Anna Karenina (Tołstoj, 1898)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Anna Karenina
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wydania 1898-1900
Druk Drukarnia »Czasu« Fr. Kluczyckiego i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz J. Wołowski
Tytuł orygin. Анна Каренина
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LEON N. Hr. TOŁSTOJ.



Anna Karenina



PRZEKŁAD Z SIÓDMEGO WYDANIA ORYGINAŁU
PRZEZ
J. W.
W KRAKOWIE,
SPÓŁKA WYDAWNICZA POLSKA.
1898.


CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.

Wszystkie szczęśliwe rodziny podobne są do siebie, każda zaś nieszczęśliwa jest nieszczęśliwą po swojemu.
W domu Obłońskich zapanował nieład. Żona dowiedziała się o stosunkach męża z guwernantką francuską i powiedziała mu, że nie może mieszkać z nim dłużej. Stan ten, trwający już trzeci dzień, dawał się we znaki i samym małżonkom i wszystkim członkom rodziny i domownikom, gdyż wszyscy widzieli, że wspólne ich mieszkanie niema przed sobą żadnego celu i że ludzie, którzy przypadkowo zeszli się w pierwszym lepszym zajeździe, więcej mają z sobą wspólnego, niż oni, członkowie rodziny i domownicy Obłońskich. Zona nie wychodziła ze swego pokoju, mąż od trzech dni nie był już w domu. Dzieci biegały po całem mieszkaniu; angielka pokłóciła się z szafarką i napisała do swej przyjaciółki, prosząc ją o znalezienie jej nowego miejsca; kucharz odszedł jeszcze poprzedniego dnia w czasie objadu; pomywaczka i stangret również chcieli porzucić służbę.
Na trzeci dzień po zajściu, książę Stepan Arkadjewicz Obłoński — Stiwa, jak go nazywano powszechnie — rano, jak zwykle o ósmej obudził się nie w sypialni żony, lecz w swoim gabinecie, na safianowej kanapie. Ocknąwszy się, poruszył swe pełne, wypieszczone ciało na sprężynach kanapy, jakby miał zamiar znów zasnąć na czas dłuższy, przytulił twarz do poduszki, lecz nagle prędkim ruchem siadł na kanapie i otworzył oczy.
— Tak, tak, jak to było? — myślał, starając się przypomnieć sen. — Tak, jak to było? Tak! Alabin wydawał obiad w Darmsztadzie; nie, nie w Darmsztadzie, ale gdzieś w Ameryce. Tam, lecz tam Darmsztad był Ameryce. Tak, Alabin wydawał obiad na szklanych stołach i stoły te śpiewały Il mio tesoro, i nie Il mio tesoro, ale coś ładniejszego i jakieś karaweczki, które były zarazem kobietami — przypominał sobie Obłoński.
Stefan Arkadjewicz mrugnął wesoło oczyma i z uśmiechem na ustach zamyślił się. — Tak dobrze tam było, bardzo dobrze. Było tam tyle wspaniałych rzeczy, że nie dadzą się słowami wypowiedzieć, a na jawie nawet wyobrazić sobie ich nie można. — Zauważywszy pasmo światła, przenikające do pokoju przez niezupełnie szczelnie zasłonięte sukienną roletą okno, Stepan Arkadjewicz z uśmiechem spuścił nogi z kanapy, włożył je w haftowane przez żonę pantofle; dostał je od niej w przeszłym roku na imieniny, obszyte złocistym safianem, i idąc za dawnem dziewięcioletniem przyzwyczajeniem, wyciągnął rękę ku miejsca, gdzie w sypialni żony wisiał zawsze jego szlafrok. W tej chwili Stefan Arkadjewicz przypomniał sobie nagle, dlaczego nie śpi w pokoju żony, lecz w swoim gabinecie; przestał się uśmiechać i zmarszczył czoło.
— Ach, a! a!... — mruknął, przypominając sobie wszystko, co zaszło. I przed wyobraźnią jego stanęły znów wszystkie szczegóły nieporozumienia z żoną, całe jego położenie bez wyjścia — i co najbardziej go męczyło — cała wina jego.
— Tak! ona nie przebaczy i nie może przebaczyć. Co najgorzej jednak, że cała wina spada na mnie, a jednak nie jestem winien. Wtem też leży cały dramat — myślał. — Ach! ach!... — wzdychał Stefan Arkadjewicz z rozpaczą, przypominając sobie najprzykrzejsze swe wrażenie z całego tego zajścia.
Najprzykrzejsza była dla niego ta pierwsza chwila, kiedy wróciwszy z teatru w dobrym humorze i zadowolony, z ogromną gruszką dla żony w ręku, nie zastał jej w salonie, nie zastał również i w gabinecie, aż odnalazł ją w końcu w sypialni, nieszczęśliwą, trzymającą w ręku list, z którego dowiedziała się o wszystkiem.
Ona, ta wiecznie zajęta i nie zbyt bystra, jak mu się zdawało, Dolly, siedziała nieruchomo z listem w ręku i oczyma pełnemi przerażenia, rozpaczy i gniewu, patrzała na męża.
— Co to? co to takiego? — pytała, pokazując list. — I przypominając sobie wszystko, Stepanowi Arkadjewiczowi, jak to często bywa, nie tyle było przykrem samo zajście, ile odpowiedź, jaką dał żonie.
Ze Stepanem Arkadjewiczem zdarzyło się to, co się często zdarza ludziom, gdy im udowodni się niespodziewanie jakiś hańbiący ich bardzo postępek: nie potrafił nadać swej twarzy wyrazu, jakiego wymagało położenie jego w obec żony. Zamiast obrazić się, zapierać, prosić o przebaczenie, nic sobie nawet z tego nie robić, wszystko to byłoby daleko lepszem od tego, co on zrobił, na twarzy jego najzupełniej mimowoli (refleksy mózgu, pomyślał Stepan Arkadjewicz, gdyż lubiał bawić się w fizyologię) pojawił się jego zwykły, poczciwy, i dlatego też głupi uśmiech.
Tego głupiego uśmiechu Stepan Arkakjewicz nie mógł sobie darować. Zobaczywszy ten uśmiech, Dolly drgnęła cała jakby z bolu fizycznego i ze zwykłą swą gwałtownością wybuchnęła potokiem gwałtownych wymówek i wybiegła z pokoju; od tej chwili nie chciała widzieć się z mężem.
— Wszystkiemu winien ten głupi uśmiech — myślał Stepan Arkadjewicz. — Lecz co robić? co robić? — z rozpaczą powtarzał i nie mógł znaleźć odpowiedzi.

II.

Stepan Arkadjewicz należał do tych ludzi, którzy nie tają przed sobą prawdy, nie mógł oszukiwać się i wmawiać sam w siebie, że żałuje swego postępku, nie mógł też teraz czuć wyrzutów sumienia, że on trzydziestoczteroletni mężczyzna nie był zakochanym w żonie, matce pięciorga żywych i dwojga zmarłych dzieci, w kobiecie o rok tylko młodszej od niego, lecz pomimo to czuł cały ciężar swego położenia i żałował żony, dzieci i siebie; potrafiłby też lepiej taić swoje postępki przed żoną, gdyby wiedział, że wiadomość o nich tak fatalnie na nią podziała; nigdy nie zastanawiał się głębiej nad tą kwestyą, lecz jakoś zdawało mu się, że żona oddawna domyśla się, że nie jest jej wiernym, i że patrzy na to przez palce. Stepanowi Arkadjewiczowi zdawało się nawet, że żona wyczerpana, postarzała przed czasem, nieładna już kobieta, niczem nie wyróżniająca się, tylko dobra matka rodziny, powinna być pobłażliwą dla niego z samego poczucia sprawiedliwości. Tymczasem pokazało się, że tak nie jest.
— Straszna, straszna historya! — powtarzał Stepan Arkadjewicz i nie mógł nic wymyślić. — A tak dobrze szło wszystko do tego czasu, tacyśmy byli szczęśliwi! Ona była zadowoloną i szczęśliwą przez dzieci, ja nie przeszkadzałem jej w niczem, pozwalając zajmować się domem i dziećmi jak chciała. Co prawda, to niedobrze, że ona była guwernantką w naszym domu, stanowczo nie dobrze, gdyż jest coś pospolitego, trywialnego w stosunku ze swą guwernantką. Ale z jaką guwernantką! (Stepan Arkadjewicz przypomniał sobie z przyjemnością czarne żywe oczy M-elle Roland i jej uśmiech). Lecz póki ona była w naszym domu nie pozwalałem sobie na nic. A najgorzej, że ona już... zupełnie jakby naumyślnie... Lecz co robić? co robić?...
I Stepan Arkadjewicz nie mógł dać sobie żadnej odpowiedzi, prócz tej ogólnej, którą daje życie na wszystkie najbardziej zawiłe i najtrudniejsze do rozwiązania pytania. Odpowiedź ta brzmi: trzeba żyć chwilą, t. j. zapomnieć się. Lecz szukać zapomnienia tego we śnie nie można, przynajmniej przed nastąpieniem nocy nie można już wrócić do tej muzyki, którą wygrywały kobiety — karafeczki, trzeba zatem zapomnieć się snem życia.
— Potem to się wszystko pokaże — pomyślał Stefan Arkadjewicz, wstał, naciągnął szary szlafrok o jedwabnej, niebieskiej podszewce i odetchnąwszy głęboko, zwykłym prędkim krokiem swych ładnie zbudowanych nóg, które z taką łatwością unosiły jego pełne ciało, podszedł do okna, podniósł roletę i głośno zadzwonił. Na odgłos dzwonka wszedł w tej chwili stary przyjaciel, kamerdyner Mateusz, niosąc ubranie, obuwie i depeszę. Zaraz za Mateuszem wszedł golibroda z przyborami do golenia.
— Czy są papiery z biura? — zapytał Stepan Arkadjewicz, biorąc depeszę i siadając przed lustrem.
— Leżą na stole — odpowiedział Mateusz, patrząc ze współczuciem na swego pana i po chwili dodał z chytrym uśmiechem: właściciel remizy przysyłał.
Stepan Arkadjewicz nic nie odpowiedział i tylko w lustrze popatrzał na Mateusza; ze spojrzeń ich, które spotkały się, widać było, że zrozumieli się nawzajem. Stepan Arkadjewicz zdawał się pytać spojrzeniem: po co ty mi to mówisz? wiesz przecież sam!
Mateusz włożył ręce w kieszenie marynarki i nic nie mówiąc, dobrodusznie, z zaledwie dostrzegalnym uśmiechem, popatrzał na swego pana.
— Kazałem przyjść w niedzielę i zapowiedziałem, żeby do niedzieli nie trudzili i pana i siebie, mówił dalej Mateusz, powtarzając z góry już widocznie przygotowane zdanie.
Stepan Arkadjewicz domyślił się, że Mateusz chce tylko porozmawiać i zwrócić na siebie jego uwagę, otworzył depeszę, przeczytał ją, poprawiając w myśli poprzekręcane jak zwykle wyrazy i twarz jego rozjaśniła się.
— Mateuszu, siostra moja Anna Arkadjewna, przyjeżdża jutro — odezwał się, wstrzymując na chwilę błyszczącą pulchną rękę golibrody, który wygalał mu różową dróżkę na podbródku, między długiemi, gęstemi bokobrodami.
— Dzięki Bogu — rzekł Mateusz, dając do zrozumienia tą odpowiedzią, że on również jak i pan jego rozumie znaczenie tego przyjazdu, t. j. że Anna Arkadjewna, ukochana siostra Stepana Arkadjewicza, może dopomódz do pogodzenia się męża z żoną.
— Sama, czy z małżonkiem? — zapytał Mateusz.
Stepan Arkadjewicz nie mógł mówić, gdyż golibroda robił coś właśnie koło jego wierzchniej wargi, podniósł tylko jeden palec do góry.
Mateusz w lustrze kiwnął głową.
— Sama. Czy na górze przygotować?
— Zapytaj Darji Aleksandrównej, gdzie ona rozkaże.
— Darji Aleksandrównej?... jakby z powątpiewaniem powtórzył Mateusz.
— Tak, powiedz jej. Weź tę depeszę, oddaj jej i spytaj się, jakie wyda polecenia.
— Chcesz spróbować! — pomyślał Mateusz, lecz odpowiedział tylko: Słucham.
Stepan Arkadjewicz już się umył, uczesał i zaczynał się już ubierać, gdy Mateusz, stąpając powoli skrzypiącymi butami z depeszą w ręku, wszedł do pokoju. Golibrody już nie było.
— Darja Aleksandrówna kazała powiedzieć, że wyjeżdża. Niechaj robią, jak się panu podoba — rzekł, śmiejąc się oczyma i włożywszy ręce w kieszenie, przechylił głowę na bok i zaczął się przyglądać swemu panu. Stepan Arkadjewicz na razie nic nie odpowiedział, dopiero po chwili na ładnej jego twarzy pokazał się uśmiech, w którym odbijała się dobroć i smutek.
— No, i cóż Mateuszu? — zapytał, kiwając głową.
— E, jakoś to będzie, panie! — odpowiedział Mateusz.
— Jakoś to będzie?
— Ma się rozumieć!
— Tak myślisz? A tam kto? — zapytał Stepan Arkadjewicz, posłyszawszy za drzwiami szelest kobiecego ubrania.
— To ja — odezwał się twardy lecz przyjemny głos kobiecy i z za drzwi wysunęła się surowa, ospowata twarz niańki, Matreny Filemonównej.
— Cóż tam takiego, Matreno? — zapytał Stepan Arkadjewicz podchodząc ku niej.
Pomimo, że cała wina leżała po stronie Stepana Arkadjewicza i że on sam przyznawał to, jednakże wszyscy w domu, nawet niańka, główna przyjaciółka Daryi Aleksandrównej, trzymali jego stronę.
— Cóż tam takiego? — powtórzył niechętnie.
— Idź pan jeszcze raz przepraszać. Jak Bóg da. Męczy się biedaczka, tak że aż żal bierze patrzyć na nią, o i w domu wszystko do góry nogami. Zlituj się nad dziećmi, panie. Niech pan przeprosi. Cóż robić...
— Kiedy mnie nie przyjmie...
— Ty, panie, w każdym razie zrób swoje. Pan Bóg jest miłosierny, do Niego módl się, panie, do Niego.
— No dobrze, idźcie już, Matreno — odpowiedział Stepan Arkadjewicz, oblewając się rumieńcem. — Podaj ubranie, zwrócił się do Mateusza i energicznym ruchem zdjął z siebie szlafrok.
Mateusz trzymał już przygotowaną koszulę i z widoczną przyjemnością włożył ją na pulchne i starannie pielęgnowane ciało swego pana.

III.

Skończywszy się ubierać, Stepan Arkadjewicz skropił tużurek perfumami, poprawił mankiety i kołnierzyk, zręcznie porozmieszczał po kieszeniach papierosy, pugilares, zapałki, zegarek z podwójną złotą dewizką i brelokami, zmiął w ręku chustkę i czując się czystym, zdrowym i fizycznie wesołym, pomimo swego nieszczęścia, wyszedł, kołysząc się z lekka na nogach, do jadalnego pokoju, gdzie już czekała na niego kawa, a obok niej listy i papiery z biura.
Stepan Arkadjewicz wziął się do czytania listów. Jeden z nich był bardzo nieprzyjemnym, od kupca, który chciał nabyć las w majątku żony. Las ten trzeba było koniecznie sprzedać, lecz chwilowo do czasu pogodzenia się z żoną nie mogło o tem być mowy; najnieprzyjemniejszą zaś była ta okoliczność, że do pogodzenia się z żoną wpływał pieniężny interes. Myśl, że kierując się interesem i chcąc sprzedać las, stara się o przebaczenie żony, myśl ta obrażała Stepana Arkadjewicza.
Przeczytawszy listy, przysunął ku sobie papiery biurowe, prędko przejrzał dwie sprawy, dużym ołówkiem robiąc na nich parą uwag i zaczął pić kawę; popijając wolno kawę z filiżanki, Stepan Arkadjewicz rozwinął wilgotną jeszcze poranną gazetę i z uwagą oddał się czytaniu jej.
Stepan Arkadjewicz prenumerował i czytywał liberalną gazetę, niezbyt skrajną, lecz tego kierunku, którego trzymała się większość. I pomimo to, że ani nauka, ani sztuka, ani polityka nie interesowały go właściwie, jednak w tych rzeczach trzymał się stale poglądów, których trzymała się większość i jego dziennik, i poglądy te zmieniał tylko wtedy, gdy zmieniała je większość; zresztą nie on je zmieniał, one same zmieniały się w nim powoli.
Stepan Arkadjewicz nie wybierał ani kierunków, ani poglądów, lecz te kierunki i poglądy same przychodziły do niego, zupełnie tak samo, jak nie wybierał fasonu kapelusza lub kroju surduta, lecz używał tych, które wszyscy nosili. Mieć zaś pewne poglądy dla niego, obracającego się w pewnych sferach, odczuwającego potrzebę pewnej działalności umysłowej, potrzebę rozwijającą się w latach dojrzałości, było tak samo koniecznem, jak mieć kapelusz. Jeśli istniał jakibądź powód, dla którego kierunek postępowy więcej mu przypadał do smaku, niż konserwatywny, którego trzymało się również wiele osób z jego sfery, to powód ten nie leżał w tem, że Stepan Arkadjewicz uważał kierunek postępowy za rozumniejszy, lecz w tem, że nadawał się więcej do trybu życia Stepana Arkadjewicza. Postępowa partya twierdziła, że w Rosyi wszystko jest źle, i rzeczywiście Stepan Arkadjewicz miał dużo długów, a pieniędzy stanowczo brakowało mu zawsze. Postępowa partya mówiła, że małżeństwo jest instytucyą przestarzałą, i że koniecznie należy ją przeinaczyć: i w rzeczywistości życie rodzinne dawało niezbyt wiele przyjemności Stepanowi Arkadjewiczowi i zmuszało go do kłamstwa i wybiegów, tak wstrętnych jego usposobieniu. Postępowa partya mówiła, czyli wyrażając się ściślej, kazała się domyślać, że religia jest niczem innem, jak tylko hamulcem dla barbarzyńskiej części ludności, i rzeczywiście Stepan Arkadjewicz nie mógł wytrzymać bez bolu w nogach nawet niedługiego nabożeństwa, i nie mógł zrozumieć, na co są potrzebne te wszystkie straszne i wzniosłe twierdzenia o tamtym świecie, kiedy jemu i na tym było bardzo wesoło. Jednocześnie Stepanowi Arkadjewiczowi, lubiącemu pożartować, sprawiało przyjemność odezwać się czasami, że jeśli ktoś pyszni się swem pochodzeniem, to nie powinien zatrzymywać się na Ruryku i wyrzekać się protoplasty swego, małpy. W taki sposób kierunek postępowy stał się nałogiem Stepana Arkadjewicza, który lubiał swój dziennik jak cygaro po obiedzie, za ten lekki zawrót głowy, jaki mu sprawiały jego teorye. I dzisiaj ze zwykłą przyjemnością przeczytał artykuł wstępny, dowodzący, że za naszych czasów zupełnie bez powodu powstaje krzyk, jakoby radykalizm zagrażał pochłonięciem konserwatywnych elementów i jakoby rząd obowiązany był przedsięwziąć środki ku zdławieniu hydry rewolucyonizmu, gdyż przeciwnie — zdaniem pisma niebezpieczeństwo polega na mniemanej hydrze rewolucyjnej, a w uporze tradycyi, hamującej prawdziwy postęp — i t. d. Stepan Arkadjewicz przeczytał też i drugi artykuł, treści ekonomicznej, w którym była mowa o Beutamie i Millu, i w którym odzywano się z przekąsem o ministeryum. Z wrodzoną sobie bystrością Stepan Arkadjewicz pojmował znaczenie każdego przekąsu, przez kogo, pod czyim adresem i z jakiego powodu był wypowiedzianym, i jak zwykle, sprawiało mu to pewną przyjemność. Lecz dzisiaj przyjemność tę zatruwało wspomnienie o radach Matreny Filemonównej i o tem, że w domu nie wszystko idzie jaknajlepiej; przeczytał też i o tem, że hrabia Beust wyjechał podobno do Wiesbadenu, i o tem, że niema już więcej na świecie siwych włosów i o sprzedaży karety, lecz wiadomości te nie dostarczyły mu zwykłego ironicznego zadowolenia.
Skończywszy gazetę, drugą filiżankę kawy i kołacz z masłem, Stepan Arkadjewicz wstał od stołu, strzepnął okruchy kołacza z kamizelki i odetchnąwszy, uśmiechnął się wesoło, nie dlatego, żeby niemiał nic przykrego na myśli — wesoły uśmiech wywołało dobre trawienie. Lecz wesoły ten uśmiech zaraz przypomniał mu o wszystkiem i Stepan Arkadjewicz zamyślił się.
Dwa głosy dziecinne — ojciec poznał głos Gryszy, młodszego syna, i Tani, starszej córeczki — dały się słyszeć za drzwiami. Dzieci coś niosły i upuściły.
— Mówiłam, że na dach nie można sadzać pasażerów — krzyczała po angielsku dziewczynka — masz zbieraj teraz!
— Wszystko idzie do góry nogami — pomyślał Stepan Arkadjewicz — dzieci same biegają, i podszedłszy do drzwi zawołał na nie. Dzieci postawiły szkatułkę, która miała przedstawiać powóz i przybiegły do ojca.
Dziewczynka, jego ulubienica, wbiegła śmiało, objęła ojca za szyję i śmiejąc się zawisła na niej, ciesząc się jak zawsze, ze znanego sobie zapachu perfum, który się rozprzestrzeniał od ojcowskich bokobrodów. Pocałowawszy go w końcu w zaczerwienioną od pochyłego położenia twarz, na której w tej chwili odbijała się miłość ojcowska, dziewczynka odjęła ręce i chciała biedź z powrotem, lecz ojciec zatrzymał ją.
— Jak tam mamusia? — zapytał, gładząc delikatną szyjkę dziewczynki. — Jak się masz? — rzekł, uśmiechając się, do witającego się z nim chłopca.
Stepan Arkadjewicz wiedział o tem dobrze, że mniej kocha chłopca i zawsze starał się być jednakowym dla dzieci; lecz chłopczyk zawsze odczuwał to i nie odpowiedział uśmiechem na oziębły uśmiech ojca.
— Mama? wstała... — odpowiedziała dziewczynka.
Stepan Arkadjewicz westchnął.
Znów więc nie spała całą noc.
— Cóź, czy wesoła?
Dziewczynka wiedziała, że ojciec poróżnił się z matką i że matka nie mogła być wesołą, a ojciec powinien wiedzieć o tem i że tylko udaje, pytając o to z takiem lekceważeniem; zarumieniła się więc za ojca, który natychmiast zrozumiał to i także zarumienił się.
— Nie wiem — odpowiedziała. — Mama nie kazała się uczyć, ale kazała iść na spacer z miss Hull do babci.
— No, więc idź, Taniusiu moja. Poczekaj tylko małą chwilkę — odrzekł ojciec, przytrzymując ją i gładząc po delikatnej rączce, poczem zdjął z kominka postawione tam wczoraj pudełko z cukierkami i dał jej dwa, które najbardziej lubiła: czekoladkę i pomadkę.
— Dla Gryszy? — zapytała dziewczynka, pokazując na czekoladkę.
— Tak, tak — i pogłaskawszy ją jeszcze po obnażonej szyjce, Stepan Arkadjewicz pocałował córkę we włosy i pozwolił odejść.
— Kareta czeka — zameldował Mateusz. — I jakaś kobieta z prośbą — dodał po chwili.
— Czy długo już czeka? — zapytał Stepan Arkadjewicz.
— Z pół godzinki.
— Mówiłem ci już tyle razy, żeby w tej chwili meldować.
— Muszę przecież dać panu czas wypić kawę — odpowiedział Mateusz tym przyjacielsko-hardym tonem, na który gniewać się niepodobna.
— Proś więc prędzej — rzekł Obłoński, marszcząc się z niezadowoleniem.
Prosząca, żona sztabs-kapitana Kalinina, podawała prośbę bezsensową, której w żaden sposób nie można było zadośćuczynić, lecz Stepan Arkadjewicz swym zwyczajem posadził ją, wysłuchał bez przerywania, całego jej opowiadania, udzielił jej szczegółowej rady, do kogo i w jaki sposób ma się zwrócić i nawet napisał jej swym rozwlekłem, pięknem, wyraźnem pismem, bilecik do jednego ze swych znajomych, który mógł jej trochę dopomódz. — Gdy sztabs-kapitanowa odeszła, Stepan Arkadjewicz wziął kapelusz i zatrzymawszy się na progu, zaczął sobie przypominać, czy nie zapomniał o czem. Pokazało się, że nie zapomniał o niczem, prócz tego, że chciał zapomnieć o żonie.
— Ach, tak! — opuścił głowę i piękna twarz jego przyjęła wyraz smutku. — Iść czy nie iść — mówił sam do siebie. I wewnętrzny głos mówił mu, że iść niema potrzeby, że prócz fałszu nic z tego nie wyniknie, że niema sposobu, aby poprawić ich stosunek, gdyż nie sposób uczynić ją znowu pociągającą i wzbudzającą miłość, lub jego zrobić starcem niezdolnym do kochania. Nic więcej nie mogło wyjść z tego prócz kłamstwa i fałszu, a kłamstwem i fałszem Stepan Arkadjewicz brzydził się.
— Przecież kiedyś potrzeba to zrobić, gdyż nie może tak być zawsze — pomyślał Stepan Arkadjewicz, starając się dodać sobie odwagi, poczem wyprostował się, wyjął papierosa, zapalił, pociągnął dwa razy i rzucił go w popielniczkę z masy perłowej, w kształcie muszli, poczem prędkim krokiem przeszedł salon i otworzył drugie drzwi do sypialni żony.

IV.

Darja Aleksandrówna w białym kaftanie i ze spiętym na tyle głowy warkoczem rzadkich już, lecz kiedyś gęstych i przepysznych włosów, z osuniętą, chudą twarzą i z dużemi oczyma, w których malował się przestrach, stała w pośród porozrzucanych po pokoju rzeczy, koło otwartej komody, w której czegoś przed chwilą szukała; Posłyszawszy kroki męża, odwróciła głowę patrząc na drzwi, i napróżno starając się nadać twarzy surowy i pogardliwy wyraz, czuła mimowoli, że boi się i jego i mającego nastąpić spotkania. Przed chwilą chciała zrobić to, co chciała i już robić dziesięć razy wciągu tych trzech dni: odłożyć rzeczy swoje i dzieci, które chciała zabrać ze sobą do matki, i znów nie mogła zdecydować się na to; lecz i teraz, tak jak poprzednio, mówiła sobie, że stan taki dłużej trwać nie może, że p winna cobądż przedsięwziąć, ukarać, zawstydzić go, odemścić mu się choć małą cząstką tego bolu, który oni jej i zadał. Wciąż jeszcze mówiła, że odjedzie od niego, lecz czuła, że to jest niemożebnem, gdyż nie mogła odwyknąć od i uważania go za i swego męża i od kochania go: prócz tego czuła, że jeśli tutaj, w swoim własnym, domu, zaledwie dawała sobie rady z pięciorgiem dzieci, to i jej i dzieciom będzie jeszcze gorzej wszędzie, dokąd ona razem z niemi wszystkiemi przeniesie się: i tak już w ciągu tych trzech i dni i najmłodszy zachorowały, gdyż nakarmiono go złym rosołem, a reszta: wczoraj prawie że nie jadła obiadu. Dolly uznawała, że porzucać domu mężowskiego w żaden sposób nie można, lecz wciąż oszukiwała samą siebie, układając rzeczy i i udając, że odjeżdża.
Ujrzawszy męża, Dolly zapuściła znów ręce w komodę, udając że czegoś szuka i obejrzała się na niego dopiero wtedy, gdy Stepan Arkadjewicz już zupełnie podszedł ku niej; lecz twarz jej, której chciała nadać stanowczy i surowy wyraz, zdradzała przestrach i cierpienie.
— Dolly! — odezwał się mąż cichymi i bojaźliwym głosem, wsunąwszy głowę między ramiona i starając się nadać sobie wzbudzający politowanie i pokorny wygląd, lecz mimo to twarz jego jaśniała świeżością i zdrowiem. Dolly jednym rzutem oka obrzuciła od głowy do nóg jaśniejącą zdrowiem i świeżością postać męża. „Tak, on jest szczęśliwym i zadowolonym!“ — pomyślała — „a ja?... i ta wstrętna dobroć, za którą wszyscy go tak lubią i chwalą, ja nienawidzę go za tę właśnie dobroć“ — pomyślała i zacięła usta, przyczem muskuły prawego policzka zaczęły jej drgać.
— Co panu potrzeba? — odezwała się prędkim, nie swoim, piersiowym głosem.
— Dolly! — powtórzył Stepan Arkadjewicz drżącym głosem. — Anna przyjedzie dzisiaj.
— Cóż mnie to obchodzi? Ja jej nie mogę przyjmować — zawołała.
— Lecz przecież trzeba Dolly...
— Proszę ztąd odejść — nie patrząc na męża krzyknęła, i zdawało się, że krzyk ten spowodowanym jest przez fizyczny ból.
Stepan Arkadjewicz mógł być spokojnym, gdy myślał o żonie, mogło mu się zdawać, że „jakoś to będzie“, jak się wyrażał Mateusz i mógł spokojnie czytać gazetę i pić kawę; lecz gdy zobaczył jej zmęczoną, zbolałą twarz, gdy usłyszał jej głos, w którym słyszeć się dawało poddanie się losowi i rozpacz, coś go ścisnęło w gardle i w oczach stanęły łzy.
— Mój Boże! co ja narobiłem! Dolly! Na miłość Boga!... Przecież... Nie mógł mówić więcej, łkanie ścisnęło mu gardło.
Dolly zamknęła szufladę i spojrzała na męża.
— Dolly, cóż ja mogę powiedzieć?... Chyba to tylko, abyś mi przebaczyła... Zważ tylko sama, czy dziewięć lat pożycia nie może okupić chwili, chwili...
Ona spuściła oczy i słuchała, co on jej powie, i zdawała się błagać go, aby ją w jakibądź sposób przekonał.
— Chwili zapomnienia... — wymówił Stepan Arkadjewicz i chciał mówić dalej, lecz usłyszawszy ten wyraz Dolly znów zacisnęła wargi jakby z bolu fizycznego i muskuł prawego policzka znów jej drgać począł.
— Proszę wyjść, proszę wyjść stąd!... krzyknęła jeszcze przeraźliwiej — i proszę mi nie mówić nic więcej o swych chwilach zapomnienia i o swych...
Chciała wyjść, lecz potknęła się i musiała uchwycić za poręcz krzesła, żeby nie upaść. Twarz jej rozszerzyła się, wargi nadęły, a oczy napełniły się łzami.
— Dolly — odezwał się znowu mąż, który już płakał — na miłość Boską pomyśl o dzieciach, one przecież nic nie zawiniły! Jam winien, mnie ukarz, każ mi odkupić moją winę, gotów jestem uczynić wszystko, co tylko będę mógł. Winien jestem, wiem o tem, i wyrazić nawet nie mogę, w jakim stopniu! No Dolly, przebacz mi!
Dolly usiadła. Stepan Arkadjewicz słyszał jej głośny i ciężki oddech i żal mu jej było niewypowiedzianie; parę razy chciała zacząć mówić, lecz nie mogła; on czekał.
— Ty pamiętasz o dzieciach, żeby bawić się z niemi, a ja pamiętam naprawdę i wiem, że one zmarnują się teraz — odrzekła i widocznem było, że powtórzyła jedno z tych zdań, które w ciągu tych trzech dni nieraz musiała mówić sama do siebie.
Powiedziała mu „ty“, i on z wdzięcznością spojrzawszy na nią, chciał się zbliżyć i ująć ją za rękę, lecz ona ze wstrętem odsunęła się od niego.
— Ja pamiętam o dzieciach i dlatego wszystko, co tylko będę mogła uczynić, uczynię, żeby je ratować; lecz sama jeszcze nie wiem, jak postąpię, gdyż niewiem w jakim razie mam je uważać za uratowane: czy wtedy, gdy wywiozę je od ojca, czy też wtedy, gdy zostawię je z przewrotnym, tak, z przewrotnym ojcem... Powiedz pan sam, czy po tem, co zaszło, możemy żyć razem? Czy to byłoby możebnem? Sam pan powiedz, czy to byłoby możebnem? — powtarzała podnosząc głos, — po tem, jak mój mąż, ojciec mych dzieci, zawiązuje stosunek miłosny z guwernantką swych dzieci...
— Więc cóż robić? cóż robić? — powtarzał smutnie, sam nie wiedząc co mówi, i coraz niżej i niżej pochylając głowę.
— Wzbudzasz pan we mnie wstręt i obrzydzenie — zawołała, gorączkując coraz bardziej. — Pańskie łzy, to woda! Nigdyś mnie pan nie kochał; niema w panu ani serca ani szlachetności! Jesteś pan wstrętnym dla mnie i obcym, tak obcym zupełnie! — głosem, pełnym bolu i uporu, powtórzyła ten bolesny dla siebie wyraz „obcym“.
On patrzał na nią i upór, który odbijał się na jej twarzy, przeraził i zadziwił go. Nie rozumiał tego, że współczucie, jakie okazywał, drażni ją, gdyż widziała w niem tylko litość nad sobą, a nie miłość. „Ona nienawidzi mnie i nie przebaczy mi“ — pomyślał sobie.
Nagle w drugim pokoju zapłakało dziecko; Darja Aleksandrówna zaczęła się przysłuchiwać i twarz jej złagodniała.
Przez parę sekund zdawała się namyślać, jakby nie zdając sobie na razie sprawy, gdzie się znajduje i co ma robić, wreszcie wstała i skierowała się ku drzwiom.
— Kocha przecież moje dziecko... — pomyślał Stepan Arkadjewicz, zauważywszy zmianę, jaką krzyk dziecka wywołał na jej obliczu... — moje dziecko, więc jakże może mnie nienawidzić?
— Dolly, jeszcze jedno słowo — odezwał się, idąc za nią.
— Jeśli pan pójdziesz za mną, zawołam na służbę i na dzieci! Niech wszyscy wiedzą, żeś pan podły! Ja wyprowadzam się dzisiaj, a pan zostań tutaj razem ze swoją kochanką!
Powiedziawszy to, Darja Aleksandrówna wyszła i zatrzasnęła drzwi za sobą.
Stepan Arkadjewicz westchnął, obtarł twarz i powoli wyszedł z pokoju. „Mateusz powiada, że jakoś to będzie, ale jak? mnie nie zdaje się to możebnem. Ach, jak to wszystko jest przykre i jak ona ordynarnie wykrzykiwała“ — mówił sam do siebie, przypominając sobie krzyk żony i wyrazy: podły i kochanka. „Dziewczynki zapewne słyszały! Strasznie ordynarnie!“ Stepan Arkadjewicz postał parę chwil, obtarł oczy i wyprostowawszy się, wyszedł z pokoju.
Był piątek i w jadalni stary zegarmistrz Niemiec nakręcał zegar. Stepan Arkadjewicz przypomniał sobie swój żart o łysym zegarmistrzu „że Niemiec sam był nakręconym na całe życie, aby nakręcać zegary“, i uśmiechnął się. Stepan Arkadjewicz lubiał dobry żart. „A może być, że jakoś to będzie! Niezłe powiedzenie: jakoś to będzie!“ — pomyślał. — Trzeba to będzie opowiedzieć komu.
— Mateuszu! — zawołał. — Przygotujcie z Maryą w gościnnym pokoju wszystko dla Anny Arkadjewny! — wydał polecenie Mateuszowi.
— Słucham.
Stepan Arkadjewicz włożył futro i wyszedł na ganek.
— Czy pan będzie na obiedzie w domu? — zapytał Mateusz, wyprowadzając go.
— Nie wiem jeszcze. Weź na wydatki domowe — rzekł, wyjmując dziesięć rubli z pugilaresu. Czy wystarczy?
— Musi wystarczyć — odpowiedział Mateusz zatrzaskując drzwiczki od karety i cofając się ku gankowi.
Tymczasem Darja Aleksandrowna, uspokoiwszy dziecko i domyśliwszy się po turkocie karety, że mąż już odjechał, powróciła do sypialnego pokoju. Było to jedyne miejsce, w którem mogła zapomnieć o domowych kłopotach, a miała ich zawsze tyle na głowie, gdy tylko na chwilę wyszła. Już i teraz, w ciągu tych paru chwil, spędzonych w dziecinnym pokoju, Angielka i Matrena Filimonowna zdążyły zadać jej parę pytań, na które z odpowiedzią nie można było zwlekać i na które tylko ona mogła dać odpowiedź. „Co włożyć dzieciom na spacer? Czy dać im mleka? Czy trzeba posłać po drugiego kucharza?“
— Ach! dajcie mi święty spokój — odpowiedziała i wróciła do sypialni, gdzie siadła na tem samem miejscu, na którem siedziała podczas rozmowy z mężem; załamała wychudzone ręce, z kościstych palców których opadały pierścionki i zaczęła przypominać sobie niedawną rozmowę, jaką miała z mężem.
— Wyjechał, lecz co z nią zrobił? — myślała — Czyżby ciągle jeszcze z nią się widywał? Nie, nie, przebaczyć mu nie mogę. Nawet, jeśli pozostaniemy w jednym domu, będziemy sobie obcy, na zawsze obcy! — powtórzyła, kładąc znowu nacisk na ten, straszny dla niej wyraz. — A ja go tak kochałam, mój Boże, tak kochałam!... A czyż nie kocham go jeszcze i teraz?... Czyż nie kocham go jeszcze bardziej niż przedtem? A najbardziej mnie przestrasza... Lecz nie miała czasu dokończyć, gdyż Matrena Filemonowna stanęła we drzwiach.
— Może pani każe posłać po mego brata — zapytała — on potrafi ugotować obiad; bo znów, tak jak wczoraj, dzieci nie będą nic jadły aż do szóstej godziny.
— Dobrze, zaraz przyjdę i wydam polecenia. Czy poszedł kto po świeże mleko?
Darja Aleksandrowna oddala się cała codziennym sprawom i w nich ukoiła ból swój na jakiś czas.

V.

Stepan Arkadjewicz w szkołach uczył się dobrze, dzięki swym zdolnościom, lecz był leniwym i dokazywał, i dlatego też skończył je jako jeden z ostatnich uczni; lecz pomimo hulaszczego życia, niewysokiej rangi i dość młodych lat, miał dość wybitną posadę naczelnika jednego z rosyjskich urzędów, do której była przywiązana znaczna pensya. Posadę tę dostał przez męża swej siostry Anny, Alekseja Aleksandrowicza Karanina, zajmującego jedno z ważniejszych miejsc w ministeryum, do którego należało biuro Obłońskiego; lecz gdyby Karanin nie był dał szwagrowi swemu tego miejsca, to za protekcyą setki drugich osób: braci, sióstr, krewnych, kuzynów, wujów i ciotek Stepan Arkadjewicz byłby dostał tę posadę lub inną, taką samą, z sześcioma tysiącami rubli pensyi, które mu były koniecznie potrzebne, gdyż interesa jego, pomimo znacznego majątku żony, nie były w najlepszym stanie.
Połowa Moskwy i Petersburga była w pokrewieństwie lub w przyjaźni ze Stepanem Arkadjewiczem. Obłoński urodził się w sferze ludzi, którzy byli i stali się silnymi świata tego. Trzecia część działaczy państwowych, obecnie już starców, była kiedyś w przyjaźni z ojcem jego i znała go jeszcze w poduszce; druga część była z nim na „ty“, a trzecia byli to dobrzy znajomi, a zatem ci, co mogli rozdawać dary tego świata pod postacią posad, dzierżaw, koncesyj i t. p., wszyscy byli jego przyjaciółmi i nie mogli o nim zapomnieć, jako o jednym ze swoich. Obłoński nie potrzebował nawet starać się tak bardzo o dobrą posadę, trzeba było tylko nie odmawiać, nie zazdrościć, nie kłócić się, nie obrażać, czego on zresztą nigdy przez wrodzoną swą dobroć nie czynił. Roześmiałby się, gdyby mu powiedziano, że nie dostanie posady z pensyą, która mu jest potrzebną, tem bardziej, że nie żądał nawet nic nadzwyczajnego, chciał tylko mieć to samo, co mieli jego rówieśnicy, a zajmować tego rodzaju stanowisko mógł nie gorzej, niż ktokolwiek inny.
Stepana Arkadjewicza lubili ci, co go znali, nietylko za jego dobre serce, wesołe usposobienie i nie podlegającą najmniejszej wątpliwości uczciwość, lecz w nim samym, w jego postawie, w błyszczących oczach, w czarnych brwiach i włosach, w rumianej twarzy, było coś, co usposabiało przyjaźnie i rozweselająco ludzi, mających z nim jakąbądż styczność. „Aha! Stiwa! Obłoński! Jak się miewasz?“ prawie zawsze z uśmiechem zadowolenia odzywał się każdy przy spotkaniu z nim. Jeśli i zdarzyło się niekiedy, że po rozmowie z nim pokazało się, że nic tak szczególnie przyjemnego nie zaszło, to pomimo to, drugiego, trzeciego dnia, przy spotkaniu się z nim, każdy cieszył się znowu tak samo.
Będąc już trzeci rok naczelnikem jednego z urzędów w Moskwie, Stepan Arkadjewicz pozyskał prócz miłości, głębokie uznanie swych kolegów, podwładnych, przełożonych i wszystkich, kto tylko miał z nim do czynienia. Główne zalety Stepana Arkadjewicza, które wyrobiły mu ogólne poważanie, polegały: po pierwsze na wielkiej wyrozumiałości dla ludzi, podstawą której była ogromna znajomość swych własnych wad; po drugie na zupełnym liberalizmie, nie tym, o którym czytał w dziennikach, lecz tym, który miał we krwi i który sprawiał, że zupełnie jednakowo obchodził się ze wszystkimi, nie zwracając uwagi na ich stan majątkowy i pochodzenie; i po trzecie, co było najgłówniejszem, na najzupełniej obojętnem traktowaniu swego zajęcia, wskutek czego nigdy nie unosił się i nie popełniał żadnych omyłek.
Przyjechawszy do biura, Stepan Arkadjewicz, poprzedzany przez szwajcara, przeszedł do swego gabinetu, włożył mundur i wszedł do sali posiedzeń. Wszyscy pisarze i urzędnicy wstali i oddali mu ukłon. Stepan Arkadjewicz prędkim krokiem, jak zwykle, podszedł do swego miejsca, podał rękę wszystkim członkom i usiadł przy stole.
Pożartowawszy i porozmawiawszy tyle, ile wypadało, Stepan Arkadjewicz wziął się do roboty. Nikt nie umiał lepiej od niego zachować tej granicy swobody, prostoty i urzędowej powagi, która jest tak potrzebną w każdej wspólnej pracy.
Sekretarz uprzejmie i z szacunkiem, należnym zwierzchnikowi, zbliżył się z papierami pod pachą i odezwał się poufało-liberalnym tonem, zaprowadzonym w biurze przez Stepana Arkadjewicza:
— Nareszcie otrzymaliśmy odpowiedź od penzeńskiego rządu gubernialnego. Oto może pan będzie łaskaw...
— Otrzymaliśmy wreszcie? — odezwał się Stepan Arkadjewicz, odkładając na bok papier. No, panowie... i posiedzenie rozpoczęło się.
— Gdyby oni wiedzieli — myślał Stepan Arkadjewicz, pochyliwszy poważnie głowę podczas referowania sprawy — że ich prezes, pół godziny temu wyglądał jak chłopiec, którego mają ukarać — i oczy jego śmiały się podczas odczytywania referatu. Posiedzenie powinno było trwać do drugiej bez przerwy; o drugiej przerwa i śniadanie.
Jeszcze nie było drugiej godziny, gdy duże szklane drzwi otworzyły się i ktoś chciał wejść. Wszyscy członkowie uradowani z chwilowej przerwy, zaczęli spoglądać ku drzwiom, lecz woźny, stojący na korytarzu, nie wpuścił przybysza i zamknął drzwi.
Gdy przeczytano całą sprawę, Stepan Arkadjewicz wstał, przeciągnął się i składając hołd liberalnym czasom, jeszcze w sali wyjął papierosa i skierował się ku swemu gabinetowi. Dwaj koledzy jego: stary Nikitin i kamerjunkier Hryniewicz wyszli z nim razem.
— Po śniadaniu zdążymy skończyć — rzekł Stepan Arkadjewicz.
— Ma się rozumieć — odpowiedział Nikitin.
— A jednak ten Fomin zdaje się być porządnym łotrem — odezwał się Hryniewicz o jednej z osób, biorących udział w sprawie, którą właśnie przed chwilą rozpatrywano.
Stepan Arkadjewicz skrzywił się, dając tem Hryniewiczowi do zrozumienia, że nie wypada przedwcześnie wypowiadać swego zdania i nic mu nie odpowiedział.
— Kto tu wchodził? — zapytał się szwajcara.
— Na chwilę się tylko odwróciłem i zaraz ktoś wszedł bez pytania. Mówił, że chce się widzieć z panem prezesem. Powiedziałem mu: jak wszyscy wyjdą...
— Gdzież on jest?
— Wyszedł chyba do sieni, bo przedtem ciągle chodził tutaj. — Oto i on — zawołał woźny, pokazując na barczystego mężczyznę z kędzierzawą brodą, który nie zdejmując barankowej czapki, prędko i lekko wbiegł po wytartych stopniach kamiennych schodów. Jakiś urzędnik, schodzący na dół z portfelem pod pachą, popatrzał z niechęcią na nogi biegnącego, a potem pytająco obejrzał się na Obłońskiego.
Stepan Arkadjewicz stał nad schodami. Uśmiechnięta twarz jego, wychylająca się z haftowanego kołnierza munduru, uśmiechnęła się jeszcze bardziej, gdy ujrzał biegnącego.
— Lewin, jak się masz! — zawołał, przyglądając się Lewinowi, który właśnie podchodził do niego; i na twarzy Stepami Arkadjewicza ukazał się przyjacielski, trochę ironiczny uśmiech. — I nie wstydziłeś się odnaleźć mnie w tej jaskini — pytał Stepan Arkadjewicz, nie poprzestając na uścisku ręki i całując swego przyjaciela. — Dawnoś przyjechał?
— Dopiero co przyjechałem i chciałem bardzo zobaczyć się z tobą — odpowiedział Lewin nieśmiało, z gniewem i niepokojem, oglądając się.
— No, chodźmy do gabinetu — przerwał mu Stepan Arkadjewicz, znając dobrze dziwną nieśmiałość przyjaciela, poczem wziął go za rękę i pociągnął za sobą, jakby ochraniając od grożących mu niebezpieczeństw.
Stepan Arkadjewicz był na „ty“ prawie ze wszystkimi swymi znajomymi: z sześćdziesięcioletnimi starcami, dwudziestoletnimi chłopcami, aktorami, ministrami, kupcami, jenerał-adjutantami, do tego stopnia, że bardzo wielu z pomiędzy tych, którzy z nim byli na „ty“, stali na dwóch krańcowych szczeblach społecznej drabiny i zdziwiliby się zapewne bardzo, gdyby się dowiedzieli, że przez Obłońskiego mają coś wspólnego z sobą. Był na „ty“ z każdym, z kim pił szampana — a pijał szampana ze wszystkimi — i dlatego, spotykając się w obecności swych podwładnych ze swymi, przynoszącymi wstyd „ty“, jak nazywał przez żarty wielu swych przyjaciół, Stepan Arkadjewicz ze zwykłym sobie taktem, umiał zmniejszać niemiłe wrażenie swoich podwładnych. Lewin nie należał do tych „ty“, których wypadało się wstydzić, lecz Obłoński domyślał się, że Lewinowi się zdaje, że on — Obłoński — wobec podwładnych nie chce pokazywać swych bliskich stosunków z nim i dlatego Stepan Arkadjewicz pospieszył się i wprowadził go do swego gabinetu.
Lewin był prawie rówieśnikiem Obłońskiego i był z nim na „ty“ nie z samego tylko szampana, gdyż był jego kolegą i przyjacielem jeszcze z lat dziecinnych. Lubili się nawzajem, pomimo różnicy charakterów i upodobań, jak lubią się przyjaciele, którzy spędzili razem młode lata. Lecz pomimo to, jak często się zdarza między ludźmi, którzy obrali różne pola działalności, każdy z nich, chociaż uznawał działalność drugiego, lecz w głębi duszy pogardzał nią. Każdemu z nieb zdawało się, że ten tryb życia, który on sam pędzi, jest jedynie właściwym, a życie jego przyjaciela tylko widmem życia. Obłoński, patrząc się na Lewina, nie mógł utaić lekkiego uśmiechu. Tyle razy widział go już przyjeżdżającego do Moskwy ze wsi, gdzie Lewin pracował nad czemś, lecz nad czem, tego Stepan Arkadjewicz nie mógł nigdy dobrze zrozumieć, a zresztą i niewiele go to obchodziło. Lewin, przyjeżdżając do Moskwy, bywał zawsze bardzo roztargnionym, zawsze spieszył się bardzo, był nieśmiałym i nieśmiałość ta rozdrażniała go, wskutek czego wyjawiał zwykle najzupełniej nowe poglądy na wszystko, przeważnie takie, których najmniej można się było spodziewać po nim. Z poglądów tych Stepan Arkadjewicz śmiał się zawsze i lubiał je bardzo. Również i Lewin w głębi duszy pogardzał miejskim trybem życia swego przyjaciela i jego pracą biurową, gdyż uważał ją za najzupełniej zbyteczną na świecie i śmiał się z niej. Lecz cała różnica polegała na tem, że Obłoński, postępując tak, jak wszyscy postępowali, śmiał się z przekonania i był pewnym siebie, Lewin zaś nie był pewnym siebie i dlatego śmiał się czasami z gniewem.
— Oddawna już czekamy na ciebie — odezwał się Stepan Arkadjewicz, wchodząc do gabinetu i puszczając rękę Lewina, jakby dając mu tem do zrozumienia, że wszelkie niebezpieczeństwo już minęło. — Cieszę się bardzo, że widzę się z tobą! Cóż tam u ciebie słychać? Kiedy przyjechałeś?
Lewin nic nie odpowiedział, tylko od czasu do czasu spoglądał na nieznajome sobie twarze kolegów Obłońskiego, a szczególniej na ręce eleganckiego Hryniewicza; widać było, że te ręce z długimi białymi palcami, żółtymi, zagiętymi na końcu paznokciami i z ogromnemi, błyszczącemi spinkami w mankietach, pochłaniały całą uwagę Lewina i tamowały mu swobodny bieg myśli. Obłoński zauważył to natychmiast i uśmiechnął się.
— Ach! prawda. Pozwólcie, panowie, że was zapoznam. Moi drodzy: Filip Iwanowicz Nikitin, Michał Stanisławowicz Hryniewicz, poczem wskazując Lewina dodał: działacz w ziemstwie, gimnastyk, podnoszący jedną ręką pięć pudów, hodowca bydła i myśliwy, mój przyjaciel: Konstanty Dmitrjewicz Lewin, brat Sergjusza Iwanowicza Kornyszewa.
— Bardzo mi przyjemnie — rzekł Nikitin.
— Mam zaszczyt znać pańskiego brata, Sergjusza Iwanowicza — odezwał się Hryniewicz, podając Lewinowi szczupłą rękę z długimi paznokciami.
Lewin zmarszczył się, obojętnie uścisnął podaną sobie dłoń i zwrócił się w tej chwili ku Obłońskiemu. Pomimo, że bardzo kochał i poważał swego przyrodniego brata, znanego w całej Rosyi autora, nie znosił jednak, gdy zwracano się do niego, nie jako do Konstantego Lewina, lecz jako do brata znakomitego Kornyszewa.
— Już nie jestem ziemskim działaczem. Pokłóciłem się ze wszystkimi i nie jeżdżę już więcej na zebrania — rzekł Lewin, zwracając się ku Obłońskiemu.
— To prędko! — z uśmiechem odpowiedział mu Obłoński. — Cóż to się stało? Dlaczego?
— Długa historya. Opowiem ci ją kiedyindziej — odrzekł Lewin, lecz zaraz zaczął opowiadać. — Krótko mówiąc, przekonałem się, że żadnej działalności w ziemstwie niema i być nie może — mówił prędko i z uniesieniem, jak gdyby mu kto gorąco przeczył. — Z jednej strony to zabawka, bawią się w parlament, a ja nie jestem ani dość młodym, ani dość starym, aby bawić się zabawkami; z drugiej zaś strony — w tem miejscu zająknął się — jest to tylko jednym środkiem więcej dla powiatowej coterie do robienia pieniędzy. Dawniej były opieki, sądy, a teraz ziemstwo, nie jako łapówka, lecz jako synekura — zapalał się coraz bardziej.
— Ehe: Jesteś, jak widzę, w nowym peryodzie, w konserwatywnym — przerwał Stepan Arkadjewicz. — Lecz zresztą o tem potem.
— Dobrze, potem. Lecz wpierw musiałem zobaczyć się z tobą — odrzekł Lewin, z niechęcią spoglądając na ręce Hryniewicza.
Stepan Arkadjewicz uśmiechnął się.
— Mówiłeś kiedyś, że nigdy nie włożysz na siebie europejskiego ubrania? — zapytał, patrząc się na nowy garnitur Lewina, kupiony widocznie we francuskim magazynie. — Stanowczo widzę, że jesteś w nowym peryodzie.
Lewin zarumienił się nagle, lecz nie tak, jak rumienią się ludzie dorośli, zlekka, sami nie wiedząc kiedy; lecz tak, jak czerwienią się chłopcy, gdy czują, że nieśmiałość naraża ich na śmieszność i gdy wstydząc się jej, czerwienią się coraz bardziej. Dziwne wrażenie sprawiała ta rozumna, męzka twarz, oblana takim rumieńcem, lecz Obłoński przestał patrzeć na Lewina.
— Gdzież się będziemy mogli spotkać? Ja koniecznie musze rozmówić się z tobą — zapytał Lewin.
Obłoński zdawał się namyślać.
— Pojedźmy najlepiej do Gurina na śniadanie. Mam czas do trzeciej.
— Nie — odpowiedział Lewin — teraz niemam czasu.
— To pojedziemy razem na obiad.
— Na obiad? Nic tak szczególnego niemam, tylko parę słów, a potem porozmawialibyśmy.
— To powiedz teraz tę parę słów, a podczas obiadu porozmawiamy.
— Tylko dwa słowa — a zresztą nic tak bardzo ważnego.
Na twarzy Lewina odmalowało się niezadowolenie, że nie może przezwyciężyć swej nieśmiałości.
— Co porabiają Szczerbaccy? czy wszystko po staremu?
Stepan Arkadjewicz, który wiedział już oddawna, że Lewin kocha się w siostrze jego żony, Kiti, uśmiechnął się i oczy błysnęły mu lekko.
— Powiedziałeś, że dwa słowa, a ja w dwóch słowach odpowiedzieć tobie nie mogę, gdyż... przepraszam cię na chwilkę...
Do gabinetu wszedł sekretarz i ze zwykłem u sekretarzy poczuciem swej przewagi w znajomości spraw nad naczelnikiem, podszedł z papierami do Obłońskiego i zaczął, niby to pytając się o wskazówki, wyjaśniać prezesowi jakiś zawiły punkt w sprawie. Stepan Arkadjewicz przerwał mu, kładąc dłoń na rękawie sekretarza.
— Nie, mój panie, zrób pan tak, jak ja mówiłem — odpowiedział, starając się uśmiechem złagodzić daną podwładnemu wymówkę i wyłożywszy mu krótko, jak należy zapatrywać się na daną sprawę, odsunął papiery i rzekł: Bądź pan łaskaw już tak zrobić, Zacharze Nikiticzu!
Sekretarz zawstydził się i odszedł. Lewin podczas narady Obłońskiego z sekretarzem otrząsł się zupełnie ze swego zakłopotania i stał, oparłszy się rękoma o krzesło. Widoczne po nim było, że z drwiącą uwagą przysłuchuje się rozmowie.
— Nic nie rozumiem — odezwał się, gdy sekretarz zamknął drzwi za sobą.
— Czego nie rozumiesz? — uśmiechając się wesoło i wyjmując papierosa, zapytał Obłoński.
— Nie rozumiem, co wy tutaj robicie — odpowiedział Lewin, wzruszając ramionami. — Jak ty to możesz robić na seryo?
— Dlaczego?
— Dlatego, że tu niema co robić!
— Tak ci się zdaje, lecz my mamy masę roboty...
— Papierowej... Ty zresztą masz talent do tego — dodał Lewin.
— To znaczy, że ci się zdaje, że mi coś brakuje?
— Może być, że i tak — odpowiedział Lewin. — Lecz w każdym razie zachwycam się twą wielkością i napawa mnie to dumą, że mój przyjaciel jest takim wielkim człowiekiem. Nie odpowiedziałeś mi wszakże na moje pytanie — dodał po chwili z pewnym wysiłkiem, patrząc prosto w oczy Obłońskiemu.
— Dobrze, dobrze. Nic jeszcze nie wiadomo, jak to z tobą będzie. Dobrze ci, gdy masz trzy tysiące dziesięcin w karazińskim powiecie i takie muskuły, i gdy czujesz się tak młodym jak dwunastoletnia dziewczynka. A co do tego o coś się pytał, to żadnych zmian niema; szkoda tylko, że cię tak dawno nie było.
— Dlaczego? — z przestrachem zapytał Lewin.
— Tak, nic — odpowiedzą! Obłoński — potem porozmawiamy. Po coś ty właściwie przyjechał?
— I o tem też porozmawiamy później — odrzekł Lewin, czerwieniąc się po uszy.
— Dobrze. Już rozumiem. Wybacz, prosiłbym cię do siebie, ale żona jest trochę niezdrowa. A zresztą, jeśli chcesz ich widzieć, to zastaniesz ich właśnie o tej porze, między czwartą a piątą w zoologicznym ogrodzie. Kiti używa ślizgawki. Idź tam, ja przyjadę po ciebie i pojedziemy razem na obiad.
— Dobrze, a więc do widzenia.
— Tylko pamiętaj, przecież ja ciebie znam: albo zapomnisz, albo ni stąd ni zowąd pojedziesz na wieś! — śmiejąc się, zawołał Stepan Arkadjewicz.
— Nie, będę napewno!
Lewin wyszedł z gabinetu i dopiero na schodach spostrzegł, że zapomniał pożegnać się z kolegami Obłońskiego.
— Wygląda na bardzo energiczne indywiduum — zauważył Hryniewicz, po wyjściu Lewina.
— Tak, moi panowie — odrzekł na to Stepan Arkadjewicz, kiwając głową, szczęśliwy człowiek! Trzy tysiące dziesięcin w karazińskim powiecie, cała przyszłość przed nim i tyle sił żywotnych. Nie tak, jak my.
— A co panu brakuje?
— E! źle wszystko — odpowiedział Stepan Arkadjewicz, ciężko wzdychając.

VI.

Gdy Obloński zapytał Lewina, po co właściwie przyjechał, Lewin zaczerwienił się, gdyż nie mógł mu odpowiedzieć: „przyjechałem oświadczyć się siostrze twej żony“, chociaż naprawdę przyjechał po to.
Rodziny Lewinów i Szczerbackich należały do starych szlacheckich rosyjskich rodów i zawsze były z sobą w bliskich i przyjaznych stosunkach. Stosunki te utrwaliły się jeszcze bardziej, gdy Lewin był studentem, gdyż przygotowywał się do uniwersytetu razem z młodym Szczerbackim, bratem Kiti i Dolly, i w uniwersytecie kolegował z nim. Lewin bywał wtedy często u Szczerbackich i zakochał się w domu Szczerbackich. Wydawać się to może dziwnem, lecz Konstanty Lewin był istocie zakochanym w domu, w rodzinie, szczególnie w żeńskiej połowie rodziny Szczerbackich. Lewin nie pamiętał swej matki, jedyna jego siostra była znacznie starszą od niego, w domu więc Szczerbackich zapoznał się po raz pierwszy z tą sferą dawnej, szlacheckiej, wykształconej i zacnej rodziny, której pozbawiła go śmierć ojca i matki. Wszyscy członkowie tej rodziny, szczególnie należące do niej kobiety, zdawali mu się być osłonięci jakąś poetyczną, tajemniczą zasłoną i nie mówiąc już o tem, że nie widział w nich żadnych wad, lecz szczerze był przekonanym, że za tą zasłoną kryją się najwznioślejsze uczucia i zupełna doskonałość. Dlaczego te trzy panny musiały jednego dnia mówić po angielsku, a drugiego po francusku, dlaczego o pewnych godzinach grywały na przemian na fortepianie, którego dźwięki dochodziły aż na górę do brata, gdzie uczyli się studenci; dlaczego przychodzili profesorowie francuskiej literatury, muzyki, rysunków, tańców; dlaczego o pewnych godzinach wszystkie trzy panny z M-lle Linon wyjeżdżały powozem na twerski bulwar w atłasowych szubkach: Dolly w długiej, Natali w krótszej, a Kiti w zupełnie krótkiej, tak że widać było jej zgrabne nóżki, obciągnięte w czerwone pończoszki; dlaczego z lokajem, strojnym w kapelusz ze złotym galonem, chodziły po twerskim bulwarze: tego wszystkiego, jak i wielu innych rzeczy, które działy się w ich otoczeniu, nie rozumiał; ale był przekonany, że wszystko, co się tam dzieje, było bezwarunkowo jaknajlepszem, i zakochanym był w tej tajemniczości właśnie.
Za swych studenckich czasów Lewin mało co nie zakochał się w najstarszej Dolly, lecz Dolly wyszła wkrótce za Obłońskiego. Potem zaczął się kochać w drugiej. Zdawało mu się, że powinien zakochać się w jednej z sióstr, lecz sam nie zdawał sobie sprawy, w której. Lecz i Natali, jak tylko zaczęła bywać, zaraz wyszła za mąż za dyplomatę Lwowa. Kiti była jeszcze dzieckiem, gdy Lewin skończył uniwersytet. Młody Szczerbacki, wstąpiwszy do marynarki, utonął w Baltyckiem morzu i stosunki Lewina ze Szczerbackimi stały się rzadsze, mimo to, że z Obłońskim żył zawsze w przyjaźni. Lecz gdy w tym roku, w początku zimy Lewin, spędziwszy cały rok na wsi, przyjechał do Moskwy i zobaczył Szczerbackich, wtedy dopiero zrozumiał, w której z trzech sióstr było mu przeznaczonem zakochać się.
Mogłoby się wydawać zupełnie natura!nem, że on, Lewin, pochodzący z dobrego rodu, człowiek zamożny, ma zamiar oświadczyć się o rękę księżniczki Szczerbackiej; prawdopodobnie odrazu przyjętoby go i uważano za dobrą partyę. Lecz Lewin był zakochanym i dlatego zdawało mu się, że Kiti jest doskonałością pod każdym względem, istotą znacznie wyższą po nad wszystkich i wszystko; a on sam takiem pospolitem, zwyczaj nem stworzeniem, że nie było nawet cienia prawdopodobieństwa, aby świat cały i ona, Kiti, uznali go za godnego jej.
Spędziwszy w Moskwie dwa miesiące i codziennie prawie spotykając się z Kiti, gdyż Lewin zaczął dużo bywać, aby widywać się z nią, nagle przyszedł do wniosku, że małżeństwo ich nigdy nie może dojść do skutku i wyjechał na wieś.
Przekonanie Lewina, że Kiti wyjść za niego nie może polegało głównie na tem, że zdaniem jego rodzina uważać go będzie za niegodnego ślicznej Kiti, a sama Kiti kochać go nie może, gdyż w oczach rodziny nie miał żadnego określonego stanowiska, gdy tymczasem koledzy i rówieśnicy jego — Lewin miał 32 lat — byli już pułkownikami, fligel-adjutantami, profesarami, dyrektorami banków i kolei, prezesami różnych instytytucyj, jak np. Obłoński; on zaś (a wiedział dobrze, jakim wydawać się musi wszystkim) był obywatelem ziemskim, zajmował się hodowlą krów, polował na dubelty, stawiał budynki, a więc miał się za jednostkę, pozbawioną wszelkich zdolności.
I ta urocza, tajemnicza Kiti, nie mogła kochać takiego brzydkiego — za jakiego on sam się uważał — człowieka, a przedewszystkiem takiego pospolitego, niczem nie wyróżniającego się. Prócz tego poprzedni jego stosunek z Kiti — stosunek dorosłego człowieka z dzieckiem — wydawał mu mu się jeszcze jedną przeszkodą. — Brzydkiego, dobrego — za jakiego się miał — człowieka, można było, zdaniem jego, lubić jako przyjaciela, lecz żeby być kochanym tą miłością, jaką on kochał Kiti, trzeba było być pięknym, a przedewszystkiem nadzwyczajnym człowiekiem.
Lewin słyszał, że kobiety często kochają się w nieładnych, zwyczajnych ludziach, lecz nie dawał temu wiary, gdyż sądził po sobie, a on sam mógł kochać się tylko w ładnych, tajemniczych i nadzwyczajnych kobietach.
Lecz spędziwszy samotnie dwa miesiące na wsi, Lewin przekonał się, że to nie była jedna z tych przelotnych miłostek, przez które przechodził w latach swej pierwszej młodości; że uczucie to nie dawało mu ani chwili spokoju; że nie rozwiązawszy tej kwestyi: czy ona będzie lub nie będzie jego żoną, nie może żyć spokojnie i że przyczyną zwątpienia, które go opanowało, była tylko wyobraźnia; że niema na to żadnych dowodów, aby mu miano odmówić ręki Kiti. I teraz znów przyjechał do Moskwy z mocnem postanowieniem oświadczenia się i ożenienia, jeśli tylko zostanie przyjętym, lub też... lecz Lewin nie mógł myśleć o tem, coby się z nim stało, gdyby go spotkała odmowa.

VII.

Przyjechawszy rannym pociągiem do Moskwy, Lewin stanął u swego starszego przyrodniego brata, Koznyszewa. Przebrawszy się wszedł do gabinetu brata z zamiarem opowiedzenia mu zaraz celu swego przyjazdu i proszenia o radę, lecz w pokoju oprócz gospodarza zastał znanego powszechnie profesora filozofii, który po to tylko przyjechał z Charkowa, aby wyjaśnić nieporozumienie, wynikłe między nim a Koznyszewem z powodu bardzo ważnej kwestyi filozoficznej. Profesor prowadził nader ożywioną polemikę z materyalistami, i Sergiusz Koznyszew z ogromnem zaciekawieniem śledził za jej przebiegiem; przeczytawszy ostatni artykuł profesora, napisał do niego list ze swymi zarzutami: zarzucał mu mianowicie zbyt wielkie ustępstwa, które profesor miał poczynić materyalistom. I profesor natychmiast przyjechał, aby osobiście rozmówić się z Sergiejem Iwanowiczem. Mowa tu była o modnej kwestyi, czy istnieje jakabądź granica między psychicznemi czynnościami człowieka, i na czem ona polega.
Sergiusz Iwanowicz przywitał brata grzecznym, lecz oziębłym uśmiechem, którym miał zwyczaj witać się ze wszystkimi i przedstawiwszy go profesorowi, powrócił do przerwanej rozmowy.
Profesor, człowiek małego wzrostu, o wąskiem czole, w okularach, przerwał rozmowę, aby się przywitać, i znów zaczął mówić dalej, nie zwracając uwagi na Lewina. Lewin czekając na odejście profesora, usiadł, nie biorąc udziału w rozmowie, lecz wkrótce zainteresował się nią. Lewin spotykał się w pismach z artykułami, o których była tu mowa i czytał je, interesując się nimi jako przyrodnik, gdyż zajmowały się rozwijaniem znanych mu podstaw przyrodoznawstwa; lecz nigdy nie łączył w swym umyśle naukowych badań o pochodzeniu człowieka, o refleksyach, o biologii, o socyologii, z kwestyami o znaczeniu życia i śmierci, które w ostatnich czasach coraz częściej przychodziły mu na myśl.
Przysłuchując się rozmowie brata z profesorem, Lewin zauważył, że łączyli kwestye naukowe z osobistemi, że parę razy mieli już o nich mówić, lecz za każdym razem, gdy zanadto zbliżali się do omawiania głównego punktu, to, jak Lewinowi zdawało się, w tej chwili naumyślnie oddalali się od niego i znów zagłębiali w sferę omówień, cytat, napomknień, powoływań się na autorytety, i Lewin nie mógł dobrze zrozumieć, o co im właściwie idzie.
— Nie mogę przypuścić — mówił Sergiusz Iwanowicz ze zwykłą mu jasnością i dobitnością wyrażeń i z piękną dykcyą, nie mogę w żadnym razie pogodzić się z Keisem, że całe moje poczucie zewnętrznego świata ma swe źródło we wrażeniach. Najbardziej podstawowe pojęcie istnienia osiągam nie przez czucie; niema też zresztą specyalnego organu dla odbierania tego wrażenia.
— Tak jest w istocie, lecz oni, t. j. i Wurst i Knaust i Prypasow, odpowiedzą panu, że pańskie poczucie istnienia wynika z łączności tych wszystkich wrażeń, że poczucie istnienia jest rezultatem tych wszystkich wrażeń. Wurst nawet wprost twierdzi, że gdzie niema wrażeń, niema też i pojęcia istnienia.
— Ja zaś powiem zupełnie przeciwnie — zaczął Sergiusz Iwanowicz.
Lecz Lewinowi i tym razem zdawało się, że zbliżywszy się do głównej treści swej rozmowy, znów oddalają się od niej i zdecydował się zapytać profesora:
— Więc gdy zmysły me zostaną unicestwione, gdy ciało me umrze, to już żadne istnienie miejsca niema?
Profesor z gniewem i jakby pod wrażeniem bolu umysłowego, spowodowanego przerwaniem mu, spojrzał na pytającego, który więcej był podobnym do burłaka[1] niż do filozofa i obejrzał się na Sergiusza Iwanowicza, który dysputował nie z takim wysiłkiem i jednostronnością jak profesor, i w którego głowie pozostawało dość miejsca i na odpowiadanie profesorowi i na zrozumienie tego prostego i naturalnego punktu widzenia, z którego zostało zadanem pytanie. Sergiusz Twanowicz uśmiechnął się i odpowiedział:
— Tego pytania nie mamy prawa stanowczo rozwiązać...
— Nie mamy danych — potwierdził profesor i znów zaczął przytaczać swe dowody. — Nie — mówił — chcę udowodnić, że jeśli, jak to wprost twierdzi Prypasow, czucie ma za podstawę wrażenie, to powinniśmy ściśle rozróżniać te dwa pojęcia.
Lewin nie słuchał dłużej, lecz czekał cierpliwie na odejście profesora.

gdy jakiś mężczyzna w oficerskim szynelu przeszedł bardzo blizko niej, zasłaniając sobą migocące światło latarni. Anna obejrzała się i od razu poznała twarz Wrońskiego. Dotknąwszy ręką daszka czapki, Wroński skłonił się przed nią i zapytał, czy jej czego nie potrzeba i czy może jej być pomocnym? Anna dość długo spoglądała na niego, nie dając mu żadnej odpowiedzi, i pomimo tego, że stał w cieniu, widziała, a może tylko wydawało się jej, że widzi — wyraz twarzy jego i oczów. Był to ten sam wyraz, pełen szacunku i zachwytu, wyraz, który tak silnie podziałał na nią wczoraj. Anna niejednokrotnie powtarzała sobie w ciągu ostatnich paru dni, a nawet i przed chwilą, że Wroński nie jest dla niej niczem innem, tylko jednym z wielu podobnych do siebie, na każdym kroku spotykanych, młodych ludzi; że ona, Anna, nigdy nawet nie pozwoli sobie myśleć o nim; lecz teraz, w pierwszej chwili spotkania, ogarnęło ją uczucie radosnej dumy; nie potrzebowała pytać go, skąd wziął się, gdyż wiedziała to również dobrze, jak gdyby on sam powiedział jej, że dlatego znalazł się tu, aby był tam, gdzie i ona.
— Nie wiedziałam, że i pan jedzie. Po co pan jedzie? — zapytała, odejmując rękę od poręczy. Radość, której nie mogła stłumić, i ożywienie malowały się na jej obliczu.
— Po co ja jadę? — powtórzył Wroński, patrząc jej prosto w oczy. — Pani wie, że jadę po to, aby być tam, gdzie i pani; inaczej nie mogę — dodał po chwili.
I w tej chwili, jakby przezwyciężywszy wszelkie przeszkody, wiatr począł sypać śnieg z dachów wagonu, począł trząść jakimś kawałkiem blachy, który oberwał się na dachu, a na przodzie pociągu ponuro i płaczliwie odezwał się ryk gwizdka lokomotywy. Cała zgroza zamieci wydała się Annie jeszcze bardziej wspaniałą. Wroński rzekł do niej parę wyrazów, których dusza jej pragnęła, lecz których rozsądek bał się: nic więc nie odpowiedziała i na twarzy jej widać było wewnętrzną walkę, którą Wroński zauważył.
— Niech mi pani wybaczy, jeśli uraziły ją moje słowa — przemówił pokornie; mówił grzecznie, z szacunkiem, lecz tak stanowczo i z takim uporem, że Anna dość długo nie mogła zebrać się z odpowiedzią.
— Nie powinno tak być, jak pan powiada, i jeśli pan jest uczciwym człowiekiem, proszę zapomnieć swe słowa, również jak i ja je zapomnę — odrzekła w końcu.
— Żadnego słowa pani, żadnego jej gestu i nie zapomnę nigdy i nie mogę...
— Dość już, dość! — zawołała Anna, starając się napróżno nadać surowy wyraz swej twarzy, której Wroński przypatrywał się bacznie. Schwyciwszy się ręką za poręcz, Anna wstąpiła na schodki i prędko weszła do sionki wagonu. Lecz w sionce zatrzymała się, zastanawiając się nad wszystkiem, co miało miejsce przed chwilą. Nie przypominając sobie ani jego, ani swoich słów, instynktownie pojęła, że chwilowa ta rozmowa, ogromnie wpływała na wzajemne zbliżenie się ich — i Anna czuła się i szczęśliwą i przestraszoną zarazem; postawszy parę sekund, weszła do wagonu i zajęła poprzednie swe miejsce. Stan naprężenia, który ją męczył z początku, nietylko wznowił się, ale nawet wzmógł do tego stopnia, że Anna obawiała się, iż lada chwila zerwie się w niej jakaś zanadto wyprężona struna; przez całą noc Anna nie mogła spać, lecz w tem naprężeniu i tych marzeniach, które napełniały jej wyobraźnię, nie było nic nieprzyjemnego i ponurego, owszem, wywoływały one wrażenie palące, radosne i pobudzające. Nad ranem, Anna siedząc na ławce, zaczęła drzemać, a gdy obudziła się, na dworze było już zupełnie jasno i pociąg zbliżał się do Petersburga. Myśli o mężu, o domu, o synu, o codziennych kłopotach zaczęły ją ogarniać.
W Petersburgu, zaraz po wyjściu z wagonu, pierwszą osobą, która zwróciła na siebie uwagę Anny, był mąż.
„Ach, mój Boże, skąd on ma takie uszy?“ — pomyślała Anna, patrząc na sztywną i okazałą postać męża; szczególniej zaś uderzyły ją jego konchy uszne, dotykające skrzydeł okrągłego kapelusza. Dostrzegłszy Annę, mąż podszedł na jej spotkanie, ułożywszy usta, jak zwykle, w ironiczny uśmiech i patrząc na nią dużemi, znużonemi oczyma. Jakieś nieprzyjemne uczucie zawodu ścisnęło jej serce, gdy spotkała się z tem upartem, zmęczonem spojrzeniem — jak gdyby spodziewała się zastać męża zupełnie innym; szczególniej zaś uderzyło ją uczucie niezadowolenia z samej siebie, jakiego doznała przy spotkaniu z mężem. Było to zwykłe, dobrze jej znane uczucie, podobne do udawania, którego doznawała w stosunkach z mężem, — lecz dawniej uczucia tego nie zauważała — obecnie zaś z żalem i przykrością przekonała się o jego istnieniu.
— Jak widzisz, czuły mąż, czuły jak na drugi rok po ślubie, płonął chęcią ujrzenia cię — odezwał się Aleksiej Aleksandrowicz swym powolnym cienkim głosem i tonem, którego zwykle używał w rozmowie z żoną, tonem pełnym ironii nad tymi, co szczerze mówią w ten sposób.
— Sierioża zdrów? — zapytała Anna.
— Czyż to ma być cała nagroda za mój zapał? — zapytał. — Zdrów, zdrów...

