Hybrydy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Hybrydy
Wydawca Synowie St. Niemiry
Data wydania 1912
Druk Drukiem Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


B. BOLESŁAWITA
(JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI)
HYBRYDY
POWIEŚĆ
Z SZÓSTEGO DZIESIĄTKA LAT UBIEGŁEGO WIEKU
ALL IS TRUE...
Józef Ignacy Kraszewski - Hybrydy.djvu grafika.png


DRUK SYNÓW ST. NIEMIRY, WARSZAWA, PLAC WARECKI 4.


Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg
Przedruk wzbroniony.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg




All is true...

Jest to w obyczajach wieku dzisiejszego, żeby w domu nie siedzieć; tak jak dawniej bywało — zasklepionemu żyć w żółwiej skorupie swojej.
Nie wiem, czy ostatecznie społeczność na tem wygra czy straci, ale ta ruchawość człowieka wpłynąć musi źle czy dobrze na jego charakter wiekowy.
Dawniej zasiedziały człowiek był na widowni i pod sądem nieustannym otoczenia swego, kraju, rodziny, społeczności... zmuszało go to do pilnowania się i baczenia na siebie... Dziś nieznajomy, obcy, robi — co chce; a przynajmniej czynić może, co mu się podoba, jak gdyby nikt na niego nie patrzył; gra taką rolę, jaka mu do smaku przypada... nie jest pod nadzorem niczyim, prócz swego sumienia. Z sumieniem zaś... jak wiadomo, człowiek wchodzi w różne układy w potrzebie.
Mało jest tak surowych ludzi, żeby uzyskawszy swobodę, nie korzystali z niej...
Z tego wypływa, że dzisiejsza nasza ruchawość może na zbytnie próby nas wystawia.
Miło jest wszakże wylecieć sobie z klatki, strzepnąć skrzydłami i furknąć w świat szeroki...
Miło! to prawda... ale te poloty coś też znaczą, że dom serca nie zaspakaja, że rodzina nas nie wiąże, że miłość nas nie osmuca, że nie tęsknimy, że nie kochamy.
Zabawki nam trzeba... bośmy znudzeni tem, co niegdyś najdroższy skarb stanowiło — ogniskiem domowem, ciszą i spokojem...
Zimą potrzebujemy miasta, bo jakże przetrwać na wsi u komina długie wieczory zimowe? Latem wszyscy gwałtownie leczyć się muszą, a inaczej nie mogą, jak wodami... Zostaje czasem kawałek jesieni i odrobina wiosny, na rozpatrzenie się w opustoszałym dworze.
Nie jest li to chorobą społeczną, ta potrzeba i żądza niepomierna ruchu, to szukanie czegoś, co po za sobą znaleźć się nie może?...
Nie wiem...


Dość, że w tym roku było towarzystwo niezmiernie liczne, wesołe, dobrane i gwałtem potrzebujące zapomnieć o troskach domowych — w Wiesbadenie; równie ochoczo bawiono się w Homburgu, w Baden, w Spa, w Ems, a nawet Akwisgranie reumatycy i kaleki mieli twarze rozweselone, uśmiechnięte... Zaraz po ukończeniu kursu wód, wszyscy niemal się zbierali dla nabrania sił do Ostendy, do morza...
Ale szczególniej ożywionym był Wiesbaden. Od rana do wieczora krzesła, stojące przed kursalem od parku zapełnione były cudzoziemcami... muzyka brzmiała... uśmiechały się drzewa zielone... przesuwały twarzyczki białe, szeleściły ogony długich sukien, a po jedenastej w restauracyi tak długo strzelały korki szampana i musującego Renu!
Polaków i Rosyan liczba była przemagająca, żadna narodowość tylu dobrowolnych nie dostarcza Europie wygnańców, co my i oni.
I im, i nam ciężko w domu! Nie dziw... ofiarą nie każdy być umie, przebywanie w dusznej atmosferze męczy...
Na neutralnym gruncie spotykamy się tu w rękawiczkach, nieznajomi, grzecznie, uprzejmie, ale chłodno.
Polacy i Rosyanie zagranicą mamy ten przywilej, żeśmy więcej od innych wyzyskiwani — a ostatecznie budzimy może śmiech i litość. Wśród świata, który pracuje, i owoc pracy, grosz, szanować umie, my jedni jakbyśmy go odziedziczyli bez potu, sypiemy nim z dziecinną rozrzutnością.
Ale o to mniejsza... rozsypujemy też siebie po gościńcach... w najrozmaitszy sposób.
Lubią nas... ale bawiąc się nami, na seryo nas nikt nie bierze, prócz... prócz tych, których życie ale nie jest seryo.


Powiecie mi, że nieznośnie moralizuję — prawda! kochani czytelnicy, ale to wada której się nabywa z dniem każdym, patrząc na świat, idący jakoś nie po myśli — będziemy się starali poprawić...
Na ławce przed kursalem... siedzą właśnie w cieniu kasztanów niektórzy bohaterowie powieści.
Wszyscy oni świeżuteńko przybyli do Wiesbadenu, ledwie wczoraj pomieścili się pod „Końmi“ „Różami“, „Koronami“, i różnemi godłami, ledwie dziś pierwszy raz przyszli się rozpatrzeć... i szukać znajomości nowych, obawiając się znaleźć stare i niepotrzebne.
Uważaliście też, jak się to emancypowani podróżni obawiają trafić na tych, co zbyt dobrze i blizko są im znajomi? Rzecz to w istocie niewygodna, udając, naprzykład, milionera, wpaść na kogoś, co twe bankructwo doskonale obliczyć może... niemiła gdy chcąc uchodzić za młodą, spotkasz się z metryka nienawistną i t. p.
Najmilsi znajomi u wód są to ci, których się gdzieś w przejeździe, w hotelu, koło Jungfrau nad jeziorem Genewskiem lub w wędrówce do Chamonix poznało.
Głównie szuka się... niespodzianek, znajomości nowych, świetnych, miłych, a do niczego potem nieobowiązujących...
Niemłody człowiek, ale chcący widocznie za świeżego i młodego uchodzić, obrócony tyłem do kursalu, nakładał pracowicie rękawiczki bismarkowskiego koloru, których numer nie zgadzał się dokładnie z rozmiarem szerokim pulchnej do zbytku dłoni. Chodziło mu mianowicie o pozapinanie buntowniczych guzików...
Był to jegomość... w sile wieku, dobrej tuszy, którejby może się rad był pozbyć, bo zbyt dobitnie dawała jego metrykę — rumiany, krągłego oblicza, nieco łysy...
Z twarzy hieroglificznej nic przeczytać nie można, życie zamazało na niej, co Pan Bóg chciał napisać. Fizyognomia przystojna, rysy nie wybitne, mógłby być pięknym, gdyby dusza wstąpiła w to zwiędłe lice, mógłby być brzydkim, gdyby je potargała namiętność. Tymczasem tabula rasa, pisz co chcesz. Nie wzbudzał ani obawy zbytniej, ani współczucia nadzwyczajnego...
Palił cygaro tak metodycznie, powoli i z namaszczeniem, iż to już mówiło na jego pochwałę.
Ludzie różnie palą, kąsając nieszczęśliwą hawannę, gasząc ją nieustannie, myląc się i kładąc w usta popiół... lub spokojnie, z uwagą, z przejęciem i namysłem, do ostatniego skrawka...
Przypatrzeć się dosyć paleniu cygara, by mieć niejakie wyobrażenie o człowieku. Lękajcie się tego, co udaje flegmatyka przy paleniu, choć jest gwałtownym — będzie to pewno niebezpieczny szalbierz.
Nasz gość zapinał rękawiczki i palił uczciwie, pamiętając, co dobre cygaro kosztuje... a było bardzo dobre. I to coś mówi także.
Był widocznie po śniadaniu, które zamknął czarną kawą.
Zapinając guziczki, nie tracił czasu, oczy jego przebiegały towarzystwo otaczające i badały je pilno...
U drugiego stolika siedziała dama średniego wieku i młodziuchna panienka... Mówię „dama“ nie dlatego, żebym nie wiedział, iż można ją nazwać inaczej... ale że to była, dama. Nie pikowa ani karowa... przecież widocznie „dama“.




A! gdybyście się nie raczyli nudzić i łajać mnie, kochani czytelnicy... powiedziałbym wam zaraz, jak ogromna zachodzi różnica między kobietą a damą...

Muszę wam nawet to powiedzieć, choćbyście się i znudzić mieli, bo bez dokładnego określenia damy i kobiety, nigdy mnie nie zrozumiecie. Ja zaś bardzo pragnę być zrozumiałym i zrozumianym.
Kobietę Pan Bóg stworzył... a damę świat... Kobieta kocha męża (choćby i kochanka nawet), kocha dzieci, ma słabostki, płacze, bywa nieszczęśliwą, czasem się jej trafia dwugodzinne szczęście... cierpi naturalnie, cieszy się jak, Bóg przykazał, jest sobą...
Dama stara się być jak napodobniejszą do tej lalki, którą fryzjerzy wystawiają w oknach, chce mieć i ma jej chłód, sztywność, wdzięk, białość, rumieniec, fryzurę i tę błogosławioną obojętność, połączoną z gracyą, z jaką dzień i noc uśmiecha się lalka z za szyby.
Dama potrzebuje być wielbioną, chwaloną, potrzebuje królować, świecić, zawracać głowy, musi żyć w ogromnym świecie, na szerokim teatrze. A że cierpienie, zarówno jak szczęście, wpływają szkodliwie, na płeć, na blask oczów, na świeżość cery... dama stara się i jednego i drugiego unikać.
Dama jest sentymentalną, uczuciową (głową) ale nie kocha i nie rozumie, co serce. Lubi strój, rozrywki, intrygi, rój ludzi koło siebie, dowcip... a nie rozmiłowuje się nigdy w nikim, tylko w sobie. Dzieci jej (jeżeli je ma, ale stara się i tego uniknąć) wychowują bony francuskie i księża szwajcarscy lub belgijscy, mąż jest wolny od obowiązków swego stanu... familia widuje ją tylko w wielkie dni uroczyste, czas spędza w Paryżu u wód i na gościńcach...
Dama jest zupełnie sztuczną istotą, stworzoną do takiego życia w wazoniku i szklarni; gdyby ją wsadzono w grunt, wystawiono na słoty i chłody lub skwary i pluchy, niezawodnieby nie wytrzymała.
Uczucia w niej niema... ale dowcipu tego, co się jak bułki na ulicach przedaje — ogrom.
Widzicie tedy, że nic różniejszego od kobiety nad damę; obie są rodzaju żeńskiego, ale więcej nic.


Siedząca była widocznie damą i wcale nie pospolitą... grała tę rolę z wprawą starej, rutynowanej artystki... Mogła mieć lat czterdzieści a nawet kilka... lecz wieku dobadać się pod umiejętnem zachowaniem płci i włosów, pod strojem odmładzającym, pod świeżością koronek i jedwabiów ją ukrywających... trudno było... Za komentarz do badań mogła wprawdzie służyć córka, siedząca obok (bo to była widocznie córka), ta jednak tak zawsze była młodziutenieczką istotą, że jej lat piętnaście, doliczone do drugich jakich ośmnastu, ledwie wskazywały trzydzieści.
Córka był to kwiatek wiosenny... Mylę się: był to pączek, który jeszcze nie rozkwitł i dlatego barw jego przyszłych odgadnąć było niepodobna...
Trochę zastanowiwszy się nad temi paniami, potrzeba się było mimowolnie zapytać siebie, po co też one tu przybyły?
Matka wyglądała, jak róża, nawet stólistna: nie mogła być chorą, córka jaśniała zdrowiem... zatem...
Ale kto tam wie, gdzie się choroba, mimo rumieńców, ukrywa!
Palący cygaro jegomość popatrzał na te dwie panie i pomyślał sobie — założyłbym się, że Polki.


Miał słuszność, były Polki, ale po jakich cechach rodowych czy narodowych je poznał... nie wiem...
Oko jego, nie chcąc się wydać z ciekawością, niezmiernie zręcznie czytało w tym obrazku...
Dama używała wachlarza tak, jak się go używa, gdy niema co innego do czynienia... Panienka patrzała na zielony park, po za sadzawkę i śliczne, uczesane i umyte, wysznurowane i przyzwoicie stojące drzewa...
W istocie wydawały się one tak pięknie, jak na jaskrawo kolorowanym pejzażyku niedołężnego artysty... sklepikowego.
Damie podobała się bardzo ta natura, będąca też w swoim rodzaju damą... Milczały obie... niekiedy szelest sukni zdradzał, że dama żyła i oddychała...
Ze swojej strony, wachlując się od niechcenia, dama spoglądała na zapinającego rękawiczki... wydał jej się bardzo przyzwoitym człowiekiem i statecznym... Widziała to z łysiny.
Niema scena, odgrywająca się pomiędzy siedzącymi, byłaby skończyć się musiała na... niczem, gdyby w tej chwili ze drzwi kursalu nie wybiegł wysoki mężczyzna, (mylę się, bo to kawaler nie mężczyzna, a kawaler jest tem względem mężczyzny, czem dama w porównaniu z kobietą).


Nowo przybyły, słusznego wzrostu, ślicznej figury, zbudowany jak posąg, ubrany jakby go Human pokochał... miał twarz angielską: długą, włosy blond, bakenbardy piękne, rozłożyste, kotletowe, lordowskie... a zresztą... doprawdy nic się o nim powiedzieć nie daje.
Jak narody szczęśliwe pozbawione są historyi, tak porządni ludzie nie mają zwykle fizyognomii.. Pilno się nawet o to starają, aby jej nie mieć... bo fizyognomia odznacza, mówi, zdradza, a przyzwoity człowiek chowa swą duszę głęboko.
Był to jeden z tych kawalerów, jakich się tysiącami spotyka na bulwarach paryskich... Możemy tylko dodać, że miał niepokalanej białości kamizelkę pikową na piersiach, rękawiczki obcisłe, buty lakierowane i krawat negliżowy niezmiernego uroku. Guziki jego koszuli były to dzieła artystyczne, od Froment Meurice...


Wszakże go już znać powinniście?
Młodzieniec wybiegł z kursalu, widocznie dążąc do stoliczka, przy którym siedziała dama, która może nawet trochę czekała na niego; uchylił kapelusz... witał niespokojnie...
— Czy pani tu już oddawna?
— Siedzimy... od kwadransu...
— Zatrzymano mnie przed sklepami, byłbym służył na naznaczoną godzinę... najmocniej przepraszam.
— Ale nam tak miło było tu posiedzieć... tu tak doprawdy ślicznie — odezwała się panienka.
— A! Wiesbaden jest uroczy! — dodał kawaler.
W tem, obracając się około stołu... kawaler ujrzał i ujrzawszy nieznajomego nam sąsiada, stanął... widocznie zmieszany nieco...
Oba oni uśmiechnęli się, ale uśmiech był dziwnie wymuszony i podszyty niewytłumaczonem wrażeniem... Zdawali się oczyma mówić ku sobie: — A! niechże to weźmie licho! — Ale usta zawołały:
— A! dzień dobry! pan tu... dawno?
— Dni parę! Jak się masz?
— To niespodzianka miła...
— Szczęśliwe spotkanie...
Dama milcząco na obu patrzała... Kawaler był w wielkiej niepewności, jak się ma pozbyć niewygodnego natręta... Samotny jegomość zaś owszem, starał się chcieć przyczepić, nie do kawalera... ale do pań mu znajomych. Chwila jakiegoś wahania trwała krótko, ale się wydała długą...
Młody człowiek żywo pozdrowił znajomego i pożegnał go razem, a sam się do swoich pań odwrócił. Pozbywał go się zręcznie... nie można było uchybić damom...
Po twarzy jegomości w rękawiczkach maleńkie przebiegło drgnienie... ale wziął cygaro znowu do ust i bardzo uważnie palić zaczął... Dama z panienką wstała, kawaler im towarzyszył do parku.


Nieznajomy nasz pozostał na miejscu, rękawiczki z niemałym trudem były nareszcie zapięte, cygaro paliło się wybornie, na dnie filiżanki pozostało trochę kawy usprawiedliwiającej przydłuższe zatrzymanie się samotne na krześle.
W tem — pełno zawsze niespodzianek na wodach... zjawiła się, ciągnąc do parku, istota nowa, która wszystkich oczy zwróciła na siebie, a szczególną uwagę naszego podżyłego obserwatora.
Była to... kobieta czy dama, na pierwszy rzut oka, rzecz nierozwiązana; to pewna, że prześliczna istota płci żeńskiej... Była nawet nadto piękną, tak, że zwracała na siebie oczy zbytecznie, co jest wielce niewygodnem... A że szła powoli, sama jedna i strój jej niezmierną, znowu prawie zbytnią, jaśniał elegancyą — złośliwi ludzie gotowi byli domyślać się, że przyjechała z Paryża polować na młokosy i stare grzyby... Twarz tej uroczystej pani miała jakiś wyraz nieoznaczony, trochę zalotny, nieco pogardliwy, niezmiernie śmiały, który cechuje kobiety lekceważące sobie sądy ludzi, bo pewne, że ich mieć będą za sobą, gdy tylko zapragną lub zapotrzebują.
Mimowolnie patrząc na tę śliczną, młodziuchną, tak pociągającą ku sobie panią, przychodziło pytanie i wątpliwość, dlaczego idzie sama, czemu tłum wielbicieli jej nie goni... co rodzi samotność jej: wola jej własna... czy wstręt lub obawa ludzi.
Kilku mężczyzn stanęło patrzeć i na ucho sobie szeptali:
— Paryżanka... ale któż to jest? Znasz ją?
— Nikt jej nie zna!
— Ale to loreta paryska... tylko najpierwszej wody...
— Niewątpliwie...
— Otóż niewątpliwie — przerwał inny — bom się dowiadywał... Jakaś istota zagadkowa... Wprawdzie podobna do tych petites dames z Bulońskiego lasku, ale z pewnością nie należąca do ich świata.
— Z pewnością? — pochwycił inny — śmiało wyrzekasz...
— Bom pewny swego...
— Zakład...
— Zakład...
Ucichło, mężczyźni, popatrzywszy, poszli do kursalu, a piękna pani od niechcenia usiadła o dziesięć kroków od naszego obserwatora, jak gdyby umyślnie chciała go drażnić.
Siadła od niechcenia, możnaby powiedzieć, że upadła na krzesło, ale z tą wrodzoną kobietom umiejętnością czy instynktem, który sadza zawsze tak, aby się najwdzięczniej wydawać. Nie zdawała się szukać pozy ani starać, aby jej było z tein ładnie, przecież malarzby lepiej do portretu nie ułożył tych linij... Kibić, ręce, gors, głowa — same w harmonijną, udatną całość się związały.
Ten wdzięk postawy mają tylko kwiaty, rośliny i kobiety, nie szukając go... Powój, winna latorośl, nawet najbiedniejsza pokrzywa wdzięcznie się usadowić umieją, opleść, zwiesić, — kobieta piękna także.. ma ten dar od dziecka.
Podżyły jegomość w rękawiczkach, widać wielki znawca piękności, zachwycał się... miał tylko do zarzucenia jej w duchu, że się tak, jak na teatrze popisywała z sobą i zbytnie wywoływała uwielbienie. W koło też, jak rój much przy cukierniczce, snuły się postacie kąpielne, mniej lub więcej zuchwale przypatrując się tej nowej snać piękności.
Zewsząd rzucano pytania:
— Ale któż to jest?
Nikt na nie odpowiedzieć nie umiał.
— To tylko wiem — szepnął jeden elegant — że stoi aux quatre Saisons i przepyszny zajmuje apartament. Albo śpiewaczka... albo... nie, nie! odgadnąć nie sposób.
— Sama?
— Sama, ze służącą tylko i kamerdynerem.
— Do licha! z kamerdynerem! Ależ można już było zobaczyć w książce, kto to taki.
— Co to dowodzi? Nazywa się baronową polską... nazwisko nie do wykrztuszenia... Ale cóż dziś z imienia i tytułu dowiedzieć się można?
— To prawda...
— Prześliczna...
Jedni poszli, drudzy przysunęli się, piękna pani zdawała się na nikogo nie zważać, ziewała, nudząc się... oczy nawet chwilowo przymykały się, jak do snu... Patrzała w ogród, nic nie widząc. Zbliżyła się mała kwiaciarka z biednemi bukiecikami... wybrała jeden, rzuciła w koszyk florena, a kwiatki, powąchawszy i skrzywiwszy się, zostawiła na stoliku.
Jegomość w rękawiczkach był mocno dotknięty, że tak widocznie nudząc się, na niego nawet spojrzeć nie raczyła.
— Gdyby ten hotel nie był tak nielitościwie drogi, przeniósłbym się do niego, musi jadać u table d’hote. Możnaby zrobić znajomość...
Ale wszakże i nie mieszkając w hotelu, pójść tam można... — dodał zaraz po cichu.
To mówiąc, wpatrywał się wpatrywał, i na twarz jego wystąpił rumieniec, drgnęły znowu nerwy, oczy zaświeciły... ruszył się i pozostał w miejscu...
— Ale to Ewelinka! to Ewelinka! ale to ona... słowo honoru to ona!!
— Nie — nie... ale tak...
— Przecież śmiertelnym grzechem nie będzie, jeźli się ośmielę spytać... przypomnieć...
Wstał poprawiając włosy... ale onieśmielony przysiadł raz jeszcze. Naostatek wziął kapelusz, ułożył facyatę w jak najprzyjemniejszy sposób i z uśmiechem mdło-słodkim, jak orszada ciepła... podszedł.


Piękna pani postrzegła go dopiero, gdy o krok stał przed nią; podniosła oczki i poczęła mu się przypatrywać tak zimno, obojętnie, prawie pogardliwie, że nieszczęśliwy zaawanturowany stracił zupełnie odwagę.
— Czy nie mógłbym się pani przypomnieć? — rzekł z cicha po polsku jegomość.
— Owszem... owszem...
Uśmieszek igrał na ustach pięknej pani, małe, bialuchne ząbeczki świeciły w ustach, nieco szydersko otwartych...
— Zdaje mi się, że miałem to szczęście poznać panią w Górze... ale naówczas...
— Naówczas ja byłam prawie dzieckiem...
— Jestem Ferdynand Potomski...
Kobieta, jak się zdaje, z nazwiska tyle wiedziała, co przedtem... ale grzecznie wskazała krzesło przy sobie.
— Dawno tu pan już jesteś? — spytała.
— Od wczoraj dopiero...
— Ja trochę dawniej... ale jeszcze nie znam nikogo... Musi być naszego towarzystwa polskiego dosyć.
— Nie wiem pani... parę osób mi się przesunęło...
— Pan jesteś chory? — spytała.
— Ja... ja!
Jak tu się przyznać niepierwszej młodości mężczyźnie do choroby? A nie mając jej jak wytłumaczyć pobytu w Wiesbadenie może być posądzonym o szulerstwo... Zadanie było ciężkie.
— Chory nie jestem — odpowiedział pan Ferdynand — ale potrzebowałem się rozerwać...
— Czy pan się nudzisz? — spytała uśmiechając się piękna pani. — To mnie bardzo cieszy, że ktoś jest, co na to samo cierpi, co ja...
— Nie do uwierzenia... pani! panibyś mogła się nudzić? — zawołał Potomski.
— Cóż to dziwnego? — śmiało rzekła na to piękna Ewelina — świat jest okrutnie nudny, panowie wcale nie zabawni, życie jednostajne... a nic robić się nie umie i nie chce... ach!
— Być, że to może, aby panią nic niebawiło... — dodał Potomski — kończąc zbyt oklepaną formułą: — w kwiecie życia...
Ewelina się rozśmiała...
— A! powtórz pan! tak dawno nie słyszałam tego staroświeckiego wyrażenia... Zabawiło mnie! W kwiecie życia! pan mówisz. W kwiecie życia! Więc są w życiu kwiaty... cha! cha...
Pan Ferdynand zmieszał się, obraził prawie, zbił z tonu... nie wiedział już, co mówić... Łagodny, choć szyderski wyraz twarzy pięknej pani, która ziewnęła tylko uśmiech kończąc... ośmielił go nieco... musiał się bądźcobądź ratować... bo był śmiesznym, a śmieszność zabija.
— Jest to wprawdzie oklepane wyrażenie — rzekł powoli — ale patrząc na panią, nastręczyło się samo...
Z politowaniem pewnem spojrzała znudzona na podżyłego jegomości, ten milczał.
Jakoś nie szło.
— Wiesz pan kto tu jest? — spytała.
— Dotąd o nikim jeszcze.
— Co tu robią?
— Myślę, że jak zawsze... bawią się... koncerta...
— Zawsze to samo... jedna muzyka i jedni koncertanci z długiemi włosami, w białych krawatach i jedne śpiewaczki zwiędłe z bukietami w dłoni.
— Teatr...
— A w teatrze zawsze, ta sama komedya francuska o zwodzonych mężach i dramat o zdradzonych dziewczętach! a!
— Przechadzki!
— Do ubranych gór i przygotowanych bufetów... niema nawet gdzie karku skręcić, gdyby się chciało...
Potomski znowu zamilkł. Ewelina była widocznie za śmiałą, za rezolutną, zanadto znudzoną, aby ją potrafił rozbawić, lub nawet zająć komunałami, któremi się posługiwał od lat dwudziestu z dosyć wielkiem powodzeniem. Kobieta była wyjątkowa, należało się namyśleć i nastroić, przypasować, pan Ferdynand już tylko się uśmiechał z uwielbieniem.


W tem zdala ukazała się postać nowa. Ulicą od parku szedł mężczyzna posiwiały, stary, ale wybitnych, szlachetnych i szlacheckich rysów twarzy, trzymający się prosto, ubrany bardzo starannie, ale podpierający się na lasce, bo na jednę nogę odrobinę nakuliwał.
Twarz jego zwracała uwagę, choć strój był nadzwyczaj skromny. Domyślano się w nim jakiejś znakomitości dyplomatycznej lub wojskowej, jakiegoś eks-ministra... eks-sławnego męża... Oblicze było jakby do popiersi i medalionu stworzone, rzekłbyś, żeś gdzieś już widział je w muzeum, przypominało rzymskie rzeźby, czasy Augustów... Pan Bóg narysował starannie profil, wymodelował ślicznie plany... a człowiek i czas nie popsuł. Owszem, lata tej niegdyś trochę nadto regularnej twarzy nadały więcej życia i fałdując ją bardziej, malowniczą uczyniły...
Czoło było wyniosłe, nieco obnażone i otoczone krótko postrzyżonym włosem posrebrzonym, nos delikatnie wycięty, rzymski, usta wązkie, trochę sarkastycznym wyrazem ściśnięte: reszta harmonizowała doskonale i nic nie można było zarzucić flzyognomii tej, chyba, że zanadto zdawała się marmurową i zimną.
Szedł poważnie, krokiem powolnym człowieka przeżyłego, który się porusza wiedząc, że go już w życiu żadna niespodzianka nie spotka.
Oglądał się machinalnie tylko, ale oko jego padło niespodzianie na Ewelinę i wejrzeniem tem zelektryzowało ją tak, że wstała a raczej poskoczyła, i nie czekając, nim powolny ów gość do niej podejdzie, sama pobiegła do niego, wyciągając doń ręce obie. Pan Ferdynand Potomski pozostał na krześle zdumiony i — osierocony.
Taki pośpiech pięknej młodej kobiety nawet starego i zużytego (starego przedewszystkiem) byłby rozognił, rozczulił... uradował — ale poważny przychodzień uśmiechnął się tylko, jedną rękę podał Ewelinie i powitał ją dosyć chłodno, przypatrując się może nazbyt troskliwie ekscentrycznej jej toalecie.
— Jestem zbawiona! ocalona, szczęśliwa! — szczebiotała piękna pani — pan tu! a! co za szczęście! Wiesbaden mi się wydaje piękniejszy... życie jaśniejsze...
— Żebym był przynajmniej o dziesięć lat młodszym, zawróciłabyś mi pani głowę. Na Boga! litości! — zawołał, uśmiechając się, stary. — Wbijasz mnie pani w dumę... i upokarzasz zarazem...
— Zmiłuj się już ty, kochany Starżo, nie mów mi rzeczy oklepanych! zlituj się...
— Wymagasz pani rzeczy niepodobnych — odpowiedział stygnąc jeszcze coraz bardziej stary pan i posuwając się ku krzesłom... — Nie wystarczyłby geniusz nawet, na nieustanne wasze pragnienie nowego i niezwyczajnego.
Ponieważ Potomski nie ustępował, pani Ewelina widziała się w konieczności przedstawienia go.
— Pan Ferdynand Potomski... pan hrabia Stanisław Starża...
Oba spojrzeli po sobie, jak ludzie, co się już z odgłosu znają, skłonili się z daleka i usiedli, pan Ferdynand pozostał jakby za kulisami, stał się od chwili zjawienia Starży podrzędnym komparsem.


Twarzyczka Eweliny nabrała życia i wyrazu, podała jeszcze raz rękę Starży.
— Mój drogi hrabio! kiedy mi cię już Opatrzność zesłała... nie opuszczajże mnie, nie wyrzekaj się, bądź moim opiekunem, mentorem... i... baw mnie, bo umieram z nudów.
Starża się roześmiał.
— Gdzieżeś to pani słyszała, aby sześćdziesiątletni kulawiec bawił dwudziestoletniego trzpiota? Jest-li to możliwe i w naturze rzeczy?...
— A prawo kontrastów...
— Nie idzie tak daleko — odparł Starża — mów pani, że chcesz, abym ci służył za to, że mi w swe śliczne oczy patrzyć dozwolisz... to co innego.
— E! bo i pan już nudziarz jesteś, nie rezonuj a słuchaj.
Starża się uśmiechnął.
— Po mikołajowsku! — rzekł.
— Kobiety są despotyczne, a wy stworzeni jesteście pod pantofel... kto pod niego iść nie chce, buntownik!
— Skazałabyś mnie pani na rozstrzelanie przez dwadzieścia cztery pary czarnych oczów... ha!
— Dosyć dwojga, żeby zabić i oszaleć człowieka — przerwała Ewelina — ale czy wy ludzie jesteście? Przepraszam, pokolenie dzisiejsze, które się przyznaje do pochodzenie od małp, jest też do nich podobne... Szlachetniejsze uczucia gasną... poezya umiera, świat pekeflejszu, piwa i kartofli... górą... Oczy kobiety nic dziś nie mogą, boście im mowę i znaczenie odebrali... O! okropnie! okropnie!
— Skądże tak czarny pogląd na świat? — zapytał Starża — ja go nie widzę biało także, to pani wiesz, ale ja to co innego. Je suis paye pour cela, mam łat sześćdziesiąt... a pani...
— Ja mam ośmdziesiąt! — przerwała Ewelina — jam stara, zgrzybiała, umierająca, a wyście temu winni, bo młodość niema czem żyć na waszym świecie... bo uczucie pochłaniają lody tego oceanu...
Starża podparł się na lasce i począł powoli.
— Nie mogę pani w Wiesbadenie przed kursalem wykładać filozofii historyi... ażeby ją pocieszyć; ale powiem tylko, że niezawodnie w sto lat po naszej śmierci, wszystko się to na najśliczniejszą, zieloną poezyę odmieni.
— Piękna pociecha! — przerwała kobieta — ale ja mam prawo żyć! kochać, być kochaną, szczęśliwą, napić się poezyi, podlecieć nad ziemię... a więzi mnie to błoto wasze... a wasz świat trzyma mnie na sznurze, przywiązaną do stajennego swojego słupa.
— Zadam niedyskretne pytanie... — rzekł stary.
— Proszę się nie żenować.
— Zdradził kto panią?
Ewelina rozśmiała się serdecznie.
— Człowiecze zestarzały — odparła — byłabym najszczęśliwszą z najnieszczęśliwszych, gdyby mnie kto zdradził, toby dowiodło, żem przez pół godziny mu wierzyła, żem miała chwilę złudzenia, żem kwadrans była szczęśliwą! Ale proszęż się złudzić na pół minuty obcując z temi krochmalnemi lalkami, które w kobiecie widzą kapitał, interes lub coś podobnego do butelki szampańskiego wina... chwilę szału.
Przez samą grzeczność, może dla odwrócenia zbyt popędliwie prowadzonej rozmowy, Starża uznał właściwem zwrócić się do p. Ferdynanda, który siedział, uśmiechał się i tak dalece nie wiedział co zrobić z sobą, że poczynał drzeć nowe rękawiczki.
— Cóż pan na to? nie staniesz w obronie wieku?
— Ja! ja? — rzekł Potomski, spoglądając na zegarek — jestem w podziwie geniuszu pani Eweliny, ale w polemikę z nim wejśćbym się nie ważył.
— Godzina jedenasta — przerwała złośliwie kobieta — idź pan do rulety... — czuję, że tam was serce ciągnie.
— Nie — ale obiecałem...
— Ale idź pan idź, bez ceremonii — zobaczysz tam i piękne panie, co się roznamiętniają do kupki złota, i młodych chłopców, co potrącają śliczne kobiety nie widząc ich, byle się do stołu docisnąć... i... ale idź pan...
Pan Potomski ruszył ramionami, pożegnał się śmiejąc i w istocie odszedł. Starża i Ewelina zostali sami.


— Jesteśmy tak starzy znajomi — rzekł powoli hrabia — iż mogę powiedzieć, że panią kocham od kołyski...
— Pan kochasz kogokolwiek... prócz siebie? — spytała Ewelina.
Nie obraził się stary, ale gorzko uśmiechnął.
— Kochałem, kocham i kochać będę do śmierci — rzekł — to stary nałóg, ale moja miłość siedzi sobie w kątku i wstydzi się na świat wychodzić. To epizod, — otóż kochając panią...
— Seryo?
— Seryo.
— Pamiętaj, wezmę za słowo!
— Nie lękam się... kochając panią...
— Mówże, mów, co masz uczynić kochając mnie...
— Muszę spytać, dlaczego mianowicie teraz tak ci na świecie źle? Bez żartu... Rozumiem, że w tych fantazyjnych narzekaniach jest dużo przesady, ale coś i prawdy, otóż tej odrobinki prawdy, jako stary przyjaciel, mam prawo się domagać. Mówmy poważnie — co pani jest?
Kobieta powoli z roztrzpiotanej, rozgorączkowanej stała się poważną, podparła na ślicznych rączkach osmuconą główkę, wlepiła oczy w Starżę i mówiła stygnąc coraz bardziej a coraz więcej smutniejąc:
— Przed tobą wyspowiadam się chętnie... ty mnie może zrozumiesz... a jeźli nawet nie całkiem, przystaniesz na to co powiem, nie posądzisz o dziwactwo i szaleństwo...
Pamiętasz mnie dzieckiem! Wiesz, że tak dobrze jak nie znałam, jakbym nie miała matki. Wychowywał mnie ojciec, najszlachetniejszy z ludzi, najgenialniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam... mąż wielki, nieoceniony, zgorzkniały, ale zrezygnowany... On to wykształcił mój umysł, dał mi zamiłowanie poezyi, nauki, sztuki, podniósł moją duszę... osadził mnie w tej sferze wybranych, w której mieszkają... wybrani lecz męczenicy... wiesz, że od dzieciństwa poezya była dla mnie rzeczywistością... a rzeczywistość złudzeniem przemijającem... sen był mi życiem, snem życie...
Może odgadłeś moje losy, ale ich pewnie tak nie znasz z blizka jak trzeba, byś mnie uniewinnił...
Bogata, swobodna, kochana przez ojca... pieszczona trochę, rozmarzona nadziejami życia... stałam w jego progu w szacie godowej, z bijącem sercem, czekając rychło się zjawi ten, którego mi Bóg za towarzysza doli i niedoli przeznaczył...
Znałeś pan nieboszczyka męża mojego? — spytała nagle.
— Cezarego?... znałem — sucho rzekł Starża i westchnął.
— Potrzebujęż ci malować losy moje? — dodała — niech Bóg da spokój jego duszy... ależ on kwiat jedyny mojego życia... złamał i wdeptał w błoto...
Śniłam w nim anioła... wydawał mi się nim, był piękny, a gdy chciał, tak umiał być poetycznym, tak zdawał się pełnym ducha... Ale Cezary był niestety, dzieckiem wieku, co się raczyło dla niewieściej słabości przebrać tylko za nieziemską istotę... moje złudzenie trwało... ce que vivent la roses... l’espace d’un matin... Pod najpoetyczniejszą powierzchownością, ukrywał się człowiek jak lód zimny, zestarzały przedwcześnie, sceptyk, egoista... Zamiast poczuć to swe poniżenie i starać się z niego dźwignąć, Cezary ostatki niedogasłej poezyi swej duszy zalewał i niszczył, wychodząc na rozumne zwierzę.
Daruj mi to wyrażenie! nie potępiaj! Ja go nie obwiniam, ale mu darować nie mogę, że padająca w jego objęcia z wiarą w serce człowieka... w coś wyższego w nas... zostałam odtrąconą, sponiewieraną... zabitą...
Żyłam z nim dwa lata... wiesz, gdybym nie miała siły nadludzkiej...
— Siły kobiecej — przerwał Starża.
— No, tak! kobiecej, serdecznej... gdyby duch ojca nie żył we mnie, gdybym na jedną chwilę zwątpiła, zawahała się, uległa wpływowi jego, byłabym zgubioną. Ale od samego spojrzenia w przepaść jeszcze głowa mi się zawraca.
A! powiedz mi pan: gdybyś w życiu raz kochał z całą potęgą młodego nieprzełamanego uczucia, cały się rzucił w nie, postawił na tę kartę istotę swą, losy... duszę... i gdyby... gdyby ta miłość... skończyła się farsą trywialną, prozaiczną, brudną... gdybyś odkrył w istocie ubóstwionej nie człowieka, nie anioła... ale naj... ach! najplugawszą nicość i głupotę... nie starczyłożby to ci na znienawidzenie świata, ludzi, życia... na... wyrwanie z piersi bluźnierstwa... i rozpaczy...
Otóż mojego życia początek... Przykuta do Cezarego, gdym straszliwą swoją omyłkę poznała, już i nie mogłam wątpić, co mnie z nim czeka... truchlałam na przyszłość... Los — Bóg — Opatrzność... uwolniły mnie od niewoli i spodlenia... Płakałam po nim... nad nim... że nigdy blasków życia nie zaznał lepiej dlań i dla mnie, że umarł... odzyskałam swobodę, ale... szata biała lat młodych, którą potarzano w błocie... nie wypiera się nigdy. Na duszy mojej zostały plamy... w umyśle wątpliwości... w sercu zwątpienie... strach, nieskończone boleści... Jak szalona lecę teraz i lękam się znowu, bym lecąc za słowikiem nie nastąpiła — żaby.
Starża słuchał z uwagą, Ewelina otarła oczy suche na pozór.
— Mój los, moje osobiste nieszczęścia — dodała po chwili — kochany hrabio, niczem są jeszcze. Nadto znam świat, abym od niego dla siebie wyjątkowych żądała łask... wiem, że jednym przypada niezasłużenie cierpieć, drugim być szczęśliwym bez zasługi... Drobny proszek zmielą koła losu... i zniknie... mnie nie idzie o moje szczęście, ale oto, co życiu mojemu świeciło, jak gwiazda przewodnia. Truchleję na myśl, na widok pokolenia całego, które zaprzysięgło poezyi, ideałowi, duchowi, którym żyje człowiek... wojnę nieprzebłaganą...
Widzisz, do czego my idziemy, do czego doszliśmy...
— O! widzę doskonale — przerwał Starża — i rozumiem cię, droga pani... ale z temi wyobrażeniami i potrzebą duszy należało ci się urodzić albo sześćdziesiąt lat wprzódy, albo sto lat później... Podobno ani ja, ani pani nie wstrzymamy w pochodzie epoki naszej.
Boję się żebym cię nie znudził... ale na świecie wszystko jest z sobą w związku, życie narodów i losy pojedyńczych ludzi, historya serca kobiety i polityki mocarstw... handel i małżeństwo... gospodarstwo i muzyka... Zdaje się to paradoksem, ale nim wcale nie jest... Prąd ogólny epoki przebrzydle realistyczny porywa z sobą wszystko i ogromne bryły, i drobne słomki z nadbrzeża...
To co panią razi w społeczeństwie, w ludziach pojedyńczych, w ich stosunkach... mnie dręczy, gdy dalej i szerzej spojrzę po świecie...
Cóż my maluczcy poradzimy na to?
— Walczmy! — zawołała kobieta z zapałem — walczmy za dobrą sprawę...
Starża się uśmiechnął.
— A wielu nas stanie do walki?
— Ja i pan! — odrzekła śmiejąc się Ewelina — bo ja się poddać nie myślę...
Odzierają oni świat z jego wiekuistych szat, purpury i złota, wyrywają ze mnie duszę, wyśmiewają tę poezyę, którą ja żyję, wypędzają mi ją z domu... apoteoza bydlęcia strąca mnie z piedestału, na którym stałam bliżej aniołów... a ja, ja miałabym, jak posłuszna niewolnica... poddać się? nigdy!
— Walczmyż — odparł Starża — chociaż to walka nierówna i zwycięstwo niemożliwe...
— Mój Boże! mój Boże! — prawie płaczliwie dodała Ewelina — taki piękny świat zepsuli ci niegodziwi ludzie... i młode pokolenie.
Starża się zmarszczył.


— Wiele jeszcze prawią o młodzieży — rzekł — ale to pewna, że młodych niema, bo tego, czem żyła młodość, niedostaje — poezyi.
Spojrz pani na dzisiejszych studentów, jak im już realizm życia, przyszłość, chleb są drogie, jak tam przekonań mało a pragnień zwierzęcych wiele, jak dla nich nauka przestała być boską mistrzynią, a stała się chlebodajnym warstatem... Spojrz na te twarze zbladłe w niezdrowych życia nasyceniach, na oczy zagasłe, na chód ociężały, na oblicza zwiędłe, na serca bez ruchu i krew bez ciepła... jaką to przyszłość na nich zbudować można?
Przytem już ani okrawka tych skrzydeł, któremi podlatywaliśmy niegdyś... a jako tablice prawa i regulamin przyszłości — dobijanie się chleba i grosza...
To, co wyrosło i wyszło w świat, nie lepsze... lalki krochmalne... śnią o pieniądzu dzień cały i wstają z marzeniem o fortunie, reszta dla nich obojętna...
— Ale ja to wszystko widzę, czuję i dlatego znajdujesz mnie pan zrozpaczoną... Rozum i praktyczność naszej epoki obrzydliwą mi ją czyni...
— Cóżby to było, gdybyś pani dalej i głębiej zajrzeć mogła w kuchnię wieku i w jego obrzydłą politykę, w jego teoryę siły, w rezultaty doświadczeń i programata przyszłości...
— Sam powiedziałeś pan, że to jest wszystko w związku z sobą... przeczuwam i ja, że wkrótce nie będzie się gdzie przytulić... Ale, mój hrabio... a toć oszaleć przyjdzie! Ja nigdy, przenigdy darwinowską małpą być się nie zgodzę.
— Ani ja — dodał Starża — ale świat na wszystko przystanie... prąd ten jest niepokonany... Trzeba cierpliwie doczekać końca i oczy zamknąć, aby już reszty nie widzieć.
— Otóż nie! — uderzając ręką w stół, zawołała kobieta — ja się nie dam, będę apostołem poezyi, ideału, wszystkiego zdetronizowanego... i zwyciężę.
Starża się uśmiechnął.
— Jesteś jeszcze tak młodą.


Rozmowa przerwała się na chwilę.

— Prawda — odezwała się piękna pani z westchnieniem po małym przestanku — że się wam dziwnie w tym przesadnym stroju elegantki paryskiej wydawać muszę? Ale ten strój... a! to moje przebranie... to maska, którą włożyłam na wypróbowanie ludzi... Prawda, że ze stroju, postaci, chodu, miny, możnaby mnie wziąć za nie wiedzieć kogo... za loretę paryską... za zgubioną istotę... za... Jest to mój oryginalny przeze mnie wynaleziony sposób szukania serca...
Boję się drugi raz oszukać, już ten, co mnie taką pokocha, co mimo pozorów, nie wiedząc, kto jestem, oceni mnie i przywiąże się, kto nie zważając na to, żem taka straszna, oszaleje dla mnie, ten mnie chyba całą duszą kochać będzie i całkiem bezinteresownie... głęboko, prawdziwie.
Na te słowa Starża się rozśmiał serdecznie.
— Nie gniewaj się pani... śmieję się, bo mi trudno objaśnić ci... że... że serce i miłość równie gwałtownie przywiązują człowieka, jak szał i namiętność. A gdybyś pani, zamiast obudzić pierwsze, wywołała tylko drugie?...
Ewelina zarumieniła się, ale główką potrząsając, odrzekła.
— Zawszebym umiała rozpoznać miłość od namiętności... instynkt kobietę ostrzega... pochlebia nam namiętność, ale jedna tylko serce... Przytem... jeśli przyjdzie do nowego wyboru... o! bądź spokojny! będę nadzwyczaj ostrożną... dwa razy omylić się nie mogę... umarłabym...
Rozmowa trwała już zbyt długo, zbyt była poufną i żywą, by nie zwróciła oczu obecnych jej z daleka: w pewnem oddaleniu okalali ciekawi piękną, młodą kobietę, która w niezrozumiałym języku, z takim zapałem, rozprawiała ze starym hrabią.
Starżę znano już dobrze w Wiesbadenie, nie unikał on nawet niepotrzebnych i nudnych znajomości, bo mu one dawały sposobność przedrwiwania się z ludzi, o których wogóle niewielkie miał wyobrażenie; słynął z dowcipu, lękano się nieco... ale przed charakterem prawdomównego, nieustraszonego dziwaka, schylano głowę.
Piękna pani tak poufale, długo z nim rozmawiająca obudzała niezmierną ciekawość, wiedziano, że Starża mało się zbliżał do kobiet, zbywał je grzecznością zimną — rozprawiał zaś tylko z takiemi wogóle, które mu dotrzymać mogły. Wytrwać z nim pół godziny w żywej rozmowie, było patentem wyższości.
A że Ewelina była młodą i piękną, nadało jej to nadzwyczajny urok... Wszyscy dopytywali starannie — kto była ta piękna pani.
Starża widząc, że na nich oczy zwracano zbytecznie — chciał wstać.
— Ja pana nie puszczę! — zawołała Ewelina — jeżeli go jeszcze nie dosyć znudziłam... I muszę dopełnić miary. Stoję aux quatre Saisons, zapraszam go na obiad, na herbatę, na wieczerzę, na śniadanie, zawsze i codzień, a tymczasem daj mi pan rękę, przez miłosierdzie nad nieszczęśliwą wdową.
— To szczęście — odparł Starża, — że mam siwe włosy i lat sześćdziesiąt, żem kulawy, i że za stryja lub dziada uchodzić mogę.
— Niestety! czemużeś nie młodszy! — odpowiedziała Ewelina — a! takbym cię bałamuciła, że musiałbyś... musiałbyś zakochać się we mnie.
Hrabia się uśmiechnął smutnie, podał rękę szczebiotce i poszli.


A za niemi pociągnęły oczy ciekawych, aż póki nie znikli w cienistej parku alei.
Ewelina istotnie była szczęśliwą ze spotkania ze starym znajomym. Starża, trochę zakłopotany, ożywił się też jej żywością, ale już nieprzywykły do tych gorączek przemijających, do miłych nawet lecz zbyt poruszających wrażeń, czuł się nie swoim...
Szli, a idąc, hrabia rozmowę coraz zimniejszą czynił i coraz bardziej szyderczą.
Już byli w głębi parku, gdy oczy Eweliny padły na ławkę, na której siedział ubogo dosyć ubrany, młody chłopak. Rękę miał na temblaku, a w drugiej książkę.
Nielitościwy Starża wskazał go, uśmiechając się, Ewelinie.
— Patrzno pani, jedna ze scen komedyi naszego żywota, która świadczy, że jeszcze wierzymy w to, iż na poetyczną rolę kogoś złapać można. Jak się ten przezacny młodzieniec misternie usadowił tu, aby uczynić zajmującym... ręka czyni go nieco bohaterem tajemniczym, książka każe się domyślać poety, a ustroń, obrana na medytacye poświadcza, iż to dusza, co ciszy i spokoju szuka... Załóżże się pani ze mną — dodał — że to najprozaiczniejszy intrygant w świecie... A tak młody!! tak młody...
Spojrzał uśmiechając się na Ewelinę, biedna kobieta była jak marmur blada.
— To być może... to być bardzo może — rzekła cichym głosem — ale mój hrabio, nie wyrywaj mi z serca ostatnich złudzeń, ostatniej nadziei, że gdzieś jeszcze, w kątku, przypadkiem, znaleźć można — prawdę.
— Czy pani go znasz?
— Widzę go pierwszy raz w życiu.
— Ja także... i ręczę...
— A! nie ręcz! wierzmy! łudźmy się, kłammy sobie, aby się nam świat nie tak poczwarnym wydawał — zawołała Ewelina.
— Więc milczę — rzekł Starża.
Droga wiodła ich tak, że musieli przechodzić tuż koło samotnie siedzącego chłopaka, który był właśnie na ławce książkę położył; Ewelina rzuciła okiem... uśmiechnęła się prawie radośnie. Był to „Tadeusz“ Mickiewicza.
— Szczęśliwam — szepnęła na ucho Starży — że jeśli ma się w świecie co poczciwego znaleźć, należeć będzie do nas. Rada jestem, że to Polak, a czuję, że siadł w istocie dla siebie, nie dlatego aby... się wystawić na pokaz ze swoją ręką i książką.
— Dla mnie w tem jest coś podejrzanego — odparł stary niedowiarek.
Ewelina wyrwała mu rękę powoli.
— Jestem dziwaczka, despotka i... zostawuję tu pana, abyś sprawdził swój domysł... Czekam z obiadem...
Uśmiechnęła się, Starża zawahał, ale z powagą przyjąwszy wyzwanie, począł się przechadzać po ulicy... Szukał sposobu, aby się zbliżyć do młodego człowieka.


Książka mu nastręczyła najlepszą ku temu sposobność. Na ławce było dużo wolnego miejsca... przysiadł...
— Widzę z Mickiewicza, żeśmy ziomkami — odezwał się po chwili, do zdziwionego dość i zmieszanego nieco młodzieńca... który milcząco mu się ukłonił..
Młodzieniec miał prawo być tak zdziwionym, jest bowiem rzeczą nadzwyczajną, aby dwóch nieznajomych Polaków, spotkawszy się zagranicą, przemówiło i zbliżyło się do siebie.
Nie wiem, czy inne narodowości w podróżach trzymają się tego zbawiennego prawidła, żeby swoich unikać, ale co do nas, tysiączne doświadczenia uczą, iż nic tak nie przeraża, jak zetknięcie się z ziomkami.
Ziomków tych jest tyle różnych rodzajów, gatunków, podgatunków... mogłoby się trafić na... republikanina, demokratę, na spiskowca... na korespondenta dziennika warszawskiego, na kollaboratora gazety narodowej, na... zbierającego jaką składkę, na wracającego od Mazziniego, lub jadącego do Garibaldiego... Kto to wie?? Z tego powodu (konstatujemy tylko fakta), w drodze się nie mówi po polsku, ściera się wszelkie znamiona narodowości i kryje z nią najstaranniej.
Nie ma prawie przykładu, aby Polak do Polaka, zwłaszcza porządniej ubrany do mniej porządnie odzianego, sam proprio motu zagadał... nietyle może idzie o kompromitacyę, co o kieszeń... Młody więc człowiek bardzo słusznie okazał zdziwienie i z pewnego rodzaju niedowierzaniem, spojrzał na Starżę.
— Pan zapewne emigrantem jesteś? — zapytał hrabia.
— Nie, nie jestem nim — krótko odpowiedział młody człowiek.
— Winszuję panu.
— Dziękuję, w istocie jest to jedno z największych nieszczęść, na jakie człowiek skazanym być może. Ale gdyby Bóg był mnie niem dotknął, sądzę, że potrafiłbym je znieść godnie.
— Więc zapewne z Galicyi? — spytał Starża.
— Nie, jestem z Księstwa...
— A to zapewne chlubna i zaszczytna rana z ostatniej kampanii...
— O! nie, nie! — żywo przerwał, młody człowiek — miałem przypadek...
Rozmowa się przerwała... znowu... Poznańczyk nie miał najmniejszej ochoty prowadzenia jej dalej.
Ta wstrzemięźliwość i skromność bardzo dobrze uprzedziła już o nim Starżę; czuł, że mógł się zawieść w swym sądzie, ale był tak szlachetnym, iż się z tego ucieszył. Postanowił jednak badać dalej, dopóki było można.
— Widzę z przyjemnością — rzekł — iż się pan oddajesz poezyi... Mickiewicz... to najlepszy wzór dla młodego poety... wyboru i umiłowania go powinszować można.
Młodzieniec zwrócił się z uśmiechem ku hrabiemu.
— Nie oddaję się poezyi — rzekł cicho — ale ją kocham, jako życia osłodę — jako woń niebieską... przyznasz mi pan, iż w młodości trudno nie mieć tej słabości.
— Pan to nazywasz słabością?...
— Tak ją dziś powszechnie uważają... — mówił chłopak... — Każą nam, pod karą śmierci, zerwać z nią stosunki, zaprzeć się jej, obciąć sobie skrzydła i nauczyć się chodzić po ziemi... Wstydzę się, że usiłując stać się jak najpraktyczniejszym, choruję wszakże ukradkiem na... poezyę.
— Pan to nazywasz chorobą? — spytał hrabia...
— Nie moja to, ale dyagnoza wieku...
— A sąd nasz własny?...
— Ja czekam z sądem doświadczenia, ale co serce mówi, z mojej młodości można się domyśleć...
Starża był mocno zaintrygowany.
— Gra wybornie komedyę! — rzekł w duchu — ale mnie w pole nie wyprowadzi.
— Widzę — dodał głośno — że pan tu pono niedawno przybyłym być musisz, bom go dotąd nie widywał... więc zapewne i znajomych braknie?
— W istocie, przyjechałem przed parą dniami — chłodno odezwał się zapytany — ale towarzystwa nie szukam. Cisnąć się do niego jest przykro...
— Ale znajomości u wód tak się łatwo robią.
— A tak często drogo opłacają — zawołał chłopak — swobodą, czasem, ceremoniami, w końcu jeszcze wzajemnem nieporozumieniem. Wybacz mi pan dobrodziej, że mu w tem się sprzeciwię, ale łatwe znajomości...
— Zgadzamy się — przerwał Starża — niewiele warte... przecież ludzie ludzi potrzebują.
— Ludzie! ludzi! — mruknął, patrząc w książkę, młody.. — ale my bo nie jesteśmy tak bardzo ludźmi w XIX-tym wieku. Zawsze jeszcze są panowie, rzemieślnicy, przemysłowcy, bankierowie, świat mały, świat wielki... Tatarzy, Żydzi... a ludzi jakoś nie widać...
Starża się rozśmiał.
— Wierz mi waćpan — rzekł — że tak zawsze było i po wiele wieków zostanie. Wyjątek tylko czynię dla Tatarów, Żydów, Cyganów i t. p. bo narody są i muszą być równouprawnione. Inaczej się dzieje ze stopniem wykształcenia, ze stanem człowieka, z jego położeniem, które zawsze różnicę między ludźmi stanowić będzie i musi... Nikt nie pyta dobrze wychowanego człowieka, czy czarna, czy niebieska, czy czerwona krew w jego żyłach płynie, ale jak waćpan chcesz, bym mając żyć poufale z człowiekiem, nie dbał o to, czy się zrozumiemy i sympatyzować z sobą będziemy.
— Na tę różnicę, jaką stanowi wykształcenie, zgadzam się chętnie — rzekł młody człowiek — ale tylko na tę.
— My już... my... bo ja należę do starej, gasnącej arystokracyi rodu — odezwał się Starża — nie mamy pretensyi do naszego dawnego posłanictwa wyłącznego... prosimy się tylko, abyście nas gorzej od chłopa uważać nie raczyli. Uznajcie nas równymi sobie ludźmi, z reszty kwita...
— Alboż kto odmawia panom... przywilejów człowieka?
— Potroszę... bardzo często... W dawnych wiekach, w innym porządku społecznym, były narody wybrane, stany wybrane, ludzie wybrani... dziś... są tylko — szczęśliwi i szczęśliwe — my się do nich policzyć nie możemy.
Młody człowiek zamilkł.
— Bardzo mi przyjemnie — odezwał się Starża — iż pana spotkałem, miło jest czasem z kimś swoim pomówić...
Sądził, iż młodzieniec, korzystając z tego, przedstawi mu się i zrobi znajomość, ale się omylił, uśmiechnął się on, ukłonił grzecznie i milczał... Tembardziej szło Starży o zbliżenie się do tego upartego dziczka.
— Mieszkam w hotelu Victoria, nazywam się Stanisław Starża... i miło mi będzie jeśli, mnie pan zechcesz odwiedzić.
Młody człowiek zawahał się, jakby nie był pewien co ma odpowiedzieć.
— Nazywam się Augustyn Moroz... Jestem synem kupca i przeznaczonym do stanu kupieckiego. Mieszkam w dosyć ubogiej dziurze, do którejbyś hrabia nie trafił... pod jakimś koniem, barwy niezrozumiałej. Przebaczysz mi moją śmiałość i szczerość, ale mi się zdaje, że odwiedzając hrabiego, przyjemności-bym mu nie zrobił. Należymy do dwóch światów odrębnych, mamy stosunki różne... na ławce w ogrodzie, możem rozmawiać z sobą swobodnie... Ale cóżbym ja począł w salonie, pełnym... ludzi, mówiących językiem, wyobrażeniami, pojęciami dla mnie obcemi?... Zdawało mi się zawsze, że bez najmniejszego uczucia jakiejś niechęci, bez wstrętu, bez antagonizmu, każdy swojej sfery, swoich braci, swego kółka trzymać się powinien.
— Duma, kochany panie...
— Nazwij to pan poczuciem własnej godności... i nie miej za grzech, że je mamy w sobie...
To mówiąc, pan Augustyn powoli podniósł się z ławki, ukłonił hrabiemu, zabrał książkę i odszedł w swoję drogę.
Starża był trochę markotny, ale w końcu, rzekł w duchu:
— Ma słuszność, szanuję go!


