zdobyczy. Lecz Karmelita, nie rozumiejąc celu młodego człowieka, sądziła, że szczęście żyje w cieniu, jak fiołek; zaprotestowała tedy ze strachem; prosiła Kamila, aby przestał myśleć o bogatych ulicach Paryża, lecz przeciwnie, aby usłali sobie gniazdko w jakim cienistym lasku w okolicy.
Kamil mimowolnie poddawał się dobroczynnej przewadze Karmelity; podał jej radę pewnego poranku, żeby pójść na wieś: chodziło, by wynaleźć schronienie bez sąsiadów.
Otóż Kamil i Karmelita pojechali jednej niedzieli zrana, każde z osobna, obawiając się rozbudzić złośliwość sąsiadów i złączyli się przy rogatce Maine, gdzie wzięli się pod ręce z radością dwojga kochanków, którzy zmuszeni byli rozłączyć się na godzinę.
Dzień był wspaniały, niebo zaćmiewające niebieskie, drzewa przy drogach potrząsały dumnie wierzchołkami, z których zlatywały pierwsze uschnięte liście, tak jak odbiegają od serc naszych pierwsze złudzenia.
Dwoje młodych sądzili, iż przechodzą pod tryumfalnym łukiem; natura obdarza podobnemi ucztami kochanków z niezmierną szczodrobliwością: dyskretna i łaskawa wspólniczka, karmicielka nieustająca, jak matka zdaje się podawać obfitą pierś świeżo zrodzonej miłości.
Szli więc w ten sposób równinami prowadzącemi do Meudon, wzbudzając przez całą drogę zachwyt w przechodzących; każdy spoglądał na nich okiem uwielbienia, starsi jak na wspomnienie i żal za przeszłością, młodsi, jak na obietnicę i nadzieję przyszłości.
Była to w samej rzeczy, para godna spojrzeń, młoda, piękna, zakochana. Kamil z odbłyskiem dumy, Karmelita z odcieniem zamyślenia; był to żywy obraz szczęścia, któremu nie brakowało nawet chmurki białej, stanowiącej plamę na niebie choćby najczystszem.
Przybyli wreszcie do Bas-Meudon. Meudon wydawał się jeszcze za ludnym Kamilowi.
Wchodząc do małego domku, którego nieznała, Karmelita uczuła radość; zobaczyła swój krzak różany.
Kamil, nie wiedząc, jakie ukryte wspomnienia łączyły się z poetycznym krzakiem, wiedział, jaką głęboką czułość miała Karmelita dla tego w pewnym rodzaju talizmanu; rozkazał służącemu przenieść go krótszą drogą, gdy on i Karmelita szli dłuższą; tym sposobem młoda dziewczyna zastała go wcześniej od siebie w mieszkaniu.
Ucałowawszy, upieściwszy swój krzak różany, Karmelita przeniosła go do swojego pokoju i zajęła się całym domem.
Śliczny to był, maleńki, słomą kryty domeczek, wystawiony zapewne przez jakiegoś artystę, na wzór sielankowej architektury, w rodzaju której czterdzieści lat temu, królowa Marja Antonina budować kazała sobie schronienie w Petit-Trianon.
Na dole był przedpokój, sala jadalna, kuchnia. Maleńkie wewnętrzne schody prowadziły wprost na taras, który można było z łatwością zaciągnąć markizą i który wówczas stanowił prześliczną jadalną salę letnią. Zewnętrzne schody, wznoszące się wzdłuż muru i po poręczach których pięły się olbrzymie liście arystolochji, prowadziły do dwóch pokoi i dwóch pokoików tualetowych. Dwie izdebki dla służących uzupełniały to małe gniazdeczko gołąbków, całe prawie zakryte liśćmi, mchem i kwieciem. Rozkoszny, maleńki pawilonik wznosił się w ogrodzie.
— O! rzekła, oglądając go Karmelita, śliczne to mieszkanko! Komu je przeznaczymy?
— To będzie apartament Kolombana, odpowiedział spokojnie Kamil.
Młoda dziewczyna odwróciła się, czuła, że się rumieni.
Z dziesięć razy, bardzo naturalnie, imię Kolombana wymówione było przez Kamila, co się tyczy Karmelity, imię to było jakby wyryte w głębi jej serca i nie mogło wydobyć się z tamtąd, lecz nigdy cień przyjaciela zdradzonego nie ukazał się jeszcze wyraźniej, jak tym razem, w całym swym blasku szlachetności.
Po zdradzieckiem znieważeniu go, Kamil zakładał sobie jeszcze go uczynić świadkiem swojej zdrady.
Wspomnienie prawości Kolombana przyszło na myśl Karmelicie i mimo, że nie wiedziała o głębokiej miłości, jaką Kolomban miał dla niej, a tem samem o całej rozciągłości poświęcenia, jakie uczynił dla przyjaciela, czuła, że zraniłaby Kolombana okrutnie, wystawiając na jaw miłość swoję dla innego.
To też, gdy znikł jej rumieniec:
— Kolombana? spytała niepewnym głosem, wszak mówiłeś mi Kamilu, że on odjechał dlatego, że ty mnie kochasz, to i on kochać mnie musiał?
— Zapewne, powiedział Kamil, zapewne, iż musiał cię kochać, droga przyjaciółko, lecz wiesz, że nieobecność zaciera wiele rzeczy, a choć był trochę ponurym w obec naszego budzącego się szczęścia, to czyż przyjaźń jego dla nas nie czyni mu drogiem naszego obecnego szczęścia?
Karmelita westchnęła, usłyszała, iż nieobecność zaciera wiele rzeczy... Kiedy tak, myślała sobie, gdyby Kamil odjechał, wiele rzeczy zatarłoby się znowu.
Weszła marząc do swego pokoju.
Pokój ten był jakby bratem owego, który Karmelita zajmowała przy ulicy św. Jakóba. Kamil kazał ustawić w nim sprzęty w takiż sam sposób, wisiały też same białe firanki, leżał ten sam różowy dywanik.
Inne pokoje, urządzone z fantazją artysty i gustem człowieka światowego, zawierały arcydzieła sztuki ebenistów paryskich: był to cały poczet buduarków, w których poważnemu Kolombanowi bardzo źle było.
Kamil zatem bardzo rozsądnie postąpił, wyznaczając dla niego mieszkanie osobne.
Dwoje kochających się ludzi spędziło tam cały miesiąc wrzesień nierozłącznie; jedno wstawało myśląc o drugiem, drugie szło spać, aby myśleć o tamtem. Ani jedna chwila w dniu nie przeszła tak, by w zupełności, wyłącznie do nich nie należała. Zapomnieli o wszystkiem, o Paryżu, o ulicy św. Jakóba, o całym świecie i powiedzielibyśmy, że prawie o Kolombanie, gdybyśmy mogli nie zapytać się Karmelity co znaczyły te westchnienia, które wydawała niekiedy, przymykając oczy i pocierając ręką czoło.
Odłożywszy na bok westchnienia, które sam tylko opowiadający mógł spostrzedz, lecz których kochanek nigdy nie słyszał, nie było innego w ich przekonaniu świata nad ich ogród; innej rzeki nad strumyk w ogrodzie; innego słońca nad to, które wstawało po za wielkiemi drzewami ich ogrodu.
Obojętność ich względem rzeczy, równała się obojętności względem ludzi; potrzeba było sztuki na fortepian, niektóre suknie wymagały przerobienia, tysiące przyczyn znalazło się, by pojechać do Paryża, lecz tak im było dobrze w małej chatce w Bas-Meudon, iż nie mogli odważyć się, żeby ją opuścić.
A przytem ukazać się razem przy ulicy św. Jakóba, wejść do tego domu, z którego zdawało im się, że wszystko zabrali, a gdzie mimo to pozapominali tak wiele rzeczy, których potrzeba dopiero brak wykazała, przechodzić wreszcie około wszystkich tych szydzących przyjaciół, było to bezwstydem wyższym nad siły karmelity. Przytem, ponieważ obywali się cały miesiąc bez tych przedmiotów, mogli się obejść miesiąc jeszcze.
Dlaczego Kamil i Karmelita, jedno lub drugie wreszcie, samo nie udało się do Paryża?
Udać się jednemu lub drugiemu z nich do Paryża, było to rozłączyć się, a rozłączyć na chwilę podczas tych pierwszych radosnych dni miłości, było to rozłączyć się na wieczność całą.
Znosili więc przez dwa tygodnie jeszcze brak tych przedmiotów, których niedostatek nie odrazu dojrzeli, lecz które, sami nie wiedzieli jakim sposobem, codzień stawały im się nieodzowniejszemi.
Jednego pięknego wieczora, trzeba było jednakże zdecydować się i wynotować wszystkie te rzeczy, których potrzebowali; umówili się więc, że nazajutrz zrana Kamil pojedzie do Paryża i kupi, lub też pójdzie zabrać z domu przy ulicy świętego Jakóba, wszystko czego brakowało w domku w Bas-Meudon.
Wracając się po dziesięć razy, Kamil nareszcie odjechał.
Karmelita odprowadziła go oczami, póki go tylko zobaczyć mogła. Kamil, ze swej strony, przesyłał jej tysiąc pocałunków i dawał rozmaite znaki chustką. Nakoniec znikł na zakręcie drogi.
Kamil miał wsiąść w pierwszy lepszy powóz, a przed drugą po południu, z pewnością wrócić do domu.
Lecz przypatrzmy się, jakie to są figle losu, który drwi sobie gorzko ze wszystkich naszych zamysłów, i w każdej chwili zabawkę sobie czyni, grając z nami w ślepą babkę w sposób najwięcej obelżywy.
Nie będziemy wcale przesadzać wierności Kamila; wypowiedzieliśmy tak szeroko naszą opinię co do kreola, iż nie możemy być podejrzani, jednakże, czyż nie ma, powiedzcie sami, odcienia mizantropii w obejściu się losu względem niego? Podczas sześciu tygodni, siedzi on obok Karmelity nie spuszczając jej z oczu ani na chwilę; nareszcie, zmiana pory następuje, jesień, ze swem pierwszem październikowem zimnem czuć się daje; potrzeba Karmelicie sukien ciepłych, potrzeba Kamilowi ubrania cieplejszego; potrzeba mnóstwa innych rzeczy jeszcze, a pomimo to wszystko Kamil ze ścieśnionem sercem zaledwie przystaje na wyjazd do Paryża i to z gwałtownem pragnieniem powrócenia za dwie godziny, jeśli to będzie możebnem.
Kamil odjeżdża więc w jak najchwalebniejszych zamiarach. Nieobecność ta, przytem, może tylko tem droższym powrót jego uczynić; powróci, odświeżywszy przez kilka godzin oddalenia, wszystkie swe skarby miłości.
Niestety!
Los, zmęczony, o ile się zdaje, wcale niedelikatnem postępowaniem, którego nadużyto względem niego w ostatnich czasach, bez żadnych już względów obchodzi się z mieszkańcami naszego nędznego planety i bez litości zmienia ich zamiary.
Zapewne wskutek tego, los zadrwił sobie z postanowienia Kamila, popychając go w najniebezpieczniejszą zasadzkę, jaka tylko być może dla człowieka jego charakteru.
Nie odszedł był dwustu kroków po za obręb Bas-Meudon, gdy spostrzegł w obłoku złotego kurzu, dwie młode dziewczyny w białych sukniach, jadące na dwóch czarnych oślętach.
Człowiek strzela, a djabeł kule nosi!

V.
Kamil u Wolsków.

Wielki to był zarzut, jaki niegdyś spotkał moją nieznajomość fizyki, iż miałem podobno powiedzieć, nie wiem już przy jakiej sposobności, że piorunochron przyciąga piorun.
Przypuśćmy, kochany czytelniku, że lekcje uczonego pana Buloz o elektryczności i o stosie wolty, nic mnie nie nauczyły i że dziś jeszcze trwam w swoim błędzie.
Powiedziałem: „Jak piorunochron ściąga pioruny, tak młode dziewczyny na to jedynie przeznaczone są, aby przyciągały młodych ludzi“, i mówiąc to, nie sądziłem, bym wygłaszał zdanie bardzo świeże, ani też bardzo śmiałe.
Dwie młode dziewczyny ściągnęły więc do siebie płomień, który palił się w oczach Kamila, jak tylko gorący kreol spostrzegł je z daleka, w pośrodku chmur kurzu. Podwoił kroku, a ponieważ chód jego prędszym był od kroków ośląt, zbliżył się już do dwóch amazonek, kiedy jedna z nich, odwróciwszy się przypadkiem, ściągnęła uzdę i wskazała ręką towarzyszce, by się zatrzymała.
Kamil, widząc ten ruch, pośpieszył jeszcze i dobiegł wkrótce młodych dziewcząt; wtedy, wyższa z nich, unosząc się na deseczce z drzewa, na której opierała nogi, rzuciła uzdę na szyję osła, i niezważając, że może stoczyć się w kurz, rzuciła się w objęcia młodego człowieka i ucałowała go całą siłą ust swoich.
— O! Chante-Lilas, księżniczko Vanvres! zawołał Kamil.
— Nareszcie! więc to ty jesteś niewdzięczniku! powiedziała młoda dziewczyna. Dość już dawno szukam ciebie.
— Ty, szukasz mnie, księżniczko? wyrzekł Kamil.
— Przez góry i doliny! i dziś nawet nie w innym celu się wybrałam.
— To tak jak ja, odparł Kamil, przybyłem tu jedynie poszukując ciebie.
— Kiedy tak, wyrzekła Chante-Lilas, ściskając po raz drugi Kamila, ponieważ odnaleźliśmy się oboje, sądzę, że bezpotrzebnem byłoby szukać się dłużej... Uściskajmy się tedy i nie mówmy już o tem.
— Nie mówmy o tem i uściskajmy się! rzekł Kamil wykonywując rozkaz.
— Ale, ale... powiedziała.
— Co takiego?... Czy może nie dość jeszcze wycałowaliśmy się? przerwał Kamil.
— Nie, nie o to idzie... Pozwól przedstawić sobie zaufaną przyjaciółkę moję, pannę Paquerette, hrabiankę Battoir... Nie potrzebuję dodawać, że jej imię chrzestne jest Paquerette, a hrabianka Battoir...
— Jest jej nazwiskiem szlacheckiem... Rozumiem! A co się tyczy jej właściwego nazwiska?
— Nazywa się poprostu Colombier, odrzekła piękna praczka.
— Dodaj do tego, iż to także nazwa jej ust, gdyż gruchanie miłosne nie może wyjść z różowszego i świeższego gniazdeczka.[2]
Różowy kolor ust Paqueretty piorunem przeniósł się na jej lica i byłaby z pewnością spuściła oczy gdyby nie to, że księżniczka Vanvres zmusiła ją spojrzeć na Kamila, przedstawiając z kolei młodego człowieka swej pierwszej honorowej damie.
— Pan Kamil de Rozan, szlachcic amerykański, powiedziała Chante-Lilas, który posiada miliony na Antylach i jak mogłaś już zauważyć, pełne ma kieszenie petard.
Księżniczka Vanvres nazywała petardami gorące słówka, któremi Kamil zwykł był ubarwiać swoją rozmowę.
— Gdzieżeście wędrowały, czy wolno zapytać? wyrzekł Kamil.
— Ależ tylko co ci powiedziałam, nieszczęsny! zawołała księżniczka, wybrałyśmy się szukać ciebie.
— Czy to prawda, Paquerette?
— Z pewnością, nie inaczej, potwierdziła hrabianka.
— Jak się to stało, spytał Kamil, iż dziś przy środzie, opuściłyście swoje wodne królestwo, moje piękne Najady? Może przypadkiem słońce wysuszyło wasze pałace?
— Nie pałace nasze wyschły, ale podniebienia, mój szlachcicu, odparła Chante-Lilas klasnąwszy językiem, a ty jeżeli jesteś prawdziwym szlachcicem, za jakiego się podajesz i na jakiego wyglądasz, to wy najdziesz nam jaką piękną, maluchną ustroń, a choćby była duża i brzydka, wszystko mi to wreszcie jedno, gdziebyśmy mogli zjeść placka i wypić mleka.
— Księżniczko! zawołał Kamil.
— Prawda! wprost przeciwnie chciałam powiedzieć, lecz jestem tak wzruszoną, iż tracę przytomność.
— Biegnę na wywiady, rzekł Kamil puszczając się w drogę.
Lecz Chante-Lilas zatrzymała go za połę od surduta.
— O! nie tak to łatwo z księżniczką Vanvres młynka wywijać, panie lisie! zawołała.
— Co przez to chcesz powiedzieć skarbie mojego serca? zapytał niedbale kreol.
— Oto, po prostu, ona się boi, żebyś jej pan nie uciekł, powiedziała Paquerette, a nam się bardzo pić chce, musisz pan wiedzieć o tem.
— Masz słuszność Paquerette, zawołała Chante-Lilas, przyczepiona ciągle do surduta Kamila.
— Jakto księżniczko! wykrzyknął młody człowiek, ja miałbym cię opuścić, oddalić się, uciec od ciebie w chwili, gdy ty posyłasz mnie na poszukiwanie placka? A! z kim miałaś do czynienia od czasu jakiem cię opuścił, moja pieszczoto? Jakto! sześć tygodni rozłączenia mogły zmienić cię do tego stopnia, iż podejrzywasz uczciwość Kamila de Rozan, szlachcica amerykańskiego? Nie poznaję cię księżniczko mej duszy! ktoś musiał mi zmienić moję Chante-Lilas.
I Kamil wzniósł rozpaczliwie ręce do nieba.
— Kiedy tak, to idź naprzód! powiedziała puszczając poły od surduta, albo raczej nie, dodała namyślając się, okrucieństwem byłoby kazać ci odbywać dwa razy jednę i tę samą drogę przy takim upale! Chodźmy na poszukiwanie razem... Tylko musisz wprzód odszukać mojego osła; nie wiem gdzie się podział, od czasu jakeśmy się odnaleźli, a przysięgłam na wszystkie świętości, że mu się nic złego nie stanie.
Osioł znikł w samej istocie; napróżno przepatrzyli obie wielkie równiny otaczające drogę, nigdzie znaku osła! Jednakowoż, po niejakich jeszcze poszukiwaniach, znaleziono zbiega. Położył się w rowie i spał w cieniu. Zachęcono go grzecznie, żeby wyszedł na drogę, a zwierzę z dobrocią i posłuszeństwem do jakiego niewielu ludzi byłoby zdolnych, podało grzbiet młodej dziewczynie.
Hrabianka Battoir ustąpiła swego osła Kamilowi i wsiadła razem z Chante-Lilas.
Potem wesoła karawana udała się w drogę, szukając jakiego folwarku, zajazdu, lub młyna.
Przebiegły Kamil nie od razu wyczerpał wszystkie swoje petardy, jak mówiła księżniczka Vanvres, to też droga przerozmaitemi wesołemi konceptami była urozmaiconą. Amazonki i kawaler częstowali się niemi wzajem z głośnemi okrzykami, po równinie rozlegały się ich śmiechy; ptaki biorąc ich za swych wesołych współbraci, nie przestraszały się wcale, widząc jak przechodzili; ta podróżująca trójka podobną była do pierwszych trzech niedziel miesiąca maja, były to trzy wiosny wcielone.
Kamil wypytywał jak to się stało, że w dzień środowy dwie młode dziewczyny znajdowały się na gościńcu prowadzącym do Paryża, poganiając osły, zamiast znajdować się w pralni przy prasowaniu koszul. Chante-Lilas ustąpiła głosu Paquerecie, a ta zawiadomiła młodego człowieka, iż ponieważ ta środa, była dorocznym dniem ich patronki, przeto skierowały swe kroki w zamiarach naprzód ułożonych, dla odszukania amerykanina.
Jak widzimy, Chante-Lilas nie lubiła zasypiać gruszek w popiele.
— Lecz, zauważył Kamil, z jakiegoż to powodu znalazłem was na tej, a nie na innej drodze?
— Szukałam cię na wszystkich drogach, ale mianowicie na tej, gdyż powiedziano mi, że mieszkasz w Bas-Meudon.
— Kto ci to powiedział?
— Kto? Wszyscy sąsiedzi.
— Otóż, księżniczko, odezwał się Kamil z doskonale udaną powagą, mam zaszczyt oznajmić, że sąsiedzi poprostu zakpili z ciebie.
— Niepodobna!
— Tak prawda, jak to, że spostrzegam tam młyn naszych marzeń.
W istocie, widać było młyn zarysowujący się na horyzoncie.
— Ależ choćby i tak było, że sąsiedzi zakpili ze mnie, co nie jest rzeczą niepodobną, to dlaczegóż jednak spotkałam i ja ciebie na drodze prowadzącej do Bas-Meudon? zapytała Chante-Lilas z tą dobrą wiarą i ufnością, które były apanażem gryzetek, wówczas, gdy istniały jeszcze gryzetki i ufność.
Kamil wzruszył ramionami, niby jak ktoś chcący powiedzieć: Jakto, nie domyślasz się?
Chante-Lilas zrozumiała ten giest.
— Nie, niedomyślam się, rzekła.
— Jednakże nic naturalniejszego, odpowiedział Kamil. Notarjusz mój mieszka w Meudon, poszedłem po pieniądze do notarjusza... Posłuchaj tylko.
I trącając w kieszonkę od kamizelki, zadźwięczał złotem, które wziął z sobą na sprawunki.
— To prawda, rzekła księżniczka, przekonana dowodami usprawiedliwiającemi, wierzę ci. Ale teraz musisz mi pokazać notarjusza. Już tyle nasłuchałam się o notarjuszach, że chciałabym widzieć jednego. Powiadają, że to ciekawa rzecz.
— I słusznie, księżniczko, nawet ciekawsza, niż powiadają.
Przybyli pod młyn, co zmieniło kierunek myśli dziewczyny.
Wszystko troje uwiązawszy osły, weszli do młyna, gdzie zastawiono im gorący placek i zimne mleko.
Kamil i Paquerette zmiatali od serca, ale księżniczka Vanvres za trzeciem ukąszeniem placka, zawołała:
— O! jacyżeśmy głupi, że jemy ten placek!
— E! księżniczko, przerwał Kamil, mów w liczbie pojedynczej, jeżeliś łaskawa.
— O! jakiżeś ty głupi, że jesz ten placek!
— Brawo! zawołał Kamil, to lepsze niż petarda; to mina! A dla czegóż to ja głupi, iż jem placek?
— Dlatego, rzekła Chante-Lilas, iż jest trzecia godzina po południu, a spodziewam się, że pan Kamil de Rozan, szlachcic amerykański, zafunduje nam wspaniały obiad.
— Jaki tylko zechcesz, księżniczko! Już też, kiedyśmy się szukali tak długo, toć, co najmniej, wypada nie rozstać się, póki wzajem nie wypijemy za swe zdrowie.
— Więc zamów obiad.
— Tylko nie tu, moje pasterki.
— Gdzież więc?
— W Paryżu... Na wsi bardzo źle dają jeść! Wieś dobra jest do zaostrzenia apetytu, ale nie do nasycenia go.
— Niechże będzie w Paryżu. A gdzie udamy się na obiad?
— Do Vefoura.
— Do Vefoura?... O! co za szczęście! zawołała dziewczyna, trzasnąwszy palcami na znak uradowania. Tak dawno słyszę o tym Vefourze. Powiadają, że to rzecz bardzo ciekawa.
— Tak jak notarjusz! rzekł Kamil. Są nawet, którzy utrzymują, że to rzecz daleko ciekawsza, a to z uwagi, że u Vefoura można zjeść, a u notarjusza być zjedzonym.
— O, Paqueretto! zawołała księżniczka, nie będziesz żałować, spodziewam się! To mi dopiero petarda: u Vefoura!...
— Dalej, dalej, rzekł Kamil, w drogę, moje dzieci! Mam zrobić kilka sprawunków przed obiadem, uprzedzam was.
— Dla dam? rzekła Chante-Lilas szczypnąwszy aż do krwi ramię Kamila.
— Dla dam! rzekł Kamil. Alboż ja znam jakie damy?
— A za kogoż to ty „mnie“ masz, mój szlachcicu? rzekła Chante-Lilas, prostując się z miną komiczną.
— Ciebie księżniczko, odpowiedział młodzieniec całując ją, ciebie mam za najświeższą, za najdowcipniejszą, za najładniejszą praczkę, jaka kiedykolwiek zakwitła na wybrzeżu rzeki, pod oponą niebios!
Próżna dorożka przechodziła przed młynem, Kamil zatrzymał ją. Potem odwiązano osły a chłopiec młynarski za trzydzieści soldów, zobowiązał się odprowadzić je do Vanvres. Następnie wsiedli w dorożkę i kazali się zawieźć do Vefoura. O sprawunkach nie było już mowy, przynajmniej tego dnia.
Przy deserze, po zjedzeniu poziomek, wypiciu kawy, przepiciu anyżówką, Paquerette Colombier, której rola stawała się coraz trudniejszą między Kamilem i księżniczką, nagle przypomniała sobie, że na nią oczekuje stryj, dawny wojskowy, z przemyciem i obwiązaniem ran. I czyniąc to, co i my uczynimy, pozostawiła szlachcica amerykańskiego sam na sam z Chante-Lilas.
Tylko my, którzy nie mamy rannego stryja, zwrócimy się ku Bas-Meudon, gdzie Karmelita wyglądając oknem od siódmej godziny z wieczora, niepokoi się słysząc bijącą dwunastą.