XXXI.

Wroński przez całą noc nie usiłował nawet zasnąć: siedział na kanapce, patrząc się wprost przed siebie lub przyglądając się wchodzącym i wychodzącym. Wroński zawsze imponował nieznajomym swym niewzruszonym spokojem, obecnie zaś wydawał się jeszcze bardziej dumnym i pewnym siebie, spoglądając na ludzi, jak na rzeczy. Młody, nerwowy człowiek, urzędnik sądu okręgowego, siedzący naprzeciwko niego, znienawidził go za wyraz, odbijający się na jego twarzy: młody człowiek prosił go o ogień do papierosa, zaczynał rozmawiać z nim i nawet potrącił go, chcąc dać do zrozumienia Wrońskiemu, że nie jest martwym przedmiotem, lecz człowiekiem; pomimo to Wroński spoglądał na niego, jak na latarnię, wiszącą na środku wagonu, a młody człowiek krzywił się, czując, że traci panowanie nad samym sobą, gdyż nie jest uznawanym za człowieka.
Wroński nic i nikogo nie widział: uważał się za mocarza, nie dlatego, żeby miał być pewnym, że wywarł wrażenie na Annę, tego nie był jeszcze pewnym, lecz dlatego, że wrażenie, jakie ona wywarła na nim, napełniło go szczęściem i dumą.
Co z tego wyniknie, Wroński nie wiedział i nawet nie myślał o tem, dochodził tylko do przekonania, że wszystkie dotychczas rozstrzelone i rozrzucone siły jego winny być zjednoczone i z całą straszliwą energią skierowane ku jednemu celowi: pewność ta uszczęśliwiła go. Wiedział tylko, że powiedział jej prawdę, mówiąc, że jedzie tam, dokąd jedzie i ona, że całe swe szczęście, jedyny cel życia znajduje tylko w tem, aby na nią patrzyć i słyszeć ją, i gdy w Bołogowie wyszedł z wagonu, aby napić się selcerskiej wody i gdy ujrzał Annę, mimowoli wypowiedział jej wszystko, co myślał; obecnie był rad, że jej to powiedział, że ona wie wszystko i że myśli o tem. Wroński nie mógł spać przez całą noc; wróciwszy do wagonu przypominał sobie nieustannie wszystkie okoliczności, wśród których widział ją i wszystkie jej odezwania się, a w wyobraźni jego unosiły się obrazy przyszłości, przyspieszające bicie serca.
Gdy Wroński w Petersburgu wyszedł z wagonu na peron, czuł się po bezsennie spędzonej nocy tak rzeźkim i ożywionym, jak po wzięciu chłodnej wanny. Oczekując na wyjście Anny, Wroński zatrzymał się przed swym wagonem. „Raz jeszcze zobaczę ją — mówił do siebie, mimowoli uśmiechając się — ujrzę jej chód, jej oblicze: odezwie się może, odwróci głowę, popatrzy, może nawet uśmiechnie się.“ Lecz zanim dostrzegł Annę, Wroński ujrzał jej męża, którego naczelnik stacyi z uszanowaniem przeprowadzał przez tłum publiczności, zalegającej peron. „Prawda! Mąż!“ Teraz dopiero po raz pierwszy Wroński przypomniał sobie, że mąż jest osobą, związaną z nią ściśle; dotąd wiedział tylko, że Anna ma męża, lecz nie wierzył w jego istnienie i uwierzył dopiero teraz, gdy zobaczył go i jego głowę, plecy i nogi w czarnych spodniach, szczególniej, gdy ujrzał, jak ten mąż spokojnie wziął ją za rękę, jak swoją własność.
Ujrzawszy Aleksieja Aleksandrowicza, z jego po petersbursku zdrową cerą i pewną siebie postawą, w okrągłym kapeluszu, z nieznacznie wystającemi plecami, Wroński uwierzył w jego istnienie i doznał na ten widok przykrego wrażenia, jakiego doznałby zapewne człowiek spragniony, który po długich poszukiwaniach znalazł nareszcie źródło i zastał w niem psa, owcę lub bezrogę, które wypiły i zmąciły wodę. Szczególniej raził Wrońskiego chód Aleksieja Aleksandrowicza. Wroński sobie tylko przyznawał niezaprzeczalne prawo kochania Anny. Lecz ona była zawsze ta sama i widok jej, tak samo fizycznie ożywiając go, pobudzając i napełniając szczęściem jego duszę, podziałał na niego. Wroński kazał niemcowi lokajowi, który, wysiadłszy z wagonu drugiej klasy podbiegł do niego, zabrać rzeczy i jechać z niemi do domu, sam zaś podszedł do Anny. Wroński przypatrywał się spotkaniu męża z żoną i z przenikliwością zakochanego zauważył pewne zakłopotanie, z jakiem Anna rozmawiała z mężem. „Nie, ona nie kocha go i nie może kochać“ — nabrał wreszcie przekonania.
— Jakże pani spędziła noc? — zapytał, kłaniając się i jej i Aleksiejowi Aleksandrowiczowi, i pozwalając temu ostatniemu przyjąć ten ukłon na swój rachunek i przypomnieć go sobie lub nie.
— Dziękuję panu, bardzo dobrze — odpowiedziała Anna.
Twarz Anny zdawała się mieć wyraz zmęczenia i nie było znać na niej ożywienia, które zwykle przebijało się w jej oczach lub uśmiechu; lecz przez jedną chwilę, gdy spojrzała na niego, mignęło coś w jej spojrzeniu i chociaż płomień ten wnet zagasł, Wroński czuł się uszczęśliwionym tą chwilą. Anna spojrzała na męża, gdyż nie wiedziała, czy Aleksiej Aleksandrowicz zna Wrońskiego. Karenin patrzał z niezadowoleniem na Wrońskiego i zaledwie zadawał sobie fatygę, przypomnieć kto to taki. Spokój i pewność siebie, cechujące Wrońskiego, natknęły się, jak kosa na kamień, ze sztywną pewnością siebie Aleksieja Aleksandrowicza.
— Hrabia Wroński — rzekła Anna.
— Zdaje mi się, żeśmy znajomi — obojętnie odezwał się Aleksiej Aleksandrowicz, podając rękę Wrońskiemu. — W jedną stronę jechałaś z matką, a w drugą z synem — mówił dobitnie, darząc każdym słowem, jak rublem. — Pan zapewne powraca z urlopu? — zapytał Karenin, i nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do żony swym żartobliwym tonem: — Cóż, czy wiele łez zostało uronionych w Moskwie przy pożegnaniu?
Zwróceniem się do żony, Aleksiej Aleksandrowicz chciał dać do zrozumienia Wrońskiemu, że pragnie pozostać z nią sam na sam i zwróciwszy się ku niemu dotknął ręką kapelusza; lecz Wroński odezwał się jeszcze do Anny Arkadjewny:
— Będę miał zaszczyt złożyć pani me uszanowanie w jej domu.
Aleksiej Aleksandrowicz znużonym wzrokiem spojrzał na Wrońskiego.
— Będzie nam bardzo przyjemnie — odezwał się chłodno — przyjmujemy co poniedziałek. — Poczem, pożegnawszy się na dobre z Wrońskim, Aleksiej Aleksandrowicz odezwał się do żony: „Jak to dobrze, że miałem właśnie pół godzinki czasu, że przyjechałem po ciebie na dworzec, i że mam możność złożyć ci dowód mej gorącej miłości — mówił w żartobliwy sposób.
— Zanadto dużo mówisz o swej miłości, abym miała ją zbyt cenić — odrzekła również żartobliwe Anna, mimowoli przysłuchując się odgłosom kroków Wrońskiego, idącego za niemi. — „Lecz co mnie to może obchodzić?“ — pomyślała i zaczęła wypytywać męża, co porabiał podczas jej nieobecności Sierioża.
Mariette powiada, że był bardzo grzeczny... i przykro mi, że cię zmartwię... ale mniej tęsknił za tobą, niż twój małżonek. Lecz raz jeszcze merci, ma kochana, żeś darowała mi ten jeden dzień. Nasz zacny samowar[2] nie będzie się posiadał z radości, pytała się o ciebie parę razy. Doprawdy, jeśli pozwolisz udzielić sobie rady, to bądź u niej dzisiaj; ona ciągle musi troszczyć się o coś, obecnie zaś, prócz wszystkich swoich zwykłych kłopotów, zajmuje się nadzwyczaj sprawą Obłońskich.
Hrabina Lidja Iwanówna była przyjaciółką Aleksieja Aleksandrowicza i zarazem środkowym punktem jednego z kółek petersburskiego świata, z którem Anna ze względu na męża była w ciągłych stosunkach.
— Przecież ja pisałam do niej.
— Tak, ale nie ze wszystkimi szczegółami. Pojedź do niej, duszo moja, jeśliś niezbyt zmęczona. Kondratij podjedzie zaraz po ciebie karetą, a ja muszę jechać zaraz, prosto stąd na posiedzenie komitetu. A zatem znowu nie będę sam jadał obiadów — mówił Aleksiej Aleksandrowicz, nie żartując już.
— Nie uwierzysz, jak ja przyzwyczaiłem się...
I Aleksiej Aleksandrowicz, ściskając długo rękę żony, ze szczególnym uśmiechem na twarzy, dopomógł jej wsiąść do karety.

XXXII.

Pierwszą osobą, która przywitała Annę w domu, był jej syn: wyskoczył on do niej na schody, pomimo nawoływań guwernantki i uradowany zawołał: „Mama! mama!“ — przybiegł do matki i zawisł jej na szyi.
— Mówiłem przecież pani, że to mama — zawołał, zwracając się do guwernantki.
— Ja wiedziałem! Syn również, jak i mąż, wywarł na Annie uczucie, graniczące z rozczarowaniem, gdyż wyobrażała go sobie doskonalszym niż był w rzeczywistości, i musiała zadawać sobie pewien przymus, aby módz zachwycać się nim. Pomimo to, Sierioża był zachwycającym ze swymi jasnymi kędziorkami, błękitnemi oczkami i pulchnemi, zgrabnemi nóżkami, odzianemi w mocno naciągnięte pończoszki. Anna odczuwała fizyczną prawie rozkosz w jego pieszczotach i w poczuciu, że syn znajduje się blisko niej: jego pełne ufności i miłości, prostoduszne spojrzenie uspakajało ją moralnie, również jak i słuchanie naiwnych jego pytań. Anna wydostała podarunki, które dzieci Dolly przysłały mu, i opowiedziała synowi, że w Moskwie jest dziewczynka Tania, że Tania ta umie czytać i że nawet uczy już inne dzieci.
— A czy ja jestem gorszy od niej? — zapytał Sierioża.
— Dla mnie jesteś lepszym od wszystkich na świecie.
— Wiem o tem — odpowiedział Sierioża, uśmiechając się.
Anna nie zdążyła jeszcze wypić kawy, gdy zameldowano hrabinę Lydję Iwanównę. Hrabina Lydja Iwanówna była to wysoka, otyła kobieta, z niezdrową żółtą cerą i pięknemi czarnemi oczyma z wyrazem zamyślenia. Anna lubiała ją bardzo, lecz dzisiaj dopiero, jak gdyby po raz pierwszy, dojrzała w hrabinie różne jej ujemne cechy.
— No i cóż, moja droga, czy zaniosłaś oliwną gałązkę? — pospieszyła zapytać hrabina, wszedłszy zaledwie do pokoju.
— Tak, wszystko należy uważać już za skończone, lecz wogóle cała ta historya nie miała tego znaczenia, któreśmy jej przypisywali — odpowiedziała Anna. — Wogóle moja belle soeur jest zanadto stanowczą.
Hrabina Lydja Iwanowna, która zawsze zajmowała się różnemi sprawami niedotyczącemi jej, miała zwyczaj nie słuchać nigdy tego, co ją obchodziło.
— Doprawdy, dużo jest smutku i zła na świecie, a ja taka znużona dzisiaj jestem — przerwała hrabina Annie.
— Czem? — zapytała Anna, usiłując powstrzymać uśmiech.
— Zaczyna mnie już nużyć to ciągłe, napróżne kruszenie kopii za prawdę, i chwilami’bywam już do niczego. Cała sprawa siostrzyczek (była to filantropijna, religijno-patryotyczna instytucya) była już na najlepszej drodze, lecz z tymi panami nie można sobie dać rady — dodała hrabina Lydja Iwanowna z ironicznem poddaniem się losowi. — Idea sama podoba się im, lecz spaczają ją, a potem zaczynają krytykować, i to w dodatku płytko i marnie rozumując. Dwóch, trzech ludzi zaledwie, a w ich liczbie i mąż pani, pojmują całą doniosłość tej sprawy, reszta zaś tylko szkodzi nam. Wczoraj pisał do mnie Prawdin...
Prawdin był znanym powszechnie panslawistą, mieszkającym za granicą, i hrabina Lydja Iwanowna opowiedziała treść jego listu.
Potem hrabina opowiadała jeszcze o nieprzyjemnościach i przeszkodach, o które rozbija się połączenie kościołów, i odjechała nareszcie, spiesząc się bardzo, gdyż w ciągu dnia musiała być jeszcze na posiedzeniu jakiegoś towarzystwa i w komitecie słowiańskim.
„Przecież to wszystko było i przedtem, ale dlaczegóż ja nie zauważyłam tego dawniej? — pytała Anna samą siebie. — „Czyżby hrabina była dzisiaj bardzo rozdrażnioną? W istocie jest to zabawne! cel życia jej stanowi cnota, jest chrześcijanką, a pomimo to nieustannie jest zagniewaną i ma nieprzyjaciół, i to wszystko nieprzyjaciół, których zjednała sobie na polu chrześcijaństwa i dobroczynności.“
Po odjeżdzie hrabiny przyjechała przyjaciółka Anny, żona dyrektora, i opowiedziała wszystkie miejskie ploteczki. O trzeciej i ona odjechała również, obiecując przyjechać na obiad. Aleksiej Aleksandrowicz był w ministeryum. Pozostawszy samą, Anna zużyła przedobiedni czas na rozmowę z synem podczas jego obiadu[3], na układanie swych rzeczy, na czytanie listów, które zastała w domu i na odpisywanie na nie.
Uczucie wstydu, które ją męczyło przez drogę i roztargnienie, znikły zupełnie: w zwykłych swych warunkach życiowych, czuła się znów pewną siebie i bez zarzutu.
Anna z pewnem podziwieniem wspominała o swym wczorajszym stanie. „Cóż takiego stało się? Nic. Wroński powiedział głupstwo, na które odpowiedź była łatwą, i ja odpowiedziałam mu jak wypadało. Mówić o tem mężowi niema żadnej potrzeby i nie można, gdyż w takim razie przypisywałabym temu znaczenie, jakiego całe to zajście nie posiada.“ Anna przypomniała sobie, jak raz prawie, że opowiedziała mężowi o wyznaniu miłosnem, jakie jej kiedyś uczynił młody podwładny Aleksieja Aleksandrowicza, i jak mąż odpowiedział, że każdą kobietę rzecz taka spotkać może, lecz że on najzupełniej ufa jej taktowi i nigdy nie zapomni się do tego stopnia, aby miał jej lub sobie ubliżać zazdrością. „A zatem niema potrzeby mówić? Zresztą, Bogu dzięki, niema o czem mówić!“ — pomyślała Anna.

XXXIII.

Aleksiej Aleksandrowicz powrócił z ministeryum o godzinie czwartej, lecz, jak to często zdarzało się, nie miał czasu zajść do żony, gdyż od razu wszedł do gabinetu i zaczął przyjmować oczekujących z prośbami i podpisywać papiery, przyniesione przez naczelnika kancelaryi. Na obiad[4] przyjechali: stara kuzynka Aleksieja Aleksandrowicza, dyrektor departamentu z żoną i jakiś młody człowiek, zarekomendowany Aleksiejowi Aleksandrowiczowi, jako kandydat na posadę. Anna wyszła do salonu bawić gości. Punkt piąta godzina, gdy bronzowy zegar w stylu Piotra I nie zdążył jeszcze wybić po raz piąty, w salonie zjawił się Aleksiej Aleksandrowicz w białym krawacie i we fraku z dwoma gwiazdami, gdyż zaraz po obiedzie musiał wyjeżdżać. Każda chwila czasu Aleksieja Aleksandrowicza była zajętą i miała swe przeznaczenie: żeby być w stanie wydołać nawałowi codziennych zajęć, Aleksiej Aleksandrowicz starał się być nadzwyczaj punktualnym. „Bez pospiechu i bez odpoczynku“, było jego dewizą. Wszedłszy do salonu, gospodarz przywitał się z gośćmi i usiadł, uśmiechając się do żony.
— Nareszcie skończyło się me osamotnienie. Nie uwierzysz, jak to przykro (Aleksiej Aleksandrowicz położył nacisk na wyrazie przykro) siadać samemu do obiadu.
Podczas obiadu Aleksiej Aleksandrowicz porozmawiał z żoną o moskiewskich znajomych, dopytując się z ironicznym uśmiechem o Stepana Arkadjewicza, lecz rozmowa była przeważnie ogólną o petersburskich społecznych i urzędowych stosunkach. Po obiedzie Aleksiej Aleksandrowicz spędził pól godziny czasu z gośćmi i — znów z uśmiechem uścisnąwszy rękę żony, wyszedł i pojechał na sesyę. Anna nie pojechała tego wieczoru ani do księżnej Betsy Twerskiej, która dowiedziawszy się o przyjeździe Anny, zaprosiła ją na herbatę, ani do teatru, gdzie miała już zakupioną lożę. Anna dlatego głównie została się w domu, że suknia, w którą miała się ubrać, nie była jeszcze gotową. Zająwszy się po odjeździe gości swą garderobą, Anna straciła humor. Przed odjazdem do Moskwy, Anna wogóle umiejąca niedrogo ubierać się, oddała modniarce trzy suknie do przerobienia; suknie trzeba było tak przerobić, aby ich nie było można poznać i powinny były być gotowe już trzy dni temu. Okazało się jednak, że dwie z nich były jeszcze zupełnie nie zrobione, a trzecia nie tak, jak Anna życzyła sobie. Modniarka przyszła tłómaczyć się i dowodziła, że tak będzie lepiej, Anna uniosła się do tego stopnia, że jej samej potem przykro było; aby zupełnie uspokoić cię, poszła do dziecinnego pokoju i cały wieczór spędziła z synem, położyła go spać, przeżegnała i otuliła kołderką. Anna była zadowoloną, że nie pojechała nigdzie i że tak dobrze spędziła cały wieczór: było jej lekko na sercu i ogarnął ją spokój wewnętrzny i teraz dopiero przekonała się, że wszystko czemu podczas podróży przypisywała tyle znaczenia, było tylko jednem z nic nieznaczących zdarzeń światowego życia, i że niema się czego wstydzić ani przed sobą, ani przed światem. Anna z angielskim romansem w ręku siadła przy kominku, oczekując na męża. Punkt o wpół do dziesiątej dał się słyszeć dzwonek i Aleksiej Aleksandrowicz wszedł do pokoju.
— Przyszedłeś nareszcie! — odezwała się Anna, podając mężowi rękę.
Aleksiej Aleksandrowicz pocałował podaną sobie rękę i siadł koło żony.
— Z przyjemnością widzę, że podróż udała ci się — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz.
— Najzupełniej — odpowiedziała Anna i zaczęła opowiadać wszystko z początku: swą podróż z Wrońską, przyjazd do Moskwy, wypadek na stacyi. Potem opowiedziała, jak na razie żałowała brata, a potem Dolly.
— Nie zdaje mi się, aby można było usprawiedliwiać takiego człowieka, chociaż to twój brat — rzekł surowo Aleksiej Aleksandrowicz.
Anna uśmiechnęła się, gdyż zrozumiała, że mąż jej powiedział to dlatego, aby pokazać, że wzgląd na pokrewieństwo nie może powstrzymać go od wypowiedzenia swego szczerego przekonania; Anna znała tę cechę charakteru męża i lubiła ją.
— Cieszę się, że cała ta historya skończyła się dobrze i żeś przyjechała — mówił Aleksiej Aleksandrowicz. — Cóż mówią w Moskwie o nowej ustawie, którą przeprowadziłem w radzie państwa?
Anna nie słyszała nic o tej ustawie i zrobiło się jej przykro, że była w stanie zapomnieć tak łatwo o tem, czemu on przypisywał tyle wagi.
— Tutaj ustawa ta narobiła dużo hałasu — dodał Aleksiej Aleksandrowicz z pewnym siebie uśmiechem.
Anna spostrzegła, że mąż chciał jej opowiedzieć coś przyjemnego dla siebie o całej tej sprawie, zręcznemi więc pytaniami naprowadziła go na to opowiadanie. Aleksiej Aleksandrowicz z tym samym, pewnym siebie uśmiechem, opowiedział jej o owacyach, które go spotkały z powodu przeprowadzenia tej ustawy.
— Jestem bardzo, bardzo zadowolony, gdyż dowodzi to tylko, że społeczeństwo nasze poczyna nabierać rozumnego i właściwego poglądu na tę sprawę.
Dopiwszy drugiej filiżanki herbaty ze śmietanką i z chlebem, Aleksiej Aleksandrowicz podniósł się i poszedł do swego gabinetu.
— A ty nie jeździłaś nigdzie? musiałaś się nudzić? — zapytał żony.
— Nie! — odpowiedziała Anna, wstając również i przeprowadzając go przez salon do gabinetu. — Co czytasz obecnie? — zapytała.
— Czytam obecnie Duc de Lille, Poesie des Eufers — odrzekł Aleksiej Aleksandrowicz. — Nadzwyczaj ciekawa książka.
Anna uśmiechnęła się, jak uśmiechamy się nad słabostkami kochanych przez nas ludzi, i wziąwszy go pod rękę, doprowadziła do drzwi gabinetu. Annie znany był zwyczaj męża, który stał się już dla niego koniecznością, czytywania wieczorami; wiedziała, że Aleksiej Aleksandrowicz, pomimo zajęć swego urzędu, pochłaniających mu prawie cały czas, poczytywał sobie za obowiązek zwracać baczną uwagę na objawy umysłowego życia; wiedziała również, że interesują go rzeczywiście dzieła polityczne, filozoficzne, teologiczne i że chociaż sztuka była zupełnie obcą jego naturze, pomimo to, a raczej dlatego, Aleksiej Aleksandrowicz zwracał baczną uwagę na wszystko, co się działo w jej zakresie, i czytywał wszystkie dzieła, poświęcone jej. Anna wiedziała, że co do polityki, filozofii, teologii Aleksiej Aleksandrowicz albo wątpił, albo szukał prawdy; lecz w kwestyach sztuki i poezyi, szczególniej zaś muzyki, daru pojmowania której był najzupełniej pozbawiony, Aleksiej Aleksandrowicz miał ustalone poglądy, lubiał też mówić o Szekspirze, Rafaelu, Bethowenie, o wpływie i znaczeniu nowych kierunków w poezyi i muzyce.
— Idź z Bogiem — rzekła Anna do męża, gdy doszli do drzwi gabinetu, gdzie czekała już na Aleksieja Aleksandrowicza świeca z abażurem i karawka wody na stoliku koło fotelu. A ja tymczasem napiszę do Moskwy.
Aleksiej Aleksandrowicz znów uścisnął ją za rękę i pocałował.
„W każdym razie jest to dobry człowiek, zacny, szlachetny i wyróżniający się w swojej sferze“ — pomyślała Anna, powróciwszy do swego pokoju. Annie zdawało się, że broni męża przed kimś, stawiającym mu różne zarzuty i dowodzącym, że kochać go nie można. „Ale dlaczego te uszy tak mu dziwnie wystają? Może ostrzygł się!“
Punkt o dwunastej, gdy Anna siedziała jeszcze przy biurku i kończyła list do Dolly, dały się słyszeć powolne kroki nóg w pantoflach, i Aleksiej Aleksandrowicz umyty i uczesany, z książką pod pachą, podszedł ku niej.
— Czas już, czas — rzekł, uśmiechając się dziwnie, i poszedł do sypialnego pokoju.
„I jakiem prawem patrzał on tak na niego?“ — pomyślała Anna, przypominając sobie spojrzenie, jakie Wroński rzucił na Aleksieja Aleksandrowicza.

Rozebrawszy się, Anna weszła do sypialni, lecz twarz jej nie miała ożywienia, które podczas pobytu Anny w Moskwie tryskało jej z oczów i uśmiechu; przeciwnie, obecnie ogień zdawał się być zgaszonym lub też ukrytym głęboko.

XXXIV.

Wyjeżdżając z Petersburga, Wroński zostawił swe obszerne mieszkanie przy ulicy Morskiej przyjacielowi i koledze, Petryckiemu.
Petrycki był młodym porucznikiem, nie zbyt świetnego pochodzenia; nie dość, że był niebogaty, ale siedział jeszcze w długach po uszy, wieczorami zawsze upijał się i często dostawał się na odwach za różne, czasami śmieszne, czasami brzydkie historye; pomimo to lubili go nadzwyczaj i koledzy i przełożeni. Wroński podjeżdżając o dwunastej w południe pod bramę domu, w którym mieszkał, spostrzegł znaną sobie karetę; gdy zadzwonił i stał jeszcze przede drzwiami swego mieszkania, usłyszał donośny męzki śmiech, kobiecy głos i wołanie Petryckiego: „Jeżeli to kto ze złodziei, to nie puszczać!“ Wroński nie pozwolił lokajowi meldować o swym przyjeździe i po cichu wszedł do pierwszego pokoju. Baronowa Szylton, przyjaciółka Petryckiego, w liliowej atłasowej sukni, z rumianą twarzyczką, napełniając, jak kanarek szczebiotem, cały pokój swą francuszczyzną, siedziała za okrągłym stołem i gotowała kawę. Petrycki w szynelu i rotmistrz Kamerowski w pełnym uniformie, wróciwszy widocznie przed chwilą ze służby, siedzieli koło niej.
— Brawo! Wroński! — zawołał Petrycki, wstając i potrącając krzesło. — Sam gospodarz! Baronowo, nalej mu kawy z nowego imbryka! Nie spodziewaliśmy się ciebie! Mam nadzieję, żeś zadowolony z ozdoby swego gabinetu? — rzekł, wskazując baronowe. — Znacie się państwo zapewne?
— Ma się rozumieć: — odparł Wroński, uśmiechając się wesoło i ściskając maleńką rączkę baronowej. — Cóż słychać u ciebie, stary przyjacielu?
— Pan z podróży — odezwała się baronowa — więc ja uciekam. Ach, doprawdy, wyjadę w tej chwili, jeżeli przeszkadzam.
— Gdziekolwiek pani jesteś, jesteś pani u siebie w domu, baronowo! — przerwał jej Wroński. — Jak się miewasz, Kamerowski? — dodał, podając ozięble rękę Kamerowskiemu.
— Pan nigdy nie potrafisz mówić tak ładnie — zwróciła się baronowa do Petryckiego.
— E, dlaczego? Po obiedzie i ja potrafię nie gorzej powiedzieć?
— Po obiedzie, to nie wielka sztuka! Dam więc panu kawy, idź pan tylko umyć się i przebrać — rzekła baronowa, siadając znowu i zakręcając ostrożnie kurek nowej maszynki! — Pierre, podaj kawę — zawołała na Petryckiego, którego, nie tając swych stosunków z nim, nazywała Pierre, skracając w ten sposób jego nazwisko. — Chciałabym dosypać trochę.
— Zepsuje pani maszynkę! — Nie, nie zepsuję! No, a pańska żona? — zapytała nagle baronowa, przerywając Wrońskiemu rozmowę z kolegą. — Myśmy już tutaj ożenili pana. Czy pan przywiózł swoją żonę?
— Nie, baronowo! Urodziłem się cyganem i umrę nim.
— Tem lepiej, tem lepiej! — podaj mi pan rękę.
I baronowa żartując, zaczęła opowiadać Wrońskiemu o swych przyszłych zamiarach i pytać go o radę.
— Nie chce wciąż dawać mi rozwodu. Cóż więc mam robić z sobą? (On, był to jej mąż). Chciałabym rozpocząć teraz proces. Jak pan mi radzi? Kamerowski, pilnuj pan kawy, żeby nie wykipiała: widzisz pan przecież, że jestem zajętą różnemi sprawami! Chcę koniecznie procesu, gdyż potrzebuję mego majątku. Czy pan widział kiedy coś, do tego stopnia głupiego: ponieważ ja podobno nie jestem mu wierną, więc on chce zagarnąć mi majątek — mówiła z pogardą.
Wroński przysłuchiwał się z przyjemnością temu szczebiotowi ładnej kobiety, potakiwał jej, udzielał — trochę na seryo, trochę na żarty — rad i wogóle zaczął z nią od razu rozmawiać w ten sposób, w jaki zwykle rozmawiał z kobietami, podobnemi do baronowej. W petersburskim świecie Wrońskiego wszyscy ludzie dzielili się na dwa, zupełnie różne gatunki. Pierwszy niższy gatunek: ludzie banalni, głupi, a przedewszystkiem śmieszni, przekonani, że każdy powinien żyć z jedną poślubioną sobie żoną, że panny powinny być niewinne, kobiety mieć wstyd, że mężczyzna powinien być powściągliwym i energicznym, że należy zajmować się wychowaniem dzieci, pracować na chleb, płacić długi; wogóle ludzie ci wierzą w wiele różnych głupstw. Ten gatunek ludzi wyszedł już z mody i stał się śmiesznym. Lecz istniał również drugi gatunek — ludzi w całem znaczeniu tego słowa, do którego należał Wroński i wszyscy jego koledzy. Ludzie, chcący należeć do tego gatunku, powinni przedewszystkiem być eleganckimi, szlachetnymi, śmiałymi, wesołymi, powinni bez zarumienienia się czynić zadość wszystkim swym namiętnościom i lekceważyć wszystko i wszystkich.
Wroński przez jedną minutę tylko czuł się oszołomionym po wrażeniach, wyniesionych z zupełnie innego świata w Moskwie, lecz od razu, jak gdyby wsunął nogi w stare pantofle, wszedł znów w swój dawny, wesoły, przyjemny świat.
Kawa nie ugotowała się jednak, pobryzgała wszystkich i wykipiała, wywarła jednak pożądany skutek, gdyż dała powód do hałasu i śmiechu i zalała kosztowny dywan i suknię baronowej.
— No, a teraz do widzenia, bo inaczej pan się nigdy nie umyje i na sumieniu mem ciążyć będzie największy grzech porządnego człowieka, niechlujność. Więc pan radzi położyć mu nóż na gardle?
— Koniecznie! I to w dodatku w taki sposób, aby rączka pani była o ile możności najbliżej ust jego. On pocałuje rączkę pani i wszystko skończy się jak najlepiej — odpowiedział Wroński.
— A więc dzisiaj we Francuskim! — zawołała baronowa, wychodząc i szeleszcząc suknią.
Kamerowski podniósł się również i Wroński, nie czekając na jego wyjście, podał mu rękę i poszedł do sypialnego pokoju, gdzie zaczął się myć, a Petrycki opisywał mu w krótkich wyrazach zmiany, jakie zaszły w jego położeniu od czasu wyjazdu przyjaciela: pieniędzy brak zupełny, ojciec zapowiedział, że ich nie da i że żadnych długów płacić nie będzie; krawiec grozi podaniem do sądu, drugi, również; pułkownik zapowiedział, że jeśli te skandale nie skończą się, to trzeba będzie podawać się do dymisyi; baronowa sprzykrzyła się już do reszty, głównie dlatego, że ciągle chce dawać pieniędzy; lecz jest jedna, którą on, Petrycki, pokaże Wrońskiemu, cudna, śliczna, najczystszego typu wschodniego „genre niewolnicy Rebeki, rozumiesz“; z Berkoszewym miało miejsce zajście i Berkoszew chciał przysłać sekundantów, lecz, ma się rozumieć, nic z tego nie będzie. Jednem słowem i wesoło jest i ładnie.
Nie dając czasu koledze wejść we wszystkie szczegóły swego położenia, Petrycki zaczął opowiadać mu różne nowiny. Słuchając opowiadań Petryckiego, do których od dawna był przyzwyczajonym w swem, od trzech lat zajmowanem mieszkaniu, Wroński poddał się przyjemnemu wrażeniu, jakie wywarł na niego powrót do zwykłego, lekkomyślnego petersburskiego życia.
— Nie może być! — zawołał, puszczając pedał umywalni, nad którą polewał swą czerwoną, muskularną szyję. — Nie może być! — zawołał na wiadomość, że Lora porzuciła Fertiuhofa, a zeszła się z Mileiewym. — Cóż, czy on zawsze taki głupi i zadowolony z siebie? A co porabia Buzułuków?
— Buzułuków miał historyę, powiadam ci prawdę! — zaczął opowiadać Petrycki. — Wiesz przecież, że bale są jego pasyą i że żadnego dworskiego balu nie opuszcza. Poszedł więc na wielki bal w nowym kasku. Widziałeś nowe kaski? Są bardzo dobre, znacznie lżejsze. Stoi więc on... ale słuchaj tylko!...
— Słucham przecież — odparł Wroński, wycierając się kosmatym ręcznikiem.
— Przechodzi wielka księżna z którymś z posłów i na nieszczęście jego zaczęli oboje rozmawiać o nowych kaskach. Wielka księżna chciała pokazać posłowi nowy kask... Widzą, że kochanek nasz stoi. (Petrycki pokazał, jak Buzułukow stał z kaskiem). Wielka księżna poprosiła go, żeby dał kask, on nie daje. Co takiego? Migają więc na niego, kiwają, marszczą się. Dawaj! On nie daje. Skamieniał, wyobraź sobie!... Ten, kto... jak go tam... chce wziąć kask od niego... a on nie daje. Wreszcie wyrwał mu, podaje wielkiej księżnie. To jest właśnie nowy kask, powiada wielka księżna; przewróciła kask i — wyobraźcie sobie — z niego buch! gruszka, cukierki, dwa funty cukierków!... On ściągnął to wszystko!
Wroński zaczął śmiać się serdecznie. I długo jeszcze, rozmawiając już zupełnie o czem innem, ile razy tylko przypomniał sobie historyę z kaskiem, zanosił się od śmiechu, pokazując swe mocne, zdrowe, równe zęby.
Dowiedziawszy się o wszystkiem, co zaszło w czasie jego nieobecności, Wroński z pomocą lokaja ubrał się w mundur i pojechał prezentować się władzy. Potem miał zamiar być u brata, u Bessy i oddać parę wizyt, które mogły mu ułatwić bywanie w towarzystwach, w których wiedział, że będzie się spotykać z Kareniną. Jak zwykle w Petersburgu, Wroński wyjechał z domu, nie mając zamiaru wracać doń, jak dopiero późno w nocy.





CZĘŚĆ DRUGA.

I.

W końcu zimy w domu Szczerbackich odbywało się konsylium, majace zadecydować, w jakim stanie znajduje się zdrowie Kiti i jakie kroki należy przedsięwziąć, aby wrócić jej siły. Kiti była niezdrową i z wiosną stan jej zdrowia pogarszał się widocznie. Domowy lekarz dawał chorej tran, potem żelazo, potem lapis, a ponieważ ani pierwszy, ani drugi, ani trzeci z tych środków nie pomagał, a doktor radził zaraz na wiosnę jechać za granicę, zaproszono więc znakomitego doktora. Znakomity doktor, jeszcze nie stary, bardzo przystojny mężczyzna, zażądał od chorej, aby mu pozwoliła opukać się; zdawało się, że doktór z pewną przyjemnością dowodził, że wstyd dziewiczy jest tylko zabytkiem barbarzyństwa i że niema nic prostszego, iż on, jeszcze stosunkowo niestary mężczyzna, opukuje młodą obnażoną dziewczynę. Doktorowi opukiwanie wydawało się zupełnie naturalnem, gdyż robił je codziennie i nie wywierało to na nim żadnego wrażenia i, jak mu się zdawało, nie myślał przy tem o niczem złem i dlatego na wstydzenie się panien patrzał nietylko jako na zabytek barbarzyństwa, ale i jako na obrazę, wyrządzaną sobie.
Trzeba jednak było uledz mu, gdyż pomimo, że wszyscy doktorzy uczyli się w tych samych szkołach, z tych samych książek, znali tę samą naukę i pomimo, że niektórzy mówili, że ten znakomity doktór jest złym doktorem, w domu jednak księżnej i w kole jej znajomych niewiadomo dlaczego sądzono, że tylko ten jeden znakomity doktór wie coś nadzwyczajnego i tylko on jeden może uratować Kiti. Wybadawszy i wypukawszy skrupulatnie przestraszoną i oszołomioną ze wstydu chorą, znakomity doktór umył starannie ręce i stał na środku salonu, rozmawiając z księciem. Książę, słuchając doktora, marszczył się i pokaszliwał, gdyż jako człowiek niemłody, niegłupi i zdrowy, nie wierzył w medycynę i w głębi duszy irytował się na tę komedyę, tem bardziej, że zapewne on jeden tylko domyślał się, co spowodowało chorobę Kiti. „A to szczeka napróżno“ — myślał książę o znakomitym doktorze, przysłuchując się gadaniu jego o oznakach choroby córki. Doktór zaś zaledwie powstrzymywał się od okazywania pogardy, jaką miał dla tego starego magnata, i z trudnością zniżał się do poziomu, na jakim, według niego, stał książę pod względem umysłowym. Doktór zauważył od razu, że ze starym niema co gadać i że w tym domu matka jest wszystkiem, przed nią więc miał zamiar rozsypać perły swego krasomówstwa i wiedzy.
Gdy księżna w towarzystwie domowego doktora weszła do salonu, książę odszedł, aby nie dać zauważyć po sobie, jak śmieszną wydaje mu się ta cała komedya. Księżna była zakłopotaną i nie wiedziała co czynić, gdyż poczuwała się do winy względem Kiti.
— Panie doktorze, decyduj pan o naszym losie — rzekła księżna. — Prosimy powiedzieć nam wszystko. „Czy jest jeszcze jaka nadzieja“ — chciała zapytać księżna, lecz wargi jej zadrżały i nie mogła zdobyć się na odwagę i zadać doktorowi tego pytania.
— W tej chwili, pani, tylko rozmówię się z kolegą, a potem będę miał zaszczyt, księżno, powiedzieć jej me zdanie.
— Może panów zostawić samych?
— Jak państwo uważają.
Księżna westchnęła i wyszła.
Gdy doktorzy pozostali sami, domowy lekarz z pewną obawą zaczął mówić, że zdaniem jego jest to początek procesu tuberkulicznego, lecz i t. d... Znakomity lekarz słuchał go i podczas, gdy kolega mówił, wyjął duży złoty zegarek i spojrzał nań.
— Tak — odezwała się znakomitość. — Lecz...
Domowy doktór w jednej chwili przestał mówić.
— Jak to panu wiadomo, określić początku procesu tuberkulicznego nie jesteśmy w stanie; zanim pokażą się kawerny, niema nic pewnego. Lecz możemy podejrzywać; mamy ku temu pewne dane: złe odżywianie się, stan nerwowy i t. d. Należy więc postawić kwestyę w ten sposób: co należy czynić, aby podtrzymać odżywianie, gdy podejrzywamy stan tuberkuliczny?
— Lecz, jak panu wiadomo, w wypadkach tego rodzaju zawsze ukrywają się moralne powody — z uśmiechem pełnym finezyi pozwolił sobie zauważyć domowy doktór.
— Tak, to rozumie się samo przez się — odpowiedział znakomity doktór, spoglądając znów na zegarek — przepraszam pana, czy naprawiono już Jański most, czy też ciągle jeszcze trzeba objeżdżać naokoło? — zapytał doktór.
— Naprawiono już!
— Mogę wiec dojechać w ciągu dwudziestu minut. Mówiliśmy więc, że kwestya przedstawia się w następujący sposób: podtrzymywać odżywianie i wzmacniać nerwy. Jedno łączy się z drugiem i dlatego należy działać z dwóch stron.
— A wyjazd za granicę? — zapytał domowy lekarz.
— Jestem wrogiem wyjazdów za granicę. Niech pan będzie łaskaw zwrócić uwagę na tę okoliczność, że jeżeli to jest początek tuberkulicznego procesu, o czeni my wiedzieć nie możemy, wyjazd za granicę nie pomoże; mojem zdaniem, koniecznie potrzebnem jest użycie środka, podtrzymującego odżywianie i nieszkodliwego.
I znakomity doktór zaczął wykładać swój plan leczenia wodami Soden, które zaordynował dlatego, że zaszkodzić nie mogą.
Domowy doktór słuchał swego uczonego kolegi z uwagą i uszanowaniem.
— Ośmielę się uczynić uwagę, że za wyjazdem za granicę przemawia zmiana trybu życia i usunięcie się od warunków, wywołujących wspomnienia. A zresztą matka życzy sobie tego.
— W takim razie niechaj jadą; czy im tylko nie zaszkodzą ci niemieccy szarlatani... Trzeba koniecznie, żeby słuchały... a zresztą niech jadą... — zaopiniowała znakomitość i podeszła ku drzwiom.
Sławny doktór oznajmił księżnej (sama przyzwoitość nakazywała mu to), że raz jeszcze musi zobaczyć chorą.
— Jak to! jeszcze raz chce ją pan oglądać? — zawołała przestraszona księżna.
— Nie, chce tylko zapytać o niektóre szczegóły.
— Służę panu.
I matka w towarzystwie doktora weszła do saloniku, gdzie siedziała Kiti. Kiti stała na środku pokoju, mizerna, z wypiekami na policzkach i ze szczególnie błyszczącemi oczyma wskutek przebytego wstydu; gdy doktór wszedł, w oczach jej stanęły łzy. Cała choroba i kuracya wydawały jej się czemś głupiem, a nawet śmiesznem; leczenie wydawało się Kiti również bezcelowem, jak składanie kawałków rozbitej wazy. Serce jej było rozbite, dlaczegóż więc chcą ją leczyć pigułkami i proszkami? Lecz nie można było sprzeciwiać się matce, tem bardziej, że matka całą winę choroby córki przypisywała sobie.
— Proszę usiąść, księżniczko — rzekł znakomity doktór i uśmiechając się, siadł naprzeciwko Kiti, ujął ją za puls i znów począł zadawać nudne pytania. Kiti odpowiadała mu, lecz nagle zdjął ją gniew i podniosła się z krzesła.
— Proszę mi wybaczyć, panie doktorze, lecz te wszystkie pytania na nic się nie zdadzą. Pyta się mnie pan po trzy razy o jedno i to samo.
Znakomity doktór nie obraził się.
— Chorobliwe rozdrażnienie — odezwał się do księżnej, gdy Kiti wyszła — dowiedziałem się już wszystkiego...
I doktór począł naukowo określać księżnej, jako wyjątkowo rozumnej kobiecie, stan księżniczki i zakończył wskazówkami, jak należy pijać wody, które były najzupełniej zbytecznemi. Gdy go księżna zapytała: czy jechać za granicę? — doktór zamyślił się głęboko, jak gdyby rozwiązywał bardzo zawiłą kwestyę; w końcu objawił swe zapatrywanie: jechać, lecz nie wierzyć szarlatanom i ze wszystkiem zwracać się do niego.
Mogło się zdawać, że zaszło coś wesołego po odejściu doktora: matka wróciła do córki w lepszym humorze i Kiti również udawała, że jest weselszą.
Obecnie często, prawie zawsze zdarzało się jej udawać wesołą.
— Doprawdy, maman, jestem zdrowa, lecz jeśli mama chce jechać, jedźmy! — i chcąc pokazać, że interesuje się przyszłym wyjazdem, zaczęła mówić o przygotowaniach do podróży.

II.

Zaraz po wyjściu doktora przybyła Dolly, gdyż wiedziała, że tego dnia miało być konsylium i chociaż sama dopiero niedawno wstała po słabości (w końcu zimy Dolly powiła dziewczynkę), chociaż sama miała dużo zajęcia i kłopotów, pomimo to, nie zważając na dziecko przy piersi i chorą dziewczynkę, przyjechała dowiedzieć się o rozstrzygającym się właśnie losie Kiti.
— Co słychać? — zapytała, wchodząc w kapeluszu do salonu. Wszyscy, jak widzę, są w dobrych humorach — zapewne nie źle.
Rodzina próbowała powtórzyć jej, co mówił doktór, lecz pokazało się, że chociaż doktór mówił bardzo ładnie i długo, nikt jednak nie umiał w żaden sposób dokładnie powtórzyć słów jego; wiadomo tylko było, że polecił jechać za granicę.
Dolly westchnęła pomimowoli, gdyż najlepszy jej przyjaciel, siostra wyjeżdżała, a życie jej nie było wesołe; stosunki z mężem po pogodzeniu się były nadzwyczaj przykre. Pogodzenie się małżonków pod wpływem Anny nie było trwałem i pożycie ich znów zaczęło szwankować na tym samym punkcie. Dolly nie miała żadnych faktycznych danych, lecz Stepana Arkadjewicza nigdy prawie nie było w domu, pieniędzy również brakowało; Dolly męczyła się podejrzeniami, że mąż sprzeniewierza się jej, i usiłowała niedopuszczać ich do siebie, gdyż obawiała się, że zazdrość przyprawi ją o większe jeszcze cierpienia. Pierwszy wybuch zazdrości, przez który raz już przeszła, nie mógł powtórzyć się i nawet zupełne przekonanie się o zdradzie męża nie byłoby już w stanie podziałać na Dolly tak silnie, jak za pierwszym razem; przekonanie takie obecnie pozbawiłoby ją tylko reszty spokoju, i Dolly pozwalała oszukiwać się, pogardzając mężem, a jeszcze więcej sobą, za brak charakteru. Prócz tego dręczyły ją nieustanne troski o dzieci: to karmienie najmłodszego szwankowało, to niańka porzuciła służbę, obecnie zaś zachorowało jedno z dzieci.
— A u ciebie co słychać? — zapytała matka.
— Ach, maman, mam ja dosyć różnych kłopotów. Lili zachorowała i obawiam się, czy to nie szkarlatyna. Wyszłam z domu na chwilę, aby się dowiedzieć o Kiti, a potem, jeśli to, broń Boże, szkarlatyna, zamknę się i na krok już ruszać się z domu nie będę.
Stary książę po odjeździe doktora wyszedł również ze swego gabinetu; pocałowawszy Dolly i porozmawiawszy z nią trochę, zwrócił się do żony.
— Postanowiłyście więc jechać? A ze mną cóż macie zamiar zrobić?
— Mnie się zdaje, Aleksandrze, że ty zostaniesz się — odpowiedziała księżna.
— Wszystko mi jedno.
Maman, czemuż papa nie ma jechać z nami? — zapytała Kiti — i jemu i nam będzie weselej.
Stary książę wstał i pogłaskał Kiti po głowie; Kiti podniosła twarz i patrzała na niego, zmuszając się do uśmiechu. Zawsze zdawało się jej, że ojciec najlepiej z całej rodziny rozumie ją, chociaż niewiele o tem mówi. Kiti, jako najmłodsza, była faworytką ojca i zdawało się jej, że miłość ku niej czyniła go przewidującym, i gdy obecnie spojrzenie jej spotkało się z niebieskiemi, dobremi oczyma, patrzącemi na nią, Kiti przekonaną była, że ojciec rozumie ją nawskróś i domyśla się wszystkiego. Kiti, rumieniąc się, pochyliła się ku ojcu, oczekując pocałunku, lecz książę pogłaskał ją tylko po włosach i odezwał się:
— Głupie te mody! Do córki nawet swojej dostać się nie można, a trzeba głaskać włosy zdechłych bab. No, Dolinko — zwrócił się do starszej córki — a twój sokół co porabia?
— Nic, ojcze — odparła Dolly, domyślając się, że ojciec mówi o jej mężu. — Niema go nigdy w domu i nie widuję go prawie zupełnie — dodała, nie mogąc powstrzymać się od ironicznego uśmiechu.
— Nie wyjechał więc jeszcze na wieś sprzedawać las?
— Nie, ale wybiera się ciągle.
— Tak? A zatem i ja mam wybierać się? Dobrze! — zwrócił się książę do żony. A ty, Katia — rzekł do młodszej córki — najlepiej zrobisz, gdy pewnego pięknego poranku, obudziwszy się, powiesz sobie: przecież ja jestem najzupełniej zdrowa i wesoła, pójdę więc rano z ojcem pochodzić po mrozie. Co?
Zdawało się, że nie było nic nadzwyczajnego w tem, co ojciec powiedział, Kiti jednak zmięszała się, jak przestępca schwytany na gorącym uczynku. „Bezwarunkowo on domyśla się wszystkiego i temi słowy mówi mi, że choć mam czego wstydzić się, jednak ze wstydem swoim żyć muszę.“ Kiti nie mogła zebrać się z odpowiedzią, wreszcie zaczęła coś mówić, lecz nagle rozpłakała się i wybiegła z pokoju.
— Masz swoje żarty! — zaczęła czynić księżna wymówki mężowi. — Ty tak zawsze...
— Ona jest taka nieszczęśliwa, a ty nie domyślasz się nawet, że razi ją każde napomknienie o przyczynach jej choroby. Do tego stopnia omylić się co do człowieka!... — dodała księżna i z tonu jej, Dolly i książę domyślili się, że matka ma na myśli Wrońskiego. — Nie pojmuję, jak kodeks może nie ścigać takich wstrętnych i nieuczciwych ludzi.
— Wolę już nie słuchać! — ponuro odezwał się książę, wstając i chcąc wyjść z pokoju, lecz zatrzymał się we drzwiach. — Są prawa i kodeksy, a jeśli już mnie doprowadziłaś do tego, to powiem ci kto tu jest winnym: ty, ty, tylko ty. Prawa na takich chłystków zawsze były i są! Doprawdy, gdyby ta cała historya nie była się stała tak, jak się stała, to postawiłbym smarkacza tego u baryery. Tak... A teraz lecz ją sobie i sprowadzaj tych szarlatanów.
Książę, zdawało się, miał jeszcze dużo do powiedzenia, lecz księżna, jak tylko usłyszała jego podniesiony głos, od razu skapitulowała i poczuła swą winę, jak to zresztą zawsze zdarzało się z nią.
— Aleksandre, Aleksandre! — szeptała księżna, zbliżając się powoli ku mężowi, wreszcie rozpłakała się.
Gdy książę ujrzał jej łzy, uspokoił się natychmiast i podszedł do żony.
— Dosyć już, dosyć! Wiem, że i tobie przykro! Cóż robić? Nieszczęścia wielkiego niema, Pan Bóg jest miłosierny... módl się do Niego... — mówił książę, sam nie zdając sobie sprawy z tego co mówi i oddając księżnej pocałunek, który poczuł na swem ręku, poczem wyszedł z pokoju.
Zaraz po wyjściu Kiti, która się rozpłakała, Dolly wiedziona macierzyńskiem doświadczeniem, domyśliła się w tej chwili, że tu tylko kobieta może radzić i pocieszać, i postanowiła podjąć się tego, zdjęła więc kapelusz i zakasawszy — w przenośni — rękawy, przygotowywała się do działania.
Gdy matka czyniła ojcu wymówki, Dolly starała się powstrzymywać matkę, o ile na to pozwalał szacunek, winny matce od córki; gdy zaś książę wybuchnął gniewem, Dolly nie odzywała się, gdyż ogarnęło ją uczucie wstydu za matkę i rozczulenia na widok ojca za jego zwykłą dobroć, którą zaraz odzyskał; gdy ojciec wyszedł, Dolly miała zamiar wziąć się do dzieła, iść do Kiti i uspokoić ją.
— Chciałam już to dawno mamie powiedzieć: czy mama wie, że Lewin miał zamiar oświadczyć się Kiti podczas swego ostatniego pobytu w Moskwie? Mówił Stiwie...
— Więc cóż z tego? Nie rozumiem...
— Być więc może, że Kiti odmówiła mu?... Czy mamie nic nie wspominała o tem?
— Nie, nie mówiła mi nic ani o jednym, ani o drugim: zanadto ma dużo dumy. Wiem tylko, że to jest powodem tego wszystkiego...
— Zapewne... jeżeli odmówiła Lewinowi, a nie byłaby odmawiała, gdyby nie spodziewała się, że ten... wiem o tem dobrze... A on tak bezczelnie oszukał ją...
Księżna bała się nawet pomyśleć, do jakiego stopnia zawiniła względem córki i rozgniewała się.
— Już ja nic tego nie rozumiem! Dzisiaj każdy chce żyć swoim rozumem, nikt nic matce nie powie, a potem...
Maman, ja pójdę do niej.
— Idź! Czy ja ci bronię? — odparła matka.

III.

Dolly weszła do gabineciku Kiti, ładniutkiego, różowego pokoiku, ubranego figurkami vieux saxe. Gabinecik ten był również ładnym, różowym i wesołym jak i właścicielka jego, jeszcze dwa miesiące temu. Dolly przypomniała sobie, jak w roku zeszłym razem z siostrą urządzała i przystrajała ten pokoik. Serce jej się ścisnęło, gdy ujrzała Kiti, siedzącą na nizkim, stojącym najbliżej drzwi foteliku, i spoglądającą ponuro na róg dywanu. Kiti podniosła oczy na siostrę i chłodny, ponury wyraz jej twarzyczki nie zmienił się.
— Pójdę już niedługo i kamieniem będę siedziała w domu — odezwała się Darja Aleksandrowna, siadając koło siostry. — Chciałabym pomówić z tobą...
— O czem? — zapytała Kiti ze strachem, podnosząc głowę.
— O niczem innem, tylko o twojem zmartwieniu.
— Ja nie mam żadnego zmartwienia...
— Daj spokój, Kiti! czyż zdaje ci się, że ja mogę nie wiedzieć o tem? wiem o wszystkiem. Wierzaj mi, że to takie głupstwo... Wszystkieśmy musiały przejść przez to...
Kiti milczała... twarz jej nie przestawała być surową.
— On niewart, byś ty cierpiała z jego powodu — rzekła Darja Aleksandrowna, przystępując wprost do rzeczy.
— Tak, dlatego, że lekceważył mnie — rozbitym głosem szepnęła Kiti. — Nie mów tak! Proszę cię nie mów!
— Któż ci to powiedział? Nikt ci przecież tego nie mówił. Przekonaną jestem, że był i że jest jeszcze dotąd zakochanym w tobie, lecz...
— Te ubolewania sprawiają mi największą przykrość! — zawołała Kiti rozgniewana nagle, poczem odwróciła się i zaczęła prędko ruszać palcami, ściskając to jedną, to drugą ręką sprzączkę paska. Przyzwyczajenie Kiti chwytania się za jaki bądź przedmiot rękoma, ile razy tylko unosiła się, znanem było Dolly, która wiedziała, do jakiego stopnia Kiti zdolną była zapomnić się w takich chwilach. Nie chcąc narazić siostry na powiedzenie czego zbytecznego i niestosownego, Dolly chciała uspokoić ją, lecz już było zapóźno.
— Co chcesz mi dać przez to do zrozumienia, co? — mówiła Kiti prędko — to, że byłam zakochaną w człowieku, który znać mnie nie chciał... jak również i to, że umieram z miłości ku niemu?... i w ten sposób odzywa się do mnie siostra, której się zdaje... że, że... współczuje ze mną!... Ja nie życzę sobie takiego współczucia i takiego udawania!
— Kiti, jesteś niesprawiedliwą!
— Poco więc dręczysz mnie!
— Lecz ja, właśnie... widzę, żeś zmartwiona...
Kiti jednak, unosząc się coraz bardziej, nie słuchała siostry.
— Nie zaszło nic takiego, czegobym żałowała i po czem musiałabym pocieszać się. Mam w sobie na tyle dumy, że nigdy samej sobie nie pozwolę kochać człowieka, który nie kocha mnie...
— Ja ci też nic nie mówię... Proszę cię tylko, powiedz mi prawdę — odezwała się Darja Aleksandrowna, biorąc siostrę za rękę — powiedz, czy Lewin mówił ci?...
Wspomnienie o Lewinie, zdawało się, pozbawiło Kiti reszty panowania nad sobą: podniosła się z krzesła i rzuciwszy sprzączkę od paska na ziemię, zaczęła prędko mówić, gestykulując rękoma:
— Poco mieszasz do tej sprawy Lewina? Nie pojmuję, co ci zależy na tem, aby mnie męczyć? Powiedziałam już i jeszcze powtarzam, żem zanadto dumna i nigdy, nigdy nie uczynię tego, coś ty uczyniła, abym miała wrócić do człowieka, który zdradził mnie i który pokochał inną kobietę. Ja tego nie pojmuję! Tyś się na to zdobyła, ale ja się nie zdobędę!
Powiedziawszy to, Kiti spojrzała na siostrę i spostrzegłszy, że Dolly milczy i że siedzi ze smutnie pochyloną głową, Kiti, zamiast spełnić swój zamiar i wyjść z pokoju, siadła koło drzwi, zakryła twarz chustką i ukryła ją w dłoniach.
Milczenie trwało ze dwie minuty. Dolly myślała o sobie. Krzywda, która jej się stała, a którą zawsze odczuwała, szczególniej obecnie zabolała ją, gdy siostra wspomniała o niej; Dolly nie spodziewała się doznać od Kiti takiej przykrości i miała do niej urazę. Nagle usłyszała szelest sukni i zarazem ciche, tłumione łkanie i czyjeś dłonie objęły ją za szyję. Kiti klęczała przed nią.
— Dolinko, jam taka nieszczęśliwa! — przemówiła Kiti ze skruchą; piękna twarzyczka jej, zroszona łzami, utonęła w fałdach sukni Darji Aleksandrównej.
Jak gdyby łzy były tym koniecznym smarem, bez którego nie mogła działać dobrze maszyna wzajemnych zwierzeń między siostrami, siostry otarłszy oczy, chociaż rozmawiały nie o tem, co je zajmowało, lecz mówiąc nawet o najzupełniej obojętnych rzeczach, rozumiały się dobrze. Kiti zmiarkowała, że uczyniona przez nią w uniesieniu uwaga o zdradzie męża i o doznawanem wciąż upokorzeniu, do głębi serca uraziła nieszczęśliwą siostrę, która jednak już jej przebaczyła; Dolly zaś ze swojej strony domyśliła się wszystkiego, co chciała wiedzieć: przekonała się, że domysły jej były prawdziwymi, że rozpacz, nieuleczalna rozpacz Kiti miała swe źródło w tem właśnie, iż Lewin oświadczał się jej, i że Kiti odmówiła mu, że Wroński oszukał ją, i że Kiti gotową jest kochać Lewina, a nienawidzić Wrońskiego.
Kiti ani słówka nie powiedziała o tem, mówiła tylko o swym stanie moralnym.
— Nie mam żadnego zmartwienia — opowiadała Kiti siostrze, uspokoiwszy się trochę — lecz nie masz wyobrażenia, do jakiego stopnia wszystko stało mi się wstrętnem, obrzydliwem, a przedewszystkiem ja sama sobie. Nie dasz wiary nawet, co za złe myśli przychodzą mi do głowy.
— Jakież złe myśli mogą przychodzić ci do głowy? — zapytała Dolly z uśmiechem.
— Najgorsze i najwstrętniejsze: nie mogę ich nawet tobie powiedzieć; to nie żal, nie tęsknota, lecz coś znacznie gorszego. Chwilami zdaje mi się, że wszystko, co było we mnie szlachetnego ukryło się gdzieś głęboko, a zostało się tylko wszystko najgorsze. Jakby ci to wyrazić — mówiła dalej, widząc zakłopotanie, w oczach siostry — papa przed chwilą zaczął mi mówić... zdaje mi się, że on myśli, iż muszę wyjść za mąż. Mama wiezie mnie na bal: zdaje mi się, że dlatego tylko wiezie, aby czemprędzej wydać za mąż i pozbyć się mnie. Wiem, że tak nie jest, lecz nie mogę odpędzić od siebie tych myśli; na tak zwanych starających się patrzyć nie mogę, gdyż zdaje mi się, że zdejmują ze mnie miarę. Przedtem było dla mnie prawdziwą przyjemnością jechać gdziebądź w balowej toalecie, zachwycałam się sobą: teraz wstyd mi tylko i przykro. Doktór... Ale...
Kiti zmieszała się, gdyż chciała powiedzieć jeszcze, że od czasu, jak zaszła w niej zmiana, Stepan Arkadjewicz stał się dla niej wstrętnym do obrzydzenia i że nie może patrzyć na niego bez przykrego wrażenia.
— Wszystko przedstawia mi się w jak najgorszem świetle — mówiła dalej Kiti — i na tem polega moja choroba; spodziewam się jednak, że to przejdzie...
— Nie spodziewaj się, ale...
— Nie mogę: z dziećmi tylko jest mi dobrze i tylko u ciebie.
— Szkoda, że teraz nie będziesz mogła bywać u mnie.
— Nic nie szkodzi, przyjadę. Miałam już szkarlatynę i uproszę maman.
Kiti postawiła na swojem, zamieszkała u siostry i przez cały czas trwania szkarlatyny, która w istocie nadeszła, zajmowała się choremi dziećmi. Obie siostry szczęśliwie wypielęgnowały wszystkie sześcioro dzieci, lecz zdrowie Kiti nie poprawiło się i w wielkim poście Szczerbaccy wyjechali za granicę.

IV.

Właściwie jest tylko jeden petersburski świat; wszyscy znają się nawzajem i nawet bywają u siebie. Lecz to duże koło obejmuje wiele drobniejszych kółeczek. Anna Arkadjewna Karenina miała przyjaciół i ścisłe stosunki w trzech różnych kółkach. Pierwszem było oficyalne służbowe kółko jej męża, składające się z jego kolegów i podwładnych, połączonych z sobą w najdziwaczniejszy i najkapryśniejszy sposób. Anna obecnie zaledwie przypomniała sobie to uczucie pobożnego prawie szacunku, jaki miała z początku dla tych ludzi; teraz jednak znała ich już tak dobrze, jak się zna wszystkich w powiatowem mieście: wiedziała, jakie kto ma nawyknienia i słabostki, kogo i który but ciśnie w nogę; wiedziała, w jakich byli stosunkach pomiędzy sobą i względem swego punktu przyciągania; wiedziała, kto przez kogo i w jaki sposób utrzymuje się na swojem stanowisku, i kto z kim zgadza się lub różni w poglądach; lecz to kółko urzędowych męskich interesów nigdy, pomimo uwag hrabiny Lidyi Iwanownej, nic mogło pociągać Anny, która też unikała go.
Drugiem, blizkiem Annie kółkiem, było kółko, przez które Aleksiej Aleksandrowicz zrobił swą karyerę. Środkiem tego kółka była hrabina Lidya Iwanowna. Było to kółko starych, brzydkich, dobroczynnych i pobożnych kobiet, a rozumnych, uczonych i ambitnych mężczyzn. Jeden z rozumnych ludzi, należących do tego kółka, nazywał je „sumieniem towarzystwa petersburskiego.“ Aleksiej Aleksandrowicz cenił je bardzo, Anna zaś, mająca dar łatwego godzenia się ze wszystkimi, znalazła w pierwszych czasach swego pobytu w Petersburgu przyjaciół i w tem kółku, teraz zaś po powrocie z Moskwy nie mogła znosić go, gdyż zdawało się jej, że i ona i wszyscy należący doń, grają komedyę, i zaczęła do tego stopnia nudzić się w tem towarzystwie, że o ile możności najrzadziej bywała u hrabiny Lidyi Iwanownej.
Trzecie kółko, w którem Anna miała stosunki, było właściwym wielkim światem: światem balów, obiadów, świetnych toalet; światem, który musiał trzymać się jedną ręką dworskiej klamki, aby nie stanąć na jednym poziomie z półświatkiem, o którym należący do tego kółka myśleli, że pogardzają nim, lecz z którym mieli upodobania nietylko podobne, ale nawet zupełnie jednakowe. Z kółkiem tem Anna utrzymywała łączność przez księżnę Betsy Twerską, żonę swego ciotecznego brata, mającą 120 tysięcy rubli rocznego dochodu. Betsy polubiła Annę zaraz po jej przyjeździe do Petersburga, starała się o jej względy i usiłowała wciągnąć ją do swego kółka, wyśmiewając kółko hrabiny Lidyi Iwanownej.
— Gdy zestarzeję się i zbrzydnę, stanę się taką samą — mawiała Betsy — lecz dla pani, młodej, pięknej kobiety, zawcześnie jeszcze udawać się do tego dobroczynnego przytułku.
Anna unikała z początku, o ile tylko mogła, kółka księżnej Betsy, gdyż bywanie w niem pociągało za sobą wydatki, na które Annę niestać było, a zresztą pierwsze trafiało jej bardziej do przekonania; lecz po powrocie z Moskwy stało się na odwrót: Anna zaczęła unikać swych cnotliwych przyjaciół, a za to bywać częściej w wielkim świecie, gdzie spotykała się z Wrońskim, a spotkania z nim sprawiały jej zawsze wielką przyjemność, połączoną z pewnem zakłopotaniem. Anna widywała Wrońskiego przeważnie u Betsy, z domu Wrońskiej, ciotecznej siostry Wrońskiego. Wroński również bywał wszędzie, gdzie spodziewał się że zobaczy Annę, i przy każdej sposobności mówił jej o swej miłości. Anna nie dawała mu żadnych powodów do podobnych wynurzeń, lecz za każdym razem, gdy rozmawiała z Wrońskim, ożywiała się mimowoli, tak jak tego dnia, gdy spotkała się z nim po raz pierwszy w wagonie. Anna czuła, że gdy patrzy się na niego, radość błyszczy w jej oczach i układa jej usta do uśmiechu, i nie była w stanie zapanować nad sobą.
Anna z początku najzupełniej szczerze przekonaną była, że jest niezadowoloną z postępowania Wrońskiego, gdyż Wroński pozwala sobie narzucać się jej, lecz już wkrótce po powrocie z Moskwy, gdy zjawiła się gdziebądź wieczorem, gdzie spodziewała się zastać go, a jego nie było, Anna przekonywała się ze smutku, jaki ją wtedy opanowywał, że oszukuje samą siebie, że narzucanie się Wrońskiego nietylko nie sprawia jej przykrości, lecz stanowi cały cel jej życia.