W czasie tych wędrówek Starży, dama z córką, którąśmy widzieli w początku, przeszła była także do parku... w towarzystwie na sposób angielski ułożonego młodego kawalera.
Kawaler ów z nadskakującą grzecznością towarzyszył im w przechadzce i starał się zabawić rozmową czczą, lekką, ale bardzo przyjemną. Wiedział on nietylko, co się działo w Wiesbadenie, Homburgu, Paryżu, w Galicyi, Poznańskiem, Kongresówce, ale nawet po za granicami Europy w świecie fashionable, wielkich imion i świetnych fortun. Można go było z mowy i postawy wziąć za potomka jednej z najznakomitszych rodzin kraju, stosunkami ścisłemi związanej z całą europejską arystokracyą; o niej bowiem tylko mówił, a w opowiadaniu gęsto się cisnęły tytuły książąt, hrabiów, baronów, znakomitości wszelkich, które zdawał się znać poufale...
Zajmowało to wielce damę, mniej, jak się zdawało, córkę, która przypatrywała się drzewom i wyglądała tęskno jakoś. Młodzieniec nadskakiwał też szczególniej samej pani, tak, że trudno było rozwiązać, czy miał projekta na mamę, czy na ów pączek nierozwity... a że je mieć musiał, to się z nadzwyczajnej troskliwości w obejściu z paniami uwydatniało.
Mama była milcząca, ostrożna — przyjmowała grzecznie okazywane poszanowanie, ofiary posług, ale trzymała się jakoś oględnie, aby nie dać zbytnich nadziei. Niekiedy z ukosa przypatrywała się młodzieńcowi, jakby go zbadać chciała; nie dowierzając pięknym i zbyt świetne rzeczy zwiastującym słówkom.
— Ale à propos — odezwała się, wysłuchawszy cierpliwie historyi wiesbadeńskich — któż to jest ten pan, który się z panem witał... przed kursalem...
— Ten pan... a! to mój dawny ale daleki znajomy, którego poznałem u księcia S... we Lwowie na jednym z tych sejmowych rautów na które się prosi, co żyje... Nie mogę o nim dać bliższych wiadomości, wiem, że ma tam jakiś majątek około Tarnowa, że nie żonaty... że nie należy ani z imienia, ani ze stosunków do rodzin głośniejszych w kraju... Ale jest człowiek nieźle wychowany, przyzwoity... Zresztą już trochę stary kawaler.
Pani słuchała... i dodała.
— Tak, wygląda bardzo przyzwoicie... a nazywa się?
— Ferdynand... a! Potomski...
— W istocie nazwisko... mało słyszane... nowe... ale zdaje się szlacheckie.
W chwili gdy to mówili, mimo nich przeszedł z książką w ręku młody człowiek, był to pan Augustyn Moroz... spojrzał na panie, zarumienił się mocno, skłonił od niechcenia i szybko dosyć oddalił. Pani zaledwie mu raczyła kiwnąć głową i okazała nawet, że przywitaniu rada nie była, bo ruszyła ramionami, panienka zapłonęła.
— Wystaw sobie pan — odezwała się dama do kawalera... — co to za śmiałość tego jegomości... my go wcale nie znamy, nie wiemy kto on jest, jak się zowie... ale żeśmy się na kolei w wagonie spotkały i że tam Julce posłużył parę razy, już się, nie będąc prezentowany, kłania...
— To tylko dowodzi braku wychowania — rzekł kawaler — zresztą sama powierzchowność powiada, że to jakaś figura podejrzana... Teraz to się tego po świecie włóczy co niemiara... tych pisarzy prowentowych, a komisarzy rządowych... których rewolucya wyrzuciła rozbitkami na europejskie gościńce. Ja także, na nieszczęście, jestem emigrantem, ale się staram wyjść z tego fałszywego położenia co najrychlej i już mi w Wiedniu w ministeryum obiecano obywatelstwo. Książę Auersperg, którego poznałem przed parą laty u wód i z którym jestem bardzo dobrze, przyrzekł mi to...
Nie umiemy, a raczej nie chcemy się domyślać, dlaczego kawaler nie poznał przechodzącego — może miał wzrok krótki — a jednak byli to niegdyś towarzysze uniwersyteccy. Przechodzień obejrzał się, stanął, a po chwili poszedł dalej.
— A już to prawda — dodała dama — że dziś, dzięki emigracyi, nie można się ruszyć swobodnie... bo byle język polski usłyszano, zaraz się robią znajomości... i niepotrzebne, i niemiłe... i niebezpieczne...
— Ja też nigdy zagranicą po polsku nie mówię, chyba a huis clos — dodał miody człowiek — to klęska...
— Ale i pan byłeś przecie wmieszany w te ostatnie sprawy... — cicho dodała panna Julia... — pan był w oddziałach...
— Ja? ja? — z oburzeniem oparł się kawaler — ale uchowaj Boże! ja byłem używanym do niektórych dyplomatycznych robót... Książę X. i my wszyscy, mimo, żeśmy widzieli niedorzeczność rewolucyi, musieliśmy jej służyć... aby nie dać pójść za daleko vouz concevez.
Dama kiwnęła głową.
— I to się stało powodem, że do Królestwa powrócić nie mogę... — kończył młody człowiek — ale osiedlę się i okupię w Galicyi...
— Jako Galicyanka, bardzo się z tego cieszyć będę — grzecznie, uśmiechając się, dodała dama... — a kawaler się ukłonił.
Szli dalej, był to dzień spotkań i niespodzianek... choć niezawsze miłych... Kawaler rzuciwszy okiem przed się, ujrzał toczącą się ulicą figurę jak na Wiesbaden dosyć oryginalną. U nasby ona nie zwróciła uwagi, bo była naturalnym owocem kraju, ale zagranicą wydawała się bardzo dziwnie.
Był to mężczyzna bardzo otyły, słuszny, lat średnich, twarzy ogorzałej i rysów pospolitych... W pośrodku księżycowej pełni oblicza, dobrze zarumienionego, siedział nos nakształt bujnie wyrosłego kartofla; pod nim usta szerokie, z wargami tłustemi, podbródek prałacki, wyżej oczki siwe, małe, nad niemi brwi krzaczaste, bujne, a dalej czoło szerokie, nizkie i włosy rzadkawe... Dodawszy do tego uszy rozmiarów niepospolitych, odstające i kilka brodawek poziomkowego kształtu, mieć będziemy fotografię nadchodzącego. Reszta postaci odpowiadała twarzy, ręce były ogromne, nogi potężne... Dystynkcyi i wdzięku trudno było szukać w nim, ale rozsądek i jakaś wesoła dobroduszność czyniła niepięknego człowieka wcale miłym.
Ubrany był w węgierkę, a strój cały dowodził, że się do obcych przestrajać nie myślał...
Młodzieniec, ujrzawszy nadciągającego obywatela, gdyż inaczejby go nawet nieznajomy nie nazwał, tak obywatelską miał powierzchowność, widocznie się zmieszał, na twarzy odmalowało się wahanie, obawa, niepewność, co począć... miał może zamiar w boczną z damami przerznąć się uliczkę, aby spotkania uniknąć... ale było za późno, a dama, krocząca poważnie, wykwintnie, ani myślała z szerokiego gościńca znijść na ścieżkę, na którejby jej wspaniała postać znikła w cieniach.
Kawaler udawał, że przygląda się roślinom, że admiruje młode dęby piramidalne i czarne buki, aby minąć obywatela bez powitania... ale mu się to nie powiodło.
O trzy kroki od niego, obywatel już się śmiał głośno, nie zważając na nieznajome damy i podnosząc laskę, wołał:
— Patrzcie! ha! ha! Wicek! dalipan Wicek! no! no! ależ z waszeci teraz elegant... Upadam do nóg...
Nazwany tak jakoś nieprzyzwoicie Wickiem kawaler, zaczerwienił się, odskoczył od dam, przepraszając je i rad nie rad podszedł, zdejmując kapelusz, do obywatela, który go bez ceremonii poklepał po ramieniu.
Damy poszły tak powoli dalej, że całą rozmowę, zresztą obyczajem dawnym polskim prowadzoną głośno a krzykliwie, słyszeć mogły doskonale.
— Chi! chi! Wicek na markiza mi dziś patrzy... dalipan... niby Anglik, niby czeladnik od krawca paryskiego... Ależeś wyprzystojniał, wyrósł... wyeleganciał! daj go katu! Cóż u licha — tak ci rewolucya posłużyła... czyś gdzie bezpańską kasę przydybał... czy za posługi ofiarowała ci milion Rzeczpospolita... czyś złapał dziedziczkę jaką garbatą, która ci sto tysięcy dochodu złożyła u stóp? Mów, bo nie rozumiem.
Kawaler był przybity...
— Powiem ci, żem twego ojca widział przed wyjazdem z kraju... na jarmarku, dokąd z końmi hrabiego pryncypała... przybył. Postarzał nieboraczysko... a ciężko pracuje... Waszeci, widzę, na emigracyi się wiedzie... ho! ho.
Kawaler stał niemy.
— Przyjdźże do mnie, to ci dam bliższe wiadomości o ojcu i siostrze... bo siostra u mego szwagra teraz jest w obowiązku, razem z mężem... widziałem i ich... Stoję pod Różami, do widzenia... pilno ci do dam... a no nie zatrzymuję.
Niezmiernie pomieszany kawaler pogonił za damami, a obywatel, laską wywijając, wracał do Kursalu... Na jego twarzy malowała się uciecha z wypłatanego dobrego figla... na bladych rysach nieszczęśliwej ofiary niecierpliwość i hamowany gniew.
Niema wątpliwości, że złośliwy obywatel ów z okolicy Łęcznej umyślnie mówił tak głośno o ojcu oficyaliście i siostrze w służbie, aby te piękne panie usłyszały; jakoż dama przyjęła powracającego kawalera nadzwyczaj sztywnie, zimno, z podwójną dumą, rzucając nań wielce znaczące spojrzenie.
Mówiła mu ona wyraźnie:
— Chciałeś nas waćpan oszukać, ale mu się to nie udało...
Młodzieniec wszakże ochłonął prędko, poczuwszy, że się bądźcobądź ratować potrzeba, nadrabiając fantazyą i zuchwalstwem.
Udał, że wrażenia damy nie dostrzegł, lub nie zrozumiał i rzekł żywo:
— Niezmiernie szczęśliwy jestem ze spotkania z tym poczciwym oryginałem... Jest to najzacniejszy człowiek, chociaż ma czasem żartobliwe sposoby wyrażania się, które zrozumieć trudno... Przyjaciel i sąsiad mojego ojca, przywozi mi wiadomość od rodziny... Widzę z tego, co mówi, że biedny mój ojciec, w obawie konfiskaty za moje grzechy, wyprzedać się musiał...
Westchnął młodzieniec, dama spojrzała z ukosa, skrzywiona, ale znać było, że się nie da wziąć na słowa... Ona i panienka pozostały milczące.


Obywatel któremu imię było pan Prokop Hamowski, poszedł w swą drogę, wesół wywijając laską i podśpiewując „Trzeciego Maja mazurka“, bo nad Dąbrowskiego i „Maj“, nigdy więcej wyśpiewać nic nie umiał, a czuł czasem potrzebę objawienia w ten sposób dobrego humoru.
Mówiliśmy, że był to dzień spotkań... O kilka kroków dalej zeszli się z panem hrabią Stanisławem Starżą, który od ławki Moroza powracał.
Pan Prokop zdala zdjął czapkę i z przesadną pokorą schylił głowę przed starym.
— A! pana Prokopa... cieszę się! — zawołał Starża — znów tedy do Wiesbadenu!
— A! szanowny hrabio, odpuść nam nasze winy tak, jako my ich nie odpuszczamy naszym winowajcom... Nie dziwuj się, że mieszkaniec Królestwa wyleci na świat — odetchnąć!
Byłoby to grzechem, zaprawdę, pieniądze rozpraszać zagranicą, gdyby nie było koniecznością przespać się w ciągu roku choć kilka nocy spokojnie.
Chory nie chory, wyjechałem się pokrzepić.
— Przy rulecie! — uśmiechnął się Starża.
— Żart na bok, ja istotnie jestem chory, wody mi nakazano, a w gry hazardowne nie gram tylko czasami — za drugich nie ręczę.
— Ani ja! — uśmiechnął się Starża — wszyscyśmy słabi.
— Towarzystwo liczne, jak już widzę — rzekł Hamowski — język polski obija się nieustannie o uszy... Cieszy to, że się tak cywilizujemy!
Oba uśmiechnęli się gorzko.
— Strasznie się cywilizujem... — dodał pan Prokop — wystaw sobie hrabio, przed chwilą spotykam ślicznego blondyna, ubranego z angielska, zaczesanego z angielska, gentlemana... rzekłbyś milord na wakacyach parlamentowych z milionem dochodu w kieszeni — przypatruję się... a to zmetamorfozowany syn dawnego mojego oficyalisty... Pamiętam go, gdy przed wysłaniem do szkół, boso gęsi zapędzał... Czyniłoby mu honor, że się tak zewnętrznie, a pewno i wewnętrznie wykształcić potrafił, gdyby nie grał komedyi i okpiwać świata nie chciał, gdyby na biletach nie pisał Monsieur Vincent de Darnocha... i t. d.
Starża się uśmiechnął...
— Jest to rzecz dziwna, że gdyby Pan Bóg na twarzach naszych pochodzenia owego sarmackiego nie zapisał, naród tak do swej narodowości przywiązany, jak my... najprędzejby starł z siebie wszystkie cechy zewnętrzne, które go znamionują.
Zważ pan, że mamy między sobą hybrydy polsko-angielskie, polsko-francuzkie, polsko-niemieckie, polsko-rosyjskie, że w naszej dzisiejszej społeczności więcej jest naleciałości obcych, niż zabytków własnych... i żeśmy już na pół rozpuścili się w kosmopolityzmie. Wyjmuję waćpana dobrodzieja z jego węgierką.
— I ze wszystkiemi staremi nałogami polskiemi... — rzekł Hamowski... — Ja pod tym względem już się nie zmienię. Skóra stara przyrosła mi do grzbietu... nie zrzucę.
Mniejszaby może zresztą było o zewnętrzne pozory, ale formy zawsze mówią coś i znaczą — to darmo... Jak w religii, tak w miłości kraju, formy i praktyki nie są rzeczą obojętną... dlatego, mości dobrodzieju, nie zrzucam i węgierkę noszę... póki mi jej nie zedrą.
Ale ot — od pierwszego zetknięcia się, wpadliśmy na metafizykę... tfu! lepiej powiedz mi, hrabio, kogo macie tu, co robicie i czy ja się tu rozerwę... bom po to przecie przybył.
Starża wziął go pod rękę.
— Mamy ziomków, hybrydów różnych, bardzo wielu... już dziś osób do dwudziestu naliczyłem... pięknych kobiet, panien, wdów, rozwódek mnóstwo. Jest nawet jedna tak śliczna, tak rozumna, tak miła, że gdyby nie była nieco waryatką... powiedziałbym, że to ideał!
— Ale dlaczegoż waryatka?
— Bo szuka szczęścia tam gdzie go znaleźć nie można.
— Pilnujże acan dobrodziej ją od eleganta Anglika, bo jak się dowie, że bogata, że wolna i że jej na świecie pary do szczęścia brak, to się łotr wciśnie i...
Starża się roześmiał.
— Będę wartował, aby nie przystąpił nawet, zresztą kobieta ma instynkt...
— Ale mężczyzna ma pochlebstwo...
— Sparzona...
— Parzą się i nie dwa razy, mimo przysłowia... Więc Polaków naszych, czyli jak to zagranicą zowią — Polonii, dosyć...
— Nadto — odparł Starża — jest jej ze wszystkich części Polski po troszę, z emigracyi starej i nowej, z Kongresówki, z zabranych prowincyj, z Galicyi wschodniej i zachodniej, z Księstwa Poznańskiego i z Prus zachodnich.
— Otóż, panie dobrodzieju, jedyna zręczność porównać, co z nami obce rządy zrobiły.
— Zostawuję to panu... — rzekł Starża — ja jedno widzę tylko, że każda z prowincyj, każdy z losów naszych coś nam ujął ze starych tradycyj, a mało co dodał... jesteśmy hybrydy... hybrydy...
W każdym narodzie, który ma żyć, coś się piastuje, zachowywa, od czego, jak od nasionka, powstać ma owo życie nowe... u nas... ten zarodek bardzo jakoś niewidoczny.
— A kwestarz Chodźki powiada po cichu — quis scit co za górą?
I poszli tak razem dwaj różni, ale w duchu zgodni, przedstawiciele przeszłości...


Nie wiem jak się to stało, że tego dnia przy table d’hote, w hotelu „Czterech Pór Roku“, znalazł się i pan Ferdynand Potomski, i pan Wincenty Darnocha. Zdaje się, że ostatni już był zwietrzył piękną, samotną i zachwycającą swobodą mowy i ruchów panią Ewelinę, stawił się więc w białej, pikowej kamizelce, uczesany przecudownie, w rękawiczkach blado lila, w stroju najwyższego smaku, piękny, dystyngowany... arystokratyczny, tak... że go hotelowe kelnery wzięli za lorda, a lordowie, za podróżującego komisanta z Bordeaux.
Pan Ferdynand równie był starannie na wyprawę wyekwipowany... Los, który płata figle i czyni przysługi, posadził ich obok siebie. Oba, nie mówiąc nic, oczyma przebiegali stół, modlili się do otwierających drzwi, ale gwiazda spodziewana nie zeszła. Ewelina zaprosiwszy pana Starżę, kazała obiad podać do swojego salonu.
Zawiedzione nadzieje powlokły chmurą oblicza dwóch więcej niż ciekawych gości. Dla pana Darnochy szczególniej ten stracony obiad w table d’hote drogim... gdzie dla przyzwoitości potrzeba było jeszcze pół butelki wina dać kazać... stanowił jakby przegraną stawkę w ruletę.
Elegancya takiego młodego człowieka, zmuszonego grać nie swoją rolę, toaleta, rękawiczki, akcesorya rozmaite... okupują się zawsze cichemi ofiarami, często posuniętemi aż do zaparcia głodu i pragnienia. Czem żyją ci, co chcą za dostatnich uchodzić, a do ubóstwa śmiało i uczciwie przyznać się nie chcą, wie Pan Bóg jeden oraz przekupki bułek... i kiełbasek...
Pan Wincenty należał do tej smutnej kategoryi komedyantów, co mieszkają nie wiedzieć gdzie, jedzą nie wiedzieć co, ale występować muszą świetnie...
Był wcale przystojny, był pewien, że strojąc lalkę, w końcu ją jakiemuś dziecku sprzedać potrafi. Miał na to dosyć dowcipu, instynktu, i pospolitych środeczków, pochwyconych w powietrzu... Tyle pracy! tyle ofiar! gdyby to na co poczciwego użytem było!
Ferdynand Potomski, acz mniej miał już czasu do stracenia niż towarzysz, nie tak bardzo uczuł doznany zawód... lubił bowiem jeść, a spodziewał się mieć wcale niezły obiad w tak paradnym hotelu, na czem się nie zawiódł.
Dogadzało mu też to, że go posadzono przy młodzieńcu, którego użyć postanowił, mimo, że z rana niedosyć się z nim obszedł grzecznie. Rachował na siłę, otwierającą serca, wina szampańskiego, którego kazał w lód wstawić butelkę...
Z początku obiadu, aż do rozbefu, nadzieja... nadzieja słaba ożywiała obu tych panów; rachowali na to, że elegantki zawsze się długo ubierają i późno przychodzą... Ale po sztukamięsie po groszku z ozorem i salcesonem... opuściły ich błogie marzenia... trzeba było rzeczywistość przyjąć, jaką była; pan Ferdynand korzystał i jadł dobrze...
Wincenty siedział chmurny...
— Napijesz się pan ze mną kieliszek szampańskiego wina? — spytał pod koniec Potomski.
— Dziękuję...
Nalano....
— Z kimże to pan byłeś dziś rano, gdyśmy się spotkali?.. — spytał Ferdynand — nie mógłbym wiedzieć? hę! ręczę ci jeśli są jakie projekta, prędzej pomogę niż przeszkodzę...
— Ale żadnych w świecie projektów! — podchwycił miody człowiek... — żadnych... słowo honoru... Jest to obywatelka z Galicyi... Baronowa von Dorfer... Polka rodem, niegdyś żona wojskowego austryackiego.
— A! wdówka!
— Wdowa... z córką...
— Bogata zapewno...
— Za taką uchodzi i zdaje się być...
— Czy jeszcze... jak się zdaje... w pretensyach do kobierca sama... czy?...
— Ale ja nie tak dobrze ją znam, abym mógł objaśnić pana... — rzekł Darnocha.
Ferdynand dolał mu wina...
— Domyślam się, wnioskuję, pewnych jednak danych nie mam...
Pan Potomski spojrzał mu w oczy bacznie... coś już chciał powiedzieć, ale się powstrzymał i nalał... Nalawszy, przekonał się o potrzebie drugiej butelki i szepnął kelnerowi, aby ją przyniesiono.
Po czwartym czy piątym kieliszku, zaczęli, po cichu szepcąc, żartować i poufale sobie udzielać swych spostrzeżeń nad gośćmi siedzącymi... Humory były dobre i skłonne do wywnętrzenia się usposobienia.
— Wiesz co, cher Vincent — rzekł pan Ferdynand — jabym ci coś powiedział, gdybyś mnie zrozumiał po przyjacielsku i za złe tego nie wziął.
Młodzieniec ścisnął go za rękę.
— Między nami mówiąc, obaśmy podobno nie chorzy i bodaj — ja i pan, czyśmy tu nie w jednym celu przybyli... Mówmy z sobą otwarcie, zawrzyjmy przymierze i pamiętajmy, co napisano na holenderskim dukacie.
— Tak, ręka rękę myje... — rzekł roztargniony pan Wincenty, na którego Angielka, w długich lokach z dużemi zębami, spojrzała. — Angielki bywają bajecznie bogate...
Ferdynand nie myślał poprawiać wersyi fałszywej towarzysza, rad, że myśl jego zrozumiał...
— Otóż tak — rzekł dolewając wina — na co to w bawełnę obwijać, ja szukam żony, i panbyś jej nie odrzucił, gdyby się nastręczyła ładna, bogata i comme il faut. U wód znajomości się robią łatwo; no, i często kojarzą się przyszłe małżeństwa... Możemy być sobie wzajem pomocni. Ja mam taką teoryę. Największą przeszkodą zawsze obawa, że człowieka nie znają... można więc sobie skutecznie pomódz, podpisując wzajemność. Rozumiesz... mądrej głowie dość na słowie.
Pan Wincenty przyjął ten układ z zapałem.
— Zgoda — odezwał się — dobrze...
— Ale tu i drugi obowiązek się nastręcza — dodał praktyczny pan Ferdynand — musimy wzajemnie starać się dla siebie wywiedzieć o sytuacyi osób, które nas obchodzą... bo, na nieszczęście, wiele awanturnic i kobiet zrujnowanych wyjeżdża do wód na polowanie.
— To się samo z siebie rozumie — odparł młodzieniec — że na ślepo się puszczać nie można... Okropne bywały przykłady... Znam Alfreda barona...
— A i ja go znam.
— Złapał się szkaradnie.
— Wiem, wiem.
— U wód ją poznał... prowadzili taki train, że ją wziął za milionową, ona jego miała za bogacza... a teraz.
— Słyszałem... idą do rozwodu...
— Haniebne szalbierstwo...
Napili się po kieliszku wina i kazali podać kawy i Chartreuse.
— Mój drogi panie Wincenty... — dodał ponawiając uścisk dłoni Ferdynand — idźmy zgodnie, pomagajmy sobie i ostrzegajmy się wzajemnie; niech jeden drugiemu w drogę nie wchodzi... Słowo?
— Słowo...
— Teraz-że mnie objaśnij kto tu jest... i jakie ty masz widoki...
— Ja, dotąd żadnych... Baronowę von Dorfer nieco znając, z daleka i ostrożnie trzymam się około niej, ale nie posuwając zbytecznie...
— Rozumnie — rzekł Ferdynand. — Uczynię ci uwagę jedną jako starszy już a doświadczeńszy. Baronowa twoja wygląda, jakby się sama za mąż data occasione wydać chciała. Tu tędy sęk. Partya mogłaby być niezłą; podżyłe bowiem wdowy, przy dobrem prowadzenia ich, w rękach człowieka doświadczonego, nie są do odrzucenia... Ale córka dorasta... niepodobna ją wiekuiście zatrzymywać w domu... Ktoś przyjdzie i pochwyci. Ożeniwszy się zaś z córką znowu, nie ma gwarancyi, że matka się nie wyśliźnie i nie chapnie z sobą majątku... Gra więc niebezpieczna... ryzyko zbyt wielkie; trzebaby chyba z córką się żenić... a matkę wziąć w troskliwą kuratelę... lub...
Uśmiechnęli się do siebie dziwnie, rozumiejąc bez słowa.
— Dodam do tych bardzo trafnych uwag pańskich — rzekł rozmarzony nieco winem Wicek — iż sama pani jest zamknięta w sobie, sztywna, dumna, trudna, formalistka, arystokratka, zimna i zdradza charakter wcale nie łagodny...
— Więcej kto tam jest? — zapytał Potomski.
— A no, ta dziwna ekscentryczna jakaś a podejrzana piękność, o której mówi dziś Wiesbaden cały... stojąca właśnie w tym hotelu baronowa Ewelina Skrzycka, jeżeli się nie mylę. Uważano, że dziś rano bardzo długą i żywą prowadziła rozmowę ze Starżą... to coś znaczy.
— Ale ja ją nieco znam... — szepnął oczy spuszczając Potomski — widziałem się z nią dziś rano.
— Doprawdy! — przysuwając się spytał Wicek... — wzajemnie więc objaśnij mnie pan...
— Niewiele więcej ci powiem nad to coś mi o pani von Dorfer ofiarował. Dzieckiem, za życia nieboszczyka jej ojca, widziałem ją w Górze. Owdowiała niedawno po młodym mężu, z którym pożycie było ciężkie i nieszczęśliwe... Czy charakter, czy dola uczyniły ją dziwaczną, nie wiem. Ale to pewna, że kobieta też nie łatwa do zdobycia i niełatwa będzie do rządzenia. Jedynaczka, pieszczotka, piękna, bogata niezmiernie... trzeba się z góry przygotować i zostać prince consort i najniższym sługą. Ale nęcąca i urocza! człowiekby się zgodził na wszystko... I parę milionów dodatku...
Oczy Wincentego zaświeciły... spojrzał w źwierciadło przeciwległe, żeby się przekonać, czy nie zbrzydł.
— Zechcesz mnie pan jej przy zręczności przedstawić — rzekł.
— Chętnie... ja mało mam nadziei, żeby się z tej strony co uczynić dało, wszakże nie chcę zaniedbywać zręczności... Dziwaczka może przez dziwactwo wybrać...
Rozśmiał się...
— Z pewnością przeszkadzać nie będę... — dodał pan Wincenty... — ale radbym choć bliżej się jej przypatrzeć...
— Nic nie mam przeciwko temu... wzajemnie przedstawisz mnie pani von Dorfer... — rzekł stary kawaler... — No, a więcej kto jest jeszcze?
Wino czyniło wymownym i dowcipnym pana Wincentego, począł więc przegląd wiesbadeńskich piękności, a sąd jego dowodził, że mimo młodego wieku, nabył już w wysokim stopniu praktyki życia... Potomski z przyjemnością się przysłuchiwał gawędce ostrej, dowcipnej, złośliwej, objawiającej w młodzieńcu niepospolite zdolności, skierowane już ku wyspekulowaniu sobie bądźcobądź pozycyi i niezależności w sposób jak najłatwiejszy, uwalniający od pracy długiej a mozolnej, od pokornego dorabiania się...
— Cudzoziemek masy są — kończył pan Wincenty — ale tych bliżej poznać nie miałem czasu... Angielek do wyboru... liczba znaczna. Na Niemki nie zwracam uwagi, bo są w ogóle nie majętne a rodzice nadzwyczaj metodyczni... począwszy od metryki i świadectwa szczepionej ospy, trzeba się, zbliżając do nich, spowiadać im ze wszystkiego...
— E! o Niemkach mowy niema! — dodał, krzywiąc się, pan Ferdynand... nieco obiadem rozrzewniony. — A Amerykanki?
— Amerykanek jest kilka... ale o tych dziś jeszcze bliższych wiadomości udzielić nie mogę... Zresztą — dorzucił, wstając i spoglądając na zegarek — będziemy się widywali codziennie i wspólnie sobie naszych postrzeżeń udzielali.
Rozmowa przeszła powoli w śmiech i żarty staro-kawalerskie — zostali oba najlepszymi przyjaciołmi, oceniając wzajemnie usługi, jakie sobie oddać mogli. Dla p. Wincentego wchodziły w rachunek nawet obiady, które razem zjadać mieli..
— Ten młody człowiek może mi być bardzo użytecznym... — mówił w duchu Potomski... — dobrze, żem się do niego przybliżył...
— Do widzenia! do widzenia!
Rozeszli się zadumani nad planami przyszłej kampanii, która niełatwą się obiecywała.


Sale gry jaśniały już rozświecone gazem, połyskując złocieniami, a wielka ciżba najróżniejszej powierzchowności ludzi cisnęła się do stolików, przy których nie było dość miejsca na pomieszczenie wygodne wszystkich namiętności, skupiających się do koła gorączkowo.
Widok sal gry ma w sobie coś straszliwie dzikiego, dziwnego, przerażającego... wchodząc tu człowiek zrzuca z siebie poczucie przyzwoitości, zapomina, czem jest zwykle... chciwość, żądza jakaś walki z tajemniczym losem... oszala go... rozmarza... Nie widzą nic, prócz stołu i pieniędzy... rzadko która fizyognomia zachowa zimną powagę i cechę poszanowania siebie... rzadko kto jest tu panem sobie... Wchodząc, jeszcze człowiek miarkuje się, trzyma na wodzy... uśmiecha się pogardliwie, mierzy okiem rozpalone lica tych, co tu już dłużej przebywszy w kąpieli ukropu... postradali wiedzę tego, co się z nimi dzieje. Ale zaledwie przysunął się... począł grać... nieznacznie ulega tym samym symptomatom, które tylko co obudzały w nim pogardę.
Nic sprzeczniejszego nad powierzchowność sal z tragikomedyą, jaka się w nich odbywa... Ustrojenie gilotyny w kobierce i bronzy mogłoby się tylko do przybrania sal gry porównać.
Nigdzie człowiek nie spada niżej, nie zezwierzęca się bardziej, nigdzie kobieta nie wydaje się poczwarniejszą, wstrętliwszą istotą...
Widzieć młodą, piękną, poetyczną niewiastę, rozwścieczoną żądzą niepojętę, nieprzytomną, z oczyma wlepionemi w kupkę złota, bledniejącą i czerwieniejącą naprzemian... zapominającą o dzieciach głodnych, które płaczą na sofie w kątku... jest prawdziwie piekielnym obrazem. Przedsień otchłani... A ci ludzie wystygli, zimni, znużeni, oprawcy, którzy ostatni grosz szaleńców ściągają, jakby ścinali głowy... a wejrzenia dzikie tych, co już ostatni grosz stracili... a rozbudzanie się namiętności, często kończących wystrzałem i powrozem... a spory i kłótnie, a dziecinne rozpacze... a bezmózgie chwilowe radości... Pandemonium... Gdy się na to wszystko patrzy obojętnem okiem widza... gdy się pomyśli, że to wodzenie na pokuszenie... prawdziwa sprawa piekła... w istocie przywodzi do upadku niemal bez wyjątku wszystkich... co się na nie narażają i przypomni, iż to rzecz dozwolona, uprzywilejowana, protegowana naówczas, gdy tyle stokroć mniej szkodliwych rzeczy się zakazuje... to upokarzające i wstydliwe.
Chociaż wszyscy zgodnie jedni przed drugimi ręczyli, że nie grają, że gra jest im obojętną, że tak chyba dla zabawki postawią czasem florena... że nie zaglądają po kilka dni do rulety i trante et guarante... jednakże pod wieczór... znaleźli się jakoś dziwnym wypadkiem po różnych końcach stolika.
Nawet wielce umiarkowany i wytrawny Starża, i wielce rozsądny Prokop Hamowski, nie mówiąc już o Potomskim... próbowali szczęścia... nawet pani baronowa von Dorfer powierzywszy córkę przyjaciółce, siadła z rulonikiem... będąc pewna, że Pan Bóg nie mógł odmówić swych względów i w grze wysoce urodzonej, tak dystyngowanej pani. Stawiła z tem przekonaniem, że plebejusze tylko mogą być w grze nieszczęśliwi...
Obejrzawszy się na wsze strony, z niezmierną ostrożnością, unikając oczów, wcisnął się do rulety pan Wincenty de Darnocha... Dla niego... więcej niż dla kogokolwiek, gra była stanowczą... twarz miał bladą, oczy przymknięte... wyglądał, jak idący na stracenie.
Szedł jednak. Przyczyną, dla której iść musiał, było zupełne wyczerpanie ostatnich środków. Uciekać się do pożyczki nie było podobna i na nicby się nie zdało: — albo uchodzić z Wiesbadenu lub stawić musiał los na kartę. Serce mu biło — oprócz zegarka, wziętego na kredyt w Paryżu i garderoby niezapłaconej, stanowiącej son outil de profession, bez której cóżby począł ten, co musiał być elegantem, bo niczem innem być nie chciał — nie miał więcej nad dwadzieścia florenów w kieszeni.
Zimny pot oblewał mu skronie, a świeżo zjedzony obiad i wino wypite, wcale go nie umocniły na duchu. Na chwilę potrafił był zapomnieć o swojem położeniu, ale rychło wróciło ono przed oczy z całą swą grozą i strachem... W hotelu należało się już... przeszło sto reńskich... Nie było innego sposobu, tylko grać. Czasem p. Wincenty wierzył w gwiazdę swoją... tym razem miał jakieś fatalne przeczucia.
Zręcznie, niepostrzeżony, potrafił się docisnąć do skrawka oblężonego stołu... wyjął parę florenów i postawił je ręką drżącą... wygrały... Śmielszy już podniósł oczy, podwoił... wyszedł szczęśliwie.
Za trzecim razem powodzenie sprzyjało jeszcze... W najgorszym wypadku, było o czem grać powolniej, czekać szczęścia i dobijać się... Z wygraną przyszła odwaga, odetchnął, spojrzał jaśniej... Szczęściem zdało mu się, że nikt znajomy go nie widział, a o to szło bardzo... Postawił znowu znaczniejszą nieco kwotę... o cudo! wygrywał jeszcze; miał więc dziś szansę, z której należało korzystać. Zawahawszy się nieco, dobył, co miał w kieszeni, rozdzielił na dwoje i rzucił na stół...
Chwila oczekiwania była straszną, ale skończyła się jeszcze zwycięztwem. Po niemem obliczeniu wypadku gry, Wincenty znalazł się wogóle wygranym paręset florenów.
To go ośmieliło i już nie patrząc czy będzie widzianym lub nie, na dobre w grę się puścił...
W pół godziny, sam sobie dobrze nie zdając sprawy z tego, jak do znacznej zdobyczy przyszedł prawie olśniony szczęściem, jakiego nigdy jeszcze nie doświadczył, Darnocha znalazł się właścicielem około dwóch tysięcy reńskich. Chciał grać jeszcze, ale ostrożność radziła mu poprzestać... zwłaszcza, że ostatnie stawki go zawiodły.
Odszedł więc powoli od stolika i miał się wysunąć z sali, gdy uczuł, że go ktoś chwyta za rękę...
Nie poznał zrazu twarzy której oczy surowo się w niego wpatrywały; były to rysy gdzieś widziane dawno, widywane długo, ale pan Wincenty wahał się z nadaniem im nazwiska, nie wiedząc, do jakich lat życia miał odnieść to wspomnienie. Stali tak oba milczący, gdy młody człowiek z ręką na temblaku, odezwał się:
— Jakto? ty mnie nie przypominasz, panie Wincenty?... ty mnie?
— A! na Boga! to Gucio... Cóż to jest ta ręka na temblaku... Co ty tu robisz?...
— Jabym się najprzód ciebie mógł spytać, co znaczy ta twoja przesadna elegancya, pod którą trudno mi było rozpoznać ubogiego i pracowitego współtowarzysza akademii... i co znaczy, że tak śmiało grasz... a nadewszystko, że przystąpić mogłeś do tego piekielnego gry stolika?
Pan Wincenty pobladł, zmieszał się, ale nie odpowiadając na zapytanie, ujął rękę towarzysza i wyszedł z nim do ogrodu. Tu usiedli na ławce.
— Zawsze — rzekł powoli Darnocha — byłeś do zbytku surowym i inaczej pojmowałeś życie... Widzę, żeś się tych stoickich zasad nie pozbył. Cóż dziwnego, że młody, pragnę się przyzwoicie pokazać i że wypadkiem sprobuję szczęścia?
— Zapewne, nic w tem dziwnegoby nie było... a przecież po tylu latach niewidzenia spotkać ciebie elegantem jakimś niesmacznym, u stołu gry, zrobiło mi bolesne wrażenie.
— Cha! cha! bolesne wrażenie! — powtórzył Darnocha — ale cóż ty tu robisz?...
— Ja się kuruję naprawdę... a nie gram nigdy i z pogardą patrzę na niedołęstwo, próbujące zysku bez pracy... Jako twój dawny kolega, pytam cię... co się z tobą dzieje? Jeden z najlepszych uczniów, zszedłżeś na... takiego próżniaka!!
A! wiesz, że mnie to boli.
— Ale niechże cię i nieboli i przeboli, jesteś jakiś podrażniony, egzaltowany, nienaturalny... Wypadki! Nie mam zajęcia, o miejsce trudno, przybyłem z jednym z moich przyjaciół... cóżem winien, że kilka florenów postawiłem od niechcenia?
— Ale ja patrzałem, jak ty grałeś?
— No! i cóżeś widział?
— Grałeś namiętnie.
— Śmieszny jesteś, nie można grać bez tego, krew zakipieć musi.
— Więc nie grać.
— Ja prawie nie grywam...
Ostatnie słowa wypowiedział Wicek z urazą i zamikł — zamilkł też i towarzysz jego smętny i przybity. Ale po chwili dłoń ku niemu wyciągnął.
— Przepraszam cię — rzekł — uraziłeś się, choć nie było o co. Dawna nasza przyjaźń i koleżeństwo dawały mi prawo odezwać się do ciebie, jak do brata... Zabolało mnie, gdym cię poznał... uspokój mnie, wytłumacz mi... Wicku, przecież nie przeszedłeś do obozu tego, który z życia robi sobie igraszkę... tyś wart był innej doli...
Wincenty obejrzał się wkoło bacznie, potem krzesło przysunął bliżej do Augustyna, podparł się na ręku, przybrał postawę tragiczną, a że wygrany pieniądz, który czuł w kieszeni, dawał mu natchnienie, począł w następujący sposób;
— Słuchaj mnie i nie potępiaj — rzekł — nie sądź wedle siebie, boś silny i cierpliwy, Bóg ci dał charakter żelazny i krew zimną... ja mam temperament gorący a usposobienie niecierpliwe. Tak jest, mogłem i możem był powinien pójść drogą inną, skończyłem jak wiesz nauki świetnie... nazajutrz po złotym medalu i patencie sądziłem, że się o mnie ubiegać będą. Czekałem, ale nikt się nie zgłosił, potem, o ile to się z pojęciem mej godności zgadzało, począłem czynić pewne kroki aby się gdziekolwiek umieścić. Obiecywano wszędzie... ale wszystko było zajęte...
Obliczywszy się z dniami i funduszami, mogłem przewidzieć kiedy z medalem i patentem nie będę miał co jeść.
Poruszyłem protekcye, starania robiąc, wycierając przedpokoje napróżno... Syn ubogiego oficyalisty, bez stosunków, byłem lekceważony, popychany i w końcu zmuszony do rozpaczliwego rzucenia się ze sfałszowaną postacią, mową... w salony, w towarzystwo arystokratyczne... pod protekcyę starych pań, różowanych i przekwitłych piękności.
Było to podle... ale ze mną nie mogło być inaczej... od dnia, gdy zacząłem kłamać, robić długi, grać komedyę — zaczęło mi się powodzić... Praca mi nie szła, oszukiwanie doskonale... Myślisz, że świat ten miałby poszanowanie ubóstwa, trudu, skromności?... o! nie, ale lubi pochlebców, potrzebuje dworaków, nie przebiera w tytułach, byle zyskał zwolenika...
Tak wciągnęłem się w próżniacze życie, w potrzebę zbytku i okułem łańcuchem kłamstwa, którego już rozbić nie mogę... Sądź, potępiaj... ale niech w wyroku twoim i współsprawcy też zapomnianymi nie będą.
Milczał przez chwilę Gucio.
— Mój drogi — rzekł — łudzisz się... wyrobiłeś sobie fałszywe pojęcie położenia, świata, aby siebie uniewinnić. Tymczasem nikt tu, wierz mi, nie winien w tej sprawie, oprócz ciebie.
— Otóż go masz... tak!
— Wicku kochany... człowiek nigdy na nikogo oprócz siebie rachować nie powinien i nie ma prawa...
Ze społeczności chrześcijańskiej, braterskiej, stanowiącej wielką rodzinę przez miłość, wspierającą się wzajemnie, wyszliśmy niestety — doszliśmy do upragnionej emancypacyi człowieka, do peryodu przejściowego, przez który do zespolenia ludzkości, na nowych jakichś podstawach zapewne, idziemy — tymczasem człowiek jest oddanym sobie i na siebie tylko rachować może.
Dziś potrzeba walczyć i zdobywać stanowisko, stać się potrzebnym ludziom, dowieść im swej wartości i powoli dobijać się pracą, trudem... celu.
Nie przeczę, że byłoby piękniej dla społeczności, a łatwiej dla nas, gdyby nas brała w opiekę, ale obwiniać jej nie można gdy tego nie czyni. Chcieliśmy swobody, mamy ją.
Nigdy też na świecie nie było łatwem dojść do czegoś... Tyś żądał, aby ci twój złoty medal wypłacono jak weksel... à vue... ale nauka i zdolność nie są jeszcze wszystkiem w człowieku...
— Jesteś i byłeś nudnym moralistą.
— Tyś płochy, jak dziecko, mój Wicku, żal mi cię, bo z tym poglądem na świat przebawisz może młodość swą, ale na przyszłość nic się nie dorobisz.
Darnocha machnął ręką.
— Co mi tam... No... a ty surowy mój mentorze... a ty?...
— Ja idę pomalutku moją drogą.
— I potknąłeś się, jak widzę? Cóż znaczy ta ręka na temblaku.
— To — przypadek na kolei... ale mi jest lepiej, mówić o tem nie warto.
— Nie ożeniłeś się?
— Ja? — spytał śmiejąc się Gucio — ja mamże do tego prawo... nie wyrobiwszy sobie stanowiska?.
— Twój ojciec jest bogaty.
— Tak — ojciec nie ja...
— Cóż myślisz... do czego się bierzesz?
— Pójdę do handlu...
— Ty! — zawołał ze zgrozą Wicek — ty! admirator Mickiewicza... poeta... literat... ty! do handlu! i będziesz pieprz sprzedawał?
— Będę pieprz sprzedawał, a wieczorami Mickiewicza czytał. Życie ma swe ciężary, potrzeba umieć je ciągnąć i dźwigać...
Poezya jest osłodą, ale obowiązki przedewszystkiem.
— Wiesz co — rzekł Wicek — żeś ty się jeszcze stał nudniejszym niż byłeś — to są wszystko frazy! trudno być anachoretą...
Gucio spojrzał na niego i nic mu nie odpowiedział... oba czuli, że się już chyba nie porozumieją, oba litowali się nad sobą wzajemnie.
— Długo bawisz w Wiesbadenie? — spytał Wicek, odwracając rozmowę.
— Ściśle tyle, ile mi nakazana zabierze kuracya. Przyznam ci się, że mnie to życie nie bawi a upokarza. Patrząc na ludzi starych, poważnych, goniących za głupiemi rozrywkami, za dystrakcyami dziecinnemi — wstyd mi czoło okrywa.
Dodaj do tego, że jestem Polakiem i czuję położenie mojego kraju, obowiązujące wielce, — smutne a brzemienne przyszłością. Poraż to na rozpraszanie życia, mienia i czasu na zabawki?...
— Widzisz, kochany Guciu — rzekł towarzysz — znowu wpadasz w te deklamacye bez określenia ściślejszego, bez znaczenia, oklepanki, ogólniki, achy... Chcieliżbyście, aby Polska znowu wdziała żałobę i...
— Nie rozumiesz mnie... mamy rany do leczenia, mamy straty do powetowania i pracy ogrom dla przyszłości.
Zniecierpliwiony pan Wincenty ruszył ramionami...
— Nie zrozumiemy się... mówmy o czem innem... Masz jakie znajomości?
— Żadnych. Dziś jakiś oryginał, hrabia Starża, przypytał się do mnie i raczył zapraszać do siebie, ale to towarzystwo hrabiowskie nie dla mnie, ja tam nie pójdę.
— Widzisz... hałasujesz na mnie, a przesąd kupczyka wyszedł mimowoli, jak szydło z worka... dlaczego?
— Dlatego, że nie chcę się narażać na upokorzenia, nie mam im co przynieść, czembym się wkupił w ich grono...
— A ja żyję z nimi, nie daję sobie chybić i bardzo mi z tem dobrze.
— Tak... ale czy im mówisz, żeś synem ubogiego oficyalisty?
Darnocha nie przyznał się, że przed panią von Dorfer mówił o kupnie dóbr w Galicyi, mając całego majątku sto złotych w kieszeni — zamilkł gryząc usta.
Gucio się uśmiechał.
— Słuchaj — rzekł wstając — ja ciebie nie nawrócę, a ty mnie nie popsujesz... bądź zdrów... Jeślibyś ostatecznie się zrujnował, szukając szczęścia, a nie miał już co robić... pamiętaj, że w sklepie moim w Poznaniu, czekać cię zawsze będzie, choć skromne, miejsce komisanta... tylko.. nie przy kasie...
Farceur! — odparł Wicek — attendez moi sous l’orme, vous m’attendrez longtemps.
Bez żartów, dobranoc...
— Dobranoc...
I tak ruszając ramionami, rozeszli się dwaj towarzysze w strony przeciwne, — Gucio poszedł z książką do domu.


Byłby może pan Wincenty daleko opryskliwiej przyjął rady i przestrogi swojego dawnego współucznia akademii, gdyby wygrana wieczorna nie czyniła go pobłażającym, szczęśliwym i pełnym wyrozumiałości dla całego świata... Znajdował to bardzo pięknem ze strony Pana Boga, iż się na nim poznał i tak go dzielnie podtrzymał. Ale za ten złoty medal i za tak piękną twarzyczkę, coś mu się też od Opatrzności należało. Honor jej czynił przecie.
Szedł litując się nad tym nieszczęśliwym pedantem Guciem... który świata i życia nie rozumiał...
Zwyczajnie kupczyk... syn kupca... krew nad stołem przykuta od wieków, zastygła i zgęstniała... On czuł w sobie szlachetniejszą rasę... i dumnie podnosił głowę...
Noc była prześliczna... księżyc, jakby z dekoracyi teatralnej naumyślnie się wysunął i srebrzył ścieżki, brylantował fontanny, gdy gaz złocił pasami dokoła aureolę budynków i pstrzył ulice pod drzewami.
Ta mieszanina dwóch świateł, dźwięki, muzyki, gwar ciżby przechadzającej się, śmiechy wesołych kobiet, migające twarzyczki, upięknione fantazyą nocy... mogły najobojętniejszego człowieka rozmarzyć. Teatralny ten obrazek, sztuczny, wrzawliwy, wielomby może nie przypadł do smaku, dla człowieka jak Darnocha był ideałem piękna. Nie pojąłby on majestatycznej poezyi puszczy i stepu, ale tę maleńką, przyprawną, wyelegantowaną, almanachową, ten pejzaż podobny do kolorowanej litegrafii, tę scenę, tak przypominającą teatr... czuł całą duszą zmalałą i schudłą.
Było to właśnie, czego mu było potrzeba, aby w nim podnieść uczucie... Człowiek był sztuczny i pokarm kłamany...
W tej chwili szczęśliwego usposobienia i odwagi... ujrzał nieopodal stojących Ewelinę ze Starżą i... oczom nie wierzył — z Potomskim.
Potomski oczywiście był obowiązany go przedstawić.