VI.
Ostatnie dni jesieni.

Jedno z okien mieszkania wychodziło na ulicę Petit-Hameau. Przy tem to oknie siedziała Karmelita, oparta na poręczy, z głową zatopioną w dłonie. Ztamtąd słuchała ona rzadkich odgłosów, które w mroku dochodziły z równiny i dwadzieścia razy chrzęst spadłych gałązek i zeschłych liści, wprawiał ją w drżenie, jak gdyby usłyszała kroki Kamila.
Ale o tej godzinie Kamil nie mógł pieszo wrócić z Paryża. Nie chrzęst gałązek i zeschłych liści, ale turkot kół mógł ją tylko uprzedzić.
Milczenie nocy, melancholijny szelest wiatru po drzewach, drżenie spadających liści, ponury i przerywany okrzyk sowy siedzącej na sąsiednim kasztanie, wszystko przyczyniało się do powiększenia smutku Karmelity; a w pewnej chwili smutek ten tak był głęboki, że dwa strumienie cichych łez trysły z jej oczu i spłynęły po palcach.
Jakaż to różnica tej nocy jesiennej, posępnej i pełnej dreszczów, przepędzonej na oczekiwaniu Kamila w oknie, od wiosennej nocy spędzonej obok Kolombana, pod bzami, pośród róż...
A jednak zaledwie pięć miesięcy upłynęło...
Prawda, że nie potrzeba pięciu miesięcy dla zmienienia całego bytu; dość jednej minuty, jednej chwili, jednej nocy burzliwej.
Nareszcie około pierwszej zrana, turkot powozu rozbrzmiął na bruku.
Karmelita osuszyła Izy, i z uczuciem szczęścia połączonego z pewnym smutkiem, z którego sprawy sobie zdać nie mogła, zobaczyła powóz zatrzymujący się u drzwi.
Zkądże powstał ten smutek sprawiający ból ostry, wówczas, gdy powinna się cieszyć?
Chciała zbiedz ze schodów, by prędzej być w objęciach Kamila. Nie mogła jednak, zeszła tylko na pierwszy stopień.
Kamil, przeciwnie, skoro wyskoczył z dorożki i zamknął drzwiczki, zaraz puścił się naprzeciw niej. Zastał Karmelitę w pół drogi, chwiejącą się, opartą o ścianę.
Ona tak pożądała jego powrotu, a zkąd jej teraz takie bolesne osłabienie za jego przybyciem.
Uściskał Karmelitę z uniesieniem, jakie było w jego naturze.
Zrana z takiem samem uniesieniem ściskał księżniczkę Vanvres, nie tak mocno może, nie tak nawet gorąco; wyrzucał sobie względem Karmelity swą długą nieobecność.
Dziewczyna oddała Kamilowi jego pieszczoty zimniej, niż myślała sama. Jest w kobiecie instynkt, który ją rzadko myli: mężczyzna tyle zawsze czegoś unosi z sobą od kobiety, z którą się rozstaje, że nie darmo wzbudza podejrzenie u tej, do której wraca.
Karmelita zgoła nie znała natury tego podejrzenia, zdawało się jej, że oprócz nieobecności, ma jeszcze coś do zarzucenia Kamilowi. Nie wiedziała co, ale tą bolesną struną, która zadrgała w głębi jej serca, była struna wyrzutu.
— Wybacz mi, kochanko, jeśli cię zaniepokoiłem! rzekł Kamil, ale przysięgam, że rychlejszy powrót nie zależał odemnie.
— Nie przysięgaj, odpowiedziała Karmelita, czyż ja powątpiewam o tobie? Dlaczegóż miałbyś mnie zwodzić? Jeżeli nie przestałeś mnie kochać, to wola silniejsza od twojej zatrzymała cię; jeżeli już mnie nic kochasz, na co mi wiedzieć przyczynę?
— O, Karmelito! zawołał Kamil, ja miałbym cię już nie kochać! Cóżbym ja zrobił? jakże mógłbym żyć bez ciebie?
Karmelita uśmiechnęła się smutnie. Zdawało się jej, że cień jakiś zakwefiony, cień kobiety, przeszedł między nią i jej kochankiem.
Kamil odprowadzi! ją do pokoju i zamknął okno; noce były zimne.
Karmelita siedziała pięć godzin przy tem oknie, i nie zważała na chłód powietrza. Chciała powiedzieć: „Zostaw otwarte, Kamilu, duszno mi“. Otworzyła usta, ale nie mogła wydobyć głosu, osunęła się na kanapę.
Kamil odwrócił się i upadł jej do nóg.
— Oto co mi się wydarzyło, rzekł. Wyobraź sobie, spotkałem w Paryżu dwóch kreoli z Martyniki, moich przyjaciół, których nie widziałem od... nie umiem ci nawet powiedzieć od jak dawna. Rozmawialiśmy o naszym pięknym kraju, w którym i ty zamieszkasz kiedyś, rozmawialiśmy o tobie...
— O mnie? odezwała się Karmelita ze drżeniem.
— Zapewne, o tobie... Czyż ja mogę rozmawiać o czem innem?... Nie wymieniłem twego nazwiska, rozumie się. Poszli ze mną po sprawunki moje, po części ich także, ale pod warunkiem, że będę z nimi na obiedzie i razem pójdziemy na operę... było to ostatnie wystąpienie Lais. Ty wiesz, że ty i muzyka, są to jedyne moje namiętności. Szkoda, że nie było tam ciebie, byłabyś się doskonale zabawiła.
Karmelita poruszyła ramionami.
— Nie byłam tam, rzekła.
— Nie, ty byłaś tu, droga moja: to twoja wina, nie chciałaś pójść ze mną.
— Tak, to moja wina, rzekła Karmelita, to też się nie skarżę.
— A jednak zamiast zabawy, nudziłaś się!
— Czekałam na ciebie.
— Jesteś aniołem.
I Kamil znowu namiętnie uściskał Karmelitę. Ona po tym uścisku była prawie roztargnioną.
Przez głowę młodzieńca klęczącego u jej nóg, spojrzała na swój krzew róży, na którym błyszczało kilka już tylko kwiatów: blade, chorowite ostatnie. Jeden z nich opadać nawet zaczął, i Karmelita patrzyła z głęboką melancholją na jego listki, zsuwające się jeden za drugim.
Kamil czuł dobrze, iż słowa jego nie robiły wrażenia, nalegał więc, wracał do szczegółów, które miały nadać prawdopodobieństwo jego opowiadaniu.
Karmelita straciła nareszcie wątek rozmowy, słyszała tylko brzmienie słów, nic nie rozumiejąc. Uśmiechała się, czyniła znaki głową, odpowiadała jednogłoskami, ale tak samo nie wiedziała co odpowiada, jak też i tego co Kamil mówi.
Uderzyła druga godzina, Karmelita drgnęła.
— Druga godzina! rzekła. Jesteś znużony, ja także, mój drogi, odejdź do siebie, jutro powiesz mi wszystko co jeszcze masz do powiedzenia, wiem, że ci się nic złego nie stało, jestem szczęśliwa...
Kamil od kilku minut był bardzo zakłopotany; nie wiedział jak wyjść, ani jak pozostać. Zdał się jednak bardzo zasmuconym słowami Karmelity.
— Odprawiasz mnie, niedobra? rzekł.
— Co! odezwała się dziewica.
— Dobrze, dobrze! widzę, że dąsasz się na mnie.
— Ja? dlaczego miałabym się dąsać.
— Alboż ja wiem? Kaprys.
— W istocie, rzekła Karmelita ze smutnym uśmiechem, może ja i kapryśna, Kamilu, postaram się poprawić z tej wady... Do jutra.
Kamil ucałował po raz ostatni Karmelitę, która przyjęła pocałunek jak statua marmurowa i wyszedł.
Zaledwie drzwi się za Kamilem zamknęły, wydarło się z jej ust słowo, które nie mogło wydobyć się w jego obecności.
— Duszę się! rzekła.
I znowu otworzyła okno i oparła się na niem, jak przed przybyciem Kamila. I tak pozostała nieruchomą aż do białego dnia.
Przy pierwszych promieniach słońca, zadrżała i jak gdyby wtedy dopiero spostrzegła, która jest godzina, wzniosła piękne oczy do nieba, westchnęła i położyła się do łóżka.
Była to pierwsza chmura, która przeszła po niebie dwojga młodych ludzi.
Kamil, tak jak powiedział Karmelicie, mógł zaledwie zrobić połowę sprawunków. Ale on nie zrobił żadnych nawet, jeżeli pamiętamy, jak czas spędził.
Trzeba więc było koniecznie wracać do Paryża.
Na ten raz sprawunki zostały załatwione; nic nie odwróciło Kamila od celu. Wrócił też wcześnie.
Karmelita nie oczekiwała go przy oknie; przechadzała się po ogrodzie, w którym wznosił się pawilon Kolombana.
Od tego dnia wreszcie, wycieczki Kamila bywały coraz częstsze, a pobłażanie, powiedzmy raczej obojętność Karmelity, zamiast powstrzymywać, zachęcała go tylko.
Stopniowo wycieczki do Paryża stawały się tak częste, że raczej obecność w domu była wyjątkiem.
Raz, nęciły go wyścigi na placu Marsowym, drugi raz przedstawienie nowej opery, to znów walka kogutów przy rogatce. Prawda, że za każdym razem mówił do Karmelity:
— Czy pójdziesz ze mną, kochanko?
Ale za każdym razem Karmelita odpowiadała:
— Dziękuję.
Kamil szedł sam.
Pewnego poranku, podczas jego nieobecności, zadzwoniono do drzwi. Karmelita usłyszała dzwonek, ale był to już odgłos, który nie wywierał na nią wrażenia. Gdy jednak zadzwoniono powtórnie, podniosła głowę i złożyła haft, a że ogrodniczka spóźniła się z otworzeniem, podeszła do okna, uchyliła zasłony i spojrzała. Naraz wydała okrzyk zdziwienia, trwogi prawie.
Był to Kolomban. Omało nie padła zemdlona. Pobiegła na dół; ogrodniczka wracając z ogrodu, przechodziła przez korytarz.
— Nanetto, zawołała, zaprowadź tego pana do pawilonu ogrodowego i nie powiadaj mu, że jestem w domu.
Potem zamknęła drzwi od swego pokoju, zakręciła klucz, zasunęła rygiel i siadła a raczej padła na kanapę.
Kolomban pisywał do Kamila ze zwykłą punktualnością, ale ponieważ od wyjazdu bretona nie postał na ulicy św. Jakóba, przeto listy Kolombana leżały u Marji-Joanny. Ztąd poszło, że niedbały Kamil, nie otrzymując listów, nie uważał za potrzebne pisać do swego dawnego towarzysza szkolnego. A nawet ile było w mocy jego, odpychał wspomnienie przyjaciela.
Kolomban, była to przyjaźń zdradzona, przyrzeczenie złamane; był to wyrzut sumienia.
Milczenie Kamila niepokoiło Kolombana, jakkolwiek nie był podejrzliwym. Dusza wreszcie surowego bretona, tak przynajmniej on sobie wyobrażał, zahartowała się znów w dzikich pięknościach jego stron rodzinnych. Jednego dnia powiedział sobie:
— Jestem uleczony; pójdę kończyć studja swoje. Przytem zobaczę też, co porabiają Kamil i Karmelita.
A ponieważ uśmiechnął się wymawiając dwa imiona, wyobrażał sobie, iż serce ma spokojne.
Wyjechał więc, sądząc się bezpiecznym.
Mniemane jego zwycięztwo było klęską; łudził się, a Bóg jeden znał tajemnicę jego słabości.
Przybył do Paryża i wziął dorożkę, ażeby prędzej dostać się na ulicę św. Jakóba. Była godzina siódma zrana, mógłby był zastać przyjaciela w łóżku.
Kamil leniwym był jak kreol.
Karmelita zapewne już wstała, pamiętał dobrze, iż wstawała zarówno z ptakami, przyśpiewując jak one pierwszemu brzaskowi dnia, pierwszemu promieniowi słońca.
Przybył na ulicę św. Jakóba z sercem bijącem, z czołem w ogniu.
Marja-Joanna widziała jak wysiadł z dorożki.
— A! to pan Kolomban, rzekła. Gdzie to pan idzie?
Kolomban zatrzymał się.
— Gdzie idę? odpowiedział. Do siebie, do pana Kamila.
— O, pan Kamil wyprowadził się już od świętej pamięci.
— Wyprowadził się? powtórzył Kolomban.
— Ależ tak, tak.
— A?...
Kolomban zawahał się.
— A panna Karmelita?... zapytał z wysileniem.
— Wyprowadziła się także.
— Gdzież się przenieśli? zapytał Kolomban.
— To mój stary panu powie, bo zdaje mi się, że wie; a także panna Chante-Lilas, praczka.
Kolomban oparł się o ścianę, ażeby nie upaść.
— Dobrze, rzekł. Dajcie mi klucz od mojego pokoju.
— Klucz od pańskiego pokoju? odparła Marja-Joanna, a to na co?
— A na cóż potrzebny jest klucz od pokoju?
— Klucz potrzebny jest na to, ażeby wejść do mieszkania, ale pan nie masz tu już mieszkania.
— Jakto? zapytał breton głosem zdławionym.
— Bo i pan się wyprowadziłeś.
— Ja wyprowadziłem się?... Czyś oszalała kobieto?
— Nie, nie oszalałam. Możesz pan wejść, jeżeli chcesz, nie ma już ani jednego sprzętu w pańskim pokoju. Pan Kamil zabrał wszystko, mówiąc, że pan będziesz mieszkał z niemi.
— Z niemi? powtórzył Kolomban. I chmura płomienna przeszła mu przed oczami. Ależ nareszcie, odezwał się, jeżeli mam mieszkać z niemi, to muszę wiedzieć, gdzie się wyprowadzili.
— Zdaje mi się, że mieszkają w Meudon, odpowiedziała odźwierna.
A ponieważ Kolomban jeszcze nie zapłacił dorożce, przeto wsiadł w nią napowrót, razem z walizą.
— Do Meudon! zawołał.
W półtory godziny Kolomban był w Meudon.
Lecz pamiętajmy, że Kamil mieszkał w Bas-Meudon.
Kolomban z bretońską cierpliwością, bez znużenia kołatał od drzwi do drzwi. W ostatnim domu powiedziano mu, że ci dwoje młodych ludzi mieszkają zapewne w Bas-Meudon.
Pojechał do Bas-Meudon. Tam otrzymał wiadomości ściślejsze, wskazano mu dom; zadzwonił raz, potem drugi.
Karmelita wyjrzała oknem, poznała go, zakazała Nanecie mówić o sobie i poleciła wprowadzić Kolombana do pawilonu.

VII.
Powracający.

Gdy Nanetta otworzyła drzwi, Kolomban był prawie tak blady jak Karmelita. Chciał się zapytać o Kamila, ale głos zamarł mu na ustach.
— Do pana Różana zapewne? rzekła Nanetta przychodząc mu w pomoc.
— Tak, bąknął Kolomban.
— Tędy, panie.
Nanetta poszła przodem, prowadząc bretona do pawilonu.
Karmelita widząc otwierające się, a potem zamykające drzwi od ulicy, podniosła się, następnie odemknąwszy swoje z klucza, poszła na palcach do sieni i patrzała oknem wychodzącym na ogród.
Kolomban nie szedł już za Nanettą, ale ją wyprzedzał. Spieszno mu było zobaczyć się z Kamilem i zapytać o wyjaśnienie. Otworzył drzwi od pawilonu. W pawilonie nie było nikogo. Odwrócił się ku Nanecie.
— Gdzie mnie prowadzisz? rzekł.
— Do pańskiego mieszkania, odpowiedziała ogrodniczka.
— Do mojego mieszkanią?
— Tak. Czyż pan nie jesteś tym przyjacielem z Bretanji, na którego pan Kamil oczekuje?
— Kamil oczekuje mnie?
— Od dwóch miesięcy.
— A gdzie jest pan Kamil?
— W Paryżu.
— Lecz dzisiaj powróci?
— Zapewne.
— Czy często bywa w Paryżu?
— Prawie codzień.
— Aha! to tak, pomyślał Kolomban, on mieszka tu, a ona w Paryżu; Kamil obawiał się zapewne, ażeby jej nie narazić, mieszkając z nią nietylko już w jednym domu, ale nawet w jednem mieście. Kochany Kamil, źle go osądziłem... A ja jestem taki niedobry! I zwracając się do Nanetty: Ja tu poczekam na Kamila, rzekł do niej; jak tylko wróci uprzedź mnie o jego przybyciu.
Nanetta uczyniła znak potwierdzający i oddaliła się.
Pozostawszy sam, Kolomban obejrzał się dokoła i przetarł oczy ręką; zdawało mu się, że jest igraszką złudzenia. Był to jego własny pokój, jego pokój z ulicy św. Jakóba, cały przeniesiony na łono ślicznego ogrodu. Też same sprzęty, ten sam papier, znalazł tam wszystko, zacząwszy od kodeksu, który leżąc na stoliku, otwarty był w tem samem miejscu, gdzie on przeciągnął zielonę zakładkę, aż do doniczek róż zieleniejących na oknie.
Pokój ten, był to wyrzut sumienia Kamila, który czuł, że stał się winnym zbrodni względem Kolombana.
Kolomban widział w tem tylko czułą i delikatną pamięć przyjaciela. Tylko, że pokój ten, pełnym był dlań smutnych wspomnień. Nic nie ma boleśniejszego, jak z rozdartem sercem i łzami w oczach, spoglądać na przedmioty, które się widziało w szczęśliwych czasach.
Sądząc, że sprawi radosną niespodziankę swemu przyjacielowi, czyż nie katowskie dzieło spełnił Kamil, zmuszając Kolombana do zamieszkania w śmiertelnej komnacie swych pierwszych złudzeń?
To też, jak Karmelita tej nocy, w której do pierwszej godziny czekała na Kamila, po odejściu jego zawołała: „duszę się!“ tak i Kolomban dziś z kolei powtórzył ten wyraz i wybiegł do ogrodu szukając powietrza.
Karmelita stojąc przy oknie, widziała jak wyszedł, a raczej wyskoczył z pawilonu. Oparła rękę na sercu i głowę w tył pochyliła: omal nie zemdlała nieszczęśliwa dziewczyna. Otworzywszy oczy, spojrzała w ogród i zobaczyła Kolombana siedzącego na ławce, z głową zatopioną w dłoniach, zupełnie tak samo, jak ona, kiedy przez cztery godziny czekała na Kamila.
On także czekał cztery godziny.
Nagle usłyszano turkot powozu zatrzymującego się przy drzwiach, potem głośno zabrzmiał dzwonek. Na ten raz Nanetta była na miejscu i poszła otworzyć. Zapewne oznajmiła ona Kamilowi o przybyciu Kolombana, gdyż zamiast wejść na pierwsze piętro, ukazał się w ogrodzie. Szukał oczyma Kolombana, spostrzegł go siedzącego na ławce i szedł prosto ku niemu.
Kolomban, z czołem ukrytem w dłoniach, nie widział go nadchodzącego. Na odgłos kroków podniósł jednak głowę i spostrzegł przed sobą przyjaciela. Wydał okrzyk i już był w jego objęciach.
Karmelita wszystko to uważała przez okno.
Nic nie mieszało radości, jakiej doznawał Kolomban z widzenia przyjaciela; mniemał, że Kamil mieszka w Bas-Meudon, a Karmelita w Paryżu.
Dwaj młodzieńcy szli ku domowi trzymając się za ręce.
Widząc ich zbliżających się, Karmelita cała drżąca poszła do swego pokoju i na klucz się zamknęła.
Kamil oprowadził przyjaciela po całym domu, z wyjątkiem pokoju zajętego przez Karmelitę.
Breton nie dziwił się zniewieściałemu nieco gustowi, z jakim urządzono było mieszkanie, znał on upodobanie Kamila.
Po zwiedzeniu całego domu, prócz pokoju Karmelity, kreol przywiódł przyjaciela przed te drzwi tajemnicze, około których obaj przeszli kilka razy.
Tam zatrzymał Kolombana.
— Zdejm kapelusz! rzekł Kamil.
— Dlaczego? zapytał breton.
— Tu jest przybytek.
— Co to znaczy?
— Posłuchaj, rzekł kreol tym pół drwiącym, pół poważnym tonem, który był mu zwyczajnym, ja mam o religji pojęcie bardzo niewyraźne albo jeśli ci się podoba, bardzo stanowcze; każdy wyznaje Boga według swego wyboru, nie wiem czemu miałbym postępować inaczej jak drudzy.
— Do czego zmierzasz i co to za pokój? zapytał Kolomban. Dokończ.
— To świątynia bogini piękna, dobroci i wielkości!... Pokój ten, Kolombanie, mieści w sobie istotę, którą wielbię nadewszystko na świecie; istotę ludzką, którą czczę na równi z bóstwem! Skłoń się, i jak ci powiedziałem, odkryj głowę przestępując próg tej komnaty, bo żadnemu dotąd śmiertelnikowi, nie było dano spoglądać na bożyszcze tak gorąco uwielbiane!
Karmelita z pokoju swego słyszała wszystko co mówił Kamil; pozostała blada ale silna, jaką zwykle była w wielkich wypadkach; poszła prosto ku drzwiom i w chwili gdy Kamil brał za klamkę, otworzyła drzwi.
Kolomban o mało nie padł, spostrzegłszy ją.
— Wejdź, mój przyjacielu, odezwała się spokojnie.
— Co ci jest? zapytał Kamil, wzburzenie ukrywając pod wesołością, która była to maską jego, to obliczem; czy już nie poznajesz Karmelity? Więc przedstawię was sobie wzajem... Panna Karmelita Gervais... pan wicehrabia de Penhoel.
Młodzi spoglądali na siebie wzajem: Kolomban osłupiały ze zdziwienia, Karmelita nieruchoma ze wstydu.
— Ależ, zawołał Kamil, uściskajcie się przecie! Cóż was u licha wstrzymuje? Czy chcecie, ażebym poszedł przejść się po lesie Meudońskim?
Wezwanie to, przyjacielskie w gruncie, ale obelżywe w formie, całkiem odmienne sprawiło wrażenie na Karmelicie i na Kolombanie: ona zaczerwieniła się aż po białka oczu; twarz bretona pokryła się śmiertelną bladością. Oboje cofnęli się krokiem. Zakłopotanie było okrutne dla obojga.
Karmelita przerwała je, szczerze i serdecznie podając bretonowi rękę. On zaś pomny bladej i wychudłej ręki, którą widział kiedyś u Karmelity obłożnie chorej na gorączkę mózgową, wyciągnął natychmiast swoją, i dwie te uczciwe ręce, drżące, uścisnęły się przyjaźnie.
— Cóż to za ceremonje wyrabiacie? rzeki Kamil, odkądże to przyjaciel nie całuje „żony“ swego przyjaciela?
Kolomban podniósł głowę i spoglądając na Kamila wejrzeniem płomiennem:
— Żony? zawołał radośnie, gdyż w obec spełnienia obietnicy zapomniał wszystkiego, żony?... powtórzył ze łzami w oczach, nie zważając na pomieszanie, w jakie słowa jego wprawiały Karmelitę.
— Lub bardzo bliskiej tego, rzekł Kamil, gdyż czekałem tylko na twój powrót, by przystąpić do ślubu.
— To tak! rzekł zimno Kolomban. Potem, z miną, która nie była bez pewnej groźby: Jestem więc! dodał.
— No, no, rzekł Kamil przerywając, jeżeli nie chcesz pocałować jej z miłości dla niej, to pocałuj z miłości dla mnie.
Kolomban podszedł do Karmelity i skłoniwszy się z szacunkiem:
— Czy pozwolisz mi, panno Karmelito? rzekł.
— Pani, pani, sprostował Kamil.
— Czy pozwolisz mi pani pocałować się, powtórzył Kolomban.
— O, z całego serca! zawołała Karmelita wznosząc oczy do nieba, jakby biorąc je na świadectwo szczerości słów swoich, a Bóg, który mnie słyszy, wie, że z głębi serca daję ci ten znak uczucia.
Ucałowali się i zarumienili oboje.
— I cóż, przecieżeście z tego nie umarli, odezwał się Kamil z uśmiechem. Jacyżeście wy oboje niezdarni! Czynie stanęło na tem, że my we troje stanowić będziemy jedność, a co najwięcej, dwójcę?
— Dobrze, rzekł Kolomban, ale nim przyjmę ten układ, chciałbym pomówić z tobą Kamilu.
— Ze mną, powtórzył kreol, to więc coś bardzo ważnego?
— Tak.
— Czy i ona do tego należeć będzie? zapytał.
— Nie, odrzekł Kolomban, Karmelita pozostanie u siebie, a my pójdziemy do twego pokoju.
— Chodźmy, rzekł Kamil.
I otworzył drzwi naprzeciw pokoju Karmelity.
Breton poszedł za nim, rzucając Karmelicie spojrzenie mające znaczyć: „Bądź spokojna, tobą ja zajmować się będę.“
Uśmiechnęła się smutnie, westchnęła i wróciła do siebie.
— I cóż, rzekł Kamil rzucając się w fotel i próbując odciągnąć od rzeczy, jakże podobał ci się twój pawilon?
— Prześliczny, odpowiedział Kolomban, dziękuję ci za tę troskliwą pamięć, ale nigdy nie zamieszkam w tym pawilonie.
— A to dlaczego?
— Bo nie chcę być ani wspólnikiem twych błędów, ani tarczą twoich złych namiętności.
— Kolombanie! rzekł Kamil marszcząc brew.
— O! gniewać się będziemy za chwilę, jeżeli zechcesz Kamilu, ale nasamprzód pozwól, że powiem ci co mam do wyrzucenia... Przysiągłeś, a był to jeden z warunków mojego wyjazdu, że szanować będziesz Karmelitę, jak swoją żonę, a przysięgę swą niegodnie złamałeś! Od tej chwili, Kamilu, przepaść jest między nami, przepaść dzieląca serce prawe od serca wiarołomnego; nie zostanę tu ani chwili dłużej.
Wymawiając te słowa, Kolomban posunął się ku drzwiom. Ale Kamil zagrodził mu drogę.
— Posłuchaj, rzekł, tak jako jesteś jedynym moim przyjacielem, Kolombanie, a byłbym wielce nieszczęśliwym, gdyby było inaczej!... tak jako chciałbym był uczynić choć połowę tego dla ciebie, coś ty uczynił d!a mnie — kocham, wielbię, szanuję Karmelitę, i nie ode mnie tylko zależało dotrzymać przysięgi.
Kolomban uśmiechnął się pogardliwie.
— Otóż odwołuję się do niej samej, mówił dalej Kamil. Pomów z nią, wypytaj, wszak jej, spodziewam się, zawierzysz? Dowiedz się, czym kiedy jakimkolwiek sposobem usiłował nietylko uwieść ją, ale nawet najmniejszą dał insynuację; zapytaj jej czyśmy nie byli oboje nagle, mimowolnie, fatalnie pociągnięci tajemniczą siłą upalnej nocy letniej; zapytaj, czy jako dzieci własną niewinnością zdradzone, nie ulegliśmy sposobności wcale jej nie szukając... Ty, który potrafisz poskramiać swe żądze, ty, który masz siłę woli nadludzką, ty, możebyś nie upadł, ale ja, słaby jak mię znasz, mój przyjacielu, czując koło siebie, tysiączne pożądania, które też dobywały się z serca Karmelity, zamknąłem oczy, cały świat zniknął przedemną! Czyż dlatego, Kolombanie, mam być człowiekiem nieprawego serca, nieuczciwym? Nie. Gdyż jak jestem Kamil de Rozan... w czasie, który ty sam oznaczysz, Karmelita będzie moją żoną. Nie chciałem ci tego wszystkiego pisać, pojmujesz; byłaby to nieskończona dyskusja listowna, ale ponieważ przybyłeś, oznacz więc sam, jak ci mówiłem, dzień ślubu.
Kolomban pozostał chwilę zamyślony.
— Czy ty prawdę mówisz? zapytał bystro wpatrując się w Kamila.
— Na honor, odpowiedział młodzieniec przyciskając rękę do piersi.
— Jeżeli tak, rzekł Kolomban, to pozostaję, gdyż będę zawsze miał uczciwego człowieka za przyjaciela. Co się tyczy dnia ślubu, to ty go oznacz, a naturalnie, im prędzej tem lepiej.
— Dziś zaraz, Kolombanie, czy słyszysz?... dziś zaraz piszę do ojca; poproszę go, ażeby mi przysłał papiery potrzebne do ślubu a za sześć tygodni będę mógł ogłosić zapowiedzie.
— Dajmy dwa miesiące, ażeby nie przesadzać w niczem, rzekł Kolomban. Ale czy pewnym jesteś pozwolenia ojca?
— Dlaczegóżby ojciec miał mi odmawiać?
— Ojciec twój majętnym jest Kamilu, a Karmelita ubogą.
— Cnota Karmelity stanie jej za posag w oczach mojego ojca.
„Nieszczęsny marnotrawco! miał ochotę powiedzieć Kolomban, ty posag ten strwoniłeś z góry!“
— Ale gdyby, rzekł jednak, pomimo całych twych chęci, ojciec sprzeciwił się temu związkowi?
— To niepodobna, mój drogi.
— Przypuść jednak na chwilę to niepodobieństwo. Cóżbyś w takim razie uczynił?
— Mam lat dwadzieścia cztery: ożeniłbym się z Karmelitą mimo woli ojca.
— Smutne to jest sprzeciwianie się syna rodzicom, ale smutniejsza rzecz, Kamilu, zniesławić dziewicę i niewrócić jej czci... Napisz więc ten list, napisz go jako syn pełen szacunku, ale i jako człowiek w postanowieniu stały. Statki odchodzą co 5go, 15go i 26go każdego miesiąca; pojutrze jest 15go, nie masz więc ani minuty do stracenia.
— A ty zostaniesz? zapytał Kamil.
— Zostanę, odpowiedział Kolomban. I kładąc na stoliku Kamila pióro i papier: Czekam na list twój w pawilonie, rzekł.
Potem zszedł na dół uradowany niemal z prawości swego przyjaciela.