Znakomita śpiewaczka śpiewała po raz drugi i cały wielki świat był w teatrze. Wroński, siedząc w pierwszym rzędzie krzeseł, zobaczył kuzynkę i nie czekając na antrakt, wszedł do niej do loży.
— Dlaczego pan nie przyjechał na obiad? — zapytała go Betsy. — Dar jasnowidzenia zakochanych wprawia mnie w podziw — zauważyła, potem dodała po cichu, żeby nikt prócz niego nie słyszał — ona nie była. Przyjedź pan jednak do mnie po operetce.
Wroński spojrzał na nią pytająco. Betsy skinęła głową, on zaś uśmiechem podziękował i siadł koło niej.
— A ja tak dobrze przypominam sobie wszystkie żarty pana! — mówiła dalej księżna Betsy, która ze szczególnem zadowoleniem śledziła rozwijanie się tej namiętności we Wrońskim. — Gdzież podziało się to wszystko? Dałeś, się pan złapać, mój kochany panie!
— Tego też tylko życzę sobie, aby zostać złapanym — odparł Wroński ze swym spokojnym szczerym uśmiechem. — Jeśli skarżę się, to tylko dlatego, że za mało jestem złapany, i jeżeli mam powiedzieć prawdę, zaczynam już tracić wszelką nadzieję.
— Jakąż nadzieję możesz pan mieć? — zapytała Betsy, obrażając się za swą przyjaciółkę — entendons nous...
Lecz w oczach jej biegały ogniki, mówiące, że również dobrze jak i Wroński rozumie, jaką nadzieję może on żywić.
— Żadnej — śmiejąc się i pokazując swe białe zęby, odpowiedział Wroński. — Przepraszam — dodał, biorąc jej z ręki lornetkę i przypatrując się przez obnażone ramię kuzynki damom, siedzącym w lożach naprzeciwko. — Obawiam się, że się staję śmiesznym.
Wroński wiedział, że w oczach Betsy i kółka swych znajomych nie narażał się na śmieszność, owszem wiedział, że w oczach jego znajomych rola nieszczęśliwego zakochanego w pannie lub wogóle w kobiecie wolnej może być śmieszną, lecz rola człowieka, który stara się o względy kobiety zamężnej i który postanowił za jakąbądż cenę skłonić ją do wiarołomstwa, ma w sobie, podług nich, coś wspaniałego, pociągającego i nigdy nie może być śmieszną. Wiedząc o tem Wroński, z pewnym siebie i wesołym uśmiechem, igrającym mu pod wąsem, odjął od oczu lornetkę i popatrzał na kuzynkę.
— Czemu pan jednak nie przyjechał na obiad? — zapytała Betsy, spoglądając z zachwytem na Wrońskiego.
— Muszę to pani opowiedzieć. Byłem bardzo zajęty, a wie pani czem? Stawiam sto, tysiąc przeciwko jednemu... że pani nie zgadnie: godziłem męża z człowiekiem, który obraził jego żonę. Doprawdy!
— No i jakże? pogodził ich pan?
— Prawie, że już.
— Musi mi to pan koniecznie opowiedzieć — zawołała Betsy. — Przyjdź pan podczas antraktu.
— Nie będę mógł, gdyż jadę do teatru francuskiego.
— Wyjeżdża pan z teatru, chociaż Nilson śpiewa? — zapytała ze zdumieniem Betsy, która nie byłaby w stanie odróżnić Nilson od pierwszej lepszej chórzystki.
— Trudna rada. Mam się tam z kimś zobaczyć i to w dodatku w sprawie tej zgody.

— Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni będą wybawieni — rzekła, przypominając sobie, że coś w tym rodzaju kiedyś słyszała od kogoś. — Siadaj więc pan i opowiadaj, jak to było?

V.

— Będzie to trochę nieprzyzwoita, ale nadzwyczaj zabawna historya, i chciałbym bardzo opowiedzieć ją pani — rzekł Wroński, patrząc na Betsy śmiejącemi się oczyma — nie będę wymieniał żadnych nazwisk.
— Lecz ja będę je zgadywała — tem lepiej.
— Niech więc pani słucha: jedzie sobie dwóch wesołych młodych ludzi...
— Ma się rozumieć, dwóch oficerów pańskiego pułku...
— Nie powiadam oficerów, tylko poprosili dwóch młodych łudzi po dobrem śniadaniu.
— Mów pan ściślej: podchmielonych.
— Zapewne... Jadą w jak najlepszych humorach do kolegi; wtem patrzą, bardzo ładna kobieta wyprzedza ich dorożką, zaprzężoną w rysaka, ogląda się i, jak im się przynajmniej zdawało, kiwa głową w ich stronę i uśmiecha się. Ma się rozumieć, jadą za nią i pędzą na złamanie karku. Niech wiec pani wyobrazi sobie ich zdumienie: piękna nieznajoma zatrzymuje się przed domem, w którym mieszka ich kolega, i wbiega na schody; młodzi ludzie widzą tylko rumiane usteczka z pod woalki i prześliczne drobniutkie nóżki.
— Pan opowiada to z takiem przejęciem, że zdaje mi się, iż pan był jednym z tych dwóch młodych ludzi.
— A co mi pani mówiła przed chwilą? — Młodzi ludzie wchodzą do kolegi, u kolegi odbywa się obiad pożegnalny. Podczas obiadu, jak to najczęściej bywa na pożegnalnych obiadach, wypijają trochę za dużo i dopytują się, kto mieszka na górze; nikt nie umie im odpowiedzieć, tylko lokaj gospodarza na ich pytanie: czy na górze mieszkają mamzele, odpowiada, że ich tam mieszka sporo. Po obiedzie młodzi ludzie udają się do gabinetu gospodarza i piszą list do nieznajomej; napisali gorący, namiętny list, w którym oświadczają jej swą miłość, i sami niosą go na górę, aby w razie potrzeby objaśnić niezbyt zrozumiałe w nim ustępy.
— Pocóż pan opowiada mi takie rzeczy?
— Dzwonią. Służąca otwiera im drzwi, oddają jej list i zaręczają, że obydwaj są tak zakochani, iż umrą pode drzwiami z miłości; dziewczyna wylękniona nie wie co robić. Nagle zjawia się jegomość z bokobrodami, jak kiełbaski, czerwony jak rak, i oznajmia, że prócz niego i żony nikt więcej nie mieszka i wyprasza obydwóch za drzwi.
— Skądże pan wie, że jegomość ten ma bokobrody jak kiełbaski, jak się pan wyraża.
— Niech pani słucha: pracuję obecnie nad pogodzeniem ich.
— I jak się panu powodzi ta praca?
— Tu jest właśnie najciekawsza historya. Okazało się, że jest to szczęśliwa para: radca honorowy i radczyni honorowa. Radca honorowy podaje skargę, a mnie kazano być twórcą pokoju i jakim jeszcze... Upewniam panią, że Talleyrand jest niczem w porównaniu ze mną.
— A na czem polega cała trudność?
— Niech pani tylko słucha... Przepraszamy bardzo ładnie: „Jesteśmy w rozpaczy i prosimy wybaczyć nam to nieszczęsne nieporozumienie.“ Radca honorowy z kiełbaskami zaczyna mięknąć, lecz również chce ulżyć swym uczuciom i z chwilą, gdy przystępuje do mówienia o nich, zaczyna się gorączkować i mówić głupstwa i ja znowu widzę się zmuszonym używać wszystkich mych dyplomatycznych talentów: „Zgadzam się z panem najzupełniej, że postępowanie ich nie było właściwem, lecz niech pan będzie łaskaw wziąć pod uwagę ich młody wiek i fakt, że młodzi ludzie byli po śniadaniu. Niech pan będzie łaskaw wejść w ich położenie, gdyż żałują swojego postępku z całego serca i proszą o przebaczenie.“ Radca honorowry znów poczyna mięknąć. „Zgadzam się, hrabio, z pańskiem zdaniem, ale sam pan rozumie, że żona moja, uczciwa kobieta, została narażoną na przykrość przez jakichś smarkaczy, gałga...“ A ten smarkacz jest obecnym i słyszy wszystko i znów muszę nakłaniać ich do zgody. Na nowo więc zaczynam bawić się w dyplomacyę i znów, gdy cała historya ma się już ku końcowi, mój radca honorowy zaczyna się unosić, czerwieni się cały, kiełbaski podnoszą się i ja znów muszę uciekać się do dyplomatycznych finezyi.
— Muszę koniecznie opowiedzieć to pani! — zawołała Betsy, śmiejąc się i witając ze znajomą, która wchodziła właśnie do jej loży. Wroński tak mnie ubawił!
— No, bonne chance, — dodała Betsy po chwili, podając Wrońskiemu palec, którym nie trzymała wachlarza i ruchem pleców opuszczając stanik, który podniósł się trochę do góry, aby, jak to wypada, być zupełnie nagą, gdy znów siądzie bliżej poręczy, wystawiona na światło gazu i oczy całej publiczności.
Wroński pojechał do francuskiego teatru, gdzie rzeczywiście miał się zobaczyć z dowódcą pułku, nie opuszczającym żadnego przedstawienia, aby rozmówić się z nim co do sprawy, która trzeci dzień już bawiła i zajmowała ich. W zajście to był zamieszanym Petrycki, którego Wroński bardzo lubił i drugi oficer, od niedawna dopiero należący do pułku, dobry chłopiec i jak najlepszy kolega, miody książę Kedrow; przedewszystkiem jednak w zajście to był wplątany honor pułku.
Petrycki i Kedrow służyli w szwadronie Wrońskiego. Do pułkownika przyjechał urzędnik, radca honorowy Wenden, ze skargą na oficerów, że wyrządzili zniewagę jego żonie. Młoda żona jego, jak opowiadał Wenden, żonaty dopiero od pół roku, była z matką na nabożeństwie, lecz poczuła się niezdrową i nie mogąc stać dłużej, pierwszą napotkaną dorożką pojechała do domu. Nagle zaczęli ją gonić oficerowie, żona przestraszyła się, zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze i czem prędzej wbiegła na schody. Wenden, powróciwszy z biura, usłyszał dzwonek i obce głosy, wyszedł do przedpokoju i, ujrzawszy pijanych oficerów z listem, wypchnął ich za drzwi. Urzędnik upraszał pułkownika o surowe ukaranie winowajców.
— Niech pan robi co pan chce — powiedział pułkownik Wrońskiemu, przywoławszy go do siebie — ale Petrycki staje się niemożebnym: tygodnia niema bez jakiejś awantury. Ten urzędnik nie puści płazem tego wybryku i rozmaże całe zajście.
Wroński widział, że sprawa będzie bardzo trudną, że pojedynek miejsca mieć nie może i że należy uczynić wszystko, aby ułagodzić radcę honorowego i skłonić go do zaprzestania dalszych kroków. Pułkownik dlatego właśnie polecił tę sprawę Wrońskiemu, gdyż wiedział, że Wroński jest prawym i rozumnym człowiekiem, ceniącym honor pułku.
Naradziwszy się obydwaj, zadecydowali, że Petrycki i Kedrow razem z Wrońskim powinni udać się z przeprosinami do radcy honorowego. I pułkownik i Wroński wiedzieli, że nazwisko Wrońskiego i tytuł fligel-adjutanta wpłyną skutecznie na ułagodzenie radcy honorowego; rzeczywiście środki te okazały się częściowo skutecznymi, lecz rezultat przeprosin był wciąż wątpliwym, jak to Wroński opowiadał Betsy.
Przyjechawszy do teatru, Wroński udał sic z pułkownikiem do foyer i opowiedział mu, jak rzeczy stoją. Pułkownik po namyśle postanowił zaprzestać już dalszych kroków, lecz potem dla własnej przyjemności zaczął wypytywać Wrońskiego o szczegóły ich wizyty u Wendena i nie mógł wstrzymać się od śmiechu, słuchając opowiadania Wrońskiego, jak uspakajający się już radca honorowy na nowo wybuchał za każdym razem gniewem, gdy przypominał sobie szczegóły zajścia, i jak Wroński, pomimo że zasłaniał się Petryckim, nie mógł dojść do ładu z Wendenem.

— Brzydka historya, ale nadzwyczaj zabawna. Przecież Kedrow nie może pojedynkować się z tym panem! I czy radca honorowy bardzo się gniewał? — pytał znów pułkownik. — A jak się panu Claire dzisiaj podoba? Zachwycająca — opowiadał o nowej aktorce francuskiej. — Codziennie patrzę się na nią i codziennie wydaje mi się inną; tylko francuzi mają ten talent!

VI.

Księżna Betsy opuściła teatr przed końcem ostatniego aktu. Zaledwie jednak zdążyła wejść do swego pokoju, posypać swą długą, bladą twarz pudrem, poprawić ubranie i kazać nakrywać do herbaty w dużym salonie, już przed jej ogromny dom na Dużej Morskiej zaczęły się zjeżdżać karety. Goście wysiadali na szerokim podjeździe i otyły szwajcar, czytujący codziennie rano gazety ku wielkiemu zbudowaniu przechodniów, którzy przyglądali mu się przez szklane drzwi, wpuszczał przejeżdżających i zamykał za nimi bez najmniejszego hałasu ogromne drzwi, prowadzące na schody.
Do obszernego salonu z ciemnem obiciem, z podłogą zasłaną puszystymi dywanami i ze stołem, na którym światło świec odbijało się na białym obrusie, w srebrnym samowarze i przeźroczystym prawie porcelanowym serwisie do herbaty — przez jedne drzwi weszła gospodyni, a przez drugie jednocześnie prawie — goście.
Pani domu siadła koło samowaru i zdjęła rękawiczki. Goście zajęli miejsca, przesuwając krzesła przy pomocy lokai, dzieląc się na dwa kółka: jedno kolo samowaru i Betsy, drugie, na drugim końcu salonu, koło przystojnej żony posła, ubranej w czarną aksamitną suknie; żona posła miała nadzwyczaj czarne gęste brwi.
W jednem i drugiem kółku rozmowa, jak zwykle z początku, rwała się co chwila i nie mogła ustalić się, gdyż przerywano ją nieustannie powitaniami, podawaniem herbaty i t. p.
— Jako artystka jest świetną; widać, że studyowała Kaulbacha — mówił dyplomata w kółku żony posła — czyście państwo zauważyli, jak świetnie upadła?
— Na miłość Boską, nie mówmy tylko o Nilson! o niej nie można już powiedzieć nic nowego — odezwała się tłusta, czerwona, bez brwi blondynka, w starej jedwabnej sukni. Była to księżna Miahkaja, znana powszechnie ze swej dobroduszności i szorstkości w obejściu; nazywano ją powszechnie enfant terrible. Księżna Miahkaja siedziała w środku między jednem a drugiem kółkiem i, przysłuchując się, przyjmowała udział w obydwóch rozmowach.
— Dzisiaj już mi trzecia osoba powtarza ten sam frazes o Kaulbachu, jak gdyby wszyscy zmówili się, i niewiem doprawdy, dlaczego ten frazes tak się im podobał.
Odezwanie się księżnej Miahkiej przerwało rozmowę i trzeba było wymyślić nowy temat.
— Niech nam pan opowie co zabawnego, ale nie złośliwego — odezwała się żona posła, mistrzyni w prowadzeniu wykwintnej rozmowy, zwanej przez Anglików small-talk, zwracając się do dyplomaty, który również nie wiedział co ma mówić.
— Powiadają, że to bardzo trudno i że tylko złe jest śmiesznem — zaczął dyplomata z uśmiechem ale spróbuję, niech mi państwo dadzą tylko temat; cała rzecz polega na temacie: gdy mam temat, mogę na nim z łatwością haftować; przekonany jestem, że ludzie, którzy w zeszłym wieku słynęli ze swych dowcipnych rozmów, obecnie byliby nieraz, w kłopocie, gdyby musieli mówić rozsądnie. Wszystkie rozsądne rozmowy dokuczyły już do tego stopnia...
— Słyszeliśmy to już dawno... — z uśmiechem przerwała dyplomacie żona posła.
Rozmowa zaczęła się bardzo dowcipnie, lecz dlatego właśnie, że była bardzo dowcipną, musiała się urwać i trzeba było koniecznie uciec się do wypróbowanego, nigdy niezawodzącego środka — do obmowy bliźniego.
— Czy pani nie znajduje, że w Tuszkiewiczu jest coś w stylu Louis XV? — zapytał dyplomata, wskazując oczyma na przystojnego młodego blondyna, stojącego koło stołu.
— W istocie! Jest on w tym samym stylu co i salon, i dlatego tak często bywa tutaj.
Ten temat utrzymał się, gdyż, obwijając w bawełnę, rozmawiano o tem właśnie, o czem nie można było mówić w tym salonie, a mianowicie o stosunku Tuszkiewicza z panią domu.
Koło samowaru i Betsy rozmowa przez czas jakiś chwiała się między trzema koniecznymi tematami: najnowszą kroniką towarzyską, teatrem i obgadywaniem bliźnich; w końcu ustaliła się, wpadłszy na ostatni temat, t. j. na złośliwą rozmowę o nieobecnych.
— Słyszeliście państwo, że Maltiszczewa, nie córka lecz matka, kazała sobie uszyć kostyum diable rose?
— Nie może być! to doprawdy wspaniale!
— Dziwię się, jak z jej rozumem — ona przecież nie jest wcale głupią — można nie dostrzegać całej śmieszności podobnego postępowania.
Każdy miał coś do powiedzenia, aby ośmieszyć nieszczęśliwą Maltiszczewę, i rozmowa ożywiła się wesoło.
Mąż księżnej Betsy, otyły poczciwiec i zapalony zbieracz rycin, dowiedziawszy się, że żona ma gości, zaszedł przed udaniem się do klubu do salonu i, stąpając po miękkim dywanie, tłumiącym jego kroki, zbliżył się po cichu do księżnej Miahkiej.
— Jak Nilson podobała się pani?
— Czyż można tak skradać się? przestraszył mnie pan! Nie zaczynaj pan z łaski swojej ze mną rozmowy o operze, gdyż pan nie zna się nic a nic na muzyce. Już ja wolę zniżyć się do pana i rozmawiać z panem o majolikach i rycinach. Jakiż skarb kupił pan znowu od handlarzy ulicznych?
— Jeśli pani życzy sobie, to pokażę, lecz pani nie pozna się na tem.
— Niech mi pan będzie łaskaw pokazać. Napatrzyłam się na te rzeczy u tych... jak się tam nazywają... bankierów... a mają śliczne ryciny, pokazywali mi je przecież.
— Więc pani była u Schützburgów? — zapytała gospodyni.
— Byłam, ma chère. Zaprosili męża i mnie na obiad; mówili nam, że sos na tym obiedzie kosztował tysiąc rubli — opowiadała głośno księżna Miahkaja, widząc, że wszyscy ją słuchają — sos w dodatku był bardzo niesmaczny... jakiś zielonkowaty. Wypadało nam zaprosić ich i przyrządziłam sos za 85 kopijek: smakował jednak wszystkim... mnie nie stać na sosy po tysiąc rubli.
— Księżna bywa paradna — zauważyła gospodyni.
— Wistocie! — potwierdził ktoś z gości.
Księżna Miahkaja każdem odezwaniem swojem wywoływała zawsze ogromne wrażenie, a cała tajemnica tego efektu polegała na tem, że księżna, chociaż nie zawsze trafnie, mówiła zwykle o rzeczach, mających jakiś sens; w towarzystwie zaś, wśród którego obracała się, tego rodzaju słowa wywierały wrażenie najdowcipniejszego żartu. Księżna Miahkaja nie wiedziała, dlaczego słowa jej sprawiają taki skutek, lecz widziała, że tak jest i korzystała z tego.
Podczas opowiadania księżnej Miahkoj rozmowa koło żony posła zamilkła; gospodyni chciała skorzystać z tego i złączyć towarzystwo w jedno kółko, zwróciła się więc ku żonie posła i zapytała:
— Więc pani stanowczo nie chce herbaty? Niech pani przejdzie do nas...
— Dziękuję, nam i tutaj bardzo dobrze — odpowiedziała z uśmiechem żona posła i rozmawiała w dalszym ciągu.
— Anna zmieniła się bardzo od czasu wycieczki do Moskwy: jest w niej teraz coś dziwnego — zauważyła przyjaciółka Anny.
— Zmiana ta polega przeważnie na tem, że przywiozła, z sobą cień Aleksieja Wrońskiego — odrzekła żona posła.
Więc cóż z tego? U Grimma jest bajka o człowieku pozbawionym cienia; miało to być dla niego karą za jakiś przestępek. Nigdy jednak nie mogę pojąć, na czem ta kara polega: kobiecie jednak musi być nieprzyjemnie, gdy nie ma cienia.
— Tak, to prawda, lecz kobiety z cieniem zwykle źle kończą — odparła przyjaciółka Anny.
— Niech pani język spuchnie — odezwała się nagle księżna Miahkaja, nie dając dalej mówić przyjaciółce Anny. — Karenina — nadzwyczaj dobra kobieta: męża jej nie lubię, ale ją samą — bardzo.
— Dlaczegóż pani nie lubi męża? To taki wybitny człowiek — zapytała żona posła. — Mąż mój twierdzi, że takich zdolnych działaczy państwowych mało jest w Europie.
— I mój mąż również twierdzi zawsze to samo, ale ja mu nie wierzę — odparła księżna Miahkaja. — Gdyby mężowie nasi nic nam nie mówili, zapatrywalibyśmy się na rzeczy tak, jak są; a Aleksiej Aleksandrowicz, mojem zdaniem, jest poprostu głupcem. Ja mówię to po cichu... Nieprawdaż jak od razu wszystko staje się widocznem? Przedtem, gdy kazano mi mieć go za mądrego, ciągle szukałam w nim tej mądrości i przekonaną byłam, że sama jestem głupia, gdyż nie mogę dojrzyć jego mądrości; a jak tylko powiedziałam sobie: on jest głupi, ale po cichu zupełnie, to od razu przejrzałam.
— Jaka pani dzisiaj złośliwa!
— Nie mówię tego przez złośliwość, ale doprawdy nie mam innego wyjścia: jedno z nas dwojga jest głupiem, a, jak państwu wiadomo, o sobie takich rzeczy opowiadać nie wypada.
— Nikt nie jest zadowolonym ze swego majątku, ale każdy jest zadowolonym ze swego rozumu — podpowiedział dyplomata towarzystwu francuski wiersz.
— To, to właśnie — zwróciła się ku niemu księżna Miahkaja — ale pomimo to nie pozwolę nic mówić na Annę, to taka miła i dobra kobieta; cóż ona winna, że wszyscy są zakochani w niej i chodzą za nią jak cienie?
— Ależ ja nie myślę jej ganić — tłumaczyła się przyjaciółka Anny.
— Jeśli nikt nie kroczy za nami jak cień, to jeszcze nie dowód, abyśmy mieli prawo ganić kogoś!
Dawszy energiczną i słuszną odprawę przyjaciółce Anny, księżna Miahkaja wstała i w towarzystwie żony posła podeszła do stołu, przy którym rozmowa toczyła się o królu pruskim.
— O czemżeście państwo rozmawiali tam? — zapytała Betsy.
— O Kareninych. Księżna skreśliła nam sylwetkę Aleksieja Aleksandrowicza — odpowiedziała z uśmiechem żona posła, siadając przy stole.
— Szkoda, żeśmy nie słyszeli — — zauważyła gospodyni, spoglądając na drzwi. — I pan już jest nareszcie? — zwróciła się z uśmiechem do wchodzącego Wrońskiego.
Wroński nietylko, że znał wszystkich, lecz widywał się ze wszystkimi codziennie prawie, wszedł więc do salonu najzupełniej swobodnie, jak gdyby powracał do niego po chwilowej nieobecności.
— Skąd jadę? — odpowiedział Wroński na zapytanie żony posła. — Trudna rada, trzeba się przyznać! Jadę z teatru Buff; byłem tam już ze sto razy, a zawsze jadę tam z prawdziwą przyjemnością. Uznaję, że powinienem się wstydzić, ale na operze sypiam, a w Buffie siedzę zawsze do końca przedstawienia i świetnie bawię się... — i Wroński wymienił nazwisko francuskiej aktorki i chciał opowiadać o niej, lecz żona posła z komicznym przestrachem przerwała mu.
— Bądź pan tylko łaskaw, na miłość Boską, nie opowiadać nam o tych strasznych rzeczach.
— Dobrze, nie będę już opowiadał, tembardziej, że wszyscy wiedzą już o tych strasznych rzeczach.

— I wszyscy pojechaliby tam, gdyby to było we zwyczaju, tak jak bywanie na operze — dodała księżna Miahkaja.

VII.

Za drzwiami dały się słyszeć kroki i księżna Betsy, wiedząc, że to Karenina, spojrzała na Wrońskiego; Wroński utkwił wzrok we drzwiach i twarz jego przybrała nowy, dziwny wyraz: Wroński z radością, bacznie a zarazem z bojaźnią pewną spoglądał na wchodzącą i zwolna podnosił się z krzesła. Anna wchodziła do salonu. Trzymając się, jak zwykle, nadzwyczaj prosto i patrząc wciąż przed siebie, Anna swym pewnym, prędkim i lekkim chodem, odróżniającym się od chodu kobiet z wyższych sfer towarzyskich, przeszła te parę kroków, które dzieliły ją od Betsy, uścisnęła jej rękę, uśmiechnęła się i z tym samym uśmiechem spojrzała na Wrońskiego; Wroński skłonił się nizko i podał jej krzesło.
Anna na ukłon Wrońskiego odpowiedziała tylko skinieniem głowy, zarumieniła się i zachmurzyła z lekka, lecz po chwili, kłaniając się prędko znajomym i ściskając podawane sobie ręce, zwróciła się do Betsy:
— Byłam u hrabiny Lidyi i chciałam wcześniej przyjechać, lecz pomimowoli zasiedziałam się, gdyż był u niej sir John, który zainteresował mnie nadzwyczaj!
— A... to ten misyonarz?
— Tak. Opowiadał nadzwyczaj zajmujące szczegóły o życiu indyjskiem.
Rozmowa ogólna, przerwana przybyciem Anny, znów zaczęła się chwiać, jak płomień gasnącej lampy.
— Sir John! Tak, sir John... widziałam go już... wistocie bardzo ciekawe rzeczy opowiada. Własjewa zakochała się w nim na zabój.
— A czy to prawda, że młodsza Własjewa wychodzi za Topowa?
— Powszechnie mówią, że napewno.
— Dziwię się tylko rodzicom: jak słychać, ma to być małżeństwo z miłości.
— Z miłości? Jakie też pani ma przedpotopowe pojęcia. Któż dzisiaj może mówić o miłości? — zapytała żona posła.
— Cóż robić? Ta głupia, stara moda wciąż jednak trwa jeszcze — zauważył Wroński.
— Tem gorzej dla tych, co idą jeszcze za nią; wiem, że tylko małżeństwa zawarte z rozsądku są szczęśliwe.
— Przypuśćmy... lecz weźmy pod uwagę, że szczęście małżeństw zawartych z rozsądku nadzwyczaj często ulatuje jak dym, a to tylko dlatego, że nagle zjawia się ta miłość, której dotąd nie uznawano — odparł Wroński.
— Lecz małżeństwami z rozsądku nazywamy te, w których oboje małżonkowie wyszumieli się już. Miłość, to szkarlatyna, którą przejść trzeba koniecznie.
— W takim razie należy nauczyć się szczepić sztucznie miłość, jak ospę.
— Za moich młodych lat kochałam się w diaczku — rzekła księżna Miahkaja — i nie wiem czy mi to pomogło.
— Zupełnie na seryo jestem zdania, że, aby poznać prawdziwą miłość, trzeba się omylić, a potem poprawić — odezwała się księżna Betsy.
— Czy nawet i po ślubie? — żartobliwie zapytała żona posła.
— Lepiej późno, niż nigdy — powtórzył dyplomata znane przysłowie.
— Właśnie, trzeba się omylić, a potem poprawić — mówiła w dalszym ciągu Betsy. — Jakiego pani jest zdania? — zapytała księżna, zwracając się ku Annie, przysłuchującej się z zaledwie dostrzegalnym uśmiechem całej rozmowie.
— Jestem zdania — odpowiedziała Anna, bawiąc się zdjętą rękawiczką — jestem zdania, że jeśli ile głów, to tyle rozumów, to i ile serc, to i tyle rodzajów miłości.
Wroński spoglądał na Annę i z biciem serca czekał jej odpowiedzi: gdy Anna skończyła mówić, westchnął, jak gdyby przed chwilą uniknął grożącego mu niebezpieczeństwa.
Anna zwróciła się nagle ku niemu:
— Odebrałam list z Moskwy, w którym mi donoszą, że Kiti Szczerbacka jest bardzo chora.
— Doprawdy? — zapytał Wroński z wielkiem niezadowoleniem.
Anna surowo spojrzała na niego.
— Pana to nie obchodzi?
— Owszem, bardzo. Czy można wiedzieć, co mianowicie piszą pani?
Anna wstała i podeszła do Betsy.
— Proszę o filiżankę herbaty — rzekła, stając za jej krzesłem.
Podczas gdy Betsy nalewała herbatę, Wroński zbliżył się ku Annie.
— Cóż piszą pani? — zapytał.
— Zdaje mi się, że mężczyźni nierozumieją często, gdy postępują nieszlachetnie, chociaż bardzo wiele o tem mówią — rzekła Anna, nie odpowiadając wprost na pytanie Wrońskiego; — chciałam to już dawno powiedzieć panu — dodała po chwili i, przeszedłszy parę kroków, siadła koło stolika z albumami, stojącego w rogu pokoju.
— Niezupełnie rozumiem, co mi pani mówi — zauważył Wroński, podając jej filiżankę.
Anna wskazała Wrońskiemu spojrzeniem miejsce koło siebie na kanapie, które Wroński pospiesznie zajął.
— Chciałam powiedzieć panu — rzekła Anna, nie patrząc na Wrońskiego — żeś pan postąpił źle, bardzo źle.
— Czyż ja nie wiem, żem źle postąpił? Lecz kto temu winien?
— Dlaczego mi to pan mówi? — zapytała Anna surowo, spoglądając na niego.
— Pani wie dlaczego — odpowiedział Wroński, śmiało i z radością wytrzymując jej spojrzenie i nie spuszczając z niej wzroku.
Nie on, ale ona zmieszała się.
— Dowodzi to tylko, że pan nie ma serca — rzekła Anna, lecz spojrzenie jej mówiło, że wie, iż on ma serce i dlatego też boi się go.
— To, o czem pani mówiła przed chwilą, było omyłką, a nie miłością.
— Pan pamięta zapewne, żem mu zabroniła wymawiać to słowo, to wstrętne słowo — odparła Anna, lecz w tej chwili spostrzegła się, że tym jednym wyrazem zabroniłam składa dowód, iż poczuwa się do pewnych praw nad nim i iż tem samem zachęca go do mówienia o miłości. — Chciałam to już dawno powiedzieć panu — mówiła dalej Anna, patrząc mu stanowczo w oczy i czując, że rumieniec piecze jej policzki — a dzisiaj naumyślnie przyjechałam, wiedząc, że pana tu spotkam. Przyjechałam, aby panu powiedzieć, iż z tem raz już skończyć należy. Nigdy dotąd przed nikim nie rumieniłam się, a obecnie z winy pana czuję się winną.
Wroński patrzał na Annę i nieznana mu dotąd duchowa piękność jej oblicza, uderzyła go.
— Czego pani chce odemnie? — zapytał szczerze i poważnie.
— Chcę, aby pan pojechał do Moskwy i prosił Kiti o przebaczenie.
— Pani nie chce tego — odparł Wroński, zauważywszy, że Anna, zmusza się do powiedzenia tego, czego naprawdę nie życzy sobie powiedzieć.
— Jeśli pan naprawdę kocha mnie, jak pan twierdzi — szeptem odezwała się Anna — to pan postara się, abym była spokojną.
Twarz Wrońskiego rozjaśniła się.
— Czyż pani nie wie, że pani stanowi cel życia mego, lecz ja spokoju nie znam i zapewnić go pani nie jestem w stanie; całego siebie, miłość... i owszem. Nie mogę myśleć o sobie i o pani, o każdem z nas oddzielnie: pani i ja — to jedna całość dla ranie. Patrząc się w przyszłość, nie widzę, aby spokój był możebnym dla pani lub dla mnie. Widzę możebność rozpaczy, nieszczęść... lub też widzę możebność szczęścia i to jakiego szczęścia!... Czyż ono jest możebnem? — dodał, poruszając tylko wargami, lecz Anna usłyszała.
Anna natężała wszystkie siły umysłu, aby tak odpowiedzieć, jak należało: lecz rzuciła tylko na niego spojrzenie przepełnione miłością i nic nie odrzekła.
„Wtedy, gdym już zaczął rozpaczać i gdy mi się poczęło zdawać, że męki me nie skończą się nigdy, okazuje się, że ona kocha mnie i sama wyznaje mi swą miłość.“
— Niech więc pan będzie łaskaw zrobić to dla mnie i nie mówić mi nigdy tych słów, a będziemy dobrymi przyjaciółmi — wyrzekły usta Anny, lecz spojrzenie jej mówiło co innego.
— Przyjaciółmi nie będziemy: pani wie o tem dobrze, a będziemy najszczęśliwszymi lub najnieszczęśliwszymi ludźmi — to zależy tylko od pani.
Anna chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz Wroński przerwał jej.
— Przecież ja proszę tylko o jedno: proszę o prawo spodziewania się i męczenia, jak obecnie; lecz jeśli pani i na to nawet zezwolić nie chce, w takim razie rozkaż mi pani nie pokazywać się tobie na oczy, a pokazywać się nie będę. Jeśli widywanie mnie sprawia pani przykrość, nie będziesz mnie widywać.
— Nie życzę sobie niewidywać pana.
— Niech więc pani pozwoli, aby wszystko zostało po staremu — rzekł Wroński drżącym głosem. — Oto i mąż, pani nadchodzi.
Rzeczywiście w tej chwili Aleksiej Aleksandrowicz wchodził do pokoju, swym zwykłym, spokojnym niezgrabnym krokiem.
Spojrzawszy na żonę i Wrońskiego, Aleksiej Aleksandrowicz podszedł do pani domu i, popijając z filiżanki herbatę, począł mówić, jak zwykle, powoli i doniośle, swym ironicznym tonem, jakby żartując sobie z kogoś.
Rambouillet pani w pełnym komplecie — rzekł, spoglądając po towarzystwie — gracye i muzy.
Lecz księżna Betsy nie mogła znosić tego tonu Aleksieja Aleksandrowicza suecring, jak go nazywała, i jako obyta i doświadczona pani domu naprowadziła rozmowę na poważny temat: na ogólną powinność wojskową. Aleksiej Aleksandrowicz odrazu zajął się rozmową i począł z całym zapałem bronić nowej ustawy od zarzutów, które stawiała jej Betsy.
Wroński i Anna siedzieli wciąż przy małym stoliku.
— Doprawdy, zaczyna to już być nieprzyzwoitem — szepnęła jedna z pań, spoglądając na Wrońskiego, Annę i Aleksieja Aleksandrowicza.
— Mówiłam przecież pani! — rzekła przyjaciółka Anny.
Ale nietylko te panie, lecz wszyscy prawie zebrani w salonie — nawet księżna Miahkaja i Betsy, spoglądali sic od czasu do czasu na parę, siedzącą koło oddzielnego stolika. Tylko Aleksiej Aleksandrowicz ani razu nie spojrzał w ich stronę i nie odrywał się od zajmującej go rozmowy.
Zauważywszy niemiłe wrażenie, pod jakiem wszyscy znajdują się, księżna Betsy podsunęła kogo innego na swoje miejsce dla słuchania Aleksieja Aleksandrowicza i podeszła do Anny.
— Ścisłość, z jaką twój mąż wyraża się, wprawna mnie zawsze w podziw — odezwała się Betsy do Anny. — Najbardziej oderwane pojęcia stają się dla mnie przystępnemi, gdy on objaśnia mi je.
— W istocie, masz racyę! — odrzekła Anna, promieniejąc uśmiechem szczęścia i nie rozumiejąc ani jednego wyrazu z tego, co jej mówiła Betsy, po chwili jednak przeszła do dużego stołu i przyjęła udział w ogólnej rozmowie.
Porozmawiawszy z pół godziny, Aleksiej Aleksandrowicz podszedł do żony i zaproponował jej, aby jechała z nim razem do domu; lecz Anna, nie patrząc na męża, odpowiedziała mu, że pozostanie na kolącyi. Aleksiej Aleksandrowicz, ukłonił się wszystkim i wyszedł.
Stary, gruby Tatar, stangret Kareninej, z trudnością, mógł utrzymać zziębnięte kare konie, znudzone długiem staniem, lokaj otworzywszy drzwiczki od karety, stał przy nich, również jak i szwajcar. Anna Arkadjewna, odczepiając drobną swą rączką koronkę rękawa od haftki futra, z pochyloną głową słuchała z zachwytem słów Wrońskiego, który sprowadził ją ze schodów.
— Przypuśćmy, że pani nic nie powiedziała, ja też i nie żądam niczego — mówił Wroński — lecz pani wie, że nie przyjaźń jest mi potrzebną; dla mnie możebnem jest tylko jedno szczęście w życiu, a tem szczęściem jest słowo, którego pani tak nie lubi: miłość...
— Miłość... — powtórzyła Anna powoli, i nagle, w tej samej chwili, gdy odczepiła koronkę, dodała: — ja dlatego nie lubię też tego słowa, gdyż przywiązuję do niego zbyt dużą wagę, znacznie większą niż panu się zdaje — i Anna spojrzała Wrońskiemu prosto w oczy. — Do widzenia! — poczem podała mu rękę i prędkim, sprężystym krokiem przeszła kolo szwajcara i ukryła się w karecie.
Spojrzenie Anny, dotknięcie jej ręki zelektryzowały Wrońskiego, który pocałował swą dłoń w miejscu dotkniętem przez Annę. Wroński wrócił do domu uszczęśliwiony, że dzisiejszego wieczoru zbliżył się do swego celu znacznie więcej, niż przedtem w przeciągu dwóch miesięcy.

VIII.

Aleksiej Aleksandrowicz nie znalazł w tem nic nadzwyczajnego lub niestosownego, że żona jego siedziała przy osobnym stoliku wraz z Wrońskim i wiodła z nim ożywioną rozmowę, lecz zauważył, że obecni w salonie byli innego zdania i dlatego wydało się to i jemu niewłaściwem, przyszedł więc do przekonania, że trzeba będzie powiedzieć o tem żonie.
Powróciwszy do domu, Aleksiej Aleksandrowicz wszedł jak zwykle do swego gabinetu, usiadł w fotelu, otworzył założoną nożykiem książkę o papiestwie i, jak to zawsze zwykł był czynić, czytał do pierwszej w nocy. Aleksiej Aleksandrowicz czytał uważnie, od czasu do czasu tylko pocierał wysokie czoło i wstrząsał głową, jak gdyby chciał odpędzić od siebie jakąś myśl, która mu przeszkadzała; o zwykłej godzinie jednak wstał z fotelu i umył się na noc. Anna Arkadjewna jeszcze nie przyjechała. Aleksiej Aleksandrowicz z książką pod pachą przeszedł do sypialnego pokoju, lecz dzisiejszego wieczoru zamiast zwykłego rozmyślania o interesach służbowych, myśli jego zajęte były żoną i jakiemś nieznanem a niemiłem zdarzeniem, które ją spotkało. Aleksiej Aleksandrowicz wbrew swemu zwyczajowi nie położył się do łóżka, lecz założywszy ręce wtył, począł chodzić po pokoju: nie mógł położyć się, gdyż wiedział, że przedtem musi rozpatrzeć położenie, w jakiem się znalazł.
W chwili, gdy Aleksiej Aleksandrowicz postanawiał rozmówić się z żoną, rozmowa ta wydawała mu się nadzwyczaj łatwą i prostą, lecz teraz, gdy począł zastanawiać się, cała ta sprawa pokazała mu się nadzwyczaj trudną i skomplikowaną.
Aleksiej Aleksandrowicz nie był zazdrosnym. Zazdrość, zdaniem jego, czyni ujmę żonie, a ku żonie należy mieć ufność. Dlaczego należy mieć ufność, t. j. zupełną pewność, że młoda żona zawsze kochać go będzie, o to Aleksiej Aleksandrowicz nie pytał się; lecz ponieważ nigdy nie czuł nieufności ku żonie, ufał wiec jej i wmawiał sam w siebie, że ufać jej należy. Teraz zaś, chociaż przekonanie, że zazdrość jest uczuciem, którego bezwarunkowo należy się wstydzić i unikać, że koniecznie trzeba mieć zaufanie ku żonie, nie było w nim zachwianem, Aleksiej Aleksandrowicz czuł, że stanął oko w oko przed czemś nielogicznem i bezsensownem i sam nie wiedział, co mu czynić wypada.
Aleksiej Aleksandrowicz stanął oko w oko przed życiem, przed możebnością, że żona pokocha kogoś innego prócz niego i możebność ta dlatego wydawała mu się głupią i nielogiczną, gdyż często trafiała się w codziennem życiu. Aleksiej spędził całe swe życie i przepracował... i przepracował je w sferach urzędowych, mających do czynienia tylko z odbiciem życia, i za każdym razem, gdy spotykał się z prawdziwem, realnem, usuwał się od niego. Obecnie Aleksiejem Aleksandrowiczem owładnęło uczucie, jakiego doznałby człowiek, który najspokojniej przeszedł przez most, zawieszony nad przepaścią, i nagle zobaczył, że most ten chwieje się cały i lada chwila grozi zawaleniem się: Przepaścią tą było życie, jakiem żyje świat cały, mostem zaś — życie sztuczne, jakiem żył Aleksiej Aleksandrowicz. Po raz pierwszy dopiero przyszła mu do głowy myśl, że żona jego może pokochać kogoś innego i myśl, ta przeraziła go. Aleksiej Aleksandrowicz, nie rozbierając się, chodził miarowym krokiem po posadzce jadalni, oświetlanej jedną lampą, po dywanie ciemnego salonu, w którym światło odbijało się tylko na dużym portrecie jego, niedawno malowanym, zawieszonym nad kanapą, i po gabinecie żony, gdzie paliły się dwie świece, oświetlając portrety jej krewnych i przyjaciółek, jak również znane mu od dawna drobiazgi, porozrzucane na biurku. Aleksiej Aleksandrowicz dochodził przez pokój żony do drzwi sypialni i wracał z powrotem.
Za każdym razem, gdy przechodził przez te trzy pokoje, najczęściej w jasno oświetlonym jadalnym Aleksiej Aleksandrowicz zatrzymywał się i mówił do siebie: „Tak, trzeba to koniecznie rozstrzygnąć, przerwać, wypowiedzieć swój pogląd i swe zdanie w tej kwestyi.“ I Aleksiej Aleksandrowicz wracał się. „Lecz co powiedzieć, jakie zdanie wyjawić?“ — zadawał sam sobie pytanie w salonie, lecz nie mógł na nie udzielić żadnej odpowiedzi. — „A zresztą“ — starał się wmówić w siebie, wchodząc do gabinetu — „cóż takiego stało się? Nie. Rozmawiała z nim długo. Czyż kobiecie w salonie nie wolno z nikim dłużej rozmawiać? w każdym zaś razie zazdrość ubliża i mnie i jej“ — mówił, lecz argument ten, którego dawniej nie był nigdy w stanie zwalczyć, obecnie stracił swą siłę. I Aleksiej Aleksandrowicz od drzwi sypialni znów wracał do salonu, lecz z chwilą, gdy wchodził do ciemnej sali, głos jakiś zdawał się mówić mu, że rzecz przedstawia się inaczej, i że gdy ludzie obcy zauważyli coś niezwykłego, to to jest najlepszym dowodem, że coś naprawdę niezwykłego dziać się musi. W jadalnym zaś pokoju Aleksiej Aleksandrowicz znów mówił do siebie: „Należy koniecznie całą tę kwestyę rozstrzygnąć, przerwać i wypowiedzieć swój pogląd“... — a w salonie, gdy już miał wracać się, zadawał sobie pytanie: „co robić?“ i znów pytał: „co takiego stało się?“ i sam też odpowiadał sobie: „nie“, i znów przypomniał sobie, że mąż zazdrością poniża żonę; a jednak w salonie znów dochodził do przekonania, że zaszło coś niezwykłego.
Myśli jego, również jak i ciało krążyły wciąż po jednej drodze, nie zatrzymując się na niczem przez czas dłuższy; Aleksiej Aleksandrowicz zauważył to, potarł czoło i usiadł w gabinecie żony.
Tutaj, patrząc na jej biurko, na malachitowy biuwar, leżący na niem, i na zaczętą notatkę, zrobioną ręką Anny, Aleksiej Aleksandrowicz zmienił od razu kierunek swych myśli: zaczął myśleć o żonie, o jej uczuciach, o jej pragnieniach i po raz pierwszy przedstawił sobie, że i ona ma swój osobisty świat, że ma swoje zdanie, swoje dążności, i myśl, że Anna może i powinna żyć swem własnem życiem, wydala się Aleksiejowi Aleksandrowiczowi do tego stopnia przerażającą, że odpędził ją czemprędzej od siebie; myśl ta była tą przepaścią, w którą lękał się zapuścić spojrzenie, gdyż przenosić się myślą i umysłem w inną istotę, było to duchowym czynem, obcym dla Aleksieja Aleksandrowicza, zapatrującego się na ten czyn, jako na szkodliwe i niebezpieczne oddawanie się fantazyom.
„A najwięcej mnie boli“ — rozmyślał Aleksiej Aleksandrowicz — „że właśnie obecnie, gdy dzieło moje[5] zbliża się ku końcowi, gdy potrzebnym mi jest spokój i wszystkie siły mego umysłu, że obecnie właśnie ogarnęła mnie ta bezpodstawna, trwoga. Ale co robić? nie należę do ludzi, którzy znoszą cierpliwie niepokój i trwogę i nie mają siły spojrzeć im śmiało w oczy.“
— Muszę obmyślić wszystko i skończyć raz z tą sprawą — odezwał się wreszcie na głos Aleksiej Aleksandrowicz.
„Kwestya jej uczuć, kwestya tego, co działo się i co dziać może się w jej duszy, to nie moja rzecz, lecz jej sumienia i religii“ — pomyślał Aleksiej Aleksandrowicz i poczuł pewną ulgę, gdy spostrzegł, że wynalazł odpowiednie paragrafy, pod które można było zakwalifikować całą tę sprawę.
„A więc“ — mówił sam do siebie Aleksiej Aleksandrowicz — „kwestye jej uczuć są kwestyami jej sumienia i ja niemi zajmować się nie mogę. Obowiązek mój określonym jest wyraźnie: jako głowa rodziny jestem obowiązany kierować nią, a zatem jestem pośrednio odpowiedzialnym, powinienem więc wskazać jej na niebezpieczeństwo, które dostrzegam, ostrzedz ją, a nawet użyć swej władzy, i to wszystko powinienem jej powiedzieć.“
I w głowie Aleksieja Aleksandrowicza ułożyło się najzupełniej wyraźnie wszystko, co ma powiedzieć żonie. Obmyślając swą rozmowę z żoną, Aleksiej Aleksandrowicz doznał uczucia żalu, że tyle swego czasu i sił umysłowych musi zużywać na swe osobiste, domowe sprawy; pomimo to w głowie jego, jak w raporcie urzędowym, jasno i dobitnie układały się wyrazy, którymi miał przemówić do żony. „Obowiązkiem mym jest powiedzieć jej, co następuje: po pierwsze, objaśnić znaczenie opinii powszechnej; po drugie, przypomnić o ważności stanu małżeńskiego z religijnego punktu widzenia; po trzecie, jeśli zajdzie potrzeba, wskazać jej na mogące wyniknąć z tego fatalne skutki dla syna; po czwarte, wskazać jej na jej własne nieszczęście“ — i założywszy palce prawej ręki na palec lewej, Aleksiej Aleksandrowicz pociągnął nimi i palce zatrzeszczały w stawach.
Odruch ten, złe przyzwyczajenie, polegające na splataniu palców, uspokajał zawsze Aleksieja Aleksandrowicza i przyprowadzał go do równowagi, która była mu obecnie potrzebną. Pod oknami dał się słyszeć turkot zatrzymującej się karety. Aleksiej Aleksandrowicz stanął na środku salonu.
Na schodach rozległy się kobiece kroki. Aleksiej Aleksandrowicz przygotowywał się do swojej mowy, ściskając sobie palce i spodziewając się, że znów zaczną trzeszczyć. Jeden staw zatrzeszczał.
Aleksiej Aleksandrowicz z odgłosu lekkich kroków domyślał się, że żona nadchodzi i chociaż mowa, którą przygotował, zadawalniała go, strach jednak owładnął nim, gdy ujrzał, że chwila stanowcza zbliża się...

IX.

Anna szła z pochyloną głową i bawiła się chwastami baszłyka. Oblicze jej promieniało jasnym blaskiem, lecz blask ten nie wydawał się wesołym, przypominał raczej straszny blask pożaru wśród ciemnej nocy. Ujrzawszy męża, Anna podniosła głowę i jakby budząc się ze snu, uśmiechała się.
— Nie spisz jeszcze? Cóż to takiego stało się? — zapytała, poczem zdjęła baszłyk i nie zatrzymując się, przeszła do swego gabinetu. — Czas już, Aleksieju Aleksandrowiczu! — dodała za drzwiami.
— Anno, muszę pomówić z tobą.
— Ze mną? — zapytała Anna ze zdziwieniem, stając na progu i patrząc na męża. — Co takiego stało się? Co masz mi do powiedzenia? — pytała Anna, siadając. — Rozmawiajmy więc, jeśli trzeba, ale, doprawdy, chodźmy lepiej spać.
Anna mówiła, nie zastanawiając się nad tem co mówi, lecz przysłuchując się swym słowom, nie mogła dość nadziwić się łatwości, z jaką kłamała: nie mówiła przecież nic nadzwyczajnego, a było bardzo naturalnem, że chciało jej się spać! Anna czuła się zbrojną w niedający się przeniknąć pancerz kłamstwa i jakaś niewidzialna siła dopomagała jej i podtrzymywała ją.
— Anno, muszę cię przestrzedz! — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz.
— Przestrzedz? — zapytała — przed czem?
Spojrzenie Anny było do tego stopnia szczerem i wesołem, że gdyby kto nie znał jej tak dobrze, jak znał ją mąż, nie mógłby zauważyć nic nienaturalnego ani w jej glosie, ani w jej słowach. Lecz dla Aleksieja Aleksandrowicza, który znał ją, który wiedział, że gdy czasami kładł się o pięć minut później niż zwykle, to żona zaraz zauważyła to i pytała o powód; dla Aleksieja Aleksandrowicza, który wiedział, że żona dzieliła się z nim każdą swą radością, każdem zmartwieniem, dla niego oznaczało to bardzo wiele, że żona nie chce zauważyć stanu, w jakim on się znajduje, i że nie chce powiedzieć ani słówka o sobie. Aleksiej Aleksandrowicz widział, że istota duszy jej, zawsze widoczna dla niego, dzisiaj ukryła się przed nim. Lecz to jeszcze nie wszystko: z tonu Anny Aleksiej Aleksandrowicz zauważył, że żona nic sobie z tego nie robi i zdaje się szczerze i otwarcie mówić mu: „Wistocie, ukryta i zapewne na przyszłość zawsze ukrytą będzie.“ Teraz Aleksiej Aleksandrowicz był pod wrażeniem, pod jakiem znajdowałby się człowiek, który, powróciwszy do domu, zastałby dom swój zamkniętym. „Klucz znajdzie się jeszcze zapewne“ — przypuszczał Aleksiej Aleksandrowicz.
— Pragnę przestrzedz cię — zaczął mówić Aleksiej Aleksandrowicz po cichu — że przez nieostrożność i lekkomyślność możesz dać powód do mówienia o sobie. Twoja dzisiejsza, zanadto ożywiona rozmowa z hrabią Wrońskim, (Aleksiej Aleksandrowicz wyraźnie, dobitnie i spokojnie wymówił to nazwisko) zwróciła na ciebie powszechną uwagę.
Aleksiej Aleksandrowicz mówił i patrzał na jej śmiejące się oczy, przerażające go w tej chwili swym zagadkowym wyrazem, zdawał sobie jednak wyraźnie sprawę, że słowa jego nie wywierają żadnego skutku i że należy je uważać za najzupełniej bezcelowe.
— Z tobą tak zawsze — odparła Anna, jak gdyby nie domyślając się o co mężowi idzie, ani nie rozumiejąc słów jego, oprócz ostatnich wyrazów. — Raz niepodoba ci się, że jestem zbyt poważną, to znów krzywisz się, że jestem wesołą. Dzisiejszego wieczoru nie nudziłam się, czyż sprawia ci to przykrość? Aleksiej Aleksandrowicz drgnął i załamał ręce, aby trzeszczeć niemi.
— Nie trzeszcz tylko, mój kochany, nie lubię tego bardzo — poprosiła go Anna.
— Anno, co ci się stało? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz, starając się panować nad sobą i nie trzeszczyć palcami.
— Co to ma znaczyć? — zapytała Anna ze szczerym i komicznym podziwem. — Czego ci trzeba ode mnie.
Aleksiej Aleksandrowicz pomilczał czas jakiś i potarł ręką czoło i oczy: spostrzegł, że zamiast tego, co chciał zrobić, to jest zamiast przestrzedz żonę przed postępowaniem, które może narazić ją na złe języki, on, pomimowoli, niepokoił się tem, co dotyczyło jej sumienia i starał się usunąć jakieś urojone przeszkody.
— O czem mam z tobą mówić i czego mi trzeba od ciebie, dowiesz się zaraz — począł znów mówić Aleksiej Aleksandrowicz poważnie i z rozwagą — proszę cię tylko, chciej mnie wysłuchać. Wiesz dobrze, że na zazdrość zapatruję się jako na rzecz, która krzywdzi i poniża, i nigdy nie pozwolę, aby ona powodowała mną; lecz są pewne wymagania przyzwoitości, przeciwko którym wykraczać nie można. Dzisiaj nie ja zauważyłem, ale sądząc z ogólnego wrażenia, wszyscy zauważyli, że postępowanie twoje nie było wolnem od zarzutów.
— Stanowczo nic nie rozumiem — rzekła Anna, ruszając ramionami. „Jemu osobiście jest wszystko jedno, lecz ponieważ całe towarzystwo spostrzegło, więc się niepokoi“ — pomyślała Anna. — Jesteś niezdrów, mój kochany — dodała po chwili, poczem wstała i chciała wyjść z pokoju, lecz Aleksiej Aleksandrowicz postąpił parę kroków naprzód, jak gdyby miał zamiar zagrodzić jej drogę.
Twarz jego stała się brzydką i ponurą i Anna nigdy jeszcze nie widziała męża takim, zatrzymała się jednak i pochyliwszy głowę, zaczęła prędko wyjmować szpilki z włosów.
— Słucham, co masz mi do powiedzenia — odezwała się spokojnie i z ironią w głosie — słuchać będę nawet z zajęciem, gdyż ciekawam bardzo, o co ci chodzi.
Annę dziwił ten naturalny, spokojny i pewny siebie ton, jakim mówiła i dobór wyrazów, którymi odzywała się do męża.
— Wnikać we wszystkie szczegóły twych uczuć, nie mam prawa i wogóle uważam to za zbyteczne, a nawet nieodpowiednie — począł mówić Aleksiej Aleksandrowicz. — Badając głębie swej duszy, możemy w nich odnaleźć często coś takiego, co leżałoby tam niespostrzeżenie. Uczucia twe, to rzecz twego sumienia, lecz moim obowiązkiem względem ciebie, względem siebie i względem Boga, przypomnieć ci o twych obowiązkach. Nie ludzie nas połączyli, ale Bóg i tylko występek może rozerwać nasz związek, każdy zaś występek tego rodzaju pociąga za sobą karę...
— Nie rozumiem ani słówka, a jak na złość chce mi się spać! — przerwała mu Anna, szukając we włosach pozostałych w nich szpilek.
— Anno, na miłość Boską, nie odzywaj się w ten sposób! — łagodnie odezwał się Aleksiej Aleksandrowicz. — Może ja się mylę, lecz wierz mi, że mówię ci to wszystko dlatego, że chodzi mi o ciebie, również jak i o siebie: jestem twym mężem i kocham cię.
Anna na chwilę spochmurniała i iskra ironii zagasła w jej spojrzeniu; lecz wyraz kocham znów poruszył ją. — „Kocha?“ — przyszło jej na myśl — „Czyż on jest w stanie kochać? Gdyby nie zdarzało mu się słyszeć, że miłość istnieje, usta jego nie wymawiałyby nigdy tego wyrazu, gdyż on nie wie nawet, na czem miłość polega.“
— Aleksieju Aleksandrowiczu, doprawdy nic nie rozumiem! Powiedz mi wyraźnie co takiego zauważyłeś?...
— Pozwól mi skończyć. Kocham cię, lecz obecnie mówię nie o sobie, gdyż idzie tu przedewszystkiem o dwie osoby: o naszego syna i o ciebie. Bardzo być może, raz jeszcze powtarzani, że słowa me wydadzą ci się niewłaściwemi i bezpodstawnemi; być może, że powodem ich jest moje fałszywe zapatrywanie się, w takim razie proszę cię o przebaczenie. Lecz jeżeli sama uważasz, że mam jakąbądź podstawę przemawiać do ciebie temi słowy, to proszę cię na wszystko zastanów się i jeśli sumienie wyrzuca ci cobądź, powiedz mnie...
Aleksiej Aleksandrowicz nie spostrzegł się, że mówił zupełnie co innego, niż miał zamiar mówić.
— Nie mam ci nic do powiedzenia. A zresztą... — i nagle prędko odezwała się, z trudnością powstrzymując uśmiech — czas już iść spać.
Aleksiej Aleksandrowicz westchnął i udał się do sypialnego pokoju, nie mówiąc już ani słowa do żony.
Gdy Anna weszła do sypialni, Aleksiej Aleksandrowicz położył się już: wargi miał zaciśnięte, oczy nie spoglądały w jej stronę. Anna położyła się również i czekała, kiedy mąż zacznie znów rozmawiać z nią: lękała się tej rozmowy, lecz zarazem i pragnęła jej. Ale Aleksiej Aleksandrowicz milczał. Anna długo leżała nie poruszając się zupełnie i zapomniała już o mężu: zaczęła myśleć o kim innym, widziała go, i czuła, jak niepokój i występna radość rozpierają jej serce, gdy myśli o nim; raptem usłyszała równy i spokojny świst nosem. Aleksiej Aleksandrowicz zdawał się w pierwszej chwili być przerażonym tym świstem i starał się zapanować nad nim, lecz wkrótce złowieszczy świst rozległ się znowu ze zwykłą mu spokojną jednostajnością.
— Późno już, późno — szepnęła Anna z uśmiechem i długo jeszcze leżała nieruchomo z otwartemi oczyma i blask ich, jak jej się zdawało, widziała w otaczających ją ciemnościach.

X.

Wieczór ten był początkiem nowej ery w życiu Aleksieja Aleksandrowicza i jego żony. Nadzwyczajnego nie zdarzyło się nic.. Anna, jak zwykle, bywała dużo, szczególnie u księżnej Betsy i wszędzie spotykała się z Wrońskim. Aleksiej Aleksandrowicz widział to, lecz nic nie mógł poradzić, gdyż za każdym razem, gdy chciał się z żoną poważnie rozmówić, Anna chowała się za nieprzeniknioną ścianę żartobliwego nierozumienia, o co mężowi idzie. Na oko wszystko było jak dawniej, lecz wewnętrzne stosunki ich zmieniły się zupełnie. Aleksiej Aleksandrowicz, znany powszechnie z energii, z jaką zajmował się sprawami państwa, wobec żony czuł się zupełnie bezsilnym. Z pochyloną kornie głową, jak wół czekał na uderzenie obucha, o którym wiedział, że był nad nim podniesionym. Za każdym razem, gdy zaczynał myśleć o tem, Aleksiej Aleksandrowicz dochodził do przekonania, że musi raz jeszcze spróbować, gdyż może liczyć na to, iż dobrocią, czułością, przekonywaniem może uratować żonę i skłonić ją do opamiętania się; i z dnia na dzień zamierzał rozmówić się z Anną. Lecz za każdym razem, gdy zaczynał z nią mówić, Karenin widział, że duch przewrotności i kłamstwa, który owładnął nią, owładnął również i nim, gdyż za każdym razem rozmawiał z żoną zupełnie o czem innem i inaczej niż zamierzał, a mianowicie w zwykły sobie sposób: tonem drwiącym i pełnym ironii nad osobą, któraby doprawdy tak mówiła. Ton ten zaś nie nadawał się do powiedzenia tego, co należało koniecznie powiedzieć.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XI.

Co w ciągu roku całego było jedynym celem dla Wrońskiego, stało się. Wroński blady stał nad Anną i zaklinał ją, aby się nie obawiała i uspokoiła, sam jednak nie wiedział czego i w jaki sposób.
— Anno! Anno! — mówił drżącym głosem — Anno, na miłość Boga!...
— Boże mój! Wybacz mi! — ze łkaniem wyszeptała Anna, przyciskając do piersi ręce Wrońskiego, który był dla niej obecnie najdroższą istotą.
Anna patrząc na Wrońskiego, nie była w stanie mówić nic więcej. On zaś miał uczucie, jakie musi mieć zabójca, gdy patrzy na ciało, które pozbawił życia. Tem ciałem, pozbawionem życia, była ich miłość, pierwszy okres ich miłości.
Anna ujęła Wrońskiego za rękę i nie poruszała się — po chwili podniosła dłoń Wrońskiego do ust i pocałowała ją. On ukląkł przed nią i chciał spojrzeć jej w twarz, lecz Anna kryła ją i nie odzywała się. Nareszcie, zdając się czynić wysiłek nad sobą, Anna wstała z kanapy i odsunęła od siebie Wrońskiego; twarz jej wciąż była również piękną, tem większy więc żal wzbudzała.
— Stało się! — przemówiła Anna. — Nie mam już nikogo prócz ciebie, pamiętaj o tem!
— Nie mogę niepamiętać o tem, co stanowi o mojem istnieniu.
Na miłość Boską, ani słowa więcej, ani słowa. — Anna wstała prędko i odsunęła się od Wrońskiego.
— Ani słowa więcej — powtórzyła i z wyrazem zadziwiającym Wrońskiego, rozstała się z nim. Anna wiedziała, że w tej chwili nie może wypowiedzieć słówkami tego uczucia, jakiego doznawała przed rozpoczęciem tego nowego życia, nie chciała mówić o tem uczuciu i — przez niezbyt ścisłe wyrażenie się — nie chciała wystawić tego uczucia w niewłaściwem świetle. Lecz i potem na drugi, na trzeci dzień, Anna nietylko że nie mogła znaleźć wyrazów, które były w stanie określić dokładnie stan jej uczuć, ale nie mogła nawet znaleźć odpowiednich myśli, któremi mogłaby przedstawić samej sobie wyraźnie wszystko, co się działo w jej zrozpaczonej duszy.
Anna mawiała do siebie: „Teraz nie jestem w stanie myśleć o tem, chyba później, gdy będę spokojniejszą.“ Lecz spokój ten nie następował nigdy i za każdym razem, gdy przychodził jej na myśl jej postępek i gdy zaczynała myśleć o przyszłości i o tem, co czynić należy, opanowywał ją przestrach, a myśli tego rodzaju odpędzała od siebie.

XII.

Podczas pierwszych dni po powrocie z Moskwy, Lewinowi za każdym razem, gdy przypomniał sobie o doznanej odmowie, robiło się przykro i twarz jego pokrywała się rumieńcem; mawiał jednak wtedy do siebie: „Tak samo było mi przykro i tak samo rumieniłem się i uważałem wszystko za stracone, gdy dostałem dwójkę z fizyki i nie przeszedłem na drugi kurs; również uważałem się za zgubionego na zawsze, gdym źle pozałatwiał interesa siostry. I cóż z tego? teraz, gdy minęło parę lat i gdy przypominam sobie to, dziwię się, że takie rzeczy mogły mnie martwić. Ta sama historya powtórzy się i z obecnem mojem zmartwieniem: minie trochę czasu i patrzeć się nań będę zupełnie obojętnie.“
Lecz i po upływie trzech miesięcy Lewin nie stał się obojętnym i wciąż mu było, równie jak i z początku przykro, i ile razy wspomniał o tem, nie mógł się uspokoić, gdyż, pomimo że już tak długo marzył o rodzinnem życiu i że czuł się już dojrzałym do niego, nie był jeszcze żonatym, a nawet obecnie był dalej od ożenienia się, niż kiedykolwiek, a również jak i wszyscy, co go otaczali, odczuwał, że człowiekowi w jego latach źle jest samemu na świecie. Lewin przypominał sobie, jak raz, przed wyjazdem do Moskwy, odezwał się do pastucha Mikołaja, dość naiwnego chłopa: „No mój Mikołaju, chciałbym się ożenić“ — i jak Mikołaj prędko odpowiedział, jako o rzeczy, która nie może ulegać wątpliwości: „Dawno już panu czas, Konstanty Dmitriczu.“ Małżeństwo jednak obecnie było więcej oddalonem od Lewina, niż kiedykolwiek. Miejsce było zajęte i gdy teraz w wyobraźni swej umieszczał na niem jakąbądź ze swych znajomych panien, przekonywał się, że to jest najzupełniej niemożebne; oprócz tego wspomnienie o odmowie i o roli, jaką odegrał wtedy, męczyło go i oblewało rumieńcem wstydu. Chociaż Lewin usiłował przekonać samego siebie, że nie może poczuwać się do żadnej winy, wspomnienie to jednak, na równi z innemi wieloma wspomnieniami, zmuszało go do rumienienia się. W przeszłości Lewina, również jak i w przeszłości każdego człowieka, były postępki, o których sam Lewin wiedział, że są złe i z powodu których powinien był czuć wyrzuty sumienia, lecz wspomnienia o tych postępkach nie były dla niego do tego stopnia przykremi, jak wspomnienie o doznanej odmowie; rany te nie goiły się. Lecz czas i praca robiły swoje: przykre wspomnienia coraz bardziej i bardziej zacierały się w jego umyśle pod wpływem wypadków wiejskiego życia, znaczenia których Lewin nie spostrzegał, lecz jakie istniało bezwarunkowa; z każdym przeto tygodniem coraz rzadziej wspominał o Kiti i czekał z niecierpliwością na wiadomość, że wyszła już, lub że wychodzi za mąż, gdyż liczył na to, że wiadomość, ta bolesna, jak rwanie zęba, uleczy go.
Tymczasem nadeszła wiosna, śliczna, nagła, bez oczekiwania na nią, jedna z tych rzadkich wiosen, którą cieszą się jednocześnie rośliny, zwierzęta i ludzie. Urocza ta wiosna jeszcze bardziej podziałała na Lewina i umocniła go w zamiarze wyrzeczenia się przeszłości i urządzenia sobie trybu życia niezależnego od nikogo. Chociaż wiele z tych zamiarów, z którymi powrócił na wieś, nie doprowadził do skutku, jednakże najważniejszy — powściągliwe życie — został urzeczywistniony i Lewin nie doznawał już tego wstydu, jaki zawsze ogarniał go i mógł śmiało patrzyć ludziom w oczy. W lutym jeszcze Lewin odebrał od Maryi Nikołajewny wiadomość, że zdrowie Mikołaja pogarsza się coraz bardziej i że pomimo to chory nie chce leczyć się; otrzymawszy tę wiadomość, Lewin jeździł do Moskwy do brata, zdołał namówić go do zasiągnięcia porady lekarskiej i do wyjazdu za granicę na wody. Jednocześnie udało mu się trafić do przekonania bratu, tak, że Mikołaj nie rozdrażnił się, gdy mu Lewin zaproponował pożyczkę i przyjął ją, co Lewina nadzwyczaj ucieszyło. Oprócz gospodarstwa, wymagającego na wiosnę większej pracy i czytania, Lewin zimą jeszcze począł pisać dzieło o gospodarstwie; cel dzieła leżał w udowodnieniu, że charakter robotnika, zatrudnionego w gospodarstwie, powinien być przyjmowanym za daną absolutną, jak klimat i gleba, że należy więc, aby wszystkie twierdzenia nauki o gospodarstwie rolnem były wyprowadzane nietylko na podstawie klimatu i gleby, lecz na podstawie klimatu, gleby i wiadomego, nie ulegającego zmianie, charakteru robotnika. Pomimo więc osamotnienia, a może dlatego właśnie, że był osamotnionym, Lewin miał cały czas nadzwyczaj zajęty; od czasu do czasu tylko miał chęć podzielić się myślami, które powstawały mu w głowie, z kimbądź więcej, prócz Agafii Michajłownej, z którą dość często rozprawiał o fizyce, o teoryach agronomicznych, a szczególnie o filozofii, która była ulubionym dla Agafii Michajlownej tematem rozmów.

Wiosna długo nie nadchodziła. W ciągu ostatnich tygodni wielkiego postu było pogodnie i mroźno; we dnie topniało na słońcu, nocami jednak zimno dochodziło do 7-miu stopni; drogi pokryte były grudą; podczas świąt wielkanocnych śnieg leżał na polach. Nagle, drugiego dnia świąt powiał ciepły wiatr, niebo zachmurzyło się i przez trzy dni i trzy noce padał rzęsisty, ciepły deszcz. W czwartek wiatr ustał i gęsta szara mgła zawisła w powietrzu, jak gdyby ukrywając tajemnice zachodzących w przyrodzie zmian. Podczas mgły spłynęły wody; zatrzeszczały i ruszyły lody; wezbrały mętne, pokryte pianą strumienie, i w przewodnią niedzielę, nad wieczorem, mgła znikła, chmury przetarły się i rozbiegły po niebie małymi, białymi obłoczkami, wyjaśniło się i nastała prawdziwa wiosna. Rankiem, gdy na niebo podniosło się czyste, jasne słońce, stopniał cienki lód, który nocą pokrył wody i cała atmosfera zadrgała od ciepłych oparów budzącej się do nowego życia ziemi. Zazieleniła się przeszłoroczna i nowa, dopiero strzelająca igiełkami z ziemi, trawa; napęczniały pączki kaliny, czeremchy i brzozy; na złocistej łozinie zawisła pierwsza pszczoła, która zdążyła już wyprostować skrzydełka; zanuciły niewidzialne skowronki, wznoszące się nad aksamitem ozimin i nad zeszłorocznemi ścierniskami, zapłakały czajki nad nizinami i błotami, zalanemi mętną, wezbraną, wodą, i wysoko, głośno krzycząc, przeciągały klucze żurawi i stada dzikich gęsi. Bydło zaryczało na wygonach, krzywonogie jagnięta poczęły skakać koło tracących wełnę, beczących matek; po niezupełnie jeszcze suchych, pokrytych śladami stóp ludzkich ścieżkach, zaczęły biegać bose wiejskie dzieci; nad stawami dały się słyszeć wesołe głosy bab, piorących bieliznę, po podwórzach zastukały topory chłopów, szykujących sochy i brony. Nastała prawdziwa wiosna.

XIII.