Obcesowo wpaść na to towarzystwo i prosić o zaprezentowanie, nie uchodziło. Darnocha postanowić skinąć na pana Ferdynanda i wezwać go do spełnienia obietnicy.
Ale nim mu się to udało wykonać, postrzeżono go, Ewelina domyślała się celu tych kołowań i przechadzek, Starża się uśmiechnął.
— Otóż lew krążący i szukający, kogoby pożarł — odezwał się Starża. — Ostrzegam niewinną ofiarę, aby się miała na ostrożności.
Ewelina szkiełko przyłożyła do oczów i śmiało zmierzyła potworę.
— Lalka — rzekła — nie jestem dziecko, przestałam się bawić niemi... ale tak jestem znudzona... że nie byłabym od tego aby mi go zaprezentowano...
— Właśnie zdaje mi się — przerwał zdradliwy Potomski — że jemu o to idzie wielce i że czyha na mnie.
— Dajże mu się pan złapać i przyprowadź go tu — tupiąc nóżką, odezwała się piękna pani.
— Ja ostrzegam o niebezpieczeństwie — śmiejąc się dorzucił Starża.
— O!... proszę być spokojnym...
Ewelina już dostatecznie była uświadomioną o Darnosze, aby wiedzieć, jak sobie z nim postąpić.
W chwili, gdy na pana Ferdynanda skinął Wicek, Potomski był gotów i pospieszył ku niemu.
— Nieprawdaż? chcesz abym cię przedstawił?
— Zdaje mi się, że w tem niema nic niewłaściwego?
— Owszem, chodź...
Nim Darnocha miał czas się zastanowić, jak ma w największym awantażu stanąć przed uroczą pięknością, pociągnięty, wymieniony po nazwisku, już stał przed nią.
Ewelina przyjęła go zimno, ale z ciekawością, Starża był milczący i zamknięty... Wypadło rozpocząć rozmowę — przywykły do salonowego paplotania, Wicek się uśmiechnął i dosyć pospolitym sposobem zagaił, chwaląc Wiesbaden, wieczór, park i widok...
— Dziwi mnie to, że panu się może coś tak pospolitego i zużytego podobać — odezwała się Ewelina — jest to dekoracya wielkiej opery. Ja już jestem zepsuta, mnie to ani bawi, ani dziwi... Znać, żeś pan młody i niezużyty...
Wicek postrzegł, że poszedł drogą fałszywą, ale cofać się nie wypadało...
— Nie myślę — rzekł — upierać się przy mojem przekonaniu, a raczej wrażeniu. Są ludzie, co lubią naturę dzikszą, mniej przybraną, ja się przyznaję, że pejzaż cywilizowany wolę od dzikiego.
— A1 — zawołała Ewelina — chacun son goût... Pan tu już oddawna? czy raz pierwszy?
— Niedawno przybyłem, ale nie poraz pierwszy... lubię Wiesbaden...
— Grasz pan?
— Czasem, ale bez namiętności.
— Któżby się do niej przyznał? Mnie gra nie bawi, ale ludzie przy niej bardzo zajmują. Biedne ludziska!
W czasie tej krótkiej rozmowy, Wincenty stawał w różnych pozach i nieco się desynował przed pięknością, która to pogardliwym, nieznacznym przyjmowała uśmieszkiem...
Był wszakże onieśmielony wielkim blaskiem kobiety, której wyższość i urok jej mimowolnie mu się czuć dawały... Żadna jeszcze w życiu, takiego na nim nie uczyniła wrażenia... Nie wiem, jakby dalej było poszło, gdyby z za drzewa, deus ex machina, nie zjawił się, wcale dla Wicka nie w porę, pan Hamowski...
Wprost poszedł do Starży.
— Zaprezentujże mnie pięknej pani — rzekł — nie godzi się, bym przeszedł mimo i nie złożył jej u stóp hołdu mojego.
Ewelina, słysząc to, już się śmiała... ale zobaczywszy poczciwą twarz Hamowskiego, nieco jej przypominającą Pastranę — uczuła dla niej półlitościwą sympatyę.
— Mój dobry, stary przyjaciel, pan Prokop Hamowski — rzekł Starża — zacność i poczciwość z kościami.
— Przyjaciele hr. Stanisława są z prawa moimi — odezwała się Ewelina, podając mu rękę.
— A cóż asińdźce po takich, jak ja, starych, poczwarnych, domatorach... wyglądalibyśmy przy niej, jak łopuchy przy róży... Mimo to, gdy zabłyśnie gwiazda, wszystko co żyje jej się kłania... Nie miej mi asińdźka za złe, że się do niej cisnę, dobrze to i popatrzeć na takie światło Boże...
— Dlaczegóż hrabia pana nie ostrzegł, że nie lubię pochlebstw?...
— To pani masz moje słowa za pochlebstwo? No proszę! — zawołał Hamowski... — a ja przysięgam, że i połowy tego nie powiedziałem, co czuję.
Spojrzał na Wicka, który stał blady, błagając oczyma miłosierdzia... poczciwy Hamowski ulitował się nad nim...
— Jak się masz, panie Wincenty — rzekł — oto dla waćpanów młodych tu miejsce... nie dla nas... Myśmy powinni być z daleka.
— Przepraszam młodych — przerwała Ewelina — i tego pana, którego przed chwilą poznać dopiero miałam przyjemność, ale pan Starża wie najlepiej, że ja starych, daleko nad dzisiejszą młodzież przenoszę.
Naturalnie mogą być wyjątki... ale skutkiem zapewne jakiegoś przymrozku, który ich zwarzył w pierwszych dniach wiosny... młodzi ludzie nasi są kalekami... ani czucia u nich, ani prawdy, ani serca, ani... porywu... Wiele rozumu, wiele nauki, ale co mi potem... mnie kobiecie...
— Słyszysz waćpan, panie Wincenty? — zawołał Hamowski — a brońże się... wydają wam wojnę...
— Nie podnoszę rękawicy — odparł Darnocha — nie czuję się na siłach do walczenia z urokiem słowa pani. Boleję nad tym sądem... ale...
— Ja więcej nad nim boleję... niż pan — kończyła Ewelina — ale go zmienić nie mogę... Niema w was życia... Siwi jesteście w dwudziestym roku, doświadczeni w piętnastym, rozczarowani w dziesiątym... Nieodzownie przymrozek schwycił w kolebce...
— Wszyscy? — odważył się szepnąć Darnocha.
— Przypuszczam wyjątki! Gdzieś może pierś matki osłoniła roślinkę wątłą... i mróz jej nie zwarzył, ale... nie spotkałam wyjątku.
Wiek jest praktyczny, panowie jesteście praktyczni... żyjecie, jak te machiny, które tworzycie.
— Spodziewam się, że mi pani otwartości nie weźmiesz za złe — rzekł, ośmielając się, Darnocha. — Pani może masz słuszność, a myśmy też może przymrozkowi nie winni... Zgadzam się na sąd, ale niech mi pani powie, szczerze i otwarcie, czy kobiety są lepsze? czy więcej w nich jest uczucia, serca, poezyi, poświęcenia?
Czy nie od kobiet powinien płynąć przykład?..
— Pan jesteś niesprawiedliwy. Nie zgadzam się — odrzekła Ewelina — ażebyśmy były tak martwe i ostygłe jak wy. Gdyby tak było, nie jesteśmyż i my, istoty bierne, i przez was ogłoszone za takie, odbiciem przez was stworzonego świata? Dajcie nam panowanie, a zobaczycie, że ludzkość na skrzydłach podniesiemy ku niebu...
Śmiejcie się panowie... ale ja będę prorokiem... Oto, gdy przez was świat zlodowacieje, wystygnie, gdy wy go odrzecie z całej poezyi, z ideału, z uczucia, z tego, czem on żył lat tysiące... gdy nareszcie wszystko okryjecie całunem i będzie smutno, jak na cmentarzu, a nudno jak na prelekcyi niemieckiej... postrzeżecie się, iż bez pewnego żywiołu i tchnienia, świat żyć nie może... Naówczas... przez kobietę odrodzi się świat i ona królową jego się stanie, w jej piersi ocaleje to, czego wasz rozum i nauka, ani zastąpić, ani braku dopełnić potrafi... przyjdziecie na kolanach błagać ją, o iskrę do rozpalenia znowu Znicza, który oświeci i ogrzeje ludzkość.
Epoka męska się kończy... epoka niewiasty nadchodzi!
Starża załamał ręce.
— Koniec świata! — zawołał — o moja śliczna pani... gdzieżeś to marzenie chwyciła, latając motylem? Powiedz...
— Przyniósł mi je mój smutek... — odpowiedziała Ewelina.
— Moja dobrodziejko — odezwał się Hamowski — jest około jedenastej, a ja o tej porze zwykle spać idę, jednakże mimo godziny spóźnionej, proszę o głos. To co asińdźka prorokujesz, już się nieraz działo... a u nas w Polsce... tyle było domów szczęśliwych, ilu mężów pod pantoflem. U nas kobieta królowała zawsze... a ja nie powiem, żeby nam z tem bardzo źle było... Tylko, moja dobrodziejko, wiesz asińdźka, co to była za kobieta? To była niewiasta biblijna! bohaterka, a nie błyszczący motyl.
— Jak ja... — przerwała Ewelina.
— Przepraszam — dodał Hamowski — waćpani dobrodziejka wyglądasz wprawdzie na motyla, ale nim nie jesteś...
Tymczasem zagajam sesyę i solwuję ją na jutro...
— U mnie na godzinę trzecią na obiad — dodała, wkoło kłaniając się, Ewelina — panowie wszyscy? wszak prawda?
Podała rękę Starży i powoli poszła do hotelu.
— Ale to jest niepospolite zjawisko! — rzekł Wincenty zdumiony — to fenomenalna... istota.
Hamowski śmiał się.
— Kochanie — rzekł mu na ucho — tylko nie oszalej, ostrzegam cię... bo z tego napewno nic nie będzie...


Gdy około pani Eweliny garnęło się i skupiało całe prawie towarzystwo polskie, starzy i młodzi, z pretensyami i bez pretensyj... reszta kobiet zupełnie była zaniedbana i osierocona. Czuła to mianowicie baronowa von Dorfer, która boleśnie była dotkniętą, że i ona i córka chodziły same, a nikt im nawet w smętnych, nie towarzyszył przechadzkach.
Za pierwszem spotkaniem wybierała się ostro wyrzucać to szczególnie panu Darnosze... ale ten przylgnął tak do Eweliny, że ani go można było już spotkać...
W braku innych widoków — pan Ferdynand Potomski zaprezentował się pani von Dorfer i dosyć był łaskawie przyjętym.
Jemu także ciasno i ciężko było wśród świetnego dworu czarownej owej pani... na wszelki wypadek bliżej chciał poznać baronowę i zbadać grunt...
Miał niezmyśloną chęć ożenienia... czas upływał, nic się jakoś nie nastręczało...
Baronowa ostrożna bardzo... wszakże nie pogardziła jego towarzystwem. Przynajmniej nie chodziła już tak bardzo sama.
Na pociechę zazdrosnym, a na przekorę wielbicielom Eweliny... w chwili, gdy się jej dwór coraz powiększał i groził pochłonięciem w sobie całego polskiego towarzystwa; nowa gwiazda zajaśniała na horyzoncie.
Była to istota tajemnicza, okrywająca się mgłami, mało komu znana, ale przedstawiająca się odrazu w blasku, który mógł współzawodniczyć z aureolą otaczającą Ewelinę.
Piękna ta pani, która zwana hrabiną Kaisersfeld, w towarzystwie rosyjskiem uchodziła za Rosyankę, z Polakami czasem mówiąc, przyznawała się do pochodzenia polskiego, przez męża liczyła się do Niemiec, z matki miała podobno stosunki w Szwecyi, a wychowana we Francyi, mogła być wziętą za Paryżankę.
Była to kobieta nie pierwszej już młodości, ale jeszcze tak piękna, że młodsze gasły przy niej.
Umiała bowiem być i była uczenie piękną; a sztuka niemniejszą grała rolę w tem, jak natura...
Zdawała się, lub przynajmniej chciała uchodzić za bogatą, rozumie się, że należała do arystokracyi. Miała krewnych we wszystkich książętach krwi, panujących i najświetniejszych imionach. Ale jakoś, mimo to, nikt o niej nigdy nie słyszał... Z opowiadań zdawało się, że żyła na największym świecie, że była przyjmowaną na dworach i cieszyła się szczególnemi względami kilku głów koronowanych.
Trochę zarywała na niebieskie pończochy, czytała wiele, mówiła o literaturze umiejętnie, z niechcenia przyznawała się, że korespondowała z Lamartinem, była w przyjaźni z panią Sand, że znała Hainego, że Humbold był jej poufałym... a Bulwer stale z nią korespondował...
Szczyciła się nawet biletem poetycznym W. Hugo.
O jednym tylko mężu dotąd w żadnej rozmowie nie było nigdy wzmianki, mistyczna ta postać nikła tak, że ściśle oznaczyć nie było podobna... czy jeszcze istniała na świecie żyjących... lub dostąpiła już chwały niebieskiej.
Hrabina Kaisersfeld przybyła do Wiesbadenu nieznaną prawie nikomu... ale nazajutrz już miała dwór, przyjaciół, czcicieli, wielbicieli i koteryę.
Szczególniej mężczyźni, powierzchowności pięknej i młodzi, powoływani byli na służbę. Kazała ich sobie prezentować, a kto raz mówił z nią pół godziny, już był podbitym. Najwytrawniejsi potracili głowy, ale najdziwniejszym sposobem każdy z nich ubolewał nad towarzyszami, a sam jeden miał się za najszczęśliwszego wyłącznie. Takich najszczęśliwszych było z dziesięciu...
Do kobiet nietyle miała szczęścia piękna hrabina, wszakże potrafiła i z nich wkrótce uwić sobie dosyć piękny wianuszek. Rozumie się, że w otoczeniu swojem królowała.
Opisać, jak wyglądała ta piękność dojrzała, posągowa... jest nad wyraz trudno. Twarz miała regularną i prawdziwie klasycznych rysów... białości może nieco zbytecznej, ale mączka ryżowa chłodzi w czasie upałów... Figura, kibić, ramiona i ręce niezrównanych były kształtów...
Na pierwszy rzut oka czarowała, ćmiła, zachwycała... oczy jej, strzelające śmiało, zabijały od pierwszego strzału.
Ta jednak była różnica pomiędzy nią a Eweliną, że urok pierwszej powoli słabł i siły pozbywał, gdy druga z każdym dniem go nabywała, przy bliższem poznaniu.
Hrabina Kaisersfeld była w najczystszem znaczeniu tego wyrazu - damą... ale artystką godną wieńców i oklasków.
Żadna rola najtrudniejsza nie odstręczała ją zadaniem, nawet naiwne młode dziewczątko grywała, gdy była tego potrzeba...
Oprócz literatury i muzyki, hrabina czasem się zajmowała potrosze polityką... ale przekonania jej były tajemnicą, gdyż ich nigdy nie wyraziła zbyt jasno, a strzegła się je objawiać całkiem w liczniejszem zgromadzeniu. W rozmowach poufnych wypadało tak, że czasem ekstra się okazywała monarchiczną, legitymistką i katoliczką, potem ultrademokratyczną i radykalną, naprzemiany sympatyczną dla Polski, zagorzałą patryotką rosyjską... nieprzyjaciołką Napoleona i Prancyi, wielbicielką Bismarka i Prus... i naodwrót. Była to fantastyczność czy rachuba... lekkość czy zbytnie pobłażanie dla drugich... nie wiemy. Ale nikt stanowczo o barwie hrabiny wyrzec nie mógł — pewnie była tylko... przyjaciołką porządku.


Towarzystwo polskie z razu niezbyt było skłonnem zbliżyć się do hrabiny, która w obozie rosyjskim liczyła znaczne grono wielbicieli; wszakże zręczna pani postarała się sama o polskie stosunki, i urządziła czas swój, i dom tak umiejętnie, aby dwa żywioły przeciwne, nigdy się prawie w nim z sobą nie spotkały.
Zaraz w pierwszych dniach po przybyciu, kronika wiesbadeńska cała była jej doskonale znaną. Ewelina, od wejrzenia na nią, nie raczyła sobie podobać... nazwawszy ją — awanturnicą... W otoczeniu jej wszakże uderzyła ją szlachetna postać, szerokie ramiona, i dystyngowane bakenbardy pana Wincentego, i zawyrokowawszy, iż zdałby się jej na szambelana, kazała go sobie przedstawić — i Darnocha został przykuty do wozu.
Tu uczuł się odrazu w swoim żywiole... Naturalnie, nowemi obowiązkami obciążony, nie mógł już być częstym gościem u Eweliny, ale ani on nad tem, ani ona nie ubolewała...
Na obiedzie zaraz pierwszym, pan Wincenty pobity w rozmowie kilkakroć, widząc, że nie czyni postępów, nie wywiera wrażenia, uczuł się zniechęconym.
Traktowano go, jak młodego chłopaka, bez konsekwencyi.
U hrabiny Kaisersfeld przeciwnie, w kilka dni był poufałym gościem, miał swe godziny... téte a téte i zdawało mu się, że go szczególnemi zaszczycano względami...
Podniosło go to, we własnem przekonaniu, że się przecie na nim poznano... a tu miał i ten widok, że przez stosunki hrabiny, mógł się wcisnąć do dyplomacyi jakiejkolwiek, co było życia jego marzeniem i ideałem...
Ewelina o tyle rada była przybyciu rywalki, że ta jej natrętów i niepotrzebną część dworu na swój koszt zabrała. Zostali przy niej sami wierni i sympatyczni.


Gorzej wypadło to dla baronowej von Dorfer... której pozostał pan Potomski jeden, wierny wprawdzie, ale nie na wiele przydać się mogący — nie starał się bowiem ani o nią, ani o córkę... ale kunktował...
Baronowa wnosiła z tego, że będzie się starał o nią... ale on się nie spieszył.
Oprócz Potomskiego, był jeszcze ten, z ręką na temblaku, nieborak Gucio, który się z daleka kłaniał pani baronowej, co ją zawsze niecierpliwiło, a rumieniło lica Julki...
Moroz, od spotkania swojego ze Starżą, tak umiejętnie manewrował w swych wycieczkach po parku, że się już z nim nie zszedł wcale. Starża opowiedział Ewelinie rozmowę, przyznał się do prawdopodobnie mylnego sądu o młodym człowieku, zrehabilitował i zaostrzył tem ciekawość wdowy. Ale napróżno polowano dotąd na Moroza... zejść go, już ani na ławce, ani w ulicy nie było podobna.
Im więcej wszakże unikał, tembardziej zaostrzał ciekawość... Ewelina powtarzała Starży:
— Ale pokażże mi pan raz przecie tego skromnego i cichego młodzieńca, któremu książka starczy za towarzystwo i który unika nas tak uparcie. Ja chcę i muszę poznać tego oryginalnego kupczyka, dla samej jego dumy.
Starża ruszał ramionami.
— Skądże go pani wezmę? Nie mogę go szukać przez policyę i prowadzić gwałtem.
— Ale kiedy ja każę! — śmiejąc się, dodawała piękna pani...
— Gdybyś to pani powiedziała młodszemu niż ja... — westchnął Starża — ale niedołędze kulawemu...
— Który przecie prześciga młodych i zdrowych i myślą, i sercem, i zręcznością.
— A! pochlebnica.
— Ale nie... nie! mówię prawdę, bo pana kocham, bardzo kocham... — śmiejąc się powtarzała Ewelina i podawała mu rączkę.
Naówczas Starża westchnąwszy, najczęściej już nic nie odpowiedziawszy... kończył westchnieniem tak silnem, jak przekleństwo...
Jednego razu tak właśnie skończyli między sobą rozmowę, — a byli sami — gdy Starża spojrzał w oczy pięknej swej przyjaciółce i rzekł powoli:
— Że też pani nie znasz ludzi...
— Ja? nie znam ludzi...
— Szczególniej starych — dodał hrabia... — Nie wiesz pani, że w nich przygasła stłumiona wiekiem, przysypaną popiołami, okryta niejednym całunem, żyje wszakże młodość... ze wszystkiemi słabostkami swemi... że stary, tak dobrze oszaleć może, jak ośmnastoletni młodzieniec, pod gorącemi promieniami pięknych oczów, a jest to największe nieszczęście, najstraszniejsza męczarnia, na jaką może być narażonym człowiek... i położenie upokarzające... Więc mówię ci, droga pani... nie śmiej się — nie wodź mnie na pokuszenie.
— A! mój drogi Starżo! — odpowiedziała smutnie — gdybyś choć ty się zakochał... wierz mi... już taka jestem biedna... taka biedna...
Hrabia, śmiejąc się, skłonił.
— Ale do... nie wiem czego — zawołał — ja bo nie chcę być tym... choć ty!
Ewelina zarumieniła się mocno.
— Oboje żartujemy — rzekła. — Chodźmy szukać? tego tajemniczego młodzieńca...
— Czy i jemu chcesz zawrócić głowę?
— Jemu i wszystkim, kto się tylko nadarzy.


Szukając owego tajemniczego młodzieńca, który zdawał się tak starannie ich unikać, jak oni chcieli go znaleźć, trafili wcale niespodzianie na znajomość niepożądaną i niewygodną.
Był to petersburski Polak, który gdzieś, kiedyś, na pięć minut widział w towarzystwie Starżę, a teraz, postanowił korzystać ze zręczności, aby się razem do niego i do pięknej Eweliny przypytać.
Starża zaledwie sobie mógł przypomnieć owego Jeremiego Pawłowskiego, który obyczajem kraju dodał był sobie jeszcze, herb do nazwiska i zwał się panem Jeremim Lubicz-Pawłowskim. Na bilecie wizytowym, figurował też herb z trzema krzyżykami u spodu i tytuł Conseiller d’état etc.
Jeremi od młodu był w służbie w stolicy, w jednym z departamentów Senatu, a pobyt nad Newą nadał mu formy zupełnie odrębne, któremi się odznaczał, pomimo, że starał się pilno wyglądać na kosmopolityczne stworzenie.
Jeremi Lubicz Pawłowski miał lat zaledwie czterdzieści, ale wydawał się daleko starszym, bo go życie owo na szampańskiem winie i niszczący klimat, i zgniły oddech rozpusty, przetrawiły zawczasu i zjadły. Nikt cały nie wychodzi z pod wpływu tych niezdrowych żywiołów.
Służba wreszcie surowa, przyodziana w jakieś zwodliwe formy liberalne i postępowe — cały tryb życia tylko, obrachowanego na użycie i zbogacenie, poniżyły nieszczęśliwą tę istotę. Lubicz przychodził do świata europejskiego z tak różnemi zasadami, jeżeli je nazwać się godzi tem imieniem, iż musiał postępować jak najostrożniej, aby co chwila nie wydać się z osłupiającem zepsuciem swem, przyjętem naiwnie, jako konieczność i rzecz zwyczajna.
Dziwiły go co krok stosunki nowego dlań świata, równość ludzi, poufałość ubogich, czujących godność swoją i pracy, brak poszanowania bałwochwalczego dla tytułów i majątku...
Nawykły nietylko do brania pieniędzy, ale do pośredniczenia najwyżej położonym urzędnikom w ich tajemniczem chwytaniu na wsze strony, z sumieniem startem i zbrukanem, miał werniks cywilizacyi za starczące wynagrodzenie demoralizacyi... Zresztą wszelkie namiętności, wszystkie żądze, wszelkie sposoby ich nasycenia, zdawały mu się uprawnionemi. Liberalizm jego poczęści się na tem zasadzał.
Z temi pojęciami nieetycznemi, radca stanu przybył po raz pierwszy za urlopem do wód i prawdę rzekłszy, uczuł się tu w tak dziwnem położeniu, w tak nowej atmosferze, iż w niej poprostu żyć nie umiał.
Mimo najstaranniej ułożonej powierzchowności, w ruchu, w rodzaju wykwintności, słowie, minie, uśmiechu, nosił tak wyraziste piętno wschodnie... iż jedna tylko omyłka była możliwą... brano go niekiedy za trochę otartego Persa lub Turka... za Polaka, niestety, nie było sposobu wziąć go, chociaż się do pochodzenia tego zagranicą przyznawał, a taił starannie, iż był niegdyś przyjął już prawosławie, bo mu z tem było wygodniej.
Do religii zresztą, jak do narodowości, nieprzywiązywał żadnego znaczenia.
Od dość dawnego czasu, rosyjscy liberali schwyciwszy kilka fałszywych idej socyalistów europejskich, z młodzieńczą fantazyą i cale bez ceremonii wyrobili je na swój sposób. Tego mieszańca kilku niedorosłych prawdek, a mnogiej ilości zarozumiałego fałszu, używa dziś Rosya jako nowego systemu, jako nowej podstawy społecznej.
Potrzeba się zbliżyć do Rosyan, żyć z nimi, obcować, aby zrozumieć, do jak ostatecznego szału może doprowadzić zasada na pozór, bardzo piękna, gdy padnie na taki grunt nieuprawny.
Wszystko, co społeczność europejska przeżyła, przepróbowała, przebolała i złożyła jako połamane narzędzie między złomy — tu wychodzi jako młode, żywe i nowe na scenę.
Ale dodatki jeszcze miejscowe przystrajają te doktryny, a jedyna tradycya, jaką zachowali Rosyanie z wieków barbarzyńskiego, pogańskiego komunizmu... czepia się wszystkiego. Tradycya ta ukazuje czasy z przed emancypacyi człowieka, jako prototyp, do którego ma zdążać społeczność.
Wszystko zbić w masę, inteligencye, mienie, ziemię, a potem wydzielić po równo wszystkim, nie dać się podnieść żadnej wyższości nad poziom... stworzyć kraj w którymby biurokracya i lud tylko istniał, czerń posłuszna — to zadanie doktrynerów rosyjskich. Oprócz tego zniwelowania, radziby narodowości też, wiary, wszystko, co w żywocie ludów stanowi ich indywidualność, od siekiery zciosać na jednakie bryły i bierwiona.
Najbardziej krańcowe socyalizmy i komunizmy nigdzie tak daleko nie sięgnęły, jak tu. Wszczepiono te nauki młodzieży, znacznej części ludu, biurokracyi.
Lubicz Pawłowski także im hołdował, — zdziwił się niezmiernie, znalazłszy w cywilizowanej istotnie Europie to, co uważał za nowość i postęp, rzucone między stare rupiecie.
Przez kilka godzin można było mówić o rzeczach ogólnych, obojętnych, nie postrzegłszy w nim skałmuczonego, ale najmniejsze potrącenie o kwestyę społeczną, odkrywało dzikiego człowieka.
Zbytecznem byłoby mówić, że Lubicz grał zapamiętale, że był kobieciarzem obrzydliwie rozpustnym, że jedzenie i picie uważał za cechy zdrowego postępu i liberalizmu. Bez szampańskiego nie siadał do stołu, kosztował wszystkiego, co najdroższe. Rzucał pieniędzmi przez próżność, a z ludźmi obejść się nie umiał, bo radca stanu był, wedle jego pojęć, istotą uprzywilejowaną.
Wszystkie te cechy jego charakteru i nałogi życia, czyniły zeń istotę dosyć nieznośną, choć w pierwszem zetknięciu nawet dość miłą. Dopiero dłuższe obcowanie odkrywało choroby nieuleczone, gnilca tego, z którego nic już podźwignąć nie mogło.
Nie był to człowiek ograniczony, ale pracował mało, nie czytał nic prócz tego, co rozrywało chwilowo, a powierzchowne swe wykształcenie winien był tym okruchom wiedzy które przynosi rozmowa.


Ujrzawszy Ewelinę tak piękną, tak śmiałą i otwartą, tak lekceważącą ściślejsze formy towarzyskie, Lubicz wyobraził sobie, że trafił na petersburską piękność, posuwającą emancypacyę aż do ostatecznego sponiewierania się.
Przylgnął więc rozpustnik do zachwycającej pani, omyliwszy się zupełnie, a przyniósł jej i Starży, ciekawy w sobie egzemplarz nowego hybryda.
Ewelinę drażniła ta postać, zagadkowa i w europejskiem towarzystwie całkiem nowa. To, co opowiedział naiwnie o swej stolicy zdawało się niepojętem, a było prawdziwem. Jako wtajemniczony w życie klas wyższych, wiedział wszystkie ciekawe anegdotki, malujące chorobliwy stan rosyjskiej społeczności.
Były w nich rysy nie do wiary dziwne, a pełne znaczenia.
Lubicz był naturalnie dodatkowo jeszcze panslawistą.
Polskie tradycye wygasły w nim zupełnie, języka prawie zapomniał... Z całej przeszłości wszakże zachował jedno wspomnienie: umiał nutę i słowa mazurka Dąbrowskiego i — dziwna rzecz — ile razy mu one zabrzmiały, ten człowiek płakał, zwilżały mu się mimowolnie powieki, drgało serce — na chwilę z popiołów odradzał się jeszcze Polak.
Ale to nie trwało dłużej nad brzmienie mazurka.


Ewelina po kilku rozmowach i instynktem kobiecym poczuła w p. Lubicz Pawłowskim to, czem on był w istocie. Rozumiała ona, że słaby z charakteru stał się tym hybrydem, mimowoli ulegając wpływowi środka w jakim żył. Niższe istoty karmiąc się i mieszkając w liściu zielonym, całą jego barwę przybierają. Ludzie są także czasem owemi zielonemi gąsienicami.
Upadły ten człowiek zdał się jej wszakże zdolnym uledz zdrowszym wpływom i pozwoliła mu iść za swym wozem, schodząc niekiedy aż do popularnego wykładu cale przeciwnego tym doktrynom, które Lubicz bez samowiedzy wyznawał.
Lubicz, który był chciwy towarzystwa pań pięknych, pociągniętym też został łatwo przez hrabinę Kaisersfeld, a z tą, jako z mieszkanką niegdyś stolicy i pół rosyanką cudownie się rozumieli. Taki radca stanu był dla niej pospolitym, zwyczajnym; dla niego taka hrabina była zrozumiałą i powszednią. Bywał przecie na dworze...
Chwilowa wszakże rozrywka, jaką się stał ten nowy przybysz, nie zraziła Eweliny od poszukiwania młodego człowieka z ręką na temblaku.
W rozmaitych dnia porach przechodząc park, a szczególniej w tych godzinach, gdy w nim najmniej osób bywa, udało się wreszcie Ewelinie, w towarzystwie Starży, znaleźć samotnie się przechadzającego Gucia...
Nie uciekł nawet na widok podchodzących do niego...
Ewelina zmierzyła go ciekawemi oczyma kobiety, która szuka, jak Dyogenes... człowieka. Na pierwsze wejrzenie zdał się jej chłodnym i prozaicznym. Jest to losem ludzi, co nie grają komedyi i nie polują na posagi, że się pospolitym oczom wydać muszą — prozaicznymi, zwyczajnymi. Ale Ewelina miała zbyt wiele trafności sądu i uczucia, by po chwili, pod tą nieobiecującą powierzchownością, nie odkryć wcale niepospolitej istoty.
— Już też pan jesteś nie do przebaczenia dzikim i potrosze dziwakiem — rzekł Starża, witając się — że tak od ludzi uciekasz... Szukam pana od kilku dni, oto z tą piękną panią, której brak towarzystwa równie jak mnie, by was koniecznie w nasze wciągnąć — a zdaje się, że umyślnie unikasz... bo nigdzie pana spotkać nie można. Pan Augustyn Moroz z Poznania — dodał prezentując.
— Baronowa Ewelina Skrzycka...
Augustyn skłonił się skromnie.
— Niezmiernie mi ta wymówka pochlebia — odpowiedział — znak to, że z naszej pierwszej, krótkiej rozmowy, niezbyt złe o mnie pozostało wrażenie... Dzikim, ani dziwakiem, nie jestem, do mizantropii za młodym i nie czuję w sobie usposobienia, ale zdaje mi się, żem panu hrabiemu wypowiedział moje przekonania co do... stosunków...
— Tak — rzekł Starża — ale, zmiłujże się — u wód! u wód przyjętem jest robić wiele i łatwych znajomości.
— Szanowny hrabio, ja nie należę do tych, którzy z pobytu u wód robią sobie rodzaj Saturnaliów i wyjątkowe jakieś chwile... Życie zawsze nawykłem brać seryo.
— Masz słuszność — odparł Starża — przyznaję się, żem to powiedział bez myśli. Ale... tembardziej go poznać pragniemy... mało nas jest.
— Mało — dodała Ewelina — takich, z któremiby dłużej wyżyć można i żądało się... Pańskie osamotnienie dowodzi, że to nasze przekonanie podzielasz. Jest już więc pewna zgodność opinii, pewne współczucie, co nas zbliża, powinniśmy się zrozumieć.
Augustyn znowu się ukłonił, z jakimś dziwnym uśmiechem na ustach.
— Pani — rzekł — znowubym dziękować powinien... a tymczasem lękam się tylko, bym dobrej, zbyt pochlebnej o mnie opinii przy bliższem poznaniu nie stracił.
Ta wymiana kilku pospolitych i ciężko jakoś wyłonionych grzecznostek, zniecierpliwiła żywą Ewelinę...
— Bawim się w słowa — zawołała — jak dzieci w piłkę, podrzucając sobie czcze komplementa... dajmyż już temu pokój... chodź pan z nami... masz pan wiedzieć, że jestem stworzenie dziwaczne, znudzone, samowolne... że szukam rozmowy i ludzi... że nie zważam na formy światowe... że tęsknię za poezyą życia... słowem, żem popsute dziecko... Pan mnie intrygujesz... chcę pana poznać i każę panu z władzy mej kobiecej... iść z sobą a więcej nie uciekać ode mnie. Powiedzże mi pan, dlaczego od ludzi stronisz... ale bez obwijań, bez bawełny... tak szczerze, prosto, jak człowiek do człowieka mówić powinien, gdy się kłamstwem brzydzi.
— Ale hrabia powinien już był powtórzyć moje przed nim tłumaczenie?
— Hrabia! hrabia mi to źle jakoś wyłożył, chcę to słyszeć z ust jego, aby się z nim sprzeczać.
— Jestem synem kupca i kupcem... nie należę więc do tego świata, co państwo... w waszem towarzystwie byłbym zawsze intruzem... Narzucać mu się nie widzę powodu...
Ewelina stanęła i spojrzała nań.
— Co to jest kupiec i syn kupca? — spytała. — Czy jesteśmy w Indyach? Dlaczego pan towarzystwo wykształcone masz za tak wyłączne?...
— Bo ono niem jeszcze jest — rzekł Gucio.
— Czemuż go przerobić się nie staracie... dlaczegoby to nie miało być posłanictwem waszem, jeśli czujecie godność i równość swoją. Tem usuwaniem się właśnie odosabniacie starą arystokracyę i trzymacie ją w jej zamkniętem kole... Wiele w tem z waszej strony i dumy jest... — pozwól sobie powiedzieć — lenistwa duchowego... nie kochacie nas więc jak braci?
Gdybyście w istocie mieli ku nam miłość chrześcijańską, a nie pogańskie uprzedzenie — szlibyście z apostolstwem gorącem przebojem do tych salonów, które są odgrodzone od świata, wznieślibyście do nich żywioł nowy... zdrowy, ożywczy...
Moroz wysłuchał, spojrzał na śliczną panią, mówiącą z zapałem i skłonił przed nią głowę z uszanowaniem...
— Dajesz mi pani tak dobrą naukę, tak zdrowy pogląd na sprawę stosunków społecznych, że jakkolwiekbym się z panią rad pokłócić, nie mogę. Masz pani słuszność — w tym względzie nie jesteśmy na wysokości naszego stanowiska. Coś jednak się da powiedzieć na ułagodzenie sądu... Przeszłość cała, byt długi w podrzędnem położeniu, upokorzenia wiekowe, nie dozwalają nam odrazu poczuć w sobie siły, jaką mieć powinniśmy... Jest to słabość, nieudolność, ale avec des circonstances atténuantes.
— Na to się zgadzam — zawołała Ewelina. — Są też ze strony tej niby arystokracyi nieboszczki podobne łagodzące okoliczności, które tłumaczą, że i ona pierwszych kroków nie czyni, choćby może powinna...
— Przypuszczam je i przyjmuję — odpowiedział Moroz — więc wzajemnie — przebaczenie.
— O! zgoda! przebaczenie! przejednanie, miłość i pokój... gdzież potrzebniejsze są, bardziej obowiązkowe, jak u nas... — dodała Ewelina. — Naród nękany, prześladowany, powinienby, choć instynktem zwierzęcym, skupić się, jako jeden mąż, ku obronie.
— A rozbija się — dodał Starża — jak trup, z którego uleciała dusza... Jest w tem coś fatalnego, coś przerażającego! Patrz pani, jak my sami pracujemy, aby sobie wszelką siłę odebrać, jak u nas wszystko się rozdrabia, rozprasza... przerabia w antagonizmy, w boje... w niechęci...
— To są skutki — rzekł Gucio — jeżeli się nie mylę, wszelkiej wielkiej niedoli... skutki jakiegoś popłochu, który odosabnia i rozbija, dopóki rozmysł nie powróci stracony... dopóki trwa przerażenie bezrozumne...
Zdaje mi się, że ono ustać musi, że w narodzie znajdzie się ktoś, co nam ową myśl wypowie, potrzeby sformułuje i uderzy masy, które pójdą za nim.
Nie można się nigdy spodziewać po instynkcie, aby przeszedł granice, w których jest możliwy... instynkt ma sferę działania ograniczoną... Dalej już musi go zastąpić dla tych, co samoistnie iść i wieść się nie mogą — rozum ludzi wybranych, tych mężów Opatrzności, których roli przeważnej żadna teorya historyczna obalić nie potrafi...
Nam, niestety, dotąd brakło i braknie dziś jeszcze przewódzców narodu... wielkich świateł, charakterów wielkich... potęg tych, co moralną dyktaturę chwytają i trzymają w silnej dłoni. Nigdy ona potrzebniejszą nam nie była... ale — oglądam się, szukam i męża opatrzności nie znajduję...
Ewelina słuchała z wielką uwagą, a poważny zakrój rozmowy, dając jej miarę człowieka, powiększał zajęcie nim. Moroz przewyższał wszystkich, co ją otaczali, z wyjątkiem Starży. Było to miłe i niespodziane zjawisko.
— Słysząc pana, tak zdrowo sądzącym o sprawach naszych, tak piękne mówiącym rzeczy, doprawdy podwójnie się gniewam na pana, że uciekasz od ludzi.
Ale słuchaj pan... ja mam moją teoryę, w której rolę wielką gra kobieta... ja wierzę w nasze posłanictwo i siłę, i w imię ich jeszcze rozkazuję panu...
Podała mu rękę.
— Bądźmy przyjaciołmi, choćby na czas pobytu w Wiesbadenie...
Augustyn tak się czuł swobodnym w tem towarzystwie... iż z prawdziwem uczuciem wdzięczności, podał rękę Ewelinie.
— Słowo?
— Słowo...
— Otóż jeszcze mały komentarz, który panu jego obowiązki określi. Jem obiad o trzeciej w hotelu vier Jahreszeiten, ile razy zechcesz przyjść do nas i uprzyjemnić mi tę chwilę smutną karmienia bydlęcia... będę panu rada, przyjmuję przed obiadem od 12-tej, po obiedzie do herbaty, a od herbaty... do białego dnia, jeśli się muzyka i rozmowa bardzo przeciągną... Drzwi moje stoją otworem zawsze...
Zlituj się pan, tylko wybij sobie z głowy żebyś mi mógł być natrętnym. Ja jestem aż do śmieszności prawdomówna... gdy się nudzę ziewam głośno, a gdy chcę być samą, drzwi bez ceremonii zamykam...
Właśnie w porę skończyły się te układy, by na podanie uprzejme ręki Eweliny panu Morozowi, przechodząca w towarzystwie Potomskiego pani von Dorfer patrzeć mogła... Baronowa wniosła stąd, że to być musiał extra-przyzwoity młody człowiek i posmutniała myśląc, iż niepotrzebnie odwracała się od niego, gdy się im kłaniał...
Wkrótce też do towarzystwa Starży i Moroza przybył Lubicz Pawłowski, chwilowo zwolniony przez hrabinę Kaisersfeld, która cour pleniére trzymała przed kursalem, zgromadziwszy koło wielkie przerozmaitych narodowości.
Pawłowski nadszedł, jak zawsze wesół, wyelegantowany, z uśmiechem zimnym na ustach, który miał za cechę wysokiej cywilizacyi...
— Cóż tam słychać panie radco? — spytał Starża.
— Amerykanin, który, jak pan wie zapewne, panie hrabio, wygrał zawczoraj 50,000 franków...
— Przegrał? to naturalna...
— I te pięćdziesiąt, i drugie tyle swoich...
— Strzeliłże sobie w łeb, czy nie?
— Dotąd jeszcze żyje...
— Książe Sazonow?
— Wygrywa! to szalone szczęście! Znam Jakimfa Agatonowicza jeszcze z Petersburga... jemu się tak zawsze powodziło... Niewiadomo, co ten człowiek ma za talizman szczęścia. We wszystkiem mu szło... Cztery razy był pod sądem, wyszedł czysty i jeszcze drugich pogubił, ożenił się z wdową po bogatym kupcu, która mu zapisała dwa miliony i umarła w pół roku... z Adlerbergami przyjaciel! Przez niego się robią wszystkie sprawy...
Byłby paplał o tym Salomonie nieszczęsnym, gdyby mu nie przerwał Starża.
— Widziałem pana w towarzystwie hrabiny... wesoło się bawicie...
— Szkoda, że państwo nie znacie Maryi Sergijewny.. to kobieta, którąby pani oceniła! To rozum ministeryalny! to dowcip... to nauka, panie... to druga księżna Lieven, dyplomatka... a piękna! ach!
— Kochasz się pan w niej, panie radco? — spytała Ewelina.
— Pani, ja, ja się kocham we wszystkich na świecie pięknościach, nigdy się zdecydować nie mogłem na wyłączną miłość dla jednej. Taka już moja natura! Patrząc na Maryę Sergejewnę, kocham się na zabój w niej, a nazajutrz w innej i tak...
— Dobrze, że się pan do tego przyznajesz.
Radca się rozśmiał głupowato.
— Ale tam do hrabiny naszej, kto się dociśnie... tam panie dwór i konkurentów i do jej wejrzeń tłumy, a ja z daleka wielbiciel... Ot, Polak jeden, zdaje się Darnocha, czy coś... tam nadskakuje, jak szalony...
Moroz ruszył ramionami.
— Jak się panu gra wiedzie? — zapytała Ewelina.
— Mnie, pomaleńku, ani źle, ani dobrze, jestem bardzo ostrożny — odparł Lubicz Pawłowski...
O czem innem nie podobna z nim było mówić, chyba jeszcze o karcie obiadu w kursalu...
Sam on to czuł i zwykle wyczerpawszy temata rozmowy, kłaniał się i odchodził — tym razem stało się podobnie, kilka komplementami obdarzył Ewelinę, zdjął kapelusz, pokazał łysą głowę i wszedł do sympatyczniejszego towarzystwa hrabiny Kaisersfeld.


Tak upływały dni sezonu w Wiesbadenie z małemi odmianami w wycieczkach, nowych znajomościach i zabawach.
Ci, co przybyli istotnie dla zdrowia, byli dosyć zadowoleni, ci co przyjechali dla rozrywki, rozmaicie mówili i sądzili o tym roku, ale panie i panowie z projektami matrymonialnemi — przebąkiwali o zmianie pobytu na Homburg, Baden, lub Nauheim nawet.
Baronowa von Dorfer odzywała się, że jej tu nie służyło powietrze, w istocie ona była może najnieszczęśliwszą. Oprócz bardzo podrzędnie wyglądającego Potomskiego, nie potrafiła przywabić nikogo, ani sobą, ani córką. Julce z tem było obojętnie, bo się jak dziecko bawiła, ale matce, ściślej obrachowującej się z czasem... rzeczy przedstawiały się inaczej. Stracony rok!! rok! stracona podróż — i nie pierwsza — dawały do myślenia.
W samotnych swych przechadzkach, majestatyczna dama mówiła sobie:
— Gdyby ten Potomski... oświadczył się o mnie... nie byłabym może od tego... Dosyć zakonserwowany, prezentuje się przyzwoicie, ma żargon... ma majątek jakiś (choć pewnie odłużony...) jużbym i za niego poszła, to wdowieństwo, c’est une position fausse. Julka jest dość ładna, by się wydała nawet bez posagu... to pączek... ale... to będzie cudo!...
Samo jej zdrowie delikatne nie dozwala myśleć o prędkiem zamążpójściu.
Nie mogła baronowa von Dorfer przebaczyć odstępstwa szczególniej pięknemu Wincentemu Darnosze, który przeszedł avec armes et bagages do hr. Kaisersfeld.
Pocieszało ją tylko to, iż słyszała na swe uszy, jak Hamowski mówił, że był synem oficyalisty....


Całe towarzystwo polskie, codzień się zmniejszające i powiększające przypływem i odpływem gości — zachowywało zawsze jeden właściwy charakter różnobarwny... nic mniej nie było do Polaka jednego podobnem nad drugiego Polaka...

Polacy z Wołynia... z Kongresówki, z Galicyi, z Księstwa... nawet językiem swym mówiąc, nie zawsze się rozumieli, a cóż dopiero wyobrażeniami! Nikt też może więcej nie unikał nikogo nad nich, gdy się z ziomkami spotykali... Para prób zjednoczenia jakiegoś nabożeństwem, zabawą, wspólną myślą, zupełnie się nie powiodły...
Zwłaszcza w pierwszych dniach... chodzili osamotnieni... w publicznych miejscach nie śmiąc przemówić po polsku...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Było to wieczorem późnym, księżyc nie zszedł jeszcze... mrok opasywał park pusty... sale gry za to świeciły rzęsistemi blaski... a na krzesłach przed pałacem zrzadka widać było albo już zgranych, filozoficznie rozmyślających nad niestałością losu lub wycofanych od stołu z małym zyskiem i cieszących się własną roztropnością... kilka cygar czerwonemi końcami błyszczało w mroku... kielnery przesuwali się zwolna — czuć było, że ruch i życie całe skupiały się w tej chwili około zielonych stołów...
Z wyciągniętemi szyjami, z wlepionemi oczyma w ruletę, młode kobiety, starcy siwowłosi, dzieciaki bezwąse... ścigały dziwaczne losu przemiany... Wśród ciszy złowrogiej, ledwie kiedy niekiedy spór jaki namiętny, półgłośny, przerwał duszącą atmosferę tego milczenia śmierci...
Hrabina Kaisersfeld siedziała wygodnie, rozłożona w fotelu, który jej adoratorowie potrafili zdobyć w restauracyi, miała wygodny podnóżek, i paląc cygaretkę, zdawała się rozmyślać głęboko... Na ten raz ruleta odkradła jej niemal wszystkich zwykłych asystentów, a brzydka, ospowata, milcząca towarzyszka podróży, panna Herzog dotrzymywała jej jedna placu, z miną kwaśną i znudzoną.
Po chwili tego osamotnienia, gdy drugą cygaretkę dobywała już hrabina, postrzegła nadchodzącego Darnochę, który szedł z sali gry i z czoła pot ocierał. Odwróciła głowę.
Chére Claire — rzekła pocichu... — faites un petit tour... j’ai deux mots á dire à ce petit monsieur...
Nawykła do biernego posłuszeństwa odchodzenia i przybywania na zawołanie panna Herzog poczęła się natychmiast przechadzać nad sadzawką, jak gdyby z własnej woli, hrabina zwróciła się do Darnochy.
— Zapal pan cygaro, daj mi ognia — rzekła żywo — i siadaj tu przy mnie... tu — blizko. Czy przegrałeś?
— Trochę! — rzekł stłumionym głosem Wincenty.
— Ale niewiele?...
Darnocha nadto był dumnym, żeby się przyznać, iż się zgrał do ostatniego florena. Szczęściem długi były popłacone.
— O! nie — une bagatelle! — odpowiedział.
— A drudzy? — spytała hrabina.
— Kto taki, pani?
— Nasi znajomi.
— Grają ze szczęściem różnem — rzekł Wicek — nie bardzo uważałem.
Cela se conçoit, le jeu absorbe...
— To szczególna rzecz — dodała po chwili — jak wiele jest Polaków w Wiesbadenie... Czyby mieli tu jakie narady?...
Ostatnie wyrazy wymówiła cichszym głosem.
— Narady — podchwycił młody człowiek — nie sądzę...
— Ale bo oni zawsze spiskują...
— Przynajmniej już nie dziś, jak mi się zdaje... — odpowiedział Darnocha.
— A mnie się zdaje, że się pan łudzisz... albo mało jesteś zawiadomiony o tem, co się dzieje, albo... ale nie przypuszczam, żebyś mi pan tego, co wiesz i myślisz, powierzyć nie chciał?
— A! pani — zawołał Darnocha — jakże można coś podobnego pomyśleć nawet! ja, ja...
— Więc chyba nic nie wiesz?...
— Zupełnie nic...
— Mnie się zdaje... widzisz pan, są tu ludzie ze wszystkich stron Polski, to rzecz uderzająca... Wszyscy się skupiają w pewnych domach, chodzą z sobą, mówią cicho... ile a du louche... ils sont donc incorrigibles...
Hrabina zamilkła na chwilę.
— Doprawdy — rzekła pocichu — ludzie serca i rozumu, powinni raz koniec położyć temu polskiemu szaleństwu. Boć nareszcie nie pierwsi Polacy doznają losu narodu podbitego... Cóż na to poradzić? tylko umieć przyjąć wolę przeważną wypadków... zgodzić się z dolą, z położeniem...
— I ja tak sądzę — odezwał się Darnocha.
Mais il faut agir dans ce sens — mówiła hrabina — wreszcie zbliżyć się do tej Rosyi, w której rękach są bądźcobądź losy wasze...
Ja sama — dodała — mam w żyłach jakąś kropelkę krwi polskiej... los Polski mnie obchodzi...
To mówiąc, obejrzała się bacznie...
— Przysuń się pan tu do mnie...
I poczęła coś szeptać powoli, długo, na ucho Darnosze... który słuchał, bladł, zżymał się, na ostatek spokorniał i gdy rozmowa niedosłyszana się skończyła, wstał z twarzą w płomieniach, z sercem bijącem, upokorzony, przybity...
Ciche te szepty trwały długo, chwila była wybornie wybrana.
— Przyjdziesz pan do mnie jutro rano o dziesiątej — dodała w końcu hrabina — nie każę przyjmować nikogo... nous en reparlerons...


Najzepsutszy z ludzi, gdy stawi w życiu krok stanowczy, który o przyszłości jego ma rozstrzygać, gdy mu się przyjdzie rozstać z głosem sumienia i drogą, jaką ono wskazywało — doznaje niepokoju i trwogi...
Nie wiem, w jakiem położeniu znajdował się Darnocha, ale twarz jego, ruchy, zdradzały człowieka walczącego z samym sobą. Hrabina już była odjechała z panną Herzog i młodym jakimś człowiekiem, który ją miał tylko do progu hotelu odprowadzić, Wicek chodził wzdłuż kursaalu, chłodząc się, obcierając czoło, wzdychając, rwąc rękawiczki i miotając, jak opętany.
Wprawdzie i wypadek gry mógł się do tego rozdrażnienia przyczynić, ale inaczej się objawia upokorzenie zgranego, inaczej trwoga, opanowująca na brzegu... przepaści, w której ma utonąć — poczciwość.
Z krzesła, zakrytego cieniem kasztana, patrzał nań długo, badawczo, uważnie, Gucio Moroz. Znajdował się tu wypadkiem, gdy Wicek wyszedł zgrany, gdy przysiadł na rozmowę z hrabiną... nie słyszał on nic, a czuł wszakże co się stało... Postawa Wicka utwierdzała go w domysłach, które obudziły przypadkowo osiągnięte wiadomości o hrabinie.
Jeden z towarzyszów uniwersyteckich Gucia, wstąpił był do Wiesbadenu dla widzenia się z nim, zobaczył hrabinę i opowiedział mu jej historyę z dobrego zaczerpniętą źródła.
Od kilku dni zbierał się Moroz ostrzedz Darnochę... zdawało mu się, że niema już chwili do stracenia. Wstał więc z krzesła i gdy Wicek wybierał się już odejść, pochwycił go za rękę...
Niespodzianie tak zaczepiony, wzdrygnął się i żachnął, jakby go na gorącym jakimś złym schwytano uczynku... ale ochłonął zaraz, postrzegłszy przyjaciela...
— Czekaj, mam ci kilka słów do powiedzenia — rzekł Gucio.
— A ja... to szczęście, że się spotykamy, chciałem iść właśnie do ciebie.
— Ty, do mnie...
— Tak jest — stłumionym głosem odezwał się Wicek — tak... mam do ciebie prośbę.
Stanęli naprzeciw siebie. Oba zakłopotani, nie wiedzieli, od czego rozpocząć. Augustyn wszakże pierwszy odzyskał władzę nad sobą.
— Powiesz mi — rzekł — co chcesz ode mnie, a jeżeli rzeczy dla mnie możliwej zażądasz, bądź pewien, że ci jej nie odmówię... Tymczasem, mam ci udzielić przestrogę i z tą spieszę, bo zdaje mi się, że czas jest wielki. Widuję cię codziennie w towarzystwie hrabiny... jesteś z nią poufale... codzień bliżej, czy wiesz kto jest ta kobieta? znasz jej przeszłość?
— Nie, ale kobieta młoda, miła, dowcipna, oczytana, towarzystwo dobre, stosunki ogromne, widzi mnie dobrem okiem, dlaczegóżbym nie miał z usposobienia jej i okoliczności korzystać?...
— Wincenty — ozwał się poważnie Gucio — zdaje mi się, że mimo twej lekkomyślności, nie potrzebuję ci przypominać obowiązków... Wszystkie słabości się tłumaczą, ale rozmyślna zdrada.
— Skądże tak daleko się posuwasz?...
— Mam do tego powody ważne, wielkie, stanowcze... Ciebie ciągną tam, skąd czystym nie wyjdziesz, rozmyśl się... jutro być może za późno!
Wincenty się zmieszał mocno.
— Jużciż — rzekł — znając cię, trudno mi przypuścić... żebyś miał podsłuchać jakąś rozmowę i źle ją zrozumiawszy...
Gucio odskoczył aż, wyrwawszy mu rękę.
— Samo to przypuszczenie mnie obraża — zawołał — ale zarazem ciebie potępia...
Darnocha stawał się coraz bardziej i widoczniej zbity i upokorzony. Chciał się tłumaczyć.
— Rzecz jest jasna, żadne tłumaczenie nie służy! słuchać go nie będę! Rób, co ci się podoba, jesteś przestrzeżony!.. dopełniłem obowiązku... bądź zdrów...
Wicek pobiegł za nim i chwycił go gwałtem pod rękę, którą mu Moroz wyrywał.
— Zmiłuj się, porozumiejmy się, nie gniewaj się... pozwól...
— Mógłbym i miałbym prawo się gniewać — rzekł z uczuciem Moroz — ale się raczej lituję nad tobą. Zszedłeś z drogi pracy, na drogę fałszu... po tej pochyłości jeszcze chwila, a wstrzymać się już od zupełnego upadku będzie niepodobna... Dla sprawy strata jednej takiej ofiary jest niczem, ale zdrada, upokarzająca i bolesna. W najcięższych próbach doświadczają się umysły i charaktery... w tej chwili dezertować z obozu jest nikczemnością... Nie idzie mi o sprawę, powtarzam ci... tę Bóg prowadzić będzie, a jednym człowiekiem więcej lub mniej, nic nie znaczy, idzie mi o ciebie...
— Ale skądże te domysły?
— Z serca, które ci sprzyjało... rób jak chcesz... ale pamiętaj... są kałuże, z których grzęzawicy się nie wychodzi...
Zmieszany coraz bardziej Wincenty protestował, z mowy jego jednak znać było, że niezupełnie czystym i niewinnym się poczuwał... Gucio milczał... i uchodził ścigany ciągle przez niego...
Tak doszli do ulicy...
— Miałeś do mnie prośbę — dodał Augustyn — mów, bo odejść muszę.
Darnocha zamilkł, widocznie do najwyższego stopnia zakłopotany.
— Tak jest — rzekł — miałem, ale teraz nie mogę już udać się z nią do ciebie... Przed godziną... grałem i przegrałem wszystko, com miał... idzie o to, abyś mi pomógł chwilową pożyczką... którą zwrócę... ręczę... gdyż jestem w największym w świecie kłopocie... a nie mogę udać się do kogo innego...
— Wyjedziesz z Wiesbadenu? — zapytał Gucio — jakie są twoje projekta, co myślisz robić z sobą... ja potrzebuję o tem wiedzieć...
— Ja się nie mogę ani obowiązywać, ani tłumaczyć... postępujesz ze mną, jak z małym chłopcem...
— Wincenty, uderz się w piersi, zasłużyłeś na to... poszanowałbym cię, gdybyś dbał i zasłużył na szacunek... Otwarcie ci powiem... pożyczysz — będziesz grał znowu... a jeśli się zgrasz... co najprawdopodobniejszem? Miałżebym ci do tego rodzaju życia i namiętności dopomagać? Jeśli jedziesz natychmiast, aby się starać o zajęcie i pracę... jestem na twoje usługi, ale tylko pod tym warunkiem...
Darnocha otarł pot z czoła, milczał i zdawał się walczyć z sobą.
— No, jadę, jadę — rzekł stanowczo — ale przecież dwadzieścia cztery godziny czasu dasz mi do pożegnania i wyboru w drogę...
— Słowo?
— Słowo.
Augustyn dobył pugilares i żądaną sumę wyliczył na drżącą dłoń Darnochy, dodając tylko do niej:
— Mam słowo.