VIII.
Odjeżdżający.

W kwadrans po Kolombanie, wszedł do pawilonu Kamil, trzymając w ręku ćwiartkę papieru na pół zapisaną.
— Czy już? zapytał Kolomban zdziwiony.
— Nie, rzekł Kamil, przeciwnie, zaledwiem zaczął.
Kolomban spojrzał nań okiem sędziego śledczego.
— O! nie kwap się z potępieniem, rzekł Kamil. Przy pierwszych wyrazach przyszły mi na myśl twoje zarzuty względem pozwolenia ojca i jakoś zakręciły mi w głowie.
— Cóż ci to przeszkadza, Kamilu, rzekł breton, jeśli masz stałe postanowienie...
— To prawda; ale myślę, ile to listów wymienić trzeba nim trafimy do końca. Nie spodziewałem się nigdy otrzymać tego pozwolenia od razu; będziemy więc dyskutować, parlamentować, dni będą upływać, nasza niecierpliwość wzrośnie...
— Jakżeż zrobić inaczej?
— Zdaje mi się, że mam sposób, rzekł Kamil.
— Jaki?
— Pojechać sam prosić o pozwolenie ojca.
Breton utkwił w Kamilu swe przejrzyste oczy. Kamil wytrzymał wzrok przyjaciela nie mrugnąwszy okiem.
— Masz słuszność, Kamilu, rzekł Kolomban, i to co przekładasz mi, jest myślą uczciwego człowieka, albo łotra bez czci i wiary!
— Spodziewam się, że nie wątpisz o mnie? zapytał Kamil.
— Nie, odpowiedział Kolomban.
— Pojmujesz, że przez tydzień osobistych nalegeń, więcej wskóram u ojca, niż przez trzy miesiące listowych oblężeń.
— Sądzę tak jak ty.
— Trzy tygodnie podróży tam, trzy z powrotem, ze dwa tygodnie dla załatwienia się z ojcem, to wszystko dwa miesiące.
— Zostałeś logiką wcieloną Kamilu.
— Rozum przychodzi z wiekiem, mój stary Kolmbanie. Na nieszczęście...
— Co?
— O, zamiar ten jest prawie nie do wykonania.
— Jakto?
— Nie mogę z sobą zabrać Karmelity.
— Oczywiście.
— Z drugiej strony, nie mogę jej pozostawić tutaj.
— Co ci przeszkadza?
— Młoda dziewczyna, sama, wystawiona na obelgi sąsiadów!
Kolomban zmarszczył brew.
— Więc myślisz, że jabym pozwolił znieważać Karmelitę? rzekł.
— Zgadzasz się zatem czuwać nad nią?
Kolomban uśmiechnął się.
— Doprawdy, rzekł, sądziłem, że mnie znasz lepiej.
— Mieszkać będziesz pod jednym z nią dachem?
— Nieinaczej.
— Kolombanie! zawołał Kamil, jeżeli tak zrobisz, całe życie moje nie wystarczy do zawdzięczenia ci tego dowodu przyjaźni.
— Niewdzięczny! wyrzekł z cicha breton.
— Nie, Kolombanie, ja nie jestem niewdzięczny, ale znam twoję drażliwość, bałem się proponować, ażebyś mieszkał sam z młodą dziewczyną, w domu odosobnionym...
— Czyż nie mieszkałem z Karmelitą sam przez trzy miesiące, nim ona poznała ciebie?
— Tak, ale nim mnie poznała, jak powiadasz.
— A dlaczegóż by mnie mogła razić myśl opiekowania się żoną mojego brata, moją siostrą ukochaną? Czy obciąłeś zrobić aluzję do mojej dawnej miłości dla Kamelity?
— Kolombanie!
— Czy sądzisz mnie zdolnym do złamania przysięgi?
— Sądzę cię zdolnym do poniesienia raczej śmierci!
— W takim razie uprzedź Karmelitę; pojmujesz, że nie przyjmę tego położenia inaczej, jak tylko za jej zgodą... A choćby odmówiła, to i tak odjechać możesz z całem bezpieczeństwem; najmę pokój naprzeciw jej domu... blizko jej domu, jeśli nie naprzeciw, a będzie równie bezpieczną od wszelkiej zniewagi, jak gdybym z nią mieszkał. Idź więc ją uprzedzić, bo nie więcej masz czasu do stracenia, jak gdybyś list posyłał zamiast siebie samego.
Kamil usłuchał, nie wymówiwszy słowa.
Karmelita ze drżeniem przyjęła tę wiadomość. Nie uczyniła jednak żadnego zarzutu, nie stawiała żadnego oporu. Wysłuchała propozycji, spojrzała na Kamila z niewymownem osłupieniem i nie rozbierając dokładnie wrażenia, jakie wiadomość ta na niej sprawiła, czuła instynktownie całą niskość Kamila i całą wielkość Kolombana.
Jedyną zmianą w projekcie było to, iż wyjazd odłożono na 23go października; statek osadniczy bowiem odchodził, jak mówiliśmy, w dniu 25ym; pozostawało więc dziesięć dni do odjazdu Kamila z Paryża do portu.
Kolomban opowiedział jakie życie surowe, niemal zakonne, wiódł w wieży Penhoel, błąkając się nad brzegiem szumiącego morza, lub siedząc przy łożu chorego ojca, któremu czytał Odysseję.
Kolomban przekonał się jak dużo skorzystała Karmelita w muzyce, podczas długiej nieobecności bretona i częstych wycieczek Kamila do Paryża.
Ten ostatni próbował przypomnieć wesołość dawniejszych wieczorów, lecz oprócz tego, że chwile bliskiego odjazdu były pełne niepokoju i żalu, stało nadto między temi trzema osobami widmo o trzech obliczach.
Dla Kamila, było to sumienie. Dla Kolombana, powątpiewanie. Dla Karmelity, zniechęcenie.
Widmo to ustawicznie przesuwało się ponad ich głowami, ale poważne i posępne szło obok nich, podczas smutnych dni i melancholijnych wieczorów, jakie upłynęły aż do odjazdu Kamila.
Były czasami pomiędzy nimi chwile głuchej niecierpliwości, która ich przestraszała; rzekłbyś wtedy, że na podobieństwo ludzi rozprawiających w chwili nadchodzącego niebezpieczeństwa, śpieszą z rozstaniem, ponieważ rozstać się mają później lub prędzej.
W tem smutnem usposobieniu nadszedł dzień 23-go.
Umówiono się, że Kolomban odprowadzi Kamila aż do dyliżansu, który odchodził z Paryża o dziesiątej godzinie rano, drogą na Wersal.
Breton oka nie zamknął przez noc całą; o szóstej wstał, oczekując na Kamila. O ósmej wszedł do jego pokoju.
— Która godzina? zapytał Kamil.
— Ósma, odpowiedział Kolomban.
— O, to mamy czas jeszcze! rzekł Kamil pozwól mi się przespać z godzinę.
Drzwi Karmelity były otwarte; usłyszała odpowiedź leniwego kreola.
— Ma słuszność, rzekła, pozwól mu się jeszcze przespać, mój przyjacielu.
Kolomban zamknął drzwi i wszedł do pokoju Karmelity. Zdawało się jakoby wcale nie spała, łóżko jej zaledwie było poruszone.
— Zmęczona jesteś, Karmelito, rzekł Kolomban, spoglądając na nią.
— Tak, odpowiedziała, czytałam jedną część nocy.
— A drugą część nocy płakałaś!
— Ja? Nie, odrzekła, spozierając na bretona okiem suchem i gorączkowem.
Kolomban spuścił głowę i westchnął. Potem, chociaż wiedział, że wszystko jest przygotowane, podniósł się i wyszedł, pod pozorem przygotowań do drogi.
W gruncie, to widzenie się sam na sam z Karmelitą rozrywało mu serce, potrzebował powietrza i samotności. O dziewiątej. godzinie wrócił, wszedł do pokoju Kamila i zmusił go do wstania.
W kwadrans potem, kreol był w sali jadalnej, gdzie oczekiwali Karmelita i Kolomban.
Ostatnie chwile poprzedzające rozstanie, niewiele smutniejsze były od wieczorów dni poprzedzających.
Z pewnością odjazdu rzecz tak się ma, jak ze śmiercią; tak się stopniowo człowiek obywa z grożącem co chwila nieszczęściem, że nie zdziwiony jego wybuchem, zdaje się nań nieczułym; źródło łez zatrzymało się spływając zwolna.
Powóz mający zawieźć Kamila na stację, czekał u drzwi.
W chwili gdy mieli wsiadać, spojrzeli na siebie po raz ostatni: trzy twarze połączyły się w pocałunkach. Ale Kolomban tylko i Karmelita płakali.
— Powierzam ci moje życie, rzekł Kamil, więcej niż życie, duszę moję!
I według wszelkiego prawdopodobieństwa Kamil mówił w tej chwili prawdę.
— Bądź spokojny! Odpowiadam za nią przed Bogiem, na duszę moją i życie! odpowiedział uroczyście breton, wznosząc do góry swe wielkie oczy, jasne jak niebo, na które patrzyły.
Dwaj młodzieńcy zbliżyli się ku drzwiom. Kolomban odwrócił się i widząc Karmelitę samą, z rękami zwieszonemi, z głową na piersiach, podobną do posągu Opuszczenia, zaproponował Kamilowi, ażeby ją zabrać i żeby z nim była aż do ostatniej chwili.
Karmelita spojrzała na Kolombana oczyma, w których błyszczała wdzięczność. Ale, głosem oznaczającym zniechęcenie rzekła:
— Na co się to zdało?
Kamil przybiegł po raz ostatni, po raz ostatni przycisnął ją do serca, potem cofnął się niemal przestraszony. Zdawało mu się, że ściska statuę marmurową.
Nie było czasu do stracenia.
Kolomban odciągnął Kamila, obaj wsiedli do powozu i ruszyli cwałem po drodze wersalskiej, dla zrównania się z dyliżansem. Brakowało tylko dziesięć minut do jedenastej.
Drzwi pozostały otwarte.
— Zamknij drzwi, rzekła ponuro Karmelita do ogrodniczki.
Kobieta usłuchała i pchnęła drzwi, które zatrzasnęły się z łoskotem. Karmelita drgnęła.
— To drzwi mojego grobu, rzekła.
I weszła na schody wolno, stopień po stopniu; wróciła do swego pokoju i padła na kanapę.
Zkąd pochodziło to zniechęcenie, ten smutek Karmelity? Z porównania, jakie mimowoli czyni kobieta wyższa między takim człowiekiem jak Kamil, a takim jak Kolomban.
I w rzeczy samej, Kolomban, który od dnia przybycia urósł w oczach Karmelity, przez dziesięć upłynionych dni doszedł do rozmiarów olbrzymich.
Pomiędzy jego odjazdem i powrotem, dziewica przebyła sen okropny! To sen... o, tak! Rzeczywistość byłaby zbyt przerażającą!
Śniło się jej, że przez trzy miesiące była kochanką próżniaka, który był ładny i zabawny, to prawda, ale bez godności, bez serca, bez siły. Był to bez wątpienia sen straszny! A ten amerykanin z rozpuszczonemi krawatami, o jasnych kamizelkach, jasnych spodniach, ze złotemi łańcuszkami i pierścieniami pełnemi drogich kamieni, było to jakieś wcielenie tego nocnego szatana, który ciśnie snem zdjęte piersi.
Wszystkie te nareszcie projekty małżeńskie, ten odjazd dla naradzenia się z rodziną, groźba powrotu zawieszona nad nią, nie jako promyk nadziei, ale jako połysk miecza, wszystko to nie mogło być niczem innem, jak tylko gorączkowym snem nocy letniej, w rozpalonym mózgu.
Tak, tak, wszystko to było snem!
Rzeczywistością było wielkie i prawe serce, które zwało się Kolombanem. Był to człowiek prosty, wysoki, silny, jednem słowem, człowiek! Ten mógł powiedzieć kobiecie: „Zamknij oczy i idź!“ i prowadzona przezeń mogła iść ślepo; ten mógł powiedzieć: „nie chcę!“ i usłuchałaby: „chcę!“ i byłaby posłuszną: „trzeba umrzeć!“ i umarłaby. Ten miał w sobie wielkość, szlachetność i wiarę; dobroć i siłę!
On to po trzech miesiącach nieobecności przybył, ażeby zażądać od przyjaciela sprawy ze skarbu, który mu powierzył...
Ale gdy biedna Karmelita podniosła głowę i zobaczyła około siebie wszystkie przedmioty należące do Kamila, nieszczęśliwe dziecko! zrozumiała, że ona przez jednę tylko noc wiosenną owinęła się około bretona, jakby we śnie, a amerykanin był straszną rzeczywistością.
Wszystkie więc łzy, mieszczące się w sercu kobiety, potokami wybuchły z jej oczu; płakała na swój błąd, płakała za kwiatem swych złudzeń na wiatr rzuconym, za szczęściem straconem; płakała za życiem złamanem na zawsze, jak ktoś płacze za matką lub za dzieckiem. Załamała ręce z rozpaczą, jęczała głośno i rzucała na otaczające przedmioty oczyma lwicy, ukąszonej przez jadowitego węża.
Wstała i wielkiemi krokami przechodziła się po pokoju, zadyszana, z okiem pałającem.
Gdyby rzeka przepływała pod jej oknem, byłaby się niezawodnie w wodę rzuciła.
Jak gdyby powzięła jakieś rozpaczliwe postanowienie, poszła do okna i otworzyła. Wzrok jej zmierzył odległość okna od bruku. Było to pierwsze piętro, a więc śmierć niepewna. Cofnęła się z jękiem wściekłości i bólu. Ale nagle oczy jej, piękne oczy, smutne i rozpaczy łzami zalane, zaiskrzyły się, spocząwszy na jakimś przedmiocie.
W tem spojrzeniu, w którem przed chwilą malowało się udręczenie, zabłysło coś podobnego do radości; promień szczęścia mignął pośród łez.
Spostrzegła swą białą różę, godło niewinności, pamiątkę pierwszego jej uczucia.
— O moja różo! rzekła przyciskając ją do serca bez względu na kolce, w nocy, gdy cię podjęłam, ty wychodziłaś zaledwie z ziemi, naszej wspólnej matki. Jeszcześ ty wtedy nie rozwijała w słońcu aureoli białych pączków, owiniętych w zielone osłonki, ogień dnia nie mógł cię dosięgnąć, nocny chłód nie mógł cię zziębić. O moja różo! Jak ja w upał skwarnej nocy letniej, tak i ty wyjawiłaś skarby swych świetnych kwiatów; dumną byłaś z białych kielichów; promieniłaś na słońcu, które uważałaś za swego przyjaciela, wierzyłaś w wieczność życia, tak jak ja wierzyłam w wieczność miłości. O moja różo! dlaczego oddałaś kwiaty swe, jak ja moją oddałam miłość, skoro umrzeć musimy obie?...
Karmelita zerwała kilka spóźnionych kwiatów wieńczących jeszcze jej krzak różany, lecz zamiast zatknąć je w swój dziewiczy warkocz, jak to czyniła dawniej, obskubała listki i puściła na wiatr, który je zaniósł na bruk drogi błotnistej.

IX.
Lwica zraniona.

Od tej chwili Karmelita uważała dom ten za grób swój, a ogród za różany cmentarz Karmelitanek, których dziwnym trafem nosiła imię.
Zrozumiała pannę de la Valliere, która trzy lata światła i słońca, odpokutowała trzydziestu laty mroku w głębi klasztoru.
Zrozumiała Magdalenę, która nie śmiąc oczu wznieść aż do czoła Chrystusa, nogi mu ocierała włosami.
Przyszłość jej zdała się streszczoną w tych dwóch słowach, nakreślonych czarnemi głoskami na białej stronicy: „Płakać i Umrzeć“.
I w istocie, nic już nie mogło jej przywiązać do dóbr tego świata.
Przez trzy kwadranse była zatopiona w ponurych rozmyślaniach, to jest tyle czasu ile potrzeba było bretonowi do odprowadzenia Kamila, poczekania na przejście dyliżansu i powrócenia.
Trzy te kwadranse były trzema wiekami dla Karmelity.
Za powrotem, Kolomban na miejscu młodej dziewicy, z którą rozstał się przy odjeździe, zastał schylone pod ciężarem najsroższego przygnębienia widmo martwe, z oczyma błędnemi, z cerą bezbarwną. Ale nie zrozumiał nic prostoduszny Kolomban; sądził, że rozpacz ta nie ma innej przyczyny nad odjazd Kamila i usiłował pocieszyć biedną opuszczoną, mówiąc jej o jego powrocie.
Wtedy dopiero, po sposobie w jaki głową potrząsała, pojął, że złe pochodzi z innego źródła i rozpoczął dzieło wiernego przyjaciela, wypytując ją braterskiemi słowy.
Karmelita nie odpowiadała wcale; niema na spojrzenia, głucha na wyrazy, nosiła w sobie taki ogrom bólu, że zdawała się obawiać, by nim nie obciążyć przyjaciela.
Tak tedy upłynął dzień pierwszy.
Kolomban widząc, że odpycha jego pocieszenia, tak jak chore dziecko odpycha dobroczynny napój, przypisał rozdrażnieniu nerwowemu smutek, który zdawał mu się przypadkowym, przemijającym i ściślejsze badanie odłożył do jutra i dni następnych.
Ale nazajutrz i dni następnych, melancholia Karmelity była takaż sama, unikała wciąż wszelkich zwierzeń. Czas upływał więc, nie wyjawiając bretonowi tajemniczych przyczyn tej głuchej rozpaczy.
Godziny dnia rozdzielone były regularnie i niezmiennie. Od listopada, Kolomban pomimo deszczu, błota, wiatru i śniegu, wychodził pieszo z Bas-Meudon między siódmą i ósmą zrana, udając się do Paryża, do Szkoły Prawa, na kurs, który rozpoczynał się o wpół do dziewiątej. Kurs ten trwał dwie godziny, wracał przeto o godzinie pierwszej.
Siadali do śniadania, w godzinę potem rozchodzili się oboje, każde do swojego zajęcia i już nie widzieli się jak o godzinie szóstej na obiedzie.
Resztę wieczoru przepędzali razem, bawili się muzyką, rzadko zaś rozmową.
Rozmowa była niebezpieczną. Breton czuł, że było jego obowiązkiem wypytać Karmelitę, ale widział jej opór i nie unikając sposobności sprowadzenia rozmowy na ten grunt, nie szukał jej jednak, działając jak rozsądny lekarz w chorobie organicznej, to jest oczekując więcej od czasu, niż od umiejętności, więcej od Boga, niż od lekarza.
Ale co zadziwiało Kolombana, to ogromne postępy, jakie Karmelita uczyniła w muzyce od wyjazdu Kamila.
Rzekłbyś, że rozwinął się w niej jakiś nowy, nieznany, niemal straszny zmysł muzyczny. Jeżeli grała, fortepian jej zyskiwał głos, duszę; płakał, łkał, jęczał; jeżeli śpiewała, głos jej, zwłaszcza w wysokich tonach, nabierał rozciągłości, uczucia, bolesnej goryczy, która z głosu tego czyniła wołanie rozżalonego anioła, co ludzkim dźwiękiem płakał za niebiosami.
Upłynęło tak kilka tygodni, listu od Kamila nie było, a Kolomban ze zdziwieniem spostrzegł, że Karmelita nigdy nie spytała się Nanetty, czy nie ma jakiego listu.
W końcu grudnia dopiero nadszedł pierwszy. Kolomban z radością przyniósł go Karmelicie.
Siedziała ona przy fortepianie.
— List od Kamila! zawołał Kolomban wchodząc do pokoju.
Ale Karmelita nie odrywając rąk od klawiszów:
— Przeczytaj, mój przyjacielu, odrzekła.
Odpieczętował więc i czytał.
List opowiadał wszystkie rozprawy, jakie Kamil miał, nie z ojcem, ale z ciotkami, babkami i z resztą rodziny, która opierała się jego zamiarowi, a w chwili gdy to pisał, przeciwniejszą mu była, niż kiedykolwiek. Oprócz tego zawierał wyrażenia najżywszej czułości dla Karmelity, najgłębszej wdzięczności dla Kolombana.
W ogólnym tonie listu panował rodzaj melancholji niezwykłej u amerykanina, którą breton, kładł na rachunek miłości, doznającej przeszkód w niezgodzie rodzinnej i w walce, jaką staczał.
Lecz co najmocniej dziwiło Kolombana, to zimny sposób w jaki Karmelita przyjęła ten list od swego przyszłego małżonka. Nie śmiał on jej żadnej pod tym względem uczynić uwagi, ale wieczorem, zostawszy sam, zastanawiał się nad przyczynami tej widocznej obojętności, a im więcej szukał w tajemniczych głębiach kobiecego serca, tembardziej oddalał się od istoty rzeczy.
Pod koniec stycznia przyszedł od Kamila drugi list, pełen namiętnej czułości. Walka nie ustawała w łonie rodziny Rozan, Kamil jednak przerobił kilku jej członków, a niektórych rozczulił; słowem zyskał nieco gruntu; był to zatem postęp.
Drugi ten list przyjęła Karmelita z takąż samą obojętnością, jak pierwszy; czytała wszystkie te palące wiersze bez najmniejszego wzruszenia; doszedłszy do ostatniego, zamknęła list i położyła go na kominku bez afektacji, ale z lodowatą pogardą.
Kolomban miał wielką chęć korzystać z tej okoliczności, by ją wypytać, ale po za tą pozorną oziębłością, dostrzegł w niej takie gorączkowe wzburzenie, że obawiał się zmrozić ją jak mimozę, samem dotknięciem. Zaniechał więc w tej chwili wszelkich zapytań i zastanawiał się dalej, choć daremnie, tak jak od trzech miesięcy, nad przyczynami niewytłómaczonej chorobliwości.
Tak upłynął rok.
Kolomban, ażeby Karmelity nie pozostawiać samej, napisał do ojca, że go obowiązek pewien zatrzymuje w Paryżu i nie będzie miał szczęścia odwiedzić go podczas przyszłych wakacyj.
Ten rok wreszcie, zamiast wlec się zwolna, jako rok nieobecności, upłynął z szybkością nadzwyczajną, w niewymownej pogodzie ze strony Kolombana, w namiętnem uwielbieniu i nieustannych wyrzutach sumienia ze strony Karmelity.
Pewnego wieczora, kiedy jak zwykle, zeszli się w pawilonie Kolombana, a było to 23-go października, w samą rocznicę wyjazdu Kamila, breton wyjawił zdanie, oparte jedynie na prawości charakteru, jaką przypisywał kreolowi, że Kamil przed miesiącem skończył lat dwadzieścia pięć, a więc jest pełnoletnim, niezawodnie zatem powróci i ożeni się za zezwoleniem, lub bez zezwolenia ojca.
Karmelita potrząsła głową w ten znaczący sposób, który już nie raz przestraszył bretona, choć nie rozumiał dokładnie jego znaczenia, coby go nierównie więcej przestraszyło.
Na ten raz postanowił żądać wyjaśnienia.
— Karmelito, rzekł, rok już jest, gdy na moje zapewnienie o blizkim powrocie Kamila, smutnie potrząsnęłaś głową. tak jak i w tej chwili. Daremnie poszukiwałem przyczyny tego milczącego powątpiewania, a nie mogąc jej dociec, proszę cię, ażebyś mi wypowiedziała ją tak uczciwie, jak ja uczciwie cię pytam.
— Wszystko z tobą, Kolobanie, musi być poważnem, odpowiedziała Karmelita, a ponieważ ty sam nic nie czynisz bez rozumnego powodu, więc słusznie żądasz, ażebym ci wytłómaczyła. Otóż, to poruszenie głową, mój drogi przyjacielu, jest dowodem mojego niedowierzania... Ja nie mam twej przezacnej ufności, bo nie jestem jak ty doskonałą, od chwili gdy Kamil odjechał zwątpiłam o jego powrocie; upłynął rok, a ja wątpię jeszcze bardziej.
— O! mylisz się Karmelito, zawołał Kolomban, czyż nie znasz przesądów, jakiemi przesiąkłe są rodziny amerykańskie? Jedyna przeszkoda do powrotu Kamila leży w tem, bądź przekonaną, że Kamil walczy przeciw tym przesądom; pod lekkomyślną powierzchownością ma on serce prawe i uczciwe, i żałuję, Karmelito, że mając sposobność ocenienia go, nie wyrobiłaś lepszego o nim wyobrażenia.
Karmelita westchnęła.
— To ty, Kolombanie, rzekła, jesteś sercem złotem; to ty widzisz wszędzie dobro, bo masz je w sobie. Powiadasz, że miałam sposobność ocenić Kamila... Tak, mój drogi, oceniałam go i dlatego właśnie powtarzam, Kamil nie wróci.
— Ale zkąd ci przyszło takie krzywdzące przekonanie Karmelito?
— Z trzymiesięcznego wspólnego pożycia, podczas którego zrozumiałam go nie pytając, poznałam nie badając... Można żyć z przyjacielem dwadzieścia lat i nie być poznanym, gdy tymczasem w obec kobiety są chwile, w których mimowolnie mężczyzna się zdradza; takim ja sposobem doszłam do poznania istotnego charakteru Kamila. Nie chcę obarczać nieobecnego posądzeniem, ale z tego poznania wynikło, że doznałam oziębłości, następnie niesmaku a potem zwolna pogardy. Że Kamil kocha mnie w pewien sposób, nie przeczę. Ale on ma dla mnie tę lękliwą przyjaźń, jak zły uczeń dla nauczyciela, a posiadanie mnie więcej próżność, niż miłość jego zadawalnia. Nie przeczę, że w chwili opuszczenia, we wstrząśnieniu jakie sprawia rozłąka miał zamiar powrócić. Nawykły do łatwej miłości pewnych kobiet, dziwił się, gniewał nawet wewnętrznie, że przy mnie znajdował codzienną przeszkodę, opór każdej chwili; on raz tylko podszedł mnie, i na tem koniec, i ta walka, którą toczy o tysiąc mil od nas, trzyma go wciąż na uwięzi. Ale wierzaj mi, mój przyjacielu, ja dla Kamila jestem ceną zwycięztwa, nie zaś celem istotnego przywiązania.
Kolomban patrzał na dziewicę z głębokim smutkiem.
— Karmelito, rzekł, ty już nie kochasz Kamila?
— Nigdym go nie kochała, odpowiedziała dumnie, jakby te słów kilka miały ją usprawiedliwić.
— O! nie mów tego, Karmelito, rzekł breton łagodnie.
— Jak przed Bogiem, odezwała się uroczyście Karmelita, mówię prawdę, Kolombanie; ja nigdy nie kochałam Kamila.
— A jednak... począł wahająco młodzieniec.
— A jednak uległam... to chcesz powiedzieć, mój przyjacielu, prawda?... Tak jest, uległam, ale nie słabości własnej, nie potędze Kamila, lecz jakiejś sile nieznanej, większej nad moją; jakiejś władzy tajemniczej, większej nad jego władzę. On nie uczynił żadnego wysilenia, by upadek mój sprowadzić, tak, jak ci to sam wreszcie powiedział, dla usprawiedliwienia zdrady swej przysięgi, ale na zimno wyczekiwał sposobności, i to ja mu właśnie wyrzucam, to właśnie napędza mi do czoła nie rumieniec, a płomień wstydu, gniewu, wzgardy.
— Cicho, cicho, Karmelito, rzekł Kolomban ręką zasłaniając oczy, tak jakby w ten sposób nie mógł już słyszeć słów Karmelity.
— I, mówiła dalej Karmelita, zsuwając się po ślizkiej drodze, czy chcesz, żebym ci powiedziała całą prawdę, Kolombanie?
— O! nie, nie, nic już nie chcę słyszeć! zawołał breton.
— Dlaczegóż więc wypytywałeś? zapytała niemal groźnie.
— Mów tedy!
— Otóż poznasz boleść moją w całej jej rozciągłości, błąd mój w całej jego głębi, gdy się dowiesz, że tej nocy tryumfu Kamila, ja nie jemu uległam.
— A komu? zapytał Kolomban.
— Widmu mojej wyobraźni, marzeniu mojego serca. Kamil był tylko wysłańcem nieszczęścia, narzędziem fatalności.
Kolomban wzniósł na Karmelitę spojrzenie jasne jak światło.
— Karmelito, rzekł, nie rozumiem cię.
— O Kolombanie, dokończyła, była to piękna noc, szczęśliwa noc, w której chodziliśmy razem z sobą po różę, z pod stóp grobowca biednej la Valliere!...
I podniósłszy się zwolna, wyszła z pawilonu i wróciła do siebie, a Kolomban wiódł za nią oczyma, prawie olśniony tym pierwszym promieniem światła, który zstąpił aż do jego serca. I wyrzekł z cicha:
— O mój Boże! mój Boże! więc ona mogła była mnie kochać, skoro nie kochała wcale Kamila?...