Lewin włożył długie buty i po raz pierwszy dopiero nie kożuch, lecz sukienny paltot i wyszedł na gumna, wymijając ostrożnie błyszczące na słońcu kałuże.
Wiosna jest porą tworzenia planów i zamiarów. Wyszedłszy na podwórze, Lewin, również jak drzewo na wiosnę, które nie wie jeszcze w którą stronę rozrosną się ukryte w nabrzmiałych pączkach jego pędy i gałęzie, sam nie zdawał sobie jeszcze jasno sprawy, które ze swoich zamiarów, dotyczących ulubionego gospodarstwa, doprowadzi do skutku, wiedział jednak, że wszystkie plany i zamiary, których miał bardzo wiele, są jak najlepsze. Lewin rozpoczął przegląd gospodarstwa od bydła. Krowy, wypuszczone do okólnika, połyskując wyleniałą gładką szerścią, gdy je przygrzało ciepłe słońce, poczęły ryczeć i prosić się w pole. Nacieszywszy się widokiem znanych sobie do najdrobniejszych szczegółów krów, Lewin kazał pognać je w pole, a do okólnika wypuścić cielęta. Pastuch wesoło pobiegł wybierać się w pole. Baby, unosząc spódnice i pluskając po błocie bosemi, białemi, nie opalonemi jeszcze na słońcu nogami, biegały, trzymając pręty w reku, za cielętami, które nie pozwalały się pozapędzać.
Zadowolony z przychówku, który w tym roku był bardzo ładnym, gdyż wcześniejsze cielęta były tak duże, jak chłopskie krowy, a córka Pawy, trzymiesięczna jałówka, wyglądała na roczną krowę, Lewin kazał wynieść na dwór kozły dla cieląt i ponakładać w nie świeżego siana, lecz pokazało się, że drabinki, zrobione w jesieni, połamały się. Lewin posłał po cieślę, którego najął do naprawy młocarni, lecz znów pokazało się, że cieśla naprawiał brony, które powinny były być już naprawione jeszcze na ostatki. Lewin rozgniewał się, gdyż powtarzało się to wieczne niedbalstwo w gospodarstwie, z którem on od tylu już lat walczył wszystkiemi swemi siłami: powiedziano mu, że drabinki popsuły się, gdyż przeniesiono je na zimę do fornalskiej stajni, gdzie konie połamały je, ponieważ drabinki nie były mocne, jako przeznaczone dla cieląt. Prócz tego okazało się, że brony i wszelkie narzędzia rolnicze, które kazał obejrzyć i naprawić jeszcze w zimie, i do naprawy których najął aż trzech cieśli, były jeszcze nienaprawione i ładowano je dopiero wtedy, gdy już trzeba było włóczyć niemi. Lewin posłał po ekonoma, lecz nie czekając na jego przyjście, sam poszedł go poszukać. Ekonom, również jak i wszyscy tego dnia, rozpromieniony, w obszytym barankiem tułupie, wracał z gumna, trzymając w ręku słomkę.
— Dlaczego cieśla nie robi przy młocarni?
— Chciałem panu jeszcze wczoraj powiedzieć, że trzeba ponaprawiać brony. Czas już orać!
— A dlaczego nie naprawiono ich podczas zimy?
— A na co panu potrzebnym jest cieśla
— Gdzie podziały się drabinki z cielętnika?
— Kazałem poodnosić je na miejsce. Ale kto poradzi sobie z takim narodem! — odparł ekonom, machnąwszy ręką.
— Nie z takim narodem, ale z takim ekonomem! — zewołał Lewin w uniesieniu. — Na co ja pana trzymam? — lecz przypomniawszy sobie, że gniewem nie zaradzi złemu, Lewin przestał mówić i westchnął. — Czy można już siać? — zapytał po chwili.
— Za Turkinem jutro, pojutrze już będzie można.
— A koniczyna?
— Posłałem Wasyla i Miszkę, sieją ją już. Nie wiem tylko czy przejdą, gdyż grzęzko bardzo.
— Na ilu dziesięcinach sieją?
— Na sześciu.
— Dlaczego nie na wszystkich? — krzyknął Lewin.
Lewina rozgniewało nadzwyczaj, że koniczynę siano tylko na sześciu dziesięcinach, a nie na dwudziestu: koniczyna i podług teoryi i podług osobistego jego doświadczenia udawała się tylko, wtedy, gdy była zasianą o ile możności najwcześniej, zaraz po zniknięciu śniegu. Lewin nigdy nie mógł dopilnować tego.
— Ludzi nam brakuje. Jak tu sobie dać rady z takim narodem... Trzech nie przyszło zupełnie.
— Trzeba było wziąć od słomy.
— Już wziąłem.
— A gdzież są ludzie?
— Pięciu robi kompot[6], a czterech przesypuje owies, aby się nie zagrzał.
Lewin doskonale wiedział, że wyrażenie „aby się nie zagrzał“ należy sobie tłómaczyć w ten sposób, że angielski nasienny owies zepsuł się już, znów więc nie zrobiono tego, co on polecił.
— Przecież jeszcze podczas postu mówiłem, żeby w suszarni był przeciąg! — zauważył podniesionym głosem Lewin.
— Niech pan będzie spokojny — wszystko zrobimy na czas.
Lewin machnął ręką z gniewem i poszedł do spichlerza, obejrzał owies i zawrócił ku stajniom. Owies nie zepsuł się jeszcze, lecz robotnicy przesypywali go łopatami, chociaż można było zsypać go od razu na niższe piętro. Wydawszy stosowne dyspozycye i zabrawszy dwóch ludzi do koniczyny, Lewin uspokoił się i przestał gniewać na ekonoma, a zresztą dzień był taki piękny, że nie sposób było być długo w złym humorze.
— Ignat! — zawołał Lewin na stangreta, myjącego z zakasanemi rękawami powóz koło studni — osiodłaj mi konia.
— Którego pan każe?
— Niech będzie Kołpik.
— Słucham.
Zanim osiodłano konia, Lewin znowu przywołał ekonoma, kręcącego się wciąż koło niego, i, aby pogodzić się z nim, zaczął rozmawiać o wiosennych robotach w polu i o swych zamiarach co do gospodarstwa.
— Nawóz trzeba zacząć wozić wcześnie, aby do pierwszego sianokosu wszystek już był wywieziony. Dalsze pola trzeba koniecznie orać, pokosów nie będzie się wydzierżawiać. lecz siano sprzątnie się najętymi robotnikami.
Ekonom słuchał z uwagą, widać jednak było, że zadaje sobie przymus, aby zamiary Lewina uznawać za wykonalne, gdyż miał minę, którą Lewin znał dobrze, i która doprowadzała go zawsze do rozpaczy — minę, wyrażającą zwątpienie i przygnębienie. Mina ta mówiła: wszystko to jest dobrze, lecz Bóg jeden wie jak to będzie! Lewin niczem nie przejmował się do tego stopnia, jak tym tonem, wspólnym wszystkim ekonomom, którzy u niego kiedybądź służyli; wszyscy oni jednakowo zapatrywali się na jego zamiary, Lewin więc nie gniewał się już teraz, ale martwił i postanowił sobie walczyć z tą żywiołową siłą, której nie umiał nazwać inaczej, jak: „Bóg wie jak będzie,“ a która wciąż mu przeciwdziałała.
— Jeżeli zdążymy, Konstanty Dmytriczu — zauważył ekonom.
— Dlaczego mielibyśmy nie zdążyć?
— Trzebaby nająć jeszcze przynajmniej piętnastu ludzi, a o nich trudno bardzo: dzisiaj przychodziło paru, żądają jednak po siedmdziesiąt rubli za lato.
Lewin zamilkł: znów siła ta przeciwdziałała mu. Lewin wiedział, że, bez względu na wszelkie starania, nigdy nie można było nająć więcej za odpowiednią cenę, jak czterdziestu, trzydziestu siedmiu, trzydziestu ośmiu robotników: czterdziestu można było nająć, ale więcej — na żaden sposób; a jednak, pomimo tego Lewin nie mógł nie próbować oporu przeciwko tej sile.
— Poszlij pan do Sur, do Czepirówki, jeśli nie przyjdą. Trzeba szukać koniecznie.
— Ma się rozumieć, że poszlę — odparł Wasyli Fedorowicz, wzdychając. Ale nam i konie pomarnowały się.
— Dokupimy nowych. Wiem przecież — dodał Lewin z uśmiechem — że zdaniem pana należy wstrzymywać się od wydatków i poprzestawać na byle czem; lecz w tym roku nie pozwolę już panu postępować według jego woli, gdyż sam zajmę się wszystkiem.
— Już i bez tego pan, jak się zdaje, za mało sypia. Nam też jest weselej, gdy wiemy, że nasz chlebodawca na, nas patrzy...
— Wiec za Brzozowym Dołem sieją koniczynę? pojadę tam i popatrzę — rzekł Lewin, siadając na małego bułanego Kołpika, którego Ignat przyprowadził mu.
— Przez strumień nie przejedzie pan — zawołał Ignat głośno.
— Objadę naokoło lasu.
Lewin przejechał ostrym kłusem błotniste podwórko i wyjechał w pole.
Lewinowi było wesoło już w oborze i na gumnie, ale, gdy wyjechał w pole, stał się jeszcze weselszym. Unosząc się na siodle i wciągając w piersi ciepłe powietrze, w którem unosił się jeszcze zapach śniegu, leżącego w lesie i pokrytego licznymi śladami, Lewin cieszył się na widok każdego swego drzewa, z odradzającym się na korze jego mchem i z gałęziami pokrytemi pączkami. Gdy Lewin wyjechał z lasu, przed nim, na ogromnej przestrzeni, leżały rozrzucone, podobne do równo strzyżonego zielonego dywanu, pola bez żadnych łysin, miejscami tylko poplamione strzępami niestopniałego jeszcze śniegu.
Ani widok chłopskiego wozu i konia doń zaprzężonego, tratującego zasiewy (kazał tylko przechodzącemu chłopu spędzić konia), ani ironiczna a głupia odpowiedź chłopa Ipata, którego spotkał i zapytał: „Cóż Ipacie, niedługo będziemy już siali?“ „Najprzód trzeba zaorać“, Konstanty Dmitrewiczu“ — odparł Ipat — nic nie było w stanie rozgniewać Lewina. Czem dalej Lewin jechał, tem było mu weselej i w głowie powstawały mu coraz lepsze plany gospodarskie: zasadzenie wszystkich miedz łoziną, aby śnieg nie mógł leżeć na nich zbyt długo; postawienie nowej obory na folwarku, aby łatwiej było nawóz rozwozić i wtedy będzie miał 300 dziesięcin pszenicy, 100 kartofli, 150 koniczyny i ani jednej dziesięciny wyjałowionego i wycieńczonego gruntu.
Z głową przepełnioną podobnemi marzeniami, kierując ostrożnie koniem, aby nie potratować swych zasiewów, Lewin podjechał do robotników, siejących koniczynę. Wóz z nasionami stał nie na miedzy, lecz na roli i koła jego i kopyta końskie potratowały wschodzącą pszenicę. Parobcy siedzieli na miedzy i zapewne palili na współkę fajkę. Ziemia na wozie, z którą było zmieszane nasienie, nie była pokruszoną, lecz zmarzniętą w grudki. Ujrzawszy, że pan zbliża się, Wasyli podszedł do wozu, Miszko zaś wziął się do siana, Było to niedbalstwo, lecz Lewin na służbę gniewał się rzadko; gdy Wasyli podszedł ku niemu, Lewin kazał mu wyprowadzić konia na miedzę.
— Nic nie szkodzi panie, zarośnie.
— Nie gadaj dużo, a rób co ci kazano.
— Słucham — odrzekł Wasyli i ujął konia za uzdę. — Mamy najlepszy czas do siewu, Konstanty Dmitryczu — mówił dalej Wasyli, chcąc się przypodobać Lewinowi; — trudno tylko chodzić: na każdym łepciu po pudzie błota.
— A czemuście nie przesiali ziemi.
— Przecież my ją rozgniatamy — odparł Wasyl, biorąc garść w rękę i rozgniatając grudki ziemi.
Wasyl nie był winien, że nasypano mu do wozu nieprzesianą ziemię, w każdym razie gniewało to Lewina.
Lewin nieraz już przekonywał się o skuteczności wypróbowanego przez siebie środka na tłumienie swego gniewu i na tłómaczenie sobie wszystkiego, co mu się wydawało złem, postanowił wiec zastosować go i w danym wypadku: popatrzał się, jak Miszka szedł przez pole, ciągnąc za sobą na nogach kawały błota, zsiadł z konia, wziął od Wasyla przetak z nasieniem i począł siać.
— W którem miejscu skończyłeś?
Wasyl pokazał znak, zrobiony nogą, i Lewin zaczął rozrzucać nasienie. Chodzić po roli było trudno i Lewin, przeszedłszy raz przez pole, spocił się i oddał przetak parobkowi.
— Widzisz? — wesoło zapytał Lewin Wasyla, czując już pomyślny skutek użytego środka.
— Zobaczy pan, gdy nadejdzie lato, jak tu będzie ładnie. Niech pan popatrzy gdziem siał w zeszłym roku, jak równo i gęsto wschodzi.. Przecież ja dla pana, Konstanty Dmitryczu, staram się jak dla rodzonego ojca; sam nie lubię niedbałej roboty i innym na nią nie pozwalam. Gdy panu dobrze, i nam dobrze. Jak spojrzę się — dodał Wasyl — aż się serce raduje.
— Śliczna wiosna, Wasylu!
— Najstarsi ludzie takiej wiosny nie pamiętają. Parę dni temu chodziłem do domu, tam mój ojciec również posiał trzy ćwiartki pszenicy i powiada, że od żyta odróżnić ją trudno.
— A dawno już siejecie pszenicę?
— Przecież pan nauczył nas jeszcze pozaprzeszłego roku i dał nam dwie miary: jedną sprzedaliśmy, a drugą zasiałem.
— Pamiętaj tylko, rozcieraj starannie grudki ziemi i pilnuj Miszki. A jak koniczyna ładnie wzejdzie, dostaniesz po pięćdziesiąt kopijek za dziesięcinę.
— Dziękuję bardzo, przecież my i tak nie mamy krzywdy u pana.
Lewin siadł na konia i pojechał na pole, na którem w zeszłym roku była posiana koniczyna, a potem na drugie, zaorane już pod jarą pszenicę. Koń grzązł po pęciny i z trudnością wyciągał nogi z na wpół roztajałej ziemi, przez zorane pole nie można było wcale przejechać, w miejscach zaś, które zupełnie już odtajały, koń zapadał się aż po kolana. Lewin przekonał się, że pole było zaorane starannie i że za dwa dni będzie można bronować i siać. Z powrotem Lewin pojechał drogą, wiodącą przez strumień, spodziewając się, że woda opadła i rzeczywiście przejechał go i spędził dwie cyranki. „Powinny już być i słonki“ — pomyślał Lewin, i w istocie, gdy skręcił już ku domowi, spotkał gajowego, który potwierdził jego domysły co do słonek.
Lewin zaciął konia i pojechał kłusem, aby mieć czas zjeść obiad i przygotować strzelbę na wieczór.

XIV.

Zbliżając się w jak najlepszym humorze do domu, Lewin usłyszał dzwonki zaprzęgu, zajeżdżającego przed ganek z frontowej strony domu.
— Zapewne z kolei — pomyślał Lewin — o tej porze właśnie przychodzi pociąg z Moskwy... kto to może być? Może to Mikołaj?... przecież powiedział mi: może pojadę na wody, a może przyjadę do ciebie. Z początku Lewin przeraził się i zrobiło mu się przykro, że obecność brata może popsuć mu ten wesoły wiosenny nastrój, lecz od razu zawstydził się tego uczucia i całą siłą swej duszy zaczął pożądać, aby przyjezdnym gościem był Mikołaj, popędził więc konia i, wyjechawszy za akacye, ujrzał jadącą ze stacyi trójkę i w niej jakiegoś pasażera otulonego w futro. Ale to nie był Mikołaj. „Ach, żeby to był jaki przyjemny człowiek, z którym możnaby porozmawiać“ — pomyślał Lewin.
— A! — z radością zawołał, wyciągając ręce — a to dopiero miły gość! Jakżeż się cieszę z twego przyjazdu! — wołał Lewin, poznając Stepana Arkadjewicza.
„Dowiem się napewno czy wyszła, lub też kiedy wyjdzie za mąż“ — pomyślał Lewin i przekonał się, że w tym uroczym wiosennym dniu wspomnienie o niej nie jest mu wcale belesnem.
— Nie spodziewałeś się mnie? — zapytał Stepan Arkadjewicz, wysiadając z sanek, z twarzą pobryzganą błotem, lecz, jak zawsze, promieniejącą zdrowiem i dobrym humorem. — Przyjechałem odwiedzić cię, po pierwsze, — mówił Stepan Arkadjewicz, obejmując i całując Lewina — zapolować na słonki, po drugie, i las w Jerguszowie sprzedać, po trzecie.
— Ślicznie! A jaką wiosnę mamy?! Jakżeś na saniach dojechał?
— Na kołach jeszcze gorzej, Konstanty Dmitryczu — odpowiedział znajomy furman.
— Nadzwyczaj rad jestem, żeś przyjechał — mówił Lewin ze szczerym, po dziecinnemu szczęśliwym uśmiechem.
Lewin zaprowadził przyjaciela do gościnnych pokoi, dokąd wniesiono i rzeczy Stepana Arkadjewicza: walizkę, strzelbę w futerale, pudełko z cygarami, a potem gospodarz pozostawił gościa samego, zostawiając mu czas na umycie się i przebranie, sam zaś poszedł na chwilę do kancelaryi rozmówić się z ekonomem co do siejby i koniczyny. Agafia Michajłowna, zawsze dbała nadzwyczaj o honor domu, zasypała Lewina w przedpokoju pytaniami co do obiadu.
— Róbcie jak chcecie, tylko prędzej — odrzekł Lewin i poszedł prędko do kancelaryi.
Gdy Lewin powrócił z kancelaryi, Stepan Arkadjewicz wymyty, uczesany, promieniejący uśmiechem, wychodził właśnie ze swego pokoju; przyjaciele poszli razem na górę.
— Cieszę się, że nareszcie wybrałem się do ciebie. Nareszcie dowiem się, na czem polegają te uroczyste czynności, które tu spełniasz. Doprawdy, zazdroszczę ci! Co za dom wspaniałym, jak tu ładnie! jasno i wesoło! jednem słowem zachwycam się — mówił Stepan Arkadjewicz, zapominając, że nie zawsze bywa wiosna i takie pogodne, jasne dnie, jak w tej chwili. — Niańka twoja, milutka staruszka! Wolałbym, co prawda, ładną fertyczną pokojówkę w fartuszku, lecz ze względu na twoje skłonności do życia zakonnego, stara niańka jest najodpowiedniejszą i najlepiej pasuje.
Stepan Arkadjewicz opowiedział wiele szczegółów, interesujących Lewina, o tem co się dzieje w Moskwie i zakomunikował mu nader przyjemną wiadomość, że Sergiusz Iwanowicz wybiera się na wiosnę do brata na wieś.
Stepan Arkadjewicz nie mówił ani słowa o Kiti, ani wogóle o Szczerbackich, powiedział tylko, że Darja Aleksiejewna załącza przez niego ukłony Lewinowi. Lewin był wdzięcznym przyjacielowi za tę delikatność i cieszył się z przyjazdu gościa. Lewinowi, jak zwykle, przez przeciąg czasu, w którym był zupełnie osamotnionym, zebrało się bardzo wiele myśli i wrażeń, któremi nie mógł podzielić się z nikim z otaczających go, i teraz roztaczał przed Stepanem Arkadjewiczem i radość, jaka go opanowała z nastania wiosny, i zamiary co do ulepszeń, jakie chciał zaprowadzić w gospodarstwie, i uwagi o książkach przeczytanych, a przedewszystkiem Lewin chciał porozmawiać ze Stepanem Arkadjewiczem o swem dziele, które pisał, treść którego, choć Lewin i nie spostrzegał tego, stanowiła krytyka wszystkich dawniejszych dzieł o gospodarstwie. Stepan Arkadjewicz, przyjemny zawsze towarzysz, pojmujący wszystko z jednego wyrazu, był podczas obecnego swego pobytu jeszcze przyjemniejszym niż zwykle i Lewin zauważył w nim jedną, nieznaną sobie jeszcze cechę, szacunku i pewnej czułości dla siebie.
Usiłowania Agafii Michajłownej i kucharza, aby obiad był szczególnie dobrym, wywarły tylko ten skutek, że obydwaj przyjaciele, wygłodzeni porządnie, wzięli się do zakąsek i najedli chleba z masłem, wędlin, solonych grzybów, wreszcie Lewin kazał podawać zupę bez pasztecików, na które kucharz liczył, że wprowadzą w szczególny podziw Stepana Arkadjewicza. Lecz Stepanowi Arkadjewiczowi, chociaż był przyzwyczajonym do innych obiadów, wszystko smakowało wyśmienicie: i wódka na ziołach, i chleb, i masło, i wędlina, i grzybki, i kapuśniak, i kura w białym sosie, i białe wino krymskie — jednem słowem wszystko było wyśmienitem i wybornem.
— Świetnie, świetnie — powtarzał Stepan Arkadjewicz, zapalając po pieczystem grube cygaro — twojem zdaniem zatem, tylko charakter robotnika winien być branym pod uwagę i kierować wyborem systemu gospodarstwa? Jestem pod tym względem profanem, lecz zdaje mi się, że teorya ta i jej zastosowanie będą wywierały wpływ pewien i na robotników.
— Tak jest w istocie, lecz zważ na to, że mam na myśli nie ekonomię, polityczną, lecz agronomię, która również jak i nauki przyrodnicze, obserwujące zjawiska, winna badać robotnika w jego ekonomicznem, etnograficznem...
W tej chwili weszła do pokoju Agafia Michąiłowna z konfiturami.
— No, Agafio Michajłowna — odezwał się do niej Stepan Arkadjewicz, całując końce swych pulchnych palców — co za wędliny macie, co za nalewkę!... Kostia, czy już nie czas na nas? — dodał po chwili.
Lewin popatrzał przez okno na słońce, kryjące się powoli po za obnażonymi wierzchołkami lasu.
— Czas już, czas... — odparł Lewin — Kuźma, każ zaprzęgać do linijki.
Stepan Arkadjewicz zeszedł na dół, zdjął starannie płócienny pokrowiec z lakierowanego pudełka, otworzył je i zaczął składać swą drogą dubeltówkę nowego systemu. Kuźma, który wiedział, że go nie minie hojny napiwek, nieodstępował na krok Stepana Arkadjewicza i naciągał mu na nogi kamasze i buty, na co zresztą Stepan Arkadjewicz chętnie się zgodził.
— Każ, Kostia, aby, gdy przyjdzie kupiec Riabinin, któremu poleciłem dzisiaj przyjechać, powiedziano mu, żeby zaczekał.
— Sprzedajesz więc Riabininowi las?
— Tak. Czy znasz Riabinina?
— A jakże. Miałem z nim do czynienia, stanowczo i aż do skutku.
Stepan Arkadjewicz uśmiechnął się: „stanowczo i aż do skutku“ — było ulubionem wyrażeniem kupca.
— Wistocie, ten Riabinin mówi bardzo zabawnie. — Zrozumiałaś, dokąd pan idzie! — zwrócił się Stepan Arkadjewicz ku Łasce, głaszcząc ją po grzbiecie. Suka, szczekając z radości, kręciła się koło Lewina i lizała mu ręce, buty i dubeltówkę.
Gdy obydwaj przyjaciele wyszli na ganek, wózek stał już przed nim.
— Kazałem założyć konie, choć to bardzo blizko, a może pójdziemy na piechotę?
— Nie, jedźmy lepiej — rzekł Stepan Arkadjewicz i podszedłszy do wózka, usadowił się w nim, owinął nogi pledem, koloru tygrysiej skóry, wreszcie zapalił cygaro. — Nie rozumiem, dlaczego nie palisz! Cygaro samo przez się nie jest przyjemnością, wieńczy jednak i powiększa przyjemność. A jednak takie życie jest prawdziwem życiem! Tak mi tu dobrze u ciebie! Chciałbym zawsze tak żyć!
— A któż ci przeszkadza? — z uśmiechem zapytał Lewin.
— Stanowczo jesteś szczęśliwym człowiekiem: masz wszystko co tylko lubisz. Lubisz konie — masz je, psy — masz, polowanie — masz, gospodarstwo — masz.
— Zapewne dlatego jestem szczęśliwy, że poprzestaję na tem co mam, a nie rozpaczam, gdy mi brak czegokolwiek — zauważył Lewin, przypomniawszy sobie Kiti.
Stepan Arkadjewicz domyślił się, co Lewin chciał powiedzieć, lecz udał, że nic nie rozumie.
Lewin był wdzięcznym przyjacielowi za to, że ten nie mówił mu nic o Szczerbackich; jakoż wistocie Stepan Arkadjewicz zauważywszy ze zwykłym sobie taktem, że Lewin unika tej rozmowy, nie wspominał o nich zupełnie. Teraz jednak Lewin chciał dowiedzieć się, co słychać u Szczerbackich, lecz nie miał odwagi zapytać się.
— A tobie jak się powodzi? — zapytał Lewin, spostrzegając, że nie wypada mu myśleć i mówić tylko o sobie.
Stepan Arkadjewicz wesoło mrugnął oczyma.
— Przecież według twego zdania nie można lubić kołaczy, gdy się ma placek z najlepszej pytlowanej mąki — twierdzisz, że to jest zbrodnia; ja zaś nie uznaję życia bez miłości — odpowiedział Stepan Arkadjewicz, rozumiejąc po swojemu pytanie Lewina.
— Nic jednak nie mogę poradzić na to, takim mnie już Pan Bóg stworzył... i doprawdy to tak niewiele szkodzi komubądż, a mnie sprawia tyle przyjemności...
— Czy znowu masz co nowego? — zapytał Lewin.
— Mam, mój kochany. Nie wiem, czy znasz typ ossyanowskich kobiet... kobiet, które widujesz tylko w swych snach... A jednak kobiety takie zdarzają się i na jawie... i kobiety te są straszne... bo widzisz: kobieta, to taki przedmiot, że choć ją będziesz najwięcej badać, ona zawsze będzie dla ciebie nowością.
— Więc w takim razie lepiej nie badać jej.
— Nie podzielam twych poglądów: jeden z matematyków powiedział, że cała rozkosz ukrywa się nie w odkryciu prawdy, lecz w poszukiwaniu jej.
Lewin przysłuchiwał się w milczeniu i pomimo wszystkich usiłowań nie mógł zrozumieć słów swego przyjaciela i pojąć rozkoszy, jaką sprawia badanie kobiet tego rodzaju.

XV.

Lewin i Stepan Arkadjewicz obrali sobie stanowisko niedaleko od rzeczki w niewielkim lesie, porosłym osiną. Gdy wózek stanął koło lasku, Lewin zaprowadził Obłońskiego na błotnistą, pokrytą mchem polankę, z której śnieg znikł już zupełnie i postawił przyjaciela w samym rogu, sam zaś powrócił na drugą stronę, stanął pod rozdwojoną brzozą, oparł strzelbę o sęk, zdjął z siebie kożuszek, opasał się i spróbował, czy ma zapewnioną zupełną swobodę ruchów rąk.
Stara siwa Łaska, nieopuszczająca ani na chwilę swego pana, usiadła ostrożnie koło niego i nastawiła uszy. Słońce zachodziło za las i na niebie, na tle zorzy, odbijały się wyraźnie porozrzucane pomiędzy osiną młode brzózki z napęczniałymi, lada chwila mającymi się rozwinąć, pączkami.
Z gęstego lasu, gdzie leżał jeszcze śnieg, sączyła się z cichym szmerem woda, płynąc krętymi strumyczkami. Drobne ptactwo szeleściało i od czasu do czasu przelatywało z drzewa na drzewo.
Tylko szelest zeszłorocznych liści, poruszających się wskutek topienia śniegów i rośnięcia trawy, przerywał chwilami głęboką ciszę.
„Słychać i widać, jak trawa rośnie!“ — pomyślał Lewin, widząc, że ciemnopopielaty mokry liść osiny, leżący koło igły młodej trawki, poruszył się. Lewin stał, słuchał i spoglądał na wilgotną ziemię, porośniętą mchem, na łaszącą się Łaskę, na leżące przed nim, ciągnące się pod górę morze wierzchołków, ogołoconych z liści; na niebo, osuwające się mrokiem i pokryte białemi pasmami chmur. Jastrząb, machając powoli skrzydłami, przeleciał wysoko nad lasem, za nim poszybował drugi i obydwa rozpłynęły się gdzieś wysoko. Ptaki coraz głośniej i uporczywiej szczebiotały w krzakach. Puhacz odezwał się niedaleko i Łaska drgnęła, posunęła się ostrożnie parę kroków, pochyliła głowę i zaczęła się z uwagą przysłuchiwać. Z drugiego brzegu rzeki rozległo się kukanie kukułki, która zakukała dwa razy, lecz po chwili ochrypła i zmyliła się.
— Kukułki już kukają! — odezwał się Stepan Arkadjewicz, wychodząc z krzaków.
— Wistocie, słyszę! — odparł Lewin, zakłócając z przykrością ciszę lasu, wśród której własny głos raził go.
— Niezadługo już nadciągną.
„Czyk, czyku, szczęknęły kurki, podnoszone przez Stepana Arkadjewicza.
— Kto to krzyczy? — zapytał Obłoński, zwracając uwagę Lewina na przeciągłe dźwięki; zdawało się, że brykające źrebię rży cienkim głosem.
— Niewiesz? To zając samiec. Ale dość już tych rozmów! Słuchaj, już lecą! — nagłos prawie zawołał Lewin, podnosząc kurki.
Dał się słyszyć oddalony, cienki świst i jak zwykle w takt, znany dobrze doświadczonemu myśliwemu, rozległ się drugi i trzeci, a potem miarowe uderzenie skrzydeł.
Lewin rzucił okiem na prawo, na lewo, i oto przed nim na mglistem błękitnem niebie, nad młodymi pędami wierzchołków osin, ukazał się nadlatujący ptak. Słonka leciała wprost na Lewina i świst jej podobny do odgłosu, jaki wydaje mocna tkanina przy rozdzieraniu, rozległ się nad samem uchem jego. Widać już było jej długi dziób i szyję i w chwili, gdy Lewin wycelował, z za krzaku, przy którym stał Obłoński, zamigotała czerwona błyskawica, ptak, jak strzała, zaczął opuszczać się ku ziemi i znów wzniósł się do góry. Po raz drugi zamigotała błyskawica, znów rozległ się huk i ptak, trzepocząc skrzydłami, jakby usiłując utrzymać się w powietrzu, zawisł na chwilę bez ruchu i głośno upadł na grzęską ziemię.
— Czyżbym spudłował? — zawołał Stepan Arkadjewicz, nic nie widząc z powodu gęstego dymu.
— Jest — odpowiedział Lewin, wskazując na Łaskę, aportującą swemu panu zabitą słonkę.
Łaska niosła ptaka, podniósłszy jedno ucho, machając szeroko końcem puszystego ogona i zdawała się przedłużać sobie przyjemność i uśmiechać się.
— Cieszy mnie, że ci się udało — rzekł Lewin, którego poczęła już ogarniać zazdrość, że nie on zastrzelił pierwszą słonkę.
— Pudło z prawej lufy — zauważył Stepan Arkadjewicz, nabijając broń na nowo. — Tst... lecą!...
I w samej rzeczy znowu rozległ się przenikliwy świst, powtarzający się co chwila. Dwie słonki ukazały się nad samemi głowami myśliwych. Rozległy się cztery wystrzały i słonki, zatoczywszy prędko, jak jaskółki koło, odleciały.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Polowanie udało się. Stepan Arkadjewicz zastrzelił jeszcze dwie sztuki, również jak i Lewin, który jednak jednej słonki nie mógł odszukać. Poczęło się ściemniać. Jasna, srebrna Wenus błyszczała już nizko na zachodzie poza brzózkami swem pięknem światłem, a wysoko na wschodzie migotał już czerwonymi ogniami poważny Arkturus. Nad swą głową Lewin dostrzegał, to znów tracił z oczu gwiazdy Niedźwiedzicy. Słonki przestały już ciągnąć, lecz Lewin chciał zatrzymać się jeszcze, dopóki Wenus, którą widział poniżej sęka na brzozie, nie podniesie się wyżej, po nad sęk, i dopóki wszystkie gwiazdy Niedźwiedzicy nie będą widoczne. Wenus wzniosła się już nad sęk, wóz Niedźwiedzicy był już widocznym na ciemnoniebieskiem tle nieba, Lewin zaś wciąż czekał jeszcze.
— Możebyśmy już wracali? — przerwał ciszę Stepan Arkadjewicz.
W lesie panowała już zupełna cisza: żaden ptak nie odzywał się.
— Postójmy jeszcze trochę — odparł Lewin.
— Jak chcesz.
Przyjaciele stali w odległości piętnastu kroków od siebie.
— Stiwa — nagle odezwał się Lewin — dlaczego nie mówisz mi nic, czy siostra twej żony wyszła już za mąż lub kiedy wychodzi?
Lewin czuł się do tego stopnia pewnym siebie i spokojnym, że zdawało się mu, iż żadna odpowiedź nie zdoła wywrzeć na nim wrażenia. Lecz w każdym razie nie spodziewał się odpowiedzi, jaką mu dał Stepan Arkadjewicz.
— Nie myślała i nie myśli wychodzić za mąż: choruje i doktorzy wysłali ją za granicę, zachodzi nawet obawa o jej życie.
— Doprawdy? — zawołał Lewin. — Czy bardzo chora? co jej się stało? W jaki sposób...
Podczas ich rozmowy Łaska, nastawiwszy uszy, przypatrywała się niebu i od czasu do czasu rzucała na nich spojrzenie pełne wyrzutu.
„Znaleźli właśnie czas do rozmowy“ — myślała. — „A ona leci sobie... Nie dojrzą jej“... — myślała Łaska.
Lecz w tej chwili i Lewin i Obłoński usłyszeli nagle przejmujący świst, jakby ich kto uderzył po uchu, chwycili za strzelby, mignęły dwie błyskawice i jednocześnie rozległy się dwa strzały. Ciągnąca wysoko słonka opuściła skrzydła i spadła w krzaki, gniotąc swem ciałem młode pędy traw.
— Doskonale! Wspólna! — zawołał Lewin i pobiegł z Łaską do krzaku podnieść zastrzelonego ptaka. — „Co to za wiadomość przed chwilą sprawiała mi przykrość?“ — nagle przypomniał sobie... — „Już wiem, wiadomość o chorobie Kiti... Żal mi jej szczerze“ — myślał Lewin. — A znalazłaś! Mądra suka — zwrócił się do Łaski, wyjmując jej z pyska ciepłą jeszcze słonkę i kładąc ptaka do pełnej już torby. — Znaleźliśmy! — krzyknął Stepanowi Arkadjewiczowi.

XVI.

Wracając do domu, Lewin wypytywał Stepana Arkadjewicza o wszystkie szczegóły, dotyczące Szczerbackich i choroby Kiti; chociaż wstyd mu było przyznać się do tego, jednak, gdy dowiedział się o wszystkiem, uczuł pewne zadowolenie. Lecz gdy Stepan Arkadjewicz zaczął opowiadać o przyczynach choroby Kiti i gdy wspomniał nazwisko Wrońskiego, Lewin przerwał mu:
— Nie mam najmniejszego prawa dowiadywać się o tajemnicach rodzinnych, a nawet, prawdę powiedziawszy, niewiele mnie to obchodzi.
Stepan Arkadjewicz uśmiechnął się nieznacznie, gdyż dostrzegł chwilową, dobrze sobie znaną zmianę w twarzy Lewina, który stał się nagle pochmurnym, chociaż przed chwilą uśmiechał się i był w dobrym humorze.
— Czy z Riabininem skończyłeś już wszystkie układy co do lasu? — zapytał Lewin.
— Skończyłem już; Riabinin daje ładną cenę, trzydzieści ośm tysięcy rubli. Ośm z góry, a resztę będzie spłacał w ciągu sześciu lat. Martwiłem się już o ten las, gdyż nikt nie chciał dać więcej.
— Oddajesz więc las za darmo — mruknął Lewin.
— Dlaczego za darmo? — zapytał Stepan Arkadjewicz z pobłażliwym uśmiechem, gdyż wiedział, że teraz wszystko już nie będzie podobało się Lewinowi.
— Dlatego, że las jest wart przynajmniej po pięćset rubli za dziesięcinę — odparł Lewin.
— Ach, ci gospodarze wiejscy — żartobliwie zauważył Stepan Arkadjewicz — paradnym bywa ten wasz ton pogardliwy, jakiego używacie, rozmawiając z nami mieszczuchami!... A gdy naprawdę trzeba co bądź zrobić, my zawsze zrobimy lepiej. Wierzaj mi, że obliczyłem wszystko szczegółowo i że las ten sprzedałem dobrze; obawiam się nawet, że Riabinin cofnie się. Przecież to nie wysokopienny las, lecz zwykłe zarośla; z dziesięciny nie będzie więcej jak trzydzieści sążni, a Riabinin daje mi po dwieście rubli.
Lewin uśmiechnął się ironicznie, gdyż znał dobrze zwyczaj, właściwy nietylko Stepanowi Arkadjewiczowi, lecz i wszystkim mieszkańcom miast, którzy bywając na wsi najwyżej dwa razy w ciągu jakich dziesięciu lat i zapamiętawszy parę wyrażeń gospodarskich, używają je przy każdej sposobności w głębokiem przekonaniu, że znają się na wszystkiem.
— Ja cię nie będę uczył tego, co ty tam piszesz u siebie w biurze — odparł Stepanowi Arkadjewiczowi — i gdy zajdzie potrzeba, to spytam się ciebie; tobie zaś zdaje się, że znasz się doskonale na lasach, a to rzecz nie taka bardzo łatwa! Czyś ty policzył drzewa?
— Liczyć drzewa? — zapytał Stepan Arkadjewicz i roześmiał się, gdyż chciał rozweselić Lewina. — Zrachować piaski, gwiazd promienie, choć zdoła rozum nasz wysoki... — zadeklamował Stepan Arkadjewicz[7].
— Dobrze, a jednak wysoki rozum Riabinina zdoła. I żaden kupiec nie kupi lasu, nie licząc drzew, chyba, że kto, tak jak ty, daje mu go za darmo. Znam ja dobrze twój las, gdyż co roku bywam w nim na polowaniu i wiem, że dziesięcina jest warta pięćset rubli gotówką, a on daje ci tylko dwieście i to nie od razu w dodatku. Podarowałeś mu więc trzysta rubli z każdej dziesięciny.
— Niepotrzebnie unosisz się — z żalem w głosie odezwał się Stepan Arkadjewicz — powiedz mi lepiej, dlaczego nikt nie dawał więcej?
— Dlatego, że Riabinin zmówił się z innymi kupcami i dał im odstępnego. Przecież to nie są kupcy, ale spekulanci: żaden z nich nie weźmie się do interesu, na którym wie, że nie zarobi więcej, jak jakie 10, 15 procent; każdy z nich chce kupić rubla za dwadzieścia kopiejek.
— Daj pokój! Jesteś w złym humorze.
— Wcale nie jestem w złym humorze — mruknął ponuro Lewin.
Tymczasem wózek dojeżdżał do domu.
Przed gankiem już stała okuta, obciągnięta skórą bryczka, zaprzężona w spasionego konia. Na koźle siedział otyły, przepasany szerokim pasem pomocnik Riabinina. Sam Riabinin był już we dworze i wyszedł do przedpokoju na spotkanie Lewina i Stepana Arkadjewicza. Riabinin był wysokim, szczupłym mężczyzną, średnich lat, z wąsami, z ogolonym wystającym podbródkiem i wypukłemi oczyma, pozbawionemi blasku; miał na sobie długi granatowy surdut, długie, marszczone na łydkach, buty z cholewami, a oprócz nich i kalosze. Kupiec obtarł chustką twarz i zapinając surdut, który i bez tego doskonale na nim leżał, z uśmiechem przywitał wchodzących, wyciągając niezgrabnie rękę ku Stepanowi Arkadjewiczowi.
— Przyjechałeś pan — odezwał się Stepan Arkadjewicz, podając mu rękę. — Bardzo dobrze.
— Nieśmiem być niepusłusznym rozkazom jaśnie pana, chociaż drogi są nie do przebycia prawie. Stanowczo całą drogę szedłem piechotą, lecz stawiłem się na czas. — Moje uszanowanie, Konstanty Dmitriczu — zwrócił się Riabinin do Lewina, usiłując i jego schwycić za rękę, Lewin jednak nachmurzył się i udając, że nie widzi wyciąganej ku sobie ręki, wyjmował z torby słonki.
— Panowie raczyli zabawiać się polowaniem? A co to za ptak? — zapytał po chwili Riabinin, patrząc z pogardą na słonki, musi mieć zapewne trochę smaku w sobie — dodał i pokiwał głową, jak gdyby powątpiewając, czy skóra stanie za wyprawę.
— Może chcesz przejść do gabinetu? — odezwał się Lewin po francusku do Stepana Arkadjewicza. — Przejdźcie panowie, do mego pokoju, będziecie mogli tam rozmówić się swobodnie.
— Możemy pójść, dokąd tylko zajdzie potrzeba — począł Riabinin zapewniać Lewina z miną bardzo pewną siebie, i zdaje się, chcąc dać do zrozumienia Lewinowi i Stepanowi Arkadjewiczowi, że kto bądź inny może niewiedzieć, jak należy się zachowywać, ale że on, Riabinin, zawsze i wszędzie czuje się nieskrępowanym, na swojem miejscu.
Wszedłszy do gabinetu, Riabinin mimowoli zaczął rozglądać się po ścianach, szukając ikony, lecz nie przeżegnał się, gdy ją znalazł; poczem przyglądał się szafom i półkom z książkami i również, jak i nad słonkami, pokiwał nad niemi głową, jak gdyby nie przypuszczając nawet, aby i ta skórka opłaciła swą wyprawę.
— Czyś pan przywiózł pieniądze? — zapytał Obłoński. — Niech pan siada.
— O pieniądze mi nie chodzi; przyjechałem zobaczyć się z panem i porozmawiać z nim.
— O czem mamy rozmawiać? Ale czemu pan nie siada?
— Dobrze — rzekł Riabinin, siadając i opierając się o poręcz krzesła, co widocznie nie przychodziło mu z łatwością. — Musi jednak książę koniecznie ustąpić mi trochę, pieniądze co do jednej kopiejki mam już gotowe; kto ze mną ma do czynienia, na pieniądze nie czeka nigdy.
Lewin podczas tej rozmowy chował dubeltówkę do szafy i miał już wychodzić z gabinetu, ale usłyszawszy co kupiec mówi, zatrzymał się.
— I tak już zadarmo bierzesz pan las — odezwał się Lewin. — Szkoda, że Stepan Arkadjewicz trochę zapóżno przyjechał do mnie; gdybym był wiedział o tem wcześniej, to jabym oszacował las.
Riabinin podniósł się z krzesła, uśmiechnął się i nic nie mówiąc, obrzucił Lewina spojrzeniem.
— Konstanty Dmitrjewicz jest nadzwyczaj skąpy — odezwał się wreszcie Riabinin, zwracając się ku Stepanowi Arkadjewiezowi — od niego nie sposób cobądż kupić; targowałem raz pszenicę i nawet ładne pieniądze za nią dawałem.
— Pocóż mam swoją własność oddawać panu za darmo? przecież nie znalazłem tego na ziemi, ani nie ukradłem.
— Zmiłuj się pan, ale w obecnych czasach kraść przecież nie można. Teraz sądy są jawne i wszystko odbywa się przyzwoicie, mowy nie może być, aby kraść. Świadczę się sumieniem, że panowie za drogo cenią las i że w żaden sposób nie będę mógł wyjść na swojem, niech więc książę będzie łaskaw ustąpić mi cokolwiek.
— Czyście panowie umówili się już, czy też jeszcze nie? Jeżeliście się już umówili, w takim razie nie macie się czego targować, a jeżeli nie skończyliście jeszcze, to ja kupuję las — rzekł Lewin.
Z twarzy Riabinina, która przyjęła w jednej chwili okrutny, jastrzębi, krwiożerczy wyraz, znikł w jednej chwili uśmiech i kupiec prędko rozpiął kościstymi palcami surdut, pod którym miał czerwoną koszulę, kamizelkę z miedzianymi guzikami i łańcuszek od zegarka, i wydobył stary, gruby pugilares.
— Wybaczy pan, ale las jest mój — wyrzekł, przeżegnawszy się z pospiechem i wyciągnął rękę. — Niech pan będzie łaskaw wziąć pieniądze, las jest mój. Riabinin zawsze tak handluje i groszy nigdy nie liczy — mówił prędko, krzywiąc się i machając pugilaresem.
— Jabym na twojem miejscu nie spieszył się — rzekł Lewin.
— Daj pokój — przerwał mu zdziwiony Obłoński — przecież dałem słowo.
Lewin wyszedł z pokoju, trzasnąwszy za sobą drzwiami. Riabinin, popatrzywszy na drzwi, z uśmiechem pokiwał głową.
— Od razu można poznać młodego. Niech mi pan wierzy, że kupuję tylko dla honoru, że oto Riabinin, a nie kto inny, kupił las od Obłońskiego. A i to Bóg jeden tylko wie, czy nie stracę. Niech mi pan wierzy... może spiszemy umowę?...
W godzinę później Riabinin, zapiąwszy starannie surdut, z umową w kieszeni, wsiadł na bryczkę i pojechał do domu.
— Oj, z tymi panami trudna sprawa — odezwał się kupiec do swego pomocnika.
— To wiadome rzeczy — odparł pomocnik, oddając swemu pryncypałowi lejce i zapinając skórzany fartuch. — A jakże tam ze sprawuneczkiem, Michale Ignaticzu?

— No, no...
XVII.

Stepan Arkadjewicz z odstającą kieszenią, z której sterczały listy zastawne, z poodcinanymi przez kupca kuponami, poszedł na górę. Sprzedaż lasu została dopełnioną, pieniądze leżały w kieszeni, polowanie udało się, Stepan Arkadjewicz był więc w jak najlepszym humorze i chciał koniecznie rozruszać Lewina, aby wesoło zakończyć dzień, tak przyjemnie spędzony.
Lewin wistocie był bez humoru i chociaż usiłował być rozmownym, aby zrobić przyjemność miłemu dla siebie gościowi, nie był jednak w stanie przemódz się; wiadomość, że Kiti nie wyszła za mąż, zaczęła powoli działać na niego.
Kiti jest niezamężną i chorą, chorą z miłości ku człowiekowi, który pogardził nią. Lewinowi zdawało się, że zniewaga ta dotyczy i jego. Wroński pogardził nią, a ona nim, Lewinem; Wroński zatem miał prawo lekceważyć Lewina, był więc jego wrogiem. Lecz Lewin nie myślał o tem wszystkiem, bezwiednie tylko odczuwał, że jest w tem coś, co go obraża i gniewał się teraz nie na to, co go rozdrażniło, lecz przyczepiał się do wszystkiego, co widział koło siebie: szczególniej zaś gniewała go głupia sprzedaż lasu i oszustwo, ofiarą którego padł Obłoński, w jego własnym domu.
— Skończyłeś już? — zapytał Lewin Stepana Arkadjewicza, gdy ten wszedł do pokoju. — Czy będziesz jadł kalacyę?
— Nie odmówię, gdyż miewam zwykle świetny apetyt na wsi! Dlaczego nie zatrzymałeś Riabinina na herbacie?
— Niech go djabli...
— Jak ty jednak obchodzisz się z nim! — zauważył Obłoński — nawet ręki mu nie podałeś, a nie widzę co prawda żadnej dobrej racyi ku temu...
— Dla tej racyi, że lokajowi nie podam ręki, a lokaj sto razy więcej wart od niego.
— Jakim ty jednak jesteś zacofańcem! A zjednoczenie się warstw społecznych?... — zapytał Obłoński.
— Kto chce się jednoczyć, niech się jednoczy, ja zaś czuję wstręt ku temu.
— Jak widzę, stanowczo jesteś zacofańcem.
— Nie zastanawiałem się, doprawdy nigdy, kim jestem. Jestem Konstanty Lewin i nic więcej.
— Konstanty Lewin w złym humorze — z uśmiechem podpowiedział Stepan Arkadjewicz.
— W istocie jestem w złym humorze, a wiesz dlaczego? Oto — wybacz mi tylko — z powodu twej głupiej sprzedaży...
Stepan Arkadjewicz skrzywił się, jak człowiek, któremu dokuczają i którego wyprowadzają z cierpliwości bez żadnej z jego strony winy.
— E gdzietam! Czy też zdarzyło się kiedykolwiek, aby ktobądź cobądż sprzedał i aby w chwilę po dokonaniu tej sprzedaży nie powiedziano mu zaraz: „sprzedałeś za tanio!?“ — gdy zaś człowiek sprzedaje, nikt nie chce kupować... Stanowczo widzę, że jesteś uprzedzonym względem tego nieszczęśliwego Riabinina...
— Być może, że jestem uprzedzonym... a wiesz dlaczego? Może znów powiesz, że jestem zacofańcem, lecz boli mnie i gniewa zarazem, gdy patrzę na ten stopniowy pod względem majątkowym upadek szlachty, do której i ja należę, a z czego, pomimo jednoczenia się warstw, cieszę się bardzo... Upadek ten nie jest skutkiem marnotrawstwa... w takim razie nie byłoby zbyt wielkiego nieszczęścia: przehulać majątek, to rzecz szlachecka, szlachcic tylko to potrafi. Teraz naprzykład chłopi w moich okolicach skupują ziemię, co nie gniewa mnie wcale: pan nic nie robi, a chłop pracuje i usuwa niezdatnego do pracy człowieka: tak nawet powinno być i dlatego też rad jestem chłopu. Lecz boli mnie, gdy patrzę na ten upadek, którego przyczyną, nie wiem jak się wyrazić, jest jakaś naiwność: w jednem miejscu dzierżawca Polak, kupił za połowę ceny od obywatelki, mieszkającej stale w Nicei, śliczny majątek; gdzieindziej znowu kupcy płacą za dzierżawę po rublu z dziesięciny, wartej dziesięć rubli, ty zaś bez żadnej dobrej racyi darowałeś temu szachrajowi trzydzieści tysięcy.
— Miałem więc rachować każde drzewo?
— Bezwarunkowo... tyś nie rachował, a Riabinin porachował i dzieci Riabinina będą miały środki do życia, a twoje może nie będą ich miały!
— Wybacz mi, ale nie wypada być zbyt wyrachowanym: my mamy swoje zajęcia, oni swoje i również żyć muszą, jak i my... a zresztą interes już skończony i jajecznica, ulubiona moja potrawa, stoi już przed nami. Agafia Michajłowna da nam tej doskonałej nalewki...
Stepan Arkadjewicz siadł do stołu i zaczął żartować z Agafii Michajłownej, zapewniając ją, że takiego smacznego obiadu i kolacyi dawno już nie jadł.
— Pan przynajmniej pochwali — rzekła Agafia Michajłowna — a Konstanty Dmitrjewicz zje wszystko, co mu się poda, choćby chleba suchego kawałek, obetrze usta i nic nie powie...
Lewin wciąż był w złym humorze i milczał: chciał zadać jedno pytanie Stepanowi Arkadjewiczowi, lecz nie mógł odważyć się na nie i nie wiedział kiedy i jak zadać je. Stepan Arkadjewicz udał się już na dół do swego pokoju, rozebrał, umył, włożył kolorową nocną koszulę i położył się, a Lewin wciąż jeszcze nie mówił mu dobranoc i rozmawiał o wszystkiem, a nie mógł zebrać się na odwagę i zapytać o to, o co miał zamiar i o co chciał się zapytać.
— Jakie to mydła robią teraz — odezwał się, oglądając i rozwijając kawałek pachnącego mydła, które Agafia Michajłowna położyła dla gościa, lecz którego Obłoński nie używał — popatrz tylko, przecież to dzieło sztuki.
— Wistocie, postęp znać obecnie we wszystkiem — odparł Stepan Arkadjewicz głośno i z zadowoleniem ziewając. — Teatry naprzyklad... a-a-a! — ziewał Obłoński — światło elektryczne wszędzie... — a-a!
— Tak, światło elektryczne... — powtórzył Lewin — a gdzie Wroński jest obecnie? — zapytał nagle, kładąc mydło na miejscu.
— Wroński? — odrzekł Stepan Arkadjewicz, przestając ziewać: — w Petersburgu... wyjechał zaraz po tobie, a potem ani razu nie był w Moskwie. I czy wiesz, Kostia, powiem ci prawdę — ciągnął Stepan Arkadjewicz, opierając się na stole i podpierając ręką swą ładną rumianą twarz, na której jak gwiazdy błyszczały, maślane, dobre, zaspane oczy — tyś sam sobie winien, gdyż zląkłeś się rywala, a ja, jak ci mówiłem to już wtedy, doprawdy niewiem po czyjej stronie było więcej szans: trzeba było jednem słowem, być wtedy odważniejszym. Mówiłem ci przecież, że... — i Obłoński ziewnął tylko szczękami, nie roztwierając zupełnie ust.
„Czy on wie, czy też nie wie, że oświadczałem się?“ — pomyślał Lewin, patrząc na przyjaciela — „ma coś chytrego i dyplomatycznego w swej twarzy“ — i czując, że rumieni się, Lewin nie odzywał się wcale, tylko patrzał prosto w oczy Stepanowi Arkadjewiczowi.
— Jeśli nawet i była zajęta nim wtedy, to bardziej jego powierzchownością — mówił Obłoński — arystokratyczne pochodzenie i świetna karyera w przyszłości podziałały nie na nią, lecz na matkę.
Lewin sposępniał. Uczucie wstydu, na jakie naraziła go ta odmowa, zabolała go znowu, jak dopiero co odniesiona rana, lecz był w swym własnym domu, gdzie, jak powiada przysłowie, nawet ściany dopomagają.
— Pozwól — odezwał się, przerywając Oblońskiemu — powiadasz, arystokratyczne pochodzenie, lecz pozwól się zapytać, na czem polega ten arystokratyzm Wrońskiego i wogóle mniej więcej wszystkich; taki arystokratyzm, aby upoważniał go do lekceważenia mnie? Ty uważasz Wrońskiego za arystokratę, a ja nie... Człowiek, którego ojciec dochrapał się czegoś najrozmaitszemi sztuczkami, którego matka Bóg wie z kim nie była w stosunkach... Wybacz mi, lecz ja mam za arystokratów siebie i ludzi takich jak ja, którzy mogą wskazać w przeszłości na trzy, cztery pokolenia uczciwych rodzin, mających wykształcenie (talent i rozum, to co innego), które nigdy przed nikim nie uniżały się, nigdy nic od nikogo nie potrzebowały, tak, jak mój ojciec i mój dziadek... znam wielu takich. Tobie zdaje się, że ubliżam sam sobie, gdy liczę drzewa w lesie, a ty dajesz Riabininowi trzydzieści tysięcy; ale ty możesz dostać urząd, koncesye, donacyę, Bóg wie nie co, a ja nie dostanę tego wszystkiego i dlatego cenię mój majątek rodzinny i staram się powiększyć go... My więc jesteśmy arystokratami, a bynajmniej nie ci, których istnienie zależy tylko od tego, czy dostaną jakiebądż okruchy od tych, co zajmują stanowiska wyższe, niż oni... wszystkich tych ludzi można kupić za kilkanaście kopiejek...
— Ale o kim ty mówisz? ja zgadzam się z tobą najzupełniej — wesoło i szczerze odezwał się Stepan Arkadjewicz, chociaż wiedział dobrze, że Lewin, mówiąc o tych, których można kupić za kilkanaście kopiejek, miał na myśli i jego; zapał Lewina podobał mu się — ale o kim ty mówisz? Znaczna część tego, coś powiedział o Wrońskim, jest prawdą, ale nie to mam na myśli. Powiadam ci poprostu, że gdybym był na twojem miejscu, pojechałbym zaraz do Moskwy...
— Nie... nie wiem, czy wiesz, czy też nie wiesz, ale mi już wszystko jedno. Powiem ci prawdę: oświadczałem się już, spotkała mnie odmowa i Katarzyna Aleksandrowna jest dla mnie obecnie przykrem i sprawiającem mi wstyd wspomnieniem.
— Dlaczego? Głupstwo!
— Nie mówmy już o tem. Wybacz mi, żem był szorstki względem ciebie — rzekł Lewin, który, po wypowiedzeniu wszystkiego, co mu ciężyło na sercu, był znowu w takim samym humorze jak i rano. — Nie gniewasz się na mnie, Stiwa? nie gniewaj się, proszę cię — prosił Lewin, uśmiechając się i biorąc Stepana Arkadjewicza za rękę.
— Ale nie gniewam się zupełnie, a zresztą nie mam za co. Cieszy mnie, żeśmy się rozmówili... a czy wiesz, że rankami słonki ciągną znakomicie? Możebyśmy pojechali? Ja w każdym razie wstanę rano i prosto z polowania pojadę na, kolej.
— Świetna myśl!

XVIII.

Chociaż namiętna miłość wypełniała całą wewnętrzną istotę życia Wrońskiego, zewnętrzne jednak życie jego toczyło się wciąż niezmiennie i jednostajnie po dawnej, zwykłej kolei światowych i pułkowych spraw i stosunków. Sprawy pułku zajmowały nader ważne miejsce w życiu Wrońskiego, a to nie dlatego tylko, że lubił swój pułk, lecz bardziej jeszcze dlatego, że jego lubiano w pułku. Cały pułk nietylko lubiał Wrońskiego, lecz szanował go i był dumnym z niego. Kolegów ujmowało przedewszystkiem, że Wroński, człowiek nadzwyczajnie bogaty, wykształcony, zdolny, przed którym stała otworem droga ku świetnej karyerze, usiana zaszczytami i dostojeństwami, lekceważył ją sobie i poświęcił się cały pułkowi i kolegom. Wroński wiedział, że koledzy nie inaczej zapatrują się na niego, poczuwał się więc do obowiązku czynienia zadość temu zapatrywaniu.
Ma się rozumieć, że Wroński nie rozmawiał nigdy z żadnym z kolegów o swej miłości i nie wspominał o niej nawet podczas największych pijatyk (a zresztą, nigdy nie zdarzało się mu być pijanym do tego stopnia, żeby aż utracić władzę nad sobą), a gdy parę razy który z lekkomyślniejszych kolegów napomknął o tem związku, Wroński natychmiast zamykał mu usta. Pomimo to całe miasto wiedziało o jego miłości: wszyscy mniej lub bardziej trafnie domyślali się jego stosunku z Kareniną; młodzi ludzie zazdrościli mu przeważnie tego, co w stosunku z Anną najbardziej ciężyło Wrońskiemu, mianowicie wysokiego stanowiska Karenina; stanowisko zaś, jakie zajmował Karenin, było powodem, że o stosunku tym tyle mówiono.
Większość młodych kobiet, które zazdrościły Annie i którym naprzykrzyło się, że Annę zwano sprawiedliwą, cieszyły się na samą myśl, że to, czego domyślały się, może być prawdą i czekały tylko chwili, aby opinia publiczna zwróciła się przeciwko Annie, gdyż miały zamiar rzucić na nią wtedy cały ciężar swej pogardy i przygotowywały już grudki błota, aby ciskać je w Annę, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Ludzie zaś starsi i wybitniejsi, byli przeważnie niezadowoleni z mogącego wyniknąć skandalu.
Matka Wrońskiego, dowiedziawszy się o tym stosunku, z początku była zadowoloną z niego, gdyż, stosownie do jej pojęć, nic nie zapewniało młodemu człowiekowi tak pewnej pozycyi w towarzystwie wielkoświatowem, jak stosunek z kobietą wybitniejszą; oprócz tego starą hrabinę cieszyło, że Anna, która się jej bardzo podobała, i która mówiła tyle o swym synu, pomimo tego nie różniła się od reszty pięknych kobiet; gdy jednak w ostatnich czasach hrabina dowiedziała się, że syn jej odrzucił nader korzystną dla swej przyszłej karyery propozycyę, a to li tylko dlatego, aby pozostać w pułku i widywać się nadal z Kareniną i że odmowa ta wzbudziła przeciwko niemu niezadowolenie w najwyższych sferach, hrabina zmieniła swój pogląd. Niepodobało jej się również, że ze wszystkiego, co dowiedziała się o tym stosunku, widać było, że nie był to zwykły, prędko przemijający wielkoświatowy związek, któremu mogłaby tylko przyklasnąć, lecz jakaś werterowska, jak opowiadano hrabinie, namiętność, mogąca doprowadzić Wrońskiego do popełnienia największych niedorzeczności. Matka nie widziała syna od czasu jego nagłego wyjazdu z Moskwy i za pośrednictwem starszego syna, żądała, aby Wroński przyjechał do niej.
Starszy brat był również niezadowolonym z młodszego: nic go nie obchodził rodzaj miłości, gdyż było mu wszystko jedno, jaka to miłość, wielka czy mała, namiętna czy spokojna, uczciwa czy nieuczciwa (on sam, człowiek dzielny, miał na utrzymaniu baletnicę, był więc pobłażliwym), lecz wiedział, że miłość ta nie może podobać się tym, którym należy zwykle podobać się i dlatego ganił postępowanie brata.
Prócz spełniania obowiązków służbowych i towarzyskich, Wroński zajmował się jeszcze końmi, których był ogromnym amatorem.
W tym roku miały się odbyć wyścigi oficerskie z przeszkodami. Wroński zapisał się na nie, kupił angielską klacz i, chociaż kochał się, z pewną namiętnością przygotowywał się do oczekiwanego wyścigu...
Obie te namiętności nie przeszkadzały sobie nawzajem, gdyż właśnie potrzeba było Wrońskiemu jakiegokolwiek zajęcia i rozrywki, niezależnej od miłości, rozrywki, która dawałaby mu możność zapominać chwilowo o zbytnio przejmujących go wrażeniach.

XIX.

W dzień wyścigów w Krasnem Siole Wroński przyszedł wcześniej niż zwykle na befsztyk do sali pułkowego klubu. Wroński nie potrzebował trenować się specyalnie, gdyż waga jego nie przekraczała określonej normy, cztery i pół pudów, lecz musiał wystrzegać się utycia i dlatego powstrzymywał się od słodkich i mącznych potraw. Wroński siedział w rozpiętym surducie, z pod którego widać było białą kamizelkę, oparł się rękoma o stół i, czekając na zamówiony befsztyk, spoglądał w leżący przed nim na talerzu francuski romans. Wroński patrzał w książkę tylko dlatego, aby nie rozmawiać z wchodzącymi i wychodzącymi oficerami i módz swobodnie oddawać się swym myślom.
Wroński myślał o tem, że Anna przyrzekła mu schadzkę na dzisiaj po wyścigach. Lecz Wroński nie widział się z nią już od trzech dni i nie był pewnym, czy schadzka będzie mogła mieć dzisiaj miejsce, gdyż Aleksiej Aleksandrowicz powrócił już z zagranicy; nie wiedział również, w jaki sposób dowiedzieć się o tem. Wroński widział się po raz ostatni z Kareniną na letniem mieszkaniu u Betsy, do Kareninych zaś starał się jeździć o ile można najrzadziej; dzisiaj zaś chciał jechać do nich koniecznie i łamał sobie głowę nad pytaniem: „jak to zrobić?“
„Ma się rozumieć, że powiem, iż Betsy przysłała mnie dowiedzieć się, czy ona przyjedzie na wyścigi. Ma się rozumieć, że pojadę!“ — zdecydował się Wroński, odrywając wzrok od książki i w jednej chwili począł wyobrażać sobie rozkosz, jakiej dozna, gdy ujrzy Annę, i twarz jego rozpromieniła się.
— Poszlij do mnie do domu, aby natychmiast zakładano trójkę do powozu — polecił Wroński lokajowi, podającemu mu befsztyk na srebrnym półmisku, poczem przysunął talerz i wziął się do jedzenia.
W sąsiedniej bilardowej sali słychać było stuk bil, głośną rozmowę i śmiechy; we drzwiach, prowadzących z bilardu do jadalni pokazało się dwóch oficerów: jeden bardzo młody z delikatnymi rysami, wstąpił dopiero niedawno do pułku z korpusu paziów; drugi zaś, otyły, stary oficer z bransoletką na ręku i z małemi, zapuchniętemi oczyma.
Wroński spojrzał na nich, zachmurzył się i, udając że ich nie widzi, zajął się jednocześnie jedzeniem i czytaniem.
— Nabierasz sił do pracy? — zapytał otyły oficer, siadając przy nim.
— Jak widzisz — odparł Wroński, obcierając usta serwetą i nie patrząc na mówiącego.
— A nie boisz się utyć? — zapytał znów oficer, wskazując miejsce młodemu koledze.
— Co? — odezwał się Wroński, marszcząc gniewnie czoło i pokazując swe gęste, równe zęby.
— Nie boisz się utyć?
— Kelner, xeresu! — zawołał Wroński, nie odpowiadając na zadane sobie pytanie i, odwróciwszy stronicę, wziął się napo wrót do czytania.
Otyły oficer zaczął przeglądać kartę z winami i zwrócił się ku młodziutkiemu koledze.
— Wybierz sam, co mamy pić — rzekł, podając mu kartę i patrząc na niego.
— Może reńskiego — odparł młody oficer, spoglądając z pewną obawą na Wrońskiego i starając się podkręcić wąsiki, które dopiero zaczynały mu się wysypywać pod nosem. Spostrzegłszy, że Wroński nie zwraca na nich uwagi, młody oficer wstał.
— Chodźmy do sali bilardowej — zaproponował.
Otyły oficer podniósł się z krzesła z pokorną miną i obydwaj znikli za drzwiami.
Jednocześnie wszedł do pokoju wysoki, zgrabny rotmistrz Jawszyn i skinął pogardliwie głową dwom oficerom — podszedł ku Wrońskiemu.
— Jak się miewasz? — zawołał, uderzając go mocno dużą swą dłonią po epoletach. Wroński gniewnie odwrócił się, lecz po chwili twarz jego rozpromieniła się zwykłym mu spokojnym uśmiechem.
— Mądrze czynisz, Aleszo — rzekł rotmistrz doniosłym barytonem. — Zjedz teraz trochę i wypij jeden kieliszek.
— Kiedy mi się nie chce jeść.
— Ci dwaj nie rozłączają się — dodał Jawsżyn, spoglądając z ironicznym uśmiechem na obydwóch oficerów, którzy wychodzili właśnie z pokoju, i usiadł koło Wrońskiego, zginając swe długie, za długie jak na krzesło, na którem siedział, nogi, obciśnięte w rajtuzy. — Dlaczego nie byłeś wczoraj w kraśnieńskim teatrze? Numerowa wcale nieźle śpiewała. Coś porabia! wczoraj?
— Zasiedziałem się u Twerskich — odparł Wroński.
— A! — zauważył Jawszyn.
— Jawszyn, gracz, hulaka, człowiek nietylko nie mający żadnych zasad, ale, owszem, mający przewrotne, — Jawszyn był w pułku najlepszym przyjacielem Wrońskiego. Wroński lubił Jawszyna i za jego niepospolitą fizyczną siłę, którą Jawszyn objawiał przeważnie w ten sposób, że mógł pić jak beczka, nie sypiać całemi nocami, a pomimo to zawsze doskonale wyglądał, i za jego ogromną siłę moralną, którą wykazywał zawsze w stosunkach z władzą i z kolegami, każąc im się bać i szanować siebie; moralną swą siłę Jawszyn wykazywał również i w grze, którą prowadził zwykle na dziesiątki tysięcy rubli i zawsze, pomimo ogromnej ilości wypitego wina, tak zręcznie i spokojnie, że uchodził za najlepszego gracza w angielskim klubie. Wroński szanował i lubił Jawszyna przeważnie dlatego, że był pewnym, iż Jawszyn lubi go nie dla jego nazwiska i bogactwa, lecz dla niego samego; tylko z nim jednym Wroński chciałby rozmawiać o swej miłości, gdyż był głęboko przekonanym, że tylko Jawszyn, pomimo tego, że jak się zdawało, pogardzał każdem uczuciem, był w stanie zrozumieć tę głęboką namiętność, którą obecnie życie jego, Wrońskiego, wypełnionem było. Prócz tego, Wroński wiedział napewno, że Jawszyn nie znajduje przyjemności w plotkach i w skandalu, lecz pojmuje to uczucie we właściwem świetle, to jest wie i wierzy, że miłość to nie żart i nie zabawka, lecz rzecz poważna i głęboka.
Wroński nie rozmawiał z Jawszynem o swej miłości, wiedział jednak, że Jawszyn wie wszystko, że zapatruje się na nią z właściwego punktu i Wrońskiemu było przyjemnie widzieć to po jego oczach.
— A, tak! — rzekł Jawszyn, dowiedziawszy się, że Wroński był u Twerskich i mrugnąwszy czarnemi oczyma, wziął się za lewy was i począł zakręcać go na dół, jak to miał we zwyczaju robić.
— A ty coś porabiał wczorajszego wieczora? Wygrałeś? — zapytał Wroński.
— Ośm tysięcy, ale trzy, wątpliwe, gdyż zapewne nie odda mi ich nigdy.
— Możesz więc przegrać, trzymając za mną — rzekł Wroński z uśmiechem. (Jawszyn założył się o znaczną sumę, że Wroński wygra na wyścigach).
— Ręczę, że nie przegram: jeden tylko Machotin jest niebezpiecznym.
Rozmowa przeszła powoli na wyścigi, o których Wroński myślał obecnie nieustannie.
— Chodźmy, jużem skończył — rzekł Wroński, wstając i idąc ku drzwiom; Jawszyn wstał również, wyciągając swe długie nogi i szerokie ramiona.
— Dla mnie zawcześnie jeszcze na obiad, trzebaby jednak wypić trochę. Zaraz przyjdę. Dawaj wina! — zawołał Jawszyn swym znanym powszechnie głosem, od którego drżały szyby. — A zresztą niepotrzeba! — zawołał znów po chwili. — Jeśli idziesz do domu, to i ja pójdę z tobą.
Wroński i Jawszyn wyszli.

XX.

Wroński mieszkał w obszernej, czystej, przegrodzonej na dwie części, czuchońskiej izbie. Petrycki stał razem z nim i w obozie. Gdy Wroński i Jawszyn wrócili do domu, Petrycki spał.
— Wstawaj, dosyć już tego spania — rzekł Jawszyn, idąc za przepierzenie i trzęsąc za ramię rozczochranego, który spał z twarzą schowaną pod poduszkę.
Petrycki nagle ukląkł na łóżku i począł oglądać się dookoła.
— Brat twój był tutaj — rzekł do Wrońskiego — obudził mnie, niech go wszyscy djabli wezmą i powiedział, że znów przyjdzie; — i Petrycki nakrywszy się kołdrą, znów rzucił się na łóżko. — Daj pokój, Jawszyn — zawołał zniecierpliwiony, że Jawszyn chciał ściągnąć z niego kołdrę. — Daj pokój — i Petrycki odwrócił się i otworzył oczy. — Poradziłbyś mi lepiej, czego mam się napić, gdyż czuję taki niesmak w ustach, że...
— Najlepiej wódki — odparł Jawszyn basem. — Tereszczenko, daj panu wódki i ogórków — zawołał po chwili, lubiąc widocznie przysłuchiwać się swemu głosowi.
— Powiadasz, że wódki? Co? — zapytał Petrycki, krzywiąc się i przecierając oczy — a ty będziesz pił? Będziemy pić razem. A ty, Wroński, napijesz się? — pytał Petrycki wstając z łóżka i owijając się tygrysią kołdrą.
Petrycki wyszedł z za przepierzenia, wzniósł ręce do góry i zaśpiewał po francusku: był król w Tu-u-li. — Wroński, wypijesz?
— Zostaw mnie w spokoju — odparł Wroński, ubierając się w mundur, który lokaj podawał mu.
— A ty dokąd wybierasz się? — zapytał Jawszyn — i trójka twoja już stoi — dodał po chwili, ujrzawszy zajeżdżający powóz.
— Do stajni, a potem muszę zobaczyć się z Briańskim i rozmówić z nim co do koni — odpowiedział Wroński.
Wroński w istocie obiecał Briańskiemu, mieszkającemu o dziesięć wiorst od Peterhofu, że będzie dzisiaj u niego i że przywiezie mu pieniądze za konie, swoją drogą zaś chciał być i u Kareniny. Koledzy jednak w tej chwili domyślili się, że Wroński ma zamiar być nietylko u Briańskiego.
Petrycki, nie przestając śpiewać, mrugnął okiem i wydął wargi, jak gdyby chciał powiedzieć: wiemymy — co to za Briański!
— Pamiętaj tylko nie spóźniaj się! — zauważył Jawszyn i chcąc zmienić przedmiot rozmowy, zapytał, patrząc przez okno — jakżeż tam mój bułany, czy dobrze ci służy? — Konia tego Jawszyn sprzedał niedawno Wrońskiemu.
— Poczekaj! — zawołał Petrycki na Wrońskiego, gdy ten już wychodził — brat twój zostawił list i kartkę; niewiem tylko, gdzie położyłem je.
Wroński zawrócił się.
— Gdzież jest to wszystko?
— Gdzie?... w tem właśnie sęk! — uroczyście odezwał się Petrycki, przeciągając wskazującym palcem po nosie.
— Powiedzże nareszcie i nie zawracaj mi głowy! — rzekł Wroński z uśmiechem.
— W piecu nie paliłem, muszą więc być gdzieś tutaj.
— Przestań już żartować! Gdzież jest ten list?
— Doprawdy, że zapomniałem... a może śniło mi się tylko! Gdybyś ty, tak jak my wczoraj, wypił po cztery butelki na głowę, to doprawdy nie wiedziałbyś, gdzie leżysz! Poczekaj, zaraz sobie przypomnę!...
Petrycki wszedł za przepierzenie i położył się na łóżku.
— Poczekaj! Ja tak leżałem, a on stał tam. Tak... tak... Oto list! — i Petrycki wyjął z pod materaca list, który tam leżał.
Wroński wziął list i kartkę brata i spostrzegł, że list, jak się tego spodziewał zresztą, był od matki: matka czyniła mu wymówki, że nie przyjeżdża, brat zaś pisał, że musi się z nim konieczne zobaczyć.
Wroński z góry już wiedział, że brat chce z nim mówić wciąż o tem samem. „Co ich to może obchodzić!“ — pomyślał, zmiął listy i wsunął je za guziki munduru, aby w drodze przeczytać z uwagą. W sieni Wroński spotkał się z dwoma oficerami: z jednym ze swego, a drugim z innego pułku.
Mieszkanie Wrońskiego było zawsze uczęszczanem nader licznie przez oficerów.
— Dokąd?
— Do Peterhofu, mam tam interes.
— A koń czy przyszedł już z Carskiego Sioła?
— Przyszedł, lecz nie widziałem go jeszcze.
— Podobno Gladyator Machotina okulał.
— Nieprawda! Ciekawym tylko, jak będziecie się ścigali po takiem błocie? — zauważył drugi oficer.
— Oto moi wybawiciele! — ujrzawszy wchodzących, zawołał Petrycki, przed którym stał deńszczyk[8], trzymając w ręku tacę z wódką i kwaszonym ogórkiem — Jawszyn każe mi pić dla wytrzeźwienia.
— Nieźle bawiliście się, rzekł jeden z przybyłych oficerów — całą noc nie daliście nam spać.
— Bawiliśmy się najlepiej już na końcu — opowiadał Petrycki. — Wołkow wlazł na dach i powiada, że mu smutno. Ja proponuję marsza pogrzebowego, przy dźwiękach którego Wołkow zasypia...
— Napij się koniecznie wódki, a potem selcerskiej wody, do której nie żałuj cytryny — radził Jawszyn, stojąc nad Petryckim, jak matka, gdy namawia dziecko, aby przyjęło lekarstwo — a potem będziesz mógł wypić trochę szampańskiego, naprzykład buteleczkę.
— Mądre są twe rady. Zaczekaj, Wroński, wypijemy!
— Nie. Do widzenia! Dzisiaj nie będę już pił.
— Boisz się być cięższym? A więc my sami. Dawaj wody selcerskiej i cytryny.
— Wroński! — zawołał ktoś, gdy Wroński wyszedł już do sieni — ostrzyż sobie włosy, gdyż są bardzo ciężkie, szczególniej na łysinie.
Wroński rzeczywiście zaczął łysieć bardzo wcześnie, roześmiał się więc z uczynionej przez kolegów uwagi, nakrył łysinę czapką, wyszedł i siadł do powozu.