Zburzony rozmową i wypadkiem wieczora, Moroz, którego w hotelu „Czterech Pór Roku“ oczekiwano na herbatę, potrzebował się przejść nieco, ochłodzić, oprzytomnieć, nim się odważył próg jego przestąpić. Było już po jedenastej, herbata u pani Eweliny wcześniej się nie podawała, gdyż do godziny zamknięcia gry nie można było na gości rachować. Jedni grali u zielonych stołów, drudzy ciekawie grze się przypatrywali. Zwykle rozmową ożywione to posiedzenie wieczorne, z pomocą muzyki i gorących sporów nieuniknionych, gdy bieżących zadań życia dotknięto — przeciągało się w noc późno. Nie było to bardzo hygieniczne przy wodach, ale kuracya jest podobno najpodrzędniejszą zawsze rzeczą w tych zakładach zdrojowych.
Gucio wszedł później od innych i zastał już towarzystwo całe zebrane koło okrągłego stołu... Oprócz gospodyni, hrabiego Starży, który był jakby domowym, wszyscy znajomi Eweliny stawili się dnia tego na poufałą pogadankę, wszyscy, prócz nieszczęśliwego Darnochy, który znikł, odebrawszy żądaną pożyczkę. Nawet świeżo się zapoznawszy z panią von Dorfer, gospodyni i ją zaprosiła z córką, dla której czuła jakąś sympatyę.
— Dlaczegóż to tak późno? — spytała Ewelina Moroza, podając mu rękę w progu — czyś pan o mnie zapomniał, za co się będę gniewała — czy...
— A! nie pani, ale miałem ważną i cudzą sprawę do koniecznego załatwienia... przychodzę cały zburzony, podrażniony i siadam w kątku, ażeby ochłonąć... niech mnie pani nie pyta i ulitowawszy się, nie patrzy nawet... bo na nieszczęście, nawet wytłumaczyć się nie mogę...
— Nie drażnijże pan ciekawości mojej... siadaj i odpoczywaj... ale muszę go wprzód przedstawić baronowej von Dorfer...
Oprócz znanych nam już z opowiadania tego osób, świeżo przybyłych znalazło się jeszcze kilka, dopełniających grona najróżnorodniejszego pod wszelkiemi względami, jakie sobie wystawić można. Nie było w niem cudzoziemców, a kółko zdawało się z nich złożone... język francuski prawie wyłącznie słyszeć się w niem dawał... pod jego przykryciem nie znać przynajmniej było, że wielu z gości bardzo źle mówiło po polsku i dłuższej w tym języku nie mogło utrzymać rozprawy. Jeśli chwilowo odezwała się polszczyzna, z podziwieniem tak wielkie w niej dawały się postrzedz różnice prowincyonalnych akcentów i wyrażeń, iż się niekiedy nie zupełnie rozumiano.
Zwykle język francuski wypełniał to, czego zabrakło nie dosyć wprawnym do jasnego wyrażenia swej myśli.
Nie wiem, czy jest na świecie naród, któryby w potocznej rozmowie potrzebował tak często posługiwać się obcym językiem... mając własny, bogaty, giętki, od wieków uprawiany, starczący najwyszukańszym ducha potrzebom. Smutno się przyznać, żeśmy podobno jedni w tym wypadku.
Ale smutniejszą może i dziwniejszą dla bacznego postrzegacza była różnica niezmierna zdań i pojęć nawet w najżywotniejszych kwestyach, na które każdy zapatrywał się z odrębnego stanowiska. Z każdego zakątka kraju przychodziła idea inna, inne plany, inne dzieje, programy — żadnej spójni w tem wszystkiem, ani sposobu porozumienia się.
Lubicz Pawłowski, dyskretny i ostrożny, zwykle politykował, starał się wytłumaczyć niedostępną dla innych ideę panslawistyczną, choć tu, na starym gruncie europejskim cywilizacyi zachodniej, szanującej indywidualizmy narodów, z tą sztuczną i fałszywą mrzonką trudno mu było się dać zrozumieć. Plątał się, mieszał a zaskoczony nowemi dla siebie zarzutami, nie mógł dotrzymać placu... Przed oczyma jego zjawiały się poglądy i zasady tak niespodziane i poważne, że olśniony niemi, nie znajdował nic na swą obronę. W rozmowie z Galicyanami, z obywatelami Poznańskiego Księstwa, co chwila czuł się wyrzuconym z siodła, na którem spokojnie i bez zgryzoty sumienia siedział długie lata. Dziwił się, że z nienacka dowodzono mu to zacofania niezmiernego, to radykalizmu krańcowego, który sam o tem nie wiedząc, z barbarzyństwem graniczył.
Trudno jest skreślić obraz chaotyczny sporów do jakich wzmianka o ogólnych interesach Polski i zagadnieniach filozoficznych dawała powody. Podnosiły się wtedy głosy różne... Spór się wszczynał niezmierny i do niczego nie wiodący, bo każdy stał przy swojem zdaniu uparcie... Raz, słuchająca długo w milczeniu rozmawiających Ewelina, podniosła się zarumieniona, cudowna natchnieniem, które z jej oczów strumieniem blasku strzelało.
— Pozwólcie panowie — rzekła — kobiecie wrzucić słowo do zbyt dla niej może poważnej i nad siłę naszą rozmowy... I my bolejemy chorobą wieku, czemużbyśmy choć poskarżyć się nie mogły? Wszystkie te symptomy, które tak jasno widzicie... wszelkie złe pochodzi z tego, że społeczność chrześcijańska straciła swą siłę przewodnią, swojego ducha, że nie ma wiary w to, czem urosła, a nie zastąpiła jej w niczem.
Nie jesteśmy jeszcze poganami, a chrześcijanami być już przestaliśmy, niestety... Zasady zostały pokruszone... formy tylko zachowane... Społeczność wróciła w istocie do pogańskiego ubóstwienia sił i siły... Boga nie ma... Z Bogiem w niebo uleciały anioły poezyi, miłość, ofiara, braterstwo... czyste rozkosze ducha które nędzę czyniły znośną.
Dlatego nam dziś przedewszystkiem potrzeba dobrego bytu, zaspokojenia nietylko życia, wymagań koniecznych, ale zbytkowych. Dlatego znowu cielcowi złotemu bijemy pokłony... i jesteśmy nieszczęśliwi... i jesteśmy nad wyraz biedni...
— Tak jest — dodał Starża — i świat, którego postępy materyalne, naukowe, umysłowe są ogromne, moralnie jest w widocznym upadku. Nie widzi już nic wyżej, nic idealniejszego nad dobrobyt na ziemi.
Łudzim się, winszując sobie niezmiernych zdobyczy nad materyą kupionych kosztem ducha — ducha upadkiem....
Filozofia pozytywna, teorya Darwinowska, ekonomia polityczna... i polityka mocarstw, są z sobą w doskonałym, logicznym związku. Rozebrawszy je, widać jasno, że człowiek ma się za ciało i w duszę wierzyć przestał... Upadek literatury idzie zatem z konieczności... Życie się układa na staro rzymski sposób, rodzina rozwiązana... małżeństwo upadłe nizko, macierzyństwo zaparte...
Demoralizacya zstępuje od zobojętniałych klas wyższych do ludu... a gdzie oświaty brak i chleba, tam owe teorye przyjmują się i kwitną bujno...
W obronie pracy wieku stanął ktoś jeszcze i zbyt może poważna rozmowa zwolna przez interesowanych, którzy jej wydołać nie mogli, roztopiła się w pospolitą codzienną gawędę. Na wysokościach tych kwestyj ledwie kilka osób mogło ją utrzymać. Ewelina otworzyła fortepian, zapraszając do niego Julię, którą matka skłoniła do zagrania Chopina. Niestety! był to Chopin pensyonarski... usalonowany... zmiękczony jeszcze... ale zawsze serdecznie miły i sympatyczny.
Gdy około fortepianu i Julii gromadzili się mężczyźni, Ewelina zbliżyła się do siedzącego na boku Augustyna.
— Nie pytam, co panu jest... ale szczerze, chciałabym pocieszyć i rozbić te chmury... Czy to co osobistego?
— Pani — rzekł Moroz — w osobistych cierpieniach człowiek ma więcej potęgi, panuje im... ale gdy nas dotknie coś, czemu zaradzić niepodobna, naprzykład upadek człowieka, któregośmy kochać chcieli i życzyli mu dobrze... gdy dźwignąć niepodobna, patrzy się na lecącego w przepaść...
— Tak to nad wyraz boleśnie — zawołała Ewelina — ale... nie dopytuję już więcej, bobym gotowa odgadnąć...
Ścisnęła jego rękę i odeszła...
Ten ucisk milczący a tak niewinny dostrzegła baronowa i zwracając się do Potomskiego, zżymnęła ramionami. Potomski się uśmiechnął.
— Jest dziwnie śmiałą... — szepnęła.
— Ale któż ten młody człowiek z ręką na temblaku... bo w końcu zaczyna mnie intrygować...
— Jest to, o ile wiem — rzekł Potomski — a wiem od towarzysza uniwersyteckiego Darnochy, syn niezamożnego kupca... Kupczyk jednem słowem... Mówią tylko, że bardzo wykształcony i z umysłem wyższym...
— Teraz w towarzystwach — dodała baronowa — dziwne czasem postacie spotkać i znajomości zrobić można... Śliczna rzecz znajdować się w salonie z kimś, kogo się jutro może znaleźć w sklepie za kontuarem. Towarzystwo nasze się nie szanuje, to też szanować go nie będą.
To mówiąc, dama zacięła usta i podniosła głowę.
— Bo proszę pana dobrodzieja — mówiła z uczuciem godności — wprowadzam tu córkę, robi się znajomości, zawiązują stosunki... przypuszczam jaką niedorzeczną skłonność... cóż za skutki! Boć przecie córki za kupczyka wydać nie mogę...
Potomski na wszystko się zgadzał.
— Córka pani baronowej jest nadto dobrze wychowaną — dodał — ażeby nie miała swej godności... a zresztą osoba tak młoda jeszcze...
— Prawda, że to dziecko... i więcej myśli o kwiatkach i ptaszkach, niż o czemkolwiek innem... ale... może się to i za kilka lat nam przytrafić...
Nie pojmuję pani Eweliny... salon jej to prawdziwie uczta ewangieliczna.
— U wód... — szepnął Ferdynand.
— Ale wszędzie trzeba się szanować — zawołała dama — ja się przyznam panu, że jakkolwiek nam brak towarzystwa... ja tu już więcej nie postanę... nie — nie.
Istotnym powodem, dla którego baronowej salon się niepodobał, było jednakże, iż w nim takiej roli, jaką chciała grać, nie mogła. Piękność jej rozkwitła bujnie, świeża i ponętna... gasła i pospolitą się stawała przy wdziękach Eweliny, Julka skromna i bojaźliwa nie robiła też wielkiego wrażenia. A przytem jakoś na seryo nikt się nie trafiał...
Pomimo groźby rzuconej baronowa jednak pozostała czas niejaki, a że Potomski odszedł od niej, dość była rada, że się Starża przybliżył.
Hrabia słynął z nielitościwego szyderstwa i usposobienia żartobliwego, bystre jego oko odgadło, przeczuło raczej, dlaczego baronowa sztywniejsza jeszcze dnia tego była niż kiedyindziej. Siadł przy niej wzdychając i począł rozmowę narzekając na czasy, obyczaje... w duchu niezmiernie konserwatywnym.
Baronowa uchwyciła temat znany i miły, puścili się nim na przegony tak daleko, że pani von Dorfer aż na mieszaninę klas w społeczeństwie utyskiwać zaczęła.
— No gdzie to kto co podobnego widział — dodała — aby naprzykład, lada komisant lub kupczyk był w towarzystwie naszem przyjmowany i to jeszcze z dystynkcyą...
Oczy jej wskazały z oburzeniem na Augustyna Moroza. Starża aż podrósł z uciechy, znajdując w tem doskonały pretekst do ulubionej mu mistyfikacyi.
Z lat swej młodości jeszcze wyniósł on smak do tych igraszek, które czasem bardzo się kończyły tragicznie. Przybrał postać i minę surową, poważną, oblókł się tajemnicą...
— Kto pani powiedział, że to jest kupczyk? — zapytał.
— Ale wszyscy tak utrzymują — nie chcąc zdradzić Potomskiego, odezwała się pani baronowa.
Starża z politowaniem się uśmiechnął.
— Jakto? byłożby to wątpliwem?
— Widzisz pani jak on tu jest przyjmowanym... — cicho szepnął złośliwy Starża... i potrząsł głową... — To są umyślnie puszczone wieści... powiadam pani, ale pod największym w świecie sekretem... w tem jest... tajemnica...
— Tajemnica...
— Tak jest... której wyjawić nie mogę... — dodał Starża, — powiem tylko pani, jeśli mnie nie zdradzisz, że ten młodzieniec podróżujący incognito należy do jednej z najmożniejszych i najznakomitszych rodzin krajowych... Głowa przewrócona... chce umyślnie uchodzić za kupczyka... aby świat poznać... nie wiem zresztą... jakieś tam głupie romansowe ma plany...
— W istocie? — spytała baronowa.
— Tylko na miłość Boga, niechże mnie pani nie zdradzi i zachowa to przy sobie... zaledwie parę osób wie o tem...
Baronowa popatrzała z dala na Augustyna.
— Mnie się też — rzekła bardzo cicho — wydawało niepodobieństwem, żeby to był młodzieniec tak nizkiego pochodzenia, zbyt szlachetne ma rysy...
— Tak... tak! — potakiwał Starża.
— Pan nie wiesz zapewne — dorzuciła pani von Dorfer — że myśmy go spotkały w drodze, w wagonie, był dla nas niezmiernie grzecznym... Potem, nie prezentowany, kłaniał się nam... ja miałam się naturalnie na ostrożności... Ale dziś potrzeba być oględną matce mającej córkę na wydaniu!!...
Na tem skończyła się rozmowa a hrabia szczęśliwy, że rzucił nasionko, mogące wydać owoce interesujące, usunął się prędko, aby sarkastyczny wyraz jego twarzy nie zdradził mistyfikatora...
Wszyscy też powoli żegnać się lub nie żegnając, po cichu uchodzić zaczęli.


Nazajutrz o dziesiątej z rana, wpuszczony został do przybytku hrabiny Kaisersfeld pan Wincenty de Darnocha, i po dość długiej, tajemniczej z nią rozmowie, wyszedł z twarzą rozpłomienioną, niespokojny ale widocznie wesół i szczęśliwy.
O jedenastej już wory pieniędzy zniesiono do sal gry i walka z losem rozpoczęła się na dobre... Nie zważając na słowo dane Morozowi, młody chłopiec jeden z pierwszych przybył do rulety i około południa odszedł od niej ze znaczną wygraną... zmęczony... ale ośmielony swojem szczęściem, uzuchwalony niem do najwyższego stopnia.
Słowo dane wcale go w przekonaniu jego nie obowiązywało, skoro mógł pożyczone oddać pieniądze. Tak sobie wyrozumował i postanowił szukać przyjaciela. Moroz mu się nastręczył... Na widok jego, miał chwilę wahania się i niepewności Wincenty, ale zuchwalstwo przemogło. Zbliżył się do niego odważnie, uśmiechnięty.
— Dzień dobry ci...
— O której jedziesz? — spytał Moroz.
— Właśnie szedłem się przed tobą wytłumaczyć, podziękować za udzieloną mi wczoraj pożyczkę i powiedzieć ci, że dla bardzo ważnych interesów, od których los mój przyszły zależeć może — niepodobna mi już wyjechać.
— Niepodobna? — spytał Augustyn — zostajesz?
— Muszę zostać... — rzekł sucho Darnocha, zwracając pieniądze. — Serdeczne dzięki.
Nic nie mówiąc, młody chłopiec schował zwróconą pożyczkę.
— Panie Wincenty — odezwał się, cofając rękę podaną do uścisku — sam przyznasz, że po wczorajszem mojem a dzisiejszem twem znalezieniu się ze mną, dalsze nasze stosunki są niemożebne. Życzę panu szczęścia i powodzenia w jego nowym zawodzie.
Ostatnie wyrazy wymówiwszy z przyciskiem, ukłonił się i odszedł...
Darnocha zapłonął cały, drgnął ale jak przykuty do miejsca pozostał...


Towarzystwo polskie w Wiesbadenie w tych dniach pomnożyło się znowu kilkoma nowo przybyłemi spóźnionemi, osobami, które posądzać było można, iż już nie dla wody i zdrowia przyjechały.
Pani Karlińska, obywatelka z Płockiego, z dwiema pięknemi córkami, osoba niemłoda, chorowita i niemal jawnie wzdychająca do pozbycia się Józi i Stasi, rozumie się w jak najświetniejszych warunkach, na co obie panienki zasługiwały.
Pani Karlińska odbywała już podróże do wód od lat kilku, jeździła do Karlsbad, Ostendy, Ems, Spa i miała przeliczne znajomości po świecie całym. Ewelina, Starża i znaczna część gości była jej poufale znajomą. Osoba była dobra, zacna, miła, zgodna, ale miała tę słabość, że się straszliwie obawiała, aby Józia i Stasia nie zostały staremi pannami.
Józia i Stasia, hoże, rumiane, wesołe, dobrze wychowane, łagodne, miały za sobą wszystko, oprócz posagów, które były enigmatyczne...
Majątek był bardzo znaczny... ale oprócz Józi i Stasi, mieli państwo Karlińscy dwóch synów, żyli na wielką stopę, panny były przywykłe do elegancyi i zbytku. Ubogi nie śmiał się do nich posunąć, a bogaci szukają zwykle jeszcze bogatszych. Wiedziano przytem, że pani Karlińska, z domu hrabianka Odgórska, za lada kogoby ani Józi ani Stasi nie wydała... potrzeba było koniecznie imienia.
Biedna, chora mama stękając woziła swe rozkwitłe różyczki... a nigdzie... nikt nie śmiał się do nich przybliżyć. To czyniło ją smutną i budziło mizantropijne uwagi nad teraźniejszym światem i ludźmi... Tak śliczne panny!!
Razem prawie z panią Karlińską, przyjechali państwo Burscy, którym udało się z Ukrainy wyrwać, mimo surowej klauzury i znaleźć grosz na podróż zagranicę.
Burski, niegdyś za lepszych czasów marszałek, prezes, figura znacząca, człowiek niezmiernie bogaty, pan dóbr rozległych, spokojny i legalny, który się nigdy do żadnych politycznych i patryotycznych robót nie mieszał, zaszczycony względami dygnitarzy i ich pełnem zaufaniem, był zawsze tego zdania, że polityka do niczego nie doprowadzi. Z czasem z systemu, z zasad całego życia, zbiła go gorzka rzeczywistość i to tak zbiła z tropu, że zupełnie swego i kraju położenia nie rozumiał. Był milczący i smutny... Próbował jeszcze czasem dysputować i wyprowadzać wnioski, snuć przypuszczenia, ale to mu się wcale jakoś nie udawało...
Zagranicą, naturalnie, wielce był oględnym w stosunkach.
Towarzyszyła mu w podróży żona jego, maleńka, chuda, ruchawa, gadatliwa, która nigdy nie była piękną, a postarzawszy, stała się straszliwie brzydką... pomimo to, strojąc się niezmiernie i wagę przywiązując do mód i ubioru, przesadną. Łatwo się domyśleć, że ulubionym jej językiem był francuski, że liczyła się do najwytworniejszego świata i z nim tylko żyć mogła... Miała z sobą córkę, pannę Hersylię, słuszniejszą od siebie, ale niezmiernie z twarzy do matki podobną... Panna Hersylia używała lornetki ciągle, mówiła mało, patrzyła z góry i doskonale wiedziała, że mieć będzie półtora miliona posagu. Była to jedna z najświetniejszych partyi na Ukrainie...
Zaledwie przybywszy do Wiesbadenu i rozpatrzywszy się w liście znajdujących się tu gości, Burscy natychmiast złożyli uszanowanie hrabinie Kaisersfeld, o której położeniu w stolicach i rozległych wpływach wiedzieli. Trafiło się tak, iż w czasie ich bytności, znajdował się teraz nadzwyczaj częsty gość — pan Darnocha, który został państwu prezesowstwu cum omni formalitate zaprezentowanym.
Hrabina, widocznie protegująca młodego człowieka została opatrznościowo uderzona myślą zeswatania Darnochy z bogatą dziedziczką; w tym celu zaimprowizowała mu tytuł hrabiego.
Prezes Burski, któremu młodzian krochmalny, przyzwoity, mówiący ślicznie po francusku i chlubiący się tak bujnemi angielskiemi bakenbardami, bardzo przypadł do smaku, zwłaszcza po pierwszych rozmowy frazesach w duchu ultrakonserwatywnym; zważywszy jeszcze, iż go znalazł w domu osoby tak politycznie niepokalanych zasad... uczuł ku niemu wielką skłonność.
Żargon jego podobał się matce... córka wpatrzywszy się weń przez lornetkę, znalazła go très comme il faut...
Państwo Burscy zabawili nieco dłużej. Pan Wincenty musiał odejść, a z oddalenia jego skorzystała nieporównanie zręcznie hrabina, napomykając o nim kilkakroć w rozmowie z nadzwyczajnemi pochwałami. Improwizatorka niezrównana, ułożyła na ten raz umyślnie całą historyę Darnochy, obudzającą dlań największe współczucie.
Z ust pani Kaisersfeld... była to najlepsza w świecie rekomendacya... Burscy odeszli, Darnocha w kilka godzin powrócił, a piękna gospodyni powitała go zagadkowym uśmiechem.
— Podziękujże mi i ucałuj tę rękę — zawołała, wyciągając białą i istotnie prześliczną dłoń ku niemu — wszystko ci sprzyja, a masz we mnie doprawdy przyjaciółkę...
— Nie pytając, już składam dzięki — rzekł, przysiadając na stołeczku nizkim Darnocha.
Seulement... suivez bien ce que je veux vous dire — panna prezesówna Burska nie jest ładna... prawdę powiedziawszy nawet... elle est affreusement laide, ale czy się na to uważa, żeniąc? Ma półtora miliona posagu... a ja ci ją swatam... Postępować będziesz wedle mojej instrukcyi. Bilety z tytułem hrabiego każ zrobić zaraz... któż to kontroluje? — każdy kto chce jest hrabią zagranicą! Resztę ja poprowadzę...
Uśmiechnęła się...
— Do stolika gry ani mi się zbliżać i... je vous garrantis le succès...
Milczeniem pełnem skromności i ucałowaniem nadliczbowem ręki, przyjął tę wieść Darnocha... Świetne ożenienie, nie patrząc na następstwa, jakie miało za sobą pociągnąć, było jego marzeniem... Stawał się od razu niezależnym... tak nie lubił i nie umiał pracować, a tak żyć i świecić pragnął?


Dwie świeże panny Karlińskie, strojna panna Burska, uzbrojona ukraińskiem pochodzeniem, z ziemi mlekiem, miodem i posagami płynącej, w dodatku jeszcze para wdów w wieku, w którym się chętnie i przyzwoicie zamąż wychodzi, nie przebierając do zbytku w konkurentach choćby niezupełnie już świeżych, melancholią okryły czoła grona niewieściego w Wiesbadenie, obliczającego męskie towarzystwo tak, jak czasem łakomy liczy na półmisku kawałki, czy się też dlań co zostanie. Na tyle kandydatek jawnych i niby niewidocznych, choć łatwych do odgadnienia — nie było dostatecznego mężczyzn zapasu... Papiery panów Potomskiego, Lubicza, Pawłowskiego i nieco podtuptanych kawalerów, znacznie poszły w górę na niewieściej giełdzie. Pani von Dorfer, którą nudziło wdowieństwo, postanowiła w duszy zapewnić sobie raz przecie tego nudziarza Ferdynanda, który trzymał się jej stale... ale zdawał się ciągle obliczać gościniec wolny do odwrotu na wszelki wypadek.
Chociaż nie wątpiła baronowa już z jego obejścia się z niemi, że, w razie decyzyi, o nią a nie o córkę się oświadczy — nudziła ją ta flegma i ta... miłość cicha do zbytku, ostrożna aż do oziębłości...
Julka nawet niby najniewinniej i bezwiednie czasem pana Ferdynanda ukłuła.. ale gdy się odwrócił ku niej zdziwiony aluzyą — znajdował ją tak naiwną, tak o niczem nie wiedzącą, że ją o filuteryę nie śmiał posądzić.
Pani Dorfer, w interesie swej strategii, wyrzucała sobie nieco, że w początkach nie korzystała z ukłonów tajemniczego młodzieńca — uchodzącego za kupczyka — byłby jej mógł służyć do obudzenia zazdrości i przyspieszenia rozwiązania... Ale możnaż wszystko przewidzieć i narażać się na spoufalenie z kramarzami!!
W miarę, jak całe towarzystwo coraz się stawało liczniejszem, wesołość zaraźliwszą i głośniejszą — jedna Ewelina widocznie posępniała, straciła śmiałość.. zmieniła pierwszą swą fizyognomię narzucającą się i błyskotliwą. Zmiana ta nie uszła bacznych oczów i wywołała komentarze, które jednak skończyły się wyrokiem — fanatyczka!! dziwaczka...
Starża, który ją znał lepiej, więcej od innych wagi przypisywał tej powolnej ale znaczącej metamorfozie... wiedział on, że w tej kobiecie nie było fałszu, a co się objawiało na zewnątrz, płynęło z głębi i było fizyognomią jej duszy... jeśli się tak wyrazić godzi.
Znajdował ją teraz częściej niż dawniej w domu, nad książką, przy robocie, w której widocznie szukała roztargnienia i nużącego zajęcia, i nie w tym humorze już trzpiotowatym, prawie dziecinnie wesołym, który jej był właściwy...
— Znowu pani przypomnę — rzekł raz, siadając koło niej — żeś mi pani dała pewne ojcowskie i opiekuńskie przywileje nad sobą — pozwólże w imię ich spytać... co pani jest? znajduję ją zmienioną...
— Co mi jest? — odpowiedziała Ewelina — ale, kochany przyjacielu, mnie trudno jest samej przed sobą wytłumaczyć się z tego stanu apatyi i odrętwienia — cóż dopiero przed tobą? Jestem chora, to prawda, na tę chorobę wieku, nierozpoznaną przez lekarzy, która się zowie — zwątpieniem, znużeniem, prostracyą...
Wiesz, że w ciężkich chorobach, czepia się człowieka dziwactwo, nadzieja uleczenia środkami najśmieszniejszemi. Tak było ze mną, łudziłam się tu jadąc — tu jadąc! powtórzyła z przyciskiem i uśmiechem smutnym — tu!... że znajdę jakichś nowych, lepszych, wyjątkowych, wybranych ludzi, że mnie to z nimi, ze światem i życiem pogodzi... Tymczasem oprócz was...
— Baronowo, bądźmy szczersi... — rzekł Starża — czyś się zawiodła także i na... panu Augustynie? Zdaje mi się, że... rąbnę szczerze, że on cię obchodzi i zajmuje?...
Ewelina skrzywiła się nieco...
— Mów: obchodził... zajmował, w czasie przeszłym — odpowiedziała potrząsając główką. — Bardzo to w istocie zacny, miły, światły młodzieniec, istota sympatyczna... widzicie, jestem zupełnie otwartą, — ale chłodny, dziwnie chłodny i zbyt pilnujący siebie, a zbrojny, jak niezdobyta twierdza, która się obawia napaści...
— Czy dlatego — rzekł uśmiechając się Starża — iż nie śmie ci okazać, że się śmiertelnie zakochał?
— Zakochał? on! ale cóż znowu? ty postrzegacz tak trafny, możesz mi to powiedzieć? Człowiek ten grzeszy tem właśnie, iż pamięta, myśli, boi się, aby uczucie nim nie owładnęło, dopóki po kupiecka nie obliczy... iż pożądany towar da się nabyć tanio, bez kłopotu i będzie w dobrym gatunku...
Otóż ja tego nie lubię... zbyt się lęka zawodu i zdrady... zatem za mało pragnie tego zakochania, o którem mówisz... a którego niema wcale...
— Jesteś pani dziś straszliwie złośliwą, kąsającą i podrażnioną...
— Złą jestem, złą, nie zaprzeczam... — podchwyciła Ewelina — ale bo wszędzie się spotykam, ze sztywnym rozumem, z rachubą, wszędzie z chłodem i niedowierzaniem, życie niema polotu, młodość nie ma wiary, serce nie ma ciepła...
O mój Boże — dodała smętnie, spuszczając oczy na robotę — ja nie potrzebuję, nie chcę, ażeby ten człowiek zakochał się we mnie, tylko, żeby mógł kochać... a o tem zwątpiłam, kochać, jak ja pojmuję, i choćby bez nadziei, iść na męczarnie dla ideału, kochać z serca potrzeby... tak, jak się to niegdyś na starym... a dziecinnym świecie kochano, kiedy wolno było być heroicznie niedorzecznym... a niekoniecznie tak rozumnym, jak dziś jest każdy od lat dziesięciu...
A! mój! hrabio! znajdź mi ty taką miłość poczciwą, nieopatrzną, szaloną... żebym na nią mogła choć z daleka popatrzeć, pocieszyć się nią, powiedzieć sobie — świat nie umarł!! ludzie jeszcze kochać umieją i mogą!... Wyrzeknę się szczęścia dla siebie bylebym wiedziała, że jest możliwem... wówczas cierpliwie na nie do lat pięćdziesięciu czekać będę...
— Droga pani — odpowiedział poważnie Starża — żądasz wiele... Wierzę ja w kwiat paproci, ale nie każdemu dano go widzieć w wigilię Ś. Jana. Ta niewiara jest tak pospolitą, iż się z nią już nieraz spotkałem w życiu. Przypomina mi to, com dawno już słyszał z ust księżnej E..... S.... z domu księżniczki C..... Pani ta miała z górą lat sześćdziesiąt, gdy to mówiła, była więc w kwestyi zupełnie bezinteresowną. Patrzała na świat długo, w pożyciu domowem była dosyć szczęśliwą, nie wiem skąd jej to przyszło...
— Ale cóż mówiła? co mówiła? — niecierpliwie spytała Ewelina.
— Księżna mówiła, iż wyobraża sobie, że świat i ludzkość skończą się w ten sposób, że ludzie kochać przestaną, do miłości wstręt uczują, małżeństwa z obu stron staną się niepodobieństwem i ród nasz wygaśnie ziewając... Staruszka powtarzała to nie żartem, poważnie, jakby z głębokiego przekonania.
Idea jest dosyć oryginalną... ale niewiara, z której wyrosła, rozumie się w sześćdziesiątym roku, w dwudziestym... trudna jest do pojęcia.
— Mam dwadzieścia i kilka... — rzekła Ewelina — i znajduję, że księżna miała słuszność, widziała proroczo...
Świat już się powoli kończy...
Co do mnie, ponieważ nie kochając za mąż nie pójdę, bobym się sama sobą brzydziła... zatem, j’en fais mon deuil a nie chcę i nie myślę już iść zamąż nigdy... ale gdybym też na pociechę w tem sercowem wdowieństwie mojem choć widzieć przynajmniej mogła dwoje ludzi coby się nie urzędownie, nie przez rozpustną fantazyę chwilową... ale na śmierć, okrutnie zakochali... taką Franceskę z Lancelotem, Heloizę i Abelarda... Zaczynam posądzać poetów, że skomponowali miłość, jak wyinwentowali Feniksa, Smoka i Salamandrę. Świat stary ubierał w wieńce proste cielesne żądze... chrześcijaństwo stworzyło miłość heroiczną, rycerską.. a! donkiszotowską także... jest to sobie bajka... a myśmy od dzieciństwa wierzyli w jej prawdziwość!!
— Biedna moja marzycielko... — rzekł Starża — jakże mi cię żal... chcesz na powszedni dzień tego, co się co dzień przytrafia... Są fenomena na niebie i ziemi, na które wieki czeka niebo i ziemia... a przecież choć w sto lat raz przychodzą...
— Prawda! prawda! — odpowiedziała Ewelina — jestem niecierpliwa i zepsuta, pieszczoszka, chcę kafelka z pieca, gwiazdki z niebios... niestety!! nacóżeście tysiąc lat kłamali tak cudne poemata o miłości... na co ja się niemi karmiłam i uwierzyłam w Feniksa, który jest może brudnemi żabkami karmiącym się bocianem...
Starża wstał i długo chodził zamyślony do pokoju...
— Ale powiedzże mi pani — odezwał się, stając przed nią — coby ci z tego przyszło, gdyby się w tobie zakochał jaki nieszczęśliwy... coby do ciebie nie śmiał przystąpić, któregoby dzieliło położenie, któryby musiał kochać cię, jak Gwebr słońce, o mil tysiące?
— O! niech się tylko zakocha... — przerwała Ewelina — słońce zleci na ziemię...
Jeżeli pokocha szczerze, prawdziwie, miłość ta odbije się w mojem sercu... ja ją poczuję, ja jej odpowiem... a gdy pokocham... Starżo... położenie, stosunki, względy... skruszę na proch i zdepcę... wyrwę go, choćby ze szpon śmierci i grobu!!
Stary patrzał na nią rozjaśniony, z uwielbieniem i powoli skłonił przed nią głowę nizko...
— Cześć ci, istoto wybrana... — rzekł — ale biedna... nie mówmy już o tem... Gdybym był młodym, mógłbym oszaleć dla ciebie, stary — chcę ci być stróżem, opiekunem, ojcem... bo się boję...
Z tego pragnienia czystego, poetycznego, łatwo możesz wpaść w ułudę...
— Nigdy! — odparła Ewelina...
— Miłość ta przyjdzie, jej pragnienie jest jej przeczuciem — dodał hrabia — ale co ona z sobą przyniesie?
— Jakto? musi mi dać szczęście! — zawołała piękna pani.
— Szczęście... tu! — westchnął, ruszając ramionami, stary — policz, ile to co się tu zowie szczęściem, wlecze za sobą utrapień. Was dwoje... myślisz, to świat cały... ale w powszedniem życiu, po za wami, po za wybranym twym, stoi rodzina, stosunki, przesądy, formy... pełne karykatur i plam, tło podobne do tych dekoracyj szekspirowskiego dramatu... starych... w których Julieta występowała, idealny swój profil malując na oszarpanych ścierkach...
— Bądźże pewien, iż ani Julieta nie widziała ścierek, co ją otaczały, ani poeta się niemi zrażał, bo tchnienie poezyi, jak miłości tchnienie, tworzy z kału dyamenty — z niczego światy!
Tyś stary, zgrzybiały, nielitościwy... rzeczywistość fałszywa skuła cię w swoje kajdany żelazne... Ja trzymam z Ozanamem, że ideały są rzeczywistością a ona złudzeniem i nicestwem...
Cóżby mnie miały obchodzić te ukąszenia komarów, gdy anioł na skrzydłach ku niebu mnie unosi? Jabym tego nie czuła! Dzień jeden kochać — i umrzeć, raz widzieć to światło życia i zamknąć powieki...
Nie wiem, jam tak szalona, że szczęśliwa dobrowolniebym może wzięła truciznę, ażeby skonać, nim przyjdzie rozczarowanie...
— Zanadto czytałaś poetów! — rzekł Starża...
— O! może nadto byłam zawiedzioną i nieszczęśliwą w progu życia — szepnęła Ewelina... — Sama sobie powiadam, żem dziwaczna i śmieszna, a jakiś głos wewnętrzny szepce mi przecie, iż i mnie jeden dzień w Arkadyi się należy... dobry mój opiekunie...
Cóżem winna, że z prozą życia pogodzić się nie umiem i nie mogę, z człowieka upadkiem i poniżeniem, z tem wszystkiem, do czego spokojniejsi nareszcie przywykają, jak więzień do stęchlizny swego zamknięcia. Gdyby mi nie świeciło trochę ideału na ziemi... wyżyćbym nie potrafiła...
— Nie chcę cię rozczarowywać — rzekł Starża — ale podobno ideały są w niebiesiech... a ziemia będzie wiecznie karykaturą tego, co marzym!...
Ale nadzieja jest największem szczęściem — usypiaj z nią i marz...
Tym razem jak po wielu podobnych rozmowach, deus ex machina ukazał się niespodzianie wchodzący Gucio.
Starża zamilkł nagle, popatrzył na gospodynię, która się zarumieniła.
Gość był pomieszany i blady, siadł co najrychlej, czując może, iż nadszedł nie w porę i przerwał poufną rozmowę. Hrabia, wedle swego obyczaju, mimo znaków dawanych mu przez Ewelinę, aby pozostał, wziął za kapelusz i zagadał coś o grze, o przegranej, o nałogu i zabierał się do wyjścia.
— Jeżeli hrabia idzie, to ja — odezwała się Ewelina do Gucia — proponuję panu przechadzkę... Pora piękna, a ja długo w miejscu usiedzieć nie umiem... Starża woli pójść grać, my, co nie gramy pójdziemy może trochę się orzeźwić powietrzem...
— Z największą przyjemnością — rzekł żywo przybyły.
Ten frazes stereotypowy wywołał ruszenie ramion pięknej pani.
— Idziemy więc! — zawołała.
Podała mu rękę i dosyć jakoś posępna, dość niecierpliwa, zwróciła się z nim nie na zwyczajną a oklepaną przechadzkę do parku, ale za miasto, w piękne góry zielone...
Szli długo dosyć to milcząc, to mówiąc o rzeczach obojętnych zupełnie.
— Pobyt mój w Wiesbadenie — odezwał się Augustyn po chwili — zostawi mi po sobie na całe życie niezatarte wspomnienia... Nie będziesz się pani gniewała na mnie, choć to na pospolity frazes, jakiemi się pani brzydzisz, wygląda, gdy powiem... z trwogą, że jej winien je będę...
— A! doprawdy? — spytała Ewelina — dziękuję panu... ale z jego smutnej postawy, nigdybym się nie mogła domyśleć, posądzić, że nasze towarzystwo choć trochę mu zrobiło przyjemności, że było nie ciężarem, ale przynajmniej rozrywką.
Moroz popatrzał i zamilkł.
— Niech mi pani wierzy — odezwał się po namyśle — że to, co mówię, wyszło z głębi wdzięcznego serca i duszy. Mogłem tylko powiedzieć za mało i niezręcznie w tej chwili czuję, ile stracę...
— Jakto stracę! — spytała Ewelina.
— Będę musiał wyjechać wprędce — rzekł Moroz. — Wczoraj odebrałem list od mojego ojca, kuracya jest prawie skończoną, obowiązki powołują mnie do domu... Odjadę z żalem, ze smutkiem, — przewidując, że mi już pewnie drugi raz w życiu taka szczęśliwa nie zabłyśnie chwila.
Ewelina popatrzała nań bacznie, ale poważnie i chłodno, nie mógł dostrzedz lekkiego ust jej drżenia i zmiany twarzy.
— Gdyby panu w istocie było tak dobrze z nami... a! życie tak krótkie, tych chwil jaśniejszych tak mało, mógłbyś przecie uczynić pan jakąś ofiarę i dłużej nieco z nami pozostać.
— Tak pani, ale do chwil jasnych, do jaśniejszych ludzi, nie potrzeba się może nadto przyzwyczajać. Człowiek przeznaczony do walki i cierpienia, rozpieszcza się wśród nich, a rozpieszczony — marnieje.
Życie twarde jest i ciężkie.
— Więc podług tej teoryi, chwile jasne byłyby zakazanym owocem?
— A przynajmniej niebezpiecznym pokarmem, gdy do nich podniebienie nawyka. Szczęście jest wyjątkiem, cierpienie prawidłem... lekarstwem.
— O! proszęż mi bardzo wskazać to panaceum.
— Zdaje mi się, żeś je pani czytała na pieczątce mojej, umyślniem je obrał za godło, aby nigdy o niem nie zapominać... Powtarzam to ciągle sobie:
„Życie chorobą? — lekarstwem praca“.
— Chorobą życie! chorobą — powtórzyła Ewelina — tak! to być może — ale jakże smutno z tą myślą się oswajać...
Lekarstwo może dlatego tak skuteczne, że powoli — zabija...
Milczeli tęskno, idąc powoli.
Ewelina zdawała się nabierać odwagi i siły.
— No, nie jedźno pan jeszcze... nie jedź — odezwała się po krótkiem milczeniu — proszę pana... Sam mówisz, że ci tu bardzo źle nie jest. Proszę, choć nie mam do tego żadnego prawa, oprócz mojego egoizmu...
Będzie mi tu tęskno i smutno z tym poczciwym Starżą... Przecież coś choć dla kąpielowej przyjaźni uczynić się godzi...
Gucio się zarumienił.
— Ale pani — rzekł niezręcznie — ja się prawdziwie lękam... abym...
Ewelina podchwyciła:
— Czegóż się pan lękasz? biednej bezbronnej kobiety... minęły już te czasy gdy wejrzenie nasze pętało, słowo rozkazywało, nadzieja uśmiechu czyniła szczęśliwych...
Jesteście wszyscy wystygli — od dzieci prawie rozczarowujecie się swobodą życia i obyczajów, która wszelki urok ściera... kobieta dla was jest istotą rodzaju żeńskiego, powszednią i spospolitowaną... to więc, co mówisz o niebezpieczeństwie... nawyknienia, za grzeczność tylko ujść może... Nie lękacie się niczego... jesteście tak swobodni... a tak zresztą obojętni...
Moroz drżał cały.
— Niechże mnie pani nie liczy do tego ogółu — rzekł zwolna — nie jestem wyjątkowym wcale, ale do dzieci wieku takich, jakie pani widzisz wszędzie po świecie, doprawdy nie należę. Nie mogę dać na to lepszego dowodu, jak będąc posłusznym rozkazowi i zostając w Wiesbadenie. Jestem z tego najszczęśliwszy... chociaż mój ojciec...
— Czy tak surowego masz pan ojca? — spytała Ewelina.
— Surowego nie, ale nieubłaganego, gdy idzie o spełnienie obowiązku.
Piękna pani zamyśliła się nieco.
— Szanuję charaktery energiczne — rzekła. — Jest przecie sprawiedliwym i choć trochę wyrozumiałym na wymagania.... takie, jak moje?
— A! pani, jest to prawość sama — odparł Gucio — i pod surową powierzchownością, serce anielskie. Od prawideł wszakże, które z zasad przez się przyjętych wyczerpnął, żadna siła ludzka oderwać go nie potrafi.
Nie potrzebuję mówić pani, że ojciec mój jest w najściślejszem tego wyrazu znaczeniu — demokratą, tak wyłącznym w swych przekonaniach, tak surowym, jak czasem bywa stara arystokracya, w pojęciach swych przywilejów z łaski Bożej. Ojciec jest dumny swem pochodzeniem ludowem, mieszczańskiem, jak jaki Montmorency genealogią od krucyat. Ale z tą dumą dziecka ludu łączy pojęcie wielkich obowiązków, jakie ona wkłada, wymaga od tych, których jest bratem, ażeby idei swej i posłanictwa byli godni. Dlatego może wszystko, co odrywa od ziemi, od pracy, co unosi w sfery poezyi i marzenia, co człowieka zmiękcza i łagodzi, uważa, jeśli nie za grzech, to za niebezpieczeństwo... Ileż to razy z obawy, abym obozu nie rzucił i nie zszedł z placu walki, — odebrał mi Göthego, spalił Mickiewicza, ile szpargałów wyrzucił mi oknem na ulicę...
Ojciec mój, będąc człowiekiem wieku swojego i klasy, purytaninem jest w swym rodzaju... obawia się odstępstwa, a odstępstwem nazywa inny tryb życia, inną nawet pracę nad tę, która mu się zdaje dla nas przeznaczoną. Znajduje on w niej nietylko cel materyalny, nietylko nabytek siły, ale jakby hygienę życia, potrzebę zdrowia i czerstwości. Dla niego ideałem jest ziemia, urządzona w ten sposób, aby potrzeby jak największej liczby mas — były zaspokojone, aby wspólnemi, spójnemi trudy, szli ludzie do wybicia się z zależności od natury, od sił nieprzyjaznych, a z pracy machinalnej, bezmyślnej, podnieśli się wyzwoleni do inteligentnej, więcej duchowej i godniejszej człowieka. Na tej drodze w istocie tyle jest do zrobienia, że mu przebaczyć można, iż spocząć nikomu nie dozwala... Może z tych kilku rysów już go sobie pani wyobrazisz nieco... Jest to Spartanin w szarej kapocie kupieckiej, kocha mnie, ale miłość jego jest nieubłaganą w wymaganiach i nie daje się ugiąć, gdy w sumieniu zaczerpnie pojęcie obowiązku...
Ewelina słuchała, lekkie drżenie znowu przebiegło po pięknem jej licu... westchnęła.
— Jakkolwiek ubolewam, że ze swego programu ojciec pański wyrzucił poezyę, widząc jej stronę denerwującą, a nie chcąc dojrzeć twórczej i wzmacniającej — nie mogę nie poszanować tak pięknego charakteru człowieka... Obawiam się tylko, aby ten Spartanin, jak go nazywasz, nie skazał was na szarą polewkę rzeczywistości... na całe życie. Pan, zdaje mi się, pogodzićbyś umiał zadanie wieku i ludu z wiekuistą serca potrzebą.
Jakkolwiek surowy — boję się go, wyznaję — dodała — ależ tak znowu bardzo za złe wam nie weźmie, że trochę dłużej zostaniesz z nami?
— I ja się tego spodziewam — odparł weselej Gucio — odpiszę, bo nie będzie kłamstwem ani przesadą, że moje zdrowie wymaga jeszcze dłuższego pobytu... Nie lubi on oderwania się od pracy, ale nie chciałby mnie widzieć kaleką lub niedołęgą...
— Ale, powiedzże mi pan, co znaczy ta ręka na temblaku... nie śmiałam go pytać o to — przerwała troskliwie Ewelina... — a dotąd nie wiemy, czy to przypadek... czy?...
Gucio się zmieszał.
— Tak jest — rzekł — to przypadek, rzecz mało znacząca, silne stłuczenie...
Zamilkł, nalegać nie wypadało, chociaż przypadek i stłuczenie nie wiele tłumaczyły. Po chwili obojętnej rozmowy Ewelina, zwróciła się ku miastu... Oboje pomieszani byli i nie swoi, rozmowa po kilkakroć jeszcze wpadała na poufalsze zwierzenia, ale gdy już miała pewną zwyczajową przestąpić granicę... cofała się lub zwracała, jakby przelękła... Ewelina, zwykle śmiała do zbytku, otwarta więcej, niż kobietom przystało.. tym razem zdawała się umyślnie hamować.
Zbliżyli się już do miasta... Moroz westchnął.
— O! nad wyraz — rzekł — przykroby mi teraz było opuścić Wiesbaden z tą myślą, że tu panią zostawię... panią, coś tak dla mnie była łaskawą. Jestem niezgrabny, jak zwyczajnie kupczyk, plączę się, prawię oklepane komplementa, gdy chciałbym coś znaleźć świeżego, nowego, silnego na wytłumaczenie mojej wdzięczności za tę dobroć anielską... za jej dla mnie wyrozumiałość. Szczęściem, żeś pani mi zostać kazała, bo nie wiem, jakbym był potrafił wyjechać... nie miałbym odwagi...
— Odwagi? — powtórzyła Ewelina... — na ten raz brak odwagi panu się przebacza, ale w innych wypadkach?
Mężczyzna powinien mieć odwagę olbrzymią, ogromną, mieć ją za siebie i za biedną, drżącą kobietę... Szczególniej, gdy kto jest, jak pan, zacnym i czystym... nietylko winien być odważnym, ale prawie zuchwałym... nadewszystko zaś otwartym i szczerym... Ja jestem tylko słabą kobietą, a widzi pan... jakem do zakłopotania was otwarta... prawdomówna... nic nie taję...
Pamiętaj to pan... proszę...
Wyrazy te były znaczące, zarumienili się oboje bardziej jeszcze... potem Ewelina, jakby dla odebrania zbytniej wagi swym słowom, zaczęła śmiać się i żartować... Moroz szedł zamyślony, ale z twarzy jego promieniało jakby z serca dobywające się szczęście. Powrót z przechadzki był weselszym i swobodniejszym, niż jej początek... W ulicy, jakby umyślnie czekający na nich, zdarzył się Starża, ażeby sami przez miasto nie powracali...


— Wiecie państwo wielką nowinę — zawołał śmiejąc się... — oto dwa aż podobno na raz skojarzą się przez Najadę wiesbadeńską pobłogosławione, małżeństwa... dwa! qu’on se le dire! na liczbę naszego towarzystwa nie jest li to zadawalającem? Statystyka matrymonialna ma swe znaczenie... po każdej wojnie i klęsce, bale i małżeństwa się podwajają...
— Ale mówże, kto za kogo wychodzi! — spytała Ewelina... — vous me faites venir l’eau à la bouche! niechże ujrzę tych szczęśliwych!
— Hrabina Kaisersfeld, niezmiernie czynna zawsze, która jeśli nie nawraca na katolicyzm izraelitów i nie werbuje dyplomatów... nie zaciąga pożyczek dla siebie lub dla maleńkich państewek odłużonych — przecie coś robić musi... w Wiesbadenie zamierzyła choć jedno szczęśliwe stadło skojarzyć... Mówią, że popiera nader gorliwie maryaż panny prezesownej Burskiej z pięknym Antynousem de Darnochą.. Zdaje się, że w tym celu dotychczasowy simple gentilhomme Mr. Vincent de Darnocha, bilety swe wizytowe kazał z małym przerobić waryantem:

Mr. le Comte Vincent Ch...