X.
Gdzie każdy zaczyna widzieć jasno nie tylko we własnem sercu.

Od tego dnia stosunki ich z prostych i poufałych, jakiem! były dotąd, stały się zimne i powściągliwe. Karmelita pojęła, że za wiele powiedziała. Kolomban obawiał się znowu, że może źle usłyszał.
Ciągle wierzył w powrót Kamila; trzymał się w pewnem oddaleniu od Karmelity, unikał wszelkiej sposobności do rozmowy na temat i uczucia, pomny, że dziewica niemal uczyniła wyznanie miłości. Myśl ta, że coraz więcej kochał Karmelitę, że każdy dzień wzmagał jego miłość, przerażała Kolombana.
Cóżby to było, gdyby miał pewność, że Karmelita go kocha? Byłby natychmiast opuścił Paryż i wrócił do Bretanji. Tymczasem upływały dnie, tygodnie, miesiące, a pozwolenie ojca Kamila nie nadchodziło.
Otrzymywano wciąż listy kreola, bardzo czułe, czasem nawet mocno namiętne i koniec na tem.
Raz otrzymano list od jego brata. Kamil zachorował niebezpiecznie. Karmelita przyjęła tę wiadomość z takąż prawie obojętnością, jak wszystkie inne.
Choroba trwała trzy miesiące. Po przejściu niebezpieczeństwa, w chwili powrotu do zdrowia, Kamil otrzymał od ojca i od reszty rodziny obietnicę, że nic odtąd nie będzie stać na przeszkodzie jego związkowi z Karmelitą.
Było to tematem, który on parafrazował w liście pisanym do przyjaciół, pod wpływem gorączkowej jeszcze rekonwalescencji.
List jego był arcydziełem miłosnego uczucia, a poczciwy Kolomban podał go Karmelicie, mówiąc z oczyma łez pełnemi:
— Widzisz Karmelito, że się nie omyliłem!
Ale nie tak rzecz miała się z Karmelitą. Dla niej byłoby największą radością nie odbierać żadnych listów, nie słyszeć o nim, zapomnieć nawet jego imienia. Pokochała ona Kolombana całą mocą duszy, całą silą żalu, całą wielkością swych wyrzutów.
Widząc go tak smutnym i zarazem tak dumnym z prawości swego przyjaciela, uczula prawie nieprzepartą chęć rzucić mu się na szyję i wyznać otwarcie miłość, ale surowe czoło młodzieńca wstrzymało ją i zmusiło do wejścia w siebie. Miłość ta, która opanowywała ją z każdym dniem więcej, nie była już miłością, było to coś więcej: uwielbienie, jakiem przejmuje istota wyższa, prawie nadludzka.
Gdy patrzyła na niego ukradkiem i pożerała go oczyma, gdyby był wtedy Kolomban uchwycił jedno takie spojrzenie, to jakkolwiek prostoduszny i skromny, byłby wyczytał wszystko.
Pewnej nocy zimowej, kiedy ziemia okryta była białym kobiercem, Karmelita stojąc pomimo mrozu przy oknie sieni, z oczyma skierowanemi na lampę w pokoju Kolombana, spostrzegła otwierające się drzwi, a młody breton wyszedł na palcach, tak jak ona często czyniła, skierował się w stronę domu i zniknął.
Pierwszem poruszeniem Karmelity, było uciec do pokoju. Ale ciekawość wzięła górę; otwierając wreszcie i zamykając drzwi, byłaby obecność swą zdradziła. Przytuliła się więc do framugi okna i czekała. Skrzypienie schodów oznajmiło, że Kolomban wchodzi na górę.
Młodzieniec oparł się o mur przeciwległy ostrożnie, ażeby go nie słyszano. Chwilami rękę, którą trzymał na sercu, odrywał od piersi i niósł ku oczom, jakby łzy ocierając.
Było to wyjaśnieniem dla Karmelity.
Po co on przyszedł pod jej drzwi, jeżeli nie po to co i ona nieraz czyniła przy drzwiach jego? Jakież łzy wylewać mógł, jeśli nie gorące łzy miłości i gorzkie łzy żalu. I w samej rzeczy, niebawem cichy płacz Kolombana, zamienił się w łkanie.
Karmelita przycisnęła rękami usta, bo czuła, że z nich lada chwila wybiedz może okrzyk: „Kocham cię! kocham cię!“ Ale jednocześnie, sto razy na minutę, głosem równie szybkim, jak uderzenia jej serca, powtarzała: „Boże bądź błogosławiony! on mnie kocha! on mnie kocha! on mnie kocha!“ Jakąż szaloną chęć miała rzucić mu się na szyję i ucałować. Lecz poważne oblicze bretona nagle stanęło jej w myśli i wola wstrzymała życzenie.
Jakoż, Kolomban mógł nocy tajemniczej powierzyć smutki swe, żale i miłość, ale pomiędzy tem, a wyznaniem była przepaść nieprzebyta.
Karmelita postanowiła więc zachować dla siebie tę radość nieoczekiwaną, niewymowną, nieskończoną...
Kolomban stał tak blizko godzinę, potem ukląkł, ucałował próg i powstał z westchnieniem; następnie oddalił się.
Karmelita prowadziła za nim oczyma, póki nie wszedł do pawilonu; wtedy dopiero, upadłszy na kolana, wykrzyknęła głośno:
— Boże bądź błogosławiony! on mnie kocha I on mnie kocha!

XI.
Dusze nierozdzielne.

Pewnego rana Karmelita po nocy przepędzonej w gorączkowej bezsenności, spostrzegła wchodzącego Kolombana, który wczoraj rozstał się z nią dopiero o północy. Był on bledszy, ale weselszy niż zwykle.
Pomyślała, że breton zwyciężył skrupuły i przyszedł jej wyznać miłość. Pobiegła ku niemu i posadziła go przy sobie na kanapie. Lecz w otwartych drzwiach spostrzegła sylwetkę ogrodniczki, która w ręku list trzymała.
— Proszę pani, rzekła Nanetta, list od pana Kamila.
Karmelita krzyknęła i rękę podniosła do serca.
Kolomban zbladł okrutnie.
Ogrodniczka, od której nikt nie odbierał listu, położyła go na kolanach Karmelity.
Przyszła ona pierwsza do przytomności, gdyż jeżeli nie była silniejszą od Kolombana, to bardziej zdeterminowaną. Wszystkie inicjatywy pochodziły od niej. Westchnęła, rozpieczętowała list i przeczytała. Potem podała go Kolombanowi z oczyma wzniesionemi na młodzieńca i rzekła tylko:
— Przeczytaj!
Zdawałoby się, że Kolomban bardziej już zblednąć nie mógł, a jednak bladość jego jeszcze się powiększyła. Pierwszy raz przeczytał cicho, a drugi raz głośno, kilka wierszy następujących:

„Droga Karmelito!

„Otrzymałem nareszcie pozwolenie ojca, ciotek i całej rodziny, a siódmego przyszłego miesiąca będę w Paryżu.

Kamil.“

Nigdy skazany, czytając swój wyrok śmierci, nie mógłby tak okropnie wyglądać jak breton, kiedy powtórnie i głośno odczytywał list swego przyjaciela.
Karmelita, oparta o poduszkę kanapy, patrzyła głęboko, gorąco, czekając aż podniesie oczy. Ale zamiast tego, oczy młodzieńca się zamknęły, a między zaciśniętemi powiekami przepłynęły dwie łzy.
— Co ci jest, zapytała Karmelita swym harmonijnym głosem, dlaczego powrót przyjaciela wprawia cię w takie osłupienie?
— A Karmelito! Karmelito! rzekł breton, nie pytaj mnie...
— Kolombanie, mówiła dalej, dlaczego tak jesteś blady, dlaczego plączesz?
— Bo umieram Karmelito! zawołał młodzieniec.
— Umierasz, Kolombanie, kończyła niemiłosiernie, dlatego, że mnie kochasz, prawda?
— Ja! wybuchnął Kolomban otwierając oczy z przerażeniem, ja, ciebie kocham?
— Tak, odpowiedziała Karmelita. Dlaczegożby nie? Ja też bardzo ciebie kocham.
— Cicho! cicho bądź, Karmelito!
— O! rzekła dziewica, dosyć już dawno jestem cicho, i ty także! Dosyć już dawno żywimy w sercu naszem tę żmiję, która je pożera.
— Karmelito! krzyknął Kolomban, jestem nędznikiem!
— Nie, Kolombanie, ty masz wielkie serce; długo było ono zwycięzkiem, teraz uległo.
— O, Karmelito, Karmelito! jęknął Kolomban, czy przebaczysz mi?
— Co ci mam do przebaczenia, skoro cię zawsze kocham, skoro cię zawsze kochałam?
— Cicho, Karmelito! przerwał Kolomban, powiedziałaś już to, a ja miałem dość siły, by cię nie słuchać.
— A więc, zawołała Karmelita z pewnym rodzajem gwałtowności, powtarzam: kocham cię, Kolombanie, kocham cię, kocham.
— Karmelito! Karmelito! palą mnie twe słowa.
Wyrwał się z pod tego czaru i chwiejnym krokiem odszedł od niej.
— Siostro moja! siostro moja! rzekł, wina nasza jest jednaką; ażeby ją odpokutować, prośmy Boga o siłę i rezygnację.
— Co ty nazywasz rezygnacją, mój przyjacielu?
— Rozumiesz mnie Karmelito!
— Nie, na duszę moję, nie rozumiem cię. Czy chcesz powiedzieć przez to, że powinnam zaślubić Kamila?
— Koniecznie!
— Zaślubić Kamila z miłością w sercu dla ciebie, i miłości twojej świadoma?
— Koniecznie! koniecznie! wołał Kolombau z akcentem rozpaczy.
— Dlaczegóż to, koniecznie! Powiedz mi, Kolombanie, zapytała, przed kimże odpowiedzialną jestem za moją na tym świecie miłość? Jestem sama jedna, a tem samem sąd o molem postępowaniu, do mnie tylko należy.
— Mylisz się, Karmelito, społeczeństwo ocenia twe postępowanie, a Bóg jego najwyższym sędzią.
— Chciałabym, ażebyś wytłómaczył mi Kolombanie, jakim to sposobem społeczeństwo może mnie zmusić, ażebym uczyniła nieszczęśliwymi dwóch ludzi i siebie, zaślubiając tego kogo nie kocham, z krzywdą tego, któregom ukochała? Jakim sposobem Bóg może mi nakazywać czyn, który nietylko wstrętny jest sercu mojemu, ale i sumieniu? Czyż radziłam się praw społecznych w chwili upadku? Kiedy, krążąc na wybrzeżu przepaści, w głębi której czekał mnie Kamil i boleść, wyciągałam ręce do Boga wzywając Go na pomoc, czyż Bóg zatrzymał mnie?
— Bluźnisz Bogu, Karmelito!
— Nie bluźnię, Kolombanie, bo ja kocham ciebie!
— Karmelito! nie bierzmy życzeń naszych i instynktów za prawa i obowiązki!... Patrz, patrz, dokąd to nas doprowadziło!
— Wyrzut, Kolombanie?
— O! zawołał młodzieniec rzucając się jej do nóg, niech mnie Bóg skarżę, jeżelim miał na myśli wyrzut! Dla mnie, Karmelito, ty masz w sobie wszystkie uczucia kobiece, ale jesteś czystą, jak Ewa w dniu stworzenia.
— Kolombanie! rzekła Karmelita opadając na kanapę i kładąc obie ręce na głowę młodzieńca, a twarz jego opierając na kolanach, odsuwam moje prawa i obowiązki i radzę się tylko serca. Mało mnie obchodzi odpowiedzialność przed Bogiem i ludźmi; wiem co odpowiedzieć ludziom i Bogu, bylebym się przed tobą tylko, mój przyjacielu, usprawiedliwiła.
— A ja, czy myślisz, Karmelito, wyrzekł zcicha młodzieniec przez pół zwyciężony, zdołam zapomnieć przysięgi uczynionej Kamilowi? A choćbym jej i nie uczynił, czy sądzisz, że zdradziłbym Kamila? Dlatego to powiadam ci, że trzeba prosić Boga o siły i rezygnację.
— Nigdy! nigdy, Kolombanie! zawołała dziewica z gwałtownością.
— Karmelito! Karmelito!
— Jakże chcesz bym prosiła Boga, ażeby mi odjął pierwiastek życia, odejmując miłość i dając na jej miejsce rezygnację, tę cnotę bezwładną i bezpłodną? Ty nie wiesz, że bez ciebie, bez twej obecności, bez miłości twojej, byłabym już umarła lub zagrzebała się żywcem w klasztorze? Już zamierzyłam to w dniu odjazdu Kamila, rzucając na wiatr kwiaty naszej biednej róży; i to dzięki tobie, dzięki tej miłości życia, jaką tchnąłeś we mnie, zamiaru tego zaniechałam... I chcesz, ażebym zapomniała, że to ty mnie ocaliłeś, Kolombanie?
— Dlatego, Karmelito, chcesz mnie zgubić razem z sobą?
— Czy to znaczy zgubić się, cierpieć, umrzeć, jeżeli zgubę, cierpienie, śmierć dzielić będziemy wspólnie?
— Karmelito! na imię nieba!...
— Pomyśl tylko Kolombanie, że ja zapomniawszy ciebie na tym świecie, myśleć o tobie będę na tamtym.
— Cóż więc czynić?
— A, nareszcie zaczynasz rozmyślać! rzekła Karmelita ze śmiechem, który dreszczem przejął Kolombana. Co czynić? Właśnie też!... O! myślałam o tem oddawna, co nam czynić należy.
— Mów zatem, mów! zawołał Kolomban wciąż na kolanach i chwytając głowę oburącz, jakby się obawiał oszaleć.
— Są tylko dwie alternatywy, Kolombanie.
— Jakie?
— Opuścić ten dom, uciec, żyć zagranicą, na końcu świata, w ustroniu Indji, na jakiej z wysp Oceanji... w zapomnieniu...
— A druga? zapytał Kolomban, wskazując tą odpowiedzią, że się nie zgadza na pierwszą.
— Drugą, odpowiedziała z mocą Karmelita, jest śmierć, Kolombanie!
— O! wyrzekł breton schylając głowę do jej kolan.
— Nie mogąc połączyć się w życiu, mówiła dalej Karmelita, połączymy się przynajmniej w śmierci!
— Obrażasz Boga, Karmelito!
— Nie sądzę... Ale w każdym razie, Kolombanie, wolę cierpieć z tobą w wieczności, niżeli być „z nim“ połączoną tu na ziemi.
— Niepodobna, Karmelito! niepodobna!
— Dobrze, silny jest słabym... Słaby więc musi mieć siłę za dwoje.
Kolomban podniósł głowę.
— Nie mogąc być twoją ponieważ mnie odtrącasz, Kolombanie, mówiła dalej Karmelita z gestem wielkości, nie mogąc należeć do niego, bo ja go odtrącam, jutro wstąpię do klasztoru... Boże, przyjmij mnie, oddaję się tobie!
— O, Karmelito! jakiż słaby jestem wobec ciebie!
— Ty, mój przyjacielu,, jesteś aniołem abnegacji, dobroci i obowiązku.
— Nie, nie; kocham cię jak szalony! Wszystko zrobię, Karmelito, wszystko, co tylko chcesz!
Karmelita uśmiechnęła się smutnie, tryumf jej był zupełny. Kolomban klęcząc, pochylony, złamany u jej nóg, powiedział jej: „kocham cię!“
— Jestto postanowienie ważne, odpowiedziała, zasługuje też, abyś się nad niem zastanowił, Kolombanie. Ja mówię jak istota bez imienia, osamotniona, zgubiona pośród świata, ciągnięta do grobu przez ojca i matkę, którzy ją tam poprzedzili. Ty jesteś ostatnim w rodzinie, nosisz wielkie imię, masz ojca, który cię kocha... Pamiętaj na twojego ojca! Jutro powiesz mi coś obmyślił.
— Do jutra więc, Karmelito.
— Do jutra, Kolombanie!

I rozeszli się, po serdecznem i braterskiem uściśnieniu ręki.

XII.
Postanowienie.

Scena, którą opowiedzieć mamy, odbyła się w przeddzień ostatniego wtorku.
Dzień następny nadszedł z tą jednostajną regularnością, z jaką godziny, smutne czy wesołe, posuwają się po zegarowej płycie. Był to dzień mglisty i ponury, odpowiedniejszy na dzień zaduszny, niż zapustny.
Koniec jego widzieliśmy w pierwszym tej książki rozdziale, spotkawszy błąkających się po ulicach Paryża trzech młodzieńców: Jana Roberta, Ludowika i Petrusa.
W tym to dniu zrana, Karmelita i Kolomban zeszli się w pawilonie.
Wielki ogień palił się na kominie. O ile jednak ogień wesołym jest w wieczorach zimowych, o tyle smutnym zrana, kiedy widziało się słońce, choćby przez chwilę. Ogień wtedy wydaje się chybioną kopią, śmiesznem przedrzeźnianiem słońca.
Siedzieli oboje przed kominkiem smutni, milczący, od czasu do czasu zamieniając kilka słów krótkich, jak delikwenci oczekujący kata. Nareszcie Karmelita pierwsza wszczęła kwestję:
— On przybywa jutro, odezwała się.
— Jutro, powtórzył Kolomban.
— A my nie powzięliśmy jeszcze stanowczego postanowienia, mój przyjacielu, rzekła Karmelita.
— Owszem, odparł Kolomban po chwili milczenia, ja powziąłem swoje.
— To i ja również, odpowiedziała dziewica podając rękę bretonowi.
— Ja umrę! zawołał Kolomban.
— Ja umrę! zawołała Karmelita.
Kolomban zbladł.
— Stanowczo, Karmelito? zapytał głosem drżącym.
— Stanowczo, Kolombanie! odrzekła głosem silnym.
— Czy umrzesz bez żalu?
— Z radością, z uniesieniem!
— Niech więc Bóg nam przebaczy! rzekł Kolomban.
— Bóg już nam przebaczył, rzekła wznosząc do nieba spojrzenie pełne ufności.
— To dobrze, odezwał się Kolomban, rozłączymy się po raz ostatni, nim się połączymy na zawsze; przed śmiercią porozmyślajmy w samotności.
— Chcesz kogo pożegnać, mój przyjacielu?
— Napiszę jeden list do ojca, drugi do Dominika.
— A ja, rzekła Karmelita, napiszę do moich trzech przyjaciółek z pensji, do moich trzech sióstr z zakładu Saint-Denis.
Ścisnęli się czule za ręce i rozeszli; Karmelita do swego pokoju, Kolomban do pawilonu.
Oto list, który Kolomban napisał do ojca, starego hrabiego Edmunda de Penhoel:

„Najdroższy i najzacniejszy ojcze!

Przebacz mi boleść, jaką ci sprawię. Chociaż postanowienie moje jest niezłomne, chociaż nic mnie odeń odwieść nie zdoła, nawet miłość twoja dla mnie, nawet wdzięczność moja dla ciebie, waham się i zbieram siły, by napisać co następuje... Ojcze mój najdroższy, najzacniejszy, przebacz mi, przebacz! Wyrzekam się życia, które mi dałeś. Uczyłeś mnie od lat dziecinnych, mój ojcze, ażebym się strzegł nad wszystko pogardy ludzkiej; ja z obawy pogardy tej uciekam na łono śmierci. Kiedy list ten otrzymasz, drogi mój ojcze, biedny twój Kolomban żyć już nie będzie; woli on bowiem według rady twojej, wyrzec się życia, niż uchybić obowiązkowi. Nie dlatego, ażebym już uchybił, szlachetny mój ojcze! tego nie lękaj się ani chwili, bo w takim razie zamiast świat opuszczać nikczemnie, byłbym publicznie odpokutował winę, głosząc ją przed wszystkiemi. Opierałem się, walczyłem, bo rozpacz twą przed oczyma miałem. Niechcąc uledz, wołałem umrzeć. Czy pamiętasz, ukochany ojcze, przechadzki nasze nad wybrzeżem dzikiego morza? Raz, wściekła nawałnica przecięła na dwoje olbrzymią opokę, stojącą niewzruszenie od chwili, gdy ziemia wyszła z rąk Stwórcy. Wobec tej zwyciężonej i złamanej opoki, opowiadałeś mi dzieje kataklizmów i przewrotów ziemskich, ukazując mi blok granitowy, który odcięty od podstawy, padł jak trzcina pod siłą fali. Tłómaczyłeś mi ten wielki bój istot i rzeczy; objaśniałeś, że tytany Hezjoda, furje i olbrzymy teogonji, były niczem innem tylko wygasłemi wulkany i mówiłeś, żebym się ukorzył przed tą ustawiczną walką sił natury. Korzę się, ojcze mój: huragan namiętności zerwał siły moje; fala boleści ludzkich okryła mą duszę i zgasiła ją!
Schylam głowę i umieram.
Czy pamiętasz jeszcze, o! najdroższy ojcze, te słowa z „Naśladowania“, które czytywaliśmy razem podczas wieczorów zimowych?... O! słodkie dni młodości mojej, w naszej starej spędzone wieżycy, gdzież jesteście? Postępuj na ziemi, jako podróżny i obcy, którego nie obchodzą sprawy tego świata“. Tak mówiło „Naśladowanie“ święte.
Owóż, czcigodny ojcze, jako podróżny przez trzydzieści lat błąkałem się między obcymi, a zamiast łączyć się ze sprawami tego świata, bez żalu opuszczam ziemię i idę oczekiwać cię w niebie.
Umarłbym ze spokojnem sumieniem, prawie z radosnem sercem, ojcze, gdyby moja samolubna radość nie była ubliżeniem dla twego uczucia. Błagam cię więc na kolanach, błagam cię uwielbiany ojcze mój, przebacz to zmartwienie, jakie ci sprawiam, w miłości swej dla mnie pamiętając na to, że życie wielką było mi niedolą, a śmierć będzie wielkiem szczęściem. Twój niewdzięczny syn,

Kolomban de Penhoel.“

Kilka łez zwilżyło ostatnią stronicę tego listu.
Natychmiast potem, odsunąwszy go na stronę Kolomban napisał drugi do Dominika Sarranti, który brzmiał jak następuje:

„Bracie mój!

Umieram! Do ciebie odwołuję się jako do przyjaciela i jako do kapłana. Potrzebuję zarazem kapłana i przyjaciela. Jako kapłan, bracie mój, nie rzeknij nad ciałem mojem okrutnego przekleństwa, że „ten kto sobie życie odbiera, nie kocha nikogo“; ja, przeciwnie, umieram, bo kochałem za wiele!
„Mam przed oczyma książkę, w której samobójstwo wyklętem jest; powiedziano tam, że pomiędzy zwierzęty nie ma żadnego, coby szarpało wnętrzności własne, a samowolnie pozbawiało się żywota. Tak, bezwątpienia; zwierzęta ślepo słuchają Stwórcy; człowiek jedynie powstaje przeciw niemu, ależ Bóg zwierzęciu dał tylko instynkt, a człowiekowi namiętności.
Powiedz mi bracie, czy zbliżać się dobrowolnie ku Bogu, znaczy powstawać przeciw Niemu? Czy prawdziwym z mojej strony grzechem nie byłoby raczej, gdybym żył przeklinając życie, a może i tego, który mi je dał? Nie, wyrzekając się życia dobrowolnie, uprzedzam tylko wyroki natury; byt i śmierć, to dwa jej prawa; jedna droga tylko prowadzi do życia, tysiąc zaś otwiera się, wiedzie do śmierci, wzywa do wieczności...
Wiem, że nie mogę Boga obwiniać o nieszczęścia moje, bo są następstwem namiętności, które otrzymałem w chwili przyjścia na świat. Nie upadł bym pod niemi, gdyby Bóg nie był ich wlał we mnie tak silnemi; a zatem i tu widzę prawicę Jego! Bóg wreszcie nie oznaczył jak długo trwać ma wiek ludzki, wszyscy muszą rodzić się, żyć i umierać, takie jest prawo boskie, bez względu na długość czasu i sposób zgonu.
Śmierć moja, o naturo wiecznie chłonąca i płodna! nie ujmie ci nic z tego, co mi dałaś; ciało moje, ta nieskończenie mała cząsteczka wielkiej całości, połączy się z tobą w innej formie. Dusza moja albo umrze wraz ze mną i rozpłynie się w gronie wszechrzeczy, albo będzie nieśmiertelną, a w takim razie boska jej istota pozostanie nietkniętą.
Rozum mój długi czas uległy wierze, nie daje się już uwieść sofizmatom; słyszę głos samego Boga, który mówi do mnie: Człowieku, stworzyłem cię dlatego, ażebyś przez własne szczęście przyczyniał się do szczęścia powszechnego, a iżbyś śmielej tego dostąpić mógł, dałem ci przywiązanie do życia i wstręt do śmierci. Ale jeżeli suma dolegliwości przewyższa w tobie sumę szczęścia, jeżeli drogi, które przed tobą otworzyłem dla ucieczki od złego, mają przeciwnie powieść cię do nowych boleści, któż zatem zobowiązuje cię do wdzięczności, skoro życie, które ci dałem jako dobrodziejstwo, ma stać się dla ciebie źródłem niedoli?
Szalony! jakaż to zarozumiałość! ja sądzę się pożytecznym światu! Lata moje są atomem niedostrzeżonym w nieskończonej przestrzeni czasów; nie wiem ani dlaczego, ani jak przyszedłem na świat, ani czem jestem; a jeśli, ażeby dowiedzieć się o tem, wybiegam myślą to wracam zmieszany straszniejszą jeszcze nieświadomością.
Nie wiem czem jest moje ciało, czem są zmysły, czem dusza moja; nie wiem jaka cząstka jestestwa mojego myśli to co pisze i rozmyśla nad wszystkiem i nad sobą, nigdy nie dochodząc do poznania siebie: próbuję nareszcie myślą zmierzyć niezmierne przestwory otaczającego mnie świata; widzę się przyczepionym do przestrzeni niepojętej, nie wiedząc dlaczego tu a nie gdzie indziej i dlaczego krótka chwila bytu mojego, szybka błyskawica między dwiema nocami, należy raczej do tej godziny wieczności, jak do poprzedniej lub następnej. Zewsząd widzę tylko nieskończoność, w której ginę jak atom!...
A skoro w ciągu ostatnich ośmiu lat przeszłego wieku; skoro przez piętnaście lat wieku bieżącego, zginęło cztery miljony ludzi, poświęconych kilku skrawkom ziemi, zwących się „granicami“ i sławie człowieka zowiącego się „zdobywcą;“ toż ja obawiałbym się poświęcić sobie samemu i kobiecie, którą kocham i z którą umieram, tę trochę dni, które mi zostają? Przyznaj bracie, byłoby to niedorzecznem, głupiem, tak w porządku fizycznym, jak moralnym.
Oto co piszę dla kapłana, myśliciela, filozofa: dla kapłana, który, wiedząc ile wycierpiałem, wzniesie za mnie do Boga czyste ręce i umysł wolny od wszelkiej namiętności; dla kapłana, który nie pozwoli jakkolwiek mało chrześciańską była śmierć nasza, ażeby ciała nasze zeszły do grobu bez modlitwy, a przynajmniej bez pożegnania.
A teraz odzywam się do przyjaciela:
Drogi mój Dominiku! przyjacielu serca mojego! Jutro rano, jak tylko odbierzesz ten list, przyjedź do Bas-Meudon, znasz dom w którym mieszkam. Wejdziesz tam i zastaniesz, spoczywające na jednem łożu zwłoki młodzieńca i dziewicy, którzy umarli dlatego, ażeby nie rumienić się za siebie ani przed Bogiem, ani przed ludźmi.
Tobie, tobie jednemu, drogi przyjacielu, zlecam ostatnią posługę około naszego pogrzebu.
Nie mogliśmy żyć razem na tym świecie; nie mogliśmy należeć do siebie, pragniemy przynajmniej spoczywać w tej samej trumnie przez wieczność. Każ więc zrobić trumnę dużą, kochany Dominiku, ażeby oboje nas pomieścić mogła; zbierz ostatnie kwiaty róży, którą zastaniesz w naszym pokoju i posyp nas tem kwieciem, potem potrzebować tylko będziemy twych modłów.
Ale pozostanie jeden człowiek, któremu ciebie będzie potrzeba, drogi przyjacielu mojego serca — to mój ojciec! Jak tylko ostatnią posługę oddasz synowi, wyjedziesz zaraz do Bretanii; wszak nic cię nie zatrzyma w Paryżu, nieprawdaż? Zastaniesz go we łzach: nie usiłuj pocieszać go, płacz z nim.
Żegnam cię, drogi przyjacielu! Jutro o tej samej godzinie, ludzie, których opinii poświęcam się, nie będą mogli już nic zrobić ani dla mnie, ani przeciwko mnie: spoczywać będziemy z Karmelitą u stóp Pana. Twój przyjaciel... więcej jak przyjaciel, twój brat.