— Jedź do stajni! — rzekł furmanowi i wyciągnął listy, mając zamiar przeczytać je, lecz po chwili rozmyślił się i schował je znowu, gdyż nie chciał zajmować się już niczem przed oglądaniem konia. — „Potem!“...

XXI.

Tymczasową stajnię stanowił barak, sklecony z desek, postawiony koło samego toru; wczoraj miano przyprowadzić do niej konia Wrońskiego. Wroński nie widział jeszcze swej klaczy, gdyż w ciągu paru ostatnich dni nie jeździł sam na wyścigowcu, poleciwszy trenerowi ujeździć go, nie miał więc teraz pojęcia, w jakim stanie znajduje się jego Frou-Frou. Chłopak stajenny poznał Wrońskiego, jak tylko wysiadł z powozu, i zaraz zawołał trenera.
Naprzeciw Wrońskiego wyszedł ze stajni zwykłym niezgrabnym chwiejnym krokiem żokejów, suchy Anglik w długich butach i krótkim żakiecie, z kępką włosów na podbródku.
— Jak się miewa Frou-Frou? — zapytał Wroński po angielsku.
All right, sir, jak najlepiej, panie — odpowiedział przez gardło Anglik. — Niech pan lepiej nie wchodzi do konia — dodał, uchylając kapelusza — włożyłem mu kaganiec, więc się niecierpliwi; dobrze pan zrobi, nie wchodząc do stajni, gdyż to konia drażni.
— Nic nie szkodzi; wejdę na chwilę. Chcę popatrzyć na nią.
— Chodźmy więc — rzekł Anglik niezadowolony widocznie i rozmachując łokciami, poszedł naprzód swym kaczym chodem.
Po chwili weszli obydwaj na małe podwórko, ciągnące się przed barakiem, na którem spotkał ich elegancko ubrany dyżurny chłopak stajenny z miotłą w ręku. W stajni stało pięć koni, każdy w oddzielnej przegrodzie. Wroński wiedział, że dzisiaj został przyprowadzonym i już stoi w stajni główny rywal jego Frou-Frou, gniady pięciowerszkowy Gladyator Machotina. Wroński, bardziej jeszcze niż swemu koniowi, chciał przyjrzeć się Gladyatorowi, którego dotąd nie widział nigdy, lecz wiedział, że, stosownie do zwyczaju, nietylko nie powinien oglądać go, ale że nawet niewypada mu dopytywać się o niego. Gdy Wroński przechodził przez korytarz, chłopak uchylił drzwi od drugiej przegrody na lewo i Wroński ujrzał dużego gniadego konia i białe nogi. Wroński wiedział, że to był Gladyator, lecz odwrócił się od niego, tak, jakby odwrócił się od cudzego, rozpieczętowanego listu i wszedł do przegrody Frou-Frou.
— Tu stoi koń Ma-k... Ma-k..., nigdy nie mogę wymówić tego nazwiska — rzekł Anglik, wskazując długim palcem z brudnym paznokciem na przegrodę Gladyatora.
— Machotina? Tak, to mój jedyny, poważny współzawodnik — odparł Wroński.
— Gdyby pan jechał na nim — trzymałbym za panem — odezwał się Anglik.
— Frou-Frou jest bardziej nerwową, on zaś jest silniejszym — zauważył Wroński, uśmiechając się z zadowolenia, że trener pochwalił jego jazdę.
— W wyścigach z przeszkodami cała rzecz polega na jeździe i na pluck — mówił Anglik.
Wroński czuł w sobie nietylko dosyć pluck, t. j. energii i odwagi, lecz, co ważniejsza, był głęboko przekonanym, że nikt na świecie nie może mieć więcej od niego tego pluck.
— Wiadomo zapewne panu, że nie miałem potrzeby trenować się zbytnio.
— Ma się rozumieć — odparł Anglik. — Niech pan z łaski swojej nie mówi zbyt głośno, gdyż koń niepokoi się — dodał po chwili, wskazując głową na drzwi od przegrody, koło której stali i z której dochodziło stąpanie nóg końskich po słomie.
Anglik otworzył drzwi i Wroński wszedł do przegrody ośwetlonej słabo jednem okienkiem.
W przegrodzie, przestępując z nogi na nogę po świeżej słomie, stał z kagańcem na pysku kary koń. Rozglądając się w półmroku, Wroński mimowoli ogarnął okiem postać swego ulubionego konia. Frou-Frou była klaczą średniego wzrostu; kości miała cienkie, choć klatka piersiowa była dość rozwinięta, pierś jednak sama była wazką. Klacz miała zad trochę ścięty, nogi przednie, a jeszcze bardziej tylne, trochę krzywe. Muskuły tylnych i przednich nóg nie były zbyt silnie rozwinięte, lecz za to krzyż był bardzo szeroki, co uderzało na pierwszy rzut oka, szczególnie obecnie, gdy koń był dobrze utrzymanym i miał brzuch ściągnięty popręgiem. Poniżej kolan kości nóg Frou-Frou wydawały się niegrubszemi nad palec, gdy patrzało się na nie z przodu, zato były nadzwyczaj szerokie, gdy było spojrzeć się na nie z boków. Klacz miała jednak zaletę, która kazała zapominać o wszystkich jej wadach, mianowicie krew, tę krew, o której Anglicy powiadają, że mówi sama za siebie. Wydatne muskuły, które widać było pod siatką żył, rozciągniętych w cienkiej ruchomej i gładkiej jak atłas skórze, zdawały się być twardymi jak kość. Sucha głowa klaczy z wypukłemi, błyszczącemi i wesołemi oczyma, rozszerzała się koło pyska w wystające nozdrza, wewnętrzna przegródka których była nalana krwią. Całe ciało konia, a szczególnie głowa, miało pewny siebie, energiczny, a zarazem łagodny i delikatny wyraz. Klacz należała do tych stworzeń, które, zdaje się, dlatego tylko nie mówią, iż mechaniczna budowa ich ust nie pozwala na to, Wrońskiemu przynajmniej zdawało się, że klacz rozumie wszystkie myśli, które cisną mu się do głowy na jej widok.
Gdy Wroński wszedł do przegrody, klacz wciągnęła w siebie głęboko powietrze i zezując, tak, że oko nalało się krwią, popatrzała z przeciwnej strony na wchodzących, wstrząsnęła kagańcem i znów poczęła przestępować z nogi na nogę.
— Widzi pan, jaka niespokojna — rzekł Anglik.
— Koś, koś pieszczotko, koś! — wołał Wroński, zbliżając się do Frou-Frou i uspakajając ją.
Lecz im bliżej podchodził do niej, tem bardziej klacz była niespokojną, dopiero gdy podszedł do samej głowy, Frou-Frou uspokoiła się zupełnie i muskuły zaczęły jej drgać pod cienką delikatną sierścią. Wroński pogłaskał jej silną szyję, poprawił na czole, odrzucony na drugą stronę pukiel grzywy i przysunął twarz do jej rozwartych, cienkich jak skrzydło nietoperza, nozdrzy. Frou-Frou głośno wciągnęła powietrze w nozdrza i wypuściła je z nich, drgnęła, strzygnęła uchem i wyciągnęła swą silną czarną wargę ku Wrońskiemu, jak gdyby chciała uchwycić go za rękaw, lecz przypomniawszy sobie o kagańcu, wstrząsnęła nim tylko i znów poczęła przestawiać swe toczone nóżki.
— Uspokój się, pieszczotko moja, uspokój! — rzekł Wroński, gładząc ją, ręką po zadzie i, przekonawszy się z radością, że koń ma się jak najlepiej, wyszedł z przegrody.
Niepokój konia udzielił się Wrońskiemu, gdyż czuł, że krew napływa mu do serca i że chce mu się, również jak i koniowi, ciągle poruszać i kąsać: było mu zarazem i strasznie i wesoło.
— Spuszczam się zupełnie na pana — rzekł do Anglika — że na wpół do szóstej wszystko będzie gotowe.
— Wszystko będzie w porządku — odparł Anglik. — A pan dokąd jedzie, mylordzie? — zapytał nagle, tytułując go mylord, czego nigdy przedtem nie czynił. Wroński zdumiał się, podniósł głowę i popatrzał tak, jak to on umiał, nie w oczy, lecz na czoło Anglika, dziwiąc się śmiałości, z jaką było zadane pytanie; lecz po chwili, domyśliwszy się, że Anglik, zadając to pytanie, zadawał mu je nie jako chlebodawcy swemu, lecz jako dżokejowi, Wroński odparł:
— Muszę zobaczyć się z Briańskim i za godzinę będę w domu.
„Który też raz zadają mi dzisiaj to pytanie?“ — pomyślał Wroński i zarumienił się, co zdarzało się mu dość rzadko. Anglik spojrzał na niego bacznie i rzekł:
— Przed jazdą należy przedewszystkiem być spokojnym, niech więc pan będzie w dobrym humorze i niech się pan niczem nie denerwuje.
All right — z uśmiechem odparł Wroński i wsiadłszy do powozu, kazał jechać do Peterhofu.
Zaledwie powóz zdążył ujechać parę kroków, gdy z chmury, która już od rana groziła ulewą, polał się rzęsisty deszcz.
„Źle!“ — pomyślał Wroński, podnosząc budę powozu — „tor już jest zupełnie wilgotny, a teraz zamieni się w błoto.“ Siedząc w zamkniętym powozie, Wroński wyjął list matki z kartką brata i przeczytał je.
Wroński nie znalazł w tych listach nic nowego. Matka, brat, wszyscy uznawali za stosowne wtrącać się w jego miłosne sprawy. To wtrącanie się wywoływało w nim oburzenie, co rzadko trafiało się Wrońskiemu. „Co ich to obchodzi? Dlaczego każdy poczytuje sobie za obowiązek zajmować się moją osobą? i czego oni chcą odemnie? Wtrącają się chyba dlatego tylko, że jest w tem coś takiego, czego oni pojąć nie mogę: gdyby to była zwykła przelotna miłostka, zostawiliby mnie w spokoju; domyślają się jednak, że to jest coś innego, a nie zabawka i że ta kobieta jest mi droższą nad życie: oni zrozumieć tego nie są w stanie, więc ich to gniewa. Jakimby nie był w przyszłości i obecnie los nasz, myśmy sami stworzyli go sobie i nie użalamy się nań“ — myślał Wroński, łącząc w wyrazie my siebie i Annę. „Oni chcą koniecznie uczyć nas, jak mamy postępować, gdyż sami nie mają pojęcia o takiem szczęściu, jak nasze, ponieważ nie wiedzą, że bez tej miłości nie istnieje dla nas ani szczęście, ani nieszczęście, że nie istnieje życie samo!“
To wtrącanie się wszystkich gniewało Wrońskiego, gdyż wiedział, że wszyscy mają słuszność: wiedział, że miłość, która łączy go z Anną, nie jest chwilowem zaślepieniem, które prędko przeminie, jak zwykle stosunki tego rodzaju, nie pozostawiając po sobie innych śladów w ich życiu, prócz przyjemnych lub nieprzyjemnych wspomnień. Wroński widział, jak przykrem było położenie jego samego i Anny, widział całą trudność, polegającą na ukryciu ich wzajemnego stosunku przed światem, wśród którego żyli i na ciągłem okłamywaniu i oszukiwaniu tego świata. Trzeba było nieustannie kłamać, oszukiwać i nieustannie myśleć o drugich wtedy właśnie, gdy namiętność, która ich łączyła, była do tego stopnia potężną, że kazała im zapominać o wszystkiem prócz miłości.
Wroński przypominał sobie dokładnie te wszystkie wypadki, które dość często miały miejsce, gdy trzeba było koniecznie kłamać i oszukiwać, co było wręcz przeciwnem jego szczerej i otwartej naturze; szczególnie zaś wyraźnie uprzytamniał sobie to uczucie wstydu, które wywoływała u Anny konieczność kłamania i oszukiwania. I w tej chwili Wroński znów doświadczał tego dziwnego uczucia, które ogarniało go już parę razy od czasu poznania Anny; uczuciem tem był wstręt względem kogoś, lecz Wroński sam nie zdawał sobie sprawy względem kogo: czy względem Aleksieja Aleksandrowicza, czy względem siebie samego, czy też względem całego świata, tego Wroński nie wiedział dobrze, lecz zawsze starał się nie dopuszczać do siebie tego uczucia i teraz również pospieszył otrząsnąć się z niego i zaczął rozmyślać o swem położeniu.
„Wistocie, pierwej była ona nieszczęśliwą, lecz dumną i spokojną, a teraz nie może być ani spokojną, ani godną szacunku przed samą sobą, chociaż nie pokazuje tego po sobie. Doprawdy, trzeba koniecznie z tem skończyć“ — postanowił Wroński.

I w głowie Wrońskiego po raz pierwszy powstała wyraźna myśl, iż trzeba koniecznie dać pokój temu ciągłemu kłamstwu i czem prędzej, tem lepiej. „I ona i ja musimy wszystko rzucić i ukryć się gdziebądź z naszą miłością“ — rzekł sam do siebie.

XXII.

Ulewa trwała niedługo i gdy Wroński dojeżdżał ostrym kłusem do Peterhofu, słońce wyjrzało znowu, dachy letnich pałacyków i stare lipy, rosnące w ogrodach, ciągnących się z obu stron głównej alei, lśniły się w promieniach słońca, z gałęzi kapała, a z dachów lała się woda. Wroński nie myślał już teraz o tem, że ulewa popsuła zapewne tor wyścigowy, lecz, że dzięki temu deszczowi zastanie ją napewno w domu, gdyż wiedział, że Aleksiej Aleksandrowicz, który przed paroma dniami dopiero powrócił z zagranicy, mieszkał przez lato w Petersburgu.
Wroński liczył napewno na to, że zastanie Annę samą, wysiadł więc z powozu niedojeżdżając do mostku, jak to zwykle czynił, aby mniej zwracać na siebie uwagę, przeszedł resztę drogi piechotą i nie wszedł przez główny ganek z ulicy, lecz skierował się przez podwórze.
— Czy pan przyjechał? — zapytał Wroński ogrodnika.
— Pana niema, ale pani jest; niech pan pozwoli na ganek: tam jest służba i zaraz panu otworzy — odparł ogrodnik.
— Nie, wejdę przez ogród.
Upewniwszy się, że Anna jest sama i chcąc zrobić jej niespodziankę, gdyż nie zapowiedział swego dzisiejszego przyjazdu i Anna zapewne nie spodziewała się, aby mógł przyjechać przed wyścigami, Wroński, podtrzymując szablę, szedł ostrożnie ścieżką, wysadzoną z obydwóch stron kwiatami, ku tarasie, wychodzącej na ogród. Wroński zapomniał już teraz o wszystkiem, o czem myślał po drodze, a mianowicie o swem przykrem położeniu; teraz myślał tylko o tem, że za chwilę ujrzy ją nietylko w swej wyobraźni, lecz żywą, taką, jaką jest w rzeczywistości. Wroński wchodził już na strome stopnie tarasy, gdy nagle przypomniał sobie, o czem zawsze zapominał, a co stanowiło najprzykrzejszą stronę w jego stosunkach z Anną, jej syna, z jego pytająeem i nieprzychylnem, jak zdawało się Wrońskiemu, spojrzeniem.
Chłopiec ten częściej niż kto inny przeszkadzał im w schadzkach: gdy on był obecnym, ani Wroński, ani Anna niedość że nie pozwalali sobie mówić o czembądź, czegoby nie mogli powtórzyć przy wszystkich, lecz nawet nie pozwalali sobie na mówienie ogólnikami o rzeczach, którychby malec nie mógł zrozumieć. Wroński i Anna nie umawiali się o to, oszukiwać jednak dziecko uważaliby za niegodne siebie: w obecności Sierioży rozmawiali z sobą jak zwykli znajomi. Pomimo jednak tej ostrożności, Wroński zauważał często skierowane na siebie uważne, niedowierzające spojrzenie dziecka, zauważał również jakąś dziwną bojaźń i zmienność w dziecku, które czasami było względem niego serdeczne i garnęło się ku niemu, czasami zaś było dziwnie chłodne i nieśmiałe. Dziecko zdawało się odczuwać instynktownie, że pomiędzy tym człowiekiem a matką istnieje coś ważnego, czego ono pojąć nie jest w stanie.
I w samej rzeczy chłopiec widział, że nie może zdać sobie sprawy z tego stosunku i żadną miarą nie mógł domyślić się, jak powinien zachowywać się względem tego człowieka. Wrażliwy i obdarzony, jak każde dziecko, zmysłem spostrzegawczym, Sieroża widział, że ojciec, guwernantka, niańka, niedość, że nie lubią Wrońskiego, lecz nawet, choć mu o tem nie mówili, patrzą na niego z przerażeniem i wstrętem. Sieroża widział i to również, że matka zapatrywała się na Wrońskiego, jak na najlepszego przyjaciela.
„Co to ma znaczyć? Co to za jeden? Jak trzeba go kochać? Jeśli nie wiem tego, to jest w tem moja wina, gdyż jestem albo głupim, albo złym chłopcem“ — myślało dziecko. Niepewność ta była powodem jego badawczego, pytającego po trochu nawet nieprzyjaznego obejścia się, nieśmiałości i nierówności, co krępowało Wrońskiego. Obecność tego dziecka wywoływała we Wrońskim zawsze i stale to dziwne uczucie obrzydzenia, którego doświadczał w ostatnich czasach. Obecność tego dziecka wywoływała w Annie i we Wrońskim wrażenie, podobne do wrażenia, jakiego doświadcza marynarz, który widzi na kompasie, że kierunek, w jakim okręt szybko płynie, różni się znacznie od właściwego kierunku, lecz który nie może powstrzymać tego ruchu, i który wie, że każda minuta oddala go coraz bardziej od właściwej drogi, boi się zaś przyznać do tego, gdyż musiałby w takim razie zdać sobie jasno sprawę, iż czeka go nieuchronna zguba.
Dziecko to wraz ze swym naiwnym poglądem na życie było kompasem, pokazującym im stopień zboczenia od tego, o czem oboje wiedzieli, lecz o czem nie chcieli wiedzieć.
Tym razem Sieroży nie było w domu: Anna była zupełnie sama i siedząc na tarasie, oczekiwała na powrót syna, który wyszedł na spacer jeszcze przed deszczem. Matka wysłała lokaja i pokojówkę szukać go i zniecierpliwością czekała na jego powrót. Anna ubrana w białą suknię z szerokiemi koronkami, siedziała w rogu tarasu za klombem kwiatów i nie słyszała nadejścia Wrońskiego. Schyliwszy głowę całą w czarnych lokach, Anna przycisnęła czoło do chłodnej polewaczki, stojącej na balustradzie i toczonemi swemi rękoma, ozdobionemi dobrze znanymi Wrońskiemu pierścieniami, przytrzymywała polewaczkę. Piękność całej jej postaci, głowy, szyi, rąk, za każdym razem niespodziewanie uderzała Wrońskiego, to też zatrzymał się, spoglądając na nią z zachwytem; lecz w chwili, gdy chciał postąpić krok naprzód i zbliżyć się ku niej, Anna odczuła już jego obecność, odsunęła polewaczkę i zwróciła ku niemu swą rozpaloną twarz.

— Co pani jest? czy pani niezdrowa? — zapytał po francusku, podchodząc do niej.
Wroński chciał prędko podejść do Anny, lecz przypomniał sobie, że może ktobądż patrzy się na nich, obejrzał się więc na drzwi od balkonu i zarumienił, tak jak rumienił się za każdym razem, gdy wiedział, że musi mieć się na baczności i ciągle oglądać. — Nie, jestem zdrowa — odparła Anna, wstając i ściskając mocno podaną sobie rękę. — Nie spodziewałam się... ciebie.
— Mój Boże! jakie zimne ręce! — rzekł Wroński.
— Przestraszyłeś mnie. Jestem sama i czekam na Sierożę, który poszedł na spacer i tędy zapewne wracać będzie.
Chociaż Anna usiłowała być spokojną — wargi jej drżały.
— Niech mi pani wybaczy, żem przyjechał, lecz nie mogłem spędzić dnia nie widząc pani — mówił Wroński, używając stale w rozmowie z Anną francuskiego języka, aby uniknąć obojętnego pani i niebezpiecznego ty rosyjskiego.
— Co mam przebaczać? Owszem, cieszę się bardzo!
— Ale pani jest albo niezdrową, albo zmęczoną — mówił Wroński, nie puszczając jej ręki i pochylając się nad nią. — O czem pani tak myślała?
— Jak zawsze o jednem i o tem samem — odparła Anna z uśmiechem.
Anna mówiła prawdę, gdyż można ją było w każdej chwili zapytać o czem myśli i Anna szczerze, bez zająknienia mogła odrzec: o jednem tylko, o swem szczęściu i o swem nieszczęściu. I w tej chwili właśnie, gdy Wroński nadchodził, Anna zastanawiała się, dlaczego innym, naprzykład Betsy (Anna wiedziała o jej stosunku z Tuszkiewiczem o czem nie wszyscy wiedzieli) wszystko to wydawało się takiem łatwem, a dla niej wszystko było taką męczarnią? Myśl ta prześladowała ją dzisiaj z powodu pewnych okoliczności. Anna zaczęła wypytywać się Wrońskiego o wyścigi. Wroński odpowiedział jej i widząc jej zmieszanie, opowiadał zupełnie swobodnie o przygotowaniach do wyścigów, chcąc Annę rozerwać.
„Powiedzieć mu, czy nie powiedzieć?“ — namyślała się Anna, patrząc w jego spokojne i uśmiechnięte oczy. — „On jest taki szczęśliwy i taki przejęty tymi wyścigami, że nie zrozumie tego dobrze i nie pojmie, do jakiego stopnia jest to ważnem dla mnie.“
— Ale pani nic mi nie mówi, o czem pani myślała, gdym ja wszedł — rzekł Wroński, przerywając swoje opowiadanie — niech więc pani będzie łaskawą powiedzieć mi!
Anna nie odpowiadała Wrońskiemu, pochyliła tylko głowę, patrząc na niego pytająco swemi dużemi, ocienionemi długiemi rzęsami oczyma; ręka jej, w której trzymała zerwany liść, drżała. Wroński zauważył to i w oczach jego odmalowała się ta pokora i niewolnicze poddanie się, które ją zawsze rozbrajały.
— Widzę, że zaszło coś niezwykłego, ale czyż ja mogę być choć na chwilę spokojnym, wiedząc, że pani ma zmartwienie i że pani nie chce zemną podzielić się niem? niech pani powie, na miłość Boską! — prosił Wroński.
„Nie przebaczę mu nigdy, jeśli nie pojmie całej wagi, którą ja przywiązuję do tego, co mu za chwilę powiem... a może lepiej nie mówić?... po co narażać się na rozczarowanie?“ — myślała Anna, patrząc nieustannie na Wrońskiego i czując, że ręka z liściem drży coraz bardziej.
— Na miłość Boską! — powtórzył Wroński, biorąc ją za rękę.
— Powiedzieć?
— Tak, tak, tak...
— Jestem w odmiennym stanie — rzekła cicho i powoli Anna.
Liść zadrżał jeszcze bardziej w ręku Anny, nie spuszczającej spojrzenia z Wrońskiego, gdyż chciała widzieć, jak podziała na niego ta wiadomość. Wroński pobladł, chciał coś powiedzieć, lecz wstrzymał się, wypuścił jej rękę i pochylił głowę. „Zrozumiał więc, jak ważnym jest ten fakt“ — pomyślała Anna i z wdzięcznością uścisnęła go za rękę.
Lecz Anna omyliła się myśląc, że Wroński pojął znaczenie tego wypadku tak samo, jak pojęła je ona, kobieta. Usłyszawszy tę wiadomość, Wroński z dziesięciokrotną siłą odczuł to dziwne, przytrafiające mu się uczucie obrzydzenia, zrozumiał jednak zarazem, że obecnie nastała ta kryzys, której sobie życzył, że nie można już więc niczego dłużej ukrywać przed mężem i że trzeba koniecznie w jaki bądź sposób wyjść z tego nienaturalnego położenia. Zakłopotanie Anny udzieliło się i Wrońskiemu; Wroński czule i pokornie spojrzał na Annę, pocałował ją w rękę, wstał i milcząc przeszedł się parę razy po tarasie.
— Tak — odezwał się po chwili, podchodząc do Anny — ani ja, ani pani nie zapatrywaliśmy się na nasz związek jak na zabawkę i los nasz obecnie rozstrzygnął się. Trzeba koniecznie — mówił Wroński, oglądając się — dać pokój temu kłamstwu, z którem musimy ustawicznie żyć.
— Dać pokój? w jaki sposób, Aleksieju? — zapytała Anna po cichu.
Anna uspokoiła się już i w jej oczach przebijał się łagodny uśmiech.
— Opuścić męża i połączyć nasze losy.
— One i bez tego już są złączone — odparła Anna bardzo cicho, że Wroński zaledwie dosłyszał jej słowa.
— Tak, lecz zupełnie, zupełnie.
— Ale jak, Aleksieju, naucz mnie jak? — zapytała Anna z bolesną ironią nad swem położeniem bez wyjścia. — Cóż ja mam robić? Czyż ja nie jestem żoną swego męża?
— Niema takiego położenia, z którego nie byłoby wyjścia, trzeba tylko raz zdecydować się — odrzekł Wroński — gdyż cokolwiek się zdarzy, wszystko będzie lepszem od obecnego naszego stanu. Widzę przecież, że musisz się liczyć i z opinią powszechną, i z synem, i z mężem...
— Ach, tylko nie z mężem — z uśmiechem odparła Anna — nic o nim nie wiem, ani nie myślę o nim nawet, gdyż on nie istnieje dla mnie.
— Nie mówisz tego szczerze, Anno; znam cię dobrze i wiem, że sumienie wyrzuca ci twoje postępowanie względem niego.
— A zresztą, on o niczem nie wie — odparła Anna i nagle gorący rumieniec oblał jej twarz; policzki, czoło, szyja, stały się czerwonemi i łzy wstydu zakręciły się jej w oczach. — Nie mówmy już o nim więcej!

XXIII.

Wroński już parę razy próbował, choć nigdy jeszcze tak stanowczo jak teraz, rozmówić się poważnie z Anną, lecz zawsze spotykał się z jej strony z tem lekkomyślnem i powierzchownem zapatrywaniem się, z jakiem i dzisiaj Anna odpowiadała mu. Zdawało się, że jest wtem wszystkiem coś takiego, czego Anna nie może, lub też niechce wytłumaczyć sobie; zdawało się, że z chwilą, gdy wszczynała się rozmowa o tem wszystkiem, ta prawdziwa Anna chowała się wewnątrz siebie, a zato występowała jakaś inna, obca Wrońskiemu, kobieta, której on nie lubiał, której lękał się i która stawiała mu opór. Dzisiaj jednak Wroński postanowił powiedzieć wszystko.
— Czy on wie, czy też nie wie — rzekł Wroński swym zwykłym, spokojnym głosem — nic to nas nie obchodzi. My nie możemy... pani nie może, szczególniej teraz...
— Cóż więc, zdaniem pana, należy nam czynić? — zapytała Anna z lekką ironią. Annę, która z początku lękała się, że jej stan odmienny nie uczyni na Wrońskim żadnego wrażenia, gniewało obecnie, że Wroński z tego powodu wyprowadza konieczność przedsiębrania czegoś.
— Należy wyznać mu wszystko i opuścić go.
— Doskonale; przypuśćmy, że tak postąpię — odparła Anna. — Czy pan wie, co wyniknie z tego?... ja panu zaraz powiem wszystko z góry... — i zły jakiś ogień błysnął w jej łagodnych przed chwilą oczach. — „A, pani kocha drugiego i wstąpiła z nim w występny związek[9]. Uprzedzałem przecież panią o wszystkich skutkach, jakie to pociągnie za sobą pod względem religijnym, społecznym i rodzinnym; pani jednak nie usłuchała mnie. Nie mogę więc teraz narażać na wstyd nazwiska, które noszę ja... i mój syn“... chciała Anna dodać, lecz z syna swego nie mogła szydzić. Wogóle z właściwą sobie ścisłością i dokładnością powie mąż mój, że nie może rozłączyć się ze mną, lecz że zostaną przedsięwzięte wszelkie kroki, aby nie dopuścić do skandalu... a wszystko, co zapowie, spełni spokojnie i ściśle. Wie pan już wszystko, co będzie... to nie człowiek, to maszyna, a w dodatku, gdy się rozgniewa, zła maszyna — dodała Anna po chwili, przypominając sobie Aleksieja Aleksandrowicza, jego postać w najdrobniejszych szczegółach, jego sposób mówienia, i poczytując mu za występek wszystko, co było w nim nieładnego i nic mu nie przebaczając, pomimo iż tyle przeciwko niemu wykroczyła.
— Anno — rzekł Wroński miękkim, przekonywującym tonem, starając się uspokoić ją — trzeba koniecznie wyznać mu wszystko, a potem dopiero postępowanie nasze będzie zależało od tego, co on powie.
— Radzisz więc ucieczkę w danym razie?
— Czemu nie? Nie zdaje mi się możebnem, aby stan obecny mógł trwać dłużej; nie mówię tego myśląc o sobie, widzę jednak cierpienia pani...
— A gdy uciekniemy, ja stanę się pańską kochanką — przerwała mu Anna z przekąsem.
— Anno — odezwał się Wroński z lekką wymówką.
— Tak — mówiła Anna dalej — stać się pańską kochanką i stracić wszystko...
Anna znowu chciała powiedzieć: syna, lecz wyrazu tego nie była w stanie wymówić.
Wroński nie mógł pojąć, w jaki sposób Anna, obdarzona silną, uczciwą naturą, może znosić ten stan nieustannego kłamania i oszukiwania i dlaczego nie chce wyjść z niego, nie domyślał się jednak, że główną przyczyną tego był wyraz syn, którego Anna nie miała sił i odwagi wymawiać; gdy myślała o swym synu i o przyszłych stosunkach tego syna z matką, która porzuciła jego ojca, Anna do tego stopnia przerażała się tem co zrobiła, że nie była w stanie rozumować, lecz jako kobieta, usiłowała uspakajać się tylko bezpodstawnemi przypuszczeniami, pragnąc, aby wszystko pozostało po dawnemu, i aby można było zapomnieć o tem strasznem pytaniu: „co będzie z synem.“
— Proszę cię i błagam — odezwała się nagle Anna, zupełnie innym, szczerym i czułym głosem, ujmując rękę Wrońskiego — nie rozmawiaj ze mną nigdy o tem.
— Ale, Anno...
— Nigdy, pozostaw mi wszystko... znam dokładnie całą grozę mego położenia, lecz nie jest to tak łatwo, jak ci się zdaje, wybrnąć z niego. Pozostaw mi wszystko i spełnij mą prośbę: nigdy już nie mów ze mną o tem. Czy przyrzekasz mi?... Nie, nie... przyrzeknij mi!...
— Przyrzekam ci wszystko, lecz w każdym razie nie mogę być spokojnym, szczególniej teraz gdyś mi powiedziała o tem. Nie mogę być spokojnym, gdy ty jesteś niespokojną...
— Ja? — powtórzyła Anna — w istocie chwilami męczę się, lecz to przejdzie, jeśli ty nigdy nie będziesz mówił ze mną o tem; gdyż tylko wtedy dręczy mnie to wszystko, gdy ty poruszasz ze mną ten przedmiot.
— Nic nie rozumiem — zauważył Wroński.
— Wiem — przerwała mu Anna — że tobie z twym prawym charakterem trudno jest kłamać i żal mi cię szczerze. Zastanawiam się nad tem często, żeś ty dla mnie poświęcił całą swą przyszłość.
— Przed chwilą myślałem o tem samem: dlaczegoś ty właśnie wszystko poświęciła dla mnie, nie mogę więc wybaczyć sobie, że jesteś nieszczęśliwą.
— Jam nieszczęśliwa? — rzekła Anna, zbliżając się do niego i z uśmiechem, w którym malował się zachwyt i nieograniczona miłość, patrząc na niego: ja jestem jak człowiek głodny, któremu jeść dano. Być może, że mu jest zimno, że łachmany okrywają go, może nawet i wstydzi się ich, lecz nieszczęśliwym nie jest. Jam nieszczęśliwa? Nie prawda, oto moje szczęście...
Anna usłyszała głos powracającego ze spaceru syna, prędko obrzuciła spojrzeniem tarasę i nagle podniosła się z ławki: w oczach jej mignął znany Wrońskiemu ogień i Anna prędkim ruchem podniosła swe piękne, pokryte pierścieniami dłonie, ujęła go za głowę, popatrzała bacznie na niego i przybliżywszy swą twarz z otwartemi uśmiechniętemi wargami, prędko pocałowała go w usta i w oczy, poczem zlekka odsunęła od siebie.
Anna chciała odejść, lecz Wroński zatrzymał ją.
— Kiedy? — zapytał szeptem, spoglądając z zachwytem na nią.
— Dzisiaj o pierwszej! — szepnęła i westchnąwszy poszła swym lekkim i prędkim krokiem na spotkanie syna.
Deszcz złapał Sierożę w dużym ogrodzie, lecz chłopiec zdążył wraz z niańką ukryć się przed nim w altance.
— Do widzenia więc — rzekła Anna Wrońskiemu — trzeba już będzie niezadługo wybierać się na wyścigi; Betsy obiecała, że zajedzie po mnie.
Wroński spojrzał na zegarek i zaraz wyjechał.

XXIV.

Gdy Wroński na ganku u Kareninych patrzał na zegarek, to był do tego stopnia wzruszonym i zamyślonym, że choć widział wskazówki na cyferblacie, nie zauważył jednak godziny. Wroński wyszedł na szosę i stąpając ostrożnie po błocie, podszedł ku swemu powozowi. Umysł Wrońskiego był do tego stopnia przepełnionym myślami o Annie, że Wroński nie mógł nawet zdać sobie sprawy, która godzina i czy starczy mu jeszcze czasu na zajechanie do Briańskiego. Wrońskiemu w tej chwili, jak to się często zdarza, pozostała tylko zewnętrzna zdolność pamięci, wskazująca, co i w jakim porządku czynić należy: podszedł więc do furmana, drzemiącego na koźle w wydłużonym już cieniu gęstych lip, popatrzał na słup muszek uwijających się nad spoconymi końmi, wskoczył do powozu i kazał stangretowi jechać do Briańskiego. Dopiero, gdy przejechał siedm wiorst, Wroński opamiętał się, popatrzał na zegarek i spostrzegł, że już jest w pół do szóstej i że może się spóźnić.
Na ten dzień było naznaczonych parę biegów: wyścigi konwoju, potem dwuwiorstowy oficerski, czterowiorstowy, i bieg, w którym brał udział Wroński. Wroński na czwarty wyścig mógł zdążyć w każdym razie, lecz jeśli zajedzie jeszcze do Briańskiego, to stanie na torze zaledwie przed samym swym biegiem, gdy już cały dwór będzie na miejscu: nie było to dobrze, lecz Wroński dał Briańskiemu słowo, że będzie u niego, postanowił więc jechać dalej i kazał stangretowi nie żałować koni.
Przyjechawszy do Briańskiego, Wroński zabawił u niego pięć minut, poczem kazał jechać do domu. Szybka ta jazda uspokoiła go: wszystkie przykrości, jakie go spotykały z powodu stosunku z Anną, ich nieokreślone położenie, którego dzisiejsza rozmowa bynajmniej nie usunęła, wszystko to wyszło mu z głowy; obecnie Wroński z przyjemnością i trwogą myślał tylko o wyścigach, o tem, że w żadnym razie nie spóźni się i chwilami tylko jasnym płomieniem wybuchała w jego wyobraźni nadzieja szczęścia i rozkoszy, jakie czekają go podczas dzisiejszej nocnej schadzki. Wroński zbliżając się ku torowi, był coraz bardziej pod wrażeniem wyścigów i mijał co chwila powozy, jadące z okolicznych letnich mieszkań i z Petersburga.
W mieszkaniu swem Wroński nie zastał już nikogo; wszyscy byli na wyścigach, prócz lokaja, który przed chatą oczekiwał na niego. Zanim Wroński zdołał się przebrać, lokaj zameldował mu, że bieg drugi już rozpoczął się, że wielu panów przychodziło zapytywać o niego i że chłopak stajenny przybiegał już dwa razy.
Przebrawszy się powoli (Wroński nie spieszył się nigdy i nie tracił panowania nad sobą), Wroński pojechał do baraków, koło których widać już było całe morze powozów, ludu, żołnierzy otaczających tor i trybuny, napełnione publicznością. Drugie wyścigi odbywały się już zapewne, gdyż wchodząc do baraków, Wroński posłyszał dzwonek. Podchodząc ku stajniom, Wroński ujrzał konia Machotina, gniadego ogiera z białemi nogami, którego prowadzono na tor w oponie w pasy pomarańczowe i niebieskie z ogromnemi sterczącemi uszami.
— Gdzie Corde? — zapytał Wroński stajennego.
— W stajni, siodła konia. — Frou-Frou już osiodłana stała w swej stajni: za chwilę miano ją wyprowadzać.
— Nie spóźniłem się? — zapytał Wroński.
All right! all right! Wszystko już gotowe! Wszystko już gotowe! — odparł Anglik. — Niech pan tylko będzie spokojny.
Wroński raz jeszcze obrzucił spojrzeniem cudne, ulubione kształty swego konia, który drżał całem ciałem; nareszcie z przykrością odrywając się od tego widoku, wyszedł z baraku i kazał jechać ku trybunom, dokąd udało mu się przybyć w najstosowniejszej chwili, gdy nikt nie zwracał na niego uwagi. Dwuwiorstowy wyścig kończył się właśnie i oczy wszystkich zwrócone były na kawelegarda, biegnącego na przedzie i na łajb-huzara, biegnącego trochę za nim; obydwaj zbliżali się do słupa, przynaglając konie do wydobywania z siebie reszty sił. Tłum, będący w środku koła i po za niem, rzucił się ku słupowi, a grupa żołnierzy i oficerów kawalegardów wyrażała głośnymi okrzykami radość ze spodziewanego zwycięstwa swego zwierzchnika i kolegi. Wroński, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, wszedł w środek tłumu prawie w tej samej chwili, gdy dzwonek dał sygnał, że wyścig skończył się. Wysoki, obryzgany błotem kawalegarda, który pierwszy dobiegł do mety, poprawiał się na siodle i ściągał cugle swemu szaremu, zlanemu potem i z trudnością oddychającemu ogierowi.
Ogier, z wysiłkiem stawiając nogi, zwolnił biegu i oficer, obejrzawszy się naokoło, jak człowiek przebudzony ze snu ciężkiego, uśmiechnął się z pewnym przymusem: tłum znajomych i nieznajomych otoczył go.
Wroński naumyślnie nie zbliżał się ku trybunie, którą zajmowała i przed którą spokojnie i ze swobodą przechadzała się i rozmawiała cała śmietanka petersburskiego towarzystwa, gdyż dojrzał w niej i Kareninę, i Betsy i bratowę i wiele innych znajomych; naumyślnie więc, aby nie dawać sobie powodu do roztargnienia, trzymał się od nich zdaleka, spotykani jednak co chwila znajomi zatrzymywali go, opowiadając mu o szczegółach odbytych już wyścigów i zasypując go pytaniami, dlaczego spóźnił się.
W chwili, gdy tych, co brali udział w ukończonym dopiero co wyścigu, zawołano ku trybunom, gdzie miano im wręczać nagrody i gdy wszyscy poszli za nimi, starszy brat Wrońskiego, Aleksander, pułkownik, z akselbantami na mundurze, niewysokiego wzrostu, również barczysty, jak i Aleksiej, lecz przystojniejszy od brata i bardziej rumiany, z czerwonym nosem, z trochę rozpitą lecz szczerą i sympatyczną twarzą, podszedł do niego.
— Odebrałeś mój bilet? — zapytał Aleksander brata — nigdy nie można zastać cię w domu.
Aleksander Wroński, pomimo hulaszczego życia, jakie pędził, a w którem pijatyki zajmowały niepoślednie miejsce i z którego powszechnie był znanym, miał nadzwyczaj wykwintne formy. I teraz więc, gdy mówił z bratem o bardzo drażliwej sprawie, ponieważ wiedział, że wszyscy mogą patrzyć się na nich, uśmiechał się, jak gdyby żartował z bratem o rzeczach, które ich obydwóch nic a nic nie obchodzą.
— Odebrałem i doprawdy nie rozumiem, o co tobie chodzi — odparł Aleksy.
— Chodzi mi o to, że przed chwilą zwrócono mi uwagę, iż cię niema i że w poniedziałek widziano cię w Peterhofie.
— Są rzeczy, o których mogą wypowiadać swe zdanie tylko ci, co biorą w nich udział i ta właśnie sprawa, która cię tak obchodzi, należy właśnie do tych, które...
— Przypuśćmy, lecz w takim razie nie służy się, ale...
— Bądź łaskaw nie wtrącać się nie do swoich rzeczy i proszę cię, zakończmy tę rozmowę.
Zachmurzona twarz Aleksego Wrońskiego pobladła i wystająca górna szczęka drgnęła, co zdarzało mu się nadzwyczaj rzadko. Wroński, mając bardzo dobre serce, gniewał się rzadko, lecz gdy rozgniewał się i gdy mu drżała broda, bywał strasznym, Aleksander Wroński wiedział o tem, więc rzekł z wesołym uśmiechem:
— Chciałem ci tylko oddać list od matki. Odpisz jej i nie denerwuj się przed wyścigami. Bonne chance — dodał po chwili i pożegnał się z bratem.
Natychmiast po odejściu brata Wroński znów usłyszał, że ktoś woła na niego z wielką radością w głosie:
— Nie chcesz już znać swych przyjaciół! Jak się miewasz, mon cher! — głośno wołał Stepan Arkadjewicz, który i tutaj wśród petersburskiego blasku, wyróżniał się, również jak i w Moskwie swą rumianą twarzą i starannie pielęgnowanemi faworytami. — Przyjechałem wczoraj i cieszę się bardzo, że będę świadkiem twoich tryumfów. Kiedyż zobaczymy się?
— Przychodź jutro do naszego klubu — rzekł Wroński i przeprosiwszy Stepana Arkadjewicza, uścisnął mu rękę i odszedł na środek toru, dokąd wprowadzono już konie, mające brać udział w dużym wyścigu z przeszkodami.
Spocone, pomęczone konie, które brały już udział w poprzednich biegach, odprowadzono do stajni i na ich miejsce pojawiały się na torze inne, przeważnie angielskiej rasy konie na mundsztukach, z podciągniętymi brzuchami, co czyniło je podobnymi do ogromnych ptaków. Z prawej strony toru stajenny wprowadził ładną Frou-Frou, stąpającą jak na sprężynach na swych elastycznych, długich pęcinach. Ze stojącego niedaleko od niej Gladyatora zdejmowano właśnie oponę. Duże, ładne, najzupełniej prawidłowe kształty ogiera ze ślicznym zadem i z nadzwyczaj krótkiemi pęcinami, pomimowoli zwróciły na siebie uwagę Wrońskiego. Wroński zamierzał właśnie podejść ku swej klaczy, gdy znów ktoś ze znajomych zatrzymał go.
— Czy widzisz Karenina? — zapytał go znajomy, z którym Wroński zaczął rozmawiać. — Szuka widocznie swej żony, która siedzi na trybunie. Czy pan widział ją?
— Nie, nie widziałem — odparł Wroński i nie oglądając się nawet na trybunę, w której podobno siedziała Anna, podszedł ku Frou-Frou.
Wroński nie zdążył jeszcze obejrzyć siodła i wydać odpowiednie rozporządzenia, gdy zawołano go razem z innymi, którzy mieli ścigać się, ku namiotowi, gdzie ciągniono losy. Siedmnastu oficerów weszło do namiotu i zaczęło ciągnąć numery: wszyscy byli poważni, twarze niektórych pokryte były bladością. Wrońskiemu dostał się siódmy numer. Rozległa się komenda: „Na koń!“
Wroński wiedział, że on i wszyscy ścigający się stanowią środowisko, na które są zwrócone oczy zebranych tłumów, a że zawsze w ważniejszych chwilach swego życia panował nad sobą, podszedł więc ku klaczy powoli i spokojnie. Corde, by godnie uczcić taką uroczystość jak wyścigi, ubrał się odświętnie, t. j. w zapięty pod samą brodę tużurek, mocno nakrochmalony wysoki kołnierzyk, w okrągły czarny kapelusz i buty ze sztylpami. Anglik był jak zawsze pełen powagi i sam trzymał konia za cugle. Frou-Frou drżała wciąż jak w febrze i z podełba patrzała na Wrońskiego oczyma pełnemi ognia. Wroński wsunął palec pod poprąg: koń wzdrygnął się i zaczął kłaść uszy po sobie. Anglik wykrzywił wargi, co miało oznaczać uśmiech, że sprawdzano, czy dobrze osiodłał konia.
— Niech pan siada na konia, to się pan zaraz uspokoi.
Wroński po raz ostatni obejrzał się na swych współzawodników, gdyż wiedział, że podczas biegu nie będzie ich widział. Dwóch z pośród nich dojeżdżało już do miejsca, w którem miał odbywać się start. Palcyn, jeden z niebezpiecznych współzawodników i przyjaciel Wrońskiego, uwijał się koło gniadego ogiera niepozwalającego wsiadać na siebie. Maleńki leib-huzar w wązkich rajtuzach, chcąc naśladować angielskich żokiejów, zgiął się na siodle jak kot i pędził galopem. Książę Kuzowlew siedział cały blady na swej rasowej klaczy ze stada Grabowskiego, którą Anglik żokiej wiódł za cugle. Wroński, również jak i wszyscy koledzy, wiedział, że Kuzolew jest nadzwyczaj nerwowy i pełen miłości własnej; wiedział, że Kuzowlew lęka się wszystkiego, że boi się konnej jazdy, lecz teraz dlatego właśnie, że bał się, że ludzie kręcili sobie karki, że koło każdej przeszkody stał doktór, furgon z lazaretu ze znakiem czerwonego krzyża i z siostrami miłosierdzia, Kuzowlew zdecydował się wziąć udział w wyścigach; gdy wejrzenia ich spotkały się, Wroński uśmiechnął się do niego zachęcająco. Wroński nie spojrzał się na jednego tylko ze swoich kolegów, Machotina na Gladyatorze.
— Niech się pan nie spieszy — rzekł Corde do Wrońskiego — i niech pan pamięta o jednem: niech pan koło przeszkód ani nie wstrzymuje, ani nie przynagla klaczy do brania ich, niech już pan to zostawi w zupełności jej uznaniu.
— Dobrze, dobrze — odparł Wroński, biorąc za cugle.
— Jeśli pan będzie mógł, niech pan prowadzi wyścig, w każdym razie jednak niech pan nie traci nadziei do ostatniej chwili.
Zanim Frou-Frou zdążyła się spostrzedz, Wroński silnym, zręcznym i prędkim ruchem włożył nogę w stalowe, nacinane strzemię i w jednej chwili już siedział na skrzypiącem skórzanem siodle; gdy Wroński i prawą nogę umieścił w strzemieniu i zrównał pomiędzy palcami podwójne cugle, Corde puścił konia. Frou-Frou zdawała się niewiedzieć z której nogi zacząć iść i wyciągając długą swą szyję, ruszyła z miejsca, kołysząc jeźdźca na swym giętkim grzbiecie, jak na sprężynach. Corde przyspieszając kroku, szedł za nią, klacz wciąż niespokojna i podrażniona, wyciągała cugle to w jedną, to w drugą stronę, chcąc oszukać jeźdźca i Wroński napróżno usiłował głosem i głaskaniem uspokoić ją.
Wroński zdążając do startu, zbliżał się już ku zatamowanej rzece. Niektórzy ze ścigających się jechali przed nim, drudzy za nim, gdy nagle Wroński usłyszał za sobą tentent galopującego po błocie konia i w mgnieniu oka minął go Machotin na swym białonogim Gladyatorze. Machotin uśmiechnął się, pokazując swe długie zęby, lecz Wroński spojrzał na niego gniewnie, gdyż wogóle nie lubiał Machotina, obecnie zaś patrzał na niego, jako na najgroźniejszego swego przeciwnika, i był niezadowolonym, że Machotin, wyprzedzając go, wystraszył mu konia. Frou-Frou zaczęła galopować z lewej nogi, dała dwa susy i z gniewem potrząsając mundsztukiem, puściła się kłusem, podrzucając jeźdźca na siodle. Corde zmarszczył się również i prawie że biegł za Wrońskim.

XXV.

Siedmnastu oficerów brało udział w wyścigach, które odbywały się na torze, mającym kształt elipsy długości czterech wiorst. Na obwodzie elipsy było dziewięć przeszkód: rzeka, baryera wysoka na dwa arszyny[10], suchy rów przed samą trybuną, rów z wodą, wzgórek, irlandzka bankieta (jedna z najtrudniejszych przeszkód), wał opleciony chrustem, po za którym znajdował się niewidoczny dla konia rów, tak, że koń musiał albo od razu przeskoczyć i wał i rów, albo zabić się, potem znowu dwa rowy z wodą i jeden suchy, i w końcu, naprzeciwko trybuny słup, dystansowy. Start był nie na obwodzie elipsy, lecz z boku o sto sążni i na przestrzeni tej jeźdźcy spotykali pierwszą przeszkodę: zatamowaną rzekę, szeroką na trzy arszyny, którą można było przesadzić lub też przejechać wbród.
Jeźdźcy trzy razy stawali do startu, lecz za każdym razem któryś koń wysuwał się naprzód i trzeba było zaczynać na nowo. Pułkownik Siestrin, nadzwyczaj wprawny starter, zaczynał się już gniewać, aż wreszcie za czwartym razem zawołał „ruszaj!“ i jeźdźcy puścili konie.
Na pstrą gromadkę kawalerzystów skierowały się wszystkie oczy i wszystkie lornetki.
„Już ich puścili! Już jadą!“ — rozległo się ze wszystkich stron, po długiej ciszy oczekiwania.
Widzowie zaczęli tłumnie przebiegać z miejsca na miejsce, chcąc się lepiej przypatrzyć wyścigom. Zaraz z samego początku biegu zbita gromadka jeźdźców poczęła się rozciągać i widać było jak po dwóch, po trzech zbliżali się ku rzece. Publiczności zdawało się, że wszyscy ruszyli jednocześnie, lecz dla jeźdźców istniały sekundy różnicy, nadzwyczaj dla nich ważne.
Płochliwa i nazbyt nerwowa Frou-Frou straciła pierwszy moment i parę koni ruszyło z miejsca przed nią, lecz jeszcze przed rzeczką, Wroński wstrzymując z całych sił nalegającą na cugle klacz, pozostawił za sobą trzy konie i przed nim biegł tylko gniady Gladyator Machotina, poruszając w takt zadem, a jeszcze dalej, śliczna Dyana, na której siedział na wpół martwy ze strachu Kuzowlew.
Na razie Wroński nie zdołał zapanować ani nad sobą, ani nad koniem i dopiero przed pierwszą przeszkodą, rzeką, był w stanie kierować ruchami konia.
Gladyator i Dyana zbliżali się ku rzece razem i jednocześnie prawie, jak na komendę, unieśli się nad rzeką i przeskoczyli na drugi brzeg; tuż za niemi, zdawać się mogło, że na skrzydłach uniosła się Frou-Frou; lecz w tej samej chwili, gdy Wroński uczuł się w powietrzu, nagle ujrzał pod nogami swego konia Kuzowlewa i Dyannę, wijących się na drugim brzegu, (gdy koń wziął przeszkodę, Kuzowlew puścił cugle i Dyana upadła głową na ziemię). O tych szczegółach Wroński dowiedział się potem, obecnie zaś obawiał się tylko, aby Frou-Frou, dotykając ziemi, nie postawiła swej nogi na nodze lub na głowie Dyany. Lecz Frou-Frou, jak kot spadający z wysokości, uczyniła nogami i grzbietem podczas skoku wysiłek, minęła leżącego konia i pobiegła dalej.
„Milutka!“ — pomyślał Wroński.
Przeskoczywszy rzekę, Wroński najzupełniej już opanował swego konia i zaczął powstrzymywać go, chcąc przeskoczyć wysoką bary erę po Machotinie i dopiero na następnym dystansie, na którym na przestrzeni dwudziesu sążni nie było żadnej przeszkody, zamierzał postarać się wyprzedzić współzawodnika.
Wysoka baryera stała przed cesarską trybuną. Cesarz, dwór cały i tłum widzów, jednem słowem wszyscy, przypatrywali się im obydwóm: Wrońskiemu i galopującemu na odległości jednego kroku od niego, Machotinowi; w chwili, gdy zbliżano się ku czortowi[11], Wroński czuł skierowane na siebie ze wszystkich stron spojrzenia, lecz nic nie widział prócz uszów i szyi Frou-Frou, ziemi pod jej nogami, która biegła ku niemu na spotkanie, zadu Gladyatora i jego białych nóg, migających wciąż na jednej i tej samej odległości. Gladyator uniósł się, o nic nie zawadził, machnął krótkim ogonem i znikł z przed oczu Wrońskiego.
— Brawo! — zawołał czyjś głos.
W tej chwili przed oczyma Wrońskiego mignęły deski baryery. Koń uniósł się pod nim, nie przyspieszając, ani nie zwalniając biegu; deski znikły z przed oczu Wrońskiego, który usłyszał za sobą tylko stuknięcie. Koń, pobudzany przez biegnącego przed nim Gladyatora, zawcześnie podniósł się przed baryerą i uderzył o nią tylnem kopytem, lecz nie zmienił tempa biegu; grudka błota uderzyła Wrońskiego w twarz, z czego Wroński wywnioskował, że wciąż znajduje się w tej samej odległości od Gladyatora, i znów ujrzał przed sobą jego zad, krótki ogon i te same nieoddalające się, wprawione w szybki ruch, nogi.
W tej samej chwili, gdy Wroński pomyślał, że czas już wyprzedzić Machotina, Frou-Frou odgadła jego myśl i bez żadnej zachęty, przyspieszyła biegu i poczęła zbliżać się do Gladyatora z tej strony, z której było jej korzystniej, to jest od strony sznura. Machotin nie puszczał jej do sznura. Zaledwie Wroński pomyślał, że można obejść od strony zewnętrznej, już Frou-Frou zmieniła nogę i w taki właśnie sposób zamierzała minąć rywala. Poczynająca już ciemnieć od potu szyja Frou-Frou zrównała się z zadem Gladyatora. Parę skoków konie przeszły razem, lecz przed samą przeszkodą, do której właśnie zbliżali się, Wroński chcąc przyspieszyć stanowczą chwilę, zaczął przynaglać konia uzdą i prędko, koło samego wzgórza, minął Machotina. Spojrzawszy na pobryzganą błotem twarz Machotina, Wrońskiemu zdawało się, że Machotin uśmiechnął się. Wroński wyprzedził Machotina, lecz czuł go zaraz za sobą i nieustanny słyszał tuż za plecami miarowy odgłos biegu Gladyatora i urywany, zupełnie jeszcze niezmęczony oddech jego.
Następne dwie przeszkody, rów i baryerę, Wroński wziął z łatwością, lecz usłyszał, że chrapanie Gladyatora i tentent jego kopyt zbliżają się: popędził więc konia i z radością zauważył, że Frou-Frou bez żadnego wysiłku zdołała pobiedz prędzej, a tentent Gładyatora dał się słyszeć na poprzedniej odległości.
Wroński prowadził wyścig, a więc stało się, jak życzył sobie i jak Corde radził mu: teraz był już pewnym wygranej; podniecenie, radość i zadowolenie z Frou-Frou wzrastały nieustannie. Wroński chciał obejrzeć się, lecz nie śmiał, starał się więc uspokoić i nie wysilać konia, aby pozostawić mu ten sam zapas sił, jaki — Wroński przypuszczał — pozostawał jeszcze w Gladyatorze. Jeśli Wroński pierwszy weźmie jedyną jeszcze, ostatnią przeszkodę, stanie pierwszy przy celowniku. Wroński zbliżał się do irlandzkiej bankiety. Jon i Frou-Frou zdaleka już widzieli tę bankietę i powątpiewanie ogarnęło na chwilę oboje, konia i jeźdźca. Patrząc się z góry na szyję i łeb konia, Wroński ze sposobu, w jaki koń strzygł uszami, spostrzegł, że Frou-Frou powątpiewa o sobie, podniósł więc szpicrutę, lecz natychmiast przekonał się, że spostrzeżenie jego było mylne, gdyż koń wiedział, co mu czynić należy. Frou-Frou wyciągnęła się cała i równo, tak właśnie, jak się Wroński spodziewał, wzbiła się i zlekka odepchnąwszy się nogami od ziemi, zdała się na działalność siły inercyi, która przerzuciła ją daleko za rów; Frou-Frou pobiegła dalej z tej samej nogi, bez żadnego wysiłku i wciąż w tem samem tempie.
— Brawo, Wroński! — dały się słyszyć głosy przyjaciół Wrońskiego, którzy stali koło rowu; Wroński nie mógł nie poznać głosu Jawszyna, którego jednak nie dojrzał.
„Milutka“ — pomyślał Wroński o Frou-Frou, przysłuchując się temu, co działo się za nim. — „Przeskoczył!“ — szepnął Wroński, posłyszawszy za sobą odgłos podskoku Gladyatora. Pozostawał jeszcze tylko jeden rów z wodą, szeroki na dwa arszyny. Wroński nie zwracał na niego uwagi, a ponieważ chciał przyjść do celownika pozostawiając daleko za sobą Machotina, zaczął więc popędzać konia cuglami, podnosząc i opuszczając w takt jego głowę. Wroński wiedział, że koń już biegnie resztą sił: nietylko szyja i plecy Frou-Frou były już wilgotne, lecz i na grzywie, na głowie, na ostrych uszach pot występował kroplami, a klacz ciężko i prędko oddychała. Lecz Wroński wiedział również, że na pozostałe dwieście sążni wystarczy zapasu tych sił. Wroński tylko z tego miarkował, iż Frou-Frou przyspieszała znacznie biegu, że czuł się bliżej ziemi i że ruchy konia stały się szczególnie miękkimi. Rów Frou-Frou przeskoczyła, zdając się nic sobie z niego nie robić, gdyż, jak ptak, przeleciała nad nim; w tej samej jednak chwili Wroński zauważył ku wielkiemu swemu przerażeniu, że nie zdążył za ruchem konia i że uczynił, nie zdając sobie sprawy w jaki sposób, fałszywy ruch wtedy, gdy opuszczał się na siodło. Położenie jego uległo nagle zmianie i Wroński pojął, że zaszło coś strasznego: nie miał jeszcze czasu opamiętać się, a już mignęły koło niego białe nogi gniadego ogiera i Machotin galopem przebiegł koło Wrońskiego.
Wroński dotykał jedną nogą ziemi a koń padł mu na tę nogę. Zaledwie Wroński zdążył usunąć nogę, Frou-Frou chrapiąc upadła na bok, i poczęła czynić wysiłki swą cienką, spoconą szyją, jak gdyby chciała podnieść się na nogi. Klacz zaczęła rzucać się po piasku, jak postrzelony ptak; fałszywy ruch Wrońskiego złamał jej kość pacierzową. O tem wszystkiem Wroński dowiedział się dopiero później, na razie zaś widział tylko, że Machotin oddala się prędko, a że on, Wroński, chwiejąc się na nogach, stoi sam jeden na błotnistej ziemi, a przed nim, ciężko oddychając, leży Frou-Frou i przegiąwszy głowę, patrzy na niego swemi ślicznemi, rozumnemi oczyma. Wroński ciągnął konia za uzdę, gdyż wciąż nie zdawał sobie sprawy z tego, co zaszło. Koń, trzęsąc siodłem, znów zaczął bić się po ziemi, jak złapana ryba, wyprostował przednie nogi, lecz nie mogąc podnieść zadu, znów upadł na bok. Gniew oszpecił bladą twarz Wrońskiego, dolna szczęka poczęła drgać i Wroński obcasem uderzył konia w brzuch, usiłując znowu ciągnąć biedną Frou-Frou za cugle. Koń jednak nie poruszał się, lecz przycisnąwszy nozdrza do ziemi, patrzał na swego pana, jak gdyby chciał przemówić.
— Aaa! — jęknął Wroński, chwytając się za głowę. — Aaa! co ja zrobiłem! — zawołał po chwili na głos. — Przegrałem wyścig z własnej mojej winy i zamordowałem takiego dobrego konia! Aaa! co też ja narobiłem!
Tłum widzów, doktór, felczer, oficerowie z jego pułku biegli ku niemu. Miary nieszczęścia Wrońskiego dopełniała ta okoliczność, że nic mu się nie stało i że nic sobie nie uszkodził. Koń zaś miał złamany krzyż, postanowiono więc zastrzelić go. Wroński nie był w stanie odpowiadać na pytania i nie mógł rozmawiać z nikim: zawrócił się więc i nie podnosząc czapki, która mu zleciała z głowy, wyszedł z hypodromu, sam nie zdając sobie sprawy, dokąd dąży. Wroński czuł się nieszczęśliwym: po raz pierwszy w życiu spadło na niego nieszczęście, nieszczęście, któremu nie był już w stanie zaradzić i którego sam był przyczyną.
Jawszyn podniósł czapkę Wrońskiego, dopędził go i odprowadził do domu. Dopiero w domu, po upływie pół godziny czasu Wroński przyszedł zupełnie do siebie, lecz wspomnienie o tych wyścigach na długo pozostało w pamięci jego jako najprzykrzejsze.

XXVI.

Stosunki Aleksieja Aleksandrowicza z żoną co do swej formy nie uległy żadnej zmianie i były zawsze takie same, jak i przedtem. Jedyna różnica polegała na tem, że Aleksiej Aleksandrowicz pracował jeszcze bardziej niż dawniej; Aleksiej Aleksandrowicz, jak zwykle, tak i w tym roku na początku wiosny wyjechał do wód za granicę, dokąd jeździł co roku dla poratowania zdrowia, nadwerężonego wyczerpującą pracą w ciągu zimy. Aleksiej Aleksandrowicz wrócił, jak zwykle, w lipcu i z jeszcze większą energią wziął się do pracy. I w tym roku również, jak i lat poprzednich, żona jego wyjechała na letnie mieszkanie, a on pozostał w Petersburgu.
Od czasu rozmowy, jaka miała miejsce po wieczorze u księżnej Twerskiej, Aleksiej Aleksandrowicz ani razu nie mówił z żoną o swych podejrzeniach i o swej zazdrości, i w zwykły sposób, w jaki miał zwyczaj odzywać się, a którym zdawał się wyśmiewać z kogoś, nadawał się najlepiej do tego rodzaju stosunków. Aleksiej Aleksandrowicz był tylko bardziej, niż zwykle, chłodnym dla żony i zdawało się, że miał do niej trochę żalu za tę pierwszą nocną rozmowę, od której Anna uchyliła się wtedy. Tylko pewien odcień oziębłości, nic więcej, dawał się zauważać w stosunkach Aleksieja Aleksandrowicza z żoną. „Nie chciałaś pomówić ze mną“ — zdawał się myśleć o żonie Aleksiej Aleksandrowicz — „tem gorzej dla ciebie. Teraz ty będziesz mnie prosiła, lecz ja już nie będę chciał rozmawiać. Tem gorzej dla ciebie“ — mawiał w myślach Aleksiej Aleksandrowicz, będąc tym razem podobnym do człowieka, który napróżno stara się ugasić ogień, aż wreszcie rozgniewany swemi bezowocnemi usiłowaniami, mówi: „a więc dobrze! pal się w takim razie!“
Aleksiej Aleksandrowicz, ten człowiek znany powszechnie ze swego rozumu i ze swej przenikliwości, jakich dawał dowody, zajmując się sprawami państwa, nie zdawał sobie sprawy, do jakiego stopnia jest nierozsądnem takie postępowanie z żoną; nie zdawał sobie z tego sprawy, gdyż obawiał się poznać dokładnie swe położenie, zamknął więc i zapieczętował tę ukrytą w głębi duszy skrzynkę, w której przechowywała się jego miłość ku rodzinie, to jest ku żonie i synowi. Aleksiej Aleksandrowicz czuły nadzwyczaj ojciec, od jakiegoś czasu stał się oziębłym dla syna, zaczął odzywać się do niego z tym samym sarkazmem co i do żony. „A! młody człowiek!“ — przemawiał Aleksiej Aleksandrowicz do Sieroży.
Aleksiejowi Aleksandrowiczowi zdawało się, co zresztą i powtarzał ciągłe, że nigdy jeszcze urzędowanie nie pochłaniało mu tyle czasu, co w tym roku: nie zdawał sobie jednak z tego sprawy, że obecnie sam wciąż wymyślał sobie różne zajęcia i że one były jednym ze środków, pozwalających mu na nieotwieranie skrzynki, w której umieszczone były uczucia jego dla żony i dla rodziny, jak również i myśli o tej żonie i o tej rodzinie, a myśli te stawały się tem straszniejsze im dłużej leżały schowane głęboko.
Gdyby ktobądź miał prawo zapytać Aleksieja Aleksandrowicza, jak zapatruje się na postępowanie swej żony, to łagodny zazwyczaj i spokojny Aleksiej Aleksandrowicz, nic by nie odpowiedział, lecz rozgniewałby się ogromnie na tego, kto śmiałby zadać mu pytanie tego rodzaju! Dlatego też oblicze Aleksieja Aleksandrowicza przyjmowało za każdym razem dumny i surowy wyraz, gdy zapytywano go o zdrowie żony. Aleksiej Aleksandrowicz nie chciał nic myśleć o postępowaniu i o uczuciach swej żony i w samej rzeczy nic o nich nie myślał.
Aleksiej Aleksandrowicz miał willę w Peterhofie. Hrabina Lidja Iwanowna spędzała zwykle lato również w Peterhofie i dotrzymywała Annie towarzystwa. Lecz w tym roku hrabina nie chciała tam mieszkać, nie była ani razu u Anny Arkadjewny i dała do zrozumienia Aleksiejowi Aleksandrowiczowi, że zażyłość Anny z Betsy i z Wrońskim nie jest na miejscu. Aleksiej Aleksandrowicz zgromił surowo swą przyjaciółkę, wypowiedziawszy myśl, że żona jego jest wyższą po nad wszelkie podejrzenia i począł widocznie unikać hrabiny. Aleksiej Aleksandrowicz nie chciał widzieć i nie widział, że już wiele osób patrzy krzywo na jego żonę, nie chciał rozumieć i nie rozumiał powodów, dla których Anna chciała koniecznie zamieszkać w Carskiem Siole, gdzie spędzała lato Betsy i skąd było blizko do obozu, w którym stał pułk Wrońskiego. Aleksiej Aleksandrowicz nie pozwalał sobie samemu myśleć o tem i nie myślał; lecz zarazem w głębi swej duszy, nigdy nie mówiąc o tem nawet przed samym sobą i nie mając na to nietylko żadnych dowodów, lecz nawet i żadnych podejrzeń, nie wątpił o tem, że jest mężem zdradzanym i pewność ta czyniła go nieszczęśliwym.
Ileż to razy w ciągu swego ośmioletniego szczęśliwego pożycia żoną, patrząc na cudze żony, które zdradzały i na zdradzanych mężów, Aleksiej Aleksandrowicz zadawał sobie pytanie: „jak można dopuścić do takiego stanu rzeczy? jak można nie rozerwać takich związków?“ lecz obecnie, gdy nieszczęście spadło na jego głowę, Aleksiej Aleksandrowicz nietylko, że nie myślał o tem, jak wyjść z tego położenia, lecz nie chciał nawet „zupełnie wiedzieć o niem, a niechciał wiedzieć dlatego właśnie, że położenie było zbyt przykrem i zbyt nienaturalnem.
Po powrocie z zagranicy Aleksiej Aleksandrowicz dwa razy jeździł do żony na letnie mieszkanie. Raz na obiad, za drugim zaś razem spędził u niej wieczór, na którym miała gości, lecz nie nocował ani razu, chociaż dawniej zwykł był to czynić.
Tego dnia, w którym miały się odbyć wyścigi, Aleksiej Aleksandrowicz był nadzwyczaj zajętym, lecz jeszcze z rana, gdy układał plan całodziennych zajęć, powziął zamiar natychmiast po wczesnym obiedzie pojechać do żony a stamtąd na wyścigi, na których miał być obecnym cały dwór, i na których wypadało mu być koniecznie. Prócz tego Aleksiej Aleksandrowicz musiał dzisiaj, jak zwykle co piętnastego każdego miesiąca, doręczyć żonie pieniądze na wydatki domowe.
Z właściwem sobie panowaniem nad swemi myślami, Aleksiej Aleksandrowicz, postanowiwszy jechać do żony, zakreślił koło niej rodzaj koła, którego nie pozwalał swym myślom przekraczać.
Rano Aleksiej Aleksandrowicz miał bardzo wiele do roboty. Hrabina Lidia Iwanowna przysłała mu poprzedniego dnia broszurę, napisaną przez znakomitego podróżnika po Chinach, który chwilowo bawił w Petersburgu. Do broszury dołączonym był list, w którym hrabina upraszała Aleksieja Aleksandrowicza o przyjęcie podróżnika, jako człowieka, zdaniem jej, nadzwyczaj zdolnego i mogącego być pożytecznym. Aleksiej Aleksandrowicz nie zdążył przeczytać broszury wieczorem przed udaniem się na spoczynek i rano musiał poświęcić trochę czasu na dokończenie jej. Potem zaczęli się schodzić interesanci z prośbami, urzędnicy z raportami, trzeba więc było zająć się tą bieżącą, jak ją nazywał Aleksiej Aleksandrowicz, pracą, która zabierała mu zawsze tyle czasu, a która polegała na naznaczeniu kandydatów na urzędy, na uwalnianiu, na wyznaczaniu pensyj, wsparć, nagród i t. p. Potem Aleksiej Aleksandrowicz miał do załatwienia jakąś osobistą sprawę, musiał zobaczyć się z doktorem i rozmówić się ze swym plenipotentem. Plenipotent nie zajął mu zbyt czasu, oddał tylko pieniądze i zdał mu krótkie sprawozdanie z interesów, które nie znajdowały się w świetnym stanie, gdyż z powodu częstych wyjazdów rozchód był większy od dochodu i w rezultacie był deficyt.
Za to na rozmówienie się z doktorem, ze znakomitym doktorem, osobistym swym przyjacielem, Aleksiej Aleksandrowicz stracił dużo czasu; nie spodziewał się dzisiaj doktora, którego wizyta była zupełnie niespodzianą; jeszcze zaś bardziej zadziwił się, gdy doktor począł wypytywać go szczegółowo o zdrowie, auskultować, opukiwać wątrobę. Aleksiej Aleksandrowicz nie wiedział o tem, że przyjaciółka jego, Lidya Iwanowna, zauważyła, że zdrowie Aleksieja Aleksandrowicza szwankuje jakoś w tym roku i prosiła doktora, aby go odwiedził i wybadał. — „Zrób pan to dla mnie“ — rzekła mu hrabina Lidya Iwanowna.
— Zrobię to dla Rosyi, hrabino! — odparł doktór.
— Jest to doprawdy nieoceniony człowiek! — zauważyła hrabina.
Ogólny stan zdrowia Aleksieja Aleksandrowicza nie podobał się doktorowi, gdyż wątroba była znacznie powiększoną, odżywianie organizmu słabe, i doktór przekonał się, że wody nie wywarły żadnego skutku, zalecił wiec jaknajwięcej ruchu, zabronił pracować zbyt dużo umysłowo i przedewszystkiem kazał wystrzegać się zmartwień; zastosować się do tej ostatniej rady doktora dla Aleksieja Aleksandrowicza było również niemożebnem, jak naprzykład wstrzymać się od oddychania. Doktór odjechał, pozostawiając Aleksieja Aleksandrowicza pod przykrem bardzo wrażeniem. Aleksiejowi bowiem zdawało się, że mu czegoś brakuje i że brak ten w żaden sposób usunąć się nie da. Wychodząc od Aleksieja Aleksandrowicza, doktór spotkał się w bramie z dobrym swym znajomym, Sliudinym, naczelnikiem kancelaryi Aleksieja Aleksandrowicza. Doktór i Sliudin kolegowali w uniwersytecie i chociaż po wyjściu z uniwersytetu widywali się rzadko, lubili się jednak nawzajem, byli zawsze w dobrych stosunkach i dlatego doktór mógł przed Sliudinym, jako przed swym przyjacielem, wypowiedzieć szczerze zdanie co do chorego.
— Cieszę się bardzo, żeś pan był u niego — rzekł Sliudin. — Jakoś niedobrze z nim i zdaje mi się... Jak pan znalazłeś go?
— Rzeczy tak stoją... — rzekł doktór, kiwając po nad głową Sliudina na swego stangreta, aby zajeżdżał — rzeczy tak stoją — mówił dalej, naciągając na swą białą rękę glansowaną rękawiczkę. — Spróbuj pan przerwać nienaciągniętą strunę, przyjdzie ci to z trudnością, lecz naciągnij ją ile ci tylko sił starczy i trąć w nią palcem, struna pęknie. A on przez swe zamiłowanie do pracy, przez sumienność w spełnianiu swych obowiązków, stał się tą struną naciągniętą do ostatecznych granic, a parcie zewnętrzne istnieje i to nawet bardzo silne — dodał doktór, podnosząc brwi i dając tem Sliudinowi do zrozumienia, iż wie dobrze, jakie mianowicie parcie jest wywieranem na Aleksieja Aleksandrowicza. — Będzie pan na wyścigach? — zapytał po chwili, idąc ku swej karecie.
Zaraz po wyjściu doktora, który zajął tyle czasu, nadszedł znakomity podróżnik, i Aleksiej Aleksandrowicz, korzystając z dopiero co przeczytanej broszury i z uwagi na to, że już i przedtem miał pewną znajomość tego przedmiotu, olśnił podróżnika głęboką swą wiedzą i wytrawnym poglądem na tę sprawę.
Natychmiast po wyjściu podróżnika zameldowano marszałka szlachty, który przyjechał do Petersburga i z którym trzeba było pomówić; po odjeździe marszałka należało znów wziąć się z naczelnikiem kancelaryi do spraw bieżących i pojechać do pewnej wpływowej osobistości rozmówić się z nią w nader ważnej sprawie. Aleksiej Aleksandrowicz zdążył powrócić do domu dopiero o piątej, przed samym obiadem, zjadł obiad w towarzystwie Sliudina, poczem zaprosiwszy go do swego powozu, pojechał do Peterhofu do żony i na wyścigi. Nie zdając sobie z tego sprawy, Aleksiej Aleksandrowicz, widując się obecnie z żoną, starał się zawsze mieć przy sobie kogoś obcego.