Hrabiostwo to avant la lettre, oktrojowała mu protektorka, pasując go zapewne à huis elos...
— Nie bądź pan tak zły... — przerwała Ewelina.
— To będę nudny, a pani nudziarzy nienawidzisz — odparł Starża.
—. No, to bądź zły, a mów dalej ale po cichu...
— Darnocha jest teraz nieustannym gościem w domu prezesa, zdaje się w łaskach samej pani i panny... Wielcy obserwatorowie nie wątpią, że się to stułą i pierścieniem skończyć musi. Żonę mieć będzie wprawdzie nie piękną, ale posażną, umiejącą się prezentować z dynstynkcyą, mówiącą po francusku i... prezesównę!!!... A! gdyby ów mąż znakomity, który miał tak ciekawą z Bibikowem rozmowę...
Prezes Burski — wiedział, co Hamowski rozpowiada o ojcu narzeczonego i jego zaletach, jako doskonałego ekonoma... bo — niestety... ojciec tego hrabiego jest nawet dotąd, co najwięcej, rządcą w dobrach pana..
Toby mu wcale nie ujmowało temu Antynousowi — dodał Starża — i owszem, ale po cóż kłamie?
— Dla mnie to jest szczególniej bolesnem — przerwał Moroz — Darnocha był moim towarzyszem w uniwersytecie, pokładaliśmy na nim najpiękniejsze nadzieje, zdolności miał wielkie... a dziś to wszystko... marnieje...
— Nie — przerwał Starża — spożytkuje naukę i talent na korzyść panslawizmu, którego, zdaje się, chce zostać rycerzem i obrońcą. Jest rzeczą niewątpliwą, że hrabina mająca tyle misyj różnych ile włosów... (jeśli ma włosy), zyskała go panslawizmowi... nie mając gdzie właściwiej umieścić i... w nagrodę zapewne, myśli go ożenić bogato...
— A! i możnaż tu mieć szacunek dla świata i ludzi, w którym takie frymarki w biały dzień się odbywają, z krwią zimną, — gubi się młodzież, ten zastęp prawdy obrońców... zdradza ją i przechodzi do obozu fałszu... Młody człowiek z uczuciami świętemi i czystemi młodości... sprzedaje się dla próżności, i próżnowania... a! to okropne!
Starżo kochany, mówmy o drugiem małżeństwie, ażeby nie mówić o pierwszem...
— Drugie jest mniej pewnem — dodał hrabia. — Ktoś, gdzieś podsłuchał, czy podpatrzył skłonności Potomskiego do baronowej von Dorfer, a inny zaręcza, iż baronowa gotową jest złapać go za pierwsze wyrzeczone słowo i poprowadzić do ołtarza, aby raz przecie wdowieńskie życie zamknąć na kłódkę małżeńską. Dramat pomiędzy wdową a starym kawalerem odgrywa się z cieniowaniem, godnem wprawnych a doświadczonych artystów...
Dla oczu profanów, którzy żądają scen gwałtownych, nie pochwycony postęp ku rozwiązaniu ledwie dojrzałym jest; dla smakoszów i ludzi wytrawnych, co za doskonała komedya!... Baronowa nie chce być zbyt natarczywą, boć zresztą nie ma tak bardzo o co, a z drugiej strony czasuby nie chciała stracić... Potomski waha się, kunktuje, natrafia na niektóre ostre kanty charakteru... na groźne objawy woli, na złe humory, dowodzące afekcyi wątrobowej... wszystko to trwoży go. Jednego dnia czułym bywa aż do skraju oświadczenia, drugiego chłodnieje, jakby natychmiast miał pożegnać. Oboje cierpią, a że nie są w wieku, w którym z uczuciami i wrażeniami igrać wolno bezkarnie... jeśli nie dojdzie małżeństwo, może się to skończyć na żółtaczce przynajmniej...
Powiadam państwu, że jest to dramat dla nas smakoszów, w którym nie brak nawet epizodów ciekawych...
Potomski jużby się był może i oświadczył, w tem przybywają dwie panny Karlińskie, dwie różyczki rozwite świeżo... Józia i Stasia... Potomski jest wielbicielem właśnie takich rozwitych i pełnych różyczek... to go powstrzymuje. Baronowa widzi go ponuro ciągnącym w ślady pięknych panien, a piękne panny nie odstraszające się jego łysiną... Mama już robiła małą enquéte preparatoire o szlachectwie i majątku Potomskiego na wszelki wypadek.
— No i cóż dalej, co dalej — podchwyciła Ewelina — mów, mów... Widzę, że już się wstrzymujesz, a ja dziś ze smutku i nudy ogromną ilość ploteczek połknąć jestem gotową, ty... masz je zawsze w zapasie stary przyjacielu, potrząś sakiewkę podróżną...
— Niestety... próżne już te sakwy moje — odparł Starża... nie mam już w nich nic, prócz trochę złośliwego projektu Hamowskiego. Znacie państwo tego oryginała w węgierce, który tak głośno gada jakby sam był głuchy, śmieje się burzliwie i rozsiada przy stole bez względu na to, że jest w ciasno zaludnionej Europie nie w domu... Poczciwy ów szlachcic oburzony tem, że Darnocha odgrywa tu rolę panicza i hrabiątka, zbiera się na zapoznanie z prezesem aby przy zdarzonej okoliczności udzielić mu prawdziwej genealogii przyszłego zięcia. W innym człowieku nazwałbym to złośliwością, u Hamowskiego jest to proste oburzenie na fałsz którym się brzydzi...
Ewelina uśmiechnęła się.
— Byłby to piorun...
Byłaby to słuszna kara — dodał Starża... ale nie zapominajmy, że hrabina Kaisersfeld jest kobietą sto razy przebieglejszą i zręczniejszą od dziesięciu Hamowskich... Jeśli postanowiła swego protegowanego ożenić, to go ożeni bogato, nie tu, to z jaką księżniczką gruzyjską, lub... Amerykanką bez tytułu a z dolarami.
— Szczęśliwy de Darnocha! — rozśmiała się Ewelina — zyska to, czego pragnie... miejsce w dyplomacyi, żonę nie piękną o którą nie będzie potrzebował być zazdrosnym i majątek na który nie zapracuje...


Potomski, po owym obiedzie pod „Czterema Porami Roku“, na którym przyjmując Darnochę, zawarł z nim zaczepno odporne przymierze — skreślił był potem plan cały przyszłej kampanii, który się nigdy nie miał wykonać. Darnocha nazajutrz już o nim zapomniał uniesiony prądem szczęśliwych okoliczności... Potem spotykali się rzadko, przybycie hrabiny, zawarte z nią stosunki, odsunięcie się z koła, w którem się Potomski obracał, niespodzianie uzyskana protekcya, rozdzieliły sprzymierzeńców związanych tylko interesem. Zaniedbali się wzajemnie... Potomski zrazu chciał korzystać z zawartego układu, ale znalazł zimną obojętność w młodym człowieku i oburzony odsunął się od niego; nie oszczędzając go wcale, gdy się o nim mówić zdarzało. Osamotnienie baronowej von Dorfer którą pan Wincenty opuścił, uczyniło ją dla Potomskiego przystępniejszą, korzystał więc z tego i ostrożnie wprawdzie, ale z nadskakującą grzecznością usługi jej swe poświęcił.
Dramat o którym wspomniał Starża odgrywał się w istocie, choć może bujna wyobraźnia postrzegaczy nieco mu dodawała kolorytu.
Potomski nie mogąc darować zdrady i sprzeniewierzenia Darnosze, a może bardziej jeszcze jego dumno-pogardliwych tonów, cicho knował przeciwko niemu.
Trudno było zaszkodzić mu u protektorki, bo ta miała już wyrobione a niewzruszone zdanie o wielkich nadziei młodzieńcu... ale jak skoro dowiedziano się, że począł bywać u Burskich, że tam na coś nakształt małżeństwa się zbiera...
Potomski, Hamowski, a nawet wciągnięty w spisek nieco zazdroszczący mu pozycyi jego Jeremi Lubicz Pawłowski, postanowili wywieść Burskiego z błędu. Hamowski byłby to sam może uczynił, poddmuchnięty tem żywiej się wziął do dzieła.
W ogólności pan Darnocha nie miał przyjaciół — jedna hrabina unosiła się nad nim, popierając go silnie, w reszcie towarzystwa więcej znajdował niechętnych i chłodnych niż życzliwych... Był w nim chłód wężowy który przestraszał.
Pan Wincenty czuł, że go nie lubią, ale nie wiele dbał o to.
Zerwawszy prawie stosunki z towarzystwem polskiem, wciskał się w to koło hybrydów, które nie było ani polskiem, ani europejskiem, a gotowem było zawsze zostać tem z czem mu będzie wygodniej. Toć było najwłaściwsze dlań miejsce i prawem powinowactwa prędzej czy później musiał się dostać w tę sferę.
W chwilach to nie samej walki która rozgrzewa najobojętniejszych, ale... w upadku i niedoli wyprobowują się ludzie, a moralna ich wartość ocenia najlepiej. Kogo klęska oddala od sprawy świętej, a przegrana w przekonaniach łamie — ten pisze na siebie wyrok, albo sromotnego niedołęztwa, albo podłości nikczemnej.
Czoło stawić panującej opinii, iść przeciwko prądowi ogólnemu, opierać się hałaśliwym wrzawom tłumu, dowodzi charakteru i energii przekonań. Nie dzieląc ich nawet potrzeba przed niemi, gdy się na ten sposób objawiają, skłonić czoło z poszanowaniem... bo wszelkie przekonanie szczere jest czcigodne, a gdy się okupuje ofiarą — święte... Z dnia-nadzień w chwili niepowodzenia nawróceni... o! to tłum spodlonych, którym się z obu stron płaci pogardą..
My na nieszczęście — nadto jesteśmy znękani, abyśmy się upadkom dziwić mieli — ale jak nie boleć nad niemi!
W czasie prześladowania Dyoklecyanowego chrześcijanie także kupowali sobie świadectwa składanych ofiar i przez słabość zapierali Chrystusa jak dziś inni zapierają się.
Nie zaszkodziło to sprawie chrześcijaństwa, nie zaszkodzi sprawie, że plugawe wyrzutki odejdą od niej... Nie jeden z płaczem, ze zgryzotą wróci potem, gdy przyjdzie trwoga do macierzystego progu... ale z stygmatem na czole...
Darnocha w tej chwili jeszcze nie miał najmniejszego poczucia podłości jaką popełniał. Wymowa hrabiny Kaisersfeld, która ze stanowiska europejskiego zachowawczego argumentami Emila Girardina, umiała dowodzić i przekonywać o niedorzeczności marzeń polskich i miłości platonicznej jakiejś tam małej a bezsilnej... nieistniejącej na ziemi tylko w ideale ojczyzny... podziałały silnie na Darnochę... W ustach zalotnicy pięknej jeszcze a wprawnej we wszelkiego rodzaju nawracania, argumenta te nabierały szczególnej powagi... Umiała ona uśmiech straszliwego szyderstwa arystokratycznego zbywać co jej zbyt uparcie stawało na drodze, mówiła tak przekonywająco w imię rozumu, praktyki, prostej rachuby...
Darnocha, jako wtajemniczony nieco w ostatnie wypadki, znający ludzi i sprawy, zdobyczą był wielce pożądaną dla tego koła, do którego hrabina należała. Czerpała od niego pani Kaisersfeld niezmiernie ważne wskazówki, z których umiała korzystać...
Po całych też wieczorach zajmowały ją tajemnicze jakieś korespondencye.
Oprócz tego Wincenty młody, przystojny podobał się osobiście starej a zużytej zalotnicy, która tem więcej lubiła kwiaty, że już sama przekwitała.
Chciała go do siebie przywiązać stale węzłami wdzięczności, któraby stosunki utrwaliła... Spodziewała się ożeniwszy go sprowadzić z żoną tam, gdzie sama miała przebywać. Panna Burska nieładna, niemiła, niezbyt młoda, nie była dla niej wcale straszną rywalką, — a hrabina mogła maskę młodości wiekuiście zachować — jak Ninona!
Wprowadzony w dom prezesostwa przez hrabinę, obdarzony przez nią lekkomyślnie tytułem, zbogacony romantyczną historyą jakąś zapewniającą mu gdzieś i kiedyś milionowy spadek — Darnocha zyskał sobie nadzwyczajną potulnością, pokorą, usłużnością, pochlebstwem — rodziców względy i fawor widoczny u panny. Zręcznie dosyć wynosił on wielkość i znaczenie prezesa jako męża politycznego; prezesowej smak i dowcip, wielbił niemal na klęczkach, a pannie... wmówił, że jest najdystyngowańszą istotą... wybraną, jakiej równej nie mają dwory monarchów i najstarsze dynastye...
Nie mogąc oczywiście wbrew zwierciadłu chwalić piękności, unosił się nad tem je ne sais quoi de distingué, de noble cette superiorite innées... cet instinet.., etc...
Panna uwierzyła, iż jest niezrównanie dystyngowaną, a była w istocie niesłychanie śmieszną parafianką.
Nawzajem w domu prezesa chórem wszyscy unosili się nad wychowaniem, talentami, powierzchownością, zdrowym sądem — taktem młodego człowieka.
Za dystynkcyę, panna Hersylia odwdzięczyła mu się tym — taktem.
Burskiego to dla Darnochy jednało, że go widział protegowanym przez wszechmogącą hrabinę Kaisersfeld... a znał przykłady, gdzie jej protekcya z małych urzędniczków celnych w pół roku cudem tworzyła najwyższych dygnitarzy.
Hrabina była nietylko w Petersburgu tak wszechmogącą, co dziwniej miała potężne wpływy w Berlinie, w Paryżu, w Wiedniu, w Turynie, nie mówiąc już o małych dworach księstewek niemieckich, gdzie list jej był rozkazem...
Szło jednak prezesowi o bliższe nieco wyjaśnienie istotnego położenia, pochodzenia rodziny, stosunków i pokrewieństw młodego człowieka... oraz... stanu jego fortuny.
Sądził bowiem naiwnie, że hrabia coś choćby nieco zawikłanego mieć gdzieś musi. Kilka razy zręcznie o to zagadywał protektorkę — ale ta go zbywała ogólnemi frazesami.
Mais mon dieu — cher president... c’est un homme distingué... du meilleur monde... bien elevé, ayant des relations tres etendues... et qui certainement à un grand avenir...
Burski nigdy z niej więcej nad to wydobyć nie potrafił.
Tymczasem Darnocha korzystał ze swobodnych form życia u wód, stał się potrzebnym, wcisnął, omijając nieco prezesa, wkradł w łaski pani i panny. Pannie Hersylii powtarzał ciągle, iż z jej dynstynkcyą dosyć się było pokazać, by zrobić furorę na dworze cesarzowej Eugenii; zaognił się jej wyobraźnię wizerunkami paryzkiego życia.
Dziewica w okularach poczęła gwałtownie wzdychać do tego żywota dla niej przeznaczonego... Darnocha umiał nieznacznie przekonać ją, że nikt nad niego, w ten żywotby ją lepiej nie potrafił wtajemniczyć. P. Hersylia panowała nad matką, matka co chciała robiła z ojcem (strzegąc się tylko zbyt mu widocznie dyktować prawa), Wincenty więc stał się panem w domu, wprzódy nim pozycyę jego spróbowano podkopać.
Ale w położeniu na kłamstwie zbudowanem nigdy niema spokoju, z chmury zawieszonej nad głową winowajcy, wiecznie mu grożą pioruny.


Nieprzyjaciele pięknego młodzieńca możeby byli go ostrzeliwali z boku nie ważąc się szturmu przypuścić, gdyby nie rezolutny p. Prokop Hamowski.
Hamowski był, jak go malował Starża, szlachcic starego kalibru, facetus, prawdomówca nie cierpiący fałszu, oburzający się na podstęp wszelki. Nie miał on zwyczaju ludzi brać przez rękawiczki i tego co myślał w bawełnę obwijać. W pierwszej chwili zobaczywszy tego zmetamorfozowanego Wicka, który biegał boso za gęsiami, a teraz miał się za hrabiątko, oburzył się on strasznie, cóż dopiero gdy mu powiedziano, że okryty tym tytułem sięga po rękę panny wielkiego rodu i majątku!!
— Niechby go tam dyabli wzięli — zawołał po swojemu Hamowski — niechby się ożenił z tem czupiradłem, w okularach — a mnie co do tego!
Jam nie bocian, żebym plugawe płazy wybierał — ale... kiedy, mospanie — łże, kiedy się na biletach pisze hrabią, a jam to hrabstwo widział na folwarku z bizunem ekonomskim w tarczy... o! to mu tego nie przepuszczę płazem...
Jeżeli Burski tak go kocha i ceni jego osobiste przymioty, że pominąwszy pochodzenie odda mu rękę szanownej córki swej — bardzo ślicznie! nie mam nic przeciw temu, gotówem stanąć za świadka przy intercyzie. Wszakże jako uczciwy człowiek kłamstwa jawnego nie zniosę... byłoby to tak jakbym patrzał na złodzieja wyciągającego chustkę sąsiadowi z kieszeni — i milczał! tacens consentire videtur! toćbym mu był wspólnikiem do oszukaństwa...
Przeszkodą dla Hamowskiego było, że nie znał prezesa, bo prezes człek ostrożny, nosił zagranicą wszystkie wstążeczki od swych orderów i nie łatwo zapoznawał się z Polakami, wogóle dlań podejrzanymi. Ale znajomości u wód robią się łatwo, a często i choć niezbyt miłe, są nieuniknione. Pawłowski radca z Petersburga więc człek nie podejrzany, sam zaprezentował pana Hamowskiego Burskiemu.
W pierwszej rozmowie, szlachcic bardzo cierpliwie wysłuchał zwyczajnych opowiadań prezesa o jego dawnej roli politycznej, znaczeniu, naradach z ministrami, i t. p.
Prezes tak o tem mówić lubił, że niekiedy sławną swą rozmowę z Bibikowem (którą wszyscy we trzech guberniach na pamięć umieli) po trzy razy jednego wieczora powtarzał. Hamowski ujął go tem, że jej wysłuchał, nie wedle skróconej redakcyi używanej w razach pośpiechu wymagających, ale w jak najobszerniejszym protokóle...
Niekiedy nawet zapytywał o szczegóły, co Burski ocenić umiał.
Hamowski dziwiąc się, potakując z admiracyą, z namaszczeniem pozornem, choć drwiąc w duszy przesłuchał prezesa. Znajomość została utrwalona na podwalinie niezłomnej.
Odszedłszy Burski chwalił go jako jedynego rozsądnego człowieka, jakiego mu w życiu spotkać zdarzyło.
Chorując na to iż miał system jedyny postępowania, który mógł zbawić ojczyznę, dowodząc, iż kraj ginął dlatego tylko, iż go nigdy słuchać i zrozumieć nie chciano — prezes był bardzo rad zyskiwać sobie choć pogrobowych zwolenników, gdyż w istocie już mu się oni teraz na nic nie zdali... Ale Burski pracował teraz dla potomności!! szło mu o kartę historyczną...
Hamowski rozmowy, program, komentarze, uwagi, wszystko przełknął gładko, cierpliwie zniósł i prezesa sobie zjednał na zawsze. Tym razem do żadnych zwierzeń nie przyszło.
Nazajutrz i dni następnych prezes spotykał i przyjmował Hamowskiego z widoczną dlań względnością, parę razy mu jeszcze z niektóremi ciekawemi dodatkowemi szczegółami powtórzył swoję owę sławną z Bibikowem rozmowę... historyczną (w swoim czasie była ona nawet w „Journal des Debats“ wzmiankowaną...) na ostatek stanęli na wcale poufałej stopie, rozumie się o ile gwiaździsty prezes, radca rzeczywisty mógł być poufale z prostym obywatelem i radcą tylko Towarzystwa Kredytowego.
Rozmowy toczyły się zawsze o przedmiotach poważnych... Burski stał przy ulubionym temacie.
— Gdyby oni mnie byli słuchali! ba! ba! wszystkoby było inaczej.
Hamowski nie przeczył i nie przeszkadzał mu wcale, kiwał głową, tak że można to sobie było jak chcąc tłomaczyć. Nie chciał on gwałtownie naprowadzać rozmowy na to, do czego zdążał — ale czyhał na obrót przyjazny jego zamiarom. Stał jak strzelec na przesmyku, miał czas. Zwierzyna wyjść kiedyś przecie na strzał musiała.
Z bijącem sercem usłyszał jednego dnia prezesa poczynającego utyskiwać nad młodzieżą, przewagą jaką ona w społeczeństwie uzyskała, nad zgubnem jej zepsuciem... itd.
— A to prawda! to prawda — poddał Hamowski — ja także z trwogą spoglądam w przyszłość, młodzież nasza przedstawia następne pokolenie... a cóż to będzie gdy z temi wadami dojrzeje i postarzeje?
— Przyznam się panu radcy — rzekł, ciągnąc dalej prezes — nie widzę naprzykład tu ani jednego młodzieńca takim, jakimi myśmy byli w ich wieku. Wszystko to zarozumiałe, pyszałkowate, pewne siebie bez miary a pogardzające doświadczeniem... Tak jest! wszyscy oni tacy, no — może z wyjątkiem tylko jednego hr. Darnochy...
— Jak? jak? — spytał, udając zdziwienie Hamowski, bo był filuternym gdy chciał... — hrabiego?
— Hrabiego Darnochy — powtórzył prezes... — Czy go pan znasz?
— Darnochę znam... ale hrabiego? Jeżeli to ten Wicuś Darnocha co się tu kręci wyelegantowany, toć go znam od dzieciństwa, ale ten żadnym hrabią być nie może.
— Jak to? wszyscy go tytułują... na biletach się pisze... — zawołał prezes.
— To chyba inny, albo jakaś omyłka... albo już nie wiem co... — dodał spokojnie Hamowski — znam i jego rodzinę... wcale się nie kwalifikują na hrabiów.
Prezes usta zaciął, obejrzał się, i wywiódłszy Hamowskiego w boczną uliczkę, począł go z cicha wybadywać.
— Pan znasz jego rodzinę?
— Doskonale... — odpowiedział szlachcic... — Cenię tego młodzieńca i nadzwyczaj go podziwiam, że się tak umiał wykształcić o własnych siłach...
— Tak, tak... nieszczęścia familijne... — rzekł prezes — wiem, wiem... Ten stryj bogaty, który...
— A! to już chyba o innym mowa, nie o moim Wicku — przerwał Hamowski. — Ten stryja żadnego niema... Ojciec jego był przecie u mnie ekonomem, a teraz jest rządcą u hr..... siostra zamężna w służbie u moich krewnych...
Nie mógł dokończyć. Burski odskoczył, załamał ręce, zbladł.
— Być że to może? co acan dobrodziej powiadasz! Zlituj się pan... czyż istotnie?
— Ale ja nigdy, panie prezesie — odrzekł poważnie Hamowski — nie mówię czego nie jestem pewnym... Tego chłopca znam od bosych nóg, gdy jeszcze czasem dla fantazyi za gęsiami się upędzał. Przyznam, że już wówczas błyszczały mu oczy niepospolitym talentem... znać było, że to wyjdzie na człowieka... W tem jego zasługa, że oddany przez litościwe dusze do Batignolles, potem do szkoły wyższej w Montparnasse, na ostatek do Heidelbergu... tak się ślicznie potrafił wyrobić.
Nauka to tam jeszcze nic — dodał Hamowski — tę mości dobrodzieju talent od Boga dać może, ale skąd ten chłopak wziął takie maniery... dystynkcyę, ton, elegancyę, powierzchowność pańską... dyabli go już wiedzą... Niepospolity! niepospolity!
Burski stał zasłuchany osłupiały...
— Szanowny panie — rzekł w końcu widocznie zakłopotany, chociaż radby był ukryć wrażenie, już jak ono tam jest, to jest, ale młodemu człowiekowi szukającemu karyery mogłoby to szkodzić gdyby się rozgłosiło, że... że nie jest tym za kogo miano go w towarzystwie. — Mnie to rzecz obojętna, bo cóż mnie to obchodzić może... ale w interesie biednego młodzieńca... lepiejby tego nie rozgłaszać...
— Ja mu także życzę jak najlepiej — odpowiedział Hamowski — ale nie sądzę, żeby zyskał tając się ze swojem pochodzeniem. Co mu to szkodzić może, że jest synem oficyalisty... przecie Lincoln był krawcem... a...
— Tak! tak... zapewne...
— Zgadało się o tem, nie mogłem ukryć mojego podziwienia... — dodał Hamowski.
Mimo przykrego wrażenia jakie to na nim uczyniło, a które rad był pokryć, prezes pozostał jeszcze na rozmowie z Hamowskim nieco długo i dowiedział się szczegółowej biografii starego poczciwego ojca Darnochy.
Udając wesołego chociaż go to zburzyło, wprost z przechadzki po której Hamowski ręce sobie zacierał z radości przez jakie pół godziny, ciesząc się ze swej roli wykonawcy sprawiedliwości, — Burski pobiegł raczej niż poszedł do hrabiny Kaisersfeld. Był zgryziony, przejęty, gniewny, a że hrabina pierwsza mu zaprezentowała tego, którego po cichu już nazywał awanturnikiem, biegł u niej szukać ratunku. Nikt nad niego boleśniej uczuć nie mógł tego rodzaju nieszczęścia, przywiązywał bowiem nadzwyczajną uwagę do nieposzlakowanego szlachectwa tych z którymi przestawał.
Wpadłszy do salonu hrabiny, znalazł właśnie Darnochę siedzącego na nizkim stołeczku u nóg jej i z pół godziny dusił się czekając na osobną audyencyę nie mogąc pozbyć winowajcy... Mimo woli stan duszy malował się na jego twarzy, a pan Wincenty widząc go jakoś kwaśnym dla siebie, dosiadywał, instynktowo czując, że mu coś grozi... Naostatek hrabina zrozumiawszy też, że Burski ma jej coś do powiedzenia we cztery oczy, zręcznie dała znak młodemu człowiekowi ażeby się oddalił.
Korciło Darnochę zostać na podsłuchach podedrzwiami, ale w przedpokoju czuwał kamerdyner — musiał więc odejść nie wiedząc co mu grozi, a domyślając się przecie iż coś złego dlań zaszło.
— Kochany prezesie, — odezwała się po wyjściu świadka hrabina — widzę że mi coś macie do powiedzenia i czuję że to coś niepomyślnego... Y a t’il des nouvelles politiques? quélque chose de fâcheux?
— A! nie, wybuchnął prezes — ale przyszedłem na radę do hrabiny jako do przyjaciółki naszego domu... jestem w rozpaczy, podrażniony, zgryziony... Un accident m’arrive...
— Mój Boże! cóż to takiego? w czem wam być mogę użyteczną? Co się stało? córka...
— A! nic się jeszcze nie stało szczęściem... przerwał rumieniąc się prezes... ale śmieszność zabija, jestem w obawie abym na nią narażonym nie był...
— Ale mówże że? co to jest?
— Rzecz tyczy się właśnie tylko co ztąd wyszłego młodego człowieka — rzekł prezes. W domu hrabiny, w towarzystwach tutejszych znalazłem go przyjmowanym jako przyzwoitego młodzieńca de nôtre bord... wszyscy mu dawali tytuł hrabiego... sądziłem go dobrze urodzonym... bo jest wistocie powierzchowności nader dystyngowanej... Dozwoliłem mu wstępu do mojego domu... może nawet za często w nim teraz bywa i lękam się czy mu to nie zawróci głowy...
— Ale cóż w tem wszystkiem groźnego, śmiesznego, ja nie widzę! zawołała podnosząc się hrabina. Cela n’engage à rien.
— Darnocha! Mais Darnocha nie jest żadnym hrabią, wątpliwa nawet nader czy szlachcic... jest to syn ubogiego oficyalisty... wychowany przez dobroczynne osoby...
Hrabina wcale nie zmieszana wysłuchała tego bolesnego wykrzyku ruszając ramionami:
— Ale zkądże pan wiesz o tem?
— Od człowieka bardzo szanowanego, qui n’a aucun intèret à lui nuire... Zgadało się przypadkiem... Opowiedział mi całą historyę ich p. Hamowski...
— Hamowski! Hamowski — potrząsając głową odpowiedziała Kaisersfeld... — Allons donc! to umyślnie uknowana intryga! Widzą, że mu się powodzi, zazdroszczą. I do mnie próbowano z tem przychodzić... mais cela n’a pas pris! To są bajki, wierutne bajki... Znałam przecie jego stryja rodzonego hrabiego Darnochę w Petersburgu... il etait reçu à la Cour... avec ce titre... Ojciec zubożał wprawdzie i był tak... rodzajem dzierżawcy-administratora mais cela n’empeche pas...
Uspokójże się kochany prezesie.
Poczęła się śmiać bardzo naturalnie.
— Jeśli tak pierwszemu lepszemu intrygantowi zechcecie dawać wiarę... to wam pokoju chwili nie zostawią... Jakże też tego nie rozumiecie, iż powodzenie jego musi zazdrość obudzić... że sama myśl, iż na wasze względy zasłużył, tych ludzi gniewa... Sięgają może dalej przeczuciem... macie córkę śliczną, on młody i... Enfin, vous comprenez, to im żółć porusza... To widoczna! cela saute aux yeux, ale trzeba wzgardzić niecną intrygą i zgnieść ją pod nogami...
— To być może, zapewne — odrzekł prezes, mnąc kapelusz w rękach — ale mimo wszystko... choć go szacuję... pragnąłbym aby się z tego jakoś oczyścił... głośno, jawnie i stanął na stanowisku niewątpliwem... rozumie pani hrabina...
— Uspokój się tylko prezesie, kładąc mu na ramieniu dłoń, słodko przemówiła hrabina — nie róbcie z tego tylko sami wielkich historyj. On się oczyści avec éclat, zobaczysz... wszystko się wyjaśni... Są to różne powody niechęci i nienawiści. Trzeba wiedzieć que le jeune homme był razem z wielu wmieszany w ostatnie wypadki, dlatego tylko, żeby ten ruch pohamować, on lui en veut parce qu’il á passê du coté raisonable... Jest to człowiek zdrowych zasad zachowawczych... jak my. Pojmujecie, że rewolucyoniści się na niego wściekają, myśleli, że go już sobie pozyskali... a on im się z rąk wyśliznął. To także do prześladowań pobudka...
— Przyznasz jednak pani — rzekł jakoś mało przekonany prezes — że takich rzeczy, jakie mi opowiadał Hamowski, całkiem z palca wyssać nie można... jest w tem coś prawdy...
Mais on denature les choses, à si peu des frais! — zawołała hrabina. — Kochany prezesie, sam się zastanów, ty, co tak znasz ludzi... i grę namiętności na polu tej nieszczęsnej polityki... ty, co sam tak ważną w niej rolę miałeś i mieć jeszcze zapewne będziesz...
Połechtany przyjemnie pochlebstwem, Burski nieco ochłódł, ale czoło jego było chmurami okryte; hrabina usiłowała go uspokoić, sypiąc mu kadzidłem i obietnicami; nie łatwo bowiem wyrzekała się raz powziętej myśli.
— Tylko się uspokój, kochany prezesie — mówiła — nie gorączkuj się...
— Ale bo — przerwał Burski — gadają już, plotą, że myśli się starać o moją córkę!
— Zostawże to córce i żonie, kobietom prawdziwie wyższym i pełnym taktu... Niech sobie ludzie gadają... to nie są osoby naszego świata i towarzystwa — co to nas obchodzi... Gdyby nawet miał tę myśl... croyez moi, nie byłoby to tak ziem i niestosownem, jak ci się zdaje... Z jego zdolnościami, wychowaniem, powierzchownością... z jego zasadami... wszedłszy do dyplomacyi... co niechybnie nastąpi — zrobi karyerę... ręczę ci...
Prezes nic już nie odpowiedział... a po chwili dodał zamyślony:
— Ja mu życzę jak najlepiej, nie wątpię... ale zawsze potrzeba, żeby się to wyjaśniło... Niech zamknie usta tej potwarzy...
— Wszystko się to zrobi, spuść się pan na mnie — zawołała hrabina — a na miłość Boga, point d’éclat!
Burski skłonił się i zostawiając hrabinę milczącą a nieco nadąsaną, wyszedł, spiesząc prosto do domu.
Mimo swej roli politycznej, pomimo charakteru energicznego, do którego miał pretensyę — niestety — prezes u siebie znaczył wistocie bardzo mało... pani bardzo wiele.
Coraz poufalsze przyjmowanie Darnochy było więcej też dziełem córki i mamy, niż ostrożnego prezesa, — pilno więc było Burskiemu odegrać się teraz i przekonać żonę, że cokolwiek działo się bez jego rady lub mimo niej — źle się działo...
Wpadł zaperzony do hotelu tak, iż z postawy jego wnieść było łatwo, że niesie z sobą coś ważnego, niespodziewanego... Żona się nie lękała wybuchów, wiedziała, że w takich razach trzeba mu było tylko dać się wysapać i jakiś czas czuć się wielką potęgą. Siła ta, nie drażniona, wkrótce się wyczerpywała; zabawka nigdy nie pokazywała się szkodliwą, nie ciągnęła za sobą żadnych następstw i zmian w ekonomii domowej. Jedynym sposobem było naówczas pozorną mu okazywać uległość, aby go napowrót pod pantofel zapakować.
Wchodził sam do tego spokojnego ustronią, jak czasem dzikie zwierzęta menażeryjne, wymknąwszy się z klatki, same do niej, pobiegawszy, wracają.
I tym razem prezesowa, którą zastał zajętą wyborem nowego kapelusika, czynnością nader ważną — postrzegła natychmiast, co się święci, i zrozumiała, że potrzeba mu dać czas do wydychania swej potęgi.
Burski rzucił się na fotel, porwał z niego, potarł włosy, sądząc zapewne, że najeżony czub uczyni go straszniejszym i począł przechadzać się, odsuwając krzesła i popychając stoły — był to zwykły symptomat nadchodzącej burzy.
— Ale cóż ci jest? — spytała żona łagodnie i tonem niezmiernie pokornym.
— A! cały jestem wzburzony... Daj mi pokój, czekaj, aż ochłonę!!
— Czekam... ale cóż ci się stało?
— Mnie nic — powiedz nam! nam!
— Nam... drżę cała... spodziewam się, że w tej niepewności trzymać mnie nie będziesz?
— Popełniliśmy, dzięki lekkości waszej, kobiecej — niedarowaną omyłkę...
— Lekkości naszej? ou prenez vous donc cela?
— Tak! tak... waszej! ja w tem grałem rolę zupełnie bierną — prostego postrzegacza... je m’en lave les mains.
— Czekam i słucham w pokorze...
— Wystaw sobie... — rzekł prezes, zniżając głos — ten Darnocha! hrabia! piękny hrabia! Kaisersfeldowa go broni, ale to człowiek wątpliwego pochodzenia... familia uboga, syn oftcyalisty, czy coś podobnego... a my nie zbadawszy wprzódy, wpuściliśmy go do domu, daliśmy mu się zbliżyć do Hersylki...
Tu prezes w przerywanych, dość nieporządnych frazesach, które oburzenie plątało, opowiedział swą historyę z Hamowskim i rozmowę z hrabiną; w miarę jak mówił rozognił się, oburzenie jego rosło, poił się własną elokwencyą... Żona mu wcale nie przerywała, małe jej oczki błyskały, wargi to się uśmiechały, to ściągały złowrogo — ale z wielką wstrzemięźliwością cały ten pierwszy szturm zniosła, pewna, że wicher przejdzie a spokój powróci.
Gdy prezes się narzucał, wysapał, nagderał, krzesła wszystkie porozpędzał i stoły powypychał do ścian, prezesowa spojrzała nań spokojnie, ruszając z lekka ramionami...
— No, ale cóż się stało tak strasznego, mój drogi — rzekła powoli. — Zastanów się tylko... Cośmy winni? U wód przyjmuje się wszystkich, młody człowiek bywał wszędzie, widzieliśmy go jak najlepiej z hrabiną Kaisersfeld... Hersylka mu ani nadziei nie zrobiła, ani słowa nie dała... To jest widoczna intryga...
Mój drogi... ty co tak wyborny masz instynkt, sąd tak trafny o ludziach, tyle doświadczenia... umysł tak przenikliwy — (był to plaster, włożony umyślnie na podrapaną miłość własną...) — sam przecie przyznałeś panu Wincentemu rzadkie przymioty i takt wielki... To nie jest ani typ, ani fizyognomia pierwszego lepszego intryganta, ani pospolitego człowieka... Cher ami! to nie może być syn oflcyalisty! il y a de la race dans ce jeune homme...
Prezes złagodniał od plastra...
— To prawda... ale, cóż to dowodzi.. — rzekł — il peut avoir de la race sans avoir le nom... rozumiesz mnie...
— O! o! ale też i złośliwe plotki nic nie dowodzą — przerwała jejmość. — Przyznasz mi, że kogo poufale przyjmuje hrabina, temu i my naszych drzwi zamykać nie możemy... C’est un argument irrefutable...
— Uwaga bardzo trafna — rzekł, coraz mięknąc, Burski — ale zawsze te plotki... są rzeczą nieprzyjemną.
— Nieprzyjemną, zapewne — mówiła pani łagodnie — przyznasz wszakże, iż jeśli ona mu drzwi nie zamknie dla nich, my także nie możemy mu domu wypowiedzieć, dając zwyciężyć intrydze... Przyznalibyśmy się do omyłki i winy...
— Bardzo słusznie mówisz... — dorzucił prezes, już zupełnie prawie rozbrojony — jednakże przynajmniej potrzeba się mieć na ostrożności i przestrzedz o tem Hersylkę...
Prezesowa czując, że odzyskała władzę, ożywiła się i zawołała już z wielką determinacyą:
— Hersylkę! przestrzedz ją! Kochany prezesie... ją! Ależ ty znasz i wiesz, co jest nasza Hersylka? czy ona potrzebuje rady i przestrogi? Ona, która widzi zawsze bystrzej, trafniej, prędzej niż my wszyscy? Żadnego, najmniejszego nigdy w życiu nie popełniła błędu... w znalezieniu się z ludźmi, w stosunkach... instynkt ma cudowny... ja przed nią z uwielbieniem staję...
Burski czuł, że się już jego rola zaczepna skończyła zupełnie, — ostygł.
— To uznaję — rzekł — uznaję, jednakże ty tam jej powiedz, co znajdziesz właściwem...
— Naturalnie, sekretu dla niej nie mam — dokończyła żona — ale ręczę ci, że ona wprzód od nas wszystko przeczuła lub się domyśliła... Z Darnochą jest dotąd na bardzo ceremonialnej stopie, nigdy jej w rękę nie pocałował...
Długo tak jeszcze rozmawiali z sobą, ale prezes zwolna głos zniżał, abdykował, uspokoił się całkowicie i troskliwość o sławę domu zdawszy w ręce małżonki, wrócił do swych rozmyślań nad rolą polityczną, jaką niegdyś odgrywał, godzinami stojąc... w przedpokoju Bibikowa...
Tak się skończył ten epizod w domu Burskich... chociaż prezesowa, pozostawszy sama, wziąwszy na uwagę wszystko, o czem się dowiedziała, jakkolwiek przed mężem broniła Darnochy, w duszy uczuła się dosyć niespokojną... Natychmiast pobiegła z tem do pokoju córki...
Hersylia siedziała w fotelu, czekając godziny ubierania, z książką w ręku, której nie czytała, myśl jej musiała być w Tiuillerie lub balu w Hotel de Ville u p. Haussmana... przelękła się nieco, widząc żwawo i niespokojnie wchodzącą matkę...
Prezesowa szybko, gorąco opowiedziała jej zdarzenie całe, a po rumieńcu, po błysku oczów, niecierpliwem rzuceniu chustki na stół — poznała, iż wiadomość uczyniła na córce daleko silniejsze, niż się spodziewała, wrażenie.
Wysłuchawszy matki, panna ruszyła ramionami i starała się próżno okazać obojętną.
— Mój Boże — zawołała — ale cóż mnie to wszystko obchodzi? Darnocha! Niech sobie będzie czem chce... co mi tam do tego... Mama sobie postąpi, jak uważa... Co mi tam!
Lecz domawiając tych słów, Hersylia rzuciła się na fotel, twarz zakrywając rękami... Pomimo udanej obojętności w początku, matka poznała łatwo, iż boleśnie została dotkniętą, a że namiętnie do niej przywiązana była, przypadła, całując ją w głowę, usiłując uspokoić i pocieszyć.
— Mów, mówże mi otwarcie, dziecko kochane a niewdzięczne — zawołała — mów, zaklinam, otwarcie... on ci nie jest już obojętnym? on ci się podobał? Ja powinnam to wiedzieć, abym postąpiła stosownie... od tego zależy wszystko...
Ale Hersylia, spuściwszy oczy, zamilkła, milczenie było wymowne, matka łatwo je mogła zrozumieć...
Poruszona, niespokojna, przebiegła parę razy po pokoju, łamiąc dłonie i trąc czoło...
— Zostańże w domu — rzekła — dopóki nie powrócę, ja natychmiast wyjść muszę... Jeżeli ojciec zechce o tem mówić z tobą, nie dawaj mu nic poznać po sobie, zaklinam cię... bądź obojętną, okaż się wyższą nad te drobnostki... Spuść się na mnie, wszystko będzie dobrze... Ja za pół godziny powrócę...
I raz jeszcze pocałowawszy ją w czoło, prezesowa zarzuciła szal na ramiona, zbiegła szybko ze schodów, potem powolniejszym krokiem poszła się przechadzać w stronę Kursalu, a w ciemnych parku alejach, widziano ją przesuwającą się parę razy w towarzystwie pana Wincentego Darnochy...
Na pozór nic się nie było zmieniło w sposobie życia osób, chwilowo zgromadzonych w Wiesbadenie, drobne jednak wypadki, zaledwie dojrzane gołem okiem, wielki wpływ wywarły na humory i stosunki...
Nie licząc już tego że każdy pojedyńczo ocierając się o zupełnie dla siebie nowych przekonań ludzi, słysząc zdania niezwykłe i dziwnie brzmiące, choć im może nie uległ, uczuć się musiał nieco zachwianym we własnym poglądzie, albo przynajmniej przestać go uważać za wyłączny i jedynie prawdziwy — każdy coś w tem towarzystwie tracił a może coś nabywał. Zmiany te przychodziły powolnie, objawiały się coraz bojaźliwszem występowaniem z wyrokami, milczeniem ostrożnem, wreszcie tolerancyą, jaka w początku wcale się niepraktykowała.
Jak w zdaniach i pojęciach, tak w zrozumieniu i prowadzeniu życia, różnili się mieszkańcy Polski. Przybysze z za kordonu w ogóle starali się bardzo o to, aby zamożnością, państwem, zbytkiem, błyszczeć i imponować — obejście się ich z ludźmi klas uboższych zdradzało, że niedawno dopiero poczęli odwykać od sprzedawania człowieka i frymarku duszami. Galicyanie, przy ścisłej oszczędności domowej, lubili się także pokazać i postawić, ale tylko strojem ekscentrycznym, elegancyą, skorupką zewnętrzną, salonową, arystokratyczną ogładą. I oni, i Poznańczycy mówili nieustannie o pracy organicznej, ale mimo to próżnowali w najlepsze... pracowicie rozprawiając o tem, coby robić należało...
Praca organiczna, jako biegun przeciwny rewolucyi... wychodziła nieustannie na plac... snać jednak bliższego jej określenia nikt dotąd nie dał, a każdy spychał obowiązek ten na bliźniego, sam nie czując się ku temu powołanym.
Stara emigracya (szczątki!), młode tułactwo, wreszcie nieokreślonego pochodzenia żywioły polskie mieszały się tu razem, — począwszy od rzadkich i fenomenalnych, jak archeologiczne zabytki, mierosławczyków i socyalistów-demokratów, aż do pobożnych, posłusznych ale niewzruszonych w zasadach — ultramontanów.
Trudno bo inaczej nazwać członków tej spójnej części narodu, która w nieograniczonej uległości Kościołowi szuka podpory i ratunku dla świata, kraju i siebie... tuli się pod dach świątyni i wyrzeka własnej woli.
Wyrzucać choćby ultra-katolikom ich katolicyzm — byłoby toż samo, co im mieć za złe, że Polakami zostali. Polska dopóty jest sobą, dopóki katolicka; — ale tradycye narodu jasne, widoczne, czytelne w dziejach, dowodzą, że katolicyzm nasz polski nigdy tym oślepłym, niewolniczych form katolicyzmem nie był — jaki inne zupełnie stosunki wyrobiły na Zachodzie.
Do takiego obcego nam ultra-katolicyzmu uciekli się — przetwarzając go na swój sposób u nas — wszyscy przeciwnicy rewolucyi, gwałtu, niepokoju, ludzie legalni, znękani wstrząśnieniami nieustannemi.
Jest to dziś więcej polityczny przytułek, przyległy do religijnej ściany, niż głębokie jakieś przekonanie.
Smutno to wyznać, tak jest przecie. Mała garstka idzie z zasadami, reszta — może z niezupełnie fałszywą rachubą.
W Austryi z takim katolicyzmem ostatecznym wytrwać i utrzymać się jest jeszcze możliwem, ale w innych krajach narażony on jest na nieustanne szwanki, bo władza, którą szanować musi quandméme, nie dowierzającem nań patrzy okiem.
Przyznać jednak należy, że na całej przestrzeni dawnej Polski — ściślejsi katolicy, nieprzyjaźni wszelkiemu gwałtowniejszemu ruchowi, wszelkiej pracy nieoznamionowanej najściślejszą orthodoksyą — sami jedni stanowią jeszcze (może nie wiedząc o tem) jakąś mimowolnie, sponte, wytworzoną całość. Zrodziła ją nie ich wola, ale raczej natura. Tylko oni we wszystkich kraju rozerwanych częściach, w emigracyi, w rozproszeniu, mogą się zrozumieć, pogodzić i iść razem...
Winni to są niewzruszoności nauki, która nie tylko dogmat ściśle określa, ale wszystkie jego do życia praktycznego zastosowania z góry i niewzruszenie oznacza. Najmniejsza różnica pojęć byłaby heterodoksyą, rozum więc abdykować musi. Na wszystko są prawidła niezłomne, a w braku ich są ludzie autorytetu, których orzeczenie nieodwołalnym jest wyrokiem.
To zaparcie się siebie daje siłę wielką...
Nie może być zadaniem powieści wniknąć głębiej w przyszłość i rolę dzisiejszą tej gromadki ludzi, która posiada sama jedność, spójność, zgodę, środki do życia i trwania.
W stosunku jej do kraju, do starej, polskiej, ojczyzny — dziwne tu z samej doktryny wynikają anomalie. Oni, nie mogą mieć innej ojczyzny nad niebieską, a na ziemi — rzymską stolicę...
Położenie ich względem ziemskiej jest też trudne, a polityka zawisła na zdaniu w ręce Opatrzności losów narodu, aż do ostatecznego zaparcia się wszelkiego czynu...
Z katolikami polskimi, takimi, jakich tworzy tradycya narodowa, katolicyzm zapożyczony z Zachodu, jest jeśli nie w antagonizmie, to względem nich wydaje się także hybrydem. Mybyśmy łatwiej przystali do Montalamberta — oni chętniej garną się do krańcowego i cynicznego Veuillota.
Te kilka uwag epizodycznych przebaczą czytelnicy — bo w obrazku współczesnym naszej społeczności, opuszczenie rysu fizyognomii tak wyrazistego — nie darowanemby było... Resztę każdy we własnych odnajdzie wspomnieniach.


Do tych katolików ściślejszej obserwancyi, o jakich mowa — należała znaczniejsza część gości naszych — jest bowiem w bardzo dobrym tonie wyznawać zasady zachowawcze i zastrzegające od czynu, uwalniające od pracy, otwarcie nieprzyjazne duchowi rewolucyjnemu, składające resztę na Opatrzność. Stanowisko średnie jest zawsze trudnem do utrzymania, bo wymaga pewnej samoistności — na krańcowych, przyparłszy się do ściany, stać i trzymać się łatwiej.
Dla wielu też ta barwa orthodoksyi i (co za nią idzie) konserwatyzmu, służy niemal za rodzaj przywileju i zastępuje dowody szlachectwa — otwiera drzwi, ułatwia znajomości, namaszcza na przyzwoitych ludzi.
Burscy oboje i córka ich, naturalnie, należeli do przyjaciół porządku i legalności, wyznawali te zasady dobrego tonu, niebardzo wchodząc w głębsze ich znaczenie.
Jeszcze jaskrawiej okrzykiwała się, jako należąca do bractwa, hrabina Kaisersfeld, która dotąd pozostała katoliczką dlatego tylko, że nie widziała korzyści w apostazyi a znajdowała dogodność wielką w wierze, która jej rozległe, europejskie ułatwiała stosunki. Korespondowała ona z Antonellim, głosiła się serdeczną przyjaciółką nieboszczki pani Świeczyn, znała O. Martynowa, uwielbiała Montalamberta, czasem unosiła się nad Veuillotem... choć oddawała też sprawiedliwość i temu biedakowi Heinemu... i czołem biła przed V. Hugo. W Petersburgu hrabina była tolerantką i chodziła do cerkwi, w Berlinie zaglądała do pałacowej kaplicy... ale któżby tego kameleona potrafił wytłumaczyć!!
Z Księstwa i Galicyi było też kilka osób, należących do bractwa, do którego naturalnie teraz, de facto i pan Vincent de Darnocha się wcisnął. Nosił maleńki różaniec zamiast bransoletki... kupił go sobie w Wiesbadenie „pod Kolumnami“.
Zaraz po widzeniu się z Burskim i otrzymaniu od niego przykrej wiadomości o rzuconej na jej protegowanego potwarzy — hrabina ujrzała się zmuszoną zawołać go do siebie i otwarcie się z nim naradzić — troszkę jej było przykro, że młody czlowiek miał nieprzyjaciół i... antecedensa jakieś, przeszkadzające skutecznemu poparciu jego interesów — ale się spodziewała, że plotkę tę udusić, utopić, zatrzeć lub pokryć potrafi...
Wysłano natychmiast szukać Darnochy i znaleziono go tam, gdzie był zwykł spędzać wolne od pracy chwile — przy stoliku gry... Młodzieniec, ściągnąwszy szczupłą wygranę, nadbiegł... Hrabina przyjęła go zimno, — domyślił się, że coś zaszło, ale nie uląkł się zbytecznie... Miał powody ufania sobie...
— Co ja z wami mam biedy! — zawołała hrabina, siadając w ładnej pozie na szezlągu, z głową spuszczoną, która dozwalała wzrokiem od dołu przenikającym, wyrazistym go mierzyć. — Powiedzże mi pan co znowu za historye się dzieją? Dlaczego macie tak zajadłego nieprzyjaciela w tym jakimś Chamowskim... Hamowskim... Chamskim... nie wiem. Wystaw sobie, że przed godziną, zapewne naumyślnie, wygadał się przed prezesem, że zna waszego ojca, familię... że ojciec zajmuje w kraju stanowisko nader podrzędne... Tak tem głowę nabił prezesowi, że cały zmieszany wpadł do mnie skarżyć się, radzić... Il en perdait la tète... Co to jest? na Boga! co to jest?
Hrabina mówiła słowy przerywanemi... niespokojna, kwaśna, bawiąc się sznurami swego rannego stroju. Darnocha stał, jak winowajca, zbladł... zdrętwiał... Potrzeba jednak było lub uznać się zwyciężonym i zabitym, albo zuchwalstwem nadrobić i odegrać komedyę. Powoli wracały mu siły.
— Hamowski — rzekł — a! rozumiem... jest to zajadły nieprzyjaciel całego rodu naszego... starał się o rękę mojej siostry, której mu ojciec odmówił — poprzysiągł nam zemstę. Rodzina moja, pani hrabino, zubożała wprawdzie, ale najzasłużeńsza, najświetniejsza... na to nie potrzebuję dowodów ce serait ridicule, któż tego nie wie? kto nie zna starożytnej familii Darnochów?
Wymówił to tak zuchwale, tak śmiało, że hrabina nawet, podejrzliwa zawsze, bo nigdy nie będąc dobrej wiary — na chwilę mu uwierzyła.
— Wszystko to dobrze — rzekła — cher ami, ale Burski, zastraszony, potrzebuje dowodów, a przynajmniej jakiegoś głośnego zbicia potwarzy...
— Mógłbym Hamowskiego wyzwać i zabić — zawołał p. Wincenty — ale ten człowiek nie wyjdzie mi — nie stanie do pojedynku...
— Zmusić go do sromotnej ucieczki z Wiesbadenu...
— On tu ma zbyt wielu przyjaciół i całą klikę mi niechętną... nie ustąpi tak łatwo...
— Zróbże pan, co chcesz... — odparła niecierpliwie hrabina — ale coś przecie zrobić trzeba... lub wyrzec się wszelkiej nadziei u Burskich...
Pan Wincenty chodził i darł rękawiczki... wistocie poradzić nic nie umiał, ale ufał gwiaździe swojej. Hamowskiego zaczepiać nawet się lękał.
Tu znowu wypadło mu zakończyć rozmowę jakim wykrętem, przybrał postawę dumną, posępną — pewną siebie.
— Cóż pan myślisz? mów? — spytała protektorka.
— Daruj mi pani, że w tej chwili powiedzieć tego nie mogę — ale zapewniam, że świetne odniosę zwycięstwo... Proszę mi dać czas... Znajdę środki.
Hrabina wyciągnęła mu do pocałowania dłoń białą, wzdychając; Darnocha zbliżył usta, wycisnął na niej najgorętszy całus, na jaki się mógł zdobyć, położył rękę na sercu i zniknął.
Il est vraiment charmant! — cicho, patrząc za nim szepnęła zalotnica — żalby mi go było stracić... Quelle tournure.