Kolomban de Penhoel“.

Zapieczętował oba listy, napisał adresy, tylko na adresie ojca dodał: „Oddać na pocztęNa liście Dominika Sarranti położył:
„Odnieść jutro, przed siódmą zrana“.

XIII.
Gniazdko słowicze.

Przez ten czas Karmelita napisała do swych trzech przyjaciółek z Saint-Denis list następujący:

„Do Reginy, do Lydii, do Fragoli.

Żegnam was, siostry moje! Będąc w Saint-Denis, przyrzekłyśmy sobie, bez względu na przyszłe nasze położenie w świecie, kochać się, bronić wzajem i oddawać sobie przez całe życie przysługi, tak, jak miałyśmy zwyczaj w zakładzie. Stanęła umowa, że w razie wypadku, każda z nas stawi się na wezwanie, bez względu na miejsce i odległość. Otóż dotrzymuję przyrzeczenia, siostry moje; przyzywam was, dotrzymajcie także, przybądźcie. Przybądźcie po raz ostatni ucałować zlodowaciałe czoło tej, która była wam przyjaciółką na ziemi. Stawcie się! ostatnie moje westchnienie ku wam uleci: „Czekam was!“ Ale opuszczając ten świat, winna wam jestem wyjawić przyczynę nagłego rozstania.
Byłabym, siostry moje, niegodną was, gdybym, mając cierpienia uleczalne, nie wezwała was do pomocy, ale niestety, boleść moja była śmiertelną. Nie żałujcie jednak życia mojego, zazdrośćcie mi raczej śmierci; umieram bowiem z radością, z uniesieniem, ze szczęściem!
Kocham!... a jeżeli która z was kochała, to zrozumie znaczenie tego wyrazu. Jeżeli dziś jeszcze nie kochacie, zrozumiecie jutro. Kocham człowieka mojego wyboru, moich upodobań, moich marzeń; znalazłam zebrane w jednej istocie ludzkiej, wszystkie skarby dobroci, piękności, cnoty, w jakie każda z nas stroi swego przyszłego.
Nie mogąc zaślubić go na tym świecie, zaręczam się z nim dziś wieczór, i zaślubię go na tamtym. Umrzemy tej nocy, siostry moje, a jeżeli jutro stawicie się wcześnie, nim śmierć pokryje siną barwą lica nasze, zobaczycie tak pięknych dwoje narzeczonych, jakich ziemia nigdy jeszcze nie widziała.
Ale nie płaczcie nad niemi, nie mieszajcie im snu swojemi jęki: nigdy jeszcze bowiem dwie tak promienne, tak czyste dusze nie wzleciały ku niebu. Żegnam was, siostry moje!...
Jedyną moją żałością jest to, że nie mogłam was wszystkich trzech uściskać przed śmiercią; ale co łagodzi tę gorycz, to myśl, że możebym nie zdołała oprzeć się łzom waszym i że wasze uczucie tak gorące i poświęcone mogłoby mnie zatrzymać przy życiu, wówczas gdy ja doznaję niewymownego szczęścia w śmierci.
Nie żałujcie mnie więc, ale myślcie o mnie czasami, kiedy wieczorem w pogodną noc, przy świetle księżyca, będziecie się przechadzać szepcząc wyrazy miłości, wsparte na ramieniu człowieka, który was kocha. Powiedzcie sobie, że i ja także przepędzałam godziny rozkoszne, podczas wiosennych nocy, słuchając pierwszych słów miłości, oddychając pierwszą wonią róż. Pomyślcie o mnie, gdy w samotnem oczekiwaniu, na każdy turkot zatrzymującego się powozu, na każde skrzypnięcie drzwi, dla uśmierzenia gorączki oczekiwania, udacie do jego pokoju, aby ucałować książki, papiery, przedmioty których dotykał; powiedzcie sobie, że i ja też wieczorem całowałam liście na ścieżkach, po których on przechodził zrana. Żegnam was, siostry moje!
Łzy cisną mi się do oczu na myśl, że go mam opuścić, ale uśmiecham się na myśl, że pójdę za nim. Bądźcie szczęśliwe! Zasługujecie na całe szczęście, jakie wam obiecywał wiek dziecinny. Nie wiem dlaczego kochałyście mnie tak żywo: nie byłam godną należeć do was.
Wy byłyście wesołe, ja byłam poważną. Wy przychodziłyście po mnie na ustronną ścieżkę, po której się przechadzałam i ciągnęłyście z sobą za rękę w zgiełk zabaw, ale ja psułam waszą rozkoszną trójcę, bo przypominacie sobie, że pani ochmistrzyni widząc was raz wszystkie trzy splecione rękami, powiedziała: Trzy Gracje; na co ksiądz prefekt odezwał się surowo: trzeba raczej było pani powiedzieć: Trzy Cnoty. I było to prawdą.
Regina stanowiła wiarę, Lidia nadzieję, Fragola miłość. Żegnam was, Wiaro, Nadziejo, Miłość! Żegnam was, siostry moje!
Niech nieobecność moja bardziej was jeszcze ścieśni; kochajcie się silniej jeszcze jeśli można; miłość tylko znaczy coś na tym świecie. Starajcie się żyć tą miłością, która mnie śmierć zadaje, nie mogę wam życzyć szczęśliwości większej. Pozostawiam wam jedyną mą własność na ziemi, jedyny mój skarb: różę białą — jeżeli ona nie umrze razem z nami. Pielęgnować ją będzie każda z kolei; zachowacie jej kwiaty i co 15-go maja, w rocznicę urodzin moich, przyjdźcie razem rozsypać je na mój grób. Tak i ja, pewnej wiosennej nocy rozsypywałam wszystkie moje na tym świecie radości.
Przeproście za mnie naszą panię ochmistrzynię. Nazywała mnie ona, pamiętacie, swym „różowym ptaszkiem“, powiedzcie jej, że ten różowy ptaszek, lękając się ołowiu myśliwca, wrócił do lazurowych przestrzeni.
Znajdziecie przy mnie ten list; na nim pod waszym adresem leżeć będzie symfonia, którą ułożyłam. Zdaje mi się, że byłabym mogła zostać wielką artystką. Utwór ten przypisany jest wam wszystkim trzem, bo pisząc go myślałam o was. Ma on tytuł: „Gniazko słowicze“.
Raz tego lata, widziałam spadające z drzewa gniazdko słowików, które burza zabiła; jest piorun dla ptaków zarówno jak dla ludzi!... to przedmiot mojej symfonii, której wyuczycie się i grać będziecie na pamiątkę moją. Biedne ptaszęta! One są obrazem złudzeń, które żywiłam całe życie moje i które zginęły zaledwie rozwinięte.
Żegnam was po raz ostatni, bo czuję, że mimowoli łzami oczy nabiegają, a gdyby te łzy spadły na mój list, zatarłyby wyrazy szczęścia, które nakreśliłam. Żegnam was, siostry moje!

Karmelita“.

Po skończeniu tego listu, napisała trzy inne, które były prostem zaproszeniem na jutro, na godzinę siódmą zrana.
Potem zawołała ogrodniczki.
— Czy dziś zabierają jeszcze listy? zapytała.
— Tak pani, odpowiedziała Nanetta, mogą odejść dziś jeszcze o godzinie czwartej po południu.
— A o której godzinie rozniosą je w Paryżu?
— O dziewiątej wieczór.
— To właśnie dobrze. Weź te trzy listy i wrzuć je do skrzynki pocztowej.
— Dobrze... Czy pani nie ma mi nic więcej do rozkazania?
— Nie, dlaczego?
— Bo to dziś ostatni wtorek.
— Święto? rzekła z uśmiechem Karmelita.
— Tak pani, ułożyliśmy się w kilka osób, żeby pójść do Paryża, gdzie mamy być na wielkiej maskaradzie praczek z Vanvres; chyba żeby pani mnie potrzebowała...
— Nie, możesz iść do Paryża.
— Dziękuję pani.
— O której wrócisz?
— O jedenastej, a może i później; pewnie będą tańczyć.
Karmelita uśmiechnęła się znowu.
— Baw się dobrze, rzekła, a wróć o której ci się podoba, nie będziemy cię potrzebować.
Jakoż, nietylko Karmelita nie potrzebowała ogrodniczki, ale owszem, to oddalenie się sługi wchodziło w jej widoki. Kolomban i ona, sami pozostaliby w domu i myśl o tej samotności wzbudzała uśmiech dziewicy.
Ogrodniczka wyszła a około godziny czwartej Kolomban i Karmelita, czując się wolnymi, myśleli już tylko o przygotowaniach do śmierci.
Od tej chwili świat dla nich nie istniał. Przechadzali się jeszcze kilka chwil pośród drzew czarnych i ogołoconych z liści w alejach ogrodu, ale przechadzali się jak cienie samych siebie.
Liście i gałęzie suche, które potrącali nogami, drzewa o nagich ramionach, szare niebo, na które słońce daremnie starało się wedrzeć, dzwon miejski melancholijnie wybijający godziny, trąba karnawałowa, która od czasu do czasu smutnie pogrzmiewała zdała, wszystko, odgłos i milczenie, samotność i wspomnienie świata, wszystko przygotowywało ich do długiego spoczynku, wszystko wabiło do śmierci.
Weszli do mieszkania i prócz pokoju Kamila, który był zamknięty od jego wyjazdu, zwiedzili wszystkie pokoje, by je pożegnać po raz ostatni. Gdy przybyli do pokoju Karmelity, dziewica otworzyła okno i biorąc za rękę Kolombana, rzekła:
— Stałam w tem miejscu, w dzień odjazdu Kamila; od tego to dnia całą rozciągłość nienawiści, jaką czułam dla niego, zrozumiałam przez ogrom miłości, jaką miałam dla ciebie, od tego dnia, Kolombanie, zerwałam z życiem... Ale od tej chwili także, przebacz mi, Kolombanie! od tej chwili przyszło mi to samolubne życzenie by umrzeć z tobą.
Kolomban przycisnął ją do serca.
— Dziękuję! rzekł.
Potem przenieśli krzew róży, który miał być towarzyszem ich konania. Ale na progu Karmelita się zatrzymała.
— To tu, rzekła, miałam pierwszy objaw twojej dla mnie miłości. O! przez te pół godziny, gdyś ty stał tu w tę szczęsną noc, jakżeż musiałam panować nad sobą, by się w twe objęcia nie rzucić! Potem, ukazując mu okno w korytarzu: Z tego to okna, rzekła, patrzyłam na lampę w twoim pokoju i stałam dopóki nie zgasła.
Zeszli ze schodów, Karmelita z uśmiechem, Kolomban z westchnieniem.
— Ileż to razy, mówiła Karmelita, ile razy schodziłam w ciemności nocnej, nie słysząc szelestu kroków moich, ale słysząc odgłos bicia mego serca! Patrz, szłam tą ścieżką i często letnią porą, kiedy spałeś przy spuszczonych zasłonach, ale przy oknach otwartych, cicho jak cień przykładałam ucho, by posłyszeć twój oddech. Prawie zawsze uważałam, że miewałeś złe sny, a ja wtedy z wyciągniętemi rękami, z sercem bijącem gwałtownie, gotową byłam powiedzieć: „Otwórz mi Kolombanie! ja jestem aniołem różanym snów!“ Powiedz mi, co tak niepokoiło sen twój, mój luby przyjacielu?
I podała czoło swe pod czysty i jasny pocałunek młodzieńca.
Potem oboje weszli do pawilonu, Karmelita naprzód, Kolomban za nią. Kolomban zamknął drzwi na klucz i na zasuwkę.

XIV.
Umrzeć czy zasnąć?

Kolomban położył klucz nad kominkiem.
Sypialny pokój młodzieńca przeistoczył się w istną kaplicę. Ile było kwiatów rozwiniętych w małej szklarni urządzonej w zakącie ogrodu, wszystkie zabrała Karmelita. Zakryła okna firankami z białego muślinu; na kominku, niby na ołtarzu, rozciągnęła haftowaną nakrywkę, a na gerydonie i na każdym sprzęcie, poustawiała wazony z kwiatami. Resztę kwiatów oberwała i listki rozsypała po podłodze.
Rzekłbyś, iż zstąpili już do grobowego podziemia.
Usiedli na sofie i rozmawiali z godzinę. A gdy nadeszła noc, zapalili lampę.
Karmelita, jak gdyby z obawy, aby jej nie umknęła śmierć we dwoje, co chwila poruszała się, by powstać i pójść po węgiel zsypany na fajerkę stojącą w przyległym pokoiku. Przy każdem poruszeniu zatrzymywał ją Kolomban. Gdy przestawał patrzeć na nią, zdawało mu się, że ją jeszcze zamało widział; chciał widzieć ją jeszcze...
Około dziewiątej wieczorem przyszła Karmelicie myśl zasiąść przy fortepianie i zaśpiewać... W starożytności, kiedy łabędzie śpiewały, to i one wydawały głos w godzinę śmierci.
Nigdy śpiew ludzki nie miał takiego okrzyku boleści, takiego hymnu radości! Nigdy głos Karmelity, który śmiało i bez przejścia, potrafił wziąć „ut“ piersiowe i „ut“ dolne, takich nie dokazywał cudów.
Zdawało się, że dla pożegnania świata, który opuścić a powitania tego, w który wstąpić miała, Bóg nadał jej głosowi dźwięk skargi i szczęśliwości, podobny głosom upadłych aniołów, co po długiem na ziemi wygnaniu, przez nieskończone miłosierdzie Pańskie przywołani zostali do nieba ich pierwszej, jedynej i prawdziwej ojczyzny.
Nareszcie, głos zmęczony, przebieganiem przestrzeni bez granic, w których rozlega się rzeczywistość i w których błąka się marzenie, zgasł jak westchnienie melodyjne i długo jeszcze brzmiał w sercu młodzieńca.
Kolomban zbliżył się do Karmelity; tak, że po skończonej improwizacji pogrzebowej, dziewica opuściła głowę na jego ramię, a ręce w jego złożyła dłoni.
Fortepian oniemiał, jak trup, z którego uleciała dusza.
Nastało w ciemności długie milczenie, przerywane tylko połączonym oddechem dwojga kochanków. Naraz odezwał się zegar. Każde z osobna policzyło spiżowe uderzenia.
— Jedenasta godzina, wyrzekli razem.
Potem Karmelita dodała:
— Przyjacielu, już czas.
Kolomban wstał, zapalił dwie świece, jednę zostawił Karmelicie, a z drugą wszedł do pokoiku, gdzie stały węgle.
— Gdzie idziesz? zapytała Karmelita.
— Chcę, ażebyś umarła, rzekł Kolomban, ale nie chcę, ażebyś cierpiała.
Karmelita zrozumiała, że chodzi mu o jakieś przygotowania. Ale kiedy chciał drzwi za sobą zamknąć:
— Nie, mój kochanku, rzekła, oddal się odemnie, ale niech cię wciąż widzę.
Kolomban drzwi pozostawił otwarte. Zamiarem jego było wprzód rozpalić węgle w fajerce, w przyległym pokoju, ażeby pierwsze wyziewy węgla mogły ujść, a później dobywały się z nich tylko te subtelne miazmaty, które dochodzą aż do mózgu i zadają śmierć bez bólu.
Ile więc Karmelita podjęła ostrożności, ażeby szczelnie pozaciskać drzwi i okna, tyle podjął ich Kolomban, ażeby wszystkie pootwierać, dla wypuszczenia pierwszych wyziewów węglowych.
Karmelita patrzała za nim z uśmiechem. Ręce jej zwrócone były ku fortepianowi, tak jak młode ptaszęta zawsze jeszcze zwracają się ku swemu gniazdku. Błąkały się one harmonijnie po klawiszach.
Instrument, tylko co wydający jęki, jak ostatnie westchnienie, zdawał się budzić i walczyć przeciw śmierci i jak konający w ostatniej godzinie, przemawiał słowami przerywanemi i bez związku.
Karmelita nie spuszczała z oka Kolombana.
Upłynął kwadrans zanim rozpaliły się węgle; potem gdy wyszły już zbyt gęste wyziewy, Kolomban zamknął okno gabinetu, i oświetlony czerwonym odbłyskiem, postawił fajerkę pośrodku pokoju. Potem znów wrócił, by zamknąć drzwi gabinetu.
Karmelita wstała, a gdy fortepian wydał westchnienie, które na ten raz było istotnie ostatniem, poszła naprzeciw młodego człowieka.
Kolomban był blady i prawie chwiejący, wchłonął on te pierwsze wyziewy, których chciał oszczędzić Karmelicie.
Oplótłszy się rękami, usiedli na kanapie: tam to zamierzali umrzeć. Siedzieli tak kilka chwil, oczy w oczach, przy świetle świecy stojącej na fortepianie chłonąc swe ostatnie spojrzenia, kiedy uderzyła północ.
Lekkie drganie było całą oznaką uwagi, jaką zwrócili na upływającą godzinę.
Co ich wreszcie obchodził pochód czasu, kiedy już jedną nogą stanęli w grobie.
Powietrze pokoju zwolna napełniało się kwasem węglowym; świeca rzucała już tylko blade światło, tłumiony połysk. Płomień fajerki wił się, jak błędny ognik, cieniując się w ich ociężałych oczach wszystkiemi barwami pryzmatu.
Szerokie krople potu perłami spadały na czoło dziewczyny; piętna sine przebiegały po jej twarzy.
Kolomban zrobił ostatnie wysilenie, wziął ją na ręce i zataczając się jak pijany, przeniósł ją z kanapy na łóżko; sam upadł przy nogach, powstał i czepiając się, położył się nareszcie obok niej.
Karmelita przez ten czas dobywając ostatnich sił, opuściła suknię, która zadarłszy się nieco, odkrywała jej nogi.
Gdy skończyła, uczuła rękę Kolombana, przyciągającą ją do siebie.
— Dobrze, małżonku mój, szepnęła ostatkiem sił, jestem, jestem przy tobie!
I kochankowie po raz pierwszy znaleźli się w objęciach swoich, usta przy ustach... Wtedy to zamienili pierwszy pocałunek miłości.
Kolomban pierwszy stracił siły, wśród pocałunku; zimny pot przebiegł mu po ciele; próbował uczepić się szyi Karmelity, ale gardło miał ściśnięte jakby ręką żelazną, a język bezwładny zaledwie wymówił:
— Pójdź... pójdź... pójdź...
Głowa jego martwa opadła na piersi dziewicy, która mimo szumu w skroniach, dzwonienia w uszach, usłyszała ostatnie wezwanie kochanka, a czując tę ukochaną głowę opadającą na piersi, zadrżała i wydała lekki okrzyk.
Jestto fakt powszechnie przez medycynę uznany i który sprawdzają wszystkie statystyki, chociaż nauka nie wyjaśnia przyczyny, że w samobójstwie mężczyzny i kobiety, mężczyzna zazwyczaj ginie pierwszy. Zeznajemy i my ten fakt przed czytelnikiem, niech go rozwiązuje kto chce.
Kolomban zmartwiał pierwszy.
Karmelita sądząc, że jej ukochany wydał ostatnie tchnienie, otworzyła raz jeszcze oczy, zdawała się na chwilę odzyskiwać siły i znalazła jeszcze tyle głosu, by zawołać: Kolombanie... Kolombanie!... Potem przycisnęła usta do czoła młodzieńca, zebrała całe życie, jakie w niej pozostawało i całowała go po raz ostatni, mówiąc:
— Jestem, jestem przy tobie!...
I głowa jej opadła przy głowie kochanka.
Na zegarze wybiła godzina pierwsza.

XV.
List bardzo pilny.

Było to właśnie wtedy, gdy jeśli sobie przypominamy, po uspokojeniu burdy w szynkowni, trzej młodzieńcy, których spotkaliśmy w początku tego opowiadania i ich tajemniczy wybawca, kazali sobie podać wieczerzę.
Nie zapomniałeś, kochany czytelniku, że Salvator i Jan Robert, wychodząc z ulicy Aubry-le-Boucher, pozostawili dwóch towarzyszów, Petrusa i Ludowika śpiących za stołem, pod strażą chłopca, który na zlecenie Salvatora odpowiadał za nich.
Potem posłaniec miejski i poeta udali się na ulicę św. Jakóba, gdzie głos wiolonczeli sprowadził ich do Justyna; wysłuchali opowiadania bakałarza, byli u niego podczas zamieszania, sprawionego listem Miny; Salvator pobiegł na policję, by się dowiedzieć czegoś o porwanej dziewczynie; Jan Robert poszedł po konia, a Justyn udał się za Babolinem do Brocanty, gdzie połączyli się z nim Jan Robert i Salvator.
Wtedy z wiadomościami, które przejął od starej czarownicy i z poleceniem Salvatora, by nie dopuścił nikogo ani do pokoju Miny, ani do ogrodu, bakałarz cwałem puścił się do Wersalu.
Co zaś do Salvatora i Jana Roberta, poszli oni oczekiwać na pana Jackala przy Pont-Neuf; tam naczelnik policji wziął ich do powozu, gdzie opowiedział im w ogólnych zarysach zdarzenie, które my znowu wystawiliśmy przed oczy czytelnika w całej jego ponurej szczegółowości.
Niech Justyn pędzi do Wersalu, Jan Robert, Salvator i pan Jackal do Bas-Meudon, a my wróćmy do Ludowika i Petrusa, którzy śpią za stołem w szynkowni.
Pierwszym, który się obudził, był Ludowik, a obudził się skutkiem hałasu, jaki czyniło wesołe towarzystwo, usiłujące z kolei zająć czwarte piętro, którego zdobycie tyle trudów kosztowało naszą młodzież.
Chłopiec, wierny zleceniu Salvatora, nie chciał pozwolić wejść do izby, w której spali Ludowik i Petrus.
Owóż, hałas jaki towarzystwo wszczęło przez naleganie na chłopca, wybił ze snu młodego lekarza. Otworzył oczy i słuchał. Na wspomnienie tego, co zaszło, pierwszą jego myślą było, że powinien wytrzymać oblężenie miasta, które zdobył szturmem; ale na ten raz oblegający atakowali tak wesołemi śmiechami, śmiechy te zdawały się wychodzić z tak młodych i świeżych ust, że Ludowik pewnym był prawie niejakiej korzyści w poddaniu się takim przeciwnikom. Poszedł więc sam drzwi otworzyć.
W tej chwili gromada pierotów i pierotek wdarła się do izby z takim hałasem, z takiemi wybuchami śmiechu, że Petrus zerwał się jak oparzony, wołając: „Gore!“
Petrusowi śnił się pożar.
Ale wśród tej wrzawy, Ludowik uczuł dwa piękne ramiona owijające się koło jego szyi, gdy tymczasem usta, których każdy oddech poruszał koronką zwieszoną od czarnej atłasowej maski, z najbielszemi ząbkami i najróżowszemi wargami, jakie kiedykolwiek widział, mówiły doń:
— A! to ty, karabinie mego serca, jesteś takim zbytkownikiem, że sam dla siebie zamawiasz apartamenty?
— Nasamprzód, odparł Ludowik, gdybyś luba moja pierotko, zechciała popatrzeć dokoła siebie, byłabyś zobaczyła, że nie jestem sam.
— Aha! prawda, prawda! to mistrz Rafael we własnej osobie! Czy chcesz, żebym ci pozowała nogą na kobietę w „Pożarze miasteczka“, skoro krzyczałeś „gore“, kiedyśmy weszli?
I dziewczyna, uniósłszy spódniczkę, pod cienką pończochą ukazała jednę z takich nóg, jakich poszukują malarze, a bankierowie znajdują.
— Oho! znam ja tę nogę, księżniczko! rzekł Petrus.
— Chante-Lilas! zawołał jednocześnie Ludowik.
— Skoroście mnie poznali, to zrzucam maskę, rzekła praczka, a wreszcie źle jest pić z zasłoniętą twarzą!... Dajcie mi pić! umieram z pragnienia!
I całe towarzystwo składające się z pięciu lub sześciu praczek z Vanvres, oraz ze trzech lub czterech ogrodniczek z Meudon, będących w towarzystwie swych kochanków, zawołało chórem:
— Pić! pić!
— Cicho! rzekł Ludowik, apartament ten jest moim, ja więc tu gospodaruję. Chłopiec! sześć butelek szampańskiego dla mnie.
— I sześć dla mnie, dodał Petrus.
— To mi ale! rzekła księżniczka, zawdzięczę to wam podaniem każdemu jednego policzka do pocałowania.
— Cetno czy licho? rzekł Petrus dobywając z kieszeni garść drobnych pieniędzy.
— Co czynisz, mistrzu Rafaelu? zapytała Chante-Lilas.
— Gram z Ludowikiem o jego policzek za mój, odpowiedział Petrus.
— Za cetno oba! zaproponował Ludowik odpowiadając tym samym językiem, jakim mówił jego przyjaciel.
— Aha! i wy potraficie palić petardami, odezwała się księżniczka, wracając do zwykłej sobie lokucji. Pif! pif! Brak nam tylko Kamila, on by wystrzelił z korka.
W tej chwili wszedł chłopiec z tuzinem butelek szampana.
— Oto jest strzał! rzekł, wypuszczając korki z dwóch butelek, u których przeciął drut na schodach.
— Cetno! wygrałem! krzyknął Ludowik, całując Chante-Lilas w oba policzki. Porywam cię sabinko!
I biorąc w objęcia księżniczkę Vanvres jak dziecko, zaniósł ją na stół, na którym sam siadłszy, ją posadził przy sobie.
Po godzinie wypróżniono dwanaście butelek, i drugie dwanaście także, które kazali dać towarzysze praczek, ażeby nie być dłużnymi.
— Teraz, rzekła Chante-Lilas, trzeba wrócić do Vanvres. Oto Nanetta, która obiecała swej pani wrócić o jedenastej, i która ma oddać jej list. A to już trzecia godzina rano; szczęściem że list jest pilny!
— Czwarta godzina, księżniczko, poprawił Petrus.
— A nasza przełożona wstaje o piątej! zawołała Chante-Lilas. W drogę całe towarzystwo!
— Ba! odezwała się hrabina Battoir, przełożona także była zapewne na weselu, a dziś nie wstanie jak o szóstej.
— Księżniczko, zapytał Ludowik, kiedy wypada twoja najbliższa podróż do Paryża?
— O! odrzekła Chante-Lilas, alboż to ciebie jeszcze obchodzi?
— Oczywiście że obchodzi, tembardziej kiedy nie mam już prawie czystej bielizny.
— Et, głupstwo! To przyjdź sobie sam po swoję bieliznę.
— Nie pleć, Chante-Lilas! tydzień ten był zabójczym na białe koszule, a nie mogę przecie chodzić do chorych w koszulach koronkowych.
— Przyjdź sam po bieliznę.
— O! jeżeli chodzi tylko o to i jeżeli jest miejsce w waszej karocy, księżniczko, jestem gotów.
— Bez żartu?
— Tak jak miałem zaszczyt oświadczyć Waszej wysokości.
— Brawo! brawo! napijemy się mleka we młynie Vanvres. Czy zabierzesz się z nami, mistrzu Rafaelu?
— Pójdziesz Petrusie? Chodź! najdłuższe pustoty są najlepsze, zachęcał Ludowik.
— Do kroćset! nie na dobrych chęciach mi zbywa; ale na nieszczęście, mam dziś pierwsze posiedzenie przy portrecie.
— To odłóż posiedzenie.
— Niepodobna, rzekł Petrus, zobowiązałem się słowem.
— A! to rzecz święta, powiedziała Chante-Lilas, więc Fornarina daje urlop Rafaelowi. Pójdź królu zuchów!
I podała rękę Ludowikowi, który postanowiwszy wesoło pogrzebać karnawał, załatwił swój i Petrusa rachunek, zbiegł po cztery schody i wsiadł do olbrzymiej arki, która całe towarzystwo przywiozła do Paryża.
Petrus, który mieszkał przy ulicy Zachodniej, pożegnał przyjaciela życzeniem dobrej zabawy i mimo zmroku i odległości odpowiadał jeszcze na wesołe pożegnania, które zasyłało mu gwarne towarzystwo.
— Cóż to? zapytał Ludowik, gdzież my u djabła jedziemy? Zdaje mi się, że to droga do Wersalu a nie do Vanvres.
— Gdyby nas nie był opuścił Rafael, królu zuchów, odpowiedziała Chante-Lilas, powiedziałabym Waszej królewskiej mości, że wszelka droga prowadzi do Rzymu.
— Nie rozumiem.
— Patrz na Nanettę, piękną ogrodniczkę.
— Patrzę.
— Jakąż ona ci się wydaje?
— Piękną... To cóż?
— Otóż, ona pod tym tylko warunkiem wybrała się z nami, że ją wysadzimy u drzwi jej domu.
— A to dlaczego?
— Ależ, odpowiedziała hrabianka Battoir, słyszałeś już przecie, że ma list bardzo pilny.
— Czemuż nie oddała go nim przyszła?
— Bo była już na końcu wsi, kiedy spotkała roznosiciela, a my czekaliśmy na nią między Vanvres i Bas-Meudon, byłaby się spóźniła przynajmniej pół godziny.
— Teraz rozumiem.
— O! rzekła Chante-Lilas, a przytem kiedy list był już dwadzieścia sześć dni w drodze, bo pochodzi z osad zamorskich, to kilka godzin więcej lub mniej...
— Nie stanowią o życiu lub śmierci, człowieka, uzupełniła hrabianka Battoir.
— A nawet w razie śmierci, odezwała się Chante-Lilas, czyż nie mamy z sobą lekarza?... Ale on śpi, nasz doktor...
— A, doprawdy! odrzekł Ludowik. Pozwól mi usiąść u swych nóg, księżniczko i położyć głowę na twych kolanach. Ocalisz mi życie.
— Masz tobie! gdybym wiedziała, że my do spania zabieramy pana, to można go było położyć na furze z jarzynami, byłoby mu tam tak dobrze jak tu.
— A! jesteś dla siebie niesprawiedliwą, księżniczko, rzekł Ludowik na pół śpiący, nie ma tak miękkiej kapusty, nie ma tak delikatnej sałaty, jak ty.
— O nieba! westchnęła Chante-Lilas z politowaniem, jak też to mądry człowiek głupim jest kiedy mu się chce spać!
Piąta biła, kiedy nadjeżdżali do Bellevue.
Powoli brzmiące śmiechy ustawały, radosne odgłosy cichły; znużenie i zimno towarzyszące powrotowi dnia, szczególnie w zimie, ciążyły na pół-śpiącej maskaradzie; każdy dążył do swego kąta, do swego ognia, do swego łóżka.
Arka zatrzymała się przed drzwiami domu, zamieszkałego przez Kolombana i Karmelitę; Nanetta zeskoczyła na ziemię, dobyła klucz z kieszeni i weszła.
— Dobrze! rzekła spostrzegając przez drzwi od sieni wychodzące na ogród, które pozostały otwarte, światło płonące w gabinecie Kolombana, młody pan nie śpi jeszcze, więc oddam mu list. Bywajcie mi zdrowi towarzysze mili!
I zamknęła drzwi.
Kilka głuchych pomruków odpowiedziało z wnętrza landary, która ruszyła ku Vanvres.
Ale zaledwie uszła pięćdziesiąt kroków, kiedy wołania „na pomoc! na pomoc!... panie Ludowiku! panie Ludowiku!“ rozległy się w stronie gdzie wysadzono Nanettę.
Landara zatrzymała się.
— Co tam takiego? zapytał Ludowik zbudziwszy się.
— Nie wiem, ale wołają cię, odpowiedziała Chante-Lilas. Zdaje mi się, że to Nanetta.
— Musiał się zdarzyć jakiś wypadek.
Ludowik wyskoczył z karety i spostrzegł Nanettę, która, biegła przerażona, wołając:
— Na pomoc! na pomoc!