XXVII.

Anna stała w swym pokoju na górze przed lustrem, przypinając sobie z pomocą Annuszki ostatnią kokardę do stanika, gdy nagle posłyszała przed gankiem zgrzyt kół, gniotących żwir, którym wysypaną była droga.
„Na Betsy, to jeszcze zawcześnie“ — pomyślała i spojrzawszy przez okno ujrzała karetę, wysuwający się z niej czarny kapelusz i znane sobie doskonale uszy Aleksieja Aleksandrowicza.
„A to się dopiero wybrał w porę! Może jeszcze na noc?“ — pomyślała Anna, i to wszystko, co mogło wyniknąć, wrazie gdyby jej przypuszczenia sprawdziły się, wydało się jej do tego stopnia strasznem i przerażającem, że nie namyślając ani chwili, wyszła uśmiechnięta i rozpromieniona na spotkanie męża, czując w sobie obecność właściwego jej od pewnego czasu ducha kłamstwa i udawania, któremu też uległa natychmiast i pod wpływem którego zaczęła mówić, nie zdając sobie dokładnie sprawy z tego co mówi.
— Jak to dobrze — odezwała się Anna, podając rękę mężowi i uśmiechem witając Sliudina — żeście panowie przyjechali! Spodziewam się, że przenocujesz?... — były to pierwsze słowa, jakie powiedział jej duch kłamstwa — a teraz pojedziemy za chwilę razem. Wielka tylko szkoda, żem obiecała już Betsy, która ma zajechać po mnie.
Aleksiej Aleksandrowicz, usłyszawszy imię Betsy, skrzywił się.
— Nie ośmielę się rozłączać tych, co nie rozłączają się nigdy — rzekł swym zwykłym żartobliwym tonem. — Pojedziemy sobie we dwóch z Michałem Wasiljewiczem. Doktorzy każą mi nawet chodzić piechotą: przejdę się trochę i będzie mi się zdawało, że jestem na wodach.
— Nie mamy potrzeby spieszyć się — zauważyła Anna. — Napijecie się panowie herbaty?
Anna zadzwoniła.
— Podaj herbatę i powiedz Sieroży, że Aleksiej Aleksandrowicz przyjechał. Jak twe zdrowie obecnie? Michale Wasiljewiczu, pan jeszcze nie był u mnie, niech się pan patrzy, jaką mam ładną werandę — mówiła Anna, zwracając się to do męża, to do Michała Wasiljewicza.
Anna mówiła naturalnym zupełnie głosem, lecz zanadto dużo i zaprędko, co sama miarkowała, gdyż zauważyła, że Michał Wasiljewicz bacznie na nią spogląda.
Michał Wasiljewicz wyszedł po chwili na werandę.
Anna usiadła koło męża.
— Wyglądasz mi jakoś mizernie.
— Tak — odparł Aleksiej Aleksandrowicz — dzisiaj był u mnie doktór i zajął mi całą godzinę czasu. Pewien jestem, że musiał go przysłać do mnie ktoś z moich przyjaciół; moje zdrowie jest przecież do tego stopnia drogocennem...
— Daj spokój żartom, ale co ci doktór powiedział?...
Anna wypytywała męża o zdrowie, była ciekawą nad czem obecnie pracuje, namawiała go, aby odpoczął i zamieszkał u niej.
Anna mówiła to wszystko wesoło, prędko i ze szczególnym blaskiem w oczach, lecz Aleksiej Aleksandrowicz nie przypisywał obecnie sposobowi jej mówienia żadnego znaczenia: słyszał tylko jej wyrazy i przypisywał im tylko dosłowne znaczenie. Aleksiej Aleksandrowicz odpowiadał żonie swobodnie, choć jak zwykle żartobliwie. W całej tej ich rozmowie nie było nic nadzwyczajnego, lecz Anna nigdy nie mogła wspominać tej krótkiej sceny bez bolesnego uczucia wstydu.
Nadszedł Sieroża w towarzystwie guwernantki. Gdyby Aleksiej Aleksandrowicz pozwolił sobie przypatrzyć mu się bacznie, zauważyłby nieśmiałe roztargnione spojrzenie, jakie Sieroża zwrócił na niego, a potem na matkę. Lecz Aleksiej Aleksandrowicz nie chciał nic widzieć i nic nie widział.
— A młody człowiek! Jak on rośnie! Doprawdy, staje się już mężczyzną. Jak się masz, młody człowieku! — i Aleksiej Aleksandrowicz podał rękę wystraszonemu Sieroży.
Sieroża, który i przedtem był nieśmiały względem ojca, obecnie, odkąd Aleksiej Aleksandrowicz zaczął go tytułować młodym człowiekiem i odkąd on, Sieroża, usiłował rozwiązać pytanie, czy Wroński jest jego przyjacielem, czy też wrogiem, odtąd Sieroża począł lękać się ojca. Sieroża spojrzał na matkę, jak gdyby uciekając się pod jej obronę: było mu dobrze tylko z matką. Tymczasem Aleksiej Aleksandrowicz, wszcząwszy rozmowę z guwernantką, trzymał syna za ramię, na którem położył swą dłoń. Sieroża miał do tego stopnia wystraszoną minę, że Annie zdawało się, iż syn lada chwila rozpłacze się.
W chwili gdy syn wszedł, Anna zarumieniła się; zauważywszy przykre położenie Sieroży, matka podeszła prędko ku niemu, zdjęła z ramienia jego rękę Aleksieja Aleksandrowicza i pocałowawszy jedynaka, wyprowadziła go do ogrodu, skąd powróciła zaraz.
— Jednak czas już... — rzekła, spoglądając na zegarek — Betsy powinnaby już przyjechać!...
— W istocie! — odparł Aleksiej Aleksandrowicz, wstając i zakładając palce, aby trzeszczyć niemi. — Przywiozłem ci pieniędzy, gdyż wiem, że nikt nie może wyżyć powietrzem, potrzeba ci ich zapewne?
— Nie, nie potrzeba... tak, potrzeba — odpowiedziała Anna, rumieniąc się cała. — Ale spodziewam się, że przyjedziesz jeszcze po wyścigach?
— Ma się rozumieć, że przyjadę! — odrzekł Aleksiej Aleksandrowicz — oto i pierwsza piękność Peterhofu, księżna Twerska — dodał po chwili, przypatrując się przez okno angielskiemu powozowi na nadzwyczaj wysokich kołach. Co za wykwintny ekwipaż! A więc i my jedźmy już!
Księżna Twerska nie wysiadała z powozu, tylko lokaj w sztylpach, pelerynie i czarnym cylindrze, przyszedł oznajmić o jej przyjeździe.
— Idę już, do widzenia wam! — zawołała Anna i pocałowawszy syna, podeszła do Aleksieja Aleksandrowicza i odezwała się, podając mu rękę — wdzięczną ci jestem bardzo, żeś przyjechał.
— Aleksiej Aleksandrowicz pocałował żonę w rękę.
— A zatem do widzenia! Przyjedziesz więc na herbatę? — żegnała się Anna i wyszła, promieniejąc wesołością; lecz za chwilę, gdy przestała patrzyć na męża, poczuła na swej dłoni miejsce, którego on dotknął ustami i wzdrygnęła się z obrzydzenia.

XXVIII.

Gdy Aleksiej Aleksadrowicz przyjechał na wyścigi, Anna siedziała już koło Betsy w trybunie, zajętej przez śmietankę petersburskiego świata. Anna zdaleka jeszcze ujrzała męża. Ci dwaj ludzie: mąż i kochanek byli dla niej dwoma środowiskami życia, i Anna, nieuciekając się do pomocy zmysłów, odczuwała ich obecność: mąż był jeszcze daleko, gdy poczuła, że on zbliża się i pomimowoli goniła go wzrokiem między falami tłumu, przez które szedł. Anna widziała, jak Aleksiej Aleksandrowicz zbliżał się ku trybunie, jak odpowiadał uprzejmie na uniżone ukłony, jak po przyjacielsku lub też bardzo chłodno witał się z równymi sobie i jak, wyczekując na spojrzenia wyższych od siebie, zdejmował przed nimi z uszanowaniem swój duży okrągły kapelusz, dotykający końców jego uszów. Anna znała dokładnie te wszystkie jego ruchy i wydawały się jej one wprost wstrętnymi. „Tylko miłość własna, tylko zarozumiałość, oto wszystko co jest w jego duszy“ — myślała Anna — wzniosłe jego idee, przejęcie się sprawami oświaty i religii, to tylko narzędzia, których używa, aby piąć się wyżej.“
Aleksiej Aleksandrowicz spoglądał na trybunę, w której siedziały damy i chociaż patrzał na żonę, nie poznawał jej jednak w tem morzu muślinu, wstążek, piór, parasolek i kwiatów; Anna domyślała się, że mąż szuka jej, naumyślnie jednak starała się nie zwracać na siebie jego uwagi.
— Aleksieju Aleksandrowiczu! — zawołała na niego księżna Betsy — szuka pan zapewne swej żony: oto i ona!
Aleksiej Aleksandrowicz uśmiechnął się ozięble.
— Tyle tu blasku, że aż oczy bolą — odrzekł i zbliżył się ku trybunie, uśmiechnął się do żony, jak powinien uśmiechać się mąż, witający żonę, którą przed chwilą widział, przywitał się z księżną i z innymi znajomymi, z każdym jak należało, to jest żartując z paniami i zamieniając uściski rąk z mężczyznami.
Na dole, koło trybuny stał znany powszechnie ze swego rozumu i wykształcenia jenerał adjutant. Aleksiej Aleksandrowicz zaczął z nim rozmawiać.
Była chwila przerwy między wyścigami, nic więc nie przeszkadzało im rozmawiać. Jenerał-adjutant powstawał na wyścigi, Aleksiej Aleksandrowicz stawał w ich obronie. Anna słyszała każdy wyraz, który mąż wymawiał swym cienkim i jednostajnym głosem, każdy wyraz zdawał się jej być pełnym fałszu i każdy bólem przejmował jej ucho.
Gdy rozpoczęły się przygotowania do czterowiorstowego wyścigu z przeszkodami, Anna przechyliła się przez baryerę, nie spuszczając oczu z Wrońskiego, który podchodził do konia i siadał nań; jednocześnie Anna słyszała wciąż wstrętny dla siebie, na chwilę niemilknący głos męża. Annę męczyła obawa o Wrońskiego, lecz bardziej jeszcze dręczył ją ten niemilknący, jak jej się zdawało, cienki głos męża, brzmiący tą znajomą jej doskonale intonacyą.
„Jestem złą kobietą, jestem upadłą kobietą“ — myślała Anna — „lecz nie lubię kłamać i nie znoszę kłamstwa, jego (męża) zaś strawą jest kłamstwo. Przecież on wie wszystko i wszystko widzi, cóż więc myśli sobie, jeśli może rozmawiać z takim spokojem? Gdyby chciał zabić mnie, zabić Wrońskiego, wzbudzałby we mnie szacunek, lecz on tego nie uczyni, gdyż zadawalnia go kłamstwo i pozory przyzwoitości“ — mówiła Anna do siebie, nie zdając sobie wcale sprawy, czego mianowicie żąda od męża i, jak według jej zdania, powinien postępować. Anna nie domyślała się nawet tego, że ta dzisiejsza niezwykła wielomowność Aleksieja Aleksandrowicza, która ją tak rozdrażniała, była tylko wynikiem jego wewnętrznej trwogi i niepokoju. Jak dziecko, które się uderzyło, skacze, aby fizycznym ruchem zagłuszyć ból, również i Aleksiej Aleksandrowicz odczuwał potrzebę pewnego ruchu umysłowego, gdyż chciał zagłuszyć w sobie myśli o żonie, które powstawały, gdy patrzał na nią i na Wrońskiego, i gdy słyszał nieustannie powtarzane imię jego. Każdemu dziecku wrodzonem jest skakanie, jemu zaś wrodzonem było ładnie i rozsądnie mówić. Aleksiej Aleksandrowicz obstawał przy swojem zdaniu:
— Niebezpieczeństwo jest koniecznym warunkiem wojskowych kawaleryjskich wyścigów. Jeśli Anglia może wskazać w historyi swych wojen na najświetniejsze wygrane, które zawdzięcza kawaleryi, to dlatego tylko, że w ludziach i zwierzętach wyrabiała historycznie tę siłę. Mojem zdaniem, należy przywiązywać do sportu ogromną wagę, my zaś, jak zwykle na wszystko, zapatrujemy się nań tylko powierzchownie.
— Nie tak bardzo powierzchownie — zauważyła księżna Twerska — powiadają, że jeden z oficerów złamał sobie dwa żebra.
Aleksiej Aleksandrowicz uśmiechnął się; uśmiech ten polegał tylko na odsłonięciu warg i nic nie mówił.
— Przypuśćmy, księżno, że nie powierzchownie, lecz głęboko. Ale nie o to rzecz idzie — odparł Aleksiej Aleksandrowicz i znów zwrócił się do jenerała, z którym rozmawiał poważnie — niech pan nie zapomina, że ścigają się wojskowi, którzy obrali sobie ten rodzaj działalności, a każde zajęcie, i z tem musi pan zgodzić się, ma swą odwrotną stronę medalu; wchodzi to poprostu w zakres obowiązków wojskowego. Walka na kułaki, lub walki hiszpańskich toreadorów z bykami są wstrętnym sportem i oznaką barbarzyństwa, specyalny jednak sport jest oznaką rozwoju.
— Nikt już nie zobaczy mnie po raz drugi na wyścigach; zanadto przejmuję się niemi — rzekła księżna Betsy. — Nie prawdaż, Anno?
— Przejmują, lecz nie można oderwać się od nich — odparła jedna z pań. — Gdybym była rzymianką, nie opuszczałabym ani jednego przedstawienia w cyrku.
Anna nie odzywała się i nie odejmując lornetki od oczów, patrzała nieustannie w jeden punkt.
W tej chwili koło trybuny przechodził jeden z dostojników. Aleksiej Aleksiejewicz, przestawszy mówić, prędko, lecz z powagą wstał ze swego miejsca i złożył nizki ukłon zbliżającemu się dygnitarzowi wojskowemu.
— Pan nie bierze udziału na wyścigach? — zapytał go żartobliwie dygnitarz.
— Wyścigi, w których ja biorę udział, są bez porównania trudniejsze — odparł z szacunkiem Aleksiej Aleksandrowicz.
I chociaż sam Aleksiej Aleksandrowicz nie przypisywał swej odpowiedzi żadnego znaczenia, jenerał jednak zrobił taką minę, jak gdyby usłyszał mądre odezwanie się mądrego człowieka i jak gdyby wiedział, w czem tkwi la pointe de la sauce.
— W wyścigach biorą udział dwie strony — mówił dalej Aleksiej Aleksandrowicz — aktorzy i widzowie; że zamiłowanie w widowiskach tego rodzaju jest nieomylną oznaką nizkiego rozwoju widzów, na to zgadzam się, lecz...
— Księżno, załóżmy się — zawołał Stepan Arkadjewicz, stając przed trybuną i zwracając się ku Betsy. — Za kim pani trzyma?
— My z Anną za księciem Kuzowlewem — odpowiedziała Betsy.
— A ja za Wrońskim!... o parę rękawiczek...
— Przyjmuję!
— A jak tu ładnie! Nieprawdaż?
Gdy Stepan Arkadjewicz rozmawiał z Betsy, Aleksiej Aleksandrowicz przestał mówić, lecz po chwili rozpoczął znowu:
— Zgadzam się z panem, że...
Ścigający się ruszali właśnie od startu; rozmowy umilkły. Aleksiej Aleksandrowicz również przestał mówić; publiczność podniosła się z ławek i spojrzenia wszystkich skierowały się ku rzece. Wyścigi nie zaciekawiały Aleksieja Aleksandrowicza, nie przypatrywał się więc jeźdźcom, lecz z roztargnieniem spoglądał zmęczonemi oczyma na publiczność. Spojrzenie jego zatrzymało się na Annie, twarz której pokryła się bladością i przybrała surowy wyraz. Znać było, że Anna nie widzi żadnego jeźdźca, tylko jego jednego: ręka jej konwulsyjnie ściskała wachlarz, w piersiach brakło tchu. Aleksiej Aleksandrowicz popatrzał na żonę i odwrócił się od niej prędko, zwracając znowu swe spojrzenie na zebraną tłumnie publiczność.
„Tak, i na tej damie, również jak i na innych wyścigi robią wrażenie; jest to zresztą bardzo naturalnem“ — rzekł do siebie Aleksiej Aleksandrowicz i usiłował nie spoglądać już więcej na żonę, lecz spojrzenie jego pomimowoli zwracało się w stronę Anny i Aleksiej Aleksandrowicz znowu wpatrywał się w nią, starając się nie czytać na jej obliczu tego, co tak wyraźnie było napisanem na niem i wbrew swej woli czytał to, o czem nie chciał wiedzieć.
Gdy Kuzowlew spadł z konia, publiczność przeraziła się, lecz Aleksiej Aleksandrowicz poznał z twarzy Anny, że to upadł nie ten, na kogo ona patrzała; gdy zaś następnie Machotin i Wroński przeskoczyli wysoką baryerę i jadący za nimi oficer został wysadzonym z siodła i potłukł się tak mocno, że leżał bez czucia i gdy szmer przerażenia rozległ się między publicznością, Aleksiej Aleksandrowicz widział, że Anna nie zauważyła nawet tego wypadku i zdawała się niebardzo zdawać sobie sprawę z tego, co mówiono koło niej. Lecz Aleksiej Aleksandrowicz coraz częściej i częściej, coraz uporczywiej spoglądał na żonę. Anna pomimo, że cała jej uwaga pochłoniętą była patrzeniem się na Wrońskiego, poczuła przenikliwe spojrzenie chłodnych oczów męża, skierowanych na nią z boku, obejrzała się więc na chwilę, popatrzała pytająco na Aleksieja Aleksandrowicza, zmarszczyła się lekko i znów odwróciła się.
„Doprawdy, wszystko mi jedno“ — zdawała się Anna mówić mężowi i ani razu więcej nie spojrzała na niego.
Wyścigi nie udały się, gdyż z liczby siedmnastu oficerów, biorących w nich udział, więcej niż połowa pospadała z koni i porozbijała się. Przy końcu wszyscy byli pod przykrem wrażeniem, tem bardziej, że i cesarz wyraził swe niezadowolenie.

XXIX.

Wszyscy wypowiadali głośno swe niezadowolenie i wszyscy powtarzali czyjeś odezwanie się, że „brak tylko cyrku ze lwami!“ Przestrach ogarnął wszystkich do tego stopnia, że, gdy Anna krzyknęła, ujrzawszy, iż Wroński przewrócił się razem z koniem, nikt nie zwrócił na ten okrzyk żadnej uwagi; lecz w mgnieniu oka twarz Anny zmieniła się do tego stopnia, iż w samej rzeczy wzruszenie jej mogło wydawać się nie na miejscu. Anna nie miała już sił panować nad sobą, poczęła trząść się cała jak złapany ptak: chwilami chciała iść, nie zdając sobie sprawy dokąd, chwilami zaś zwracała się ku Betsy i mówiła:
— Jedźmy, jedźmy...
Lecz Betsy nie słyszała jej, gdyż, przechyliwszy się przez baryerę rozmawiała z jenerałem, który przyszedł przywitać się z nią.
Aleksiej Aleksandrowicz podszedł do Anny i podał jej rękę.
— Jeśli życzysz sobie, możemy wracać do domu — odezwał się po francusku, lecz Anna przysłuchując się temu, co mówił jenerał, nie zwracała na męża uwagi.
— Podobno i on złamał sobie nogę — opowiadał jenerał — doprawdy, to do niczego nie podobne!
Anna, nie odpowiadając mężowi, podniosła ku oczom lornetkę i skierowała ją na ten punkt, gdzie Wroński upadł, lecz było tak daleko i stało tam tyle osób, że nie było nic widać. Anna odjęła od oczu lornetkę i chciała już iść ku swemu powozowi, lecz ujrzała właśnie nadbiegającego oficera, który przychodził złożyć raport cesarzowi. Anna przegięła się cała przez baryerę, aby usłyszyć cokolwiek.
— Stiwa! Stiwa! — zawołała na brata.
Lecz Stepan Arkadjewicz nie słyszał jej wołania; Anna chciała już wyjść z trybuny.
— Raz jeszcze ofiaruję ci ramię, jeśli masz zamiar wyjść — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, dotykając jej ręki.
Anna z odrazą odsunęła się od męża i nie patrząc na niego, odparła:
— Proszę mi dać pokój, ja zostanę się — gdyż widziała, że znów oficer jakiś biegnie ku trybunom z tego miejsca, gdzie upadł Wroński; Betsy machała na niego chustką. Oficer przyniósł wiadomość, że jeźdźcowi nic się nie stało, a koń złamał sobie krzyż.
Anna dowiedziawszy się o tem, usiadła i zasłoniła twarz wachlarzem. Aleksiej Aleksandrowicz widział, że Anna płacze i że nietylko nie może powstrzymać się od łez, lecz i od łkania, które spazmatycznie ściskało jej gardło. Aleksiej Aleksandrowicz zasłonił sobą żonę, chcąc jej dać trochę czasu, aby przyszła do siebie.
— Po raz trzeci proponuję ci me ramię — rzekł po po chwili Aleksiej Aleksandrowicz, zwracając się ku żonie. Anna patrzała na męża i nie mogła zdobyć się na odpowiedź; księżna Betsy przyszła jej z pomocą:
— Nie, Aleksieju Aleksandrowiczu, ja przywiozłam Annę, więc i ja ją odwiozę.
— Wybacz mi księżna — odparł Aleksiej Aleksandrowicz, uśmiechając się i patrząc śmiało Betsy w oczy — lecz zauważyłem, że Anna nie jest zupełnie zdrową i życzę sobie, aby pojechała ze mną.
Anna obejrzała się z przerażeniem, podniosła się z ławki i oparła się na ramieniu męża.
— Poszlę do niego, dowiem się o wszystkiem i dam ci znać — szepnęła Betsy Annie.
Wychodząc z trybuny, Aleksiej Aleksandrowicz, jak gdyby nic nie zaszło, rozmawiał ze znajomymi i Anna musiała również jak zawsze, odpowiadać znajomym i rozmawiać z nimi, lecz nie wiedziała sama, co się z nią dzieje i jak przez sen szła pod rękę z mężem.
„Czy bardzo pokaleczył się, czy też nic mu się nie stało? Czy to prawda? Czy będzie mógł przyjść wieczorem? Czy zobaczę go dzisiaj?“ — myślała Anna i, nie odzywając się zupełnie do męża, wsiadła do jego karety. Aleksiej Aleksandrowicz, pomimo wszystkiego, na co przed chwilą patrzał, nie pozwalał sobie krytykować postępowania żony względem siebie, widział przed sobą tylko zewnętrzne oznaki: widział, że zachowywała się niewłaściwie i był przekonanym, iż obowiązkiem jego jest zwrócić na to jej uwagę. Aleksiejowi Aleksandrowiczowi było nadzwyczaj trudno mówić tylko o tem i poprzestać na tem: już otworzył usta, aby powiedzieć żonie, że zachowywała się niewłaściwie, lecz pomimowoli odezwał się zupełnie z czem innem:
— Do jakiego jednak stopnia wszyscy jesteśmy skłonni do tych barbarzyńskich widowisk!... Mojem zdaniem...
— Co?... Nic nie rozumiem... — przerwała mu Anna z pogardą.
Odezwanie się Anny uraziło Aleksieja Aleksandrowicza, zaczął więc natychmiast mówić o tem, o czem zamierzał.
— Powinienem powiedzieć ci — zaczął Aleksiej Aleksandrowicz.
„Oto stanowcza rozmowa“ — pomyślała Anna i trwoga ogarnęła ją.
— Muszę ci powiedzieć, że dzisiejsze twe postępowanie było niewłaściwem — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz po francusku.
— Cóż takiego zrobiłam, że postępowanie moje uważasz za niestosowne? — zapytała głośno Anna, zwracając głowę ku mężowi i patrząc mu prosto w oczy, lecz już bez tej ukrytej wesołości, miejsce której zajęła stanowczość. Tą stanowczością Anna chciała zamaskować przejmujący ją przestrach.
— Nie zapominaj... — zauważył Aleksiej Aleksandrowicz, wskazując otwarte przednie okienko karety i stangreta siedzącego na koźle — poczem wstał i zamknął je.
— Co ci się nie podobało w mojem postępowaniu? — powtórzyła Anna.
— To przerażenie i rozpacz, której nie mogłaś ukryć, gdy jeden z jeźdźców spadł z konia.
Aleksiejowi Aleksandrowiczowi zdawało się, że żona zaprzeczy mu, lecz Anna milczała i patrzała uporczywie przed siebie.
— Prosiłem cię już, by postępowanie twe nie upoważniało złe języki do zajmowania się nami; dawniej już wspominałem ci o związku istniejącym między nami, jako między małżonkami; obecnie kwestyi tej już nie poruszam, gdyż mówię tylko o zewnętrznym naszym stosunku. Zachowywałaś się nieprzyzwoicie, i ja życzę sobie, aby to już nie powtarzało się więcej.
Anna nie słyszała połowy słów Aleksieja Aleksandrowicza, gdyż bała się męża i myślała o tem, czy Wroński nie zabił się przypadkiem i czy to napewno o nim mówiono, że nic mu się nie stało i że koń złamał sobie krzyż. Anna uśmiechnęła się tylko z przymusem i ironią, gdy Aleksiej Aleksandrowicz przestał mówić i nic nie odpowiedziała mu, gdyż niesłyszała zupełnie co mówił. Aleksiej Aleksiejewicz z początku mówił śmiało, lecz gdy zaczął wnikać w to, co mówił, przestrach, pod wrażeniem którego Anna była, udzielił się i jemu. Aleksiej Aleksandrowicz spostrzegł, że Anna uśmiecha się i uśmiech jej wprowadził go w błąd.
„Ona śmieje się z mych podejrzeń i zaraz powie mi to samo, co mówiła wtedy, że nie mają one żadnej podstawy i że są śmieszne.“ Aleksiej Aleksandrdwicz, teraz, gdy w każdej chwili mógł dowiedzieć się o wszystkiem, pragnął gorąco, by Anna również jak i wtedy w zimie odpowiedziała mu, że podejrzenia jego są dziwne, gdyż są bezpodstawne. Aleksiej Aleksandrowicz do tego stopnia bał się wszystkiego, co już wiedział, że gotów był uwierzyć byle czemu; lecz przerażenie i posępność, jaka malowała się na twarzy Anny, nie obiecywała mu nic dobrego, nawet kłamstwa.
— Może mylę się — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz — w takim razie, proszę wybaczyć mi.
— Nie, nie mylisz się — odparła Anna powoli, patrząc z rozpaczą w oczach prosto w twarz Aleksiejowi Aleksandrowiczowi — nie omyliłeś się. Byłam w istocie i nie mogłam niebyć w rozpaczy. Kocham go i jestem jego kochanką, a ciebie nienawidzę, lękam się i brzydzę się tobą... Możesz sobie robić ze mną co ci się rzewnie podoba...
I rzuciwszy się w kąt karety, Anna poczęła łkać, zakrywając twarz ręką. Aleksiej Aleksandrowicz nie drgnął nawet i patrzał wciąż przed siebie; lecz twarz jego stała się nagle uroczystą i nieruchomą, jak martwa i zachowała ten wyraz aż do samego przyjazdu do domu. Gdy kareta zatrzymała się przed gankiem, Aleksiej Aleksandrowicz odwrócił głowę: na twarzy miał wciąż ten sam uroczysty wyraz.
— Tak! Lecz żądani zachowywania przynajmniej zewnętrznych pozorów przyzwoitości aż dotąd, dopóki — w tem miejscu Aleksiejowi Aleksandrowiczowi głos zadrżał — nie przedsięwezmę odpowiednich kroków w celu zabezpieczenia mego honoru i dopóki nie powiadomię cię o nich.
Aleksiej Aleksendrowicz pierwszy wysiadł z karety i pomógł żonie wysiąść; poczerń uścisnąwszy w obecności służby jej rękę, wsiadł z powrotem do karety i kazał jechać do Petersburga.
Jak tylko Aleksiej Aleksandrowicz odjechał, nadszedł lokaj od księżnej Betsy i przyniósł Annie list. „Posyłam do Aleksieja z zapytaniem jak się miewa i Aleksiej odpisał mi, że jest zdrów i że nic mu się nie stało, jest jednak w rozpaczy.“
„A zatem on będzie! Dobrze zrobiłam, żem mu powiedziała wszystko“... — pomyślała Anna i spojrzała na zegarek: była ósma, a więc dopiero za parę godzin! i wspomnienie o wszystkich szczegółach ostatniej schadzki przejęło ogniem krew Anny. „Mój Boże... ten blask oślepia mnie! Boję się, lecz lubię spoglądać na jego oblicze i lubię to fantastyczne światło... ach prawda!... A zresztą, wszystko mi jedno... Bogu dzięki skończyłam już z nim raźna zawsze!“

XXX.

Jak we wszystkich miejscach, gdzie zbierają się ludzie, tak i na mało znanych niemieckich wodach, dokąd przyjechali Szczerbaccy, odbywała się zwykła krystalizacya przyjezdnych, każdy więc pod jej działaniem zajął pewne określone stanowisko, którego nie mógł już zmienić.
Jak cząstka wody stale i niezmiennie przybiera na mrozie określony kształt śniegowego kryształu, tak również każdy przyjezdny, zjawiający się na wodach, od razu zajmował właściwe mu miejsce.
Fürst Szczerbacki sammt Gemahlin und Tochter, i ze względu na mieszkanie jakie najęli, jak również ze względu na swe nazwisko i znajomych, których spotkali, tak samo ulegli natychmiast procesowi krystalizacyi i zajęli odpowiednie miejsce.
Na wodach była w tym roku prawdziwa niemiecka Fürstin: obecność jej wpływała na raźniejszą niż zwykle krystalizacyę towarzystwa. Księżna Szczerbacka chciała koniecznie przedstawić córkę następczyni tronu i zaraz nazajutrz dopełniła tej ceremonii. Kiti, ubrana w sprowadzoną prosto z Paryża bardzo skromną — a więc bardzo strojną — suknię, nizko i z uszanowaniem dygnęła przed następczynią. „Spodziewam się, że różyczki prędko powrócą na tę piękną twarzyczkę“ — zauważyła księżna — i Szczerbaccy na cały czas swego pobytu na wodach, od razu wkroczyli na wytkniętą przed nimi drogę, której nie mogli już porzucić; zaznajomili się więc i z rodziną angielskiej lady, i z niemiecką hrabiną i jej synem, ranionym w ostatniej wojnie i z uczonym Szwedem, jak również z mr Cannut i jego siostrą. Pomimowoli jednak w skład towarzystwa, z którem Szczerbaccy najwięcej przestawali, weszła znajoma ich z Moskwy, Marya Eugeniewna Rtiszczewa z córką; z towarzystwa panny Kiti była niezbyt zadowoloną, gdyż młoda Rtiszczewa, również jak i Kiti chorowała z zawiedzionej miłości; moskiewski pułkownik, którego Kiti znała od dzieciństwa i widywała zawsze w mundurze i epoletach, a który tutaj ze swemi maleńkiemi oczkami, z długą szyją w kolorowym krawacie wydawał się jej nadzwyczaj śmiesznym i nudnym, i od towarzystwa którego nie można było uwolnić się. Po niejakim czasie Kiti zaczęła się nudzić, tembardziej, że książę wyjechał do Karlsbadu i Kiti została się sama z matką: ci, których znała, nie zajmowali już jej zupełnie i Kiti wiedziała, że w ich towarzystwie nie będzie mieć żadnej rozrywki. Lecz Kiti wynalazła sobie przyjemny sposób spędzania czasu, a mianowicie zaczęła robić obserwacye i różne przypuszczenia o nieznajomych. Stosownie do swego charakteru i usposobienia, Kiti upatrywała w ludziach tylko dodatnie cechy, szczególniej zaś w osobach nieznanych sobie zupełnie. I teraz również, robiąc o kimbądż domysły, kto to taki być może, jakie stosunki łączą go ze swem otoczeniem i jacy to są ludzie, Kiti wyobrażała sobie charaktery najbardziej godne podziwu i najwspanialsze, a w spostrzeżeniach, jakie czyniła, znajdowała najlepsze potwierdzenie swych domysłów.
Pomiędzy osobami tego rodzaju najwięcej zwracała na siebie uwagę Kiti pewna Rosyanka, młoda panna, która przyjechała do wód z chorą damą, również Rosyanka, madame Stahl, jak nazywano chorą. Madame Stahl należała do wyższych sfer towarzystwa, lecz była do tego stopnia chorą, że nie mogła chodzić i tylko czasami, gdy była ładna pogoda, wyjeżdżała w wózku do parku. Pani Stahl, jak dowodziła księżna, nie tyle z powodu choroby, ile przez dumę, nie zawiązywała ze swymi współrodakami żadnych stosunków. Młoda Rosyanka pielęgnowała madame Stahl i prócz tego, jak zauważyła Kiti, zaznajomiła się ze wszystkimi ciężko chorymi, a tych było dużo na wodach, i również troskliwie zajmowała się nimi.
Kiti doszła do przekonania, że młoda Rosyanka nie była ani krewną pani Stahl, ani jej damą do towarzystwa; pani Stahl nazywała ją Wareńką, znajomi, „mademoiselle Wareńka.“ Niemówiąc już o tem, że Kiti sprawiały przyjemność spostrzeżenia, jakie czyniła nad postępowaniem mademoiselle Wareńki względem pani Stahl i względem chorych, Kiti, jak to często bywa, czuła niewytłumaczony pociąg do mademoiselle Wareńki i ze spostrzeżeń jej domyślała się, że i ona, Kiti, wywiera na mademoiselle Wareńce dodatnie wrażenie.
Mademoiselle Wareńka była nie tyle nie pierwszej młodości, ile stworzeniem, które zdawało się być pozbawionem zupełnie młodości: można jej było dać dziewiętnaście lat jak również i trzydzieści. Przypatrzywszy się bacznie jej rysom, dochodziło się do przekonania, że mademoiselle Wareńka, pomimo swego chorobliwego wyglądu, była prędzej przystojną, niż brzydką.
Figura jej byłaby również zupełnie ładną, gdyby nie zbytnia suchość ciała i nieproporcyonalnie do średniego wzrostu duża głowa. Mademoiselle Wareńka nie wydawała się pociągającą dla mężczyzn: była ona podobną do wspaniałego kwiatu bez zapachu, na którym trzymało się jeszcze wiele płatków, lecz który wiądł już. Mademoiselle Wareńka nie mogła być pociągającą dla mężczyzn i dlatego jeszcze, że brak w niej było tego, czego było za dużo w Kiti, t. j. świadomości swego wdzięku.
Mademoiselle Wareńka wyglądała na osobę wiecznie zajętą, co nie ulegało zresztą żadnej wątpliwości i dlatego zepewne nie mogła interesować się niczem, co bezpośrednio nie dotyczyło jej. Mademoiselle Wareńka przez to szczególniej pociągała ku sobie Kiti, że usposobienia ich były wręcz przeciwne. Kiti miała przeczucie, że znajdzie w mademoiselle Wareńce, w jej trybie życia, wzór do tego, czego w obecnej chwili namiętnie pragnęła, mianowicie: zainteresowania się czemśkolwiek w życiu, poza obrębem sprawiających Kiti obrzydzenie światowych stosunków, których celem było wyjście zamąż, a które wydawały się jej obecnie hańbiącem ją wystawianiem siebie jak towaru na sprzedaż. Im uważniej Kiti przyglądała się swej nieznajomej przyjaciółce, tembardziej dochodziła do przekonania, że osoba ta jest najbardziej doskonałem stworzeniem, jakie można sobie wyobrazić, i tem usilniej pragnęła zawrzeć z nią stosunki.
Obydwie panny spotykały się po parę razy na dzień i przy każdem spotkaniu oczy Kiti zdawały się mówić: „Kto pani jest? co pani za jedna? Wszak prawda, że pani jest tem uroczem stworzeniem, jakiem ja wyobrażam sobie panią? Lecz na miłość Boską“ — dodawało jej nieśmiałe spojrzenie — „niech pani nie myśli, że pozwalam sobie narzucać się jej z moją znajomością: poprostu zachwycam się i kocham panią!“ — „Ja również kocham panią i pani jest mi nadzwyczaj sympatyczną, a gdybym tylko miała trochę czasu, jeszcze bardziej kochałabym panią“ — odpowiedziało Kiti spojrzenie nieznajomej.
I w samej rzeczy Kiti zauważyła, że mademoiselle Wareńka jest zawsze zajętą, gdyż albo odprowadza do domu dzieci jednej z rosyjskich rodzin, albo też niesie pled dla chorej i otula ją, albo wreszcie wybiera i kupuje dla kogobądż pieczywo w sklepie.
Wkrótce po przyjeździe Szczerbackich zaczęły pokazywać się co rano na wodach dwie nowe zupełnie figury, które zwróciły na siebie ogólną nieprzychylną uwagę; były niemi: wysoki szczupły mężczyzna z długiemi nadzwyczaj rękoma, w zakrótkim, jak na wzrost jego, starym paltocie, z czarnemi, nieśmiałemi a jednocześnie strasznemi oczyma, i ospowata niebrzydka kobieta, nieładnie i bez gustu ubrana. Domyślając się, że to są Rosyanie, Kiti wnet zaczęła tworzyć z nich w swej wyobraźni bohaterów wzniosłego i rozczulającego romansu. Księżna jednak, dowiedziawszy się z kurlisty, że to był Mikołaj Lewin i Marya Mikołajewna, nieomieszkała powiedzieć Kiti, że Lewin był złym człowiekiem, wszystkie więc marzenia Kiti, osnute na losach tych dwóch osób, rozwiały się w jednej chwili; nie tyle jednak dlatego, że matka powiedziała o Mikołaju, że jest złym, o ile dlatego, że to był brat Konstantego, i Mikołaj sam i jego towarzyszka wydali się Kiti nadzwyczaj niesympatycznymi.
Kiti zdawało się, że w dużych, strasznych oczach Mikołaja, patrzących na nią uporczywie, przebijał się wyraz nienawiści i ironii, i Kiti starała się unikać Mikołaja i nie spotykać z nim.

XXXI.

Była niepogoda, deszcz padał od samego rana i chorzy z parasolami w rękach tłoczyli się w galeryi.
Kiti przechadzała się z matką, towarzyszył im pułkownik, który zdawał się zachwycać swym cywilnym tużurkiem, kupionym we Frankfurcie. Towarzystwo chodziło po jednej stronie galeryi, starając się trzymać jak najdalej od Lewina, przechadzającego się po drugiej stronie. Wareńka w swej ciemnej sukni, w czarnym kapeluszu, którego skrzydła spuszczone były na dół, czyniły go podobnym do olbrzymiego grzyba, prowadziła pod rękę niewidomą Francuzkę. Za każdym razem, gdy Wareńka i Kiti mijały się, obydwie rzucały na siebie przyjazne spojrzenia.
— Mamo, czy mogę porozmawiać z nią? — zapytała Kiti, przypatrując się swej nieznajomej przyjaciółce i widząc, że może zejść się z nią za chwilę u źródła, ku któremu właśnie zbliżały się.
— Jeśli tak bardzo życzysz sobie tej znajomości, dowiem się pierwej, co to za jedna, i sama podejdę do niej — odparła matka. — Ciekawam tylko, co tak szczególnego upatrzyłaś sobie w niej: zapewne to dama do towarzystwa; chcesz, Kiti, to zapoznam cię i z panią Stahl. Znałam jej belle-soeur — dodała księżna, podnosząc z dumą głowę.
Kiti wiedziała, że księżna ma pewną urazę do pani Stahl, iż ta zdaje się unikać znajomości z księżną, nie nalegała więc na matkę.
— Zachwycam się nią — zauważyła Kiti, przyglądadając się Wareńce, która podawała właśnie Francuzce kubek z wodą — niech się mama tylko patrzy, jaka ona jest naturalna i sympatyczna.
— Bawią mnie twe engonements... — rzekła księżna — chodźmy jednak lepiej z powrotem — zauważyła po chwili, spostrzegając Lewina, idącego ku nim w towarzystwie kobiety, z którą bawił na wodach, i doktora; z tym ostatnim Lewin głośno i z gniewem rozmawiał; gdy księżna i Kiti wracały się, usłyszały nagle już nie głośną rozmowę, lecz krzyk. Lewin, zatrzymawszy się, krzyczał, doktór również podniósł głos. Publiczność zaczęła zbierać się koło nich; księżna i Kiti oddaliły się prędko, pułkownik zaś podszedł bliżej, chcąc się dowiedzieć o przyczynie zajścia. Po upływie paru minut pułkownik dopędził swe panie.
— Co się tam stało? — zapytała księżna.
— Wstyd i hańba doprawdy! — odrzekł pułkownik — lękam się zawsze jednej rzeczy, mianowicie spotykania się za granicą z Rosyanami. Ten wysoki jegomość pokłócił się z doktorem, nagadał mu niegrzeczności, że nie tak go leczy jak powinien i zamierzył się na niego kijem. Wstyd doprawdy!
— W istocie bardzo nieprzyjemne zajście — zauważyła księżna — i jakże skończyło się?
— Bogu dzięki — wtrąciła się do tego ta... ta w kapeluszu podobnym do grzyba... — ta Rosyanka, jak się zdaje — odpowiedział pułkownik.
— Mademoiselle Wareńka... — podpowiedziała mu uradowana Kiti!
— Tak, tak... ona przybiegła najpierwsza, wzięła tego pana za rękę i zabrała z sobą...
— Widzi mama... — zwróciła się Kiti ku matce — a mamę zawsze dziwi, że ja zachwycam się nią.
Następnego dnia, przypatrując się swej nieznajomej przyjaciółce, Kiti zauważyła, że mademoiselle Wareńka jest już z Lewinem i jego towarzyszką na tej samej stopie, na jakiej była i z innymi swemi protegés. Mademoiselle Wareńka podchodziła do nich, rozmawiała z nimi i służyła za tłumaczkę Maryi Mikołajewnie, która nie znała żadnego cudzoziemskiego języka.
Kiti zaczęła jeszcze usilniej prosić matkę, aby zezwoliła jej na zawarcie znajomości z Wareńką. I choć dla księżnej było nadzwyczaj drażliwą kwestyą zdawać się szukać przyjemności w poznaniu się z panią Stahl i czynić ku niej pierwszy krok, chociaż pani Stahl pozwalała sobie drożyć się ze swoją osobą, jednak księżna wypytywała się wszystkich znajomych o Wareńkę i dowiedziała się o niej rozmaitych szczegółów, z których można było wywnioskować, że niema nic niepożądanego w zaznajomieniu się Kiti z Wareńką, jak również i niewiele pożądanego. Księżna sama podeszła pierwsza ku Wareńce i poznała się z nią.
Skorzystawszy z chwili, gdy córka poszła do źródła, a Wareńka zatrzymała się koło sklepu piekarza, księżna zbliżyła się ku niej.
— Niech mi pani pozwoli zapoznać się z sobą — rzekła hrabina z uśmiechem pełnym godności — ale córka moja zakochała się w pani. Pani zapewne nie zna mnie, jestem...
— W każdym razie nie bardziej niż ja w niej, księżno — odparła z uśmiechem Wareńka.
— Pani wyświadczyła wczoraj ogromną przysługę naszemu nieszczęśliwemu ziomkowi!... — mówiła księżna.
Wareńka zarumieniła się.
— Nie przypominam sobie, zdaje się jednak, żem nie wyświadczyła żadnej przysługi — odparła.
— W jaki sposób uchroniła pani tego nieszczęśliwego Lewina od nieprzyjemności?
Sa compagne zawołała mnie, a ja postarałam się uspokoić go: jest to człowiek bardzo chory i niezadowolony ze swego doktora, a ja przyzwyczaiłam się do tego rodzaju chorych.
— W istocie słyszałam, że pani mieszka w Mentonie z panią Stahl, ze swoją ciotką, jak mi się zdaje. Znałam jej belle soeur...
— Pani Stahl nie jest moją ciotką; nazywam ją maman, choć niema między nami żadnego pokrewieństwa: pani Stahl wychowała mnie tylko — odpowiedziała Wareńka, rumieniąc się znowu.
Wszystko to było powiedzianem tak naturalnie, z taką prostotą i szczerym wyrazem, że od razu ujęło księżnę, która zrozumiała już, dlaczego Kiti tak pokochała Wareńkę.
— A cóż będzie z Lewinem? — zapytała księżna.
— Wyjeżdża — odrzekła Wareńka.
W tej chwili ku księżnie i Wareńce podeszła Kiti, cała promieniejąca z radości, że matka zaznajomiła się z jej przyjaciółką.
— Widzisz, Kiti, chęć twa poznania mademoiselle...
— „Wareńki“ — z uśmiechem podpowiedziała Wareńka — wszyscy mnie tak nazywają.
Kiti zarumieniła się z radości i przez dłuższy czas ściskała dłoń swej nowej przyjaciółce, nie mogąc odezwać się ze wzruszenia; dłoń Wareńki nie odpowiadała uściskiem na uścisk, lecz spoczywała nieruchomo w ręku Kiti, twarz jej jednak rozpromieniła się cichym, szczęśliwym, choć trochę smutnym uśmiechem, który odsłonił jej duże, lecz śliczne zęby.
— I ja od dawna pragnęłam tego — rzekła mademoiselle Wareńka.
— Ale pani jest ciągle tak zajętą!...
— E, nie... nie mam nic do roboty — odparła Wareńka, musiała jednak opuścić natychmiast swe nowe znajome, gdyż dwie dziewczynki, córeczki jednego z chorych Rosyan, przybiegły ku niej.
— Wareńko, mama woła! — wołały dziewczynki.
I Wareńka poszła za niemi.

XXXII.

Szczegóły, których księżna dowiedziała się o przeszłości Wareńki i o stosunku jej do pani Stahl, były następujące: pani Stahl, o której jedni mówili, że zamęczyła swego męża, a drudzy — że to on zamęczył ją swem rozpustnem życiem, była zawsze chorowitą i egzaltowaną kobietą. Gdy po rozejściu się już z mężem wydała na świat pierwsze dziecko, które umarło natychmiast po urodzeniu, rodzina, znając uczuciowość pani Stahl i lękając się, aby wiadomość o śmierci dziecka nie zabiła jej, zamieniła dziecko, podstawiając córeczkę nadwornego kucharza, która tej samej nocy urodziła się w Petersburgu. Dzieckiem tem była Wareńka, o czem pani Stahl dowiedziała się znacznie później. Chociaż dziewczynka nie była jej córką, pani Stahl jednak zajęła się nią, tembardziej, że w krótkim przeciągu czasu cała rodzina Wareńki wymarła.
Od dziesięciu lat przeszło pani Stahl mieszkała zagranicą na południu, pozbawiona zupełnie władzy w nogach. I znów jedni mówili, że pani Stahl zdobyła sobie niezasłużenie opinię religijnej i dobroczynnej osoby, drudzy zaś — że taką jest w istocie i że żyje tylko dla dobra bliźnich swych. Nikt nie wiedział jakiego pani Stahl jest wyznania, katolickiego, protestanckiego, czy też prawosławnego, wiadomo jednak było, że była znajomą z najwyższymi dostojnikami wszystkich kościołów i wyznań.
Wareńka mieszkała z nią wciąż za granicą i wszyscy znajomi pani Stahl, znali i lubili Wareńkę, nazywając ją powszechnie mademoiselle Wareńka.
Zasiągnąwszy tych wszystkich wiadomości, księżna nie miała nic przeciwko zaznajomieniu się córki z Wareńką, tembardziej, że Wareńka miała bardzo dobre ułożenie i odebrała nader staranne wychowanie: mówiła doskonale po francusku i po angielsku i, co księżnę najbardziej ujęło, zakomunikowała jej z polecenia pani Stahl, wyrazy ubolewania, że choroba pozbawiła jej opiekunkę przyjemności zawarcia z księżną bliższych stosunków.
Poznawszy Wareńkę, Kiti coraz bardziej zachwycała się swą przyjaciółką i codziennie przekonywała się o jej nowych zaletach.
Księżna, dowiedziawszy się, że Wareńka ładnie śpiewa, prosiła ją, by kiedykolwiek przyszła na herbatę i aby zaśpiewała.
— Kiti grywa, mamy fortepian, nieszczególny co prawda, lecz pani w każdym razie zrobi nam ogromną przyjemność — rzekła księżna z uśmiechem, w którym znać było przymus. Uśmiech ten szczególniej teraz nie podobał się Kiti, gdyż zauważyła, że Wareńka nie lubi popisywać się swym śpiewem. Wareńka jednak przyszła wieczorem i przyniosła z sobą zeszyt nut. Księżna zaprosiła Maryę Eugeniewnę z córką i pułkownika.
Wareńka zdawała się być zupełnie obojętną na obecność obcych osób i podeszła od razu do fortepianu. Kiti, która dobrze grała, podjęła się akompaniować, gdyż Wareńka nie umiała.
— Pani ma niezwykły talent — rzekła księżna, gdy Wareńka skończyła śpiewać jakąś piosenkę.
Marya Eugeniewna i córka jej również zachwycały się śpiewem Wareńki i dziękowały jej.
— Niech pani spojrzy — zauważył pułkownik, spoglądając przez okno — ile publiczności zebrało się pod oknami, chcąc posłuchać śpiewu pani.
Pod oknami w istocie stało sporo osób.
— Cieszę się bardzo, że mi się udało zrobić państwu przyjemność, odpowiedziała Wareńka.
Kiti spojrzała z dumą na swą przyjaciółkę, gdyż zachwycała się i jej talentem, i głosem i urodą, najbardziej jednak jej obejściem się i tem, że Wareńka nie myślała widocznie zupełnie o swym śpiewie i nie zwracała żadnej uwagi na pochwały, któremi wszyscy zarzucali ją. Wareńka zdawała się tylko pytać: czy jeszcze mam śpiewać, czy też już dosyć mego śpiewu?
„Gdybym ja była na jej miejscu“ — myślała Kiti — dopierobym była dumną z tych pochwał! dopierobym się cieszyła, patrząc na ten tłum pod oknami: a jej to absolutnie wszystko jedno, gdyż powoduje nią tylko chęć zrobienia przyjemności maman. Ale co w niej jest takiego? Co daje jej tę siłę, która pozwala jej gardzić wszystkiem i być niezależną i spokojną? Chciałabym koniecznie być taką jak ona i nauczyć się od niej tego!“ — myślała Kiti, wpatrując się w spokojną twarz Wareńki. Księżna poprosiła Wareńkę, aby śpiewała jeszcze, i Wareńka, stojąc koło fortepianu i wybijając na nim takt swą szczupłą, śniadą ręką, śpiewała znowu, również ładnie i z uczuciem, jak przedtem.
Kiti zagrała preludyum do następnej włoskiej pieśni, która była w zeszycie i obejrzała się na Wareńkę.
— Opuśćmy tę pieśń — rzekła Wareńka, rumieniąc się.
Kiti obrzuciła Wareńkę spojrzeniem, w którem malował się przestrach i zadziwienie.
— Dobrze, więc co innego — odparła prędko, przerzucając kartki i domyślając się od razu, że pieśń ta budziła w Wareńce jakieś wspomnienia.
— Nie — odparła Wareńka, kładąc rękę na nutach i uśmiechając się — nie potrzeba. Zaśpiewajmy to.
Piosnkę tę Wareńka śpiewała również ładnie i z tym samym spokojem, co i poprzednią.
Gdy Wareńka skończyła śpiewać, wszyscy znów zaczęli dziękować jej i zachwycać się. Podano herbatę, Kiti i Wareńka wyszły do ogródka koło domu.
— Nieprawdaż, że do tej pieśni przywiązuje pani jakieś wspomnienie? — odezwała się Kiti. — Niech pani nie mówi jakie — dodała prędko — tylko niech pani powie czy tak, czy nie...
— Dlaczegóż nie mam powiedzieć, niema w tem nic nadzwyczajnego — odparła Wareńka i nie czekając na odpowiedź, dodała — w samej rzeczy, przywiązuję do tej pieśni wspomnienie, które niegdyś było mi bardzo przykrem. Kochałam i pieśń tę śpiewałam mu parę razy.
Kiti z tkliwością, nic nie mówiąc, patrzała na Wareńkę swemi pięknemi oczyma, rozwartemi szeroko.
— Kochałam go i on mnie kochał, lecz jego matce nie podobała się nasza miłość i on ożenił się wkrótce z inną: mieszka z żoną niedaleko od nas i widuję go od czasu do czasu. Pani nie przypuszczała zapewne, aby i w mojem życiu był romans? — zapytała Wareńka, i na ładnej twarzyczce jej zatlił się zaledwie dostrzegalny płomyk, który, jak Kiti wiedziała, przenikał ją całą niegdyś ogniem.
— Dlaczego miałam nie przypuszczać? Gdybym była mężczyzną, to poznawszy panią, nie mogłabym już kochać się w nikim innym. Nie pojmuję doprawdy, jak on mógł, idąc za życzeniem matki, zapomnieć o pani i uczynić panią nieszczęśliwą, nie miał chyba serca.
— Co to, to nie, on jest bardzo dobrym człowiekiem, a ja nie jestem wcale nieszczęśliwą, przeciwnie, czuję się zupełnie szczęśliwą. Więc nie będziemy już śpiewać dzisiaj? — dodała Wareńka po chwili, kierując się w stronę domu.
— Jaka pani dobra! — zawołała Kiti i pocałowała przyjaciółkę — chciałabym choć trochę być podobną do pani!
— Po co pani ma być podobną do kogobądż? niech pani będzie tylko sobą — z łagodnym uśmiechem, w którym znać było znużenie, odparła Wareńka.
— Nie, ja zupełnie nie jestem dobra, ale niech mi pani powie... niech pani zaczeka... posiedźmy jeszcze trochę — rzekła Kiti, sadzając Wareńkę koło siebie na ławce — niech pani powie, czy pani czuje żal na samą myśl, że ktoś pogardził jej miłością, że nie chciał...
— Ależ on nie pogardził; wierzę, że kochał mnie, lecz był posłusznym synem...
— Dobrze, lecz gdyby postąpił tak, jak postąpił, nie z woli matki, lecz z własnej winy?... — mówiła Kiti, czując, że zdradza swą tajemnicę i że wydają ją rumieńce wstydu, które piekły jej policzki.
— W takim razie postąpiłby nieuczciwie i nie żałowałabym go — odparła Wareńka, domyślając się widocznie, że Kiti ma na myśli nie ją, lecz siebie...
— A obraza? — zapytała Kiti — obraza nie da się zapomnieć, nie da — mówiła dalej, przypominając sobie swe spojrzenie, które rzuciła na Wrońskiego podczas ostatniego balu, w chwili, gdy muzyka przestała grać.
— Jakaż tu może być obraza? Przecież pani nie zrobiła nic złego?
— Jeszcze gorzej... wstydzę się tego.
Wareńka pokiwała głową i położyła swą rękę na ręku Kiti.
— Czegóż się pani wstydzi? — zapytała. — Przecież pani nie mogła powiedzieć człowiekowi, który patrzał na panią obojętnie, że pani go kocha?...
— Ma się rozumieć, że nie... nie powiedziałam mu o tem nigdy ani jednego słowa, lecz on przecież wiedział to... takich rzeczy domyśla się każdy ze spojrzeń, ze sposobu zachowania się... Choćbym żyła sto lat nie zapomnę tego...
— A więc i cóż z tego? Ja nie rozumiem, o co pani idzie, gdyż cała rzecz polega na tem, czy pani kocha go jeszcze, czy już nie — rzekła Wareńka, nazywając rzeczy wprost po imieniu.
— Nienawidzę go, a sobie nie mogę tego darować.
— Więc cóż z tego?
Wsyd mi i przykro.
— Mój Boże, coby to było, gdyby wszyscy byli tak drażliwi i uczuciowi, jak pani. Niema panny, która nie przechodziłaby przez to, a zresztą to wszystko ma tak mało znaczenia.
— A cóż w takim razie ma znaczenie? — zapytała Kiti, spoglądając z ciekawością na Wareńkę.
— Bardzo wiele rzeczy — odparła Wareńka, uśmiechając się.
— Cóż takiego?
— Wiele, bardzo wiele rzeczy ma większe znaczenie... — rzekła Wareńka, nie wiedząc sama, co ma mówić; lecz w tej chwili rozległ się z okna głos księżnej: „Kiti, chłodno! albo weź szal, albo wracaj do pokoju!“
— Późno już — rzekła Wareńka — a ja muszę zajść jeszcze do mademoiselle Berthe, która prosiła mnie o to.
Kiti trzymała ją za rękę, obrzucając spojrzeniem, w którem malowała się niezaspokojona ciekawość i usilna prośba: „Więc cóż ma najwięcej znaczenia, cóż daje taki spokój? Pani wie, więc niech mi pani powie!“ Lecz Wareńka zdawała się nie rozumieć i nie domyślać, o co Kiti pytała ją spojrzeniem, gdyż cała przejętą była tylko myślą, że musi być jeszcze u mademoiselle Berthe i zdążyć do domu na herbatę, którą pani Stahl pijała o 12-tej w nocy, wróciła więc do pokoju, zwinęła nuty i pożegnawszy się ze wszystkimi, chciała wychodzić.
— Niech pani pozwoli, odprowadzę panią — rzekł pułkownik.
— Przecież pani nie może sama wracać do domu po nocy — zauważyła księżna — niechaj przynajmniej Parasza odprowadzi panią.
Kiti spostrzegła, że Wareńka zaledwie mogła powstrzymać uśmiech, słysząc, iż musi koniecznie być odprowadzaną.
— Dziękuję państwu serdecznie, ale zawsze chodzę sama i nie stało mi się nigdy nic złego — odparła Wareńka, kładąc kapelusz na głowę, poczem raz jeszcze pocałowawszy Kiti i, nie powiedziawszy jej co ma największe znaczenie, znikła prędko z nutami pod pachą w półmroku letniej nocy, unosząc z sobą swą tajemnicę, co, zdaniem jej, jest najważniejszem i co daje jej ten spokój i osobistą godność, czego Kiti tak jej zazdrościła.

XXXIII.

Kiti zaznajomiła się i z panią Stahl, i znajomość ta łącznie z przyjaźnią Wareńki, nie dość, że wywierała na Kiti ogromny wpływ, lecz dawała jej również i pociechę w jej zmartwieniu. Kiti znalazła tę pociechę w tem, że przed nią, dzięki znajomości z panią Stahl, otworzył się zupełnie nowy świat, nie mający nic wspólnego z jej przeszłością, świat wzniosły, wspaniały, z którego wysokości Kiti mogła spokojnie spoglądać na przeszłość. Kiti przekonała się, że prócz życia instynktownego, które pędziła dotychczas, istnieje jeszcze życie duchowe. Zycie to dawała religia, lecz nie ta, którą Kiti znała od dzieciństwa, a która polegała na mszy i na nocnem nabożeństwie we Wdowim Domu, gdzie można było spotkać wszystkich znajomych, i nauczeniu się na pamięć słowiańskich tekstów; była to religia wzniosła, tajemnicza, cały szereg głębokich myśli i uczuć, religia, w którą można było wierzyć nietylko dlatego, że kazano w nią wierzyć, lecz w którą wierzyło się, gdyż kochało się ją.
Kiti dowiedziała się o tem nie ze słów; pani Stahl rozmawiała z nią, jak z miłem dzieckiem, którem człowiek dorosły zachwyca się, jako wspomnieniem swych młodych lat i raz tylko napomknęła Kiti, że tylko miłość i wiara są pociechą we wszelakich utrapieniach ludzkich, i że cierpienia nasze są niczem w porównaniu z cierpieniami Chrystusa, po chwili jednak zaczęła rozmawiać o czem innem. Lecz Kiti z każdego jej ruchu, z każdego wyrazu, z każdego niebiańskiego, jak wyrażała się, spojrzenia pani Stahl, szczególniej zaś z jej przeszłości, z którą zapoznała się z opowiadań Wareńki, jednem słowem ze wszystkiego, Kiti dowiadywała się, czego dotąd nie wiedziała, co ma „najwięcej znaczenia.“
Choć charakter pani Stahl był wzniosły, choć cały przebieg jej życia był wzruszającym, choć słowa jej były również podniosłe i rozczulające, jednak Kiti pomimowoli zauważyła takie postępki pani Stahl, które dawały jej wiele do myślenia, a mianowicie, że pani Stahl, mówiąc o swych krewnych, uśmiecha się pogardliwie, co nie idzie w parze z chrześcijańską dobrocią. Kiti zauważyła również, że gdy zastała kiedyś u pani Stahl katolickiego księdza, to pani Stahl starała się ukryć swą twarz w cieniu abażura i jakiś dziwny uśmiech igrał na jej twarzy. Choć do tych dwóch spostrzeżeń nie można było przywiązywać żadnej wagi, budziły one jednak w duszy Kiti pewne wątpliwości co do pani Stahl; za to Wareńka, sierota, bez krewnych, bez przyjaciół, rozczarowana, niczego nie pragnąca, niczego nie żałująca, była taką doskonałością, jaką Kiti w marzeniach swych pragnęła pozostać. Przypatrując się Wareńce, Kiti doszła do przekonania, że wystarcza zapomnieć o sobie i kochać bliźnich, by zapewnić sobie na zawsze szczęście i spokój. Kiti pragnęła właśnie stać się taką. Dowiedziawszy się, do czego należy przywiązywać największą wagę, Kiti nie chciała poprzestać na zachwycaniu się tylko, lecz całą duszą oddała się temu nowemu życiu, z którem teraz dopiero zapoznała się. Z opowiadań Wareńki o tem, co robiła pani Stahl i inne osoby, wymieniane przez Wareńkę, Kiti utworzyła już sobie plan, według którego zamierzała działać w przyszłości. Równie jak i siostrzenica pani Stahl, Alinę, o której Wareńka opowiadała jej bardzo dużo, Kiti miała zamiar wyszukiwać wszędzie nieszczęśliwych, pomagać im o ile możności, rozdawać Pismo święte, czytywać ewangelie chorym, przestępcom i konającym. Kiti pociągała szczególniej myśl czytywania Pisma świętego przestępcom, marzenia te jednak zachowywała w głębokiej tajemnicy, i nie powierzała ich ani matce, ani Wareńce.
Najprzód księżna zaczęła spostrzegać, że Kiti znajdowała się pod wpływem engonement, jak księżna mówiła, do pani Stahl, a szczególniej do Wareńki. Księżna zauważyła, że Kiti naśladuje nietylko postępowanie Wareńki, lecz pomimowoli i jej ruchy i sposób mówienia i mruganie oczyma; wkrótce jednak księżna przekonała się, że w Kiti, niezależnie od zachwycania się przyjaciółką, odbywa się jakiś ważny wewnętrzny przewrót.
Księżna spostrzegła, że Kiti, która nigdy przedtem nie robiła tego, czytuje wieczorami ewangelię po francusku, którą dostała od pani Stahl, że unika znajomych, a za to zajmuje się pod opieką Wareńki chorymi, szczególniej zaś ubogą rodziną chorego malarza Pietrowa. Kiti była widocznie dumną z tego, że pełniła wśród tej rodziny obowiązki siostry miłosierdzia. Ponieważ księżnej podobała się ta zmiana w córce, nie miała więc nic przeciwko temu, tem bardziej, że żona Pietrowa była bardzo przyzwoitą kobietą, i że następczyni tronu, zauważywszy działalność Kiti, chwaliła jej postępowanie i nazywała Kiti aniołem-pocieszycielem. Księżnej to wszystko podobałoby się jeszcze bardziej, gdyby Kiti umiała zachować pewną miarę, księżna zaś zauważyła, że Kiti jest zbyt gorliwą, na co zwracała córce parokrotnie uwagę, twierdząc: Il ne faut jamais rien outrer.
Kiti nic nie odpowiadała matce: była jednak głęboko przekonaną, że nigdy nie można być zbyt gorliwą w okazywaniu chrześcijańskiego miłosierdzia, gdyż w jaki sposób można przesadzać w stosowaniu się do nauki, która każe nam podstawiać lewy policzek temu, kto uderzy nas w prawy, i każe oddawać koszulę temu, kto zabrał nam kaftan. Księżnej jednak ta zbyteczna gorliwość nie podobała się, jeszcze zaś bardziej niepodobało się — czego domyślała się — iż Kiti nie chciała zupełnie szczerze powiedzieć jej wszystkiego. W samej rzeczy Kiti taiła przed matką swe nowe poglądy i przekonania, a taiła je nie dlatego, aby miała nie kochać lub nie szanować matki, lecz dlatego tylko, że to była jej matka; Kiti zwierzyłaby się prędzej przed każdym obcym, niż przed księżną.
— Jakoś Anna Pawłowna nie była już u nas bardzo dawno — odezwała się raz księżna o żonie malarza — zapraszałam ją kiedyś, ale wydała mi się nie w humorze.
— Nie, nie zauważyłam tego, maman — odparła Kiti, rumieniąc się.
— Dawno byłaś u nich po raz ostatni?
— Mamy zamiar pojechać jutro na spacer w góry — odparła Kiti.
— Jedźcie sobie — rzekła księżna, spoglądając bacznie na zmieszaną twarz córki i usiłując odgadnąć powód jej zakłopotania.
Wareńka przyszła tego dnia na obiad i oznajmiła, że Anna Pawłowna rozmyśliła się i nie pójdzie na jutrzejszy spacer. Księżna zauważyła, że Kiti znowu zarumieniła się.
— Kiti, czy spotkała cię może jaka nieprzyjemność od Piętrowych? — zapytała księżna, pozostawszy sam na sam z córką. — Dlaczego Piętrowa przestała przysyłać do nas dzieci i sama już nie przychodzi?
Kiti odparła, że między nią a Anną Pawłowna nic nie zaszło, i że stanowczo nie wie, dlaczego żona malarza zdaje się unikać jej. Kiti powiedziała szczerą prawdę, gdyż nie wiedziała czemu Anna Pawłowna zmieniła się w ostatnich dniach, domyślała się tylko, a o tem, o czem domyślała się, nie chciała mówić nietylko matce, ale nawet i samej sobie, gdyż domysł jej należał do tych, o których nie można mówić nawet przed samym sobą, ponieważ i wstyd i strach przejmują, na myśl, że można się omylić.
Kiti parę razy powracała wciąż do przypominania sobie swych stosunków z rodziną malarza: przypominała sobie naiwną radość, jaką dyszało okrągłe, dobroduszne oblicze Anny Pawłowny, gdy Kiti przychodziła do niej, przypominała sobie rozmowy o chorym, jakie we dwie toczyły, układając spisek, mający na celu odrywać go od pracy, którą doktorzy wzbronili choremu i wyprowadzać go na spacer; przypominała sobie przywiązanie najmłodszego synka Pietrowych, który nazywał ją: „moja Kiti“ i który bez niej nie chciał iść spać. Potem przypominała sobie nadzwyczaj chudą postać Pietrowa, z długą szyją, w tabaczkowym surducie, jego rzadkie wijące się włosy, pytające niebieskie oczy, które przejmowały ją z początku strachem, i usiłowania jego, zwykle wszystkim suchotnikom, jakie czynił, chcąc wydawać się w jej obecności zdrowym i silnym. Kiti przypominała sobie, jak w pierwszych dniach ich znajomości zadawała sobie przymus, aby przemódz obrzydzenie, jakie wzbudzał w niej chory na równi ze wszystkimi suchotnikami i jak musiała zawsze namyślać się długo, zanim zapytała go o co; dalej przypominała sobie te nieśmiałe, bojaźliwe spojrzenia, jakie malarz rzucał na nią, jak również przypomniało się jej dziwne współczucie, jakie mu okazywała i zakłopotanie, które ogarniało ją, a potem poczucie swej dobroci, którego mimowoli doznawała. Jak wtedy było dobrze! Lecz tak było tylko z początku. Teraz jednak, parę dni temu, wszystko zmieniło się nagle. Anna Pawłowna witała Kiti z nieszczerą serdecznością i nieustannie śledziła męża i ją.
Czyżby ta wzruszająca radość chorego, jaką okazywał, gdy Kiti przychodziła, była powodem oziębłości Anny Pawłowny? W istocie — przypominała sobie Kiti — jest coś nienaturalnego w Annie Pawłownie i wręcz przeciwnego zwykłej jej dobroci, gdy pozawczoraj rzekła mi z gniewem:
— Ciągle czekał na panią, nie chciał bez pani pić kawy, choć osłabł bardzo. — A zresztą może było jej nieprzyjemnie, gdy podawałam mu pled, gdyż chociaż nie było w tem nie nadzwyczajnego, on tak niezgrabnie wziął go i dziękował mi tak długo, że aż mi samej było przykro. A potem ten mój portret, który mu się udał tak znakomicie przedewszystkiem zaś spojrzenie jego, które wciąż zwraca na mnie, a w którem maluje się zakłopotanie i czułość. Tak, tak, niezawodnie!... — powtarzała Kiti z przestrachem. — Nie, tak dłużej być nie może i nie powinno! Aż mi żal patrzyć na niego! — mówiła Kiti samej sobie.
Wątpliwości te zatruwały jej zadowolenie, jakie znajdowała w swem nowem życiu.