Sam dobrze nie wiedząc, co pocznie, zły i przybity, wyszedł młody człowiek, usiłując zebrać myśli... Wlókł się wzdłuż lip i platanów, nie widząc nic... klnąc losy i ludzi, gdy go za rękę biegnąca pochwyciła prezesowa... Z twarzy jej poznał, że już wiedziała o wszystkiem, a z uczynionego kroku mógł się domyśleć, że całkiem łaski nie stracił. To mu nieco dodało odwagi.
Prezesowa kochała córkę tą miłością ślepą, egoistyczną, która nie rozumuje co pożyteczne lub szkodliwe, a pragnie na razie dogodzić...
Nie roztrząsała przyszłości, szło jej o to, by Hersylka nie płakała, nie dąsała się, nie była w złym humorze. Sama także zresztą miała słabość do Darnochy i znajdowała w nim nadzwyczajne przymioty... Pragnęła gorąco, aby się te stosunki nie zerwały.
— Chodź pan... — zawołała pośpiesznie zdyszana — chodź pan, zejdziemy gdzie na bok, nie trzeba, ażeby nas widziano razem... Mam panu udzielić przestrogę życzliwą...
Weszli w ciemne ulice parku... Prezesowa tak była zmęczona, że ledwie głos dobyć mogła.
— Wiesz pan już, co zrobił ten niecny Hamowski?
— A! wiem pani! — odparł Darnocha.
— Cóż mówisz na to, co myślisz zrobić... Prezes jest oburzony... moja córka... zmartwiona, ja, co panu tak dobrze życzę, oczybym mu wydrapała. C’est infâme.
— Niech się pani uspokoi — rzekł pan Wincenty — nie umiem w istocie wyrazić mojej wdzięczności... ale wiecznie zostanę pani obowiązanym.
Pocałował ją w rękę, prezesowa zarumieniona ściskała mu dłoń.
Pauvre cher ami! trzeba coś koniecznie poradzić na to... quelque chose d’eclatant!... Prezes poczciwy est susceptible... uczuł to, bo naturalnie... kiedy pan u nas bywasz...
Prezesowa plątała się, bała się nadto okazać współczucia... zbyt wiele obiecać... a lękała się rozpaczy i odstępstwa Darnochy... Walcząc z temi dwoma obawami, niekoniecznie z sercem mówiła... jedno tylko mógł zrozumieć Darnocha, że mu tu szczerze sprzyjano, a łatwo się było domyśleć, iż matka była córki uczuć tłumaczem.
— Niech pani będzie o mnie spokojną... potwarz zmyję... Jakkolwiek muszę oszczędzać Hamowskiego, aby się nie mścił na moim ojcu i rodzinie, potrafię go zmusić... skłonić... Co się tyczy samej treści tej plotki, krzywdziłbym mych przodków i siebie, gdybym się bronił nawet... C’est absurde.
Prezesowa patrzała mu w oczy, miał tak pewne siebie oblicze i dumnie podniesione czoło, iż otucha w serce jej wstąpiła.
— Ale ja nie wątpię bynajmniej — rzekła — idzie nie o to... idzie o upokorzenie tej kliki, o zamknięcie jej ust, o... zwycięztwo jawne.
Wincenty, utrzymując się na wysokości pierwszego tonu, — odparł, rękę kładąc na piersiach.
— Pani — to jest rzecz moja — skazy nie ścierpię... Potrzebuję chwili czasu... zbiorę przyjaciół i obmyślę środki.
Burska chodziła tupiąc, rzucając pół słowa... cofając je, gubiąc szal, nadeptując nań, oczywiście jeszcze zakłopotana, smutna, ale coraz to spojrzeniem badając Darnochę, nabierała odwagi... Młodzieniec grał bardzo pewnego siebie.
— Zrobisz pan tak... co uznasz właściwem... to wiem... jestem pewna... — odezwała się w końcu a! ale dajże mi zaraz znać... Ja i Hersylka... nous vous voulons du bien! myśmy szczere, dobre przyjaciółki wasze...
Wtem opamiętała się znowu, że za daleko może zaszła w tych czułościach i przerwała żywo:
— Nie jesteśmy w tej sprawie wcale interesowane... ale smutno jest patrzeć, gdy komu wyrządzają niesprawiedliwość... choćby to była tak świeża znajomość, jak nasza...
Proszę sobie tej mojej trochę natarczywej troskliwości nietłumaczyć inaczej... jak bezinteresowną przyjaźnią...
To mówiąc, prezesowa, która czuła że jej w całej tej rozmowie brakło taktu i cierpliwości, uszła prędko, niezupełnie zadowolona z siebie. Nie chciała się przyznać przed sobą, że się skompromitowała, ale się gniewała na własną porywczość...
Darnocha, po odejściu pani, padł na ławkę, głowę zanurzył w dłonie i dumał... Przychodziły mu nawet projekta ucieczki, brakło pieniędzy i — stracić takie stosunki, takie nadzieje... Co tu począć?
Wstał i przeszedł się ulicą, wzdychając, ryjąc ziemię obcasami, nie śmiejąc wyjść na blask dzienny... krążył tak wśród gęstwiny, nie wiedząc co począć z sobą, gdy traf — (nie jesteśmy pewni, czy traf sam tylko) nastręczył mu Hamowskiego.
Szlachcic szedł wprost na niego, wywijając laską, w wybornym humorze i wcale się nie zmieszał, zobaczywszy swą ofiarę, której śmiertelny cios zadał przed chwilą.
W panu Wincentym młoda krew zakipiała, ale na krótko — wstrzymał się — przez głowę przeleciała myśl.
— Przemówię... spróbuję odezwać się do jego serca ha! jeźli mnie odepchnie, czas będzie zawsze chwycić się ostateczności.
Hamowski go już witał, jakby nigdy nic.
— No, cóż to tak, kawalerze, sam jeden, solo basso używasz przechadzki! hę? to coś osobliwego? bo ci nigdy na miłem towarzystwie nie zbywa... zwłaszcza pięknych pań. — Ha! co za dziw... młodość! młodość! bodaj to ona! skarb to wielki a nie odzyskany... Cuda ona dokazuje.
Stanął i wpatrując się w ponurego Darnochę, spytał:
— Cóż to tak wasze milczący?
Darnocha myślał od czego począć.
— Szukałem właśnie pana radcy... — rzekł pokornie.
— Ty? mnie? byćże to może? czy mam uszom moim wierzyć? Cóż za powód? zwykle daleko przyjemniejsze miewasz towarzystwo...
— Czy zechcesz może pan chwilę posłuchać?
— Chwilę? godzinę! pół dnia... mam czasu do dyabła, a niewiedzieć, co z nim robić...
— Z jakiego powodu... — spytał Darnocha powoli — usiłujesz pan mi szkodzić? Com ja panu uczynił? czem zasłużyłem na jego niełaskę?
Hamowski stanął, podniósł głowę, niby zdziwiony.
— Co? co? wy? może mielibyście co uczynić? obrazić? Co pleciesz, kochanie? Skądże wniosek o mojej niełasce? Mów jasno, nie rozumiem, w zagadki się nie wdaję.
— Przed kilku godzinami, w rozmowie z prezesem Burskim, wspomnieliście o mnie, o moim ojcu, rodzinie, w sposób taki... który... bardzo mi może... zaszkodzić.
— Nie rozumiem tej wymówki — odpowiedział Hamowski spokojnie — to, co powiedziałem prezesowi Burskiemu, jest świętą prawdą, a prawda nikomu w świecie zaszkodzić nie powinna... Kłamać nie umiem, nie mogę i nie będę. Burski was nazwał hrabią... jużciż do tego tytułu, pozwól, nie masz ani prawa, ani mieć możesz pretensyi, chybabyś świeżo dostał sobie przywilej, o czem wątpię. Ta omyłka, potwarz, czy złudzenie, dla was samych byłaby się stać mogła szkodliwą... musiałem go wywieźć z błędu...
Kłamstwem — to wiesz... nie idzie się daleko na świecie, a w młodości potrzeba życie rozpoczynać prosto i jasno... Musiałem prezesa oświecić.
Przypuszczam, że on i familia jego mieliby was za jakiego hrabiego, za potomka familii znacznej, możnej, skoligaconej... mogłoby to was wciągnąć w niepotrzebne jakieś marzenia i projekta... a potem z pieca na łeb! Okazałoby się łatwo, że to wszystko na fałszu zbudowane... a okazaćby się prędzej czy później musiało... Winienem to poczciwemu, zacnemu ojcu waszemu, którego szanuję, żeby was wywieść z głupiego, fałszywego położenia... Musiałem was ratować.
— Ratować! — z gorzkim uśmiechem, przerwał Darnocha — to mnie gubi!
— Wstydź się... co mówisz! — zawołał Hamowski. — Miałżebyś już jakie projekta niedorzeczne?... i na takiej oparte podstawie? Pfuj! to nie może być... nadto jesteś rozsądny....
— Pan doprawdy zdajesz się jeszcze szydzić i naigrawać ze mnie — szepnął Darnocha — czy się to godzi?
— Nie, panie Wincenty — coraz poważniej i surowiej zaczął Hamowski, który przybrał powoli postawę sędziego — nie, możem miał ochotę dać ci surową naukę przed chwilą — przyznaję, teraz jestem zupełnie seryo, mówię z serca i życzliwie. Żal mi ciebie — ten, kto ci tem zmyślonem hrabiostwem usłużył, źle uczynił, ty gorzej jeszcze, żeś je przyjął... Powtarzam ci, przekonasz się o tem w późniejszem życiu, na kłamstwie się nic nie buduje. Mnie zaś żadna siła ludzka zmusić nie może, ani wymódz na mnie, ażebym miał choć milczeniem fałsz potwierdzać... Chwilowo może ci być bolesnem i kłopotliwem, że zmuszony będziesz iść drogą prostą, ale kiedyś — wierz mi, głośno czy cicho — podziękujesz mi za to...
Chciał odejść, Darnocha, cały w płomieniach wstydu i gniewu, powstrzymał go gwałtownie.
— Panie radco — wybuchnął — pan mnie do rozpaczy przyprowadzasz... odbierasz mi los mój przyszły, kiedym go już prawie trzymał w dłoni... Wyznam panu wszystko... to ludzie są próżni, miałem nadzieją ożenienia się...
— Mój pan Wincenty — zimno odpowiedział, Hamowski — a to szczęście, że się tak stało... Powiadasz, że ludzie próżni... ty sam, co za przyszłość miałbyś z nimi i jaki los mogło ci dać ożenienie kradzione, które się rozbija o to, że nie jesteś hrabią i że nie masz nic nad to wykształcenie, które winieneś własnej pracy...
— Ale to ludzie zacni... chociaż widzi pan... wszyscy mamy słabości.
— To pewna, panie Wincenty, ale nie na słabościach trzeba budować... biada temu, kto korzysta nie z cnót ludzkich, ale z wad człowieka! Co cię tam czekało! Niewola i upokorzenie... Wierz mi, masz młodość, naukę, siłę — pracuj poczciwie dla zdobycia sobie przyszłości, a nie sprzedawaj się dla pieniędzy. Bezeceństwo, grzech i w końcu się oszukasz... Szczęścia tam nie będzie...
Wincenty nie miał już co na to odpowiedzieć, głos Hamowskiego był głosem sumienia.
— Ale wierz mi pan — odezwał się pomieszany cicho — ja — ja — sam nie nazwałem się hrabią. Pani von Kaisersfeld rzuciła to słowo w rozmowie, pochwycono je, nie mogłem mojej protektorce zadać fałszu... nieszczęśliwy skład okoliczności...
Hamowski ruszył ramionami.
— Wszystko to bałamuctwa — rzekł — tego, co powiedziałem, odwołać nie mogę, cóż tedy chcesz, żebym uczynił?
— Ja jestem zgubiony! bezpowrotnie zgubiony! — wołał Darnocha.
— Jesteś ocalony — przerwał Hamowski — mogę zaręczyć, żem to uczynił, aby cię ocalić, nie żeby zaszkodzić. Co się stało, odstać się nie może... Jeśli w tobie jest jeszcze uczucie godności własnej i szlachetności młodzieńczej — idź i pracuj!
— A czy pan wiesz — zawołał popędliwie Darnocha — ilem ja wytarł przedpokojów i wypił sromot, szukając poczciwej pracy? Z moim patentem i medalem... ilem wycierpiał upokorzeń, ustępując tym, co nic nie umieli a mieli imiona i plecy...
— Albożci to nie powinieneś był wiedzieć, że tak się na świecie dzieje zawsze? — rzekł Hamowski. Czy jest w tem co nowego? Tak, prawda, ciężko przebić się ubogiemu i niepopartemu człowiekowi, ale wierz mi — per angusta ad augusta, nigdy zasługa i talent nie zmarnieją w ostatku. Mają one ten specyficzny przymiot, że muszą poparte wytrwałością zwyciężyć — to kolej, to prawo. Słuchajże... Byłem głupi, żem grał w ruletę, jestem nawet dosyć grubo wygrany, pieniądz mi ten cięży... Rzuć do dyabła Wiesbaden, hrabiny i te niezdrowe konkury, jedź szukać zajęcia... Daję ci pięćset talarów sposobem pożyczki, abyś miał o czem czekać... oddasz, gdy zechcesz.
Pan Wincenty oburzył się, odsunął na kroków parę...
— Dziękuję bardzo panu radzcy — rzekł — mógłbym posądzić go, iż więcej niż mnie chcesz pan pomódz — odsuwając niepotrzebnego współzawodnika — jakiemu konkurentowi.
Hamowski parsknął od śmiechu.
— A! to tak!... — zawołał. — No to radźże sobie sam, jak ci się podoba... Ja już nic więcej do powiedzenia nie mam... Bywaj zdrów...
I machając laską, poszedł dalej.
Darnocha stał, patrząc za nim, ochota go brała zrobić awanturę, ale Hamowski miał i kij gruby, i ręce okrutnie silne... a do czegoby to pomogło?


Cały ten akt dramatu odegrał się dosyć cicho i zamknąłby się był w ciasnem kółku, gdyby złośliwi znajomi Hamowskiego, a niechętni Darnosze — których on sobie swoją arystokratyczną, imponującą postawą naraził — nie szepnęli tu i owdzie o rozmowie i domyślnych jej skutkach.
Plotki mają skrzydła i tyją latając. Nazajutrz, już Burscy, a jeszcze bardziej Darnocha spostrzegł szyderskie wejrzenia, któremi go zewsząd ścigano. Ten i ów, witając go, kładł dziwny nacisk, jakby ironiczny, na tytuł hrabiego. Było to do niezniesienia dla innego, ale w roli Darnochy do wszystkiego się przywyka, a wiele nie słyszeć trzeba i nie widzieć.
Skutkiem zabiegliwości mamy prezesowej, a widocznej słabości córki dla pięknego młodzieńca — chociaż Burski bardzo dlań ostygł — utrzymano dawne stosunki, nie dając wcale poznać, ażeby wagę jaką przywiązywano do rewelacyi Hamowskiego. Cała rodzina, z hrabiną Kaisersfeld na czele, w towarzystwie pana Wincentego, pokazała się około kursalu, w alejach, na przechadzce, nawet trochę ostentacyjnie... Ci, co mieli ochotę się śmiać, spostrzegli, że piorun może korę osmalił, ale drzewa nie obalił.
Hrabina Kaisersfeld, dla przeciwdziałania krążącym pogłoskom, zaprosiła potem na podwieczorek najznakomitszych gości cudzoziemców i część polskiego towarzystwa na Nueberg, gdzie u wnijścia groty urządzono wykwintne przyjęcie. Gospodarzem umyślnie zrobiła M. le Comte de Darnocha.
Publicznie mu wyrządzony fawor ten miał jawnie dowieść, iż baśnie krążące o jego plebejuszowskiem pochodzeniu, uważano za złośliwy wymysł ludzi złej woli. Burscy, naturalnie, byli w liczbie zaproszonych, prezesowa i panna Hersylia tryumfowały... a dla hrabiny nie miały wyrazów na okazanie czci i uwielbienia...
Cette adorable Comtesse!! — rozlegało się echem po dolinie.
Przez kilka dni wypytywany i zapytywany Darnocha, jak myśli radzić przeciw rzuconej potwarzy, znajdował się bardzo zręcznie, odpowiadając wszystkim z powagą:
— Proszę o cierpliwość... potwarcy i złośliwi zawstydzonymi zostaną...
Mówił to z taką pewnością siebie, iż mu wreszcie uwierzono.
Głucha, na wiatr rzucona obietnica „pomsty nad grzesznymi“ skutkowała tyle, że pogłoski przycichły. Oczekiwano. A że termin tryumfu niewinności nie był ściśle oznaczony... im dłużej się spełnienie obietnicy przeciągało, a Darnocha chodził śmiało i wesół, tem sprawa jego wszystkim zdawała się lepszą...
Hamowski ruszał ramionami i śmiał się.


Tymczasem inni goście wodni pędzili żywot powszedni żadną nie zaczerniony chmurą... z rana myśląc, jak się zabawią wieczorem, wieczorem układając projekta na jutro.
Nieszczęśliwy Ferdynand Potomski, choć tego z powierzchowności jego poznać nie było można, dotąd nie mógł na sobie wymódz stanowczego jakiegoś postanowienia... Z rana zwykle ogarniało go zwątpienie... myślał się oświadczyć wdowie i zakończyć żywot kawalerski małżeństwem rozsądnem; około południa, zobaczywszy panny Karlińskie, zakochiwał się w Stasi lub Józi, miłość ta rosła przez dzień cały, dościgała kulminacyjnego punktu na koncercie lub balu, marzeniami jeszcze przedłużała się do świtu a z białym porankiem rozpraszała... i nikła... Powtarzało się to nazbyt długo i niecierpliwiło panią baronowę, której humor nie czynił zbyt miłą... Ale nieźle, przyznać trzeba, udawała cierpliwą, obiecując sobie utrapienia te powetować później...
Tego nie domyślał się wcale Potomski...
Pan Jeremi Lubicz Pawłowski także potajemnie miał ochotę do ożenku... ale i on należał do tej kategoryi podstarzałych, których już dyabeł żeni... Dyabeł zaś, widać zajęty gdzieindziej, tym razem się nie dopilnował.
Ewelina, która była z takim zapasem życia, trzpiotowstwa, humoru i odwagi, przyjechała do Wiesbadenu — znacznie z tych skarbów nadtraciła, nie wiedzieć z jakiego powodu i czyjej winy... Poufali jej goście, stary przyjaciel Starża, uważali coraz częściej, że bywała zamyśloną, czasem smutną, często niecierpliwą. Starża już powtórnie, w kilka dni, z uporem przyjaciela niespokojnego o zdrowie serca i duszy, zapytał jej:
— Skąd te coraz częściej zjawiające się na czole chmurki?
— Kochany przyjacielu — odpowiedziała cierpliwie Ewelina, spoglądając nań — przypomnij sobie, że zaraz w początku dałam ci słowo zagadki, klucz do mych wszystkich kaprysów — nudzę się!
— Nudzę się! nie — to nie dosyć — rzekł Starża... inaczej wygląda nuda...
Ewelina ruszyła ramionami.
— Już nie licząc innych, co niecierpliwią, masz nas dwóch — mnie i arcypilnego kupczyka, na usługach do opędzania nudów, które, jak muchy, cię oblegają.
— Powiedz mi, hrabio, dlaczego koniecznie nalegasz znowu na kupczyka?
— Dlatego, że pani go widocznie przenosisz nad innych, czemu ja się wcale nie dziwuję — rzekł Starża. — Jest to nawet bardzo widocznem... a że się pani wypierasz, budzi to we mnie podejrzenie, że nie jest jej obojętnym...
— Masz dla niego trochę słabości?
— Dlaczegożbym się zapierać miała — cicho szepnęła Ewelina — słabości mam dużo... Cenię go bardzo, zdaje mi się, żem w nim znalazła człowieka, co nie kłamie, nie gra komedyi, jest sobą, w którym nauka i praktyka życia nie zabiła poezyi... którego dusza jest młodą, świeżą... sympatyczną... Trzebaż nieszczęścia... że ten człowiek jest zimny, ostrożny... nie rozumie mnie może, lęka się — odpycha...
Starża, na to wyznanie niespodzianie, poruszył się aż z krzesła.
— Kochana moja pupilo — zawołał — zupełnie się mylisz, ja także żyłem długo, widziałem wiele, znam ludzi, nie jest on obojętnym wcale — ale jest sumiennym. Rozdziela was położenie towarzyskie, jego zawisłość od ojca, mówić już o nim wam musiał?
— Tak, odmalował mi go ze czcią dziecięcia, jako surowego, ale szlachetnego demokratę...
— Zrozumieć więc łatwo jego powściągliwość i chłód pozorny — musi w sobie tłumić uczucie, które do niczegoby was, prócz do cierpień i walk, nie prowadziło.
Z kolei Ewelina zerwała się z kanapy, rzuciła robotę, załamała ręce.
— A człowiecze salonowy, stary, wyziębły i praktyczny — zawołała — coś powiedział? Herezyę straszną. Jakto, do niczegoby nie prowadziło?? Sądzisz więc, że kochając się, koniecznie zaraz potrzeba wiązać się stułą i topić miłość tę w prozie powszedniego życia? Miłość przecie może być czysta, cierpliwa, jeźli jest szczera... Jeżli się kocha — a! kocha tak, jak ja rozumiem — jakbym ja kochać mogła — nie jestże miłość sama sobie celem... nie możeż ona marząc czekać a czekać wieki? nie stygnąć, owszem rość i potężnieć... To, o co się ona rozbija właśnie, to małżeństwo, nasycenie, przesyt... i brudna namiętność... Gdyby ten człowiek mnie rozumiał, gdyby mnie... kochał... cóż na świecie rozerwaćby nas mogło, choćby dłonie nie były związane...
Ale przy wielu a wielu swych przymiotach niezaprzeczonych, twój kupczyk, mój hrabio — jest zimną trochę laleczką, wedle form wieku zlepioną. Bać się po prostu kochać, ażeby nie cierpieć, a to — to jest grzech przeciw wielkiemu uczuciu.
I poczęła milcząca przechodzić się wielkiemi krokami po salonie.
— Któż wie — rzekł Starża — czy ta obawa i ostrożność jest egoizmem, czy poszanowaniem twego serca i spokoju...
— O! mógłby o mnie być mniej troskliwym — rzekła cicho Ewelina — bo ja się ofiar nie boję...
A po chwilce dodała:
— Zresztą, ostrożności przychodzą za późno, przyznam ci się mój przyjacielu, że... że może go już kocham... Uczucie to rośnie z dniem każdym... boję się go utracić, bo wiem, że drugiego takiego nie znajdę... Wiesz, że nawet to, za co się gniewam na niego... tłumaczę... Jest w tem zrzeczeniu się szczęścia coś wysoce szlachetnego... biedny...
— Biedny! — przerwał Starża — a położenie was obojga nader oryginalne... Ten papa ex machina, jakby naumyślnie nam tu się zjawia ze swą fizyognomią niebywałą... Kupiec, który się lęka, aby syna jego szczęście nie sprowadziło z drogi pracy! demokratyczny przesąd, stojący na przeszkodzie, jak dawniej szlacheckie... Słyszałaś pani pewnie od Gucia, że ojciec mu z góry zapowiedział, iż z najbogatszą szlachcianką, choćby była dziedziczką milionów, ożenić mu się nie dopuści. Trzeba przyznać, iż przyczyna, jaką daje, godną jest poszanowania: „Nie chcę, byś wyszedł na próżniaka i na kłamcę bo byś gotów, jak inni, udawać potem szlachcica...“
No — a pani, przyznaj się — wątpię, ażebyś też bardzo chciała zostać kupcową i zasiąść z pończoszką w sklepie...
Ewelina głową potrzęsła...
— No, nie wiem, nie powiem... nie byłoby mi to miłem, chociaż! dla niego! dla niego!... Wiesz hrabio, nie ulękłabym się perkalowej sukienki... i pracy... Pierwszy raz jakoś teraz zaczynam rozumieć to, że kto nic nie robi... jest grzesznym przeciw społeczeństwu i nie ma prawa do jego szacunku... Dlatego nawet... — dodała śmiejąc się smutnie — zaczęłam obrzydliwie coś szyć na kanwie.
Starża począł się śmiać serdecznie i pocałował ją w rękę.
— O mój Boże! — zawołał — jak ty jesteś zacną i miłą... Ale tsyt! słyszę chód jego na wschodach, to godzina... w której przychodzi zazwyczaj.
— Tak, to on — prędko siadając do roboty, odezwała się Ewelina.
Otwarły się drzwi, wszedł wilk, o którym była mowa. Ewelina, witając się, spojrzała na Starżę, jakby mu chciała pokazać, iż jest bardzo przyzwoitą i nie kompromituje się. Na twarzy Gucia znać było jakieś pomieszanie i smutek...
Przywitawszy się, siadł w kąciku, oczy wlepił w Ewelinę, zdawał się nie wiedzieć od czego począć rozmowę.
— Nie jesteś pan chory? — spytał go Starża.
— O! nie wcale.
— Ale ci coś jest? zakłopotany?...
— Doprawdy znajdujesz pan, że nie codzienną moją przyniosłem dziś fizyognomię?
— Co tam panowie po cichu szepczecie? — zapytała gospodyni...
— Spiskujemy... — odpowiedział Starża.
— Nie... nie, nie mamy dla pani tajemnic — przerwał przybyły. — Podziwiam tylko trafność wejrzenia hrabiego, który na wchodzącym zaraz dostrzegł, że na niego spadło jakieś brzemię.
— Brzemię? na pana? — spytała Ewelina wstawszy i zbliżając się do krzesła, na którem usiadł — cóż to panu jest?... mów...
— Nic, jest mi tylko jakoś smutno i ciężko — odpowiedział Gucio — bo, bo będę musiał wcześniej opuścić Wiesbaden niż się spodziewałem. Przyszedłem tu, odkradłszy chwilkę, aby z ostatnich korzystać...
— Ale pan nie pojedziesz! nie! chwytając go za ramię, z żywością zawołała Ewelina — ja pana nie puszczę, pan wiesz, jaka jestem despotyczna.
— A! pani, gdyby to było możliwem, byłbym z wdzięcznością posłusznym.
— Więc cóż nowego zaszło? Mów...
— Ojciec mój, niedoczekawszy się mojego powrotu, zniecierpliwił się zwłoką, posądził mnie, żem słabszy niż jestem w istocie... dziś przyjechał tu sam po mnie.
Po tych kilku słowach, dłuższe nastąpiło milczenie. Starża chodził wolno, spoglądając na Ewelinę i gryząc laskę, piękna pani pobiegła do okna, aby ukryć wrażenie... Augustyn siedział, jak przybity.
Nareszcie hrabia, który czuł, że jest zbytecznym, wziął za kapelusz.
— Przypominam sobie — rzekł — że na mnie Szafarzyński mój od pół godziny czeka, a w towarzystwie pani czas ubiegł niepostrzeżony...
Wychodzę na kwadrans i zaraz powracam.
— Ale wrócisz pan? wrócisz? — po dwakroć spytała Ewelina, odprowadzając go do drzwi.
— Natychmiast... bez pożegnania... — dodał Starża i wymknął się...
Ewelina była zarumieniona i niespokojna, czuła zbliżającą się chwilę stanowczą.
Po wyjściu Starży, młody człowiek pozostał jeszcze, jak wkuty w krzesło przez chwilę, potem wstał i zbliżył się do Eweliny.
— Łaj mnie pani — rzekł — nie mam ani odwagi, ani mocy nad sobą... jestem nieszczęśliwy... Nigdym w życiu tyle nie cierpiał, jak dziś, gdy mi panią żegnać przychodzi... Może się pani rozśmiejesz z zuchwalca, ale ulitujesz się razem nad nim... Do nikogom się tak w życiu nie przywiązał... Wielkie to z mej strony szaleństwo, ale jakoś ze spokojniejszem sercem odjadę, gdy się do tego przyznam... pani...
Ewelina spojrzała nań, drżąc jak listek.
— Powiedz mi pan — rzekła — dlaczego to nazywasz i sądzisz zuchwalstwem?.. Czy tak masz mało wiary w prawdę wieku, iż się sądzisz czemś pośledniejszym od biednej kobiety, noszącej na sobie brzemię elegancyi i jakiegoś tam tytułu?
— Nie pani — odpowiedział młody człowiek — czuję, że ludzi równa umysł i serce... ale ani umysłem, ani sercem, nie czuję się godnym nawet was... uwielbiać...
Tyś wyższą istotą, a ja...
Powoli ujął jej rękę i pocałował w milczeniu.
— Tak — rzekł — potrzeba się rozstać i zapewne na zawsze... te chwile szczęśliwe drogo opłacić przyjdzie... Broniłem się uczuciu, nałogowi serca i... upadłem...
Ewelina odwróciła się ku niemu nagle, miała łzy w oczach...
— Guciu — krzyknęła z zapałem, porywając go za rękę — ja ciebie kocham! mówię to śmiało, głośno, bo moje uczucie święte jest i czyste...
— Ewelino! pani... — wołał uszczęśliwiony młody człowiek, klękając przed nią — pozwól mi stopy swe ucałować...
Biedna kobieta, zawstydzona wybuchem własnym, spuściła głowę na jego ramię i podała mu białe czoło.
Chwili tej uroczystej zabrakło słów, serca tylko biły głośno, nareszcie Augustyn wyrwał się jej, załamał ręce i głowę spuścił.
— O mój Boże! — zawołał — a jednak my niemożemy być szczęśliwi...
— A! nie bluźnij — odparła Ewelina poważnie — jakto? czy my już nimi nie jesteśmy? Rozumiem twe położenie... surowy ojciec, obowiązki synowskie stają nam na przeszkodzie — ja cię pewnie przeciwko niemu buntować nie będę. Ale cóż nam potrzeba więcej, jak kochać i wierzyć w siebie... Dlaczego nie mielibyśmy, ufając sercom swym, zdać spokojnie reszty losów na Opatrzność?...
Samo uczucie daje szczęście...
Zresztą — wiem, czuję to, że znajdziemy sposób przezwyciężenia ojca twego i wyjednania zezwolenia. Ja nie umiem kochać pół sercem i pół — ofiarą... Jeżeli on każe, jedź... bądź pewien, że spotkamy się wkrótce, że uczynię wszystko, co słaba kobieta zrobić może, gdy kocha... aby dowieść, że miłość jej jest szczera, wielka... że będzie trwała...
Gucio całował jej ręce.
— Weź więc — rzekł — losy nasze wspólne w te białe dłonie — ja się już o nic nie pytam... pojadę spokojny i czekać będę spokojny...
— Tak, zaufaj mi, jak ja ufam tobie — przerwała Ewelina. — Mnie nic złamać nie potrafi... ufaj, wierz! bądź spokojny... Ja tobie daję wiarę nieograniczoną....
— Ja w tobie mam ufność niezłomną, aniele mój! — zawołał w uniesieniu Gucio... — każą mi, pojadę... będę czekał lata... o jedno cię proszę tylko, nie zostawiaj mnie długo bez wieści o sobie, usychać będę milczeniem...
Rozmowa przeszła w szept cichy, powoli oboje przesunęli się ku oknu i tam stojąc, patrząc sobie w oczy, mówili, mówili długo, żywo, z tem wylaniem, które po pierwszych wyznaniach jest taką rozkoszą....
W tem stukot we drzwiach przebudził ich ze snów i marzeń, po lasce, podpierającej kroki jego, poznano Starżę.
Hrabia powracał i z progu zmierzył ich wzrokiem szyderskim nieco a ojcowskim... Nie potrzebował dowiadywać się, co zaszło... był pewien na pierwsze wejrzenie, że lody ceremonii zostały skruszone... Oboje byli tak promieniejący, widocznie szczęśliwi... a lica ich stokroć piękniej wyglądały w tej aureoli... ubłogosławienia...
— Przynoszę wam nowinę — zawołał od progu hrabia — naostatek wiekuisty kunktator, ten poczciwy Ferdynand Potomski, który dotąd nie wiedział ani czego chce, ani co ma zrobić, oburącz chwyciwszy ostatnie zapasy odwagi... téte baissée, padł przed baronową, oświadczył się... i wieść niesie, że został przyjęty! Na twarzy pani czytają znawcy serc, iż jest z tego szczęśliwą.
— Widać, że są już takie dnie, w których ludzie czują skłonność do oświadczania się... — przerwała Ewelina z uśmiechem — czy uwierzyłbyś, kochany przyjacielu, że oto i ja... oświadczyłam się temu panu... który stoi zmieszany i zawstydzony...
I dłoń białą podała Guciowi, który całować ją zaczął.
— A! nareszcie! — zawołał Starża — już też patrząc na was miałem ochotę od obojga w sekrecie wziąć plenipotencyę i sam raz to skończyć. Cieszę się, że się bez niezgrabnego pośrednictwa mojego obeszło...
— Ale to jest i ma pozostać jak największą tajemnicą — dodała Ewelina — pan, wspólny nasz przyjaciel, nie zdradzisz nas przecie.
— A, bądźcie spokojni! — radośnie rzekł Starża, chwytając ich ręce — nadto jestem szczęśliwy, będę milczał... bylebyście się sami oczyma i postawą nie zdradzili... Zaraz jutro pakuję się i ze spokojnem sumieniem do Ostendy jadę... Niech Bóg błogosławi.


Opadające powoli, pożółkłe drzew liście, zapowiadające szybko nadchodzącą jesień, chłodniejsze codzień poranki, mgliste wieczory, przypominały gościom u wód, że się wszystko na świecie kończy. Każdego z tych próżniaczych hybrydów wołał dom rodzina, obowiązki... przyzwoicie już dłużej tu pozostać nie było podobna...
Taką siłę rozprzęgającą, wycieńczającą, ma to życie, oderwane od pracy i codziennych ciężarów — że mało kto, zmuszony wreszcie wrócić do powszedniego trybu, nie westchnie na wspomnienie domu, w którego progu z surową twarzą... czeka kłopot i troska. W tym spoczynku rozmarzonym, każdy prawie rozmiękł i popsuł się troszkę... odwykł od zajęć, zasmakował w dodniowym bycie, w grze, w bezmyślnych rozrywkach, i radby był... choćby na zimę tu zostać... choćby już nie jechać nigdzie. Listy przychodzące rozpieczętowywano z obawą... a na tłumoki przysposobione poglądano wzdychając...
Tajemnicą tego przylgnienia do życia gospody i gościńca — było — próżnowanie... wielka wada nasza; nieprzezwyciężona, organiczna, która prędzej czy później odzywa się nawet w tych, co za najpracowitszych uchodzą...
Lekarze dowodzą dziś, że plica polonica (kołtun polski) nie istnieje, ale próżniactwo, to nasz kołtun, co nam włosy zwija, ręce kurczy, nogi ubezwładnia, rodzi kalectwa — jadem swym zaprawia i truje życie.
Nie jest li to cechą najwyższego moralnego upadku, gdy w całym narodzie taka senna rodzi się do zajęcia nieudolność... coś nakształt tego odrętwienia, chwytającego podróżnych u szczytu Mont-Blanc... siadających w śniegu choćby umierać, byle się nie ruszać!
Wybierali się już wszyscy, ale tak powoli! ociągając się, odkładając od dnia do dnia. Tak jeszcze było ciepło, towarzystwo miłe... wody tak służyły... tyle tu z sobą przywieźli wcale nieziszczonych nadziej, tyle doznanych zawodów chcieli powetować — nie koniecznie u zielonego stołu który pochłonął jednak dosyć pieniędzy, czasu i wstydu!
Ale ostatecznie trzeba się było rozstać z tą gospodą... choć... w Hamburgu bawią się niektórzy całą zimę... To jednak nie jest w dobrym tonie... na zimę trzeba być koniecznie w mieście... lub ruszać do Włoch marznąć... pod lazurowem niebem w nieopalonych salonach... z niepoprzymykanemi oknami.
Niektórzy, pożegnawszy Najadę źródła, z którego nie pili i Dryady, parku po którym wzdychali — odjeżdżali już na prawdę łzami rosząc aleję, wiodącą do czarownego Biberich... inni się wybierali tylko... powoli...
Pobyt wszakże naszych gości u wód, mimo wielu zawodów, niecałkiem był bezowocnym... Nie mówimy o zdrowiu, gdyż wiadomo powszechnie, że wody skutkują dopiero kiedyś później i to, jeśli się je pije najmniej pięć lat z kolei!... ale pani von Dorfer wywoziła z sobą przyszłego małżonka, wcale dobrze zakonserwowanego, który oświadczywszy się w istocie, otrzymawszy przyrzeczenie damy... teraz znowu rozmyślał rankami i wieczorami, czy się zbytnio nie pospieszył i głupstwa nie zrobił. Wprawdzie ściśle biorąc, mógł się wycofać jeszcze — ale wdowa pilnowała narzeczonego i nie spuszczała go z oka. Przywiązanie wzajemne, które służyło przecież za pozorny powód do przyszłych ślubów — nie wesoło jakoś nawet wyglądało u zarania. Baronowa była zamyślona i posępna, Potomski poważny i zakłopotany, a p. Julia smętna, spoglądała na ojczyma przyszłego z nieutajonym wcale strachem i odrazą.
Pan Jeremi Lubicz Pawłowski zaczął był lekkie, podjazdowe staranie o pannę Józefę Karlińską, ale i czas był za krótki, ażeby się to mogło dokończyć oświadczeniem i te panie znajdowały poważnego radcę tak czasem dziwnym, mimo powierzchownej ogłady, tak nagle z salonowego człowieka przechodzącym na lokaja — iż się z nim oswoić nie mogły. Służbiste i surowe formy urzędnika odbijały się nawet w prywatnem życiu; znać w nim było emancypującego się wprawdzie, ale czującego się nie wyemancypowanym jeszcze. Obróża nie zeszła z szyi... łańcuch wlókł się za nim nawet na swobodnej ziemi. Z obu stron potrzebowano rozmysłu, a choć pani Karlińska bardzo chciała wydać córkę, nie miała ochoty wysłać ją tak daleko.
Hamowski, który kąpał się i pił świeże wody, a znajdował, że mu pomogły, wybierał się także opuścić Księstwo Nassauskie i biedz jeszcze do Ostendy, aby nabrać więcej sił, tak potrzebnych do utrapionego bytu doczesnego.
Państwo Burscy nie mówili dotąd o wyjeździe — pani i panna potrzebowały dłuższych kąpieli, lekarz je zalecał. Przyczyniało się może potajemnie do przeciągnienia pobytu dotąd nierozwikłane, tajemnicze staranie Darnochy o pannę Hersylię... którego się zapierano, a jednak nie chciano odpychać. Ojciec nie miał dosyć energii, aby tego konkurenta, tak miłego córce i matce, odsunąć, hrabina Kaisersfeld zawsze mocno go popierała, panie protegowały ostrożnie, prezes ulegał, choć się dąsał. Nie było mu to miłem, ale dla spokoju domowego — milczał.
Nie doczekawszy się innej rehabilitacyi młodego człowieka, hrabina Kaisersfeld heroicznie mu przyszła w pomoc. Przez stosunki swe kosmopolityczne, miała wyrobiony order Izabeli Katolickiej hiszpański, dla jakiegoś dawniejszego swego protegowanego, na który patent przysłano jej z okienkiem... Wpisano weń Wincentego hrabiego Darnochę i jednego dnia zjawił się tryumfujący młodzian ze wstążeczką u pętlicy... Na prezesie widok patentu i krzyża, który mu hrabina pokazała, uczynił wielkie wrażenie... w brewecie stało hrabiostwo... wmówił sobie, że to je potwierdza...
Protektorka zaręczyła także, iż mu amnestyę bezwarunkową, z pozwoleniem przebywania w kraju, gdzie się podoba niechybnie, wyrobi, a później nieco stanowisko w dyplomacyi zaszczytne i zapewniające przyszłość.
Burski zwolna przechylał się na stronę Darnochy, który bardzo zręcznie naprzykrzał mu się o coraz nowe szczegóły, tyczące się dawnej roli politycznej za Bibikowa i zachęcał do pisania pamiętników, uważając je za niezbędny materyał historyczny do lat ostatnich...
— Ten młody człowiek może zajść daleko — mówił w końcu prezes — rzadko się spotyka młodzież podobną... ma nadzwyczaj trafny sąd... zdrowe zasady, takt niezmierny i umie życiem kierować... Jak on korzysta z każdego słowa, przysłuchuje się, pamięta. A przytem nie ulega wątpliwości, że hrabią jest... Jeśli się drudzy wywodzili u nas z kopert królewskich, ma prawo się wywieść z patentu orderowego... boć królowa hiszpańska kreuje grandów, czemuby hrabiów nie miała tworzyć!!
Prezesowa i Hersylia szły jeszcze dalej w pochwałach... a z dniem każdym pan Wincenty mocniej wrastał w ten dom, w którym obie panie najoczywiściej mu sprzyjały.
Potwarz, rzucona przez Hamowskiego, teraz zupełnie zapomnianą została, uważano ją jako niecną i intrygę bezsilną...
Tak przygotowawszy grunt, hrabina Kaisersfeld złamała ostatnie zapory, sama oświadczając się w imieniu zbyt... na ten raz — bojaźliwego Darnochy... Prezes dał uczuć, iż robi łaskę, ale nie sprzeciwiał się już woli córki, która oświadczyła, że za niego pójdzie lub za nikogo... i że gotowa wstąpić do klasztoru... choćby do Sepolte vive. Burski wszakże wymagał w początkach, aby kawaler lepiej się jeszcze dał poznać i wszechstronniej został wypróbowany — ale panie wiedziały, że gdy papiery nadejdą, one ten ostatek oporu bezsilnego przełamią i... skłonią papę do dania błogosławieństwa...
Wszystko to wszakże było rzekomo tajemnicą dla gości wiesbadeńskich... udawali, że nie rozumieją, — choć hrabina swem dziełem chlubiła się tak, że w końcu pod sekretem zawiadomiła o tem całe towarzystwo.
Właśnie w tym czasie, gdy się to tak szczęśliwie dla Darnochy składało, przybył ojciec Augustyna jeśli nie po syna, to dla przekonania się o jego zdrowiu.
Z pierwszego wejrzenia nań znać było, że ten nowy a spóźniony gość nie należał do próżniaczego grona hybrydów; chociaż... był to także inny tylko hybryd w swoim rodzaju.
Na nim widoczny był wpływ niemiecki, chociaż on z niego wziął tylko zdrowe pierwiastki. I w nim mieszały się dawne i nowe pojęcia, domowe i cudzoziemskie wyobrażenia, na swojskie przybrane...
Powierzchowność więcej go czyniła podobnym do przyzwoitego Niemca niż do Polaka, w którego licu, stroju, mowie, strzela po trosze fantazyi, choćby wiekiem i charakterem stłumionej...
Moroz stary był skromnym człowieczkiem, niepozornym, niewielkiego wzrostu, zasuszonym, bladym... Na pierwszy rzut oka nie odznaczał się niczem, wyglądał jak wszyscy i nie pociągał wejrzenia, ale w rysach jego, wpatrzywszy się, odkryć było można spokój i powagę rzadką, ciszę sumienia, będącego z życiem w zgodzie. Ażeby w tej fizyognomii powszedniej znaleźć odblask niepospolitej inteligencyi i charakteru, trzeba go było widzieć w poufałem towarzystwie, ożywionego rozprawą o jednej z tych kwestyj społecznych, żywotnych, które go obchodziły gorąco... Naówczas człowieczek, cichy i skromny, niepozorna owa figurka, występowała wcale odmiennie: — twarz nabierała znaczenia, oczy jaśniały, czoło się zdawało rozszerzać, uśmiech rozwiązywał usta... życie tryskało z fizyognomii jakby rozmarzającej, a jednak zawsze ulegającej panowaniu silnej woli. Nie unosił się nigdy, ale rozgrzewał bardzo; jeśli nie chciał powiedzieć prawdy, milczał, ale kłamstwa nie wyrzekł w żadnym razie. Milczenie było wielkim okazem pogardy lub zwątpienia o ludziach, dla których nie chciał szafować myślą niezrozumiałą.
W tem dziecku ludu, jak on się sam nazywał, może niemniej było dumy wewnętrznej, niż w niejednym potomku Krzyżowców, ale ta objawiała się wcale inaczej, nie wychodząc na zewnątrz, aby jej nikt tknąć nie śmiał lub stojąc czynem żelaznym. Była to duma cicha niepoznanych, prześladowanych, wyczekujących od świata sprawiedliwości, w którą wierzą wiarą niezłomną.
Domyśleć się łatwo, jak Starża i Ewelina zobaczyć go pragnęli, ostatnia zwłaszcza byłaby poświęciła wiele, byle niewidziana choć raz mogła spojrzeć na tego człowieka, którego się tak lękała... a od którego los jej przyszły mógł zależeć — ale już osnuwszy plan pewien, Ewelina nie chciała mu być znaną nawet z twarzy...
Poczciwy więc hrabia podjął się tak zabiegać, aby mógł strasznego ojca zobaczyć i zdać o nim raport szczegółowy. Zaraz nazajutrz po jego przyjeździe, ułożył się w ten sposób, że odwiedzając Augustyna, znalazł u niego pana Moroza.
Zrazu podżyły ten, cichy i skromny człowieczek niebardzo mu się wydawał straszliwym, był niezmiernie grzeczny, acz zimny, jakby bojaźliwy.
Starża prosił syna, aby go ojcu swemu przedstawił i mimo, że stary Moroz, dosłyszawszy tytuł hrabiego skłoniwszy się bardzo nizko, wziął wkrótce za kapelusz, myśląc się wynieść, Starża potrafił go zatrzymać żywą rozmową.
— Pozwól waćpan dobrodziej — rzekł — ażebym mu, choć nieznajomy jeszcze, powinszował takiego syna. Wszyscyśmy go tu ocenili i pokochali...
A przyznam się panu — dodał — że choć to u wód, gdzie się znajomości bardzo łatwo robić zwykły, nie przyszło nam bez trudności wyciągnąć trochę na świat tego skromnego dziczka. Musieliśmy go formalnie oblegać i brać szturmem, tak się bronił od wszelkich z nami stosunków.
Staremu Morozowi oczy widoczną zabłysły radością.
— Panie hrabio — odparł żywo — wybacz mi, że to pochwalę i tłumaczyć go będę otwarcie. Myśmy ludzie innego obozu — wy, panowie, jesteście przedstawicielami przeszłości, my, stan średni i lud, zarabiamy na przyszłość.
Cenię ja wszędzie zacnych i poczciwych, skłaniam głowę przed zasługą, a nawet przed zasług pamiątką, ale wy się bawicie i marzycie, a my musimy walczyć i pracować.
Zrozumieć się możemy, ale żyć z sobą nam — trudno. Poczciwy Gucio rozumie to dobrze, iż wszystko, co go odrywać może od trudu, od obowiązków, co sprowadza na drogi niewłaściwe, — choć może być przyjemnem, jest szkodliwem.
— Szanowny panie — odparł Starża — dajesz mi prawo odpowiedzieć sobie równie otwarcie. Ja także szanuję wszędzie zasługę, a pracę za obowiązkową równie dla wszystkich uważam. Nie jesteśmy i my może takimi próżniakami jakby z niektórych wydatniejszych jednostek wnosić można.
Wiesz pan, że dziś nigdzie na świecie przywileje krwi i ras nie istnieją, — grzechem więc jest naród rozdzielać dla fantazyi lub dumy i odstrychać się ludziom przyszłości od ludzi przeszłości jak od zapowietrzonych, tworząc niepotrzebne obozy i stronictwa...
Uczcie nas panowie pracować... w najgorszym razie możemy być zepsuci, lecz nie jesteśmy niepoprawni.
Śmiano się długo z przesądów arystokratycznych, niechże zdrowa demokracya da nam przykład pogardy innego rodzaju uprzedzeń.
Moroz milczał, patrzył, widać było, że postawienie kwestyi w ten sposób dosyć go zadawalało — jednakże potrząsał głową.
— Mój hrabio — rzekł — podobno jednak lepiej nie wychodzić ze swojej sfery — człek słaby, próżność się go łatwo czepia.
— Przepraszam — odparł hrabia — słabym się uznawać nie należy, a czując siłę, niema się o co obawiać. Przez odosobnienie, rodzi się zgubny dla społeczeństw antagonizm. We wszystkich klasach, które tworzy wykształcenie, rodzaj życia i zajęć, wady i przymioty są im właściwe — moglibyśmy wady zmniejszyć, a przymiotami się podzielić, gdybyśmy żyli z sobą...
— Tak, ale koniec końców — rzekł Moroz — ja, co sprzedaję świece łojowe do pańskich przedpokojów i stearynę do salonu, łatwiej z pierwszą niż drugą wnijść potrafię... Hrabia, przyszedłszy do mnie, nie znalazłbyś też u mnie tego, do czego przywykłeś, i powziąłbyś tylko wstręt do życia, któremu jesteś obcym. Zbliżenie się mogłoby wistocie jeszcze bardziej oddalić.
— Dłuższejby to potrzebowało rozprawy — zawołał Starża — odkładam ją do mojej bytności w Poznaniu, gdy będę miał przyjemność pana dobrodzieja i pana Augustyna odwiedzić.
Moroz się skłonił.
— Tymczasem winszuję panu syna — dodał hrabia — i wielkich zalet, i większej jeszcze skromności... prawdziwą nam, co tu zostajemy na jakiś czas, wyrządzisz pan krzywdę, jeśli go zechcesz zabrać z sobą.
— Zabiorę — rzekł, śmiejąc się, Moroz — choćby dlatego żebyście mi go nie popsuli. Boję się tego życia bez pracy, życia czczych słów, rozpraw, dywagacyi, fantazyi i marzeń. Myślą ludzką tak oszczędnie szafować potrzeba jak innemi siłami, powinna ona prowadzić do czynu, a u nas najczęściej od niego tylko odwodzi.
— Masz pan słuszność — rzekł Starża — ale... mówmy o czem innem. — Jak pan znalazłeś syna co do zdrowia?
— Zdałoby mi się dosyć dobrem, by mógł już ze mną powracać — rzekł Moroz — bo co się tyczy ręki, taka rana, jak jego, niełatwo się wygaja, a skutki pozostają na zawsze...
Starża podchwycił:
— Złamanie?
— Raczej strzaskanie kulą... nim to, co wyszło, zarośnie chrząstkami i skostnieje... dużo czasu upłynie.
— Jakto kulą? Syn więc pański?
— Był w oddziale Taczanowskiego — rzekł powoli Moroz.
— A nigdy się przed nami nawet do tak chlubnej rany przyznać nie chciał.
Gucio był zmieszany i zarumieniony.
— Nie było o czem mówić — dodał krótko.
— To jedna jego fantazya — odezwał się ojciec — przeciw której nic nie miałem, myśmy też powinni byli poświadczyć krwią, żeśmy obywatelami tej niewidzialnej ojczyzny, której dotąd tylko szlachta służyć i bronić miała przywilej. Widzieliśmy jak na dłoni, na czem się to skończy. Ale nam także należało stanąć do apelu pod infamią.
Szczęśliwy jestem, że mi jedynak ocalał, dumnym, że kropla jego i mojej krwi przelaną została. Teraz czeka go równie obowiązkowa praca dla ojczyzny. Może się śmiać czyja wola, ale ja sądzę, że i siedząc w sklepie jeszcze jej służę.
— Otóż, mój mości dobrodzieju — dodał Starża — jeżeli chcesz, aby jej służył skutecznie pan Augustyn, wierz mi staremu, nie żałuj mu czasu na zupełne odzyskanie zdrowia, daj mu folgi dosyć... Możeby jeszcze jakie kąpiele... morze...
— Panie hrabio — śmiejąc się i kłaniając rzekł stary Moroz — wy bo, daruj mi, ze swej natury pieszczonej sądzicie o naszej. Myśmy gbury silne, nawykłe do biedy i rychlej od was odzyskujemy zdrowie. Zbytki i zniewieściałość nas nie wycieńczyły.
Hrabia z kolei się rozśmiał.
— Myślicie, że macie przywilej zdrowia?
— Mamy lepiej niż przywilej, bo prawo do niego... dlatego, żeśmy go nie nadużyli.
— Pokłócimy się o to... szanowny panie.
— Nie! nie! panie hrabio, nie mam zwyczaju się kłócić — milczę... I ot przyznam się wam.. gdybyście wszyscy byli tacy... jak pan jesteś... możebyśmy i do zupełnej przyszli zgody.
Podali sobie ręce uprzejmie, Gucio podziwiał to udobruchanie ojca, łagodność jego i rozmowność, bo zwykle z obcymi bywał milczący. Ujął go Starża swą otwartością od razu.
— Co się tyczy mojego syna — rzekł stary — sam on będzie stanowił, nie zmuszam go wcale do powrotu. Przybyłem zobaczyć, co się z nim dzieje. Jeśliby mu kąpiele morskie lub dłuższy pobyt w Wiesbadenie się przydał, ja się zgodzę na to. Tylko mi go państwo bardzo nie popsujcie.
Rozmowa na podziw łatwa i miła, trwała jeszcze, przerywana pożegnaniami, z pół godziny, poczem Starża co prędzej pobiegł z doniesieniem do Eweliny. Odetchnęła nieco, gdy jej odmalował Moroza nie tak strasznym i dzikim demokratą jakim go sobie wyobrażała...
— Jest trochę dumy demokratycznej rzekł Starża — bo i lud na tę słabość choruje niestety, ale w nim czuć serce... i wiele zdrowego rozsądku... Wogóle człowiek światły i w innych formach niż te, do których przywykliśmy, ale wykształcony i przyzwoity.
Ewelina, chociaż była pewną, ze się jeszcze z Augustynem zobaczy i zastosuje do jego pobytu... lub wyjazdu, sama wszakże zaczęła się przysposabiać zwolna do podróży.
Starża chciał także wyruszyć — Wiesbaden codzień stawał się puściejszym, tylko około stołu gry zawsze jeszcze tłum wielki zalegał.


Stary Moroz, nastraszywszy tylko syna i Ewelinę odjechał zaraz nazajutrz, zostawiając Gucia, któremu nietylko polecił (zobaczywszy się z lekarzem) pozostać jeszcze w Wiesbadenie, ale żądał sam, aby jechał potem do morskich kąpieli.
Nazajutrz wszedł rozpromieniony Augustyn, oznajmiając po cichu tę błogosławioną nowinę swej pani... iż czas jakiś wolno mu z nią jeszcze przepędzić.
— A że ja także pojadę stąd do morza — zawołała Ewelina — więc zapewne razem udamy się do Ostendy, do Boulonge, lub... lub gdzie się wam podobać będzie...
— A wybór zostawuję pani...
— Dobrze, wybierzemy więc brzeg dziki, pusty, który jak najmniej zwabia ludzi... małą mieścinę jakąś, dorabiającą się sławy, cichą, ubogą, bez kasynów i eleganckiego świata... Siadam dziś do moich przewodników, przestudyuję ich pilnie i rachuję trochę na szczęśliwe natchnienie... a jutro wydaję wyrok... Starżę, który miał jechać do kąpieli, bierzemy także z sobą... A! to będzie cudownie...
Ścisnęły się ich ręce i uśmiechnęły twarze...
Zabawili więc kilka dni w Wiesbadenie, a potem uciekli nad morze. Tej wycieczki szczęśliwej pary, której za ojca służył Starża... nie myślimy opisywać, — szczęśliwi ludzie, jak ludy szczęśliwe, historyi nie mają.
Kilka tygodni w St. Malo zeszły błyskawicą, na przechadzkach czy tańcu i napawaniu się widokiem morza, któremu nigdy dosyć napatrzeć się nie można. Nareszcie i to marzenie skończyć się musiało, przyszło do pożegnań smutnych, do rozstania...
Gucio odjechał do domu tęskny, rozmarzony, ale spokojny o przyszłość, za którą mu ręczył charakter i energia Eweliny... W jej oczach czytał, iż go opuścić nie mogła i gotową była na ofiarę...
Stanowczo jednak nic nie postanowiono nad to, że Ewelina przyrzekła, jak najrychlej będzie mogła, przybyć i osiedlić się w Poznaniu. Starża miał jej towarzyszyć...


Pan Stanisław Moroz, ojciec Augustyna, był synem, wnukiem i prawnukiem kupców, przybyłych niegdyś z Rusi, ale od bardzo dawna osiadłych uobywatelonych tu, i właścicieli dwóch czy trzech kamienic... kilku placów, a nadewszystko rozległego handlu hurtownego, który, obyczajem dawnym, nie ograniczał się specyalnością jakąś wyłączną, ale obejmował niemal wszystko, czego życie kraju potrzebowało od obcych...