XVI.
Zaczadzeni.

Pobiegł ku niej.
— O, prędzej, panie Ludowiku! prędzej, oni nie żyją!
— Kto? zapytał Ludowik.
— Panna Karmelita i pan Kolomban.
— Kolomban? zawołał Ludowik, Kolomban de Penhoel?
— Tak. Pan Kolomban de Penhoel i pana Karmelita Gervais. O mój Boże! co za nieszczęście! Tacy młodzi i piękni oboje!
Ludowik rzucił się w tej chwili ku domowi i zastawszy sień otwartą, jednym skokiem stanął w pawilonie ogrodowym.
Okno od gabinetu otwarte, a potem źle przez Kolombana przymknięte, otworzyła Nanetta, która daremnie wołając i sztukując, odważyła się przeleźć przez okno i zasztukać do przyległego pokoju. Widząc, że nikt nie odpowiada, otworzyła drzwi, lecz niebawem cofnęła się i omało nie padła na wznak.
Buchnął w nią kwas węglowy i otoczył jakby śmiertelną chmurą. Wtedy zrozumiała wszystko i sądząc, żer dopędzi jeszcze karetę, pobiegła za nią.
Usłyszano jej wołania, kareta się zatrzymała. Ludowik wpadł do pawilonu przez okno od gabinetu, chciał wnijść do pokoju, ale i jego odepchnął trujący wyziew. Odwrócił się w stronę powietrza i odetchnął pełnemi płucami.
W tej chwili przybiegli wszyscy z karety.
— Wybijcie okno, wyłamcie drzwi! krzyknął Ludowik, jak najwięcej powietrza, oni się zaczadzili!
Usiłowano otworzyć okiennice; były zamknięte z wewnątrz. Kopnięciem kilka razy nogą wysadzono drzwi. Ale ci co stanęli na progu, zmuszeni byli się cofnąć.
— Wody słonej i octu, zbudzić aptekarza jeżeli jaki jest w mieście i wziąć od niego soli angielskiej i amoniaku. Nanetto, rozpal gdzie ogień i rozgrzej serwety.
Potem jak górnik zstępuje do pieczary, jak nurek zatapia się w morze, tak Ludowik rzucił się do pokoju.
Wesoła maska ustąpiła miejsca postaci uczonego; lekarz przystąpił do użycia wszelkich środków swej umiejętności.
Ludowik omackiem doszedł do okna; świeca już zgasła, ogień na kominku także wygasł, w fajerce nie było ani płomienia, ani dymu.
Firanki wisiały wzdłuż okna i przeszkadzały do znalezienia zasuwy, Ludowik rękę owinął chustką i dwoma uderzeniami pięści wybił dwie szyby. Świeże powietrze zaczęło wpadać; był też czas, Ludowik chwiał się już i czepiał fortepianu. Potem chwycił za firanki, zdarł je z drążków i nareszcie otworzył okno. Kwas węglowy zaczął ustępować miejsca powietrzu, wchodzącemu teraz pełnym prądem.
— Wejdźcie, rzekł Ludowik, wejdźcie! Nie ma już niebezpieczeństwa, wejdźcie i oświećcie pokój.
Zapalono drugą świecę.
Kolomban i Karmelita leżeli w swoich objęciach na łóżku, tak jakby tylko co usnęli.
— Czy nie ma tu jakiego lekarza? zapytał Ludowik, choćby felczera, cyrulika, mniejsza o to, kogobądź, coby mógł mi pomagać?
— Jest pan Pilloy, dawny chirurg gwardji... człowiek to bardzo uczony, odezwał się głos jakiś.
— To niech kto pobiegnie po pana Pilloy! zawołał Ludowik. Dzwońcie, póki nie wstanie; ciągnijcie go, póki nie przyjdzie. Potem, zbliżając się do łóżka: A! rzekł potrząsając głową, zdaje mi się, że przybywamy zapóźno.
I rzeczywiście, usta śpiących były zczerniałe.
Ludowik podniósł powieki. Oko Kolombana było szkliste; oko Karmelity krwią zaszłe. Nie było znaku życia ani w jednem, ani w drągiem.
— Zapóźno, zapóźno! powtarzał Ludowik zrozpaczony. Ha! trzeba jednak uczynić, co do nas należy. Kobiety, weźcie w opiekę panienkę, ja zajmę się mężczyzną.
— Co trzeba zrobić? zapytała Chante-Lilas.
— Wykonać jaknajstaranniej to, co ci powiem; moja kochana, nasamprzód, trzeba przenieść ją do okna...
— Chodźcie, zawołała Chante-Lilas na przyjaciółki.
— A my? zapytali mężczyźni.
— Rozpalcie ogień, ogromny ogień; wygrzejcie serwety, ściągnijcie mu buty... Spróbuję puścić krew z nogi... A! zapóźno, zapóźno!
Ludowik rzucał ten okrzyk rozpaczy przenosząc Kolombana z łóżka do okna.
— Oto jest ocet i woda słona, odezwała się Nanetta.
— Wylej ocet na talerz, trzeba chustki maczać i wycierać skronie zaczadzonych; słyszysz, Chante-Lilas?
— Dobrze, dobrze, odrzekła dziewczyna.
— Utnijcie pióro, o tak jak ja robię, widzicie... Roztwórzcie jej zęby jeśli możecie i wdmuchnijcie powietrze w płuca.
Słuchano Ludowika, tak jak armja w bitwie słucha generała.
Karmelita miała zęby zaciśnięte, lecz za pomocą nożyka kościanego, Chante-Lilas zdołała wprowadzić piórko pomiędzy zęby.
— I cóż? zapytał Ludowik.
— Piórko już tam jest.
— Więc dmuchaj. Ja nie mogę trafić do końca; on ma zęby żelazne. Czy zdjęliście mu buty i skarpetki?
— Już.
— Trzyjcie mu skronie octem, pryskajcie świeżą wodą na twarz, roztwórzcie zęby, choćbyście mieli mu je połamać. Spróbuję puścić krew z nogi.
Ludowik otworzył pudełko, dobył lancet, dwa razy zakłuł żyłę, ale daremnie. Krew nie pokazała się.
— Zdejmijcie mu krawat, zedrzyjcie kamizelkę, koszulę, wszystko.
— Oto są serwety gorące, odezwał się ktoś.
— Dajcie je Chante-Lilas, rozcierajcie piersi serwetami; czy słyszysz, Chante-Lilas, rób tak samo. A! jest i nóż.
Ludowik zdołał wcisnąć nóż między szczęki Kolombana. Wtedy, nie mając nadziei wsunąć piórka w tak szczupłą przestrzeń, przycisnął własne usta do ust młodzieńca i usiłował wdmuchnąć mu powietrze w płuca.
Gardło było ściśnięte, powietrze odbijało się o podniebienie.
— Zapóźno, zapóźno! szeptał Ludowik. Spróbujmy jeszcze jednego sposobu.
Wziął znowu lancet i z dziwną pewnością ręki ciął w żyłę szyjną.
Ale ztamtąd nie poszła krew, zarówno jak z nogi.
— Oto jest amoniak i sole, odezwał się posłaniec, podając dwa flakoniki Ludowikowi.
— Masz, Chante-Lilas, rzekł Ludowik, weź flakonik i trzymaj pod nosem panienki. Ja zatrzymam amoniak.
— Dobrze, odpowiedziała Chante-Lilas wyciągając rękę.
— A powietrze? zapytał Ludowik.
— Jakto, powietrze?
— Czy myślisz, że dostało się do piersi.
— Zdaje mi się, że tak.
— Dobra nadzieja, moja kochana, dobra nadzieja! Trzyj skronie octem i daj do wąchania sole.
Młody doktor tymczasem zmaczał płatek bielizny w roztworze alkalicznym i położył na głowę Kolombana. Ale Kolomban leżał nieporuszony; żaden oddech nie wyszedł mu z piersi, ani wejść nie chciał.
— O! zawołała Chante-Lilas, zdaje mi się, że usta bledną.
— Śmiało, śmiało, Chante-Lilas! to dobry znak. O! moje kochane dziecko, co to za szczęście w twojem życiu, gdybyś mogła powiedzieć sobie, żeś ocaliła życie istocie ludzkiej.
— Zdaje mi się, że odetchnęła, rzekła Chante-Lilas.
— Podnieś powieki i spojrzyj na oko; czy wciąż takie mdłe?
— O, panie Ludowiku! zdaje mi się, że już mniej.
— Pana Pilloy nie ma w domu, odezwał się posłaniec wyprawiony do starego chirurga.
— Gdzie on jest? zapytał Ludowik.
— U pana Gerarda, który ma się bardzo źle.
— A gdzie mieszka ten pan Gerard?
— W Vanvres, czy pójść po chirurga?
— Nie trzeba, zadaleko.
— Bardzo jest też źle z tym panem Gerardem, odezwał się ktoś.
— Panie Ludowiku, panie Ludowiku! ona oddycha! krzyknęła Chante-Lilas.
— Czy pewną jesteś, moje dziecko?
— Tarłam jej piersi gorącą serwetą, czułam jak się oddechem podniosła... Panie Ludowiku, ona ręką sięga do głowy.
— Chwała Bogu, rzekł Ludowik, ocalimy jedno przynajmniej. Wynieście ją czemprędzej ztąd, ażeby otworzywszy oczy, nie zobaczyła kochanka umarłego.
— Do jej pokoju, do jej pokoju, rzekła Nanetta.
— Tak, do jej pokoju... Otwórzcie wszystkie okna i naniećcie wielki ogień. Idźcie, idźcie.
Kobiety poniosły Karmelitę.
Dzień zaczynał świtać.
— Wszak wiesz co masz czynić, Chante-Lilas? zawołał Ludowik do grupy dziewcząt unoszących Karmelitę.
— Nie, powiedz pan.
— To samo, co czyniłaś dotąd, nic innego.
— A jeżeli zapyta, co się stało z kochankiem?
— Zapewne nie przemówi jak za godzinę, a przytomności nie odzyska, jak za dwie lub trzy.
— A wtedy?...
— Wtedy albo Kolomban, albo ja będziemy przy niej. Potem spozierając na Kolombana:
— Zapóźno, zapóźno! szepnął. Biedny Kolombanie! albo raczej biedna Karmelito.
I wrócił do młodzieńca z tym wzniosłym uporem lekarza, który ściga życie nawet w objęciach śmierci.

XVII.
Około łoża Karmelity i przy łożu Kolombana.

O dziewiątej godzinie zrana, powóz wiozący pana Jackala, Salvatora i Jana Roberta, zatrzymał się przed drzwiami domu, w którym zaszły okropne wypadki, przez nas opisane.
Trzy inne powozy stały już u tychże drzwi, bryczka miejska i duży powóz z herbami.
— Są tam one wszystkie trzy, pomyślał Salvator.
Pan Jackal wymienił kilka cichych słów z człowiekiem, ubranym czarno, który stał przy drzwiach. Człowiek ten wskoczył na konia uwiązanego przy karczmie o kilka kroków ztamtąd i ruszył cwałem.
— Zajmuję się waszym bakałarzem, rzekł pan Jackal do Salvatora i Jana Roberta.
Salvator odpowiedział niemem podziękowaniem głowy i wszedł do sieni. Zaledwie uszedł trzy kroki, gdy pies leżący na stopniach pierwszego piętra, skoczył ze schodów i położył łapy na jego ramionach.
— Dobrze, mój psie, dobrze, mój Rolandzie! tak, ona jest tam, wiem. Pokaż nam drogę Rolandzie.
Pies poszedł naprzód i zatrzymał się przed drzwiami pokoju Karmelity.
Pan Jackal, jako człowiek mający prawo wchodzić wszędzie, otworzył i wszedł w towarzystwie Salvatora i Jana Roberta.
Wtedy obraz pełen poezji przedstawił się oczom przybyłych.
Około łoża, na którem leżała Karmelita jeszcze odurzona, trzy dziewice modlące się na klęczkach. Trzy te dziewice, równe wiekiem i pięknością, ubrane były równie jak Karmelita w jednakowy a skromny strój uczennic zakładu Saint-Denis.
Na pierwszy zaraz rzut oka Jan Robert poznał Fragolę i spojrzał na Salvatora, aby mu ją wskazać, ale ten widział już ją i był spostrzeżonym: dotknął palcem ust, ażeby zalecić milczenie.
Nagle dwaj przyjaciele cofnęli się z przerażeniem. Zdawało im się, że ciało uczyniło jakiś ruch, a nie wiedzieli wcale, że Karmelitę Ludowik ocalił.
— Ha, ha! odezwał się pan Jackal z obojętnością ludzi nawykłych do podobnych widoków, ona więc nie umarła?
— Nie panie, odpowiedziała najwyższa z dziewic, która wzrostem i pięknością zdawała się panować nad dwiema innemi.
Jan Robert obejrzał się: dźwięk tego głosu nie zdawał mu się być obcym.
Poznał on pannę Reginę de Lamothe-Houdan.
— A młodzieniec? zapytał pan Jackal.
— Jeszcze mają nadzieję, odpowiedziała Regina, jest przy nim jeden miody lekarz i dopóty go nie odstąpi, dopóki jeszcze wszystko nie jest zupełnie stracone.
W tej chwili drzwi się otwarły, a ku wielkiemu ździwieniu Jana Roberta i Salvatora, wszedł Ludowik. Zrzucił z siebie przybór karnawałowy, posławszy konnego do domu po zwykłe ubranie.
— I cóż? odezwały się wszystkie głosy.
Ludowik potrzask głową.
— Jest przy nim ksiądz, odpowiedział, ja nie mam tam już co robić!
Potem, gdy mu wskazano Karmelitę ciągle niemą, i której oczy za otwarciem zdawały się nic nie widzieć.
— O! biedne dziecko! rzekł, dajcie jej pokój; zawcześnie, powróci i tak do życia.
— Panowie, rzekł pan Jackal do Salvatora i Jana Roberta, my jesteśmy tu tylko przypadkiem; zdaje mi się więc, że dobrze będzie, jeżeli pozostawiwszy chorą w ręku przyjaciółek, które nią się zajmą, gdy lekarz spisze jak najśmieszniej protokół, sami tymczasem udamy się do Wersalu.
Jan Robert i Salvator skłonili się na znak zgody.
Fragola wstała i szepnęła kilka słów do ucha Salvatorowi, który odpowiedział twierdzącem poruszeniem głowy.
Poczem, posłaniec i poeta odeszli tak jak przyszli w towarzystwie pana Jackala, który szedł naprzód.
Wszystko w dolnem mieszkaniu przygotowane było do opisania tego wypadku.
Drzwi od sieni były otwarte, a przez szyby od pawilonu widać było płonące gromnice.
— Czy chcesz rzucić kilka kropel święconej wody na te zwłoki i zmówić pacierz? zapytał Salvator poety.
Jan Robert skinął przyzwalająco i gdy pan Jackal dla nabrania myśli nos sobie zapychał tabaką, obaj udali się ku pawilonowi.
Kolomban leżał na łóżku: prześcieradło, zarzucone wzdłuż aż na głowę, rysowało sztywną formę, jaką śmierć nadaje ciałom.
Piękny mnich Dominikanin siedząc w głowach łóżka, z książką otwartą na kolanach, ale z głową wzniesioną, odczytywał modlitwy za umarłych, a łzy spływały mu z oczu.
Za wejściem dwóch młodzieńców z głowami odkrytemi i pochylonemi... wzrok jego przenosił się z kolei to na Jana Roberta to na Salvatora, ale widocznem było, że obie twarze są mu nieznane.
Inne całkiem było wrażenie, jakiego na widok mnicha doznał Salvator; spostrzegłszy Dominika młodzieniec zatrzymał się i wydał jakby okrzyk radości, stłumiony atoli szacunkiem. Na ten okrzyk obejrzał się mnich; ale nowe spojrzenie rzucone znów na Salvatora, nie powiedziało mu nic więcej niż pierwsze; oprócz więc tylko pewnego ruchu zdziwienia, trwającego tyle co błyskawica, pozostał obojętnym.
Ale Salvator zbliżył się ku niemu.
— Ojcze mój, rzekł, sam nie wiedząc o tem, ocaliłeś życie człowiekowi, który stoi przed tobą, a człowiek ten, który cię nigdy nie widział i nigdy się odtąd z tobą nie spotkał, poślubił ci dozgonną wdzięczność... Podaj mi rękę, mój ojcze!
Mnich podał rękę młodzieńcowi, który pomimo wszelkich usiłowań Dominika, rękę tę ucałował.
— Teraz posłuchaj ojcze, mówił dalej Salvator. Nie wiem, czy będziesz kiedy mnie potrzebował, ale na wszystko co najświętsze, na zwłoki tego zacnego człowieka, przysięgam, że to życie, które ci zawdzięczam, twojem jest...
— Przyjmuję, panie, poważnie odpowiedział mnich, chociaż nie wiem kiedy i jak oddałem ci przysługę, o której wspominasz. Ludzie są to bracia zesłani na ten świat, żeby wspierali się wzajem: jak cię będę potrzebował, udam się do ciebie. Imię twoje i adres?
Salvator podszedł do biurka Kolombana, potem napisał imię swe i adres na papierze, który oddał mnichowi.
Dominikan włożył złożony papier w brewiarz, usiadł znów w głowach Kolombana i modlił się.
Dwaj młodzi ludzie wzięli po kolei kropidło namoczone w święconej wodzie, i pokropili prześcieradło okrywające ciało Kolombana; potem uklękli w nogach łóżka i w myśli gorąco się pomodlili.
Kiedy jeszcze klęczeli, wszedł człowiek ubrany w liberję wykazującą w nim służącego w jakimś bogatym domu mieszczańskim.
— Panie, rzekł do mnicha, zdaje mi się, że to was szukam.
— Co chcesz odemnie, mój przyjacielu? zapytał Dominik.
— Mój pan umiera, a ponieważ proboszcz z Vanvres jest nieobecny, prosi przeto, abyście go wyspowiadali.
— Ależ, odpowiedział mnich, ja obcy jestem parafii; młodzieniec ten, przy którym odprawiam modły, był moim przyjacielem, przybyłem tu na list, który od niego otrzymałem, niestety, za późno!
— Panie, odparł sługa, pan mój dla tego głównie kazał cię prosić, że jesteś obcym parafii... On jest w złym, bardzo złym stanie, a pan Pilloy, starszy chirurg, na własne jego zapytanie odpowiedział mu, że jeżeli chce się załatwić, to nie ma czasu do stracenia.
Mnich westchnął i spojrzał na nieruchomego trupa, którego kształty rysowały się pod prześcieradłem.
— Panie, mówił dalej sługa, pan mój kazał cię błagać na Imię Boga, którego jesteś namiestnikiem, ażebyś przybył z całym pośpiechem.
— Obciąłbym jednakże nie opuszczać tego biednego ciała, rzekł mnich.
— Ojcze mój, odezwał się Salvator, zdaje mi się, że winieneś pocieszenie żywym prędzej, niż modlitwę zmarłym.
— Przytem, oświadczył Jan Robert, jeżeli chcesz, ażeby ktoś pobożny i współczujący wielkiemu nieszczęściu, jakie cię spotkało, pozostał tutaj, oto jestem...
— Ojcze, cóż ja odpowiem mojemu panu, nalegał sługa.
— Powiedz mu, że idę za tobą, mój przyjacielu.
— O! dziękuję!
— O kogo mam się pytać?
— O pana Gerarda.
— Ulica i numer?
— O! panie! pierwszy lepszy kogo pan zapyta, wskaże ci dom jego: mój biedny pan jest opatrznością okolicy.
— Możesz już odejść, rzekł mnich.
Służący wyszedł.
— Czy obiecujesz mi pan pozostać tu, aż do mojego powrotu? zapytał Dominik Jana Roberta.
— Zastaniesz mnie ojcze, tam gdzie mnie pozostawisz, rzekł poeta, u nóg tego łoża.
— A jeżeli masz, ojcze, szczególne jakie dla mnie zlecenie, odezwał się Salvator, postaram się zastąpić cię, jak będę mógł najlepiej.
— Przyjmuję twoje gorliwość, panie; wszak powiedziałeś mi, że mogę rozrządzać tobą?
— Bardzo proszę!
— Kolomban zlecił mi czuwać nad tem, ażeby ciało jego złożone było przy zwłokach tej, którą kochał. Opatrzność zrządziła, że jeden jest tylko trup, mego przyjaciela. Co większa, zwłoki te powinny być jak najspieszniej usunięte z przed oczu biednej Karmelity, postanowiłem więc dziś jeszcze o godzinie czwartej odjechać do Bretanii... Mieszka tato ojciec; ma on prawo do zwłok syna i do moich pociech...
— O godzinie czwartej, na skraju miasteczka, ojcze mój, ciało zamknięte w dębowej trumnie, po dopełnieniu wszystkich formalności czekać na ciebie będzie na wozie pocztowym. Usiądziesz przy niem i pojedziesz.
— Jestem ubogi, rzekł mnich, a to co mam, zaledwie mi wystarcza na moją osobistą podróż, jakże więc będę mógł...
— Bądź spokojny, ojcze, przerwał Salvator, koszta podróży opłacone będą za powrotem.
Mnich zbliżył się do łóżka, podniósł prześcieradło, pocałował Kolombana w czoło i wyszedł.
W pięć minut potem wszedł pan Jackal. Zbliżył się do obu młodzieńców, wyciągnął na swych krzywych nogach, pokiwał się przez chwilę z rękami w kieszeniach, potem zwracając się głównie do Jana Roberta:
— Pan jesteś poetą, zapytał.
— To jest, tak mówią.
— Jako poeta wierzysz zapewne w opatrzność?
— Tak, panie, śmiało i otwarcie wyznaję to.
— O! rzeczywiście, potrzeba ci ku temu śmiałości! rzeki pan Jackal dobywając z kieszeni tabakierkę, i wciągając dwa lub trzy szalone niuchy.
— Z jakiego powodu mówisz pan o tem?
— Z powodu tego listu.
I wydobył z kieszeni list, który ukazał Janowi Robertowi, nie podając mu go jednak.
— Co to za list?
— To list, który przybył wczoraj wieczór, rzekł pan Jackal, na którym starannie napisano dwa wyrazy: bardzo pilno; roznosiciel oddał go na skraju miasteczka Nanecie, a ogrodniczka Nanetta zabrała z sobą w kieszeni do Paryża, a gdyby był przeczytany wczoraj wieczór przez tego do kogo był adresowany, byłby uczynił dwoje szczęśliwych, zamiast jednego trupa i jednę zrozpaczoną! Czytaj pan!
I podał list Janowi Robertowi.
Ten rozwinął go i przeczytał.
„Mój kochany Kolombanie, moja kochana Karmelito! Wszak prawda, że będziecie bardzo uradowani, bardzo szczęśliwi, kiedy zobaczycie przybywający ten list od waszego przyjaciela Kamila Różana, zamiast jego samego we własnej osobie? Słyszę ztąd jak już wołacie: „O! ten dobry, ten poczciwy Kamil!“
Posłuchajcie, moi drodzy, co mi pisze jeden z moich współziomków, któremu niegdyś wspominałem o zamiarze ożenienia się z tobą, Karmelito:
Mój kochany Różanie, Karmelita i Kolomban żyją jak dwie turkawki, nigdy się nie rozłączają ani na chwilę; nietylko się kochają, ale więcej powiem, uwielbiają się! Sądzę, że bardzobyś im szyki popsuł, wracając. Pokaż się więc wielkim, jak Aleksander, który ustąpił Apellesowi kochankę swoję Kampaspę. Nie powiem ci: „Ustąp Kolombanowi swą kochankę Karmelitę;“ ale ci powiadam: „Nie rozłączaj dwóch serc, które niebo stworzyło jedno dla drugiego!“
Oto co mi pisze mój współziomek, kochany Kolombanie.
Owóż, jest jedna rzecz, o której ja wiedziałem już, mój przyjacielu: to, że ty kochałeś Karmelitę; jest druga rzecz, której dowiedziałem się teraz dopiero, że Karmelita kocha ciebie; jest nareszcie trzecia rzecz, którą ty mi powiedziałeś i której ja wierzę, że prędzej byś umarł, niż zdradził przysięgę jaką mi wykonałeś, że czuwać będziesz nad Karmelitą, jak nad siostrą. Ja nie chcę, ażebyś ty umierał, mój biedny Kolombanie! i dlatego zwracam ci słowo, jak również Karmelicie.
Bądź więc szczęśliwy, Kolombanie! a jeżeli ciężyła ci twoja ofiara, odbierz za nią nagrodę największą, jaką ci dać mogę, gdyż ja dopiero w chwili stanowczego rozłączenia się z Karmelitą czuję całą miłość, jaką jeszcze dla niej miałem.
Ponieważ tedy trzeba mi było zgasić tę miłość, a pomiędzy jej i mojem sercem stawić zaporę nieprzełamaną, przeto ożeniłem się wczoraj wieczór, a dziś zrana piszę do was w małżeńskim pokoju.
Żegnam cię więc, kochany Kolombanie; żegnam cię, Karmelito! Życzę wam całego szczęścia na jakie zasługujecie, wyznając pokornie mą słabość, rzekłbym prawie nikczemność, gdybym nie był pewien, że wieść ta przejmie was oboje radością... a szczególniej Karmelitę. Wasz przyjaciel

Kamil de Rozan“.