XXXIV.

Przed końcem sezonu powrócił do rodziny książę Szczerbacki, który po ukończeniu kuracyi w Karlsbadzie, jeździł do znajomych zamieszkałych w Baden i w Kissingen, aby zaczerpnąć, jak powiadał, rosyjskiego ducha.
Poglądy księcia i księżnej na zagranicę były wręcz przeciwne. Księżna znajdowała wszystko zachwycającem i pomimo stanowiska, jakie zajmowała w rosyjskiem towarzystwie, usiłowała podczas pobytu za granicą być europejską damą, jaką nie była, gdyż była rosyjską „barynią“, musiała więc udawać, co ją trochę krępowało. Książę zaś był zdania, że cala zagranica nic nie warta, życie europejskie ciężyło mu, trzymał się więc rosyjskich obyczajów i naumyślnie zawsze, będąc zagranicą, starał się być mniej europejczykiem, niż nim był w rzeczywistości.
Książę powrócił szczuplejszy, z obwisłymi policzkami, lecz w jak najlepszym humorze. Humor polepszył mu się jeszcze, gdy ujrzał, że zdrowie Kiti poprawiło się znacznie. Wiadomości o zaprzyjaźnieniu się Kiti z panią Stahl i Wareńką, jak również spostrzeżenia, udzielone mu przez księżnę co do zmiany zaszłej w Kiti, zaniepokoiły księcia i książę począł, jak zwykle, być zazdrosnym o wszystko, co mogłoby odciągnąć córkę od niego i lękał się, aby ta córka nie oddaliła się z pod jego wpływu w jakieś obce niedostępne mu sfery. Lecz te niemile wrażenia utonęły w morzu dobroci i wesołości, a dobroć i wesołość stanowiły zawsze cechę księcia i powiększyły się jeszcze po kuracyi karlsbadzkiemi wodami.
Nazajutrz po przyjeździe, książę w swym długim paltocie, ze swemi rosyjskiemi zmarszczkami i obwisłemi policzkami, podpartemi mocno nakrochmalonym kołnierzykiem, w doskonałym humorze, poszedł z córką na wody.
Ranek był śliczny i czysty, wesołe domki z ogródkami, widok wesoło pracujących nalanych piwem niemieckich sług o czerwonych twarzach i rękach, jasne słońce, wszystko to rozweselało serce; lecz im bardziej książę zbliżał się z córką ku źródłu, tem częściej spotykali chorych, którzy wyglądali jeszcze mizerniej i nieszczęśliwiej na tem tle codziennego, regularnego, pracowitego niemieckiego życia. Przeciwieństwo to nie raziło już Kiti. Jasne słońce, wesoły, odblask zieloności, dźwięki muzyki, były dla niej naturalnemi ramami tych wszystkich znajomych twarzy, które w oczach Kiti zmieniały się stopniowo, wyglądając coraz lepiej lub gorzej; lecz jasny czerwcowy ranek, dźwięki orkiestry grającej wesołego walca, a szczególniej widok zdrowych sług, wydawał się księciu czemś nieprzyzwoitem wobec tych ponuro poruszających się, na pół żywych istot, które zebrały się tu ze wszystkich krańców Europy.
Pomimo uczucia dumy i młodości, które zawsze ogarniało księcia, gdy szedł pod rękę z ukochaną córką, było mu teraz jakoś nieprzyjemnie i książę wstydził się trochę swych energicznych ruchów i swej tryskającej zdrowiem postaci. Książę był teraz pod wrażeniem, pod jakiem bywa człowiek, który nie będąc ubranym, znalazłby się nagle w liczniejszem towarzystwie.
— Przedstaw mnie, przedstaw swym nowym przyjaciołom — mówił książę do córki, przyciskając łokciem jej rękę. — Ja polubiłem już i ten paskudny Soden za to, że ci tak pomógł. Smutno tylko tu jakoś... A to kto?
Kiti nazywała mu wszystkich znajomych i nieznajomych, spotykanych po drodze; przy samem wejściu do ogrodu spotkali niewidomą madame Berthe z przewodniczką, i księcia zachwyciła radość, z jaką stara Francuzka witała Kiti, gdy usłyszała jej głos. Ze zwykłym u Francuzów zbytkiem uprzejmości i poufałości madame Bertlhe zaczęła rozmawiać z księciem, mówiąc mu, że ma nadzwyczaj dobrą córkę i wynosząc Kiti pod niebiosa, nazywała ją skarbem, perłą i aniołem pocieszycielem.
— No, w każdym razie jednak jest to zaledwie drugi anioł — rzekł książę uśmiechając się. — Córka moja aniołem numer 1-szy nazywa mademoiselle Wareńkę.
— Oh! mademoiselle Wareńka to prawdziwy anioł, allez! — twierdziła Francuzka.
W galeryi ojciec z córką spotkali i Wareńkę, która szła prędko, niosąc wykwintny czerwony woreczek w ręku.
— Oto i papa przyjechał! — rzekła jej Kiti.
Wareńka po prostu i naturalnie, jak zwykle wszystko robiła, uczyniła ruch pośredni między ukłonem a dygiem i od razu zaczęła rozmawiać z księciem, nie okazując najmniejszego zakłopotania.
— Ma się rozumieć, że znam panią i to nawet dobrze — odezwał się książę z uśmiechem.
Kiti z radością przekonała się z tego uśmiechu, że przyjaciółka jej podobała się ojcu. Dokąd się pani tak spieszy? — zapytała Kiti Wareńkę.
Maman jest tutaj... — odparła Wareńka — nie mogła spać przez całą noc i lekarz kazał wywieźć ją do parku, niosę więc jej robotę.
— Więc to jest anioł numer 1-szy — rzekł książę, gdy Wareńka oddaliła się.
Kiti zauważyła, że ojciec chciał pośmiać się trochę z Wareńki, lecz nie mógł tego uczynić, gdyż Wareńka podobała mu się.
— Ujrzymy więc wszystkich twych przyjaciół — dodał książę po chwili — a nawet i panią Stahl, jeśli zechce zrobić mi ten zaszczyt i raczy przypomnieć sobie moją osobę.
— A czy znałeś ją papo? — zapytała Kiti z przestrachem, zauważywszy, że w oczach księcia zaigrała iskra złośliwości na wspomnienie o pani Stahl.
— Znałem trochę jej męża i ją, zanim zapisała się do grona pietystek.
— Papo, co to znaczy pietystka? — zapytała Kiti przestraszona, że to, co ona tak wysoko ceni w pani Stahl, ma swą nazwę.
— Nie wiem. Wiem tylko, że ona za wszystko dziękuje Panu Bogu, za każde nieszczęście nawet; a nawet za to, że jej mąż umarł. Wychodzi więc to jakoś dziwnie, gdyż wszystkim wiadomo, że małżeńskie ich pożycie nie należało do najszczęśliwszych i najprzykładniejszych... A to kto taki? Taki ma nieszczęśliwy wygląd!... — zapytał książę, zauważywszy, że na ławeczce siedzi mężczyzna niewysokiego wzrostu, w brązowym paltocie i białych spodniach, które spadały w fałdach na wychudzone nogi chorego, pozbawione zupełnie muszkułów. Jegomość ten podniósł swój słomiany kapelusz nad wijącymi się rzadkimi włosami, tak, że widać mu było całe, dość wysokie czoło, zaczerwienione chorobliwie od kapelusza.
— To malarz Pietrow — odparła Kiti, rumieniąc się — a to żona jego — dodała po chwili, wskazując Annę Pawłownę, która, jak gdyby naumyślnie, spostrzegłszy zbliżającą się Kiti, wstała i podeszła ku dziecku, biegającemu po alei.
— Biedak, a tak sympatycznie wygląda! — rzekł książę. — Czemu nie podeszłaś ku niemu? zdaje się, że chce pomówić z tobą.
— Chodźmy więc do niego! — rzekła Kiti, wracając się. — Jak się pan miewa dzisiaj? — zapytała, zwracając się do Pietrowa.
Pietrow wstał, opierając się na lasce i spoglądając z przestrachem na księcia.
— To moja córka — rzekł książę. — Miło mi poznać pana.
Malarz ukłonił się i uśmiechnął, pokazując dziwnie błyszczące zęby.
— Czekaliśmy wczoraj na panią, księżniczko! — odezwał się Pietrow; rozmawiając z Kiti, malarz potknął się i powtarzając ten ruch, starał się dać do poznania, iż uczynił to naumyślnie.
— Chciałam przyjść, lecz Wareńka mówiła mi, że Anna Pawłowna dawała jej znać, iż państwo nie pojedziecie.
— Jak to nie pojedziemy? — rumieniąc się i zanosząc kaszlem, rzekł Pietrow, szukając jednocześnie oczyma żony. — Aneto! Aneto! — zawołał głośno i grube, jak sznury, żyły wystąpiły mu na cienką delikatną szyję.
Anna Pawłowna podeszła.
— Czemu kazałaś dać znać księżniczce, że nie mamy już zamiaru jechać? — szepnął gniewnie Pietrow żonie.
— Dzień dobry księżniczko! — rzekła Anna Pawłowna z wymuszonym uśmiechem, nic a nic niepodobnym do jej dawniejszej szczerej serdeczności. — Znajomość pańska sprawia mi zaszczyt... — zwróciła się Anna Pawłowna do księcia — wszyscy oddawna już spodziewali się pana.
— Dlaczego zawiadomiłaś księżniczkę, że nie pojedziemy? — ochrypłym z gniewu głosem raz jeszcze zapytał malarz żonę. Piętrowa drażniło widocznie, że brak mu głosu i że swym słowom nie może nadać tego brzmienia i siły, jakich życzył sobie.
— Ach, mój Boże!... zdawało mi się, że nie pojedziemy... — odparła żona z niechęcią.
— Dlaczego, kiedy... — i Pietrow znów zakaszlał się. Książę uchylił kapelusza i odszedł wraz z córką.
— Och! — westchnął ciężko — w istocie nieszczęśliwi ludzie.
— Masz racyę, papo! — odpowiedziała Kiti — i trzeba ci wiedzieć, że mają czworo dzieci, nie trzymają wcale służącej i są prawie bez środków do życia. On otrzymuje coś od akademii — opowiadała Kiti z przejęciem, starając się ukryć pomieszanie, jakie ją ogarnęło z powodu dziwnej zmiany w postępowaniu Anny Pawłowny.
— Oto i madame Stahl — rzekła Wareńka, wskazując wózek, w którym pod parasolką, między poduszkami, w czemś szarem i niebieskiem leżało coś bezkształtnego. Była to pani Stahl. Za wózkiem stał ponury, tęgi parobek niemiec, który ją woził chorą, a koło wózka wysoki blondyn: był to hrabia szwedzki, którego Kiti znała.
Paru chorych, przechodząc koło wózka, przypatrywało się pani Stahl, jako czemuś nadzwyczajnemu.
Książę podszedł ku pani Stahl i Kiti zauważyła, że w oczach ojca igra złośliwy uśmiech; uśmiech ten wprowadził ją w zakłopotanie; książę zaczął rozmawiać z panią Stahl tą nadzwyczaj wytworną i wykwintną francuzczyzną, jaką obecnie włada już nie wiele osób.
— Nie wiem, czy pani przypomina mnie sobie, lecz ja mam sobie za obowiązek przypomnieć się pamięci pani i podziękować jej za dobroć, okazywaną mojej córce — rzekł książę, zdjąwszy kapelusz i stojąc z obnażoną głową.
— Książę Aleksander Szczerbacki — rzekła pani Stahl, podnosząc na księcia swe niebieskie oczy, w których Kiti dostrzegła niezadowolenie.
— Cieszę się bardzo, gdyż polubiłam nadzwyczaj pańską córkę.
— Pani wciąż szwankuje na zdrowiu?
— Tak, ale przyzwyczaiłam się już — odparła pani Stahl i zapoznała księcia ze szwedzkim hrabią.
— Zmieniła się pani jednak nadzwyczaj mało — rzekł książę — nie miałem zaszczytu widzieć jej jakie dziesięć, jedenaście lat.
— W istocie, Pan Bóg zsyła na nas krzyże i udziela nam zarazem sił, do niesienia ich. Częstokroć człowiek nie wie, po co żyje?... Z tej strony!... — zwróciła się pani Stahl z gniewem do Wareńki, która otulała jej nogi pledem.
— Zapewne po to, by pełnić dobre uczynki! — zauważył książę, uśmiechając się oczyma.
— Nie nam sądzić o tem — odparła pani Stahl, zauważywszy ironię na twarzy księcia. — Więc przyślesz mi, kochany hrabio, tę książkę? będę ci bardzo wdzięczną — zwróciła się po chwili do młodego Szweda.
— A! — zawołał książę, ujrzawszy przechodzącego pułkownika i ukłoniwszy się pani Stahl, odszedł od niej w towarzystwie Kiti i pułkownika, który przyłączył się do nich.
— To jest nasza arystokracya — zauważył pułkownik, chcąc być złośliwym, gdyż miał urazę do pani Stahl, że unikała znajomości z nim.
— Ta kobieta nic a nic nie zmieniła się.
— A książę znał ją jeszcze przed jej rozchorowaniem się i utratą władzy w nogach?
— Tak, rozchorowała się już potem.
— Powiadają, że od dziesięciu lat już nie wstaje...
— Nie wstaje, gdyż jedną nogę ma krótszą od drugiej i w ogóle jest źle zbudowana...
— Papo, to nie może być! — zawołała Kiti.
— Złe języki tak mówią, moje dziecko. A twoja Wareńka ma z nią krzyż pański — dodał książę po chwili — znam ja te chore wielkie damy!
— O nie, papo! — dowodziła Kiti z zapałem — Wareńka ubóstwia ją. Zresztą pani Stahl czyni tyle dobrego, każdy powie to papie: ją i Alinę Stahl wszyscy znają.
— Może być — rzekł książę, przyciskając łokciem rękę córki — zawsze jednak byłoby lepiej, gdyby i ona i Alinę czyniły to w taki sposób, aby nikt o tem nie wiedział.

Kiti zamilkła, lecz nie dlatego, żeby nie miała już co mówić, lecz nawet przed ojcem nie chciała zdradzać swych tajemnic. Jednakże, rzecz dziwna, pomimo, że Kiti była zdecydowaną nie poddawać się poglądom ojca i nie dawać mu przystępu do swej świątyni, poczuła jednak, że ten boski obraz pani Stahl, który w ciągu całego miesiąca nosiła w duszy, znikł bezpowrotnie; zupełnie tak samo znika postać, utworzona z rzuconej bezładnie sukni, gdy przypatrzywszy się jej, zmiarkujemy, jak ta suknia leży. Kiti widziała teraz przed sobą tylko kobietę, która leży tylko dlatego, że ma krótką nogę, i nieładną figurę, i która dręczy Wareńkę, gdy ta niezręcznie okrywa ją pledem. I Kiti pomimo wysiłku, do którego zmuszała swą wyobraźnię, nie mogła przedstawić sobie pani Stahl taką, jaką ją sobie przedstawiała dawniej.

XXXV.

Dobry humor księcia udzielił się wszystkim domownikom, znajomym, a nawet i Niemcowi, od którego Szczerbaccy najmowali mieszkanie.
Wróciwszy z parku i zaprosiwszy na kawę pułkownika, Maryę Eugeniewnę i Wareńkę, książę kazał powynosić stoły i krzesła do ogródka pod kasztan i nakryć tam do śniadania. Pod wpływem wesołości księcia ożywił się i właściciel willi i cała służba, gdyż wszyscy znali jego szczodrość! Po upływie pół godziny chory doktór z Hamburga, mieszkający na górze, przypatrywał się z zazdrością przez okno tej gromadce wesołych i zdrowych Rosyan, którzy zebrali się pod kasztanem. W drżącym, usianym jasnemi plamami cieniu gęstych liści, za stołem nakrytym białym obrusem i zastawionym maszynkami do kawy, chlebem, masłem, serem, zwierzyną na zimno i t. d. siedziała księżna w toczku z liliowemi wstążkami, rozdając wszystkim filiżanki i butersznity. Na drugim końcu stołu siedział książę i zajadał z apetytem, co mu nie przeszkadzało głośno i wesoło rozmawiać.
Książę rozłożył koło siebie na stole sprawunki, jakie porobił podczas swej wycieczki: rzeźbione szkatułki, kubki, najróżniejszych kształtów noże do rozcinania papieru i t. p. Książę nakupował na wszystkich wodach całą furę tych drobiazgów i rozdawał je każdemu, nawet służącej Lischen i właścicielowi domu, z którego wciąż żartował sobie swym zabawnym lichym niemieckim językiem, zapewniając go, że nie wody wyleczyły Kiti, lecz jego potrawy, szczególniej zaś zupa ze śliwek.
Księżnę nie bawiły rosyjskie nawyczki męża, była jednak wesołą i ożywioną, jak jeszcze ani razu na wodach. Pułkownik, jak zwykle, uśmiechał się z żartów księcia, lecz trzymał stronę księżnej co do poglądów na Europę, którą, jak był przekonanym, zbadał dokładnie i sumiennie. Poczciwa Marya Eugeniewna śmiała się do rozpuku, za każdym razem, gdy książę odzywał się, a nawet i Wareńka, czego Kiti nigdy jeszcze nie widziała u niej, śmiała się słabym, lecz szczerym śmiechem, jaki wzbudzały w niej opowiadania księcia.
Kiti cieszyła się, lecz nie mogła nie być zakłopotaną, gdyż nie była w stanie rozwiązać zagadki, jaką zadał jej ojciec swem wesołem zapatrywaniem się na jej przyjaciół i tryb życia, które w ostatnich czasach zaczęła pędzić. Kiti zastanawiała się nietylko nad tą zagadką, lecz jeszcze i nad zmianą, jaka zaszła w stosunkach jej z Pietrowymi, nad zmianą, która dzisiaj widocznie niemiłe dotknęła ją.
Całe towarzystwo było w doskonałym humorze, lecz Kiti nie mogła być wesołą, co sprawiało jej wielką przykrość, w rodzaju tej, jakiej doznawała, będąc dzieckiem, gdy zamykano ją za karę w jej pokoju, zkąd słyszała wesoły śmiech sióstr.
— Pocoś ty nakupował tyle tych drobiazgów? — zapytała księżna z uśmiechem, podając mężowi filiżankę kawy.
— Wychodzę przejść się, przechodzę koło sklepu, a tu proszą Erlaucht, Excellenz, Durchlaucht — jak już powiedzą mi Durchlaucht, nie mogę wytrzymać i zaraz niema dziesięciu talarów.
— To wszystko z nudów tylko — zauważyła księżna.
— Ma się rozumieć, że z nudów: tak się nudziłem, że doprawdy nie wiedziałem co z sobą robić.
— Ja nie rozumiem doprawdy, jak książę mógł się nudzić?... tyle ciekawych rzeczy dzieje się teraz w Niemczech — rzekła Marya Eugeniewna.
— Ależ ja wszystkie ciekawe rzeczy znam co do jednej: zupę ze śliwek — znam, grochową kiełbasę — znam, wszystko znam.
— Książę zgodzi się jednak w każdym razie, że instytucye ich są nadzwyczaj ciekawe — zauważył pułkownik.
— Co w nich ciekawego? Wszyscy są zadowoleni, jak miedziane grosze, gdyż wszystkich zwyciężyli. A z czego ja mam być zadowolonym? Ja nie zwyciężyłem nikogo, a tylko muszę buty sam sobie zdejmować i w dodatku wystawiać je za drzwi; wstawać muszę rano, ubierać się prędko i natychmiast iść do sali na niesmaczną herbatę. W domu lepiej! Budzę się późno, pogniewam się trochę, pogderzę, pomyślę sobie, nie spieszę się...
— Lecz czas, to pieniądz, niech książę nie zapomina o tem.
— Co mi tam czas! Czasu jak się zdarzy mam tyle, żebym cały miesiąc oddał z ochotą za pół rubla, kiedyindziej zaś za żadne skarby nie mogę znaleźć wolnej chwili. Czy nie tak Katienko? Coś ty taka markotna?
— Ależ nie...
— A pani dokąd? Niech pani posiedzi jeszcze — zatrzymywał książę Wareńkę.
— Muszę już iść do domu — odparła Wareńka i znów zaczęła się śmiać, poczem pożegnała towarzystwo i poszła do pokoju po kapelusz.
Kiti udała się za nią; nawet Wareńka wydawała się jej obecnie inną: nie gorszą, lecz i nie taką, jak ją sobie Kiti wyobrażała dawniej.
— Dawno już nie śmiałam się tyle! — rzekła Wareńka, szukając parasolki i woreczka. — Jaki to miły człowiek ojciec pani!
Kiti milczała.
— Kiedyż zobaczymy się? — zapytała Wareńka.
Maman chciała zajść do Pietrowych. Czy pani nie będzie u nich? — odezwała się Kiti, spoglądając bacznie na Wareńkę.
— Będę — odparła Wareńka. — Pietrowowie zamierzają wyjechać, obiecałam więc, że pomogę im pakować się.
— A więc i ja przyjdę.
— Nie potrzeba, co pani z tego przyjdzie?
— Dlaczego? dlaczego? dlaczego? — pytała Kiti, patrząc się rozszerzonemi oczyma na Wareńkę i przytrzymując jej parasolkę, aby Wareńka nie mogła odejść — niech pani zaczeka, dlaczego?
— Ojciec pani przyjechał, a zresztą oni krępują się panią...
— Nie, niech mi pani powie, czemu pani nie życzy sobie, abym bywała często u Pietrowych? przecież pani nie życzy sobie tego, dlaczego?
— Ja nie mówiłam tego — odparła Wareńka spokojnie.
— Dobrze, ale niech mi pani będzie łaskawą powiedzieć dlaczego?
— Czy wszystko mam pani mówić? — zapytała Wareńka.
— Wszystko! wszystko! — zawołała Kiti.
— Nic nadzwyczajnego niema w tem, tylko że Michał Aleksiejewicz[12] miał dawniej zamiar wyjechać wcześniej, a teraz niechce wyjeżdżać — z uśmiechem rzekła Wareńka.
— A więc! a więc! — nagliła Kiti, spoglądając posępnie na Wareńkę.
— A więc Anna Pawłowna, Bóg wie czemu, powiedziała, że mąż jej dlatego niechce jechać, że pani tu jest. Ma się rozumieć, że odezwanie się Anny Pawłowny było niewłaściwem, lecz z powodu jego Pietrowowie pokłócili się, a pani wie, że tego rodzaju chorzy są nadzwyczaj drażliwi.
Kiti posępniała coraz bardziej, lecz nie odzywała się wcale; Wareńka, widząc, że Kiti lada chwila wybuchnie, lecz nie wiedząc, czy wybuch ten objawi się łzami, czy też słowami, nie zadawała jej żadnych pytań, lecz sama nie przestała mówić.
— Niech więc pani nie idzie lepiej... Pani to rozumie doskonale... niech się pani nie obraża...
— Dobrze mi tak! dobrze!... — zaczęła prędko mówić Kiti, biorąc parasolkę z rąk Wareńki i nie patrząc na nią.
Wareńka chciała uśmiechnąć się, patrząc na dziecinny gniew przyjaciółki, lecz obawiała się rozdrażnić ją.
— Jakto dobrze? Nie rozumiem... — zapytała.
— Dobrze mi tak, dlatego, iż to wszystko było tylko udawaniem, iż to wszystko robiłam naumyślnie i z rozmysłem, a wcale nie z dobrego serca. Co mnie może obchodzić jakiś obcy człowiek?... stałam się tylko przyczyną sprzeczki, gdyż zajmowałam się tem, o co mnie nikt nie prosił, a to dlatego, że wszystkie te moje postępki są tylko udawaniem! udawaniem! udawaniem!...
— Pocóż więc pani udawała? — zapytała cicho Wareńka.
— Aby przed ludźmi, przed Bogiem, przed sobą wydawać się lepszą, aby oszukać wszystkich. Nie, teraz już będę mądrzejszą! jestem złą, ale nie chcę jeszcze w dodatku kłamać i oszukiwać!
— Ale któż oszukuje? — zapytała z wymówką Wareńka — pani zdaje się tak mówić, jak gdyby...
Lecz Kiti przestała już panować nad sobą i nie dawała przyjaciółce przyjść do słowa.
— Nie mówię tego zupełnie o pani, pani jest doskonałością. Wiem w istocie, że wy wszystkie jesteście doskonałościami, lecz cóż robić, że ja jestem złą? Ta cała historya nie miałaby miejsca, gdybym ja złą nie była! Będę więc już taką, jaką jestem, ale nie będę udawała. Co mnie obchodzi Anna Pawłowna? Niechaj sobie robią, co im się żywnie podoba, a ja również będę tak postępowała, jak uznam za stosowne. Ja nie mogę być inną... Ale nie o to mi idzie...
— A o cóż więc? — nieśmiało zapytała Wareńka.
— Nie o to. Ja tylko sercu daję się powodować, a wy, prawidłom i zasadom. Ja pokochałam panią dlatego, że pani mi się podobała, a pani mnie zapewne tylko dlatego, aby mnie zbawić i dawać mi rady!
— Pani jest niesprawiedliwą — zauważyła Wareńka.
— Ależ ja nic o nikim nie mówię, tylko o sobie!...
— Kiti! — dało się słyszeć wołanie matki — chodź tutaj i pokaż ojcu swój naszyjnik.
Kiti wzięła ze stołu pudełko z naszyjnikiem i z dumnie podniesioną głową, nie pogodziwszy się ze swą przyjaciółką, poszła do matki.
— Co ci się stało? czemuś taka czerwona? zapytali jednocześnie ojciec i matka.
— Nic — odpowiedziała Kiti — zaraz wrócę... — i znów wybiegła.
„Ona jeszcze jest tutaj!“ — pomyślała Kiti. — „Co ja jej powiem, mój Boże! co też ja narobiłam! co też ja nagadałam! Dlaczego obraziłam ją? Co mam teraz robić i co jej powiedzieć?“ — myślała Kiti i zatrzymała się przed drzwiami.
Wareńka w kapeluszu, z parasolką w ręku, siedziała koło stołu i oglądała sprężynę, którą Kiti złamała; gdy Kiti weszła, Wareńka podniosła głowę.
— Wareńko, przebacz mi, przebacz! — wyszeptała Kiti, podchodząc ku niej — ja już nic nie pamiętam, com mówiła. Ja...
— Nie miałam doprawdy... zamiaru rozgniewać pani! — rzekła Wareńka, uśmiechając się.
Pokój został zawartym. Z chwilą jednak przyjazdu ojca zmienił się dla Kiti cały ten świat, w którym dotąd żyła. Kiti nie chciała się wyrzec tego, z czem teraz dopiero zapoznała się, lecz doszła do przekonania, iż łudziła się myśląc, że może stać się taką, jaką życzyła sobie zostać. Kiti jak gdyby ocknęła się; przekonała się, że trudno bez udawania i bez zarozumiałości utrzymać się na tych wyżynach, na które pragnęła wznieść się; prócz tego zrozumiała jak bolesnym i przykrym jest ten świat smutku, chorób i śmierci, w którym dotąd przebywała, a usiłowania, które czyniła nad sobą, aby polubić ten świat, poczęły ciężyć jej i Kiti zaczęła łaknąć świeżego powietrza, zapragnęła jechać do Rosyi, do Pokrowskiego, gdzie, jak wiedziała z listów, bawiła Dolly z dziećmi.
Lecz przyjaźń Kiti z Wareńką trwała nieustannie. Przy pożegnaniu Kiti upraszała przyjaciółkę, żeby przyjechała kiedy do niej do Rosyi.
— Przyjadę, gdy pani wyjdzie za mąż — odparła Wareńka.
— Nie wyjdę nigdy.
— Więc i ja nie przyjadę nigdy...
— W takim razie tylko po to wyjdę za mąż... ale niech pani pamięta dotrzymać mi obietnicy!
Przepowiednie doktora sprawdziły się: Kiti powracała do domu, do Rosyi zupełnie zdrową, nie była już tak wesołą jak przedtem, lecz była zupełnie spokojną i zdrową. Dawne zmartwienia, jakie miała przed wyjazdem z Moskwy, należały już do wspomnień.

KONIEC TOMU I.



XIV.

Dojeżdżając do Petersburga Aleksiej Aleksandrowicz nie tylko że postanowił, jak ma sobie postąpić, lecz ułożył nawet w głowie list, jaki miał zamiar napisać do żony. Wszedłszy do przedpokoju Aleksiej Aleksandrowicz rzucił okiem na listy i papiery, przyniesione z ministeryum i kazał zanieść je za sobą do gabinetu.
— Połóż i nie puszczaj nikogo — odparł na zapytanie szwajcara z pewnem zadowoleniem, będącem dowodem dobrego humoru i kładąc nacisk na wyrazach: „nie puszczaj nikogo.“ Aleksiej Aleksandrowicz przeszedł się dwa razy po gabinecie, poczem zatrzymał się przed ogromnem biurkiem, na którem stało już sześć świec, wcześniej zapalonych przez kamerdynera i trzasnąwszy palcami zabrał się do pisania, poczem oparłszy się łokciami na stole, pochylił na bok głowę, pomyślał z minutę czasu i zaczął pisać, nie zatrzymując się ani na chwilę. Aleksiej Aleksandrowicz pisał do żony po francusku, używając zaimka vous, jako nie tak oziębłego jak rosyjskie „wy.“

„Podczas ostatniej naszej rozmowy wyraziłem pani zamiar zawiadomienia jej o mej decyzyi co do przedmiotu tej rozmowy. Rozważywszy rzecz całą, piszę obecnie, aby dotrzymać mej obietnicy. Postanowiłem co następuje: bez względu na to, jakie były postępki pani, jestem zdania, że niemam prawa rozrywać tych węzłów, któremi z woli Najwyższego jesteśmy połączeni. Rodzina nie może być narażoną na rozprószenie przez kaprys, samowolę, lub nawet występek, popełniony przez jedno z współmałżonków, życie więc nasze musi iść tą samą koleją, jaką szło poprzednio. Jest to koniecznem dla mnie, dla pani i dla naszego syna. Jestem jaknajzupełniej przekonany, że pani żałowała i żałuje tego, co jest powodem niniejszego listu i że pani będzie współdziałała do zupełnego wykorzenienia przyczyny naszego nieporozumienia, i do zapomnienia przeszłości. W przeciwnym razie pani zapewne sama domyśla się, jaki los oczekuje ją i jej syna. Spodziewam się, że o tem wszystkiem szczegółowiej rozmówię się z panią podczas osobistego widzenia się z nią. Obecnie lato ma się ku końcowi, prosiłbym więc panią o możliwie prędki powrót do Petersburga, w każdym razie nie później niż w przyszły wtorek. Zechce pani mieć na uwadze, że zależy mi bardzo na tem, aby powyższa prośba moja została spełnioną.
A. Karanin.“

„PS. W załączeniu pieniądze, które pani mogą być potrzebne.“
Aleksiej Aleksandrowicz przeczytał list i był zadowolonym z niego, szczególniej zaś z tego, że przypomniał sobie o pieniądzach: w całym liście nie było ani jednego nielitościwego wyrazu, ani jednej wymówki, lecz nie było też i pobłażania, a co więcej, był złoty most do pojednania się. Złożywszy list, wygładziwszy go dużym ciężkim nożem ze słoniowej kości i włożywszy razem z pieniądzmi do koperty, Aleksiej Aleksandrowicz zadzwonił z zadowoleniem, jakie zawsze wzbudzały w nim jego ładne przybory do pisania.
— Powiesz woźnemu, żeby jutro rano doręczył to Annie Arkadjewnie.
— Słucham, jaśnie panie. Czy herbatę mam podać do gabinetu?
Aleksiej Aleksandrowicz kazał podać herbatę do gabinetu i bawiąc się ciężkim nożem, siadł na fotelu, koło którego stała już zapalona lampa i leżała rozpoczęta francuska książka o eugubicznych napisach. Nad fotelem wisiał w złotych ramach owalny portret Anny, pędzla jednego z lepszych malarzy. Aleksiej Aleksandrowicz spojrzał na portret żony: oczy jej patrzały na niego z tą samą ironią i zuchwałością, jak i tego wieczoru, gdy po raz pierwszy rozmawiał z nią o Wrońskim. Widok świetnie zrobionej koronki na głowie, czarnych włosów i białej, prześlicznej ręki z serdecznym palcem, pokrytym pierścieniami, rozdrażnił Aleksieja Aleksandrowicza. Przyjrzawszy się z minutę portretowi Aleksiej Aleksandrowicz wzdrygnął się, tak że wstrzęsły mu się wargi i wydały dźwięk „brr“, poczem odwrócił się natychmiast. Zająwszy miejsce w fotelu, Aleksiej Aleksandrowicz otworzył książkę i spróbował czytać, lecz żadną miarą nie mógł wzbudzić w sobie żywego nadzwyczaj przedtem zainteresowania się eugubicznymi napisami: patrzał w książkę, lecz myślał nieustannie o czem innem. Myślał nie o żonie, lecz o trudnościach, jakie miał w ostatnich czasach do przezwyciężenia w swej działalności, jako mąż stanu. Usunięcie tych przeszkód zajmowało go nadzwyczaj. Czuł, że obecnie bardziej, niż kiedy bądź, wnikał w całą sprawę i w głowie jego rodziła się — mógł to sobie całkiem sprawiedliwie przyznać — świetna myśl, która powinna była rozstrzygnąć całą kwestyę, wywyższyć Aleksieja Aleksandrowicza, upokorzyć jego wrogów i tem samem przynieść ogromny pożytek państwu. Gdy lokaj postawił herbatę i wyszedł z pokoju, Aleksiej Aleksandrowicz wstał i zbliżył się do biurka: wziąwszy tekę z papierami, z zaledwie dostrzegalnym uśmiechem zadowolenia z samego siebie, ujął ołówek i pogrążył się w czytanie sprawy, którą kazał sobie niedawno przynieść, a która napotykała te właśnie trudności, o jakich Aleksiej Aleksandrowicz myślał przed chwilą. Rzecz cała polegała na tem: rysem charakterystycznym Aleksieja Aleksandrowicza, jako męża stanu, był wstręt do traktowania spraw ważnych i żywotnych w sposób kancelaryjny, Aleksiej Aleksandrowicz był więc stronnikiem ograniczenia zbytecznej korespondencyi urzędowej i był za badaniem spraw na gruncie; rys ten jest wspólny wszystkim zdolniejszym urzędnikom i wraz z pracowitością, uczciwością i taktem Aleksieja Aleksandrowicza, dopomógł mu do zajęcia wysokiego stanowiska w państwie. A zdarzyło się właśnie, że w sławnej komisyi z dnia 2-go czerwca rozpatrywaną była sprawa o nawodnieniu pól gubernii zarajskiej, sprawa ta znajdowała się w ministeryum Aleksieja Aleksandrowicza i była uderzającym przykładem bezowocności wydatków i kancelaryjnego zapatrywania się na rzeczy. Aleksiej Aleksandrowicz wiedział, że pogląd jego na tę sprawę był zupełnie słusznym. Sprawa o nawodnieniu pól gubernii zarajskiej rozpoczęła się jeszcze za poprzednika Aleksieja Aleksandrowicza. I w rzeczy samej na sprawę wydawało się nieustannie, a zupełnie napróżno wiele pieniędzy, nie można było jednak przewidzieć jej końca. Aleksiej Aleksandrowicz, objąwszy dzisiejsze swe stanowisko, od razu spostrzegł to i chciał wziąć sprawę w swoje ręce, lecz nie mógł tego uczynić w pierwszej chwili, gdyż nie czuł się jeszcze dość pewnym, a wiedział, że dotykała ona zbyt wiele osobistych interesów, i że wszczynanie jej byłoby na razie niewłaściwem, potem zaś zająwszy się innemi sprawami, zapomniał zupełnie o niej. Sprawa ta, również jak i wszystkie sprawy szła sama przez się, siłą bezwładności[13]. Wszczęcie tej sprawy na nowo przez wrogie ministeryum, było zdaniem Aleksieja Aleksandrowicza nieuczciwem, gdyż w każdem ministeryum były i nie takie sprawy, których jednak nikt nie wszczynał, a to z najrozmaitszych względów. Teraz zaś, gdy mu już rzucono rękawicę, Aleksiej Aleksandrowicz podnosił ją śmiało i żądał naznaczenia oddzielnej komisyi dla obeznania się i sprawdzenia pracy komisyi nawodnienia pól w gubernii zarajskiej, lecz nie pobłażał już za to i tym panora; żądał też naznaczenia jeszcze oddzielnej komisyi w sprawie inorodców. Sprawa o inorodcach była podniesioną ubocznie w komitecie z dnia 2. czerwca i Aleksiej Aleksandrowicz popierał ją energicznie, jako niecierpiącą zwłoki ze względu na opłakany stan inorodców. W komitecie sprawa ta stała się powodem do nieporozumień między paroma ministrami. Ministeryum wrogie Aleksiejowi Aleksandrowiczowi dowodziło, że stan inorodców jest świetnym i że zamierzone zmiany mogą wyjść im na złe tylko; wrogie ministeryum twierdziło również, że przypuściwszy nawet, iż stan inorodców nie jest zbyt pomyślnym, to tylko dlatego, że ministeryum Aleksieja Aleksandrowicza nie wypełnia wszystkich przepisów prawa. Teraz Aleksiej Aleksandrowicz postanowił żądać: po pierwsze, aby utworzoną została nowa komisya, której należy polecić zbadać na miejscu stan inorodców; po drugie, jeśli okaże się, że stan ten w samej rzeczy nie jest takim, jakim przedstawia się z będących w ręku komitetu urzędowych danych, to żeby była naznaczona jeszcze jedna nowa komisya, złożona z uczonych, obowiązkiem której byłoby zbadać przyczyny nieszczególnego położenia inorodców z punktów widzenia: a) politycznego, b) administracyjnego, c) ekonomicznego, d) etnograficznego, e) materyalnego i f) religijnego; po trzecie, aby zażądano od wrogiego ministeryum wiadomości o środkach, jakie w ciągu ostatnich dziesięciu lat były przedsiębrane przez ministeryum dla zapobieżenia niepomyślnym warunkom, w jakich obecnie znajdują się inorodcy; i nakoniec po czwarte, żeby zażądano od ministeryum wyjaśnienia, dlaczego ono, jak to widać z dostarczonych do komitetu odezw za numerami 17.015 i 18.308 z dnia 5. grudnia 1863 roku i z dnia 7. czerwca 1864 roku działało wprost naprzekór literze prawa, tom... punkt 18.

i uwaga do punktu 36. Rumieniec wystąpi! na twarz Aleksieja Aleksandrowicza, gdy układał prędko plan swych myśli. Zapisawszy arkusz papieru, Aleksiej Aleksandrowicz wstał, zadzwonił i posłał do naczelnika kancelaryi, polecając mu wyszukanie potrzebnych papierów podług załączonej notatki. Wstawszy od biurka i przeszedłszy się po pokoju, Aleksiej Aleksandrowicz znów spojrzał na portret żony, zmarszczył się i uśmiechnął pogardliwie. Poczytawszy jeszcze trochę o eugubicznych napisach i zainteresowawszy się nimi na nowo, Aleksiej Aleksandrowicz o godzinie jedenastej poszedł spać i gdy, leżąc w łóżku, przypomniał sobie o żonie, całe to zajście przestało mu już przedstawiać się w takich ciemnych, ponurych barwach.

XV.

Anna z uporem i rozdrażnieniem zaprzeczała słowom Wrońskiego, gdy ten dowodził, że obecna pozycya jej jest nie do wytrzymania, pomimo to w głębi duszy sama uznawała, że stanowisko jej jest fałszywem, nieuczciwem i pragnęła koniecznie, aby rzeczy wzięły inny obrót. Wracając z mężem z wyścigów, wypowiedziała mu w uniesieniu wszystko i pomimo bolu, jakiego doznała wtedy, rada była temu; po odjeździe męża wmawiała w siebie, iż cieszy się z tego, że teraz wszystko ułoży się i że przynajmniej nie będzie już teraz musiała więcej kłamać i oszukiwać. Anna nie wątpiła na chwilę, że obecnie pozycya jej zarysuje się wyraźnie: może być nieprzyjemną, w każdym jednak razie będzie określoną i nie będzie w niej nic niejasnego i fałszywego. Annie zdawało się, że ból, który sprawiała sobie i mężowi, wypowiadając te wyrazy, zostanie wynagrodzonym przez to, że wszystko wyjaśni się. Tegoż dnia wieczorem widziała się z Wrońskim, lecz nie mówiła mu o niczem, co zaszło między nią a mężem, chociaż należało mu to powiedzieć, aby wyjaśnić swe położenie.
Gdy nazajutrz obudziła się, pierwszą rzeczą, o której przypomniała sobie, były wyrazy powiedziane mężowi, wydające się jej obecnie do tego stopnia strasznymi, iż nie była w stanie pojąć, jak mogła odważyć się wymówić te dziwne, ordynarne słowa i nie mogła wyobrazić sobie, co z tego wyniknie. Lecz słowa te były już raz powiedziane i Aleksiej Aleksandrowicz odjechał, nie dając na nie żadnej odpowiedzi. „Widziałam Wrońskiego i nie powiedziałam mu; gdy już wychodził, chciałam go zawrócić jeszcze i powiedzieć mu, lecz rozmyśliłam się, a to dlatego, że dziwnem by to było, żem nie powiedziała mu o tem od razu. Dlaczego chciałam powiedzieć, a nie powiedziałam?“ W odpowiedzi na to pytanie gorący rumieniec wstydu oblał jej twarz, Anna zrozumiała, co ją powstrzymało, zrozumiała, iż ogarniał ją wstyd. Pozycya, która, jak wczoraj wieczorem zdawało się jej, była zupełnie określoną, przedstawiała się obecnie nietylko nieokreśloną, ale nawet zupełnie bez wyjścia. Anna przeraziła się hańby, o której przedtem nie myślała ani przez chwilę; gdy tylko pomyślała o tem, jak postąpi sobie mąż, przychodziły jej do głowy najczarniejsze myśli: wyobrażała sobie, że w tej chwili przyjedzie plenipotent wypędzać ją z domu i że hańba jej ogłoszoną zostanie całemu światu, zapytywała się, dokąd udać się, gdy wypędzą ją z domu, i nie znajdowała odpowiedzi.
Gdy myślała o Wrońskim, wydawało się jej, że on już jej nie kocha, że ma jej już dosyć, że nie może zaufać mu i miała za to pewną niechęć do Wrońskiego. Zdawało się jej, iż te wyrazy, które powiedziała mężowi i które nieustannie powtarzała w swej wyobraźni, powiedziała wszystkim, i że wszyscy słyszeli je. Anna nie mogła odważyć się spojrzeć w oczy swym domownikom, nie mogła odważyć się na zawołanie służącej, a bardziej jeszcze na zejście na dół i zobaczenie się z synem i z guwernantką.
Służąca od dawna już wyczekiwała pode drzwiami, weszła wreszcie niewołana do pokoju. Anna popatrzała jej badawczo w oczy i zarumieniła się. Służąca zaczęła ją przepraszać, że weszła bez dzwonka, mówiąc, iż zdawało się jej, że słyszała dzwonek i że chciała przynieść ubranie i list.
List był od Betsy, która przypominała Annie, że dzisiaj rano mają być u niej na partyi krokieta Liza Mierkałowa i baronowa Sztolc wraz ze swymi adoratorami, Kałużskim i starym Stremowym. „Niech pani przyjeżdża, chociażby tylko po to, aby przyjrzeć się temu obrazkowi naszych obyczajów. Czekam na panią“ — kończyła Betsy.
Anna przeczytała list i westchnęła głęboko.
— Nic nie potrzebuję — rzekła do Annuszki, która zaczęła porządkować flakoniki i szczotki na tualecie. — Możesz odejść, ubiorę się zaraz i zejdę na dół, na razie nic mi nie potrzeba.
Annuszka wyszła, lecz Anna nie zaczynała się ubierać, a siedziała wciąż w tej samej pozycyi, z pochyloną głową, ze zwieszonemi rękoma i od czasu do czasu przenikał ją dreszcz, zdawało się jej, że chce uczynić jakiś ruch, lub odezwać się i że brakuje jej sił; powtarzała tylko nieustannie: „Mój Boże! Mój Boże!“, lecz ani wyraz „mój“, ani wyraz „Boże“ nie miały dla niej w tej chwili żadnego znaczenia i powtarzała je zupełnie bezwiednie. Chociaż Anna nigdy nie wątpiła o dogmatach kościoła, na łonie którego była wychowaną, jednak myśl szukania ulgi w religii była dla niej również obcą, jak i myśl szukania pomocy u samego Aleksieja Aleksandrowicza. Anna wiedziała z góry, że pomoc religii możebną jest tylko pod warunkiem wyrzeczenia się tego, co miało dla niej jedyny urok w życiu. Nie tylko było jej ciężko, lecz począł ją ogarniać strach przed nowym stanem duszy, strach, jakiego dotąd nigdy jeszcze nie doznawała. Annie zdawało się, że wszystko w duszy jej zaczyna się dwoić, tak, jak czasami zaczyna dwoić się w zmęczonych oczach; chwilami nie wiedziała czego obawia się, a czego pragnie; nie wiedziała czy obawia się i czy pragnie tego co było, czy tego co będzie, i nie zdawała sobie sprawy, czego mianowicie pragnie.
„Ach, co ja czynię!“ — rzekła, poczuwszy nagle ból z obydwóch stron głowy; gdy przyszła do opamiętania, przekonała się, że ująwszy rękoma włosy koło skroni, szarpie je. Anna zerwała się i zaczęła chodzić.
— Kawa jest już na stole i mamzel czeka razem z Sierożą na przyjście pani — rzekła Annuszka, wchodząc znowu i zastając Annę tak jak ją zostawiła.
— Sieroża? Jak się miewa Sieroża? — zapytała Anna, ożywiając się nagle i przypominając sobie po raz pierwszy przez cały ranek o istnieniu syna.
— Zdaje się, że jest niegrzeczny — z uśmiechem odpowiedziała Annuszka.
— Cóż takiego zrobił?
— W narożnym pokoju leżały brzoskwinie, a on podobno zjadł jedną pokryjomu.
Rozmowa o synu wyprowadziła Annę z tego położenia bez wyjścia, w jakiem znajdowała się; przypomniała sobie tę po części szczerą, choć bardzo przesadzoną rolę matki, żyjącej tylko dla syna, a którą to rolę wzięła na siebie dopiero od jakiegoś czasu i z radością przekonała się, że w stanie, w jakim znajduje się obecnie, jest w posiadaniu mocarstwa, niezależnego ani od męża, ani od Wrońskiego: mocarstwem tem jest jej syn. Bez względu na to, co stanie się z nią, nie może porzucić syna; nie może tego zrobić, choćby mąż znęcał się nad nią, choćby Wroński ochłódł dla niej i pędził dalej swe niezależne i niczem nie skrępowane życie (Anna znowu pomyślała o nim z żalem i z rozdrażnieniem). W każdym razie wie, iż ma cel w życiu, musi wiec działać, aby zapewnić sobie syna, aby nie dać go zabrać sobie, trzeba jednak działać o ile można najprędzej, dopóki go jej jeszcze nie zabrano: trzeba wziąć syna i wyjechać; przedewszystkiem trzeba to uczynić natychmiast, aby zaś uskutecznić ten zamiar, należy przemódz się i otrząsnąć z tego strasznego rozpaczliwego stanu. Myśl o obowiązkach względem syna i o konieczności natychmiastowego wyjazdu z nim, doprowadziła Annę do równowagi.
Z pospiechem więc zaczęła się ubierać, udała się na dół i prędko weszła do jadalnego pokoju, gdzie, jak zwykle, czekała na nią kawa i Sieroża z guwernantką. Sieroża cały biało ubrany, stał koło stołu pod lustrem i z wyrazem skupionej uwagi, który Anna znała w nim, a który Sieroża po ojcu odziedziczył, bawił się kwiatami, które przyniósł z sobą z ogrodu.
Guwernantka miała surową minę. Sieroża przenikliwym głosem — co często czynił — zawołał: „A, mama,“ i przez chwilę nie wiedział czy ma iść zaraz do matki witać się z nią, czy też pierwej skończyć wianek i dopiero iść z nim razem.
Guwernantka, przywitawszy się, zaczęła rozwlekle i szczegółowo opowiadać o tem, co Sieroża zrobił, lecz Anna nie słuchała jej, gdyż zastanawiała się właśnie, czy ma ją zabrać z sobą. „Nie, nie wezmę — zdecydowała wreszcie — pojadę tylko z synem.“
— W istocie, to jest bardzo źle — odezwała się wreszcie i wziąwszy syna za ramię, spojrzała na niego nie surowo, lecz owszem łagodnie, co zmięszało i ucieszyło Sierożę, poczem pocałowała go. — Niech go pani zostawi ze mną — rzekła do zdziwionej guwernantki i, nie puszczając ręki syna, siadła do kawy.
— Mamo! Ja... ja... nie... — zaczął mówić Sieroża, starając się domyślić z jej spojrzenia, co oczekuje go za brzoskwinie.
— Sieroża — rzekła Anna, gdy guwernantka wyszła z pokoju — zrobiłeś źle, ale nie będziesz już tak robił?... Wszak ty mnie kochasz?
Anna czuła, że łzy zbierają się jej pod powiekami. — „Czyż ja mogę nie kochać go? — myślała, przyglądając się jego wystraszonym, a zarazem uradowanym oczom — czyżby on, również jak ojciec, był za tem, abym została ukaraną? Czyż nie pożałuje mnie?“ — Łzy ciekły już jej po twarzy i Anna chcąc je ukryć, zerwała się z krzesła i wybiegła na werendę.
Po paru ostatnich burzliwych dniach było pogodnie lecz chłodno: przez liście, które deszcz obmył niedawno, jasno świeciło słońce, w powietrzu jednak czuć było chłód.
Anna wstrząsnęła się i od zimna i od wewnętrznego przestrachu, jaki na świeżem powietrzu opanował ją z podwójną siłą.
— Idź, idź do Mariette — rzekła do Sieroży, który wyszedł za nią na werendę i poczęła chodzić po słomianych matach, wyścielających podłogę. „Czyż oni nie wybaczą mi, czyż nie pojmą, że to wszystko nie mogło być inaczej?“ — rzekła do siebie.
Anna zatrzymała się i spojrzała na kołysane przez wiatr wierzchołki osik z obmytymi od deszczu, błyszczącymi na chłodnem słońcu liśćmi; — wiedziała, że oni nie przebaczą jej i że nikt, również jak i niebo, rozciągnięte nad nią wraz z otaczającą ją zielonością, nie będzie miał dla niej litości. I Anna znowu doznała uczucia, że w duszy jej poczyna się dwoić. „Nie powinnam, nie powinnam myśleć — mówiła sobie — powinnam oddalić się. Ale dokąd? kiedy? kogo mam zabrać z sobą? Najlepiej wieczornym pociągiem udać się do Moskwy; wezmę tylko Annuszkę, Sierożę i najniezbędniejsze rzeczy. Ale pierwej jeszcze muszę napisać do nich obydwóch.“ Anna wróciła prędko do swego gabinetu, siadła przy biurku i napisała do męża:
„Potem co zaszło między nami, nie mogę dłużej pozostawać w pańskim domu. Wyjeżdżam i biorę z sobą syna. Nie znam przepisów prawnych, nie wiem więc przy którym z rodziców powinien pozostać syn, biorę go jednak z sobą, gdyż nie mogłabym żyć bez niego“...
Anna pisała dotąd prędko i szczerze, lecz przestała pisać na myśl, że odwołuje się do wspaniałomyślności męża i że musi zakończyć list paroma wzruszającymi wyrazami.
„Nie mogę mówić o swej winie i o swym żalu, gdyż“...
Anna znowu przestała pisać, nie mogła bowiem skupić myśli, cisnących się jej bezładnie do głowy. „Nie — szepnęła — niema co pisać!“ — rozdarła list i przepisała go, nie wspominając już o wspaniałomyślności, poczem zapieczętowała kopertę.
Trzeba było napisać jeszcze jeden list do Wrońskiego. „Wyznałam wszystko mężowi“ — napisała i długo siedziała, nie mając sił pisać dalej, gdyż to co miała pisać, było i pospolitem i niekobiecem. — „A zresztą, cóż mogę mu pisać?“ — zadała sobie pytanie. I znowu rumieniec wstydu oblał jej twarz, gdyż przypomniała sobie jego spokój, a uczucie rozdrażnienia ku niemu kazało jej podrzeć na drobne kawałki rozpoczęty list. „Niema zupełnie potrzeby pisać do niego“ — powtórzyła i odsunąwszy kałamarz, poszła na górę, powiedziała guwernantce i ludziom, że wyjeżdża do Moskwy i poczęła pakować się.

XVI.

Po wszystkich pokojach snuli się stróże, ogrodnicy i lokaje, zajęci wynoszeniem rzeczy. Szafy i komody były pootwierane, służąca dwa razy już biegała po sznurki do pobliskiego sklepiku, na podłogach walały się stare gazety. Dwa kufry, worek podróżny i pledy w rzemieniach zniesiono do przedpokoju; kareta i dwa furgony na rzeczy stały przed gankiem. Anna, otrząsłszy się na chwilę przy pakowaniu z wewnętrznej trwogi, kładła różne drobiazgi do podróżnego woreczka, gdy nagle Annuszka zwróciła jej uwagę na turkot zbliżającego się powozu. Wyjrzawszy przez okno, Anna ujrzała przed gankiem woźnego Aleksieja Aleksandrowicza. Woźny dzwonił do drzwi.
— Idź i dowiedz się co tam takiego — rzekła, siadając na sofie i opierając ręce na kolanach: czuła się zupełnie spokojną i gotową na wszystko.
Lokaj przyniósł gruby pakiet, zaadresowany ręką Aleksieja Aleksandrowicza.
— Woźny czeka na odpowiedź, którą kazano mu przynieść.
— Dobrze — rzekła Anna, i natychmiast po wyjściu lokaja rozdarła drżącemi palcami kopertę, z której wypadła paczka oklejonych banderolą, nieprzełamanych jeszcze banknotów. Anna wyjęła list i zaczęła go czytać od końca. — „Wydałem polecenia co do twego przyjazdu, przywiązuję wagę do spełnienia mej prośby“ — przeczytała; potem zaczęła czytać list od końca, przejrzała cały i raz jeszcze przeczytała od początku. Gdy skończyła czytać, doznała uczucia chłodu i ogarnęło ją wrażenie, że spotkało ją straszne nieszczęście, jakiego nie spodziewała się wcale.
Rano Anna żałowała, że powiedziała wszystko mężowi i pragnęła z całych sił, aby te słowa mogły być uważane za niebyłe. I oto list męża uznawał te słowa jako niebyłe i dawał jej to, czego pragnęła. W obecnej jednak chwili list ten przedstawiał się jej czemś do tego stopnia strasznem, że przechodził wszystko, co tylko mogła sobie wyobrazić.
„Ma racyę, ma racyę“ — szepnęła. — „Rozumie się, że on ma zawsze racyę, on, chrześcianin, on, człowiek wspaniałomyślny. Tak, podła, obrzydliwa istota! I nikt prócz mnie nie widzi i nie dostrzega tego, a ja nikogo nie mogę przekonać o tem. Nikt nie wie, jak on w ciągu ośmiu lat uciskał mnie, jak tłumił w mej duszy każdą iskrę życia, jak ani razu nie pomyślał nawet o tem, że jestem kobietą, która pragnie żyć, kobietą, która potrzebuje i musi kochać. Nikt nie wie do jakiego stopnia pomiatał on mną na każdym kroku i do jakiego stopnia był zawsze zadowolonym z siebie. Czyż nie starałam się z całych sił znaleźć jakibądż cel w tem życiu, które przypadło mi w udziale? Czyż nie próbowałam kochać go, a potem kochać syna, gdym przekonała się, że mąż nie może wzbudzać we mnie miłości ku sobie. Nadszedł jednak czas, gdy doszłam do przekonania, że nie mogę już dłużej łudzić się, że jestem istotą żywą, żem nie winna, iż Bóg stworzył mnie kobietą, dla której niezbędnemi są życie i miłość. A cóż on na to? Gdyby zabił mnie, gdyby zabił jego, wszystkobym zniosła, wszystko bym przebaczyła, lecz nie, on“...
„Czyż mogłam nie przewidzieć, jak on postąpi sobie? Postępki jego są zawsze zgodne z jego nikczemnym charakterem. On zawsze będzie miał słuszność, mnie zaś, chociaż życie moje jest już złamanem, zgnębi jeszcze bardziej“... „Pani zapewne sama domyśla się, jaki los oczekuje panią i syna pani“ — przypomniała sobie ustęp listu. — „Jest to pogróżka, że odbierze syna, i zapewne, według ich głupich praw, będzie mógł to zrobić. Lecz czyż ja niewiem dlaczego on to mówi? On przecież nie wierzy, że ja kocham syna, lub też szydzi (jak zresztą zawsze śmiał się), szydzi z tego mego uczucia, lecz wie, że ja nie rzucę syna, że nie mogę rzucić go, że bez syna nie mogłabym żyć nawet przy boku tego, kogo kocham; wie on również, że porzucając syna i opuszczając go, postąpię jak najbardziej zepsuta i upadła kobieta, on wie to wszystko i wie, że nie stanie mi sił i że nie odważę się na to.“
„Nasze życie powinno iść dawną koleją“ — przypomniała sobie Anna jeszcze jeden ustęp z listu. — „Zycie to było dla mnie męczarnią już od dawna, w ostatnich zaś czasach przerażało mnie poprostu. Jakiem więc będzie ono obecnie? I on wie o tem wszystkiem, wie, że ja nie mogę żałować tego, com uczyniła, że chcę żyć, że kocham, wie, że prócz kłamstwa i pozorów nic więcej z tego nie będzie, musi jednak koniecznie męczyć mnie. Znam go i wiem, że on, jak ryba w wodzie, pływa w kłamstwie i rozkoszuje się niem. Lecz nie, ja nie sprawię mu tej rozkoszy, przebiję tę pajęczynę kłamstwa, którą chce mnie oplatać; niech się stanie co chce, gdyż wszystko, co tylko stać się może, będzie lepszem od kłamstwa i udawania.
„Ale jak? Boże mój! Boże mój! Czyż była kiedybądź kobieta również nieszczęśliwa, jak ja?“...
— Nie, zerwę z nim, zerwę! — zawołała, wstając gwałtownie z krzesła i wstrzymując się od łez podeszła do biurka, aby napisać drugi list; lecz w głębi duszy Anna czuła już, że zabraknie jej sił zerwać z mężem i otrząsnąć się z dotychczasowego położenia, chociaż ono jest i hańbiącem i nienaturalnem.
Anna siadła koło biurka, lecz zamiast pisać, oparła ręce na stole, położyła na nich głowę i poczęła płakać, zanosząc się jak małe dziecko: płakała nad tem, że marzenie jej, aby określić, wyjaśnić swe stanowisko, rozwianem jest na zawsze, wiedziała już z góry, że wszystko zostanie się po staremu, a nawet daleko gorzej. Wiedziała, że ta pozycya, jaką ma teraz, a która rano zdawała się jej tak mało znaczącą, że ta pozycya jest jej drogą, że nie będzie w stanie zamienić jej na hańbiącą pozycyę kobiety, która porzuciła męża i syna, i która żyje ze swym kochankiem, że pomimo wszystkich wysiłków, jakie będzie czynić nad sobą, nie będzie w stanie pokonać samej siebie. Nigdy nie będzie mogła doświadczyć swobody miłości, a pozostanie na zawsze występną żoną, która pod groźbą, że w każdej chwili może się zdradzić, będzie oszukiwała męża dla pozornego związku z człowiekiem obcym, niezależnym, z którym nie może połączyć się. Anna wiedziała, że tak będzie i jednocześnie w wyobraźni jej wszystko przedstawiało się do tego stopnia strasznem, że nie mogła nawet przedstawić sobie, czem się to wszystko skończy, płakała więc, nie mogąc się utulić, jak płaczą małe ukarane dzieci.
Nagle dały się słyszeć kroki lokaja, odgłos ich doprowadził ją do przytomności i aby ukryć przed służącym zapłakaną twarz, Anna udała, że pisze.
— Woźny prosi o odpowiedź — rzekł lokaj.
— O odpowiedź? Dobrze — odparła Anna — niech poczeka; zaraz napiszę i zadzwonię.
„Cóż mogę pisać? — myślała. — Na co mogę zdecydować się? Cóż ja wiem? Czego pragnę? Co kocham?“ i Anna znów poczuła, że dusza jej dwoi się: uczucie to przestraszyło ją znowu, aby nie dopuszczać go do siebie i nie myśleć o sobie, Anna uchwyciła się pierwszego lepszego pozoru, aby zająć się czemś. „Powinnam zobaczyć się z Aleksiejem (Anna miała na myśli Wrońskiego), on jeden tylko może mi powiedzieć, com powinna robić. Pojadę do Betsy, zapewne zastanę go tam“ — rzekła do siebie, zapomniawszy zupełnie, że gdy wczoraj jeszcze powiedziała mu, iż nie pojedzie do księżny Twerskiej, Wroński odparł na to, że w takim razie i on tam nie będzie. Anna siadła znowu przy biurku i napisała do męża: „Otrzymałam list pański. A.“ — zadzwoniła i oddała lokajowi.
— Nie jedziemy już — rzekła do wchodzącej Annuszki.
— Czy już zupełnie nie pojedziemy?
— Nie wiem, ale do jutra proszę nie rozpakowywać rzeczy. Kareta niech nie odjeżdża, gdyż pojadę do księżnej.
— A jaką suknię mam przygotować?

XVII.

W krokiecie, na który księżna Twerska zapraszała Annę, miały wziąć udział dwie panie i ich adoratorzy; obydwie te panie były głównemi przedstawicielkami świetnego petersburgskiego kółka, członkinie którego, naśladując same nie wiedząc co, przezwały się les sept merveilles du monde. Damy te należały do kółka, co prawda, dość wybitnego, lecz wręcz wrogiego temu, do którego uczęszczała zwykle Anna. Prócz tego stary Stremow, jedna z wybitniejszych osobistości Petersburga, czciciel Lizy Merkałowej, był, jako działacz państwowy, nieprzyjacielem Aleksieja Aleksandrowicza. Z tych względów Anna nie chciała jechać i w liście księżnej Twerskiej znajdowały się różne uboczne uwagi z powodu tej odmowy. Teraz zaś Anna w nadziei ujrzenia Wrońskiego koniecznie chciała pojechać do Betsy.
Anna przyjechała do księżnej, gdy nikogo z gości nie było jeszcze.
W chwili, gdy wchodziła na schody, wchodził również i lokaj Wrońskiego z rozczesanemi bokobrodami, które czyniły go podobnym do kamerjunkra. Ujrzawszy Annę, zatrzymał się przy drzwiach, zdjął czapkę i ustąpił się z drogi. Anna poznała go i w tej chwili przypomniała sobie, iż Wroński powiedział wczoraj, że nieprzyjedzie i że zapewne zawiadomi o tem Betsy.
Zdejmując w przedpokoju okrycie, Anna słyszała, jak lokaj, który wymawiał nawet r jak kamerjunkier, rzekł, oddając list: „od hrabiego do księżnej.“
Anna chciała zapytać go, gdzie jest obecnie jego pan, chciała wrócić się i posłać przez niego parę słów do Wrońskiego, aby przyjechał do niej, chciała też sama jechać do niego, ale nie można już było nic zrobić: po całem mieszkaniu dały się słyszeć dzwonki elektryczne, zawiadamiające o jej przyjeździe i lokaj księżnej Twerskiej stał już koło otwartych na roścież drzwi, wskazując jej drogę do dalszych pokoi.
— Księżna jest w ogrodzie, zamelduję jaśnie panią w tej chwili... może jaśnie pani pozwoli do ogrodu?... — rzekł w następnym pokoju drugi lokaj.
Annie było również niezręcznie tutaj, jak i we własnym domu, a nawet jeszcze niezręczniej, gdyż nie można było nic przedsięwziąć i zobaczyć się z Wrońskim, a trzeba było pozostawać tutaj w obcem towarzystwie, którego usposobienie nie licowało bynajmniej z jej położeniem; była jednak w toalecie, o której wiedziała, że jej jest do twarzy, nie była sama, koło niej było zwykłe zbytkowne otoczenie, w którem znać było komfort i dobrobyt, Annie więc było lżej niż w domu, musiała jednak koniecznie namyślić się co dalej robić.
Wszystko jednak stało się samo przez się. Spotkawszy idącą ku niej Betsy w białej, nadzwyczaj wytwornej sukni, Anna uśmiechnęła się do niej. Księżna Twerska szła z Tuszkiewiczem i z młodą panienką, swą krewną, która ku wielkiej radości swych rodziców, mieszkańców głębokiej prowincyi, spędzała lato u znanej powszechnie księżnej.
W Annie było zapewne coś niezwykłego, co zwróciło odrazu na siebie uwagę Betsy.
— Nie mogłam spać dzisiaj w nocy — odparła Anna, wpatrując się w lokaja, który szedł ku nim i który, jak się domyślała Anna, niósł list od Wrońskiego.
— Rada jestem bardzo, że pani przyjechała — rzekła Betsy. — Czuję się zmęczoną i chciałabym wypić filiżankę herbaty, zanim przyjedzie reszta gości. A państwo poszlibyście — zwróciła się do Tuszkiewicza — wypróbować razem z Maszą plac do krokieta, na którym dzisiaj wycięto trawę. A my z panią porozmawiamy sobie przy herbacie ue’ll have a cosy chat, nieprawdaż? — zwróciła się ku Annie z uśmiechem, ściskając ją za rękę, w której Anna trzymała parasolkę.
— Tembardziej, że nie mogę korzystać zbyt długo z towarzystwa pani, gdyż muszę być u starej Wrede; obiecałam się jej już od stu lat — rzekła Anna, dla której kłamstwo, przeciwne jej naturze, stało się od jakiegoś czasu w stosunkach towarzyskich rzeczą nietylko zwykłą i łatwą, lecz nawet przyjemną, i Anna nie mogłaby w żaden sposób powiedzieć, dlaczego mianowicie powiedziała to, o czem przed chwilą nie myślała zupełnie: powiedziała to tylko dlatego, że chciała zabezpieczyć swą swobodę i postarać się w jakibądż sposób zobaczyć się z Wrońskim, gdyż wiedziała, że go tutaj nie ujrzy. Ale dlaczego właśnie powiedziała o starej frejlinie Wrede, do której mogła pojechać, również dobrze, jak i do wielu innych swych znajomych, tego nie potrafiłaby objaśnić; swoją drogą pokazało się potem, że Anna obmyślając jaknajsprytniej, w jaki sposób zobaczyć się z Wrońskim, nie mogła wpaść na lepszą myśl.
— Nie puszczę pani za nic w świecie — odparła Betsy, wpatrując się bacznie w Annę. — Doprawdy, gdybym tak pani nie kochała, jak kocham, obraziłabym się: wygląda na to, że pani obawia się, aby moje towarzystwo nie skompromitowało jej. Podaj nam herbatę do małego salonu — odezwała się do lokaja, mrużąc jak zwykle oczy.
Wziąwszy list, Betsy przeczytała go.
— Aleksiej uczynił nam un faux bond, nie dotrzymał nam słowa — rzekła po francusku — pisze, że nie może przyjechać — dodała w najnaturalniejszy sposób, jak gdyby jej nigdy nie mogło przyjść do głowy, że Wroński ma dla Anny jakiebądź inne znaczenie prócz krokietu. Anna wiedziała, że Betsy wie o wszystkiem, słysząc ją jednak, jak mówiła przy niej o Wrońskim, była przez chwilę pewną, że Betsy nie wie o niczem.
— A! — obojętnie rzekła Anna, jak gdyby ją to nie obchodziło wcale i mówiła dalej uśmiechając się — w jaki sposób towarzystwo pani może kogobądź kompromitować?
To igranie słowami, to ukrywanie tajemnicy, miało dla Anny, również jak i dla wszystkich kobiet, ogromny urok. I nie konieczność ukrywania, nie cel, dla którego musiała ukrywać, lecz sam proces ukrywania pociągał i bawił ją.
— Nie mogę być bardziej katolicką od papieża — rzekła — Strzemow i Liza Merkałowa, to śmietanka śmietanki towarzystwa. Przyjmują ich wszędzie, a ja, Anna położyła nacisk na ja, nie byłam nigdy surową i niewyrozumiałą: nie mam na to doprawdy czasu.
— Ale parti niechce może spotykać się ze Stremowym?... niech oni sobie z Aleksiejem Aleksandrowiczem kruszą kopie w komitecie, nas to nic nie obchodzi. W towarzystwie jednak jest to najprzyjemniejszy człowiek, jakiego znam i namiętny zwolennik krokieta: zaraz się pani przekona o tem... i pomimo tego, że stary śmiesznym jest ze swą miłością ku Lizie, zobaczy pani, jak umie wyplątywać się z tego śmiesznego położenia! Nadzwyczaj miły człowiek! Safo Sztolc pani zna?... to jest nowy, zupełnie nowy rodzaj...
Betsy rozmawiając, śmiała się nieustannie, a pomimo to z jej wesołego, rozumnego spojrzenia Anna przekonywała się, że Betsy domyśla się wszystkiego i że ułożyła już jakiś projekt. Przyjaciółki siedziały w małym gabinecie.
— W każdym razie jednak trzeba napisać do Aleksieja — i Betsy usiadła przy biurku, nakreśliła parę wierszy i włożyła do koperty.
— Piszę do niego, aby przyjechał na obiad, gdyż w przeciwnym razie jedna z pań musiałaby siąść do obiadu bez mężczyzny. Niech pani zobaczy, czy dobrze mu napisałam?... przepraszam bardzo, ale muszę na chwilę zostawić panią samą. Niech pani z łaski swojej zapieczętuje list i odeszle — rzekła już we drzwiach — a ja tymczasem zajmę się gospodarstwem.
Anna nie namyślała się ani chwili i nie czytając listu Betsy, dopisała na dole: „Muszę koniecznie zobaczyć się z panem; niech pan przyjedzie do ogrodu Wrede. Będę tam o godzinie szóstej“ — poczem zapieczętowała list i oddała Betsy, gdy ta powróciła.
Pijąc herbatę, którą przyniósł im lokaj i ustawił na małym stoliku w gabinecie, obie kobiety zawiązały pomiędzy sobą a cosy chat, jaki księżna Twerska obiecywała przed przyjazdem gości: rozmawiały o tych, kogo spodziewały się 1 rozmowa zatrzymała się na Lizie Merkałowej.
— Nadzwyczaj ujmująca kobieta, zawsze lubiłam ją bardzo — rzekła Anna.
— Powinna pani ją lubić. Ona poprostu zwarjowała na punkcie pani. Wczoraj podeszła ku mnie po wyścigach i była w rozpaczy, że nie mogła już zobaczyć się z panią. Powiada, że pani jest prawdziwą bohaterką romansu, i że gdyby była mężczyzną, narobiłaby z powodu pani tysiące głupstw. Stremow zaś dowodzi jej, że i bez tego je robi.
— Ale niech pani będzie łaskawą powiedzieć mi, gdyż nigdy nie mogłam pojąć tego — rzekła Anna, pomilczawszy chwilę, takim tonem, który wyraźnie dowodził, że pytała nie przez ciekawość, lecz, że to, o co zapytywała, miało dla niej więcej znaczenia, niż powinno było mieć — niech mi pani będzie łaskawą powiedzieć, jak należy rozumieć jej stosunek z księciem Kałużskim, t. zw. Miszką? Co to ma być takiego?
W oczach Betsy, spoglądającej bacznie na Annę, zaigrał uśmiech.
— To jest nowy sposób postępowania — rzekła — one wszystkie obrały go sobie. One, widzi pani, zrobiły to, co się nazywa jeter ses bonnets par despes les moulins. Lecz są sposoby i sposoby przerzucania swych czepków.
— Dobrze, ale jakim jest jej stosunek z Kałużskim.
Betsy niespodzianie roześmiała się do tego stopnia, że nie mogła długo wstrzymać się od śmiechu, co nadzwyczaj rzadko zdarzało się u niej.
— Tu już pani wkracza w dziedzinę księżnej Miahkiej: Zadaje pani pytania d’un enfant terrible, strasznego dziecka — i widać było, że Betsy chce, lecz nie może zapanować nad swym śmiechem, który był zaraźliwym, jak w ogóle śmiech ludzi śmiejących się rzadko — trzebaby zapytać ich — dodała przez łzy, wywołane śmiechem.
— Nie, pani się śmieje — rzekła Anna, która pomimowoli zaraziła się od Betsy i śmiała się — lecz ja nigdy nie mogłam pojąć tego; nie pojmuję, jaką rolę w takich razach odgrywa mąż.
— Mąż? Mąż Lizy Merkałowej nosi za nią pled i oczekuje na skinienie, aby jej służyć. A co się tam dalej dzieje, to nikt nie chce o tem wiedzieć: w porządnem towarzystwie, jak pani wiadomo, nie mówi się i nie myśli o pewnych toaletowych szczegółach, tak samo rzecz ma się i z tem.
— Będzie pani na wieczorze u Rolandakich? — zapytała Anna, chcąc zmienić przedmiot rozmowy.
— Nie zdaje mi się — odparła Betsy i nie patrząc na swą przyjaciółkę, zaczęła nalewać ostrożnie herbatę w maleńkie przeźroczyste filiżaneczki. Przysunąwszy Annie filiżankę, wyjęła kręconego papierosa, włożyła go do srebrnej papierośnicy i zapaliła.
— Widzi pani, ja jestem w szczęśliwem położeniu — przestawszy się już śmiać, odezwała się Betsy, biorąc w rękę filiżankę — ja pojmuję panią i Lizę. Liza, to jedna z tych naiwnych natur, które zupełnie jak dzieci, nie rozumieją różnicy między dobrem a złem, nie rozumiała przynajmniej, dopóki była bardzo młodą; a teraz wie, że z tem udawaniem jest jej do twarzy, teraz zaś zapewne naumyślnie nie rozumie — mówiła Betsy ze sprytnym uśmiechem — w każdym razie jest jej z tem ładnie. Na jedną i na tę samą rzecz można zapatrywać się tragicznie i zrobić z niej narzędzie męczarni dla siebie, można również patrzyć się obojętnie, a nawet wesoło. Być może, że pani jest skłonną do zbyt tragicznych zapatrywań się...
— Jak ja bym chciała znać innych, tak, jak znam siebie — rzekła Anna poważnie i z zamyśleniem. — Czy ja też jestem gorszą czy lepszą od innych? Zdaje mi się że gorszą...
— Straszne dziecko, straszne dziecko! — powtórzyła Betsy — ale oto i oni...