Była to jedna z tych firm starych, poważnych, używających nieograniczonego kredytu... dlatego właśnie, iż go nie potrzebowała... którą żadne przesilenie nigdy nie zachwiało, żadna strata nie zwichnęła.
Stary Moroz miał sobie za pewien punkt honoru w swej kamienicy głównej, w której od wieków istniał handel i składy pod „Złotem Gronem“ — nic nie zmieniać dla schlebiania smakowi wieku i jego elegancyi. Ani szyb owych wytwornych, ani za oknami zbyt prowokującej wystawy, ani ozdobnych kontuarów nie zaprowadził — choć się inni na to wysadzali. Sklep był takim, jakim go jeszcze dziad zostawił, trochę ciemny, nieco okopcony, z drzwiami mocnemi, czarnemi i zamkami fortecznemi... Złote grono co lat kilka odzłacano, okienice malowano na nowo, nad wchodem odświeżano wiszące głowy cukru drewniane i owoce w girlandy... ale to wszystko pozostawało w formie i barwie prastarej...
Wewnątrz też nie dopuszczano najmniejszego zbytku, ale porządek i ład, czystość, dostatek widać było wszędzie. Pomocnicy handlowi nie wyglądali na lwów i nie nosili lornetek, ale za to grzeczniejsi byli i niezmiernie sumienni.
Za szczęście sobie uważał początkujący taki kupczyk, jeśli go pan Moroz przyjął...
Stary, sam nie spuszczając się na nikogo, znaczniejszą część dnia spędzał na krześle w sklepie, doglądając swoję służbę, zajmując się sam większą częścią rachunków.
Klientela też domu tego była wielka i stała, a kto raz w nim brać zaczął, ten go już nie opuszczał.
Moroz pilnował mocno, ażeby w grzeczności i usłudze najuboższemu nie chybiono i najmniejszego nie lekceważono. Owszem, zdawał się szczególniejszą przywiązywać wagę do drobnych swoich odbiorców (wyraz nowy i zły, ale na lepszym nam zbywa) — do tych, co przychodzili z miedzianą monetą, a często i ze łzą w oku.
Naówczas, poznawszy po głosie, z postawy ukrywające się ubóstwo, szedł sam wydawać, czego żądano, i umiał razem z towarem wcisnąć, niepostrzeżoną, utajoną jałmużnę. Niekiedy pod pozorem jakimś pieniędzy nie wziął, lub sam proponował kredyt... oszczędzając miłość własną biedaków.
Obok sklepu, od dawnych lat zaprowadzone były dwa czy trzy pokoje, w których amatorowie mogli spokojnie wypić kieliszek czystego, zdrowego wina. Pan Stanisław nie lubił tej szynkowni, jak ją nazywał, ale święcie szanując co po ojcu odziedziczył, nie przestał jej utrzymywać.
Ci, co się prawdziwie dobrego chcieli napić wina, szli na nie do tych niepozornych izdebek sklepionych, z oknami kraciastemi, ale wogóle mało kto tu bywał i nie przesiadywano długo, bo Moroz choć fantazyi w czem innem nie lubił, był dziwakiem w swym rodzaju, osobliwie w winiarni.
Naprzód i tu także zostawił wszystko po dawnemu, wbrew obyczajowi wieku, który zbytku i świetności wymaga, proste stoły bajcowane, stołki twarde, wieczorem świece łojowe.
Komu się one niepodobały mógł iść gdzieindziej, bo Moroz i za zapłatę innych palić nie dopuszczał. Do godziny jedenastej najpóźniej mogli goście pozostać, o tej porze nieodwołalnie sklep zamykano i wypraszano spóźnionych.
Wszystkoby to jeszcze niczem było, ale Moroz stał na straży win swoich i trzymał się w wydawaniu ich pewnych prawideł, od których nie odstępował. Gdy mu oznajmiono, że się zjawił gość który żądał wina lub innego napoju, szedł naprzód sam zajrzeć, kto to był taki, znał bowiem doskonale miasto całe.
Trafiało się, że ubogi urzędnik lub mniej zamożny obywatel, pod dobry humor, zażądał nazbyt drogiego wina, naówczas Moroz, którego już znano z tego obyczaju, szedł, witał się grzecznie i sam zapytywał o rozkazy.
— Wina na cztery talary?... czy mi się nie przesłyszało? — odzywał się uśmiechając.
— Tak jest, szanowny gospodarzu...
— Hm, ale na cóż tak drogiego?...
Na dwa talary będzie bardzo czyste i smaczne, wierzcie mi... Toć to, szanowny panie, czasy ciężkie, grosza mało, a dla zdrowia i wesela, doprawdy, starczy i to, które rekomenduję.
Znajomi często usłuchali rady Moroza, a jeśli kto butnie odpowiedział i domagał się zbyt wykwintnego na swą kieszeń napoju, stary stawał, jak kamień.
— Nie mam wina... możecie państwo iść, gdzie chcecie...
To było ostatnie słowo. Sprzeczać się nie lubił i wychodził...
Surowiej jeszcze postępował, gdy młodzież, a choćby i starsi, miarę przebrali, za czwartą lub piątą butelką, przychodził z radą grzeczną, że możeby było dosyć, a potem podchmielonym więcej nie dawał.
Siadał w swoim fotelu i nie ruszając się z niego, słuchał stoicznie wymówek, nawet krzyków i połajań, ale nigdy prawidła swego dla nikogo nie złamał.
Znano go powszechnie z tego dziwactwa i byłby pewnie handel w ten sposób prowadzony upadł, gdyby nie rzeczywista wartość win, którym równych nie było nigdzie.
Tu etykieta na butelce była zawsze prawdziwą. Moroz znał się doskonale na winach, a gdy mu się beczka zepsuła, zamiast ją sztucznie naprawiać, słodzić lub wzmacniać i zrobioną miksturą truć klientelę — obracał ją na ocet. Z innemi, w handlu przypsutemi, towarami postępował w tenże sposób — nikt się tu poskarżyć nie mógł, ażeby mu dano rzecz w złym gatunku.
Do tradycyi starej firmy należało i to, że bogatym nie dawano wcale na kredyt lub na termina długie; ubodzy, przeciwnie, mieli wszelkie możliwe ułatwienia, zniżone ceny, rozkłady wypłat, często rachunki ciągnące się latami i powoli zaspokajane. Moroz tłumaczył to nietylko obowiązkiem posługi i pomocy, ale znajdował słusznem, aby majętnych nie nazwyczajać do robienia długów niepotrzebnych i wydatków zbytkowych.
Gdy przyszedł zwyczaj ogłoszeń, reklam szumnych, afiszów sążnistych i humbugu nęcącego kupujących, Moroz bardzo długo mu się opierał i wcale iść za nim nie chciał. Przekonano go wreszcie, że aby mieć nabywców na towar, potrzeba podać do wiadomości powszechnej, gdzie się on znajduje... trafiło to do jego przekonania, posłuchał — ale pilnował, aby w ogłoszeniach jego nigdy nie było słowa pochwały i przynęty.
Wszystkie te kuglarskie reklamy, których handel tak obficie używał, były dlań obrzydliwemi, znajdował, że one poniżają handel i równają poważne kupiectwo z wykrzykującymi w ulicy towar swój przekupniami. Firma nieposzlakowana, stara, niesplamiona skazą najmniejszą, według niego starczyć była powinna za wszystko. Rozciągał to tak daleko, że składu wyrobów owego słynnego niemieckiego reklamisty Hoffa, który głowom koronowanym słodowych fabrykatów dostarczał — przyjąć nie chciał, uważając go za szarlatana.
Że tak surowem i uczciwem postępowaniem Moroz musiał sobie zasłużyć na szacunek powszechny — domyśleć się łatwo.
Był on poważanym nietylko w kole swoich współtowarzyszów, ale przez wszystkich, co go znali.
W tym samym domu, którego dół cały zajmowały składy hurtowne, sklepy, winiarnie, lochy i komory na różne towary — a drugie piętro służba, oflcyaliści, pomocnicy sklepowi — familia pana Moroza i on sam zamieszkiwali na pierwszem piętrze...
Kamienica była stara, jeszcze z tych wieków, w których je budowano jak fortece, dwa piętra miała monumentalnie sklepione... mury grube, dach wysoki — ale wytworu i zbytku próżno w niej szukać było. Za to czystość utrzymywano jak największą, holenderską, myto i zamiatano codzień i najmniejszy kątek nie miał pozwolenia się zabrukać.
Na pierwsze piętro wiodły (na żelazne, ślusarską robotą z roku 1669, drzwi zamknięte) wschody ciemne dosyć, niebardzo wygodne, kręcone, załamywane, ale wcale malownicze...
Pokoje były obszerne, z framugami w murach ogromnemi, z piecami gdańskiemi, a od dziadowskiego podobno wesela, niewiele w nich się zmieniło..
Stara to była zamożność i dostatek, obrachowany na długie trwanie... sprzęt staroświecki, wykonany przez pół artystę pół rzemieślnika z miłością, z upodobaniem, ciężki, poważny, jakby dla innych zgotowany ludzi... Szafy stały rzeźbione ogromne, widocznie raz ustawione na lat kilkaset, bo je ruszyć nie było łatwo... przez nie widać było srebra pamiątkowe, holenderskie fajansy, porcelany chińskie i innych form naczynia. Gdzieniegdzie to skrzynia rzeźbiona, to zegar szafowy, suto ozdobny, to dywan dziwaczny świadczył o starem gospodarstwie domu. Nowego nic nie było, albo mało, pan Moroz znajdował, że to, co się dziś robi, mimo postępu w rękodziełach i sztuce ani smakiem, ani wykonaniem obok dawniejszych dzieł stanąć nie jest godnem. Wzrosła techniczna zręczność, ale miłość pracy zgasła; artysta rzemieślnik robi prędko, spekuluje i nie tworzy dla siebie, ale dla tłumu, którego zepsutemu smakowi dogadza.
To też wiek nasz, doskonały naśladowca przeszłych, nie ma własnego smaku, myśli, nie położy piętna na sztuce, z eklektyzmem sceptycznym powtarzając... co kto lubi... japońszczyznę, średnie wieki, rokoko... Wszystko mu jedno, byle sprzedał.
Wogóle pan Moroz, wielki starożytności miłośnik i gustu dobrego człowiek, choć ten w nim czystym był instynktem, powtarzał, iż sztuka, o której dziś tyle mowy i hałasu wszędzie — nie jest główną wieku zasługą i zadaniem.
— Niech robią machiny — mawiał — a rondelek pompejański zawsze piękniejszy będzie od najwysmażeńszego bronzu XIX wieku...
Moroz oddawna był wdowcem, mieszkanie więc miał za obszerne może dla siebie, siostry i syna, ale rachował na to, że Augustyna kiedyś ożeni... Stało to więc, jak niegdyś bywało, w oczekiwaniu na zaludnienie, trochę pustką, ale poważną i piękną.
Parę pokojów oddawna zajmowała panna Zuzanna Morozowna, siostra jegomości, prowadząca gospodarstwo domowe... Długie jej życie w domu brata, nawyknienie do porządku, uczyniło ją wiernem odbiciem prototypu familijnego. W niektórych nawet praktykach domowych była jeszcze od brata silniejszą.
Panna Zuzanna miała lat pięćdziesiąt, lubiła koty, pilnowała bardzo skrzętnie bielizny, srebra i porcelany, farfur holenderskich i szkieł, w które dom był obficie zaopatrzony; chodziła do kościoła, stała na straży postów i świąt, a wcześnie się wyrzekłszy wszelkich widoków małżeńskich, wiodła życie szczęśliwe, spokojne i jak zegar regularne. Ubierała się trochę ze staroświecka, ale z wielkim smakiem i tym instynktem kobiecym, który zgaduje, co ładne; a że niegdyś była piękną, na starość też zachowała rysy szlachetne, którym spokój duszy dodawał blasku. Gdy szła z książką nabożną w ręku, uśmiechnięta, poważna, do kościoła, spojrzawszy na nią, jakoś się w duszy dobrze robiło...
Wspomnieliśmy, dla historycznej dokładności, że lubiła koty, miała ich dwa i bardzo piękne — ale najwspanialszy, sybirski, olbrzymi, popielaty faworyt, który drzemał godzinami na jej kolanach, nie wypełniał jej serca tak, by największa część jego dla synowca nie została.
Kochała Gucia miłością prawdziwie macierzyńską, bo też mu zastąpiła wcześnie zmarłą matkę i było to jej dziecię... jej ulubieniec... dla niego jednego gotową była nadwyrężyć porządek domowy, zmienić program przedwieczny... Gucio w jej oczach był wszelaką doskonałością, ideałem, cudem, myślała o nim, czekała na niego, płakała, gdy wyjeżdżał, witała go ze łzami, chodziła na palcach, gdy zasnął.
Gdy po rozstaniu dłuższem przybywał Gucio, panna Zuzanna zbiegała ze schodów, gubiła klucze, domowi jej nie poznawali, takie ją opanowywało wzruszenie...
Co wycierpiała gdy Augustyn postanowił pójść do oddziału, gdy go potem przywieziono ze strzaskaną ręką do domu — jeden Bóg wiedział tylko... Trwoga o niego zmieniła ją do niepoznania, dnie i noce trawiła przy jego łożu, zalewając się łzami, modląc się i nie odchodząc, chyba do kościoła, gdzie krzyżem leżała prosząc Boga, aby go im zachował.
Od tej chwili Gucio z ideału młodzieńca stał się dla niej bohaterem... Dawniej już ubolewała nad tem, że nie znajdzie dlań na świecie godnej niewiasty — teraz mniej jeszcze przypuścić mogła, by która kochać go była wartą i losy jego podzielać. Gucio stał tak wysoko w jej przekonaniu, iż królewnej dlań było za mało...
Młody chłopak płacił tę miłość macierzyńską przywiązaniem i poszanowaniem synowskiem, miłością dziecięcia...
Takim był dom ten niepozorny jak jego właściciel, cichy... trochę klasztornej fizyognomii. Prowadzono w nim życie oszczędne i skromne, chociaż bilansy doroczne wykazywały coraz wzrastający i już bardzo znaczny majątek w obrocie, towarach, nieruchomościach i kapitałach. Ale ten przyrost majątku bynajmniej na zmianę trybu życia nie wpływał, był dostatek, zamożność — strzeżono się zbytku. Guciowi ojciec dostarczał hojnie na wszystko, co do jego wykształcenia służyć mogło, ale odmawiał wszystkiego, co wdrażało do miękkości i dawało nałogi niebezpieczne a groźne.


Powrót Gucia do domu nigdy może tak uroczyście obchodzonym nie był, jak teraz. Panna Zuzanna rozpłakała się na widok jego, ojciec na pół dnia porzucił swój fotel w sklepie; godziny stołowe, porządek dzienny był przewrócony; nagadać się z nim dosyć nie mogli. Ale właśnie, gdy i stary Moroz i ciocia byli w tem usposobieniu szczęśliwem, nasz podróżny przyjechał, czy znużony, czy niebardzo zdrów, milczący jakiś i smutny. Napróżno się go dopytywano, nie przyznawał się ani do choroby, ani do zmęczenia, przecież widać było, że coś na nim ciężyło. Ojciec niebardzo na to zważał, ale macierzyńskie oko panny Zuzanny wniosło niepokój do jej serca.
— Coś mu jest — rzekła sobie — ale ja tego dojść muszę...
Na parę dni stary Moroz uwolnił jeszcze syna od zajęć zwyczajnych, utrzymywania ksiąg i rachunków, zapowiedział mu wszakże, iż po ich upływie, potrzeba się zająć szczerze buchalteryą, mnóstwem zaległych korespondencyj i rachunków.
Stało się, jak rozkazał i młody człowiek, nawet nie czekając ostatecznego kresu swoich wakacyj chciwie się jął zatrudnień obowiązkowych.
Panna Zuzanna szemrała przeciwko temu ojca rygoryzmowi, uległa przecie sądząc, że praca będzie zarazem lekarstwem na przywiezione z podróży znużenie innego rodzaju...
Nie skutkowała ona jednak. Augustyn był zawsze milczącym, smutnym i nie takim, jakimby go była ciocia widzieć pragnęła. Dawne wesele młodości, humor ochoczy, czoło jasne, zastąpiła przedwczesna powaga i tęsknota. Szukając przyczyn, opiekunka wpadła na myśl, że miłość kraju i smutne koleje, jakie on przebywał, wpływ musiały wywrzeć na biednego chłopca...
Nie domyślała się wcale, że przywiózł z sobą chorobę nieuleczoną — miłość; że na dnie serca zagrzebaną była tajemnica, której nawet tej przybranej matce powiedzieć nie mógł.
Obok kamienicy Morozów, świeżo odnowiony bardzo wykwintnie, stał dom Würflów, w którym pierwsze piętro było do najęcia.
Ponieważ starego kupca obchodziło dosyć to sąsiedztwo, dnia jednego, gdy tabliczkę zdjęto, posłał na zwiady chłopaka, kto najął to pomieszkanie. Odpowiedziano mu, że jakaś nieznajoma pani ze wsi je najęła.
W kilka dni potem, zjawił się skromny, ale wygodny ekwipaż, a kupiec dowiedział się, że nowa lokatorka przybyła. Obchodziła ona także dosyć ciekawą pannę Zuzannę... która pierwsza doszła, że to była młoda, bardzo piękna wdowa z prowincyi, która zimę miała w mieście przepędzić.
— Przyznam się — rzekł Moroz, gdy mu to oznajmiła przy obiedzie — że to nie jest dla nas miłe sąsiedztwo. Młoda wdowa! Wiemy, co to ma znaczyć, gdy zimę w mieście przepędza... Będzie dawać wieczory, bale, szumu i hałasu w ulicy dosyć, po nocach się trzeba pilnować, żeby gdzie jeszcze lokajstwo pijane ognia nie zapuściło... bo kobieta sama, pewnie tam ładu nie będzie.
Jakoż w parę dni potem, stary Moroz, stojąc we drzwiach sklepu, ujrzał, wychodzącą z sąsiedniej bramy, kobietę młodą, piękną, bardzo skromnie ubraną, która szła pieszo do kościoła z książką do nabożeństwa... Domyślił się, że to być musiała jego nowa sąsiadka... i ucieszył się, że ją tak znalazł skromną. Może wieczorów dawać nie będzie? — rzekł w duchu.
W parę godzin potem, taż sama piękna pani, powracając z miasta, zaszła do sklepu. Kupiec był na progu... spotkali się oko w oko... Uderzyła go nadzwyczajna piękność i ujmująca fizyognomia pani, która przyszła sama dowiedzieć się o potrzebne jej do domu zapasy i dosyć jakoś długo, troskliwie wypytywała pana Moroza...
Kupiec odprowadził ją grzecznie, aż za próg domu, a gdy dnia tego zasiedli do stołu — odezwał się do panny Zuzanny:
— A widziałażeś też asińdzka piękną sąsiadkę naszą?...
— A waćpan?
— Hm! jam nietylko ją widział, ale z nią dosyć długo rozmawiałem.
Gucio tak był zajęty talerzem swym w tej chwili, że nie zdawał się nawet słuchać o czem mówiono.
— Otóż przecie i ja ją przez okno widziałam — odezwała się panna Zuzanna — gdy wychodziła z kościoła... Ale — że śliczna to śliczna... Wiele mamy pięknych osób w Poznaniu i między naszemi paniami, i z arystokracyi, ale co ta — to ludziom głowy pozawraca... bo w istocie piękniejszej sobie wystawić trudno... Widziałeś ty ją Guciu?
Augustyn podniósł głowę i spytał:
— Co?
— Nie słyszałeś o czem mówiliśmy?
— Przepraszam... nie uważałem.
Ale czerwony był tak, że ciotka się przestraszyła.
— Mój Boże, czy ci krew uderzyła do głowy?
— Mnie — ale nie... O czemże była mowa?
— O pięknej naszej sąsiadce... której ty podobno nie widziałeś...
Ojciec, nie zważając na Gucia, dodał:
— No tak, tak... rozmawiałem z nią...
— Więc cóż? jak?
— A no, z ruchów, twarzy, obejścia niby wielka pani, ale łagodna i grzeczna, jak one rzadko bywają. Zdaje się, istota jakaś spokojna i miłego charakteru... zresztą, czy to tam z pierwszego wejrzenia i dwóch słów rozmowy sądzić można... o kobiecie... Ciche wody! Ciche wody!
— No! już znowu na kobiety pleść będziesz — odezwała się panna Zuzanna.
— To mi się w niej podoba, że piechotą chodzi i ubiera się skromnie, choć szalenie ładna... Mówią, że wdowa...
— Tak, ale jej tu nikt nie zna...
— Nikt...
Na tem się skończyła rozmowa.
Czytelnik od pierwszego słowa poznał w pięknej nieznajomej, baronowę Ewelinę, o tem wątpić się nie godzi. Ona to była w istocie.
Augustyn wcale się nie domyślał zrazu jej przybycia, dopiero od wczoraj dowiedział się o niem i z przestrachem niemal, drżąc, rozważał, jakie mieć to może następstwa. Położenie jego zdawało się niewymownie trudnem, brzydził się kłamstwem, w fałszu żyć nie mógł, walczył więc z sobą, co począć... milczał jeszcze, ale co najrychlej potrzebował się widzieć z Eweliną, aby coś postanowić i wymódz na niej, żeby do krycia się z jej znajomością nie był zmuszonym.
Czekał tylko wieczora, myśląc się wymknąć z domu i pomówić z nią. Przychodziło mu także do głowy zwierzyć się z wszystkiego ciotce, ale nie mógł się na to ważyć, dopókiby się nie zobaczył z Eweliną...
Od stołu wstawszy, poszedł do swojej pracy, ale cyfry mieszały mu się przed oczyma... robić nic nie mógł. Troskliwa panna Zuzanna, która uważała, że mu krew biła do głowy, przyszła do niego i namówiła, aby na dzień rachunki odłożył, jeźli potrzebuje ruchu i spoczynku.
Augustyn wybiegł, bo ojciec także radził mu przechadzkę, ale wyszedłszy i przypomniawszy sobie, że sąsiedni dom Würflów ma drugie wnijście od bocznej ulicy, pośpieszył niepostrzeżony do Eweliny...
Nie widzieli się od tak dawna!!
Ona go oczekiwała od rana, ale nie była pewna, czy o niej wie nawet i czy surowa domu klauzura przyjść mu pozwoli... Gdy drzwi otworzył i postrzegła go w progu, krzyknęła z radości, biegnąc przeciw niemu z wyciągnionemi rękami...
Gucio pochwycił dłonie białe, był tak wzruszony, że się długo odezwać nie mógł.
— Cóż mówisz na to? — spytała trwożliwie młoda kobieta — dobrze, czy źle zrobiłam? Trochę serce, trochę głowa mi podyktowała to postępowanie... zresztą jestem fatalistką, co ma być... to się stanie. Dłużej mi tak daleko wytrwać było trudno, niepodobna.
— Nie pytaj mnie, droga pani... nic nie wiem — rzekł Augustyn — cały ranek dzisiejszy spędziłem w gorączce... w niepokoju, wiedząc, że tu jesteś, a nie mogąc się zbliżyć... U stołu była mowa o pięknej sąsiadce, musiałem udawać, że nie słyszę... Ale tak długo nie wytrwam... Niepodobieństwem jest dla mnie żyć w fałszu i wykradać się, aby cię widzieć. Nie mam zapewne potrzeby spowiadać się przed ojcem z uczuć moich, ale nie podobna, żebym udawał ciągle, iż jestem wam obcy i nieznajomy... Toby było nad siły moje...
— Zrobisz, jak zechcesz — odpowiedziała Ewelina.
— Muszę powiedzieć, że was u wód poznałem — rzekł Augustyn wzdychając — choćby to miało podejrzenie obudzić. Ale nie będzie to wam przykre, zwracając zbytnio mojego ojca uwagę?...
— Mnie? — zawołała Ewelina spokojnie. Pojmujesz, żem tu nie przybyła w nadziei, iż jak Cezar przyjdę, spojrzę i zwyciężę. Gotową jestem na walkę, boleść, oczekiwanie, na przykrości i sceny... Wyobraźnia moja, zbrojąc mnie przeciw wszystkiemu, co spotkać może, wcześnie wyczerpała wszelkie prawdopodobne wypadki... na które się dobrowolnie narażam, a serce się ich nie ulękło... Rób więc jak uznasz godniejszem dla siebie i dla nas, choćby to przykrzejszem razem być miało... Jeźli to przyśpieszy... choćby wybuch nawet, a rozjaśni położenie nasze, tem lepiej. Jako sprzymierzeńca, spodziewam się co dzień tu hrabiego Starży, który mi obiecał nadjechać. Zna waszego ojca...
— Tak, widzieli się w Wiesbadenie i byli z sobą od pierwszego spotkania bardzo dobrze...
— Nie sądź tylko, kochany Guciu — dodała — abym żądała przyśpieszenia, rozwiązania, dlatego, że mi cięży położenie nasze i walka... nie. Jestem cierpliwą, będę nią i nie zawiedziesz się na mem sercu...
Tu, na miejscu, lepiej jeszcze zrozumiałam trudności, małe przykrości naszego położenia, prozę sytuacyi tej, ale mnie to ani ostudza ani przeraża...
— Ale jak wytrwasz w tem życiu, do którego nie przywykłaś, w osamotnieniu?... — spytał młody człowiek.
— Osamotnienie z książką, z myślami, o trzy kroki od domu waszego, wcale mi nie cięży, ma swój wdzięk nawet. Jeźli kiedy, to teraz towarzystwo tłumne ciężyło by mi... O to się nie lękaj... byłam trzpiotem z rozpaczy, nie jestem nim z usposobienia...
Narada trwała dość długo, rozejść się było trudno, nareszcie o szarym mroku Gucio, śmielszy, z trochę jaśniejszą twarzą, wymknął się boczną uliczką z domu i powrócił do swojego mieszkania.
W godzinę potem poproszono go na wieczerzę. W izbie jadalnej ojca jeszcze nie było. Panna Zuzanna oczekiwała na niego, chcąc się co najrychlej przekonać, czy bicia krwi ustały, czy przechadzka pomogła... ucieszyła się, widząc oblicze jego weselsze...
— Ale bo to ten ojciec cię zamęcza — rzekła — młodemu takie siedzenie po całych dniach ani zdrowe być może, ani właściwe... tysiąc razy mu to powtarzam, uparty, udaje, że nie słyszy...
— To mi nic nie szkodzi — rzekł Gucio — a pracować nietylko potrzebuję dlatego, że obowiązek, ale, że próżnowaćbym nie potrafił!
— O bo ty jesteś doprawdy aż do przesady poczciwym synem... — zawołała ciotka.
Gucio spuścił oczy i zaczerwienił się. Wtem wszedł ojciec, bardzo jakoś chmurny i milczący... twarz miał swą urzędową, po której było można poznać, że go coś dotknęło. Naówczas zwykł był zamykać się w sobie i trudno z niego było dobyć słowa. Panna Zuzanna i syn, od pierwszego wejrzenia, po chodzie, po ruchu, po siadaniu do stołu, poznali zły humor starego...
Myślała wszakże panna Zuzanna, iż go rozerwać potrafi, wznawiając ranną rozmowę.
— Cóż sąsiadka panie Stanisławie? — odezwała się — nie pokazała się tam znowu?
— Nie, jużem jej więcej nie widział — rzekł bardzo pocichu Moroz — i nie ciekawym.
— A ja się przyznaję, jako kobieta, że ciekawa jestem i takiem sznurkowała, dowiadywała się na wszystkie strony, że wiem nawet jej imię i nazwisko...
— Pani baronowa Ewelina Skrzycka — przerwał ponuro Moroz — ja to oddawna wiedziałem...
Tu już wypadało się Guciowi odezwać lub nigdy, miał postanowienie silne nietajenia się i schwycił tę zręczność, choć przewidywał, że może przykrą wywołać indagacyę.
Chłodno więc, o ile mógł, podniósłszy głowę — rzekł:
— Pani Skrzycka?... Zdaje mi się, że ją u wód w Wiesbadenie poznałem... Hrabia Starża mnie prezentował tej pani.
Ojciec powoli zwrócił na niego oczy, nie okazując, aby go to wyznanie nazbyt dotknęło, ale ciotka aż się porwała z krzesła.
— Jak to? znasz ją? — zawołała — i nic nie mówisz? znasz? ale powiedzże mi zaraz, kto, co, jak? Przecież kiedy ją widywałeś... coś od nas więcej wiedzieć musisz?...
— Jeźli ta sama jest — spokojnie odpowiedział Gucio, na którego ojciec patrzał z uwagą, ale nie okazując zbytniego zajęcia — jest wdową, zdaje mi się z Galicyi, osoba bardzo majętna, wykształcona i miła.
— Hrabia Starża ją zna? — spytał Moroz — to ten sam, który był u ciebie za mojej bytności? nieprawdaż?
— Ten sam — rzekł syn.
— A miły człowiek, przyzwoity, ale dyable arystokratyczna figura!...
— Więc i ta pani — przerwała Zuzanna — liczy się pewnie do arystokracyi... galicyjskiej?
— Może, nie wiem — rzekł Gucio — ale o ile z rozmów wnosić mogłem, nie obyczajem i przekonaniami...
— Tak — przerwał stary — wiedząc, żeś asan synem kupca, naturalnie z temi przekonaniami przed nim popisywać się nie mogła. To tylko dowodzi zręczności.
— Charakter ma zbyt otwarty, często aż do zdziwienia — rzekł Gucio — aby ją można posądzać o taką dla jakiegoś kupczyka wyrozumiałość.
— Jakiegoś kupczyka? — przerwała ciocia potrząsając głową... — jakiegoś kupczyka!
— Ale to ją widzę dobrze znasz? — spytał Moroz.
— Tak, jak się u wód poznaje... rozmawialiśmy często — mówił Gucio coraz spokojniej.
— Zatem już sama grzeczność i przyzwoitość wymagać zapewne będzie, żebyś ją asan odwiedził?
Popatrzył w oczy synowi pytająco.
— Chybaby to ojcu przykrość uczynić miało? — zapytał syn.
— Mnie! mnie! — ruszając ramionami, rzekł Moroz — a co to mnie ma obchodzić! Nie powiem, żebym cię do tego zachęcał i widział w tem coś bardzo zaszczytnego i miłego... prędzej się będę lękał takich stosunków, które do niczego nie prowadzą a odprowadzają od wielu rzeczy poczciwych... Ale, mój Guciu, tyranem do tego stopnia nie jestem... tyś już mężczyzna... mogę ci radzić, zabronić nie myślę. Masz prawo rozporządzać sobą, ojciec ci jest przyjacielem nie despotą... Zrobisz sobie, co uznasz właściwem.
Znasz moje zasady — dodał — najbezpieczniej jest żyć w swojem kole, a nie drapać się do tych, którym się zdaje, że łaskę nam robią, jeźli w salonie siedzieć poproszą i jako ludzi traktują. Znajomości wodne zresztą mają tę własność podobno, że po za próg kursalu nie obowiązują...
Gucio wysłuchał tych słów ojcowskich coraz śmielszym się czując — ale nie rychło odpowiedział na nie.
— Może mi ojciec zaufać, że nie popełnię nic nieprzyzwoitego, ani się narażę na upokorzenie — ale jeżeli jeszcze Starża, z którym byłem bardzo dobrze, przyjedzie, nie taję, iż mi tam być wypadnie...
Moroz spuścił głowę i jadł... — mruknął tylko:
— Jak sobie pościelesz tak się i wyśpisz, mój kochany. W mojem życiu, choć nieraz wabiony do salonów, nigdy nie uległem pokusie figurowania w nich na ostatniem miejscu i z łaski... było mi z tem nieźle... Ty zrobisz, jak ci lepiej... jak właściwiej, ale pamiętaj, jeźlibyś się sparzył... że ojciec przestrzegał.
Panna Zuzanna obrotem rozmowy tak jakoś była zdziwiona, iż się już do niej nie wmieszała... ale oczy jej biegały z syna na ojca, z ojca na syna, usiłując coś wybadać. Czegoś się domyślała... Macierzyńskie jej serce nagle uderzone zostało jakby objawieniem czegoś, co jeszcze nie było dla niej jasnem, ale z każdą chwilą nabierało większego prawdopodobieństwa. W fizyognomii Moroza czytała powstrzymywane nieukontentowanie, w twarzy syna jakby źle osłonioną tajemnicę.
— O, że tego dojść muszę... — powiedziała sobie w duchu — to muszę... Jak to być może, ażeby Gucio się taił przede mną... a! temby mnie obraził śmiertelnie...
Nastąpiło milczenie; stary Moroz przerwał, jakby umyślnie, drażliwą rozmowę, zwracając ją na handlowe sprawy, weksle, korespondencye, rachunki. Mógł się przekonać z niej, że Gucio tego dnia wcale nic, mimo przechadzki, nie zaniedbał...
Ciotka w milczeniu już teraz tylko na Augustyna patrzała, pod jej wzrokiem badawczym... nie mógł wytrwać biedny młody człowiek, tak czuł, jak on daleko sięga w jego duszę; mieszał się nieco, widząc się niemal przedwcześnie odgadniętym.
Tu słówko jeszcze o pannie Zuzannie.
W wielu rzeczach sposób jej widzenia zgadzał się zupełnie z bratem, miała ona jego demokratyczną dumę, jego surowe wyobrażenia o obowiązkach pracy — ale ostateczne wnioski tych przekonań u panny Zuzanny były inne. Wiedziała ona naprzykład, że z małego handlarza, Torlonia dorobił się księstwa i ożenił z jakąś księżniczką... słyszała o Medyceuszach... i nie sądziła, ażeby Gucio mniej był wart od pierwszego i drugich. Dla niego roiła świetności i najwyższe stanowiska na przekór bratu, który chciał go przykuć na wieki do ławki korzennego sklepu.
Jak błyskawica przebiegła po jej głowie myśl, że znajomość z tą młodą wdową, z hrabią, przyjazd ich obojga do Poznania... nie są bez znaczenia. Choć Gucio mówił o tem spokojnie, ona widziała w jego twarzy, czuła w głowie, iż to wszystko nie było dlań obojętnem.
Skończyła się wieczerza, a po niej, jak zwykle, ojciec poszedł do swego pokoju. Gucio oddawszy dobranoc ciotce, pośpieszył także do siebie. Panna Zuzanna została w jadalni, chodząc wielkiemi krokami, myśląc, usiłując odgadnąć i na przemiany to przewidując jasno, co się święciło, to sama uśmiechając się ze swych domysłów.
W pół godziny potem, z flaszką kolońskiej wódki, którą wyjęła z szafki dla pozoru, poszła niespokojna zapukać do drzwi Gucia...
Zastała go z książką u stolika...
— Mój drogi Guciu — rzekła, wchodząc trochę zakłopotana — uważałam, że cię musiała głowa boleć... pewnie ty nie masz wódki kolońskiej? Przynoszę ci ją... mnie ona w takich razach służy bardzo...
Gucio się zerwał z krzesła.
— Dziękuję, serdecznie dziękuję — rzekł, całując ją w ręce — ale głowa mnie już nie boli.
— Już nie boli? — powtórzyła Zuzanna, przysiadając na fotelu... A! to chwała Bogu.
To mówiąc, badawczo, ciekawie wpatrywała się w smutną twarz jego...
— Chciałam też — dodała ciszej — trochę się ciebie... popytać o tę naszą sąsiadkę, która mnie mocno zaintrygowała...
Spojrzała mu w oczy. Gucio pokraśniał, jak wiśnia — udawać nie umiał.
— Słuchajno — dodała po chwili milczenia, widząc go pomieszanym — mam prawo nazwać się niemal matką twoją... i sądzę, że na zaufanie zasłużyłam. Serce moje przeczuwa jakąś tajemnicę, przysięgam ci, że nic nie wiem i że tylko instynktem przywiązania mego do ciebie zgaduję wszystko. Bądź ze mną szczerym... Guciu...
Augustyn pocałował ją w rękę, ona go w czoło.
— Instynkt ten wasz macierzyński nie zawiódł — rzekł z cicha — tak jest, znam tę panią, jest to kobieta wyższa nad ideał, jaki wymarzyć mogłem... Kocham ją...
— Ona też ciebie? — dodała żywo ciotka — to nie może być, żeby ona cię nie kochała... Przybyła tu dla Gucia? nieprawdaż? Obawiacie się ojca! A! wszystko! wszytko odgadłam, widziałam, jak na dłoni... wprzódy, nim mi powiedziałeś słowo... Mówże mi wszystko, spowiadaj się szczerze... niech wiem, co z tem począć. Ona jest śliczna! śliczna... i takiego coś ma szlachetnego w sobie...
Opowiadanie Gucia, mimo najszczerszej chęci, nie da się powtórzyć, było to coś tak żywego, przerywanego, dopełnianego ruchem, odgadywanego w połowie kochającem sercem... czego słowy zimnemi odmalować niepodobna.
Augustyn wyznał się przed swą opiekunką nie tając nic, usiłując żywemi barwami przedstawić jej swe przywiązanie, swój ideał, poświęcenie tej ubóstwianej istoty, a wreszcie obawy o ojca i jego surowość.
Ciotka słuchała, płakała, ściskała go, użalała się, łamała ręce, chodziła po pokoju, szukała środków i odrazu poślubiła sprawę dziecięcia gorącem, kochającem swem sercem.
Ale oznaki współczucia nie dopomogły do znalezienia sposobu postępowania ze starym Morozem i pokonania biernego oporu jego, jaki już się zapowiedział w kilku słowach przy wieczerzy. Potrzeba było zostawić wyszukanie dróg postępowania rozmysłom, a trochę samemu obrotowi wypadków... Gucio i ciotka rozstali się spłakani, rozczuleni, niepewni, ale ufni, że wspólnemi siłami wszystkie przeszkody przełamią...
Młody człowiek czuł się stokroć swobodniejszym i silniejszym, nie potrzebował taić się i kłamać — oddychał.


Bruk miejski przynajmniej tak obfity jest i żyzny w problematyczne postacie które na nim urastają, jak grzyby. Wśród wsi poczciwej tajemnic niema i zagadkowe istoty w lesie żyć nie mogą, tu wszystko jest pod oczyma wszystkich... Każdy zna sąsiada pochodzenie, tryb życia, środki egzystencyi, nałogi, wady i cnoty... W mieście, byleby kto chciał lub miał w tem korzyść, ażeby ukryć się w cieniu cały, albo część żywota osłonić od natrętnych oczów, przychodzi mu to z największą łatwością. Nigdzie też istoty problematyczne, zagadkowe figury, nierozwikłane, sfinksowe fizyognomie nie są obfitsze, jak na miejskim bruku. Im większe miasto, gęstszy las, tem grzyby te rosną śmielej i gromadniej. Ale i najmniejsze ogniska ludności nie są wolne od podobnych zjawisk, przybyłych nie wiedzieć skąd, żyjących nie wiadomo z czego... a wślizgujących się tam nawet, gdzie ich wcale przyjmować nie chcą...
Do takich zagadkowych figur, dobrze znanych mieszkańcom Poznania w tym roku (i od lat już kilku) liczył się p. Maksym Trogowski. Nikt z pewnością nie mógł powiedzieć, ani skąd przybył, ani co robił, ani dlaczego tu mieszkał, nawet czy był obywatelem Księstwa, czy innej części kraju. To pewna tylko, że dobrze widziany przez władze, nigdy przez nie nie był niepokojonym...
Pan Maksym nie powoływany, sam nigdy o przeszłości nie mówił, — przyciśnięty, wspominał o swej familii w Księstwie, o krewnych w Królestwie, o powinowatych w Galicyi — ale głucho i w sposób nieoznaczony. Od lat kilku zmieniając tylko mieszkanie, stał po hotelach różnych i w Bazarze, zawsze zajmując mieszkanie dosyć paradne i kosztowne, żyjąc tak jakby miał środki do życia bardzo obfite... Ubierał się wykwintnie, odbywał podróże do wód i do stolic, grał w karty grubo, wydawał pieniądze nie skąpiąc, należał do wszystkich wybryków złotej młodzieży; słowem, uchodzić mógł za człowieka dostatniego, który z czasem swym i pieniędzmi niebardzo wie co począć...
P. Maksym mógł mieć lat trzydzieści kilka, ale wyglądał bardzo świeżo i młodo; rysy jego twarzy nie były ani piękne, ani brzydkie, uderzało w nich to tylko, że na nich dusza nigdy nie grała... krzywiły się czasem konwulsyjnie... niby śmiechem, niby smutkiem, ale to było ściągnięcie muskułów i skóry, naśladujące tylko pewien wyraz... cudzych obliczów. Nikt nigdy nie zajrzał do głębi tego człowieka...
W towarzystwie robił z siebie, co chciał — był dowcipny, poważny, melancholiczny, tajemniczy, otwarty, ale w najweselszej i najrozpasańszej kawalerskiej hulance, po kilku butelkach wina, Maksym więcej się nie otworzył, nie stał zrozumialszym, niż gdy był na czczo.
Uderzało to także, iż dzielił pojedyńczo przekonania wszystkich, potakiwał każdemu, a gdy sporne zdania przychodziły do walki, umiał się zawsze od niej usunąć, zostać na boku i wytrwać na neutralnym gruncie. Był to talent w swym rodzaju niepospolity.
W towarzystwach lekkich, gdy szło o zabawę, o urządzenie rozrywek, Maksym na gospodarza balów, wieczorów, teatrów amatorskich — był jakby umyślnie zrodzonym. Nikt nad niego wspanialej, smakowniej, kosztowniej nie umiał urządzić pikniku... wystawić podwieczorku... spalić fajerwerków i bardziej po pańsku gospodarować na balu...
Gdzie on przyłożył rękę można było być pewnym, że wino będzie od najpierwszych liwerantów... pasztety najświeższe, ostrygi najwyszukańsze... stół najwytworniejszy. Lubił i sam występować pańsko i drugich w to wciągać; na rachunek wcale nie zważał, jakby pieniądz go nic nie kosztował...
Wszystka przyzwoita młodzież chlubiła się jego przyjaźnią; — przyjmowano go wszędzie, a choć czasem powstawały wątpliwości i wahania, umiał on je przez swych przyjaciół usunąć.
Wpływało wiele na to chętne przyjmowanie w towarzystwach Maksyma, że nigdy o polityce nie mówił, w sprawy ogólne się nie wdawał, a jeśli uniknąć nie było można wypowiedzenia przekonań, objawiał zasady konserwatywne i głosił się legitymistą in petto, ze wszystkiemi konsekwencyami... W święta i niedziele chodził regularnie do kościoła, w piątki po domach, gdzie do wyboru był post lub mięso, zawsze bywał z postem, a wogóle cisnął się raczej do towarzystwa arystokratyczniejszgo, niż do kółek poślednich. Wyjątek stanowiły domy bankierów, kapitalistów i ludzi wielkich fortun, które starczyły dla Maksyma za genealogię.
Jaki właściwie był cel życia tego człowieka, nikt się domyśleć nie mógł, — nie dorabiał się, to pewna, bo nie pracował, nie zabiegał o ożenienie; — lubił się bawić, a nadewszystko grać. Że zaś grał uczciwie acz grubo i szczęśliwie... mogło do pewnego stopnia tłumaczyć tę zagadkową egzystencyę. Obracał się też wyłączniej w kole młodzieży bogatej, którą do siebie zwabiać umiał i psuł po trosze.
Obok tych wszystkich przymiotów, Maksym miał jeden jeszcze... mimo niepozornej twarzy, lat trzydziestu kilku... i wcale nie fascynującej powierzchowności, — był nadzwyczaj szczęśliwym do kobiet... Nie chlubił on się tem, był niezmiernie dyskretny, ale gdy chciał, mówiono, że głowy wszystkim zawracał... uchodził też za Don Juana... choć jak inne jego życia wypadki, i kronikę zalotną, gęsta mgła pokrywała, przez którą ledwie się gdzie niegdzie przebiła maleńka ploteczka...
Maksym znany był całemu miastu... a więc i p. Morozowi; niekiedy ugaszczając u siebie wybranych, chodził sam do kupca najprzedniejsze wybierać wina, był dla niego nadzwyczaj grzecznym... i tem go sobie nieco ujął. Płacił zresztą gotówką i bez najmniejszego targu...
Przechodząc ulicą, wystrojony, wyświeżony, pachnący, w świeżych codzień rękawiczkach, — jeśli droga wiodła około „Złotego grona,“ uchylał zawsze kapelusza przed Morozem, a niekiedy parę z sobą słów przemówili.
Nazajutrz po zwierzeniu się Gucia cioci i rozmowie z ojcem, p. Stanisław stał niespokojny czegoś przed sklepem, jakby wyglądał kogoś i oczekiwał na coś.
Odwoływany do środka, powracał na próg, i nie spuszczał oka z ulicy.
Było około jedenastej może... gdy ukazał się przechodzący pan Maksym. Zdala już dostrzegło go oko kupca... i nie zeszło już z niego, wiódł go tak aż przed swój sklep, a gdy, wedle obyczaju, kawaler grzecznie mu się ukłonił, Moroz oddając mu jeszcze grzeczniejszy ukłon z uśmiechem, postąpił parę kroków naprzód.
— Dzień dobry panu dobrodziejowi — rzekł, podając mu rękę.
— Dzień dobry...
— Uczyń mi pan ten honor i racz do mnie wstąpić na chwileczkę — rzekł Moroz... Wiem, że pan dobrodziej jesteś tu u nas najpierwszym win znawcą, autorytetem, który i ja uznają. Otóż parę dni temu trafiła mi się partya starego tokaju... mam ochotę ją kupić, alebym pragnął zasięgnąć i zdania pańskiego... Nie odmów mi i wstąp na kieliszek.
— Ale szanowny panie — odparł, zatrzymując się z uśmiechem grzecznym p. Maksym, spojrzawszy na zegarek — jest jeszcze tak rano...
— Wszakci tylko skosztujesz pan, ja do picia nie zmuszam... Mam świeże i dobre przekąski, z których sobie wybierzesz, co wolisz, i kieliszek tokaju, to nigdy zaszkodzić nie może... Ażeby dobrze smak wina i zapach ocenić, właśnie potrzeba być prawie na czczo...
Maksym, któremu to pochlebiało... zawahał się, ale odmówić nie mogąc wszedł do winiarni. Stary Moroz coś szepnął chłopcu, przyniesiono sardynki, sery, pasztet i starą, obrosłą, pajęczynami okrytą butelczynę węgrzyna, której sam kształt był patentem jej wieku...
Moroz dobył powoli korek, ostrożnie nalał w kieliszek płynu bursztynowego i postawił go przed Maksymem, który naprzód powąchał. Nie potrzeba było zbliżać się nawet do kieliszka, gdyż z odetkniętej butelki woń silna, miła, zdrowa rozeszła się po izbie...
— Bez pochlebstwa — zawołał, kroplę kosztując Maksym — takiego wina jeszcze w życiu nie kosztowałem... a! to nektar! to nektar...
— Tokaj! kapka! — rzekł Moroz.
— Dziwna rzecz — kończył Maksym — czuć, że jest bardzo stare, a nic nie zdębiało, nie przetrawiło się zbytecznie! gęste, tłuste... smaczne, jak konfitura.
— A mocne, jak ogień, mimo swej łagodności — dodał kupiec. — Takie wino, choćby jeszcze lat kilkadziesiąt postało w lochu, nie zepsuje się, nie przejdzie w to cierpkie, przykre... jak to bywają cieńsze wina postarzawszy...
— Mogę powinszować panu nabytku, jeśli nie na wagę złota kupione — odezwał się Maksym — bo takie wino dziś rzadkie i niezmiernie drogie.
— To już mój sekret — dodał kupiec, uśmiechając się. — Chwalą się tu po naszych starych dworach to kasztelanem, to hetmanem, a ja to wino od jego pochodzenia nazywam podskarbim i ręczę, że w całem Księstwie Poznańskiem równego mu niema, nawet... nawet u Kw...
— A wiele to tam tego podskarbiego macie? — spytał Maksym.
— No... jużci na sta nie liczę, ale na jakiś czas, na wielkie uroczystości po parę butelek dostarczyć będę mógł — bo to tem szafować się nie godzi... to produkt czasu... i... fenomenalny! mości dobrodzieju! nie każde się tak uda!
Nalał powoli i drugi kieliszek gościowi, który się już nie wzdragał.
— No, a kiedyż to — rzekł Moroz — uśmiechając się — zażądasz asindziej ode mnie podskarbiego na wesele?
— Na czyje wesele? — spytał Maksym:
— No, na pańskie własne...
— O! ja bo się żenić nie myślę.
— To źle, ożenić się koniec końcem potrzeba, a lepiej wcześniej niż zapóźno.
— Czekam, aż mi co do serca przemówi — odpowiedział pan Maksym — niełatwy jestem... od żony wymagałbym wiele...
— To też, jeśli gdzie, to w naszym kraju kobiety i najtrudniejszych nawet zadowolić mogą — mówił kupiec, — nigdzie pan nie znajdziesz i tak zacnych, poczciwych, łagodnych i tak pięknych... Mieliśmy tu, w Poznaniu, już dosyć śliczną girlandę twarzyczek, a tu nam jeszcze jedna przybywa, powiadam panu dobrodziejowi — cudo... jak anioł na obrazie.
— A! a! któż to znowu? — zawołał, śmiejąc się, Maksym — oho! jaki to z pana znawca i wielbiciel...
— Już to ani jedno, ani drugie, ale oczy mam... a właśnie sąsiadka moja... pewna wdóweczka młoda, baronowa Skrzycka z Galicyi... Stoi tu w kamienicy Würflów, na pierwszem piętrze...
Maksym, który miał do tego pretensyę, że pierwszy wiedział o wszystkiem i znał cały świat, podniósł oczy w górę, zmarszczył brwi — powtarzając.
— Skrzycka! Skrzycka! cóż to to jest? nie znam...
— Widzisz pan... a ha! Młoda, piękna, bogata i wolna...
— Czy tylko pewno to wszystko razem, kochany panie Moroz — zapytał gość — bo to młodość się udaje, piękności się w sklepie kupują, bogatą można być pół roku, gdy kto umie... a...
— No, no, spuść się pan na mnie, że tu niema fabrykacyi żadnej — rzekł Moroz. — Nie znasz pan czasem hrabiego Starży...
— Z Galicyi? znam doskonale, był tu razy kilka u nas...
— Jest to jej opiekun pono i przyjaciel, może nawet krewny...
— A! to zmienia rzecz — przerwał Maksym — teraz wierzę w tę pańską wdowę, że nie fabrykowana...
Moroz, który dolał jeszcze raz wina, poczem butelkę mocno zakorkował, dając znać, że omne trinum perfectum zakończyć ma tę próbę — schylił się razem do ucha pana Maksyma i szepnął:
— Dopóki tam nikogo niema... weźno się pan... radzę... a ręczę, że się uda. Wdówka pono milionowa i śliczna... dzieci nie ma, familię tylko daleką... to dla was jakby stworzona partya... Życzę... życzę...
Zdziwił się pan Maksym i życzeniu temu tajemniczemu, i obrotowi rozmowy, a że był podejrzliwy, szukał po głowie już, coby w tem się ukrywać mogło... gdy zręczny, czy naiwny, pan Moroz, znowu począł o winie.
— No, no cóż, jakie pańskie zdanie? rozkosztowałeś się pan? hę?
— Ale wino bez najmniejszej wody, w swoim rodzaju idealne... co pan chcesz, żebym powiedział? powinszować tylko mogę tak znakomitego nabycia. Kto inny z takiej butelki jednej zrobiłby dobrych pięćdziesiąt... ale ja wiem, że to nie pańska rzecz.
Moroz głową potrząsnął...
— Podskarbi będzie stał... przyjdą wesela pańskie, rozejdzie się po parę butelek...
I znowu zniżając głos — dodał, uśmiechając się dziwnie:
— Na pańskie weselisko, da Bóg doczekać, ofiaruję z powinszowaniem dwie butelki... gratis...
Pan Maksym wstał, pożegnali się, wyszedł. Myślał długo o rozmowie, ale naostatek ją sobie wytłumaczył tem, że kupiec znając jego rozległe stosunki, użył go jako reklamy dla swego starego wina.
Utkwiła mu przecie w myśli ta młoda, piękna, bogata wdówka... o której ani on, ani nikt z towarzystwa męskiego, ani żaden z domów przyzwoitszych, dotąd nie wiedział... Była to dla niego zagadka...
Właśnie, jakby umyślnie na jej rozwiązanie, zjawił mu się z Bazaru, wychodzący o kiju, hrabia Stanisław Starża. Poznał go z daleka pan Maksym, a że rad był i popisać się z wszechstronną wiedzą, i coś się od niego dowiedzieć, przywitał go z wielkiem uszanowaniem i serdecznością, do której bardzo mała znajomość niedostatecznie upoważniała.
Starża był trochę zdziwiony poufałością, ale zbliżywszy się, poczuł zapach węgierskiego wina i poniekąd ją sobie wytłumaczył.
— Witam pana hrabiego! — rzekł Maksym — jużeśmy tu o przybyciu jego wiedzieli i cieszyliśmy się niem...
— Wiedzieliście? to szczególna rzecz — mruknął hrabia — bo ja przed tygodniem sam nie wiedziałem jeszcze, że tu będę?
— I wiemy nawet powód jego przybycia tajemniczego — dodał Maksym.
— Doprawdy, to coś osobliwego... jesteś więc pan chyba jasnowidzącym? — zawołał kwaśno Starża...
— Nie, ale na świecie wszystko się wie...
— Tłumaczże mi pan, proszę, po co ja tu przybyłem...
— Najłatwiej... dla widzenia się z panią baronową Skrzycką — rzekł tryumfująco Maksym.
Starża się cofnął i popatrzał nań długo, a wreszcie ruszył ramionami.
— Jeżeli nie jesteś pan jasnowidzącym, to... ale już lepiej nie dokończę — odezwał się nieukontentowany. — Nie rozumiem!!
Maksym śmiał się...
— Baronowa — odezwał się sucho Starża — przybyła tu jedynie, szukając spokojności i odpoczynku... Dlatego dziwi mnie bardzo, że wkrótce po jej przybyciu, już w mieście o niej wiedzą wszyscy, kiedy pan wiesz...
— Ja! tak, ale nie wszyscy — tajemniczo odpowiedział Maksym.
— Skądże pan?...
— Ja muszę wiedzieć o wszystkiem — dodał elegant — próżniak. — Cóżbym robił, gdybym plotek nie zbierał... Jakkolwiek szuka wypoczynku baronowa, spodziewam się, że małe kółko wybranych przynajmniej u siebie zgromadzi, polecam się hrabiemu, aby mnie zaszczyt należenia do tego grona — nie minął...
Starża potrząsał głową, chcąc coś mówić, ale Maksym ukłonił mu się zimno i grzecznie — i poszedł.
Hrabia, cały zburzony, powlókł się do baronowej, nie wiedząc co myśleć o tem wszystkiem, ale po rozwadze postanowił nic Ewelinie o tem nie wspominać.
Tegoż dnia stary Moroz przynajmniej pięciu czy sześciu młodym kawalerom udzielił na ucho wiadomości o przybyciu pięknej wdowy i tak ciekawość ich obudził, że przez całe niemal poobiedzie, do wieczora, około domu kręcili się i stali najrozmaitsi panicze, usiłując tę nową gwiazdę choć z za firanek zobaczyć. Ale okna były zamknięte, story pospuszczane, Ewelina nie wychodziła i przechadzki pod oknami były próżne...
Przy obiedzie, stary Moroz był w zupełnie dobrym humorze, nie wspomniano nic o sąsiadce, rozmowa szła o rzeczach potocznych, a panna Zuzanna nie dostrzegła żadnego symptomatu zatrważającego — któryby miał obudzić podejrzenie, że kupiec się czegoś domyśla.