— I cóż, rzekł pan Jackal odbierając list, co o tem mówisz, panie Janie Robercie?
— Mówię, że to jest rozdzierające! odpowiedział młodzieniec.
— I niemniej wierzysz w Opatrzność?
— Wierzę.
— Czy chcesz, panie Janie Robercie, zapytał pan Jackal nos zapychając tabaką, ażebym ci powiedział, co to jest Opatrzność?
— Bardzo mi będzie przyjemnie, tembardziej, że z góry daję temu wiarę.
— Otóż, Opatrznością, mój kochany panie, jest dobrze urządzona policja. Jedżmy teraz do Wersalu zobaczyć, czy znajdziemy narzeczoną bakałarza.
A teraz, gdyby nas przypadkiem czytelnik zapytał głośno, o co Jan Robert zapytał Salvatora pocichu, gdy go razem z naczelnikiem policji wyprawiał do Wersalu, a sam pozostawał przy zwłokach Kolombana; gdyby nas przypadkiem, powiadamy, czytelnik zapytał: „Jakim sposobem pan Jackal mógł o w pół do ósmej zrana być uwiadomionym o wypadkach zaszłych w Bas-Meudon, pomiędzy północą a piątą zrana?“ odpowiedzielibyśmy:
Istniała wtedy instytucja, zwana „czarnym gabinetem“. Było to miejsce, gdzie kilkunastu urzędników zajmowało się tajemnie odpieczętowywaniem listów składanych na poczcie i czytaniem ich wpierw niż ci, do których były adresowane.
Dziś nie istnieje „czarny gabinet;“ rzeczy odbywają się otwarcie.
Pan Jackal skutkiem posłuchów obiegających o potrójnym spisku, republikańskim, orleanistowskim i napoleońskim, od dwóch miesięcy nie wzdrygał się w chwilach wolnych odbywać funkcję prostego urzędnika, tym sposobem pan Jackal spędził noc na odpieczętowywaniu i odczytywaniu listów.
List Kolombana do Dominika wpadł mu w ręce. Było to o wpół do piątej zrana mniej więcej.
Pan Jackal wsadził natychmiast na konia agenta i kazał mu pędzić co tchu do Bas-Meudon. Pan Jackal utrzymując, że Opatrznością jest dobrze urządzona policja, spodziewał się, że jego posłaniec przybędzie na czas, on jednak przybył w chwili, gdy inni już dostali się do pawilonu Kolombana, a więc przybył zapóźno.
W powszechnym zgiełku nie zwrócono uwagi na tego agenta. On spostrzegł list adresowany do panny Reginy de Lamothe-Houdan, do panny Lydii de Marande i do panny Fragoli Ponvoy: wziął ten list i zaniósł do pana Jackala, który przeczytał go, równie jak list adresowany do Dominika, potem rozkazał wziąć świeżego konia i odwieść list na miejsce.
To też właśnie uczynił agent pana Jackala, kiedy dwaj młodzieńcy spostrzegli tego ostatniego w rozmowie z człowiekiem czarno ubranym, którego koń przywiązany był do drzwi karczmy. Pan Jackal mówił mu po cichu, że może pójść spać, a prefekt policji nie zapomni jak on rozumnie i prędko spełnił otrzymane zlecenia.

XVIII.
Filantrop wiejski.

Widzieliśmy jak odszedł brat Dominik, który wezwany do łoża pana Gerarda, udał się do zacnego człowieka chorego tak mocno, że całe miasteczko i okolica drżały z niepokoju.
Bo też pan Gerard był filantropem w całem tego słowa znaczeniu. Przytoczmy co o nim opowiadano.
Pan Gerard, było to rzeczą niezaprzeczoną, był najbogatszym z mieszkańców Vanvres i okolicy; nikt nie znał cyfry jego dochodów, a gdy zapytywano o to jakiego wieśniaka, odpowiadał nieodmiennie:
— Pan Gerard tak jest bogaty, że sam nie wie ile ma.
Mówiono, że dawniej mieszkał około Fontainebleau, w pysznej posiadłości, którą zaniedbał z powodu nieszczęść, jakie go tam dotknęły.
Był dawniej opiekunem dwojga prześlicznych dzieci, które przepadły gdzieś bez wieści, że nikt i nigdy o nich nic się dowiedzieć nie mógł; był kochankiem kobiety, którą uwielbiał, a zastał ją raz wracając do domu, zagryzioną przez psa z Nowej Ziemi, który prawdopodobnie dostał był wścieklizny, choć nikt tego nie przypuszczał.
Tyle przerażających nieszczęść, które każdego innego człowieka przejęłyby wstrętem do ludzi, w nim przeciwnie, wzmogły cnoty chrześcijańskie, które doprowadzał do najwznioślejszego punktu miłosierdzia i poświęcenia, a które uczyniły go wzorem filantropów i bożyszczem ludności.
Było to około roku 1822, kiedy przybył pierwszy raz do Vanvres, z zamiarem osiedlenia się. Obejrzał wiele domów będących do sprzedania, lecz żaden mu się nie podobał, nareszcie kupił ten, w którym mieszka obecnie. Zrazu nie chciano mu go sprzedać, ale pan Gerard ofiarował tak wysoką cenę, że właściciel lubo wystawił go dla siebie, zgodził się na odstąpienie.
Od tego czasu, pan Gerard zamieszkał w Vanvres i żył zarazem jak święty i jak książę: jak święty, z powodu jałmużn, które rozsypywał dokoła.
Jakoż od przybycia jego, Vanvres weszło na drogę takiej pomyślności, że niebawem stało się jednem z najbardziej kwitnących miasteczek w okolicach Paryża. Nie było też ani jednej chaty, w którejby imię tego zacnego męża nie było czczone i błogosławione.
Opowiadano o nim takie naprzykład rzeczy: Cieśla pracujący na dachu jego domu, spadł z rusztowania i złamał nogę. Zamiast odesłać do szpitala, pan Gerard zabrał go do siebie i nietylko jego, ale żonę i dzieci. Wezwał chirurga z Meudon, pana Pilloy, polecił biedaka jego staraniom, oświadczając, że koszta bierze na siebie. Powrót do zdrowia trwał trzy miesiące a przez ten czas cieśla otoczony staraniami, jak gdyby był bratem, a żona i dzieci żywione jakby należały do rodziny, pozostawały u pana Gerarda, z którego domu wyszli unosząc liczne oznaki jego dobroczynności.
Innym razem, chłopka zbierając drzewo w lesie Meudon, znalazła sześciomiesięcznego chłopca, który krzyczał i płakał leżąc na kupie suchych liści; węglarka wzięła dziecię, przyniosła do Vanvres i ukazała go oburzonym przeciwko niecnej matce mieszkańcom. Przyniesiono biednego opuszczonego do urzędu; ale mer odpowiedział, że gmina już i tak ma podostatkiem dzieci na swem utrzymaniu. Po tej odpowiedzi powstał w tłumie jeden okrzyk: „do pana Gerarda! do tego zacnego pana Gerarda!“ I tłum rzucił się do mieszkania filantropa, z okrzykiem: „dziecko! dziecko!“
Pan Gerard przechadza! się po ogrodzie i domyśli! się, że tłum zmierza ku niemu, ale snąć wyrazy: „dziecko! dziecko!“ wywarły bolesne wrażenie na jego nerwy, gdyż zastali go siedzącego na ławie w ogrodzie, a blady był bardzo i drżał jak liść. Gdy się jednak dowiedział, że chodzi o sześciomiesięcznego chłopca, wrodzona dobroć, która chwilowo ustąpiła przed uczuciem przerażenia, wystąpiła niebawem. Posłał po mamkę, ułożył się z nią i oznajmił, że zajmie się dzieckiem; położył jednak za warunek, ażeby chłopiec wychowywał się zdała od niego, gdyż strata dwojga ukochanych wychowańców zadała mu ranę w serce, którą widok dziecka rozjątrza. Mamka zabrała chłopca sierotę, na którego utrzymanie hojnie łożył pan Gerard.
Słowem z opowiadania postępków pana Gerarda, możnaby było ułożyć książkę pod tytułem:
„Moralność w czynie.“ Cała okolica powinnaby mu wystawić pomnik. Gmina winną mu była studnię na rynku; przekupnie drogę poprzeczną, o którą dopominali się od lat dwudziestu; kościół naczynia i obraz mistrzowski; mieszczanie zawdzięczali mu kilka domów odbudowanych własnym jego kosztem po pożarze, nadto wybrukowanie ulicy głównej.
To też ksiądz Dominik, którego spotkało kilku mieszczan i towarzyszyło do Vanvres, po tem, co mu o cnotach pana Gerarda opowiadali, zrozumiał niepokój wyryty na twarzach wszystkich, jak gdyby oczekiwali klęski publicznej. Widząc ogólne zmartwienie, brat Dominik zapytał swych przewodników, co to za choroba dręczy pana Gerarda.
— Zapalenie płuc, odpowiedziano.
— Tak, dodał ktoś, i to także dobry uczynek, ma spowodować śmierć sprawiedliwego.
Wtedy na wyścigi wieśniacy jęli opowiadać Dominikowi, jako dwa tygodnie przedtem pan Gerard przechodząc przez park, posłyszał krzyki przerażenia wychodzące ze stawu. Pobiegł z pospiechem w tę stronę.
Kilkoro dzieci nad stawem wołało ratunku, nie śmiejąc podążyć na pomoc jednemu, które wpadło do wody przypadkiem. Pan Gerard biegł spiesznie i był spocony, ale mimo to nie wahał się ani chwili i rzucił się do wody, by wydobyć dziecko. Wydobył je wprawdzie szczęśliwie na ląd, ale sam wrócił blady, drżący a chociaż zmienił ubranie i kazał napalić wielki ogień, chociaż zaraz położył się w dobrze ogrzane łóżko, tego samego dnia dostał gorączki, która go odtąd nie opuściła.
Nareszcie dziś, pan Pilloy oświadczył że nie odpowiada za niego i ze wszelką oględnością uprzedził biednego pana Gerarda, aby jeśli ma uczynić jakie rozporządzenia, to nie odkładał na później.
Pan Gerard, który zapewne nie czuł się tak chorym, zemdlał na tę straszną wiadomość, która wszelako dla tak świętego człowieka, jak on, powinna była być mniej przerażającą, niż dla każdego innego, a odzyskawszy zmysły zażądał księdza.
Pobiegli po proboszcza z Meudon, ale jak wiemy, proboszcz był u chorego gdzieindziej.
Wtedy powiedziano umierającemu, że w miejsce proboszcza z Meudon, może wezwać innego księdza, który przybył do miasteczka w skutek śmierci jednego ze swych przyjaciół.
Pan Gerard posłał natychmiast służącego po księdza Dominika.
Ksiądz, najzacniejsza dusza, zdolny zrozumieć wszelkie poświęcenia, żywo przejęty był opowiadaniem wszystkich tych pięknych i dobrych uczynków; przyspieszył kroku i przybywał ze słowami pociechy.
Powiedziano mu prawdę, mówiąc, że nie będzie potrzebował szukać, bo skoro tylko zobaczyli go mieszkańcy Vanvres, wszystkie ręce wyciągnęły się w kierunku domu pana Gerarda.
— O! księże dobrodzieju, mówiły staruszki, usłyszycie świętą spowiedź, możecie z góry dać rozgrzeszenie temu dobremu panu Gerardowi.
Ksiądz Dominik pozdrowił cały ten tłum, w pośród którego znalazł tak rzadką cnotę, która zwie się wdzięcznością, wszedł do wskazanego domu, i na schodach spotkał znanego już sobie służącego, który rozstawszy się w Bas-Meudon z Dominikiem, pędził co tchu zawiadomić pana o bliskiem jego przybyciu.
Ale wiadomość ta, któraby każdego innego uspokoiła, udawała się przeciwnie, podwajać wzburzenie świętego człowieka; w oczekiwaniu na księdza Dominika, wydawał westchnienia, które tak przeraziły służącego, że zamiast pozostawać w pokoju pana z dozorczynią, poszedł wyglądać Dominika na schodach.
Ksiądz wszedł do komnaty.

XIX.
Spowiedź.

— Panie, oto jest osoba, na którą pan oczekuje, rzekł służący.
Umierający drgnął całem ciałem i wydał bolesny jęk.. Potem, rzekł głosem głuchym: Proś.
Zbliżył się brat Dominik, a wzrok jego pełen zajęcia i szacunku, zagłębił się w alkowę.
W istocie, uczucie jakiego doznawał dla chorego, po tem wszystkiem co o nim słyszał, było pełne uwielbienia i wdzięczności. Jakkolwiek młody, ksiądz Dominik widział tylu złych ludzi, że wdzięcznym był człowiekowi za to, że jest dobrym.
Na poduszce zgniecionej gorączkową bezsennością umierającego, spostrzegł wychudłą, wybladłą, trupią twarz tego, którego cała okolica jednogłośnie nazywała dobrym panem Gerardem.
Zadrżał: oblicze to rożnem było od tego, jakie sobie wyobraził.
Ze swej strony, pan Gerard patrzył na pięknego w surowym stroju, nieznanym we Francji, brata Dominika, który wyglądał jak jakie zjawisko pędzla Zurbarana.
Powitał go skinieniem głowy, potem głosem osłabionym, rzekł zwracając się do dozorczyni:
— Marjanno, daj mi pić i zostaw mnie z ojcem duchownym.
Dozorczyni podała panu Gerardowi filiżankę ziółek.
Wypił trochę i z wysilenia upadł na poduszkę, zwracając drżącą ręką filiżankę dozorczyni.
Odebrała ją i widząc, że pozostało jeszcze trzy czwarte napoju:
— Wypij pan do końca, rzekła, podając panu Gerardowi resztę, z gestem właściwym płatnym dozorczyniom, z gestem wszystkich tych najemnic, tworzących rodzaj oprawców przeznaczonych do mordowania chorych.
— Dziękuję Marjanno, dziękuję, odezwał się pan Gerard, odpychając rękę dozorczyni, proszę cię tylko, żebyś zapuściła firanki i wyszła... Razi mnie blask.
Marjanna zasłoniła okna; mrok zaległ w komnacie oświeconej tylko lampką nocną.
Przez ten krótki przeciąg czasu pomiędzy wejściem Dominika a zapuszczeniem zasłon, młody ksiądz wpatrywał się w tę twarz tak niepodobną, jak powiedzieliśmy, do fizjognomji, jaką obiecywał sobie zobaczyć.
Brat Dominik był obdarzony zdolnością badania fizjognomji, jaką posiadają księża i lekarze. Według tego, co opowiadano o panu Gerardzie, brat Dominik wyobrażał sobie z góry twarz zgodną z wysokiemi przymiotami, jakie w nim chwalono. Przygotował się tedy ujrzeć człowieka o szerokiem czole, siedlisku instynktów wzniosłych; o śmiałem oku wypukłem, oznace dobroci; o nosie prostym, oznace siły; o nieco grubych wargach znaku miłości bliźniego. Co do wieku, nie pytał się i nie obchodziło go to; zdawało mu się, że dobrzy są pięknymi i że ponieważ starość nawet ma swoją piękność, przeto i pan Gerard pięknym będzie. Tymczasem na widok pana Gerarda, wszystko stało się dla księdza zawodem. Był to człowiek pięćdziesięcio-pięcio-letni, z czołem niskiem i wąskiem, z oczyma małemi, zapadłemi, barwy ciemno-szarej, które znikały czasami, pod drgającą i zaczerwienioną powieką czy to skutkiem obecnej bezsenności, czy dawnych nadużyć. Brwi gęste i siwiejące łączyły się na linji nosowej i tworzyły nad okiem łuk rozwinięty; nos zakrzywiony, szczupły, usta wielkie z blade mi i płaskiemi wargami, czyniły tę twarz podobniejszą do sępa, niż do ludzkiego oblicza.
Jakkolwiek choroba mogła tę twarz zmienić, nie trudno było się domyśleć czem była, gdy posiadała wyraz zdrowia. Fizjognomista taki jak ksiądz Dominik, uderzony został niskością duszy i podłością serca, jaką znamionowała całość tej fizjognomji.
Po za pewną pospolitą dzikością, właściwą drapieżnemu ptakowi, do którego porównaliśmy pana Gerarda, odznaczała tę fizjognomję nędzna powolność i nikczemna uległość woli istoty jakiejbądź, byle wyższą była pod moralnym i fizycznym względem; był to rodzaj wrodzonego usposobienia do przyjęcia poddaństwa, w jakiejkolwiekby ono przedstawiło się formie.
Czuć było, że człowiek ten, jeśli jego zwierzęce i samolubne instynkty nie zostały widocznie narażone, nie miał najmniejszej odwagi i był tchórzem w całem podłem znaczeniu tego wyrazu.
Nie był on zapewne brzydszym niż inni, ale brzydota jego była jakąś szczególną, jemu tylko właściwą, „sui generis, “ że się tak wyrażę.
W tej chwili wyrażała ona przestrach w sposób najbardziej odpychający.
Widok umierającego zazwyczaj jest rozrzewniającym. Owóż, widok tego człowieka, choć bliskiego grobu, zamiast rozrzewniać, wzbudzał wstręt nieprzezwyciężony. Gdyby to był człowiek sprawiedliwy, za jakiego podawał go głos publiczny, to wypadało zwątpić o wszystkiem, bo gdyby Bóg pozwolił, żeby uczciwi nosili taką maskę, to po jakimż znaku możnaby było poznać zbrodniarzy?
To też ksiądz zatrzymał się zdumiony przed tym ohydnym typem służalstwa.
Domyślił się wrażenia zacny ten człowiek, któremu zdawało się, że nosi na czole odbłysk szlachetnych cnót swego serca, a Dominik pełen zniechęcenia siadając przy łożu opuścił głowę na piersi. W postawie tej, daleki już od myśli, że podać ma rękę duszy białoskrzydłej, zdawał się prosić Pana o siłę do wysłuchania spowiedzi złego człowieka i do walki z szatanem o duszę z góry potępioną. Nareszcie, ponieważ umierający zamiast odezwać się do niego, jęczał tylko i płakał, przeto brat Dominik przemówił pierwszy.
— Wzywałeś mnie, bracie?
— Tak.
— Słucham cię więc.
Umierający spojrzał na księdza z obawą, która gasnące jego oczy podwójnym rozświeciła płomieniem.
— Jesteś bardzo młodym, mój bracie, zauważył.
Ksiądz wstał, ustępując pierwszemu wrażeniu wstrętu.
— Nie ja to sam się nastręczałem, rzekł.
Ale chory, żywo wydobywszy rękę z pod kołdry, zatrzymał go za suknię.
— Nie, zawołał, pozostań!... Chciałem powiedzieć, że w takim młodym wieku może niedość jeszcze zastanawiałeś się nad ciemną stroną życia, by odpowiedzieć na zapytania, jakie ci mam uczynić.
— Cóż ci mogę rzec na to? odezwał się ksiądz. Jeżeli pytać będziesz z wiarą, odpowiem ci z wiarą, jeżeli pytać będziesz mojego rozumu odpowiem ci także.
Nastała chwila milczenia, podczas której ksiądz stał.
— Usiądź, ojcze mój, mówił dalej pan Gerard, na imię nieba nie gorsz się pytaniami, jakie ci zadawać będę, a nadewszystko przyrzecz mi, że mnie nie opuścisz, dopóki nie wysłuchasz całej spowiedzi... Dosyć, gdy choć jedno serce będzie zachowawcą podobnej tajemnicy.
— Słucham, rzekł ksiądz.
— Ty znasz lepiej odemnie dogmaty Kościoła, do którego należysz, mój ojcze... Pan Gerard zatrzymał się. Potem po chwili wahania: Ojcze mój, zapytał, czy ty wierzysz w przyszłe życie?
Ksiądz patrzał przez chwilę na umierającego z wyrazem graniczącym z pogardą.
— Gdybym nie wierzył w przyszłe życie, rzekł, czyżbym w tem życiu przywdział sukienkę, którą noszę?
Pan Gerard westchnął, Dominik w samej rzeczy dał mu dowód rozciągłości swej wiary.
— Tak, rozumiem, rzekł, ale czy wierzysz mój ojcze, że w przyszłym życiu człowiek znajduje nagrodę za cnotę i karę za zbrodnie?
— Bez tego, na cóżby się ono przydało?
— A czy wierzysz ojcze, pytał dalej chory, że spowiedź koniecznie potrzebną jest do odpuszczenia grzechów i że przebaczenie Boskie nie może zstąpić na grzeszną głowę inaczej, jak tylko za pośrednictwem jego namiestnika?
— Kościół zapewnia nas o tem.
— Zdawało mi się, podjął umierający, że w razie doskonałej skruchy...
— Zapewne, odpowiedział Dominikanin z wyraźnem wstrętem do prowadzenia dalej tej rozprawy teologicznej, zapewne, pod nieobecność Bożego sługi, doskonała skrucha może zastąpić rozgrzeszenie.
— Takim sposobem, człowiek, który mą doskonałą skruchę...
Ksiądz spojrzał na umierającego.
— Który ma... lub któremu zdaje się że ma?...
Pan Gerard zamilkł.
— Któryż to grzesznik może chełpić się, że ma skruchę doskonalą, zapytał Dominikanin, któryż z upadłych może utrzymywać, że żal jego wolny jest od bojaźni, wyrzut pozbawiony przestrachu? Któryż umierający powiedzieć może: „Gdyby jutro Bóg oddał mi dni, które mi liczy, godziny, które mi zabiera, dnie te i godziny byłyby użyte na naprawienie zła, które popełniłem?“
— Ja, ja! zawołał umierający, ja to powiedzieć mogę!
— A więc, powiedział ksiądz, nie jestem tu potrzebny.
I wstał po raz drugi.
Lecz ruchem prędkim jak myśl, wyschła ręka pana Gerarda przyczepiła się do sukni mnicha, a głos szeptał:
— Nie, nie, pozostań ojcze!... Ja kłamię samemu sobie; to nie żal, to nie wyrzut odzywa się przeze mnie, to przestrach! Ja potrzebuję przebaczenia ludzi, nim stanę przed obliczem Boga!... Pozostań więc, ojcze, błagam cię!
Dominik usiadł znów z rezygnacją.
— Jestem tu od tego, ażeby spełniać wolę twoją nie swoją, odpowiedział, inaczej, Bóg mi świadkiem, że odszedłbym natychmiast. Mówisz o przestrachu; owóż, nie wiem dla czego, ale przestrach, którego ja doznaję słuchając cię, wyrównywa prawie temu, który tamuje twoje wyznanie.
— Ojcze, zapytał chory, czy sądzisz, że jestem tak bliskim śmierci, jak powiadają?
— Lekarza, a nie mnie trzeba o to zapytać.
— Zdaje mi się, że mam jeszcze siły i mogę czekać... odezwał się chory wahająco. Czy nie mógłbyś powrócić jutro... albo dziś wieczór?
— Może ty możesz czekać, ale ja powrócić nie mogę: mam smutną do spełnienia powinność; za dwie godziny wyjeżdżam do Bretanji.
— A! wyjeżdżasz... opuszczasz Paryż... za dwie godziny?
— Tak.
— Na długo?
— Jak się Bogu podoba, jadę pocieszać ojca po stracie syna.
— To lepiej, mruknął chory, że się tak stanie... Tak, to sam Bóg cię tu przysyła... Odjeżdżasz, nieprawdaż? odjeżdżasz niezawodnie?
— Chybaby Bóg pozwolił, aby umarły, któremu towarzyszyć mam, powrócił do życia.
— A pewnym jesteś, że cud ten nie nastąpi?
Serce Dominika ścisnęło się okropnie, trwogi i wahania tego człowieka, w ten sposób się objawiające, przejmowały go niewymowną odrazą.
— Niestety, rzekł, jestem tego pewnym.
I poczciwy ksiądz przeciągnął chustkę po oczach aby otrzeć łzy, rad, że się może schronić niejako we własnej boleści, aby uniknąć samolubnej trwogi człowieka, który nie spostrzegając tych łez, mówił jakby do siebie:
— Tak, tak, to lepiej... On wyjeżdża za dwie godziny, opuszcza Paryż, może nie wróci nigdy... kiedy proboszcz z Meudon pozostaje.
Ostateczne więc czyniąc wysilenie:
— Posłuchaj mnie, ojcze, rzekł, opowiem ci wszystko...
I z westchnieniem opuszczając głowę na ręce, umierający zdawał się namyślać.
Mnich oparł się łokciem o fotel, na którym siedział.
Chory rozpoczął głosem słabym, wciąż głowę trzymając w dłoniach, a mnich, przy pierwszych wyrazach tej dziwnej spowiedzi, odsunął fotel od łóżka, jak gdyby obawiał się dotknięcia tego nędznika, jak gdyby chciał uniknąć zbrukania przez same zbliżenie przymusowe.