Całą duszą panna Zuzanna przywiązała się do sprawy kochanego dziecka, czuła ona i była z tego dumną, że od niej prawie samej poprowadzenie jej mniej więcej szczęśliwe zależeć będzie. Pierwszej nocy po zwierzeniu się Gucia, spać nie mogła, snując najrozmaitsze projekta i plany po głowie. Ale jak tu było do tego strasznego brata przystąpić, jak go wybadać?...
W mniejszych rzeczach, pan Stanisław chętnie się powodował radą siostry; w większej wagi wypadkach słuchał tylko siebie. Znała go, jako niezmiernie twardego w postanowieniach, a nie jeden raz słyszała, gdy mówił o przyszłości Gucia, że mu żonę ze stanu mieszczańskiego wybierze i na żadne małżeństwo ze szlachcianką nie zezwoli.
Począć nawet w tym przedmiocie rozmowę z panem Morozem było niełatwo, bo wogóle mówił tylko o tem, o czem chciał, a gdy mu przedmiot był nie po myśli, zbywał milczeniem, udawał głuchego, nie odpowiadał i zwracał tak rozmowę, iż w końcu trzeba się było wyrzec walki, którą biernym oporem czynił niemożliwą.
Panna Zuzanna, jakkolwiek niecierpliwa, czekać musiała pory... zaczepiać nie śmiała... na nicby się to nie przydało...
W parę dni jakoś nastręczyła się niespodzianie sposobność. P. Zuzanna siedziała w swoim fotelu, z kotem na kolanach, myśląc o tym nieszczęśliwym Guciu, który musiał się na chwilę potajemnie wykradać do swej pani... o panu Stanisławie, który zdawał się czegoś domyślać... o przyszłości świetnej i t. p., gdy zapukano do drzwi. Po chodzie poznała brata.
Ale była to pora, w której on prawie nigdy na górę nie wchodził, trzeba było jakiegoś nadzwyczajnego wypadku, żeby sklep porzucił przed obiadem. Zuzanna się zerwała prawie przelękniona, kot spadł a pan Moroz wszedł z miną bardzo poważną.
— Mam z siostrunią kilka słów do pomówienia — rzekł.
Siostra, jeszcze przerażona, milczała, bo domyślała się, że idzie o Gucia i drżała w duchu, wzywając pomocy Bożej. Odmawiała Zdrowaśkę na tę intencyę, gdy kupiec, w tył ręce złożywszy, ze spuszczoną głową, począł mówić zwolna przechadzając się po pokoju:
— Wszakże siostra zna tego poczciwego burmistrza?
— Którego?...
— A no, pana Pawła...
— Naturalnie, od tylu lat... spodziewam się, jakżebym go znać nie miała...
— I jego familię?...
— Tylko syna wyrostka widuję, bo choć ma córkę, ale ta gdzieś po śmierci matki oddana była na pensyę i nie wiem nawet, czy powróciła...
— Gdzieś! oddana na pensyę! Czy to siostra nie wiesz, że edukacyę świetnie skończyła w Paryżu i od dwóch miesięcy wróciła...
— Wróciła! a o tem nie wiedziałam!
P. Zuzannę uderzyło już to wspomnienie o córce... było jej podejrzane...
— Ten poczciwy pan Paweł z którym się spotkałem wczoraj... bodaj go tam, wprosił mi się sam na jutro na herbatę...
— Z córką? — spytała p. Zuzanna.
— A no, i z synem, i z córką, i z całą familią, wiesz przecie siostra, że w naszych obyczajach tego niema, byśmy małoletnich od zabaw naszych familijnych usuwali. Otóż przyszedłem o tem powiedzieć ci i prosić... trochęby należało wystąpić... trochę, niebardzo... Radbym, żeby i Gucio był... a nie wiem, wieczorami się często absentuje...
Zamilkli oboje, kupiec popatrzył na siostrę, która raka upiekła.
— Ja tam go nie posądzam, żeby do złego towarzystwa uczęszczał — rzekł — to chłopak obyczajów uczciwych, nie zepsuty, ale tego nie lubię...
— Młody, potrzebuje jakiejś rozrywki, cały dzień nad temi rachunkami...
— Ja też wolności jego nie ukracam... bo nic gorszego, jak owe zbytnie rygory, kiedy człowiek powinien sam uczyć się swej woli używać. Lepiej, ażeby dziecko upadło, niżby je ciągle na pasku wodzono... bo nigdyby się chodzić nie nauczyło.
— To prawda! to prawda! — cicho szepnęła siostra.
Mogła się p. Zuzanna spodziewać, że z tego przyjdzie do obszerniejszej rozmowy, w której wybada brata, ale Moroz jeszcze raz poleciwszy jej wieczór jutrzejszy, pożartował z sybirskiego kota i prędko, jakby umyślnie, wyszedł.
Nie trzeba było zbytniej przenikliwości, by odgadnąć, że familia burmistrza... zaproszona na herbatę... była tylko dla córki świeżo z Paryża wracającej... Pan Moroz miał jakieś zamiary.
Ciotka pobiegła szepnąć o tem Guciowi, nie mógł się uwolnić od pozostania w domu, gdy taka była wyraźna wola ojca...
Nazajutrz wcześnie woskowe świece pooprawiano w staroświeckie srebrne lichtarze, dobyto najpiękniejszą porcelanę, najcieńsze bielizny, a pokój bawialny, w którym oczekiwano gości, wyglądał prześlicznie ze swemi sprzęty rzeźbionemi, bronzami i kryształy. Moroz przebrał się w surdut czarny, panna Zuzanna włożyła czepeczek świeży, koty zostały zamknięte... Gucio, we fraku, smętnie stał w kątku...
Około ósmej, głośna rozmowa na schodach oznajmiła rodzinę pana Pawła, a wkrótce potem dostojny burmistrz, jego córka, syn czternastoletni, dziesięcioletnia siostrzenica, podżyła panna Albert, Francuzka, dawna nauczycielka, guwerner chłopca... weszli z kolei, wesoło gwarząc, do pokoju, w którego progu witał ich Moroz z uprzejmością serdeczną, przedstawiając im syna...
Syn ten był sztywny i krochmalny, milczący i posępny, ze swą ręką na temblaku, tak, że więcej obudzał politowania niż zajęcia.
Pan Paweł nosił imię niemieckie, zwał się bowiem Besser i był wistocie pochodzenia niemieckiego, choć rodzina jego z dawna już bardzo osiadła w Poznaniu. Na portretach jego dziada i pradziada można było widzieć polskie kontusze, ale on, wychowany w szkołach pruskich, obracając się wciąż w towarzystwie urzędowem, mało co i źle mówił po polsku, zniemczał prawie zupełnie.
Uczucie narodowości starło się w nim i zgasło... W rozmowie wolał używać francuskiego języka, choć nim źle także mówił, niż polskiego, który haniebnie zapomniał, acz mu był codzień potrzebny... Młodsze pokolenie jeszcze od nianiek i z ulicy schwyconą, trochę lepszą mówiło polszczyzną; ale ta, w miarę przechodzenia do klas wyższych, zwolna się zacierała. Malec był prawie Polakiem, starszy łamaną srodze mową, powoli coś mógł wykrztusić...
W tem gronku przybyłych, głównie zwracała uwagę córka pana Bessera, owa świeżo z Paryża przybyła panienka, która wistocie zasługiwała na to... aby się jej przypatrywano. Była to prześliczna Francuzeczka, naiwna, wesoła, z tym charakterem, tak ujmującym, dzieciństwa przedłużonego, które się wynosi z pensyj i klasztorów...
Była piękną bardzo i pan Besser z dumą poglądał na ten kwiatek, wykwitły na jego grzędzie, wypielęgnowany starannie... Dodawszy do tej twarzyczki uśmiechniętej sto tysięcy talarów posagu, o których burmistrz mówić lubił i które nie podpadały najmniejszej wątpliwości — panna Adela mogła myślą sięgać bardzo wysoko.
Ale to było, mimo lat dwudziestu, dziecię, z duszą nierozbudzoną, ciekawe, roztrzpiotane, coś nakształt kwiatka, coś nakształt motyla... istota, co jeszcze ani rozumiała, ani przeczuwała życia... Po zamkniętym klasztorze... po jednostajnych latach nauki i rekracyi w sznurowanych alejach obmurowanego ogrodu... Adelka pragnęła się bawić i wyobrażała sobie dalszy ciąg życia jako wieniec, spleciony z balów, śmiechów, sukienek świeżych, cukierków, błyskotek...
Miło było patrzeć na nią — ale niepodobna uczuć ku niej więcej nad serdeczną litość i strach o jej przyszłość... pełną rozczarowań niechybnych.
Panna Zuzanna z wielką uprzejmością robiła honory domu, ale nie przyszło jej to łatwo. Śliczny ów motyl paryski mówił tylko po francuzku; ona tym językiem mało... Panna Albert niewiele rozumiała polskiego, reszta towarzystwa zarywała ciągle z niemiecka, panna Morozówna zaś z tym językiem była i w kłótni jakoś, i wyuczyć się go nigdy nie mogła.
Słowem, jak w wieży Babel, ozwały się na raz najrozmaitsze mowy i najpocieszniejsza z nich stworzyła się mieszanina...
Nie w jednym to salonie, nawet nie miejskim, za dni dzisiejszych coś podobnego natrafić można. Hybrydy nasze skłonne są do posługiwania się obcą mową, a tysiące przyczyn składa się na to wynarodowienie... najniebezpieczniejsze ze wszystkich...
Język ta szata myśli, to ciało jej raczej — gdy się zmienia, wiedzie za sobą metamorfozę ducha człowieczego... Nieznacznie, pod wpływem języka niedojrzanym, mikroskopowym ugina się, łamie idea, ściera charakter, niszczy indywidualność narodu. Język oddziaływa, przeistacza i jak niewidzialne pęta, stanowi o ruchu, o chodzie myśli, o jej polocie i barwie...
Niema najmniejszej wątpliwości, że w charakterze tej części społeczności naszej, która się posługuje francuzczyzną nieustannie, odbija się silnie wpływ tego języka. Nie stajemy się przezeń Francuzami, ale jakiemiś hybrydy, mieszańcami, czemś nieokreślonem, pośredniem, tem mniej wartem, że pochodzenie i natura tych dwóch języków są niezmiernie różne, a wpływ ten, możnaby powiedzieć, naturalnym nawet nie jest. Myśl, skuta tą mową, maleje, ogranicza się, nawyka posługiwać się wyrobionemi, gotowemi frazesami, leniwieje... hybrydzieje...
Świetnie ci ludzie występują zawsze w początku... ale zapas ich wyczerpuje się prędko... w kilka dni możesz odgadnąć z góry, co te lalki powiedzą. Tak im wygodnie z gotowym dowcipem, wykrzykiem i całkowitemi peryodami konwencyonalnemi, że już ani potrzebują, ani mogą zdobyć się na coś własnego. Jak Francya mało tworzy a wiele przeżuwa, tak nasi Polono-gallowie zapożyczają ogromnie, a myślą mało... Po cóż się trudzić zdało, kiedy tyle jest cudzego, czego nikt brać nie broni?
Wpływ niemiecki, równie szkodliwy, jest cale inny... Hybrydy z niego wyrastają, co często mowy własnej użyć nie umieją — ale się myśleć szeroko i samodzielnie wyuczyły. Trudno im potem mimo, pracy całego życia nałamać się do swobodnego mówienia po polsku, zawsze czuć ten szyk twardy, niemiecki, ten niewolniczy porządek wyrazów, które, jak żołnierze, wedle starszeństwa się układają do koła myśli... ale w tych ciężkich średniowiecznych okowach żyje duch... i targa się, by je pokruszył.
Francuski język paraliżem nabawia; niemiecki upaja jak piwo bawarskie, robi ociężałym ale i siłę wlewa do rozbudzenia się ze snów niezdrowych...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po kilku próbach nieudanych zgodzono się jakoś mówić po francuzku źle, bo inaczej nie było można, większość przynajmniej rozumiała tę mowę, a Adelka mogła się popisać z tak ślicznym akcentem, z takiem paryzkiem rr, z taką łatwością szczebiotania, że srebrnego głosiku, jak muzyki, słuchać się chciało.
Moroz choć rozumiał, mówił niewprawnie i ciężko, to też się mało odzywał, pilnując tylko oczyma syna... a pragnąc (jak się zdawało) odgadnąć wrażenie, uczynione na nim przez śliczną Adelkę...
Widział on ją sam razy kilka wprzódy u pana Bessera, zdawała mu się i dziwnie piękną, i nadzwyczaj miłą, — ale teraz ojcowskie serce, które pragnęło, aby się podobała synowi, nie znalazło już w niej tego uroku... Płoche dziecię, trzpioczące się z wielkim wdziękiem, smutny uśmiech wywoływało na usta.
Besser, który był dumny dziecięciem, na nie tylko miał zwrócone oczy, ku niemu słuch Moroza i całego towarzystwa nieustannie kierował, aby wielbili dowcip córki, jej talenta i niezrównaną śmiałość naiwną...
Popsute trochę dziecię, zajmowało też sobą i swą francuską wyższością wszystkich aż do zbytku, chociaż z całą grzecznością gospodarzy, Zuzanna i Gucio, poklaskując popisom, mieli jakieś fizyognomie smutne i zakłopotane...
Wśród herbaty, na żądanie papy, Adelka deklamowała bardzo śmiało jakąś scenę z Atali, potem medytacyę Lamartina, śpiewała aryę włoską, grała na fortepianie (który się jej po własnym Pleyelu nie podobał) kompozycyę szumną Willmersa... słowem popisywała się, jak prawdziwa pensyonarka.
Wieczór zszedł na adoracyach ciężkich i wszyscy odetchnęli, gdy grzeczny Gucio gości po jedenastej sprowadził do bramy, zaproszony, wraz z rodziną, na wieczór w parę dni potem do Bessera. Nie wracając już do salonu, młody człowiek znudzony i smutny poszedł prosto do siebie.
W bawialni około ruin herbaty, tortu i całego przyjęcia, została sprzątając reszty troskliwie p. Zuzanna i stary Moroz. Widocznie chciał on wybadać wrażenie, jakie Adela zrobiła na siostrze, sam niezupełnie będąc zadowolony.
Po chwilce milczenia zagadnął:
— No i cóż siostra mówisz na to śliczne dziecko?
— Śliczne dziecko... tak! — odpowiedziała Zuzanna.
— Ale nie tak bardzo i dziecko, bo ma lat dwadzieścia, doskonale to pamiętam, byłem na chrzcinach — rzekł Moroz — prawda, że ładna?
— Śliczna, jak laleczka...
— No, i wychowana choć do najświetniejszego salonu...
— To prawda, że do salonu — lakonicznie znowu potakiwała siostra, sprzątając.
— I cóżbyś powiedziała, gdybym... gdybym... wspólnie z Besserem miał... miał... no, pewne projekta... rozumiesz?
Żywo odwróciła się Zuzanna i parsknęła śmiechem nie wesołym.
— Zmiłuj się bracie — rzekła — a cóżbyśmy z tą laleczką robili? Ty, co tak dobrze znasz świat i ludzi, mógłżeś pomyśleć nawet dać taką towarzyszkę Guciowi...
— A to znowu czemu? cóż w tem tak bardzo dziwnego? — ofuknął Moroz. Taki człowiek, jak Gucio z takiego materyału, jak ta dziewczyna, która jest jeszcze niczem a może się stać czem mąż ją uczyni — zrobiłby... żonę, godną siebie.
— Otóż się w tem mylisz, mój najdroższy — rzekła powoli Zuzanna — nie jest to już takie dziecko powolne, któreby z siebie dało zrobić, co kto zapragnie. Sam mówisz, że ma lat dwadzieścia... wychowana jak? Nie do pracy, nie do życia, ale do popisów, zabaw, strojenia się i zbierania oklasków... Być bardzo może, iż kochając męża, powoli znacznieby się dała wykształcić, spoważniałaby, ale... ale zawsze paryskie wychowanie dla nas obce, z naszem życiem niezgodne, czućby się w niej dawało. To nie żona dla pracowitego kupca, a człowieka myślącego jak Gucio, potrzebującego towarzyszki, któraby go pojąć i ocenić mogła... to prędzej towarzyszka świetnego jakiego, podrujnowanego, panicza... który za jej sto tysięcy talarów zadłużone dobra wykupi...
— A! ha! ha! ha! to, to, to — zawołał, machając rękami, Moroz — jak żyję, jeszcze tak gorąco waćpani adwokatującej nie słyszałem...
— Bo Gucia kocham, jak matka...
— A ja, jak ojciec... Ale skądże znowu taka gwałtowna opozycya?...
Panna Zuzanna, milcząc, spokojnie przybliżyła się ku niemu.
— Bracie — rzekła, poskramiając się — robię cię samego sędzią w tej sprawie, ale gdy ochłoniesz, zastanowisz się lepiej i pomyślisz nad tem... Mam nadzieję, że Guciowi pozwolisz się ożenić, ale go żenić sam nie będziesz. Jest to wada ojców, że przez swe stare oczy chcą lepiej widzieć, co młodym dobrze być może i miłe, niż oni sami przez własne serca i oczy...
— No, no, dość, dość — rzekł Moroz — może i ty masz słuszność, panno Zuzanno, ale i ja też zabiegając... troszcząc się o los Gucia, niecałkiem jestem obrany ze zdrowego rozsądku... Idzie mi o to bardzo, aby nie wpadł w jakie sidła... żeby nie przylgnął gdzie do szlachcianki, do jakiej zrujnowanej pani lub panienki... bo na tem się skończy, że pojedzie na wieś, zmarnieje chłopak, handel i pracę porzuci, a nas się zaprze i do herbu przypytawszy... będzie... A! nie chcę o tem już i mówić.
— Ale spojrzyjże na Gucia, czy to do niego podobne? wychowałżeś go tak, żeby on, on... on — powtarzała z coraz większym przyciskiem — mógł czegoś podobnego się dopuścić?
— Pod wpływem kobiety, moja siostro kochana, powinnaś wiedzieć, że my wogóle tak jesteśmy głupi, nędzni, słabi, iż pod wpływem kobiet, nietylko niedorzeczności, ale zbrodnie popełniamy! Kobieta w życiu człowieka najczęściej o całym kierunku jego stanowi. Nazywa się ona słabą istotą, ale jest — oprócz na Wschodzie — wszechmogącą... Nieustanny, powabny, nieznaczny wpływ ten, przetwarza, podnosi lub poniża, osłabia lub umacnia...
— I dlatego chciałeś mu dać Adelkę?
— Dlatego, bo ta jest wistocie słabą i niższą istotą — rzekł Moroz.
— Zastanówże się bracie, że doprawdy z jakiegoś strachu panicznego wpadasz w przesadę dziwną. Dlatego, ażeby nie wpadł na kobietę złą, dajesz mu żadną... zamiast czekać dobrej? Cóż za tem idzie? To że ta próżnia, którą inna wypełnia w życiu, zostałaby niezajętą; że z tą kobietą, lekką i dziecinną, szukałby chyba towarzyszki sercu i umysłowi za domem. A jeśliby go dzieciak ujął wdziękiem, młodością i podbił, to co? coby wówczas było? dokądby go Adelka zaprowadziła?... Na bal!!
Ciocia, przez swą gorącą miłość dla przybranego dziecięcia, tak w istocie zwycięzko adwokatowała, jak mówił Moroz, że stary poczuł, iż miała słuszność.
Uśmiechnął się.
— Dziś waćpannie przyznam, że dalipan w tej sprawie więcej masz rozumu nade mnie... To prawda, Adelka... no... nie gadajmy o tem... Ale bądź pewna, że ja mam swoje przyczyny, dla których to czynię.
— Cóż to, sekret? dla mnie? — zapytała panna Zuzanna.
— Ale niema sekretu żadnego, bo niema tak dalece nic — odparł miarkując się Moroz. — Chłopiec się nudzi, potrzeba go ożenić... ot i po wszystkiem.
— Dajże mu sobie poszukać żony! — odezwała się siostra.
— Albo to ja nie wiem, gdzie on jej będzie szukał i gdzie ją najłatwiej znajdzie... Zgubą nas wszystkich i całego naszego stanu średniego w Polsce jest to właśnie, iż kilka pokoleń nawet wytrwać nie może na poczciwem stanowisku pracy... Oto co się zwykle dzieje. Dziad, ojciec, mozolnie w sklepiku, często poczynając od noszenia zapałek po ulicy, robią w pocie czoła, o głodzie i biedzie, fortunkę. Zwiększa się ona, rośnie, dziecko się stosownie wychowa... wejdzie w stosunki i co... szlachta go pochłonie!! Naówczas ożeniony z jakąś tam baronową lub dyabeł wie kim, kupczyk wciska się do herbu, dorabia antenatów, zapomina o uczciwej przeszłości, wyrzeka się ojca i matki i ciśnie po to w szlacheckie szeregi, ażeby go w nich przez trzy lub cztery pokolenia palcem wytykano, szepcząc sobie na ucho... to ten...
Bywały podobne wypadki wszędzie, ale nigdzie tak systematycznie się to nie działo, jak u nas. Mnie to gniewa właśnie, iż swojego stanu szanować nie umiemy, ani wytrwać na stanowisku. Przy pierwszej lepszej zręczności, zrzucamy niebieski fartuch pracy, jakby nas parzył...
Tego ja nie chcę w mojem dziecku. Guciowi testamentem przekażę, aby się nie ważył rzucić sklepu i handlu... bo nie chcę ażeby się mnie wstydził, dziada i pradziada, ale by z nas chluby szukał... Zostawuję mu, jako tarczę i herb, wielką księgę handlową stuletnią, w której nie znajdzie fałszu... bankructwa, ani czegoby się mógł sromać...
P. Zuzanna z kolei uczuła żywo, że brat miał słuszność, podzieliła jego myśl i przyszła mu ścisnąć rękę. Moroz był przejęty, łza świeciła mu w oku.
— Mój bracie — odpowiedziała cicho — cała twa troska pochodzi z tego, że niedosyć znasz syna. Jesteś dobrym, najlepszym ojcem, ale twa powaga i surowość nigdy ci poufalej do serca dziecka zajrzeć nie dała. Gdybyś go znał, jak ja, gdybyś wiedział, jakim on jest w głębi duszy, nie obawiałbyś o to, by się skaził fałszem, szukał w kłamstwie przyszłości a zapierał się pochodzenia i wyrzekał pracy... Ręczę ci za Gucia... gdyby się z królewną ożenił, święcie spełni twą wolę i pożyczanego szlachectwa nie wdzieje.
— A na cóż go na pokusę tę narażać? — spytał Moroz.
— Mnie się zdaje — dokończyła siostra — że ani się bać, ani spieszyć, ani namawiać, nie należy... Zostawić to czasowi...
Moroz znacząco głową pokiwał, ale już nic nie odpowiedział.


Nazajutrz w tym domu, nawykłym do niezmiernego porządku, wszystko znowu szło trybem dawnym, tylko kupiec niespokojniej przechadzał się po sklepie, wyglądał z niego często, siadał, wstawał i znać było, że go coś wewnątrz trapiło... Dzień był ciepły i piękny; nie mogąc usiedzieć w krześle, stał prawie ciągle przed sklepem. To też przechodzący kłaniali mu się i zaczepiali go nieustannie. On tego nie unikał.
Pierwszym, który zagadnął p. Moroza, był pan Maksym. Miał do tego słuszny powód, bo go spoufaliło niedawne przyjęcie... chciał się grzecznością wywdzięczyć. Wszedł aż na próg, podając rękę kupcowi... to jest właściwiej parę palców, obawiał się bowiem o świeże, jasne, rękawiczki.
— Bodaj waćpana — rzekł cicho, do ucha p. Stanisławowi — z tą pańską sąsiadką, wdówką...
— A no? cóż takiego?
— To jakaś zaczarowana księżniczka, czy coś... Tam nikogo nie wpuszczają. Prosiłem Starży... inni także usiłowali się wcisnąć, odprawiono z grzecznym kwitkiem, że pani ta chora nikogo, zupełnie nikogo przyjmować nie będzie...
— No proszę! — rzekł posępnie Moroz.
— A w istocie, ci, co ją mimo woalu widzieli w kościele, mówią, że ma być cudnie piękna i wcale na słabą nie wygląda... Coś w tem jest... jakaś niezbadana tajemnica...
Kupiec tym razem był milczący i zamknięty.
— Nie wiem nic — rzekł — nie wiem...
Pożegnali się.
Nie upłynęło pół godziny, Moroz, zamyślony nad gazetą handlową siedział w krześle, gdy ujrzał cień stojący w progu... i poznał hr. Starżę.
Hrabia rozglądał się po sklepie, zbliżył i podając rękę, odezwał:
— Przyrzekłem, choć nie zaproszony, oddać panu dobrodziejowi wizytę w Poznaniu... dotrzymuję słowa. Wiem to, że jak księdzu w zakrystyi tak kupcowi w sklepie nie składa się uszanowania, ale mi powiedziano, że pana w domu nigdy zastać nie można.
Czy przeszkadzam?...
— Ale nie — rzekł chłodno Moroz, skinąwszy by podano hrabiemu krzesło, bo stary długo stać nie mógł. Miło mi pana dobrodzieja oglądać...
— Wiesz pan, że mnie miło też zobaczyć taki poważny, przedwieczny handel który się do nawyknień wieku, z pewną dumą starej firmy nie zastosował... Te sklepienia, ten pozór średniowieczny, te cechy dawne, czynią „złote grono“ bardzo oryginalnem.
— Zrozumiałeś mnie, hrabio, dobrze — rzekł Moroz — a teraz pojmiesz też lepiej, dlaczego w sklepie sam siedzę, syna sadowię i chcę, wymagam, abyśmy się w nim utrzymywali przez pokolenia... Dlaczego nie wchodzę w towarzystwa niewłaściwe i syna do nich nie puszczam... U nas panie hrabio, nic się długo nie trzyma prócz szlachectwa... a trzeba byśmy i my czuli, że czemś jesteśmy, w czem wytrwać można, należy... i czego się niema co wstydzić.
— Masz pan słuszność — odparł hrabia — dosyć mi było spojrzeć na „złote grono“, znając syna waszego, aby zrozumieć tradycyę domową i — poszanować ją...
Moroz głowę skłonił.
— Gdybyś jednak, szanowny, surowy — nieprzełamany demokrato mój — chciał, wedle obyczaju w świecie przyjętego... oddać mi moje odwiedziny... nie dalekobyś się potrzebował fatygować, i nicby ci to doprawdy nie zaszkodziło... Stoję tu obok, w kamienicy Würflów, moja daleka kuzynka, pani Skrzycka, która tu mieszka, dała mi parę pokoji.
— Wiem, wiem — jakoś zimno odparł Moroz — że tu mieszka pani Skrzycka, ale nie wiedziałem, że i hrabia...
— Od wczoraj... Mogę się spodziewać, że mnie raczysz odwiedzić? — zapytał hrabia — czy może posuwasz oryginalność aż do uważania nas za zapowietrzonych?...
— Ale nie — rzekł Moroz. — Śmiej się sobie hrabio, jeśli chcesz... przypuściwszy jednak, że znajdę u ciebie kilka osób, nie będzieszże się mnie wstydził przed księciem Sułkowskim albo jakim Raczyńskim... i nie będęż ja w kłopocie, gdy poznają we mnie tego, co im w świece sprzedaje?...
— Kochany panie, są to obawy XVIII wieku, nie dzisiejsze — rzekł Starża — a dziwne w ustach człowieka, co umie tak dostojnie nosić swój stan i powołanie...
Dlaczegóżbyś miał czuć się żenowanym przy księciu Sułkowskim, który kupuje u ciebie świece, jeżeli on się nie żenuje waćpana, co u niego kupujesz olej, żyto, krochmal i t. p.?
— Przesąd stary...
— To go łammy — zawołał Starża — co u kaduka... właśnie, tacy ludzie, jak wy, powinni się do tego czynnie wziąć i działać. Bądź pan pewien, że ja wcale nie lekceważę mojego szlachectwa, mojej przeszłości, wspomnień naddziadów... aż do krwią zapracowanego tytułu, ale szanuję też i inne zasługi na każdem polu.
— Gdyby tak wszyscy te rzeczy widzieli!
— Właśnie natośmy pracować powinni — odparł Starża. — Ale ja panu czasu nie zabieram, a spodziewam się, że rozmowę naszą dokończymy u mnie... Przyjdź pan.
Moroz, nic nie odpowiadając, odprowadził gościa z ukłonami aż do progu, wrócił do fotelu, siadł, zakrył się gazetą handlową i głęboko... głęboko zamyślił.


Gdy Starża powrócił do Eweliny, niecierpliwa gosposia oczekiwała nań już w progu... Widziała ona, przez odsuniętą nieco firankę wchodzącego do sklepu, doczekała go nieruchoma w oknie, gdy wyszedł...

Serce jej biło, lice płonęło...
— No cóż, mów! jakże cię przyjął? czy obiecał być u ciebie, mój hrabio, mój dobry przyjacielu... Mów, bom niecierpliwa, bom niespokojna nad wyraz...
Starża się uśmiechał.
— Wszystko — rzekł — poszło jak najlepiej, stary jest twardy, ale zacny człowiek, a ze swojego punktu widzenia, niezawodnie ma słuszność... Przyznam się wam, że jak wogóle mieszczaństwa dumnego i demokracyi pyszałkowatej nie lubię, tak z tym spokojnym człowiekiem, dobrze czującym swą godność, sympatyzuję.
Niemniej kochana baronowo — dodał z uśmiechem — przygotuj się do tego, że stary Moroz, ze swym rozsądkiem, ze swą przyzwoitą godnością, jest wyjątkiem. Wejdziesz... jeśli się nam uda...
— Jakto? musi się udać! — zawołała Ewelina.
— Wejdziesz pani w familię, nie znam jej, ale się domyślam, że musi być liczna... a nie wszystka będzie podobną do Gucia i do starego Moroza. Znajdą się tam i stare panny śmieszne, i ichmość do niczego niepodobni... a w salonie krzykliwi i rażący.
— Hrabio, bądź tylko sprawiedliwym — przerwała Ewelina — przypomnij sobie naszą wiejską szlachtę ubogą, z którą radzi nie radzi jesteśmy spokrewnieni... Alboż to między nią niema krzykliwych oryginałów, pociesznych starych panien i ludzi bez wychowania?
— Trafiają się — szepnął hrabia — i to prawda... ale kochana pani, obojguby nam to na myśl nie przyszło, gdybyś nie potrzebowała tłumaczyć się przed sobą i przede mną z teraźniejszego położenia...
Nastąpiła narada... Hrabia miał mniej więcej wyczekiwać w domu te godziny, w których się Moroza spodziewał u siebie, aby kupiec go zastał koniecznie i nie zbył biletem. Ułożono także, aby służący natychmiast dał znać o kupcu Ewelinie, która miała w czasie jego odwiedzin wejść niby wypadkiem... i starać się zbliżyć, a zapoznać z Morozem...
Wszystko to, starannie przewidziane, spełniło się prawie, jak było postanowione. Nazajutrz Moroz nie przyszedł, ale trzeciego dnia w niedzielę, gdy sklep był zamknięty, ujrzano go w nowym, czarnym surducie, kapeluszu i duńskich rękawiczkach, z laską staroświecką w ręku, zmierzającego do Würflów domu. Czaty były tak pilne, że baronowa nie potrzebowała oznajmienia, sama zobaczyła idącego, spojrzała w zwierciadło, aby się przekonać, czy dość ładnie wyglądała w bardzo skromnym stroju... i gdy już była pewną, że Moroz zasiadł u hrabiego, z bijącem sercem zapukała do drzwi.
Rumieniec mimowolny... okrył jej twarz, gdy weszła, ale z nim było jej tak pięknie, a strój ów niewykwintny, czarny, tak ją uczynił uroczą i wdzięczną!!
Starża, zawsze panem będąc siebie, wcale nie zmieszany, nie dając poznać po sobie, ile go to obchodziło — przedstawił razem panią Ewelinę kupcowi i Moroza sąsiadce. Rozmowa poczęła się od tego, że piękna wdowa przypomniała się, iż już miała przyjemność widzieć go raz i mówić z nim.
Nie wiemy, czy kupiec się spodziewał, czy przewidział lub nie, iż sąsiadkę zobaczy, to pewna, że nie okazał najmniejszego zdziwienia, gdy weszła, ani zakłopotania w rozmowie, ani nawet zbytniej ciekawości... Spoglądał niekiedy na Ewelinę, odpowiadał jej niezmieszany, ale ani jej piękność, ani dowcip, ani miła rozmowa, nie zdawały się na nim zbyt widocznego czynić wrażenia. Był grzecznym niezmiernie a chłodnym.
Mówili o mieście, o pogodzie, o kraju, o drobnostkach, nie tykając nic ważniejszego... Naturalnie o synu ani ojciec nie wspomniał, ani nikt z obecnych... Odwiedziny trwały daleko krócej niż sobie życzono. Moroz prędko wziął za kapelusz, nie dał się powstrzymać i wyszedł.
Był już w dziedzińcu a hrabia i Ewelina jeszcze przemówić do siebie nie śmieli. Baronowa rzuciła się w krzesło i zadumała głęboko...
Starża chodził po pokoju.
— Wiesz pani, że to może tak trwać do skończenia świata — odezwał się po chwili — bo dotąd nie obmyśliliśmy wyjścia i nie możemy przewidzieć, co poczniemy... Najmilszy ów wasz, Gucio, jest tchórz, i sam też nie wie, co robić...
Na te słowa właśnie, drzwi się otworzyły, baronowa krzyknęła z radości zobaczywszy Augustyna.
Starża się uśmiechnął.
— Chcesz — spytał — bym ci powtórzył te słowa, na które właśnie wszedłeś?
— Byłoby to zupełnie zbytecznem — rzekł uśmiechając się młody człowiek — bom chcąc niechcąc słyszał je już na progu. Na nieszczęście, przykre mi zrobiły wrażenie, bo gotowiście sądzić, iż one spowodowały nieodmienne postanowienie moje, z którem tu przyszedłem. Położenie w istocie jest trudne dla pani i do mnie należy starać się wyprowadzić z niego. Dajcie mi tylko pozwolenie, dziś jeszcze otwarcie z ojcem mówić będę...
Milczenie.
Hrabia spojrzał na Ewelinę — ona, tak śmiała zwykle, siedziała strwożona.
— A jeśli ojciec rozgniewany nawet widywać się nam zabroni? — spytała.
I znowu w milczeniu przeszła chwila.
Gucio się odezwał:
— Mam lepsze nadzieje i proszę o błogosławieństwo...
Schylił się przed Eweliną, ta wyciągnęła rękę i usta przyłożyła do jego czoła.
— Idź — odezwała się — rób, co ci serce twe radzi... Co Bóg da, to da — ja wytrwam...
— Ja także — dodał Gucio — idę natychmiast, naradzę się z ciotką i dziś... dziś...
— A! dziś...
— Losy się rozstrzygną...


W niedzielę obiad się zwykle nieco opóźniał, siadali zwykle tego dnia do stołu pomocnicy handlowi, którzy w inne dni stołowali się w mieście... przydawano jeden półmisek, deser i flaszka dobrego, czerwonego wina wydzielała się na dwie osoby... Kuchnia w niedzielę była trochę wykwintniejsza i Obfita. Patryarchalnie Moroz z p. Zuzanną zajmowali pierwsze miejsce w rogu, dalej zasiadali młodzi chłopcy porządkiem starszeństwa w sklepie. — Niekiedy i gość się trafiał, ale rzadko. Moroz kierował rozmową tak, aby młodzież wybadać razem i nauczyć czegoś. Tej niedzieli nic się w obyczaju zwykłym nie zmieniło, ale obiad począł się w milczeniu, twarze były jakby powarzone i rozmowa nie szła.

Młodzież, surowo trzymana i niezmiernie obawiająca się naczelnika swego, nie śmiała ust otworzyć widząc go chmurnym... a po deserze wyniosła się co rychlej.
P. Moroz zwykle wychodził na przechadzkę, tym razem nie ruszył się z fotelu, podparł, dumał, był smutny.
Panna Zuzanna, zakręciwszy się i z progu drzwi krzyżem Pańskim pobłogosławiwszy Gucia, wyśliznęła się także. Ojciec i syn zostali sami.
Augustyn miał mocne postanowienie odkrycia ojcu swej tajemnicy, ale w chwili stanowczej zabrakło mu odwagi... bladł, czerwieniał, nie wiedział od czego począć.
Moroz spoglądał na niego z ukosa, choć niby nie patrzał...
Chwila krótka tego oczekiwania zdawała się wiekiem... Gucio w końcu uląkł się, by ojciec nie wyszedł, przystąpił do niego, ujął rękę i pocałował.
Nie było to we zwyczaju i zapowiadało coś niezwykłego. Moroz smutną twarz zwrócił ku niemu, ale z łagodnością, jakiej Gucio nigdy może nie widział w tych rysach zwykle spokojnych a zimnych.
— Masz mi co do powiedzenia? — spytał Moroz cicho — mów...
— Chciałbym, kochany ojcze... i nie śmiem — odpowiedział Gucio. — Pozwolisz mi przed sobą otworzyć duszę... mówić, jak przed spowiednikiem.
— Jak przed przyjacielem — przerwał stary.
— Boję się, kochając cię, dobry mój ojcze, abym ci nie był zmartwienia przyczyną... Sam widzę, iż to, co się stało mimo mej woli, przykrem ci będzie. Ale są w życiu ludzkiem nieuniknione fatalizmy. Kocham się, ojcze mój... wybór mój jest stanowczy, oparty równie na szacunku, jak na przywiązaniu, jest ze wszech miar z innych względów stosowny, ale z twojemi widokami nie będzie się zgadzał. To mnie boli.
— Zgaduję... szlachcianka — zawołał Moroz. — Jest to nieszczęście... nie będę ci taił, że mi to bolesnem, Guciu... A więc my, w naszym średnim stanie, dla wykształceńszego człowieka żony znaleźć nie potrafiliśmy? Przykro mi, przykro mi i dlatego, że się zawsze lękam, abyś skłoniony przez żonę, nie porzucił handlu.
— Tego nie uczynię nigdy... bądź ojcze spokojny — zawołał Gucio.
— Kto to jest? mów.
— Baronowa Ewelina Skrzycka...
— Nasza sąsiadka...
Moroz, po tych słowach, zamilkł posępnie, a po chwili począł powoli:
— Nie wiem, czy miłość i młodość nie osłania ci oczów, Augustynie. W takiem położeniu, jak twoje, wielu się rzeczy nie widzi, wiele tłumaczy pobłażliwie... We wszystkich stanach trafiają się awanturnicy i oszusty... w zrujnowanej szlachcie często spekulanci i spekulantki. Nie idzie mi wcale o majątek, zgodziłbym się na ubogą dziewczynę bez grosza... aleby mnie w grób wpędziło, gdybym po ożenieniu dojrzał, przekonał się, że ta, którąś poślubił, była ciebie niegodną, kłamiąc ci... choćby jedno słowo... Znasz jej położenie? majątek? stosunki? pokrewieństwo? przeszłość?... Jesteś pewnym, że ci je tak przedstawiono, jak są?
Na to pytanie długą odpowiedź musiał dać Gucio. Mówił zimno, wchodząc w najdrobniejsze szczegóły, a w końcu dodał:
— Wierzę jej tak, iż przysiądz mogę, że fałsz nigdy na tych ustach nie postał...
Moroz milczał znowu, zdawał się walczyć z sobą, spuścił czoło zmarszczone... widać było, że wszystko to srodze go bolało, ale zarazem, że sprawa była wygraną.
Podał rękę synowi.
— Niech Bóg błogosławi!
Wziął za kapelusz i szybko wybiegł na zwykłą swą przechadzkę.


Moglibyśmy sumiennie skończyć już na tem opowiadanie nasze... stułą związawszy ręce młodej pary, a przyszłe jej losy powierzając szczęśliwej gwiaździe, co ją połączyła.

Brak nam materyałów nawet, abyśmy dalej za nią w życie, jego zapasy i walki, pójść mogli... chociaż — od ołtarza poczyna się dopiero poważna powieść losów człowieka, do której miłość stanowi fantazyjne preludium.
Miłość ta... służy od wieków za tło dramatom, poematom, opowiadaniom. I nie dziw, jest to epoka rozkwitu serca... punkt kulminacyjny dojrzałości człowieka, jest to wstępny śpiew do poważnego chórału żywota...
Od tego okresu zaczyna się najcięższe zadanie... walka rzeczywistości z poezyą, ideału z prozą powszednią, historyi uczucia w zapasach ze słabościami ludzkiemi i wypadkami losu...
Smutniejszych barw, surowszej treści tu się rozpoczyna ów szekspirowski dramat, z tragicznych często scen i farsy, urągających sobie, złożony... Ale któż te wewnętrzne dzieje spisać potrafi, których część, grzebie w sobie serce człowieka, a ledwie cząsteczka na jaw wychodzi?...
U ołtarza jeszcze się wszystko uśmiecha wiosną i nadzieją — któż przewidzi i odgadnie, jak daleko one starczą i kiedy na ich ruinach siąść przyjdzie z zimą w sercu, z ciemnotą przed oczyma!
W niewielu słowach dopowiemy historyę tego dziwnego zaprawdę małżeństwa, które po kilku miesiącach przygotowań z obu stron, bardzo cicho i skromnie odbyło się w Poznaniu, zawiódłszy ciekawych, co się wybierali koniecznie zajrzeć w oczy państwu młodym i ich szczęściu, a spóźnili się o całe pół dnia, bo ślub, wobec nielicznych świadków, pobłogosławił ksiądz o rannej bardzo godzinie.
Oprócz ojca pana młodego, hr. Starży, panny Zuzanny i dwóch uproszonych świadków, przyjaciół starych domu p. Moroza, nie było w kościele nikogo, tylko kupka ubogich u drzwi. Po mieście rozeszła się wiadomość o naznaczonym terminie, gdy już skromne powozy odwiozły nowożeńców od razu pod „Złote grono“.
Że to był dzień powszedni, stary Moroz pedantycznie sklepu nawet nie zamknął, i obfitą wyznaczywszy jałmużnę dla biednych, zresztą obyczaju domowego nie naruszył.
Wieczorem niewielka liczba gości usiadła do stołu, zastawionego z przepychem, bo Morozowi szło o to, ażeby się ani skąpym, ani ubogim nie pokazał, żeniąc syna z milionową dziedziczką. Rozumie się, że stare srebra familijne wystąpiły wszystkie obok saskiej porcelany i wspaniałych delftów dziadowskich, japońszczyzny i chińszczyzny.
Moroz zgodził się z przeznaczeniem, przejednał zupełnie z piękną synową, którą panna Zuzanna kochała prawie tyle, co Gucia, ale nie możemy powiedzieć, żeby z obrotu wypadków był rad i nie cierpiał na tem, że Augustyn brał szlachciankę, baronowę 1 dziecię innego świata.
Chmurka pozostała na jego czole, ciężar na sercu, ale był zbyt dobrym ojcem, żeby się z widocznego szczęścia syna nie cieszył, obiecując sobie czuwać pilno nad tem, by przyszłość nie była zwichniętą.
Tysiące zastrzeżeń poprzedziło kontrakt ślubny: utrzymanie handlu, rozdział majętności, słowo dane przez Gucia, że pracy nie rzuci i na pana chorować nie będzie.
Mimo to stary Moroz był smutny i powtarzał sobie cicho: — Gdybym był umiał przewidzieć i zapobiedz! Ale się stało.
Wieczorem dopiero dnia ślubu, przyznał się p. Moroz przed Starżą, iż jeszcze w Wiesbadenie wiedział o stosunkach Gucia, nie chciał okazać po sobie, iż jest uświadomiony, ani ojcowską władzę rozwijać, aby namiętności rodzącej się, rozdrażnieniem i przeciwieństwem nie zwiększać. Zdawało mu się, że to przejdzie łatwiej, gdy on domyślać się nawet nie zechce, iż istnieć może. Po przybyciu do Poznania Eweliny, czynił, co tylko mógł ze swojej strony, ażeby stawić przeszkody i nastręczać pokusy, wszystko się to jednak nie powiodło. Moroz wyznawał upokorzony, jak się czuł niedołężnym...
Pomimo uprzedzeń... oboje państwo młodzi obiecywali sobie, iż ojca uspokoić i na przyszłość bezpiecznym uczynić potrafią... Silnego też sprzymierzeńca mieli w zacnej pannie Zuzannie. Ewelina nie kryła przed sobą bynajmniej trudności położenia; mając posłanictwo pogodzić, zbliżyć i przejednać dwa światy, które się dotąd u nas mało stykały z sobą — a niedowierzająco lub szyderczo wzajem na siebie patrzały. Ale miała serce i instynkt, które jej zadanie ułatwiały.
Jeszcze przed weselem Gucia, zjawił się niespodzianie w Poznaniu jednego chłodnego poranku, w dosyć wytartym paltocie i wcale niewytwornie ubrany, p. Wincenty Darnocha. Zdziwił niezmiernie Augustyna, wchodząc do niego. Z twarzy chmurnej poznać było łatwo, że świetne losy i nadzieje młodzieńcze, już w chwili urzeczywistnienia ich... rozbiły się o nieprzewidziane wypadki.
Hrabina Kaisersfeld nagle zobojętniała dla swego protegowanego, stało się to przyczyną wszystkich jego nieszczęść, które runęły jedne po drugich, wówczas, gdy najpewniejszym się czuł zwycięztwa... Przyczyną zobojętnienia było może po części zbyteczne zajęcie się Darnochy panną Hersylią i zaniedbywanie hrabiny, a potem przybycie młodego radcy stanu z Petersburga, który ideał pani lepiej daleko od Wincentego urzeczywistniał. Elegancyą, dowcipem, cynizmem przyzwoitym; taktem zupełnie zaćmił Darnochę. Miał też ćwierć łokcia od niego wyższy wzrost i szersze plecy.
Powoli Darnocha sam spostrzegać począł, iż z łaski wychodzi, że często drzwi protektorki znajdował dla siebie zamkniętemi, gdy radcy audyencyę dawała... Zdaje się, zazdrosny przybylec rzucił jakieś podejrzenie na młodego Darnochę...
Ale chociaż hrabina Kaisersfeld ostygła, pochlebiał sobie Darnocha, że jego małżeństwo na tem nie ucierpi; rachował na pannę Hersylię, na mamę, na swą postać i przymioty, które oceniał wysoko. I byłyby go może nie zawiodły rachuby gdyby, nie szczególny, nieszczęśliwy skład okoliczności.
Lubicz Pawłowski, wyjeżdżając, po petersbursku chciał ugościć swych znajomych, i zaprosił ich na wspaniałą wieczerzę w restauracyi kursaalu. Obyczajem z nad Newy, szampańskie wino lać się musiało strumieniem, podochocili sobie wszyscy, a podchmieleni, nie oszczędzali osób nieprzytomnych...
Jeden z niechętnych hrabinie Kaisersfeldowej począł półgłosem rozpowiadać różne ciekawe epizody z jej życia, a było tego obficie i nie wszystkie w innem towarzystwie, prócz męskiego... opowiadane być mogły... Z tych zwierzeń przyszło do ogólnych, o charakterze, roli, zajęciach i źródłach majątkowych hrabiny — rozpraw, sprzeczek i rewelacyi.
Panu Wincentemu nietylko wcale nie przyszło na myśl bronić swojej protektorki, ująć się za nią ale popisując się z dowcipem, rzucił ostre słówko, które znalazłszy nader trafnem, towarzystwo całe oklaskami przyjęło. Powtarzano je sobie na ucho i głośno... a koncepcistę niefortunnego zaszczycono toastem. Darnocha, któremu to pochlebiło, dopuścił się jeszcze kilku gorzkich sarkazmów, nietylko z hrabiny, ale... z prezesa i mamy podżartowując i naśmiewając się nader zręcznie...
Na nieszczęście, obok pokoju, w którym wrzawliwie tak żegnano Lubicza, jedli wieczerzę młody radca i drugi jakiś znajomy pani hrabiny. Nazajutrz pół słowem dano o tem jej wiedzieć. Hrabina nalegała póty, aż jej wszystko, nawet obelżywy koncept Darnochy powtórzyć musiano. Zniosła to na pozór zimno, zarumieniła się, uśmiechnęła, zacięła usta i nie dała poznać po sobie, aby ją wielce obeszło...
Ale od tej chwili Darnocha został osądzony, zabity, pogrzebiony. Hrabina, jak umiała być wszechmocną, gdy chciała pomódz komu, tak była niezwalczoną, jeśli się mścić postanowiła. Powtórzyła na ucho prezesowi i prezesowej, co Darnocha o nich powiedział, tegoż wieczora przyznała en toute humilité, jak się wyraziła, że ten człowiek ją oszukał, że się na nim okropnie zawiodła, iż może nawet nie był on krewnym tego hrabiego, którego niby miała znać w Petersburgu, a którego w istocie na świecie nie było. Słowem, rzuciła tak obfite nasienie niewiary w umysły Burskich, że ci powoli wycofywać się zaczęli.
Pannie Hersylii niezmiernie zręcznie podsunęła hrabina Francuza, urzędnika w Ministeryum Spraw Zagranicznych, Vicomta, człowieka, z którym ze wszech miar Darnocha mierzyć się nie mógł. Temu poddmuchnęła, ażeby en sous oeuvre podjął przez p. Wincentego rozpoczęte wmawianie dystynkcyi... w pannę Hersylię. Z ust Francuza miało to wyższą jeszcze wartość i było potwierdzeniem w niej opinii, jaką powzięła o sobie. Burscy stygli dla konkurenta, panna Hersylia była w złym humorze, znalazła powód do małego sporu i mimo największego spłaszczenia się, pokory, przeprosin... p. Wincenty został najwyraźniej, stanowczo... usunięty.
Znalazł się tedy wkrótce na braku, odepchnięty przez hrabinę, przez Burskich, i gdy się wszyscy rozjeżdżali, został sam, z małym groszem a żadną na przyszłość nadzieją. Upadek ten piorunem spadł i przygniótł go... Z rozpaczy poszedł do stolika gry, ostatkami począł grać z rożnem szczęściem z razu... potem tak już niefortunnie, iż do ostatniego zegarka puścił wszystko... Ktoś mu wówczas pożyczył tyle, ile było potrzeba, ażeby się dostać do Poznania.
Chociaż się źle rozstali z Guciem, Darnocha nadto go znał, by powątpiewał, iż u niego pomoc znajdzie i litość.
Pokorny, grzeczny, smutny — zapukał do drzwi dawnego towarzysza — malując mu swe położenie w najżywszych kolorach, odzywając się do jego serca... do starego akademickiego braterstwa... Przyznawał się do winy, narzekał na swą lekkomyślność, przeklinał błędy, ale część ich znaczniejszą zrzucał na wpływ niegodziwy, despotyczny tej... niebezpiecznej hrabiny...
W ostatku obiecując poprawę, prosił o pracę, o zajęcie.
Z tem wszystkiem, jakkolwiek to było piękne, nie obudzało najmniejszego zaufania... przesada i gwałtowność ostrzegały o nieszczerości, charakter żadnej nie dawał rękojmi. Wolał więc Augustyn przyjść mu w pomoc pożyczką pieniężną, niżeli brać na siebie poprawę wątpliwą człowieka, który nadto był zepsuty już, aby się łatwo dał na drogę nową naprowadzić.
Użyć go w handlu nie było podobna, wprowadzać do domu niebezpiecznie, polecać innym nie dozwalało sumienie; rozstali się więc chłodno... a pieniądz zapłacił dług koleżeństwa.
Darnocha, jak się zdawało, dosyć był rad temu rozwiązaniu i natychmiast znikł z Poznania.

O losie innych osób powieści naszej niewiele powiedzieć możemy a nie powiemy nic dlatego, że czytelnik znajdzie zaspokojenie ciekawości, przypatrując się im żywym dokoła siebie. Wszystko to są postacie ukradzione światu, co nas otacza, a los też ich podległy prawom ogólnym — zawsze bywa jeden... Nie powiemy, ażeby cnota tryumfowała koniecznie, a występek miał być zawstydzony i upokorzony, dzieje się często na odwrót; może najczęściej nawet — ale zwycięztwo prawdy obchodzi sumienie ludzkie, które czuje, że zło, nawet silne i na pozór bezkarne — jest przypadkiem, nauką — anomalią.


Chcielibyśmy jeszcze w dwóch słowach wytłumaczyć się, dlaczego powieść nosi tytuł: „Hybrydy“, gdyśmy w niej i cząsteczki tego zjawiska, cechującego dzisiejszą społeczność naszą, a po części europejską, wyczerpać nie mogli? Szło nam też więcej o wskazanie tej cechy, niżeli o monografię niezliczonych fenomenów, które się dla samej natury swej zregestrować nie dają. W chwili przejścia, jak dzisiejsze, chwili wielkiej pracy społecznej, dorabiającej się niezawodnie nowych kształtów, nowego rozkładu swych żywiołów, a przynajmniej innego ich uporządkowania, hybrydy wszelkiego rodzaju zapisać potrzeba jako ciekawe zjawiska, które nie potrwają. Zadanie ich jest krótkie, czasowe i już za niemi przewidywać można powstanie nowych postaci, innego świata, który z wybitniejszych złoży się jednostek, z wyraziściej nacechowanych istot. Hybryd — to tylko poczwarka, z której wyleci motyl, ćma... nie wiem co zresztą, bo przyszłość się nie odgaduje w całości, ani nawet natchnieniem. Przyszłość jest zamkniętą dla nas... choć na tej księdze siedmiu pieczęci... czytamy uspokajające — godło: Sprawiedliwość.

KONIEC.
1867 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.