XX.
Gerard Tardieu.

Pierwsze jednak wyrazy umierającego nie miały nic nadzwyczajnego. Chory rozpoczął w ten sposób:
— Owdowiałem w trzydziestym roku życia, a pierwsze małżeństwo nabawiło mnie tylu kłopotów, iż poprzysiągłem sobie, że drugi raz się nie ożenię. Jedynym krewnym moim był starszy brat, który wyszedłszy z domu w roku 1795 udał się do Tulonu i siadł na okręt odpływający do Brazylji. Nie chciało mu się być żołnierzem, nie podobała mu się praca na roli, a do handlu miał wstręt; marzył tylko o podróżach i przygodach, a dalekie kraje zdawały mu się ziemią obiecaną. Pierwszeństwo dawał Brazylii, udał się zatem do Rio-Janeiro, zabrawszy z sobą niewielką sumę pieniędzy, nie przechodzącą trzech tysięcy franków.
Odebrałem od niego trzy tylko listy. Pierwszy w roku 1801, w którym donosił mi, że zrobił majątek i namawiał, ażebym do niego przybył. Ja zaś miałem odrazę do morza, więc odmówiłem. W roku 1806 odebrałem od niego drugi list, pisał mi, że stracił wszystko i że dobrze uczyniłem pozostawszy we Francji. Jedenaście lat potem nie miałem o nim wiadomości, pośrednio, ani bezpośrednio. Nareszcie w roku 1817 znowu napisał: było to trzeci raz od wyjazdu, a wyjechał przed dwudziestu dwoma laty! Odzyskał majątek, który dochodził do kilku miljonów; ożenił się i miał dwoje dzieci; oznajmił mi, że wkrótce powróci, a nie miał, pisał mi, droższego życzenia, będąc teraz panem miljonowym, jak powrót do ojczyzny i zamieszkania razem ze mną. Jakoż w czerwcu 1817 roku przybył do Paryża i odebrałem od niego bilecik, w którym zaklinał mnie, ażebym bezzwłocznie do niego pospieszył.
W przejeździe utracił żonę; był w rozpaczy, i tylko moja braterska przyjaźń mogła złagodzić jego cierpienie. Ja sam bardzo pragnąłem zobaczyć brata, dla którego mimo różnicy wieku i długą nieobecność, zachowałem czułość młodzieńczą. Zaraz więc po otrzymaniu listu, postanowiłem wyjechać i pożegnałem moich przyjaciół w Vic-Dessos.
Na te słowa mnich podniósł głowę.
— W Vic-Dessos! rzekł, pan mieszkałeś w Vic-Dessos, departamencie Ariege?
— Tam się urodziłem, odpowiedział umierający. Opuściłem to miasteczko jedynie dla wyjazdu do Paryża; o bodajem go był nigdy nie opuszczał!
Mnich zwrócił na umierającego wzrok ciekawy, nie wolny od pewnego niepokoju, ale Gerard nie zważał na to i mówił dalej:
— Po ośmiu dniach podróży przybyłem do Paryża i zastałem brata mojego Jakóba, tak zmienionego, żem go nie poznał. On, przeciwnie, poznał mnie od razu i uściskał z takiem uniesieniem, że dziś jeszcze wspomnienie to łzy mi wywołuje. Byłoby to dla mnie straszną męczarnią, gdybym miał na wieki wieków czuć na mojej twarzy jego pocałunki serdeczne.
Umierający przetarł chustką czoło potem oblane i przez kilka chwil zdawał się pogrążony we wspomnieniach.
Dominik patrzał na niego przez ten czas z wzrastającą — ciekawością: widocznem było, że chciał przemówić, zapytać go o coś, wybadać, ale głos jakiś wewnętrzny wstrzymywał go i radził czekać jeszcze.
Pan Gerard poprosił mnicha, ażeby mu podał flakonik z solami, stojący na stoliku przy łóżku, a powąchawszy kilka razy, mówił dalej:
— Biedny Jakób był tak blady, chudy i wynędzniały, jak ja teraz; można było mniemać, że jak ja w tej chwili, tak on wtedy krok tylko jeden miał do grobu... Opowiadał mi o śmierci żony ze łkaniem, świadczącem o wielkiej boleści, potem zawołał dzieci, by mi pokazać to, co mu po niej pozostało. Było to dwoje cudnie pięknych dzieci, starszy, chłopiec świeży, rumiany, jak matka, był blondynem; córka brunetka o bladej cerze i wspaniałych włosach. Dziewczynka mianowicie była piękną, z cerą ozłoconą słońcem Brązylji, jak winogrona naszego kraju. Miała ona cztery lata: imię jej było Leonja; chłopiec miał lat sześć, nazywał się Wiktor. Rzecz dziwna, którą w tej chwili dopiero przypominam sobie, oboje na mój widok zdawali się wystraszeni i nie chcieli mnie pocałować. Daremnie Jakób powtarzał: „Ależ to mój brat! wasz stryj!“ Dziewczynka zaczęła płakać, a chłopiec uciekł do ogrodu. Ojciec tłomaczył je przede mną. Biedny Jakób! przepadał za swemi dziećmi, a raczej miłość jego dla nich dochodziła do szaleństwa; nie mógł patrzeć bez łez na sierotki, tak mu przypominały matkę, chłopiec rysami, córka charakterem. Z tego wynikło, że dzieci te, mimo ogromnej miłości jaką miał dla nich, tyle mu prawie sprawiały udręczenia ile radości, a gdy zbyt długo patrzył na nie, odzywał się głuchym głosem do dozorczyni: „Wyprowadź je, Gertrudo!“ Bardzo kochałem brata, stan jego żywo mnie niepokoił. Oprócz boleści, która go trapiła, z której jednak z czasem miłość dzieci i moje starania byłyby go wyleczyły, podlegał co rok pod jesień jakiejś febrze bagnistej, której nabawił się podczas podróży do Meksyku i nigdy odtąd zupełnie pozbyć się jej nie mógł i z nową siłą napastowała go od powrotu do Francji. Radziliśmy się najznakomitszych lekarzy paryskich, lecz nic pomódz nie mogli na chorobę płuc; polecili tylko bratu mojemu mieszkanie na wsi. Jest to zwykła rada dla tych, którym nic już pomódz nie jest wstanie. Ja sam widziałem na twarzy Jakóba ślady, jakie na niej każdy dzień pozostawiał; wieczorem bywał bledszy i słabszy niż rano; rano znów gorzej zwykle wyglądał, niż wczoraj... Zacząłem szukać domu wiejskiego, i raz wracając z Fontainebleau, spostrzegłem blisko Cour-de-France, o trzy mile od Paryża, ogłoszenie o sprzedaży wielkiego domu położonego w Viry...
— W Viry-Sur-Orge? przerwał ksiądz z tą samą intonacją z jaką wymówił: „w Vic-Dessos“, i wpatrując się w umierającego coraz więcej badawczo.
— Tak, w Viry-sur-Orge, powtórzył pan Gerard. Znasz, księże, tę miejscowość?
— Ze słyszenia; nie mieszkałem tam, nigdym nawet nie widział tej okolicy, odpowiedział ksiądz głosem nieco zmienionym.
Ale chory zanadto był zajęty własnemi myślami, by uważać, jakie opowiadanie jego budziło wspomnienia w słuchaczu.
Mówił więc dalej:
— Viry-sur-Orge leżało o jakie pół godziny drogi od miejsca, w którem się znajdowałem; pojechałem tedy do tej miejscowości i niebawem stanąłem przed domem, a raczej przed zamkiem, który później miał do mnie należeć.
Z kolei, ksiądz otarł czoło chustką. Zdawało się, że każdy okres opowiadania chorego, budził w pamięci jego odległe wspomnienia, jakby senne widziadła, którym napróżno starał się dać pozór rzeczywistości.
— Do domu dochodziło się, mówił pan Gerard, długą aleją topolową, a przeszedłszy przez przedpokój i jadalnię, wychodziło się po drugiej stronie na ogromny kamienny ganek z wysokości którego rozciągał się przed oczyma zdumionego widza obraz rzeczywiście czarujący. Był to park otoczony odwiecznymi dębami, odbijający się w pięknem i głębokiem jeziorze, które nocą wydawało się obszernem zwierciadłem srebrnem; wybrzeża tego jeziora okryte były trzciną i roślinami wszelakiej barwy i woni. Zwiedziłem dom; wnętrze godnem było powierzchowności. Był to słowem, stary zamek, umeblowany według najświeższej mody i zaopatrzony we wszelkie możliwe wygody. Oprowadzała mnie po zamku kobieta, będąca w służbie u poprzedniego właściciela. Spadkobiercy byli liczni, sprzedawano więc ten zamek dla podziału sukcesji. Kobieta owa nie miała w obec nieboszczyka charakteru ściśle określonego. Mianowała się jego „zaufaną“ i mówiono w okolicy, że odziedziczyła po zmarłym całą gotówkę, jaka znajdowała się w domu. Miała około lat trzydziestu; wysoka, dobrze zbudowana, w spojrzeniu, w kształtach i w obejściu, miała coś męzkiego, co mnie zrazu zrażało. Na wypadek gdybym, czy to w swojem czy cudzem imieniu kupił zamek, ofiarowała mi się pozostać w tym samym charakterze, jak poprzednio, a nawet jako prosta służąca. Powiedziałem jej, że działam nie w swojem ale w brata imieniu, że sam jestem tak ubogim jak brat mój bogatym, dodałem tylko, że obawiam się, ażeby brat mój nie przestał wkrótce używać swych bogactw. Zachwalała mi zdrowe powietrze okolicy, sąsiedztwo Paryża, a nadewszystko umiarkowaną cenę rezydencji, którą można dostać za sto dwadzieścia tysięcy franków, a nawet może za sto, gdyby nabywca zaraz zapłacił gotówką, spadkobiercom bowiem pilno było podzielić się sukcesją. Brat mój był dosyć na to bogaty, a posiadłość ta zupełnie dla niego była odpowiednią, przyrzekłem więc Orsoli Poutaé użyć wpływu na umysł brata, ażeby ten zamek kupił, po wtóre, ażeby ją przy sobie zatrzymał. Opowiadam ci długo o tej kobiecie księże, z powodu okropnego wpływu, jaki miała na moje życie. Zaledwie opuściłem ją, a już sam zdziwiłem się, że przyrzekłem jej wstawienie się do brata; wrażenie, jakie uczyniła na mnie, powtarzam, było raczej odpychające, niż sympatyczne. Ale za to posiadłość tak mi się cudnie piękną wydała, takem ją bratu zachwalił, że dał mi zupełne pełnomocnictwo do traktowania, a w tydzień potem nabyłem ją w jego imieniu za sto tysięcy franków. Instalacja odbyła się zaraz w dniu wypłaty pieniędzy u notarjusza w Corbeil. Służba nasza składała się z ogrodnika, lokaja, kucharki i służącej do dzieci. Był prócz tego młody pies, rasy mieszanej, w połowie z góry św. Bernarda, w połowie z Nowej-Ziemi, którego właściciel hotelu, gdzie brat mój mieszkał w Paryżu, odstąpił mu na prośbę dzieci; bawiły się z nim bowiem od rana do wieczora i nie chciały się z nim rozłączyć. Dzieci nazwały go „Brezyl,“ na pamiątkę ziemi, w której się urodziły. Na moję insynuację, do składu służby dołączono Orsolę. Tegoż samego dnia postąpiła ona względem wszystkich tak, jak poprzednio względem mnie, to jest pokazała bratu memu zamek szczegółowo, umieściła każdego we właściwym apartamencie lub na właściwym posterunku i od pierwszej chwili, pod maską pokory, zajęła stanowisko kobiety zaufanej, takie same, jakie zajmowała przy dawnym panu. Nikt wreszcie nie miał nic przeciw porządkowi rzeczy, jaki zaprowadziła; rzekłbyś, że dociekła gustów każdego i do nich się zastosowała. Brezylowi nawet dostała się wspaniała framuga, w której miałby się był za najszczęśliwszego z psów, gdyby nie był z pewnym niepokojem spoglądał na łańcuch przyczepiony do muru, który zdawał się grozić jego wolności na przyszłość. Wszystko tak było w tym domu zaopatrzone, że życie od pierwszego dnia stało się łatwem i wygodnem. Przepędziliśmy tam koniec lata, potem jesień. Była mowa o powrocie do Paryża na zimę, ale Jakób wołał wieś ze wszystkiemi jej nieprzyjemnościami, które wreszcie znikły przy pomocy wielkiego majątku. Dociągnęliśmy tak do lutego 1818 roku, a stan mojego biednego brata pogorszał się z dnia na dzień. Pewnego rana zawołał mnie do swego sypialnego pokoju, odesłał dzieci, a gdy zostaliśmy sami:
— Mój kochany Gerardzie, rzekł, jesteśmy mężczyźni, powinniśmy zatem jako tacy mówić, a nadewszystko działać.
Siedziałem przy jego łóżku i domyślając się o co idzie, próbowałem go uspokoić co do zdrowia, ale on, podając mi rękę:
— Bracie, odezwał się, czuję, że życie moje uchodzi i nie żałowałbym niczego, skoro śmierć połączy mnie z moją ukochaną, gdyby nie to, że boję się o przyszłość moich dzieci. Wiem, że oddając tobie, powierzam je jakby drugiemu ojcu, ale na nieszczęście, ty nie będąc ojcem, nie możesz stać się nim dla dzieci moich. Dwóch wreszcie rzeczy trzeba przestrzegać u dzieci: rozwoju ciała i rozwoju umysłu. Odpowiesz mi, że chłopaka można umieścić w kolegium, córkę w wybornym klasztorze edukacyjnym; myślałem o tem mój drogi, ale biedne dzieci przyzwyczajone są do kwiatów, lasów, do powietrza wiejskiego, do promieni słonecznych, drżę na myśl zamknięcie ich w tych więzieniach nazywanych pensjami, w komórkach zwanych sypialniami! Przytem, zdaniem mojem, nie ma piękniejszego drzewa nad te, które rośnie na otwartem powietrzu. Proszę cię tedy, kochany Gerardzie, żadnego kolegium, żadnego klasztoru dla moich biednych dzieci!
Skłoniłem się.
— Jak chcesz, bracie, odpowiedziałem, rozkazuj, słuchać cię będę.
— Oddawna już, mówił dalej Jakób, zamierzałem wziąć do nich jakiego nauczyciela, lecz nie wiedziałem tylko kogo wybrać, gdy Bóg, chcąc mi zapewne dać spokój w godzinę śmierci, sprawił, że jeden z moich przyjaciół przybył z odległości dwustu kilkudziesięciu mil, by wyprowadzić mnie z kłopotu.
Rzeczywiście, w przeddzień, jakiś nieznajomy pytał się o Jakóba i nie chciał wymienić swego nazwiska, wprowadzono go do jego pokoju, gdzie siedział z godzinę.
— Chcesz mówić o tym człowieku, który był tu wczoraj? zapytałem.
— Tak, odpowiedział, człowieka tego znam oddawna. Ale jakkolwiek mało go widywałem, mogłem ocenić jego prawość i dobroć, a w kilku razach, gdzie dzielnie nadstawił głowy, mogłem męztwo jego ocenić. Niewielu ludzi natchnęło mnie odrazu sympatją, którąby czas tak usprawiedliwił; oddał mi niegdyś przysługę, za którą wdzięczny mu będę do śmierci...
Młody mnich z wzrastającą uwagą słuchał opowiadania chorego; od niejakiego czasu zdawało się, że opowiadaniu to w jakimś nieznanym punkcie stykało się z nim osobiście.
Pan Gerard mówił dalej:
— Sprawy natury niezmiernie ważnej, interesy dotyczące najwyższej kwestji politycznej tego kraju, sprawy i interesy, które ja znam, ale których mi niewolno zwierzyć nawet tobie, dodał mój brat, zmusiły go dwukrotnie do opuszczenia Francji, a teraz skłaniają go do powrotu i do ukrywania się. Wczoraj prosił mnie, ażebym mu dał schronienie przeciw ścigającym go nienawiściom i podejrzeniom, które zkądinąd zaszczyt mu tylko przynoszą. Bracie, ja temu człowiekowi chciałbym kierunek dzieci moich powierzyć...
Oddech mnicha stawał się coraz bardziej przyspieszonym, coraz częściej Dominik chustką przecierał czoło. Odbywał walkę wewnętrzną, ulegał głębokiemu moralnemu wzruszeniu, do tego stopnia, że aż chory to zauważył.
— Czy słabo ci ojcze? zapytał przerywając opowiadanie, a może ci czego potrzeba? Jeżeli tak, to zadzwoń na Marjannę. Potem głosem cichym dodał: Jeszcze na długo starczy mi, niestety! bo ile mogę, opóźniam straszliwe wyznanie... Miej cierpliwość, ojcze, błagam cię!
— Mów dalej, bracie, odezwał się ksiądz.
— Na czemże to przestałem?... Sam nie wiem już...
— Brat twój wynosił charakter i męztwo swego przyjaciela, tego, którego chciał ustanowić nauczycielem swych dzieci.
— Tak, prawda. Jest to człowiek głęboko uczony, dodał Jakób, znający świat od najwyższych do najniższych warstw; języki starożytne, nowoczesne, historję, sztukę, nauki przyrodnicze, on zna wszystko: jest to żyjąca encyklopedja i gdybym był pewnym, że zostanie przy tobie, aż do pełnoletności moich dzieci, umarłbym prawie bez żalu.
— Czemużby nie miał zostać? zapytałem.
— Dla ważności spraw, które go zajmują, a są takiej natury, że co chwila mogą go odwołać nietylko na lat kilka, ale na zawsze. W każdym razie, gdyby miał rozstać się z tobą, to proszę cię, ażebyś się zajął zastąpieniem go: ma on syna, który sposobi się do stanu duchownego...
— Przepraszam, rzekł Dominik podnosząc się, nie mogę, nie powinienem słuchać dalej spowiedzi twej, panie.
— Dlaczego, ojcze? zapytał pan Gerard głosem zmienionym.
— Dlatego, odpowiedział mnich, głosem niemniej może zmienionym niż chory, dlatego, że pana znam, a pan mnie nie znasz, że wiem kto jesteś, a ty nie wiesz kto ja jestem.
— Ty mnie znasz, księże? wiesz kto jestem? zawołał chory z wyrazem najgłębszej trwogi. To niepodobna!
— Nazywasz się Gerard Tardieu, nie zaś Gerard tylko.
— Tak... ale ty kto jesteś? jak się nazywasz?
— Ja się nazywam Dominik Sarranti.
Chory wydał okrzyk przerażenia.
— Jestem synem, odpowiedział mnich, Kajetana Sarranti, którego oskarżyłeś o zabójstwo i kradzież, a który jest niewinnym, przysięgam!
Umierający podniósł się na łóżku, potem upadł twarzą na poduszkę, głuchy jęk wydając.
— Widzisz więc, rzekł mnich, że byłoby podejściem z mej strony słuchać dalej twej spowiedzi, gdyż zamiast słuchać z miłosierdziem kapłana, słuchałbym z nienawiścią syna, którego ojca ty zbezcześciłeś!
I gwałtownie odepchnąwszy fotel, Dominikanin postąpił ku drzwiom. Ale po raz trzeci uczuł się schwytanym za suknię.
— Nie, nie, nie! zostań owszem! zawołał umierający całą siłą głosu: zostań! Opatrzność cię sprowadziła, zostań! Bóg pozwala, ażebym przed śmiercią naprawił złe, które uczyniłem.
— Chcesz więc tego, rzekł mnich. Bądź bacznym! Bo nie jestem rad temu, trzeba było nadludzkiego wysilenia, aby oznajmić kim jestem i nie nadużywać przypadku, który mnie do ciebie sprowadził.
— Powiedz Opatrzność, bracie! powiedz Opatrzność! powtórzył umierający. O! poszedłbym szukać cię na koniec świata, gdybym wiedział, że cię tam znajdę, by skłonić do usłyszenia wyznania, które pozostaje mi uczynić przed tobą!
— Więc chcesz koniecznie? zapytał powtórnie Dominik.
— Chcę, odpowiedział chory, tak, proszę cię, błagam, tak! chcę!
Mnich cały drżący usiadł w fotelu, i z oczyma wzniesionemi ku niebu mówił:
— Boże mój! Boże mój! co ja mam usłyszeć?

Koniec tomu trzeciego.


I.
W którym pies wyje, a kobieta śpiewa.

Po tem wszystkiem, co odkryło się tak dziwnym zbiegiem okoliczności, musiał brat Dominik czynić mocne wysilenie, ażeby twarz jego nie wydawała wzburzenia, jakie nim miotało.
Powiedzieliśmy już, że postawa, fizjognomia, mowa młodego mnicha, wszystko w nim nosiło cechę głębokiego smutku, który jednak przysłoniętym był i milczącym.
Powody tego smutku, z którym on nie zwierzał się nikomu, ukażą się w ciągu spowiedzi Gerarda Tardieu, a raczej w opowiadaniu ostatnich lat tego człowieka, którego cała osada Vanvres i wszystkie okoliczne wioski nazywały dobrym, uczciwym, cnotliwym panem Gerard.
Zaczął tedy głosem słabym, często przerywanym łkaniem, westchnieniami, jękiem:
— Co się tyczy majątku mojego, prowadził dalej brat mój, podział jest bardzo prosty, i zdaje mi się, że odkąd myślę o śmierci, przewidziałem wszystko. Oto jest kopia mego testamentu, złożonego u pana Henry w Corbeil, daję ci ją, ażebyś przeczytał i zobaczył, azali w nim czego nie ma do dodania lub poprawienia. Sądzę jednak, że nie będziesz miał nic przeciw niemu, gdyż rozporządzenie majątkiem moim jest bardzo łatwe. Zostawiam po milionie każdemu dziecku; żądam, ażeby oprócz wydatku na wychowanie ich i utrzymanie, dochód z tych dwóch milionów zbierał się, aż do ich pełnoletności. Twojej przyjaźni zlecam czuwanie nad tem, mój drogi Gerardzie. Co do ciebie, ponieważ znam prostotę twych upodobań, zostawiam ci do wyboru, albo sumę trzykroć sto tysięcy franków w gotówce, albo też dochód dożywotni, dwadzieścia cztery tysiące franków rocznie. Gdyby ci przyszła chęć ożenić się powtórnie, to z narosłych dochodów dzieci, dobierzesz, albo procent wynoszący sześć tysięcy franków, albo jednorazowo sto tysięcy franków. Gdyby jedno z dzieci umarło, żądam, ażeby pozostałe odziedziczyło po niem wszystko, gdyby zaś umarły oboje...
Na samą tę myśl, głos mojego biednego brata stał się prawie niezrozumiałym.
Gdyby umarli oboje, to, ponieważ nie mają innego krewnego prócz ciebie, zostałbyś ich spadkobiercą. Wszystkim, którzy mi w czemkolwiek byli pomocni, pozostawiam oznaki wdzięczności: to już nie twój kłopot. Uważałem za rzecz niepotrzebną wyszczególniać w testamencie sumy, jakie masz poświęcić na wychowanie dzieci; wydatek ten urządzisz sam, nie skąpo i nie marnotrawnie. Jeden wszelako jest punkt, na który zwrócę twoją uwagę; proszę cię, ażebyś przyjacielowi mojemu Sarrantemu nie płacił mniej jak sześć tysięcy franków rocznie: poświęcenie się ludzi wychowujących dzieci nasze, nigdy zdaniem mojem, nie jest dość wynagrodzone i gdybym był kierownikiem wychowania we Francji, chciałbym, ażeby nauczyciele, spędzający życie całe na kształceniu serca i umysłu nowych pokoleń, byli inaczej wynagradzani, niż lokaje, którzy czyszczą buty bankierów!
Mnich przyciskał chustkę, nie już do czoła, by otrzeć pot, ale do ust, by stłumić łkania.
Ta ostatnia ostrożność Jakóba Tardieu, by nie narazić godności swego przyjaciela, wzruszyła go do głębi serca.
— Gdyby jedno z dzieci umarło, mówił dalej chory, wciąż wyrażając ostatnią wolę brata, to sto tysięcy franków z majątku zmarłego otrzymać ma Sarranti; jeżeli oboje, to dwieście...
Dominik wstał i rzucił się na fotel w zakątku komnaty, by tam chwil kilka wypłakać się dowoli.
Oddalając się od łóżka, nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić na chorego spojrzenia najwyższej pogardy. Ale dość mu było kilku sekund, by zwalczyć wzruszenie i wychodząc z chwilowej samotności, poważnym krokiem zbliżył się do łoża umierającego. Z widoczną niecierpliwością oczekiwał on dalszego ciągu tej spowiedzi.
Ze swej strony, chory był tak znękany wysileniem, że opadł na poduszki i zdawał się zemdlonym.
Dominikanin zadrżał na myśl, że pan Gerard mógł umrzeć przed skończeniem spowiedzi, a tem samem pozostawić go w nieświadomości faktów, które były tak ważnemi. Zbliżył się więc do tego człowieka z mniejszym na pozór wstrętem i zapytał, czy mu czego nie potrzeba.
— Mój bracie, odpowiedział chory, daj mi łyżkę tego kordjału, co stoi nad kominkiem... Choćbym miał umrzeć z utrudzenia, muszę ci wszystko wypowiedzieć od razu.
Mnich podał mu lekarstwo; zaledwie połknął je chory, zdawało się, że istotnie odzyskał nieco sił i dając znak Dominikanowi, aby usiadł w głowach łóżka, mówił dalej:
— Dał mi więc brat kopię testamentu; daremnie protestowałem przeciw jego względem mnie szczodrobliwości, nie chciał słuchać i zamknął wszelką rozprawę odpowiadając, że brat człowieka, który dwa miliony majątku pozostawia dzieciom, nie powinien, choćby nawet w oczach własnych synowców, uchodzić za żyjącego ich kosztem, jak obcy pasożyt. Przyjąłem więc z sercem pełnem smutku i wdzięczności; gdyż aż dotąd, mój ojcze, zasługiwałem na nazwę uczciwego człowieka, której teraz nieprawnie używam i byłbym rad poświęcić majątek nietylko ten, jaki mi brat zapisywał, ale i mój osobisty, gdybym go miał, byle ocalić życie biednego brata, albo je przynajmniej o lat kilka przedłużyć. Nieszczęściem, choroba była śmiertelną i nazajutrz po tej rozmowie, zaledwie mógł Jakób uścisnąć rękę... twojego ojca, wyrzekł chory z wysileniem, który po południu przybył do zamku. Nie będę ci ojcze opisywał pana Sarranti, ale pozwól mi powiedzieć słów kilka o wrażeniu, jakie na mnie obecność jego uczyniła. Nigdy, przysiądz mogę przed Bogiem i przed tobą, nigdy oblicze ludzkie nie wzbudziło we mnie większego współczucia, głębszego szacunku. Prawość stanowiąca główny rys jego fizjognomii, mimowolnie obudzała ufność; od pierwszego widoku, można mu było otworzyć ręce i serce! Tego zaraz wieczora osiedlił się u nas na prośbę Jakóba, który oświadczył, że chce oczy zamknąć między swymi najlepszymi przyjaciółmi, to jest między panem Sarranti i mną. Zaledwie przybył wszedł do mego pokoju i rzekł:
— Nie miej mi za złe, panie Gerardzie, że zaraz przy wejściu do tego domu, chcę pana prosić o ważną przysługę.
— Słucham, odparłem, szacunek i przyjaźń, jaką brat mój ma dla ciebie, upoważniają mnie do powiedzenia ci, że serce moje i dostatek mój do ciebie należą!
— Dziękuję panu, odpowiedział twój ojciec, będę istotnie szczęśliwym w chwili, gdy pan będziesz mógł wdzięczność mą wystawić na próbę. Ale usługa, jakiej żądam jest rzeczą czystego zaufania; dlatego udaję się do pana, że słaba nadzieja utrzymania przy życiu naszego biednego Jakóba, odbiera mi radość udania się do niego.
— Czemże mogę usprawiedliwić zaufanie pana i w czem zastąpić brata? zapytałem.
— Zaraz panu powiem.
Słuchałem.
— Zobowiązany jestem, mówił dalej pan Sarranti, przez pewną osobę, której nie wolno mi jeszcze w