XVIII.

Rozległy się kroki i głosy, najprzód męskie, potem kobiece i do salonu weszli oczekiwani goście: Safo Sztolc i promieniejący od zbytku zdrowia młody człowiek, t. zw. Waśka. Widać było po nim, że odżywianie się surową wołowiną, truflami i burgundem szło mu na zdrowie. Waśka ukłonił się paniom i spojrzał na nie, ale tylko na chwilę; wszedł za Safą do salonu i przez cały salon przeszedł za nią, jak gdyby był przywiązanym do niej i nie spuszczał z niej błyszczących oczu, któremi zdawał się pożerać ją. Safo Sztolc, blondynka z czarnemi oczyma, weszła do pokoju drobnemi kroczkami, stawiając prędko zgrabne nóżki; obute w pantofelki na wysokich obcasach i silnie, po męsku, ściskała podawane sobie dłonie.
Anna nie spotykała się jeszcze ani razu z tą nową znakomitością. Uroda, dziwna toaleta i śmiałe maniery Safo uderzyły Annę. Na głowie jej było ułożone całe rusztowanie z własnych i cudzych złocistych włosów, tak wysokie, że głowa równała się swą wielkością wypukłemu i dość obnażonemu biustowi. Ruchy jej były do tego stopnia gwałtowne, że za każdem poruszeniem odznaczały się z pod sukni kształty kolan i górnych części nóg i pomimowoli rodziło się pytanie, gdzie z tyłu, na tej kołyszącej się górze, kończy się w rzeczy samej prawdziwe, drobne i zgrabne, tak obnażone u góry i tak ukryte z tyłu i u dołu ciało.
Betsy zaznajomiła ją z Anną.
— Może pani sobie przedstawić, żeśmy o mało nie przejechali dwóch żołnierzy — poczęła Safo opowiadać od razu, przewracając oczyma, uśmiechając się i odrzucając po za siebie tren, który z początku zanadto zarzuciła na jedną stronę. — Jechałam z Waśką... ach, prawda... państwo nie znacie się!... — i powiedziawszy jego nazwisko, przedstawiła młodego człowieka, a zawstydzona roześmiała się ze swej omyłki, że przed nieznajomą nazwała go Waśką. Waśka raz jeszcze ukłonił się Annie, nie odezwał się do niej ani słowa, lecz zwrócił się do Safo. — Zakład przegrany, myśmy pierwej przyjechali, niech pani płaci — mówił uśmiechając się.
Safo roześmiała się jeszcze weselej:
— Przecież nie teraz zaraz.
— Wszystko jedno, zawsze ja swoje odbiorę.
— Dobrze, dobrze. Ach, prawda! — nagle zwróciła się ku pani domu — dobrzebym się urządziła, zapomniałam... przywiozłam pani gościa... oto i on.
Nie oczekiwany nowy gość, przywieziony przez Safo i zapomniany przez nią, był pomimo to takim ważnym gościem, że nie zważając na jego bardzo młody wiek, obydwie damy wstały na jego spotkanie.
Był to nowy czciciel Safo, który teraz, również jak Waśka, chodził za nią nieustannie od jakiegoś czasu.
Książę Kałużski przyjechał wkrótce, a i Liza Mierkałowa wraz ze Stremowym, nie kazała na siebie długo czekać. Liza Mierkałowa była chudą brunetką, ze wschodnim leniwym typem urody i przepysznemi, niezgłębionemi, jak wszyscy twierdzili, oczyma. Ciemna jej toaleta (Anna zauważyła to i oceniła natychmiast) odpowiadała zupełnie jej urodzie. O ile Safo miała prędkie i gwałtowne ruchy, o tyle znów Liza powolne i powściągliwe.
W każdym razie Liza daleko bardziej przypadła Annie do gustu. Betsy mówiła o niej Annie, że udaje naiwne dziecko, lecz gdy Anna zobaczyła ją, przekonała się natychmiast, że to było nieprawdą; w rzeczy samej była to naiwna, zepsuta, a miła kobieta. Co prawda, to zachowanie się jej było takie same, jak zachowanie się Safo; chodziło za nią nieustannie i pożerało ją oczyma dwóch mężczyzn: jeden młody, drugi starzec, lecz było w niej coś wyższego nad to, co ją otaczało, był w niej blask brylantu najczystszej wody, leżącego w pośród szkieł. Blask ten przebijał się z jej ślicznych, w istocie niezgłębionych oczów, otoczonych ciemnemi obwódkami; zmęczone i jednocześnie namiętne spojrzenie ich uderzało swą szczerością. Każdemu, kto tylko spojrzał w te oczy, zdawało się, że poznał ją całą, a kto ją poznał, nie mógł nie polubić. Na widok Anny radosny uśmiech opromienił twarz Lizy.
— Jak mnie to cieszy, że widzę panią! — rzekła Liza, witając się z Anną — wczoraj na wyścigach chciałam właśnie podejść do pani, ale pani już nie było. Tak pragnęłam zobaczyć się z panią wczoraj. Prawda, że aż strach brał patrzyć na to wszystko? — rzekła, zatrzymując na Annie spojrzenie, które zdawało się odkrywać całą jej duszę.
— W istocie, nie spodziewałam się wcale, żeby wyścigi mogły wzruszać aż do tego stopnia — odparła Anna, rumieniąc się.
Całe towarzystwo podniosło się właśnie, aby iść do ogrodu.
— Ja nie pójdę — rzekła Liza, uśmiechając się i siadając koło Anny. — Pani zapewne również nie pójdzie? niema żadnej przyjemności grać w krokieta!
— Nie, ja lubię — odparła Anna.
— A więc pani w ten sposób broni się od nudów? Gdy spojrzę na panią, zaraz staje mi się weselej. Pani używa życia, a ja nudzę się...
— Czyż pani nudzi się doprawdy? przecież pani należy do najweselszego petersburgskiego towarzystwa? — zapytała Anna.
— Może być, że ci co nie należą do naszego towarzystwa nudzą się jeszcze bardziej, lecz nam, a mnie najpierwszej, nie jest wesoło, a za to nudno, nadzwyczaj nudno.
Safo, zapaliwszy papierosa, wyszła z obydwoma młodymi ludźmi do ogrodu. Betsy i Stremow kończyli pić herbatę.
— Jak to nudno? — zawołała Betsy. — Safo powiada, że wczoraj doskonale bawiła się u państwa.
— Ach, aż rozpacz brała! — rzekła Liza Merkałowa. — Całe nasze towarzystwo zebrało się u mnie po wyścigach... ciągle jedni i ci sami, jedni i ci sami. Cały wieczór spędziliśmy siedząc na kanapach, a w tem doprawdy niema nic wesołego? Co pani jednak robi, żeby się nie nudzić? — zwróciła się znów do Anny. — Kto się tylko popatrzy na panią, widzi od razu, że pani jest kobietą, która może być szczęśliwą lub nieszczęśliwą, lecz która nie może nudzić się... niech mnie pani nauczy, co pani robi?
— Nic nie robię — odparła Anna, rumieniąc się od tych zapytań.
— Jest to najlepszy sposób — wmieszał się Stremow do rozmowy. Stremow był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, szpakowatym, świetnie trzymającym się, bardzo nieładnym, twarz miał charakterystyczną i nadzwyczaj rozumną. Liza Merkałowa była siostrzenicą jego żony i Stremow spędzał z nią wszystkie wolne chwile. Spotkawszy się z Anną Kareniną, on, na polu służbowem wróg Aleksieja Aleksandrowicza, jako dobrze wychowany i taktowny człowiek, starał się być dla żony swego antagonisty szczególnie grzecznym i uprzedzającym.
— „Nic“ — podchwycił, uśmiechając się sprytnie — to najlepszy środek. Od dawna już, mówię pani — zwrócił się do Lizy Merkałowej — że, aby się nie nudzić, nie trzeba myśleć o tem, że możemy się nudzić. Zupełnie tak samo, jak nie trzeba się lękać, że się nie zaśnie, jeśli się cierpi na bezsenność; to samo właśnie powiedziała Anna Arkadjewna.
— Byłabym bardzo rada, gdybym to powiedziała, gdyż powiedział pan rzecz nietylko rozumną, ale też zupełnie zgodną z prawdą — z uśmiechem zauważyła Anna.
— Dobrze, ale niech mi państwo powiedzą, dlaczego niemożna zasnąć i niemożna nienudzić się?
— Aby zasnąć, trzeba popracować trochę i aby bawić się wesoło, trzeba również popracować.
— Pocóż ja będę pracowała, jeśli praca moja nie przyda się na nic nikomu, a ani potrafię, ani życzę sobie udawać pracowitą.
— Pani jest niepoprawna — rzekł Stremow nie patrząc na nią i znowu zwrócił się ku Annie.
Spotykając się dość rzadko z Anną, Stremow nie mógł jej nic powiedzieć, prócz paru banalnych słów, zapytując ją, kiedy wraca do Petersburga, opowiadając jej, że hrabina Lidia Iwanowna lubi ją nadzwyczaj i t. p. Stremow wszystko to mówił z wyrazem, który dowodził, iż pragnie koniecznie, aby Annie mile czas upływał w jego towarzystwie i że chce dać jej dowód szacunku, jaki dla niej posiada.
Do salonu wszedł Tuszkiewicz, mówiąc, że wszyscy oczekują na graczy w krokieta.
— Niech pani nie odjeżdża! — prosiła Liza Merkałowa, dowiedziawszy się, że Anna ma zamiar opuścić towarzystwo. Stremow również przyłączył swe prośby...
— Opuszczać nasze towarzystwo dla towarzystwa starej Wrede, to doprawdy zbyt wielki kontrast. Przyjazd pani da jej tylko okazyę do opowiedzenia pani paru plotek, między nami zaś wzbudza pani tylko najlepsze i wręcz przeciwne obmawianiu bliźniego uczucia.
Anna wahała się była przez chwilę, pochlebne słowa tego rozumnego człowieka, naiwna dziecinna sympatya, jaką jej okazywała Liza Merkałowa i wykwintne otoczenie do jakiego przywykła, sprawiały jej przyjemność, czekały zaś na nią takie przykre chwile, że Anna przez czas jakiś namyślała się czy pozostać i oddalić tem rozmowę, której się lękała? Przypomniawszy sobie jednak, co ją oczekuje w domu, przypomniawszy sobie, że musi powziąć jakibądź stanowczy zamiar, przypomniawszy sobie swój ruch, jakim wzięła się obydwoma rękami za włosy, ruch, który przerażał ją nawet i teraz; przypomniawszy sobie o wszystkiem, Anna pożegnała się i odjechała.

XIX.

Wroński, pomimo swego lekkomyślnego na pozór życia, niecierpiał nieładu i nieporządku. Jeszcze za młodych lat, będąc w korpusie, doznał uczucia upokorzenia, gdy raz, zaplątawszy się w długi, musiał prosić o pożyczkę, której mu odmówiono; od tego czasu starał się zawsze wystarczać sam sobie i nie udawać się do nikogo o pomoc.
Aby zawsze zdawać sobie dokładnie sprawę ze stanu swych interesów, Wroński, stosownie do okoliczności, czasami częściej, czasami rzadziej, przeciętnie jednak pięć razy do roku, zamykał się i przeglądał szczegółowo swój budżet, nazywał to obrachowywaniem się lub faxie In lessire.
Nazajutrz po wyścigach, obudziwszy się późno, Wroński nie goląc się i nie kąpiąc, wdział tylko kitel, rozłożył na stole pieniądze, rachunki i listy, i wziął się do pracy.
Petrycki, wstawszy z łóżka i ujrzawszy kolegę przy biurku, ubrał się po cichutku i wyszedł, aby mu nie przeszkadzać, gdyż wiedział, że Wroński bywa wtedy w złym humorze.
Każdy człowiek, obeznany do najdrobniejszych szczegółów ze skomplikowanymi warunkami swego położenia, przypuszcza pomimowoli, że te ciężkie warunki i trudność wybrnięcia z nich jest tylko jego osobistą przygodną właściwością, nie przypuszcza więc nigdy, że i inni ulegają takim samym osobistym warunkom, jak i on. Wrońskiemu zdawało się to również. I Wroński nie bez pewnej wewnętrznej dumy i niebezpodstawnie był przekonanym, że kto bądź inny na jego miejscu byłby już dawno zaplątał się i musiałby postępować niezupełnie sumiennie, gdyby był w jego położeniu.
Wroński wiedział, że teraz właśnie nadeszła chwila, gdy trzeba koniecznie obrachować się i uregulować swe interesy, aby nie wpaść w deficyt i nie być w przykrem położeniu.
Przedewszystkiem więc wziął się do spraw pieniężnych, jako do najłatwiejszych.
Wypisawszy drobnem pismem na arkusiku listowego papieru wszystkie swe długi, Wroński zsumował je i przekonał się, że winien jest siedmnaście tysięcy z setkami, które odrzucił dla uproszczenia rachunku. Obrachowawszy gotówkę i książeczkę czekową, przekonał się, że ma 1.800 rubli, a żadnych dochodów przed nowym rokiem nie mógł się już spodziewać. Przejrzawszy spis swych długów, Wroński przepisał je, dzieląc na trzy kategorye. Do pierwszej zaliczył te, które należy zapłacić natychmiast, lub na zapłacenie których należy mieć gotowe pieniądze, aby przy pierwszem zażądaniu ich zwrotu, nie mogło być ani chwili zwłoki. Długów tego rodzaju było około 4.000 rubli: 1.500 za konia i 2.500 poręczenia za młodego kolegę Wieniewskiego, który w obecności Wrońskiego, przegrał te pieniądze do szulera. Wroński chciał zapłacić zaraz (miał wtedy pieniądze przy sobie), lecz Wieniewski i Jawszyn nie pozwolili na to, mówiąc, że oni zapłacą, ponieważ brali czynny udział w grze, a on przypatrywał się tylko. Wszystko to było bardzo ładnie, lecz Wroński wiedział, że z powodu tej brudnej sprawy, w której brał udział tylko pośrednio, poręczając słowem za Wieniewskiego, musi mieć 2.500 rubli, aby je rzucić szulerowi i nie mieć z nim nic więcej do czynienia. Na zaspokojenie więc pierwszej kategoryi długów należy mieć koniecznie 4.000 rubli. W drugiej kategoryi było 8.000 rubli długów mniej pilnych: za stajnię wyścigową, dostawcy owsa i siana, anglikowi, rymarzowi i t. p. Na te długi trzeba było również przeznaczyć około 2.000 rubli, aby zapewnić sobie zupełny spokój. W ostatniej kategoryi były długi w magazynach, rastauracyach, u krawca, o których można było nawet nie myśleć. W każdym razie należało mieć przynajmniej 6.000 rubli na bieżące wydatki, a było tylko 1.800 rubli. Zdawałoby się, że dla człowieka, mającego do stu tysięcy rubli rocznego dochodu, jak wszyscy określali majątek Wrońskiego, nie przedstawiało to żadnych trudności, lecz w rzeczy samej Wroński miał znacznie mniej niż 100.000 rubli. Olbrzymi majątek ojcowski, przynoszący do 200.000 rubli rocznego dochodu, był niepodzielonym między braćmi. Gdy starszy brat, mając długów po uszy, ożenił się z księżniczką Barbarą Czyrkową, córką dekabrysty, która nie wniosła ani grosza posagu, Aleksiej odstąpił bratu cały dochód z ojcowskiego majątku, zostawiając sobie tylko 25.000 rubli rocznie. Aleksiej odezwał się wtedy, że pieniądze te będą mu wystarczać, dopóki nie ożeni się, co zapewne nie nastąpi nigdy. Aleksander Wroński, będąc dowódzcą jednego z najdroższych pułków, żonaty od niedawna, nie mógł odrzucić tej ofiary. Matka, która miała swój oddzielny zupełnie majątek, dawała corocznie Aleksiejowi 20.000 rubli i Aleksiej wydawał to wszystko. W ostatnich czasach, matka poróżniwszy się z synem z powodu jego stosunku z Anną i wyjazdu z Moskwy, przestała przysyłać mu te pieniądze, wskutek czego Wroński znalazł się w przykrem położeniu, gdyż przywykł już wydawać rocznie po 45.000 rubli, a w tym roku miał tylko 20.000. Matki zaś nie mógł prosić o pieniądze: ostatni jej list, wczoraj odebrany, dlatego go tak rozdrażnił, iż matka chciała mu dać do zrozumienia, że będzie dopomagała mu chętnie do robienia karyery, ale nie do takiego postępowania, które oburza na siebie wszystkich. Zamiar matki kupienia go, obraził Wrońskiego i jeszcze bardziej wpłynął na ochłodzenie ich stosunku. Wroński nie mógł obecnie zaprzeć się swego wspaniałomyślnego czynu, chociaż przewidując niektóre okoliczności, wynikające ze związku z Anną, widział, że wspaniałomyślne słowa rzucone były lekkomyślnie, gdyż chociaż jest nieżonatym, może potrzebować całych stu tysięcy dochodu. Niepodobna jednak było odwołać swych słów. Gdy Wroński przypomniał sobie żonę brata, tę dobrą, miłą Warję, która przy każdej sposobności dawała mu do zrozumienia, iż pamięta o jego wspaniałomyślności i ocenia ją, Wroński przekonywał się, że w żaden sposób nie zdobędzie się na to, aby cofnąć braterstwu swój hojny dar, nie był w stanie uczynić tego, również jak uderzyć kobietę, ukraść lub skłamać. Można było i należało zrobić tylko jedno, na co też Wroński i zdecydował się, a mianowicie dostać pieniędzy od lichwiarza, mniej więcej 10.000 rubli, co nie będzie przedstawiało zbyt wielkich trudności, ograniczyć w ogóle swe wydatki i sprzedać wyścigowe konie. Powziąwszy ten zamiar, Wroński napisał natychmiast parę słów do Rolandakiego, który już kilka razy oświadczał chęć kupienia jego stajni. Potem posłał niezwłocznie po anglika i po lichwiarza, i rozdzielił posiadaną gotówkę. Skończywszy ze sprawami finansowemi, Wroński napisał krótki i chłodny list do matki, potem wyjął z pugilaresu trzy listy Anny, przeczytał je, spalił i przypomniawszy sobie swą wczorajszą rozmowę z nią, zamyślił się.

XX.

Życie Wrońskiego było dlatego szczególnie szczęśliwem, że miał on pewne, nie ulegające wątpliwości zasady, które określały jak należy, a jak nie należy postępować. Zasady te obejmowały bardzo mały krąg, lecz za to były niewzruszone i Wroński nie przekraczając nigdy zakreślonego przez nie koła, nie wahał się też ani na chwilę w spełnianiu tego, co powinno było być spełnianem. Zasady te głosiły, iż należy zapłacić szulerowi, krawcowi zaś można nie płacić; iż w stosunkach z mężczyznami nie można kłamać, z kobietami zaś można; że oszukiwać nikogo nie można, ale męża można; że nie można dać się obrażać, lecz że można obrażać i t. d. Wszystkie te zasady mogły być nierozumne, niewłaściwe, lecz nie ulegały wątpliwości i postępując zgodnie z niemi, Wroński wiedział, że może być spokojnym i pewnym siebie. W ostatnich czasach dopiero, z powodu swego związku z Anną, Wroński począł spostrzegać, że zbiór jego zasad nie zupełnie czyni zadość wszelakim warunkom; spostrzegł również, iż w przyszłości może natrafić na takie przeszkody, dla wybrnięcia z których nie będzie miał nitki przewodniej. Na obecny swój stosunek z Anną i jej mężem, Wroński zapatrywał się ze swego punktu widzenia zupełnie trzeźwo, gdyż zasady, jakiemi się kierował, określały je ściśle.
Anna była uczciwą kobietą, która obdarzyła go swą miłością i on kochał ją, a zatem była, zdaniem jego, godną takiego samego szacunku, a może nawet i większego niż ślubna żona. Wroński dałby sobie pierwej uciąć rękę, niż pozwoliłby sobie czy to słowami, czy to jakimbądź dwuznacznikiem, nietylko obrazić ją, ale nawet nie okazać jej należnego tylko kobiecie szacunku.
Stanowisko jego względem znajomych było również zupełnie wyraźnem. Wszyscy mogli wiedzieć o tem, domyślać się tego, lecz nikt nie powinien był odważyć się mówić o tem. W przeciwnym razie Wroński był gotów zmusić mówiącego do milczenia i do uszanowania nieistniejącej już czci kobiety, którą on kochał.
Stanowisko jego względem męża było najwyraźniejszem. Z chwilą, gdy Anna pokochała Wrońskiego, Wroński uważał, że ma do niej niezaprzeczalne prawo. Mąż był tylko zbyteczną osobą, która im stawała na drodze. Nie ulegało wątpliwości, iż pozycya jego była przykrą, ale na to już nie było rady. Mąż miał tylko prawo do jednej rzeczy, do żądania zadośćuczynienia z bronią w ręku, i Wroński gotów był dać mu je w każdej chwili. Lecz w ostatnich czasach stosunek jego z Anną zaczął ulegać różnym powikłaniom, które przerażały Wrońskiego, gdyż trudno je było rozstrzygnąć. Anna powiedziała mu dopiero wczoraj, że jest w odmiennym stanie. Wroński pojął, że fakt ten i nadzieje, jakie Anna w nim — Wrońskim — pokłada, wymagają czegoś takiego. czego on nie przewidział w kodeksie tych zasad, z pomocą których szedł przez całe życie. I w rzeczy samej to wszystko spadło na niego niespodzianie i w pierwszej chwili, gdy ona powiedziała mu o swym stanie, serce podpowie działo Wrońskiemu, iż należy wymagać od niej, aby opuściła męża. Chociaż powiedział to, obecnie jednak, rozważając rzecz na chłodno, widział dokładnie, że lepiej byłoby obejść się bez tej ostateczności i zarazem, przypuszczając tak, obawiał się, czy ten pogląd jego jest właściwym.
„Jeśli jej powiedziałem, aby opuściła męża, tem samem powiedziałem jej, aby połączyła się ze mną: czy jednak jestem przygotowany na to? W jaki sposób wywiozę ją teraz, kiedy niemam pieniędzy? Przypuśćmy, że mógłbym sobie dać jakoś rady... Ale w jaki sposób wyjadę z nią, kiedy jestem na służbie? Żądając od niej opuszczenia męża, powinienem był być przygotowanym na to, to jest mieć pieniądze i podać się do dymisyi.“
I Wroński zamyślił się. Pytanie, czy podać się, czy też nie podawać do dymisyi, doprowadziło go do nowego pytania, z którego nie zwierzał się nigdy nikomu, o którem sam tylko wiedział, a które, kto wie czy nie dotyczyło najważniejszego celu w jego życiu.
Żądza odznaczenia się była dawnem marzeniem jego dziecinnych i młodych lat, nie przyznawał się jednak do niej, a jednak żądza ta była do tego stopnia silną, że nawet i teraz walczyła z miłością, która go opanowała. Pierwsze jego kroki w karyerze salonowej i służbowej były udatne, lecz dwa lata temu popełnił gruby błąd. Chcąc okazać swą niezależność i posunąć się prędzej, Wroński odmówił przyjęcia ofiarowywanego mu stanowiska, licząc na to, że ta odmowa doda mu więcej ceny; okazało się jednak, że postąpił zbyt śmiało, gdyż od tego czasu zostawiono go na uboczu; wyrobiwszy sobie, chcąc niechcąc, opinię człowieka niezależnego, Wroński używał jej z nadzwyczajnym taktem i rozumem, zachowując się tak, jak gdyby na nikogo nie gniewał się, do nikogo nie miał urazy i pragnął tylko, aby zostawiono go w spokoju, gdyż ma to, czego pragnie i życie, jakie pędzi, wystarcza mu najzupełniej; od chwili jednak ostatniej swej podróży do Moskwy, Wroński przestał się zadawalniać pędzonem dotychczas życiem. Widział, że ta niezależna pozycya człowieka, który mógłby zrobić wszystko, lecz któremu niechce się nic robić, przestała już wzbudzać podziw w znajomych, że znaczna część osób zaczyna już myśleć inaczej, że nie pozostaje mu już nic więcej do czynienia, jak tylko być uczciwym i dobrym człowiekiem. Stosunek jego z Kareniną, który narobił tyle hałasu, który zwrócił na niego powszechną uwagę, i który uczynił go na jakiś czas bohaterem dnia, uspokoił na chwilę robaka ambicyi, lecz tydzień temu robak ten przebudził się z nową siłą. Sierpuchowskoj, kolega Wrońskiego z lat dziecinnych, z którym bawili się razem i kolegowali w korpusie, jednocześnie z którym ukończyli nauki, z którym rywalizował i w postępach, i w gimnastyce, i w dokazywaniu, i w ambitnych marzeniach, wrócił przed paroma dniami ze środkowej Azyi, zdobywszy tam dwie rangi i odznaczenie, dawane rzadko takim młodym generałom.
Z chwilą powrotu Sierpuchowskiego do Petersburga, poczęto odzywać się o nim, jako o gwieździe pierwszorzędnej wielkości. Rówieśnik i kolega szkolny Wrońskiego, był już generałem i oczekiwał na nominacyę, która mogła wpłynąć na bieg spraw państwowych; Wroński zaś, chociaż był niezależnym, poważanym i kochanym przez śliczną kobietę człowiekiem, był tylko rotmistrzem, któremu pozostawioną była możność używania dowoli swej niezależności.
„Ma się rozumieć, że nie zazdroszczę i nie mogę zazdrościć Sierpuchowskiemu; powodzenie jego jest dla mnie tylko dowodem, że należy uchwycić odpowiednią chwilę, a taki człowiek jak ja, może nadzwyczaj prędko zrobić karyerę. Trzy lata temu stanowisko jego było takiem samem, jak i moje; gdy podam się do dymisyi, spalę za sobą mosty, pozostając na służbie nic nie tracę: przecież Anna sama powiedziała, że nie życzy sobie żadnych zmian, a ja, gdy mam jej miłość, mogę nie zazdrościć niczego Sierpuchowskiemu, i pokręcając wąsa, Wroński wstał od stołu i przeszedł się po pokoju. Oczy błyszczały mu: był w pewnym siebie, spokojnym i radosnym nastroju ducha, jaki ogarniał go zawsze po ukończeniu przeglądu swych osobistych spraw. Wszystko było, również jak dawniej, dokładnem i wyrażnem. Wroński ogolił się, wziął chłodną wannę, ubrał się i wyszedł.

XXI.

— A ja idę po ciebie. Jakżeż tam twoje pranie? czy długo trwało? — dopytywał się Petrycki. — Skończyłeś je już zapewne?
— Skończyłem — odparł Wroński, uśmiechając się tylko oczyma i pokręcając ostrożnie końce wąsów, jak gdyby obawiał się, że gdy doprowadził do porządku swe sprawy, każde zanadto śmiałe i prędkie poruszenie może zakłócić ten porządek.
— Wyglądasz zawsze po niem jak po łaźni — rzekł Petrycki. — Ja idę od Hryćki[14] oczekują tam ciebie.
Wroński nic nie odpowiadał i patrzał na kolegę, myśląc zupełnie o czem innem.
— Czy to u niego gra muzyka? — zapytał, przysłuchując się dolatującym dźwiękom polek i walców, granych na trąbach. — Co to za uroczystość?
— Sierpuchowskoj przyjechał.
— Aa! — zadziwił się Wroński — nie wiedziałem o tem.
Oczy uśmiechnęły mu się jeszcze bardziej.
Powiedziawszy już sobie, że miłość czyni go dosyć szczęśliwym i poświęciwszy dla niej swe ambitne marzenia, a przynajmniej odgrywając tę rolę, Wroński nie mógł już zazdrościć Sierpuchowskiemu, ani gniewać się na niego, że przyjechawszy do pułku, nie zaszedł najprzód odwiedzić go, Sierpuchowskoj był jego dobrym przyjacielem i Wroński cieszył się z jego przyjazdu.
— Miło mi będzie zobaczyć go.
Dowódca pułku, Demin, zajmował obszerny dwór obywatelski. Goście siedzieli na dużej werendzie. Wroński, wszedłszy na podwórze, odrazu ujrzał przed domem ubranych w kitle chórzystów pułkowych, stojących koło beczułki z wódką i dyszącą zdrowiem i wesołością figurę komendanta pułku, otoczonego przez oficerów: pułkownik, stojąc na najwyższym stopniu schodów, zagłuszając swym głosem muzykę, grającą offenbachowskiego kadryla, wydawał jakieś rozkazy i skinieniem przywoływał żołnierzy, stojących na uboczu. Kilkunastu szeregowców, wachmistrz i paru podoficerów jednocześnie z Wrońskim podeszło do balkonu. Udawszy się na chwilę do pokoju, pułkownik wyszedł znów na ganek z pełną czarką w ręku i wniósł toast: „Za zdrowie naszego dawnego kolegi i mężnego jenerała Sierpuchowskiego! Niech żyje!“
Razem z pułkownikiem wyszedł uśmiechnięty Sierpuchowskoj, również z kieliszkiem w reku.
— Stajesz się coraz młodszym, Bondarenko — zwrócił się do stojącego przed nim przystojnego, z czerwonemi policzkami wachmistrza.
Wroński nie widział trzy lata Sierpuchowskiego. Sierpuchowskoj zmężniał, zapuścił bokobrody, lecz zawsze był również zgrabny i nie tyle uderzał urodą, co wytworną i pełną szlachetności postawią. Wroński zauważył w nim tylko jedną zmianę: spokojny, jasny odblask, jaki maluje się zwykle w oczach ludzi, którym powodzi się i którzy są pewni, że powodzenie ich cieszy się ogólnem uznaniem. Że taki odblask w rzeczy samej istnieje, Wroński wiedział o tem od dawna i zauważył go natychmiast na obliczu przyjaciela.
Schodząc ze schodów, Sierpuchowskoj dostrzegł Wrońskiego, skinął mu głową i podniósł w górę kieliszek, dając mu tym ruchem do zrozumienia, że nie może przedtem nie podejść do wachmistrza, który, wyprostowawszy się jak struna, układał już wargi do pocałunku.
— Oto i on! — zawołał pułkownik, ujrzawszy Wrońskiego — a mnie Jawszyn mówił, że jesteś w złym humorze?
Sierpuchowskoj pocałował wachmistrza w wilgotne, rumiane, pulchne wargi i obcierając usta chustką, podszedł do Wrońskiego.
— Miło mi widzieć cię! — rzekł, ściskając go za rękę i odprowadzając na bok.
— Zajmijcie się nim! — zawołał pułkownik na Jawszyna, wskazując mu Wrońskiego i szedł na dół do żołnierzy.
— Dlaczego nie byłeś wczoraj na wyścigach? Myślałem, że zobaczę się z tobą — rzekł Wroński, przypatrując się bacznie Sierpuchowskiemu.
— Przyjechałem, ale późno. Przepraszam cię na chwilę — dodał i zwracając się do pułkowego adjutanta rzekł — niech pan będzie łaskaw w mojem imieniu kazać rozdać pomiędzy żołnierzy, ile na którego wypadnie — i rumieniąc się wyjął prędko z pugilaresu trzy storublówki.
— Wroński! Czy będziesz jadł czy pił? — zapytał Jawszyn. — Hej, podajcie tu półmisek hrabiemu! — A tutaj masz i pij!
Zebranie u pułkownika przeciągało się: pito nadzwyczaj dużo, kołysano i podrzucano najprzód Sierpuchowskiego, potem pułkownika, następnie przy śpiewie chóru sam pułkownik tańczył razem z Petryckim, wreszcie pułkownik usiadł na świeżem powietrzu na ławce i zaczął dowodzić Jawszynowi, że Rosy a jest potężniejszą od Prus, szczególniej w kawaleryjskim ataku, i hulanka na chwilę uległa przerwie.
Sierpuchowskoj, chcąc umyć ręce, wszedł do garderoby i zastał tam Wrońskiego, oblewającego się zimną wodą. Zdjąwszy kitel i podstawiając obnażoną, obrośniętą włosami szyję pod kran umywalni, Wroński rękoma wycierał sobie kark i głowę; skończywszy się myć, siadł koło Sierpuchowskiego. Przyjaciele siedzieli na małej kanapce i zawiązała się pomiędzy nimi rozmowa interesująca nadzwyczaj ich obydwóch.
— Miewałem od żony wiadomości o tobie — rzekł Sierpuchowskoj — cieszyłem się bardzo, żeś widywał ją często.
— Twoja żona jest wielką przyjaciółką mojej bratowej i są to jedyne kobiety w Petersburgu, z któremi lubię się widywać — odparł z uśmiechem Wroński, który uśmiechał się na myśl, iż zgaduje, o czem będą rozmawiać: sprawiało mu to przyjemność.
— Jedyne? — z uśmiechem zapytał Sierpuchowskoj.
— Tak, a o tobie wiedziałem nie tylko przez twoją żonę — odparł Wroński surowo, dając do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych uwag tego rodzaju — powodzenie twoje cieszy mnie, chociaż nie dziwię się mu wcale, owszem, spodziewałem się więcej po tobie. Sierpuchowskoj uśmiechnął się, widać było, że mniemanie, jakie Wroński ma o nim, sprawia mu przyjemność i że nie widzi żadnej dobrej racyi, dla której miałby ukrywać swe zadowolenie.
— Ja zaś przeciwnie, przyznam ci się otwarcie, że liczyłem na znacznie mniejsze. W każdym razie sprawia mi to ogromną przyjemność. Jestem ambitny i to jest moja słaba strona, do której przyznaję się.
— Nie przyznawałbyś się tak szczerze do niej, gdyby ci się nie powodziło tak świetnie — rzekł Wroński.
— Nie zdaje mi się — odparł z uśmiechem Sierpuchowskoj — nie twierdzę, aby życie bez tego było nic nie warte, ale w każdym razie byłoby nudnem. Rozumie się, iż mogę się mylić, lecz zdaje mi się, że mam pewne zdolności do tego rodzaju działalności, jaką obrałem sobie i w mem ręku każda władza, jaką będę kiedykolwiek posiadał, będzie bezwarunkowo odpowiedniej użytą, niż w ręku wielu, o których wszyscy wiemy — rzekł Sierpuchowskoj — a dlatego im bliżej mi do niej, tem bardziej czuję się zadowolonym.
— Może być, że według ciebie tak jest w istocie, ale nie według wszystkich... i ja kiedyś byłem tego samego zdania, a przecież żyję i nie zdaje mi się, aby tylko dlatego warto było żyć — zauważył Wroński.
— Otóż to! otóż to! — rzekł Sierpuchowskoj ze śmiechem — zaraz po przyjeździe słyszałem już o tobie i o twej odmowie... rozumie się, że jestem po twojej stronie, ale na wszystko są sposoby, mojem zdaniem sam twój postępek jest właściwym, lecz ty uczyniłeś go nie tak jak należy.
— Co się stało już się nie odstanie, a wiesz, że nie zapieram się nigdy tego, co zrobiłem... wychodzę też zawsze na tem najpomyślniej.
— Najpomyślniej, ale tylko chwilowo; z twoim bratem nie będę mówił o tem: jest to miłe dziecko, również jak i nasz pułkownik... znasz go przecież... — dodał przysłuchując się głośnym okrzykom „hurra“ — jemu jest z tem wesoło, a tobie to już nie wystarcza.
— Nie mówię też, aby wystarczało.
— Dobrze, ale to nie wszystko jeszcze. Tacy ludzie jak ty są potrzebni...
— Komu? — Komu?... Społeczeństwu, Rosyi. Rosya potrzebuje ludzi, potrzebuje partyi, inaczej zejdzie na psy.
— Więc niby co takiego? czy naprzykład partyi Bertenjewa przeciwko rosyjskim komunistom?
— Ależ gdzie tam — odparł Sierpuchowskoj, marszcząc się gniewnie na myśl, iż ktoś ośmiela się podejrzewać go o takie głupstwa. — Tout ça est une blague... odkąd świat światem tak było i tak będzie, żadnych komunistów niema, tylko ludzie zainteresowani muszą zawsze wynaleźć sobie jakąś szkodliwą, niebezpieczną partyę... to stary kawał... ale nam potrzeba partyi, składającej się z ludzi stojących u steru władzy, niezależnych, takich jak ty lub ja.
— Ale dlaczego?... — Wroński wymienił paru dostojników — ale dlaczego oni nie są niezależnymi?
— Dlatego tylko, że z powodu swego urodzenia nie mają lub nie mieli ani niezależnego majątku, ani nazwiska, ani nie urodzili się tak blisko słońca, jak każdy z nas, można ich kupić za pieniądze, lub za zaszczyty. Ludzie ci, aby ostać się na swych stanowiskach lub dojść do czegoś, muszą wymyślać różne prądy, przeprowadzają więc pierwszą lepszą myśl, pracują w pierwszym lepszym kierunku, w który sami nie wierzą i który jest bezwarunkowo szkodliwym; cała ich działalność ma tylko na celu osiągnięcie skarbowego mieszkania i tylu a tylu rubli pensyi. Zajrzyj tylko im w karty, a przekonasz się, że cela n’est pas plus fin que ça. Może być, że jestem gorszy, lub głupszy od nich, chociaż to mi się nie zdaje. Przedewszystkiem jednak ty i ja mamy ogromną wyższość nad nimi, gdyż nas trudniej jest kupić... a tacy ludzie potrzebniejsi są obecnie niż kiedykolwiek.
Wroński słuchał uważnie, chociaż zajmował go nietyle sam przedmiot rozmowy, co poglądy Sierpuchowskiego na te kwestye. Sierpuchowskoj zamyślał już o zastosowaniu swej władzy do walki i miał już w najwyższych sferach swe sympatye i antypatye, tymczasem on, Wroński, ze względu na swe stanowisko mógł zajmować się tylko interesami swego eskadronu. Wroński domyślał się również, że Sierpuchowskoj mógł stać się wybitną osobistością i przez swą niedającą się zaprzeczyć zdolność trzeźwego zapatrywania się na rzeczy przez rozum i dar słowa, i w ogóle przez zalety dające się nadzwyczaj rzadko napotykać u ludzi z tej sfery, która go wydała i wśród której stale obracał się.
I chociaż Wroński wstydził się przed samym sobą, jednak zazdrościł przyjacielowi.
— W każdym razie brak mi do tego najgłówniejszej rzeczy — odparł — brak mi żądzy władzy. Miałem kiedyś tę żądzę, ale to już minęło...
— Wybacz mi, ale to nieprawda — przerwał Sierpuchowskoj, uśmiechając się.
— Nie, prawda, prawda... w obecnej chwili, aby być zupełnie szczerym — dodał Wroński.
— Dobrze, prawda że w obecnej chwili, to co innego, ale ta obecna chwila nie zawsze trwać będzie.
— Być może — odrzekł Wroński.
— Ty powiadasz: być może — ciągnął Sierpuchowskoj, zdając się odgadywać myśli kolegi — a ja ci powiadam: napewno i dlatego właśnie chciałem się z tobą zobaczyć; postąpiłeś tak, jak powinieneś był postąpić. Ja to pojmuję, lecz nie powinieneś upierać się zbytecznie. Proszę cię tylko o carte blanche. Nie opiekuję się tobą... chociaż dlaczego nie miałbym opiekować się?... tyś opiekował się mną tyle razy! Spodziewam się, że nasza przyjaźń wyższą jest po nad te drobiazgi. Doprawdy — dodał, uśmiechając się z kobiecą tkliwością — dawaj mi carte blanche, opuszczaj pułk, a ja wciągnę cię niepostrzeżenie.
— Ale ty zrozum — odparł Wroński — że ja niczego nie potrzebuję, chcę tylko, aby wszystko zawsze tak było, jak jest teraz.
Sierpuchowskoj wstał z kanapy i stanąwszy przed Wrońskim, rzekł:
— Powiadasz, że chcesz, aby wszystko zawsze tak było, jak jest teraz. Ja rozumiem co to ma znaczyć, posłuchaj mnie jednak: jesteśmy rówieśnikami, ty zapewne znasz większą ilość kobiet niż ja... — uśmiech i gesty Sierpuchowskiego mówiły, że Wroński niema się co obawiać i że przyjaciel delikatnie i ostrożnie dotknie się bolącego miejsca — lecz ja jestem żonaty i wierzaj mi, że gdy poznasz dobrze swoją żonę, (jak powiada jakiś powieściopisarz), i gdy będziesz ją kochał, poznasz od razu dokładniej wszystkie kobiety, niż gdybyś ich znał tysiące.
— Zaraz przyjdziemy! — zawołał Wroński, ujrzawszy oficera, który zajrzał do pokoju i prosił do pułkownika.
Wroński chciał teraz słuchać dalej i dowiedzieć się, co mu Sierpuchowskoj powie.
— Chcesz wiedzieć, jak ja się zapatruję na to? Kobiety, to najniebezpieczniejszy kamień, o jaki rozbija się działalność mężczyzny. Nadzwyczaj trudno jednocześnie kochać się w kobiecie i pracować. Istnieje tylko jeden środek, do którego stosując się, można się kochać i miłość nie przeszkadza nam wtedy w niczem, mianowicie: ożenienie się. Nie wiem, jak ci to powiedzieć — rzekł Sierpuchowskoj, lubiący w ogóle porównania — poczekaj, poczekaj... jak naprzykład nieść fardeau i mieć ręce wolne można tylko wtedy, gdy fardeau przywiązanem jest na plecach, a tem jest właśnie małżeństwo. Przekonałem się o tem, gdym się ożenił: ręce miałem odrazu rozwiązane. Ale gdy bez ożenienia się będziesz ciągnął za sobą to fardeau, ręce będziesz miał skrępowane i nic nie będziesz w stanie robić. Przypomnij sobie Mazankowa, Krupowa... są to ludzie, którzy z powodu kobiet nie mogli dojść do niczego.
— Co to tam za kobiety! — rzekł Wroński, przypominając sobie francuzkę i aktorkę, z któremi żyli ci dwaj ludzie.
— Tem gorzej: im pozycya kobiety jest wyższą, tem gorzej, porównałbym to nie do niesienia fardeau rękoma, ale do wyrywania go komu innemu.
— Nigdyś nie kochał — rzekł po cichu Wroński, patrząc przed się i myśląc o Annie.
— Być może, w każdym razie pamiętaj o tem, com ci mówił przed chwilą. I jeszcze jedno: kobiety są zawsze praktyczniejsze i trzeźwiej zapatrują się na rzeczy niż mężczyźni. My z miłości robimy coś olbrzymiego, a one są zawsze terre à terre... Zaraz, zaraz! — zwrócił się do wchodzącego lokaja.
Lecz lokaj nie przychodził ich prosić — jak Sierpuchowskiemu zdawało się — lecz przyniósł list adresowany do Wrońskiego.
— Od księżnej Twerskiej.
Wroński przeczytał i zarumienił się.
— Głowa mnie rozbolała, pójdę do domu — rzekł do Sierpuchowskiego.
— A więc do widzenia. Dajesz mi carte blanche?
— Potem pomówimy o tem, będę u ciebie w Petersburgu.

XXII.

Była już szósta godzina. Aby zdążyć na czas, Wroński wsiadł do powozu Jawszyna, gdyż nie chciał jechać swymi końmi, które wszyscy znali, i polecił furmanowi spieszyć się. W starej czteroosobowej karecie było dużo miejsca. Wroński usiadł w kącie, oparł nogi na przedniem siedzeniu i zamyślił się.
Poczucie porządku, do którego doprowadził swe interesy, wspomnienie przyjaźni z Sierpuchowskim, który uważał już siebie za potrzebnego państwu działacza, wspomnienie pochlebnych słów jego i, co najważniejsze, spodziewane widzenie się z Anną, wszystko to łączyło się w ogólne wrażenie pełnego radości poczucia życia. Poczucie to było do tego silnem, tak że Wroński pomimowoli uśmiechnął sie, poczem zdjął nogi z siedzenia, założył je, dotknął się sprężystej łydki, stłuczonej wczoraj i rozpierając się w karecie, odetchnął parę razy całą piersią.
„Dobrze, dobrze, dobrze!“ — rzekł sam do siebie. Wroński i przedtem doznawał często radosnego poczucia swego ciała i zdrowia, lecz nigdy jeszcze tak nie kochał siebie, swego ciała, jak w tej chwili. Przyjemnie mu było teraz odczuwać ten lekki ból w silnej nodze i poruszać silną piersią przy oddychaniu.
Ten sam pogodny, chłodny sierpniowy dzień, oddziaływający tak przygnębiająco na Annę, wydawał mu się dziwnie pobudzającym i ochładzał mu rozpaloną od polewania twarz i szyję. Zapach brylantyny, bijący od wąsów, wydawał mu się teraz, na świeżem powietrzu, szczególniej przyjemnym.
Wszystko na co tylko patrzał przez okno karety, wydawało się Wrońskiemu w tem chłodnem czystem powietrzu, w tem bladem świetle zachodzącego słońca, również wesołem, silnem i świeżem, jak i on sam: i dachy domów błyszczące w promieniach kryjącego się już słońca i kontury płotów i budowli, i postacie spotykanych od czasu do czasu ludzi i powozów, i nieruchoma zieloność drzew i traw, i pola z równemi, prosto pokrajanemi bruzdami kartofli, i wydłużone cienie rzucane przez domy i drzewa i przez krzaki i nawet przez bruzdy. Wszystko było pięknem i wyglądało jak ładny krajobraz, dopiero co ukończony, na którym farby nie zdążyły jeszcze zaschnąć.
— Prędzej, prędzej! — zawołał Wroński na stangreta, wychylając się przez okno i, wyjmując z kieszeni trzyrublowy banknot, wsunął mu go w rękę. Ręka stangreta poprawiła coś u latarni, bat świsnął i kareta potoczyła się prędko po równej drodze.
„Niczego więcej nie potrzebuję, tylko takiego szczęścia“ — myślał Wroński, patrząc na kościaną rączkę dzwonka, wiszącą między dwoma oknami. Przed oczyma jego stawała Anna taką, jaką ją widział po raz ostatni.
„Im dłużej znam ją, tem bardziej kocham. Oto i ogród otaczający willę Wredowej? Gdzież ona jest tutaj? Gdzie? Dlaczego tutaj mamy spotkać się i dlaczego Anna pisze w liście Betsy?“ — przypomniało mu się dopiero teraz, ale nie było już czasu na rozmyślania. Wroński kazał zatrzymać się przed wjazdem do alei, otworzył drzwiczki i zanim kareta stanęła, wyskoczył z niej i poszedł aleją, wiodącą ku domowi. W alei nie było nikogo, lecz spojrzawszy na prawo, spostrzegł Annę. Twarz jej była zasłonięta woalką, lecz gdy obrzucił spojrzeniem pełnem zachwytu szczególny, właściwy jej chód, pochylenie pleców i trzymanie głowy, w jednej chwili jak gdyby tok elektryczny przebiegł po jego ciele. Wroński z nową silą poczuł samego siebie, poczynając od sprężystych ruchów nóg, kończąc na ruchu płuc przy oddychaniu i jakiemś dziwnem łaskotaniu w wargach.
Spotkawszy się z Wrońskim, Anna uścisnęła go mocno za rękę.
— Nie gniewasz się, żem pisała do ciebie? Musiałam zobaczyć się z tobą koniecznie... — odezwała się.
Usposobienie Wrońskiego zmieniło się w jednej chwili, gdyż dojrzał pod woalką jej surowo i poważnie złożone wargi.
— Ja... gniewać się? Ale jakeś ty przyjechała, kiedy?
— Mniejsza z tem — odparła, opierając się na jego ramieniu — chodźmy, muszę pomówić z tobą...
Wroński domyślił się, że zaszło coś nadzwyczajnego i że dzisiejsza schadzka nie będzie wesołą: w obecności Anny nie miał on woli, nie znając powodu jej wzruszenia, odczuwał, iż trwoga ta pomimowoli udziela się i jemu.
— Cóż takiego? — pytał, przyciskając ramieniem jej rękę i chcąc wszystko wyczytać z jej oczów.
Anna przeszła w milczeniu parę kroków, starając się odzyskać zimną krew, i zatrzymała się nagle.
— Nie mówiłam ci wczoraj — poczęła, oddychając prędko i z trudnością — że gdym wróciła z Aleksiejem Aleksandrowiczem do domu, powiedziałam mu wszystko... że nie mogę być jego żoną, że... i wszystko powiedziałam...
On słuchał jej słów i pomimowoli pochylał się całym korpusem, jak gdyby chciał wziąć na siebie część obarczającego ją ciężaru. Z chwilą, gdy Anna skończyła mówić, Wroński wyprostował się nagle i dumny a surowy wyraz odbił się no jego obliczu:
— Tak, to lepiej, tysiąc razy lepiej! Wiem, że ci to przyszło z ogromną trudnością — rzekł. Anna jednak nie słuchała go, gdyż chciała wyczytać mu z twarzy wszystkie jego myśli, a nie mogła wiedzieć, że ten wyraz był wywołany pierwszą myślą, jaka przyszła Wrońskiemu do głowy, a mianowicie myślą o konieczności pojedynku. Anna nigdy ani na chwilę nie przypuszczała pojedynku i dlatego zupełnie odmiennie objaśniła sobie przelotny wyraz surowości na jego twarzy.
Odebrawszy list od męża, Anna wiedziała w głębi duszy, iż wszystko zostanie się po dawnemu, gdyż sił jej nie starczy do porzucenia dotychczasowego życia, do opuszczenia syna i do połączenia się z kochankiem. Ranek, spędzony u księżnej Twerskiej, umocnił ją jeszcze bardziej w tem przekonaniu. W każdym razie to widzenie się było dla niej nadzwyczaj ważnem; spodziewała się, że wpłynie ono na zmianę jej położenia, i że będzie dla niej zbawiennem. Jeśli Wroński przy tem widzeniu stanowczo, namiętnie, nie wahając się ani chwili powie jej: rzuć wszystko i uciekaj ze mną! — rzuci nawet syna i pójdzie za nim. Lecz wiadomość ta nie wywarła na nim wrażenia, na jakie Anna liczyła; Wroński wydawał się tylko obrażonym, niewiadomo o co.
— Nie było w tem nic tak przykrego... stało się to samo przez się — odparła Anna z rozdrażnieniem — i oto... — i wyjęła schowany w rękawiczce list męża.
— Rozumiem, rozumiem — przerwał jej, biorąc list, lecz nie czytając go i usiłując uspokoić ją — miałem tylko jedno pragnienie, o jedno tylko prosiłem cię, o zerwanie tego stosunku, abym mógł swe życie poświęcić dla twego szczęścia.
— Dlaczego mówisz mi o tem? — zapytała — czyż mogę wątpić choć na chwilę?... gdybym wątpiła...
— Kto to idzie? — zawołał nagle Wroński, wskazując dwie idące ku nim damy, — może jakie znajome! — i skręcił prędko w boczną aleję, pociągając za sobą Annę.
— Ach, wszystko mi jedno! — zauważyła. Wargi jej zadrżały i Wrońskiemu zdawało się, że oczy Anny patrzą na niego z rozdrażnieniem z pod woalki. — Powtarzam ci, że nie o to mi idzie, gdyż to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, ale widzisz, co on mi pisze; przeczytaj — i Anna znów wstrzymała się.
Znowu, również jak w pierwszej chwili, na wiadomość o jej zerwaniu z mężem, czytając list, Wroński pomimowoli dał się unieść temu naturalnemu wrażeniu, jakie wywierał na niego stosunek do obrażonego męża. Teraz, gdy trzymał w ręku jego list, wyobrażał sobie wyzwanie, które zapewne dzisiaj lub jutro otrzyma i sam pojedynek, podczas którego on z również obojętnym i pewnym siebie wyrazem, z jakim czytał list Aleksieja Aleksandrowicza, wystrzeliwszy w powietrze, będzie stał pod wystrzałem obrażonego męża. Jednocześnie przypomniał sobie swą niedawną rozmowę z Sierpuchowskim i to wszystko o czem myślał dzisiaj rano, że lepiej nie wiązać się, wiedział jednak, że temi myślami nie może podzielić się z Anną.
Przeczytawszy list podniósł na nią oczy, lecz spojrzenie jego nie było pewnem siebie i śmiałem. Anna pojęła natychmiast, że on już pierwej myślał o tem, wiedziała również, że w żadnym razie Wroński nie powie jej wszystkiego co myśli, przekonała się więc, iż zawiodła ją ostatnia nadzieja, a nie tego spodziewała się.
— Widzisz co to za człowiek — odezwała się drżącym głosem — on...
— Wybacz mi, lecz ja cieszę się z tego... — przerwał jej Wroński — na miłość Boską daj mi skończyć — dodał, błagając ją oczyma, aby mu dała mówić dalej — cieszę się, gdyż to nie może w żadnym razie stać się tak, jak on życzy sobie.
— Dlaczego nie może? — zapytała Anna, wstrzymując łzy i nie przypisując widocznie żadnej wagi temu, co on chce mówić; wiedziała, że los jej jest już rozstrzygniętym.
Wroński chciał powiedzieć, że po nieuniknionym, zdaniem jego pojedynku, stan obecny nie mógł trwać dłużej, powiedział jednak zupełnie co innego.
— Nie może trwać dłużej, mam nadzieję, że teraz opuścisz go. Spodziewam się — Wroński zmieszał się i zarumienił że pozwolisz mi pomyśleć i zająć się naszem przyszłem życiem... Jutro... — zaczął mówić.
Anna nie dała mu skończyć.
— A syn?! — zawołała — widzisz przecie co on pisze? musiałabym rozłączyć się z nim, a ja nie mogę i niechcę uczynić tego.
— Lecz na miłość Boską, co lepiej: czy rozłączyć się z synem, czy też narażać się nieustannie na takie upokarzające położenie?
— Dla kogo jest ono upokarzającem?
— Dla wszystkich, a najbardziej dla ciebie.
— Powiadasz: upokarzające, nie mów tego. Frazesy tego rodzaju nie czynią na mnie wrażenia — rzekła drżącym głosem. Anna nie życzyła sobie, aby on mówił teraz nieprawdę, gdyż pozostawała jej obecnie tylko jego miłość i chciała kochać go. Wierzaj mi, że od tego dnia, kiedym cię pokochała, świat cały zmienił się dla mnie: jedna rzecz tylko jest mi drogą, twoja miłość. Gdy ona należy do mnie, czuję się do tego stopnia wyniosłą, do tego stopnia szczęśliwą i pewną siebie, że nic nie może istnieć, coby upokarzało mnie. Dumną jestem, dlatego, że... dumną z tego... dumną... — i Anna nie powiedziała z czego jest dumną; łzy wstydu i rozpaczy zatamowały jej głos, przestała mówić i poczęła łkać.
On poczuł również, że podnosi mu się coś do gardła, że szczypie go w nos i po raz pierwszy w swem życiu Wroński poczuł, że może się rozpłakać; nie byłby w stanie powiedzieć, co mianowicie wzruszyło go; żal mu jej było i widział, że nie może przyjść jej z pomocą i zarazem był przeświadczonym, iż postępowanie jego nie było bez zarzutu.
— Przecież rozwód nie jest niemożebnym? — zapytał nieśmiało. Anna, nie odpowiadając, pokiwała głową. — Czyż nie można wziąć syna i pomimo to opuścić go.
— To wszystko zależy od niego. Teraz ja muszę wracać do niego — odparła niechętnie; przeczucie, że wszystko zostanie się po dawnemu, nie zawiodło jej.
— We wtorek będę w Petersburgu i wszystko rozstrzygnie się.
— Dobrze — odparła — ale nie mówmy już więcej o tem.
Gdy zajechała kareta, którą odesłała do domu i której kazała przyjechać do ogrodu Wrede, Anna pożegnała się z Wrońskim i udała się do domu.

XXIII.

W poniedziałek odbywało się zwykłe posiedzenie komisyi z dnia 2. czerwca. Aleksiej Aleksandrowicz wszedł na salę posiedzeń, przywitał się jak zwykle z członkami i z prezydującym, zajął swe miejsce i położył rękę na leżących przed nim papierach, pomiędzy któremi znajdowały się potrzebne mu notatki i skrypt projektu, jaki Aleksiej Aleksandrowicz miał zamiar właśnie wnieść; notatki nie były mu zresztą potrzebne, gdyż pamiętał wszystko doskonale i nie widział potrzeby odświeżać w pamięci szczegółów, o których miał mówić. Aleksiej Aleksandrowicz wiedział, że gdy zbliży się odpowiednia chwila i gdy ujrzy przed sobą oblicze przeciwnika, starającego się napróżno wydawać obojętnym, mowa jego stanie się daleko lepszą, niż gdyby ją przygotowywał; wiedział również, że treść jego mowy jest do tego stopnia ważną, że każdy wyraz będzie miał swe znaczenie, tymczasem zaś, przysłuchując się referowaniu sprawy, Aleksiej Aleksandrowicz siedział z miną najzupełniej niewinną i spokojną. Patrząc na jego białe ręce z napuchłemi żyłami, na jego długie palce, któremi wodził po dużym arkuszu białego papieru, leżącym przed nim, i na jego głowę, pochyloną na bok z wyrazem zmęczenia, nikt nie mógł przypuszczać, że za chwilę z tych ust poleją się słowa, które wywołają straszną burzę, które zmuszą członków do przeszkadzania sobie nawzajem głośnymi okrzykami protestu, a prezydującego do usiłowania przywrócenia porządku.
Gdy referowanie skończyło się, Aleksiej Aleksandrowicz oznajmił swym cienkim, cichym głosem, że ma do zakomunikowania w sprawie inorodców parę uwag. Wszyscy spojrzeli bacznie na niego. Aleksiej Aleksandrowicz chrząknął i nie patrząc na swego oponenta, lecz wybierając, jak to zwykle czynił podczas wygłaszania swych mów, pierwszą lepszą siedzącą naprzeciw siebie osobę, małego, cichego staruszka, nie mającego nigdy żadnego zdania w komisyi, począł wypowiadać swoje uwagi. Gdy rzecz doszła do jądra kwestyi, przeciwnik Aleksieja Aleksandrowicza zerwał się, z miejsca i począł przeczyć. Stremow, również członek komisyi i również zadraśnięty do żywego, zaczął bronić się i w ogóle całe posiedzenie stało się burżliwem. Aleksiej Aleksandrowicz zwyciężył jednak i projekt jego został przyjętym, gdyż naznaczono trzy nowe komisye i na drugi dzień w pewnych petersburskich kołach mówiono tylko o tem posiedzeniu. Powodzenie Aleksieja Aleksandrowicza było niespodziewanie wielkiem.
Na drugi dzień rano, we wtorek, Aleksiej Aleksandrowicz obudziwszy się, z zadowoleniem przypomniał sobie o wczorajszem zwycięstwie. Gdy naczelnik kancelaryi, chcąc mu sprawić przyjemność, zaczął opowiadać wieści, jakie doszły do niego o przebiegu rozpraw na wczorajszem posiedzeniu, Aleksiej Aleksandrowicz nie mógł nie uśmiechnąć się, chociaż usiłował wydawać się obojętnym.
Zasiadłszy wraz z naczelnikiem kancelaryi do pracy, Aleksiej Aleksandrowicz zapomniał zupełnie o tem, że dzisiaj jest wtorek i że na wtorek właśnie polecił Annie przyjechać, zadziwił się więc i zdumiał nieprzyjemnie, gdy lokaj zameldował mu przyjazd żony.
Anna przyjechała do Petersburga wczesnym rankiem; stosownie do jej depeszy, czekała na nią kareta, Aleksiej Aleksandrowicz powinien był więc spodziewać się jej, a jednak, gdy przyjechała, nie wyszedł przywitać się. Kamerdyner powiedział Annie, że Aleksiej Aleksandrowicz nie wychodził jeszcze ze swego gabinetu i że jest zajęty razem z naczelnikiem kancelaryi. Anna kazała zawiadomić męża o swym przyjeździe i udała się do swego gabinetu, gdzie oczekując jego nadejścia, zajęła się rozpakowywaniem rzeczy. Minęła jednak godzina, Aleksiej Aleksandrowicz nie zjawiał się; Anna pod pozorem wydania jakiegoś polecenia, wyszła do jadalnego pokoju i naumyślnie zaczęła głośno mówić, myśląc że Aleksiej Aleksandrowicz wyjdzie do niej, lecz on nie wychodził, chociaż Anna słyszała, że podchodził do drzwi gabinetu, odprowadzając ku nim naczelnika.
Anna wiedziała, że mąż wyjedzie wkrótce do biura, a chciała koniecznie zobaczyć się z nim i rozmówić stanowczo, przeszła się więc parę razy po salonie, poczem zdecydowana na wszystko, udała się do jego pokoju. Gdy weszła do gabinetu, Aleksiej Aleksandrowicz w wice-mundurze, gotowy już widocznie do wyjścia, siedział przy stoliku i podpierając rękoma głowę, patrzał ponuro przed siebie; Anna ujrzała go wcześniej, niż on ją i domyśliła się, że mąż myśli o niej.
Ujrzawszy żonę, Aleksiej Aleksandrowicz chciał wstać; rozmyślił się jednak, rumieniec, czego Anna nigdy nie widziała u niego przedtem, oblał mu twarz, nagle wstał prędko i podszedł ku niej, nie patrząc jej w oczy, lecz na czoło i włosy, ujął ją za rękę i poprosił, aby usiadła.
— Cieszę się nadzwyczaj, że pani przyjechała — rzekł, siadając koło niej i zająknął się, chcąc widocznie mówić dalej. Aleksiej Aleksandrowicz parę razy próbował zaczynać mówić, lecz urywał...
Chociaż Anna, myśląc o rozmowie z Aleksiejem Aleksandrowiczem, zamierzała okazać mu swą pogardę i stawiać mu zarzuty, teraz jednak, gdy go ujrzała, nie wiedziała co mu ma mówić i nawet poczęła go żałować. Obpólne milczenie trwało dość długo.
— Jak się miewa Sieroża? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz i nie czekając na odpowiedź, dodał — nie będę dzisiaj na obiedzie i muszę wyjść w tej chwili.
— Chciałam wyjeżdżać do Moskwy — rzekła.
— Bardzo, bardzo dobrze zrobiła pani, przyjeżdżając — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, i umilkł znowu.
Anna, widząc, iż brak mu odwagi do stanowczej rozmowy, postanowiła rozpocząć ją sama.
— Aleksieju Aleksandrowiczu — odezwała się, wpatrując się w niego i nie spuszczając wzroku pod jego spojrzeniem, utkwionym w jej włosy — jestem występną kobietą, złą kobietą, lecz jestem taką, jaką byłam, jak to panu powiedziałam wtedy, i przyszłam powiedzieć mu, że nic zmienić nie mogę.
— Nie pytałem się pani o to — odparł nagle i stanowczo Aleksiej Aleksandrowicz, patrząc z nienawiścią żonie prosto w oczy — gdyż domyślałem się tego; — widocznem było, że pod wpływem gniewu, zapanował zupełnie nad sobą — lecz jak pani mówiłem i pisałem wtedy — zaczął znowu ostrym, cienkim głosem — to i teraz powtarzam, że niemam obowiązku wiedzieć o tem i rzecz tę ignoruję zupełnie. Nie wszystkie żony są tak uprzejme, jak pani, i nie spieszą z zakomunikowaniem mężom takiej przyjemnej nowiny — Aleksiej Aleksandrowicz położył szczególny nacisk na wyrazie „przyjemnej.“ — Ignoruję dotąd, dopóki ludzie o tem nie wiedzą, dopóki cześć mego imienia nie jest na szwank narażoną i dlatego uprzedzam panią, że stosunki nasze powinny być takimi, jak były dotąd, i że tylko na wypadek, gdyby pani kompromitowała mnie, będę się widział zmuszonym przedsięwziąć środki, mające na celu zabezpieczenie mego honoru.
— Stosunek nasz jednak nie może pozostać takim, jak był przedtem — zauważyła Anna nieśmiało, spoglądając na męża z trwogą.
Gdy ujrzała znowu te spokojne ruchy, gdy usłyszała ten przenikliwy, szyderczy głos, wstręt ku niemu zniweczył w niej dawne współczucie i Anna obecnie bała się go tylko, koniecznie jednak pragnęła rozmówić się stanowczo.
— Nie mogę być pańską żoną, gdyż... — poczęła mówić.
Obojętny, złośliwy uśmiech skrzywił mu wargi.
— Widocznie rodzaj życia, jaki pani obrała sobie, odbił się na jej pojęciach. Ja na tyle poważam jedno, a pogardzam drugiem: poważam przeszłość pani, pogardzam zaś teraźniejszością, że nie miałem wcale na myśli tej interpretacyi, jaką pani nadała mym słowom.
— A zresztą, nie rozumiem, w jaki sposób mając tyle niezależności co pani — mówił dalej, unosząc się coraz bardziej — oznajmiając wprost mężowi o swej niewierności i nie widząc w tem, jak się zdaje, nic niewłaściwego, pani może uznawać za niewłaściwe spełnianie przez żonę jej obowiązków względem męża?
— Aleksieju Aleksandrowiczu, czego pan żądasz odemnie?
— Żądam nie widywać tutaj tego człowieka; żądam również, aby pani tak postępowała, żeby ani świat, ani służba nie mogli mieć nic do zarzucenia pani... żądam, aby pani nie widywała go. Zdaje się, że to niewiele, a za to cieszyć się pani będzie względami należnymi uczciwej żonie, nie spełniając bynajmniej jej obowiązków. Oto i wszystko, co miałem pani do powiedzenia... teraz zaś muszę już jechać i obiadować w domu nie będę... — Aleksiej Aleksandrowicz wstał i skierował się ku drzwiom.
Anna wstała również. Mąż skłonił się i nic nie mówiąc otworzył przed nią drzwi.

XXIV.

Noc, jaką Lewin spędził na kopicy siana, nie przeszła dla niego bez śladu: gospodarstwo, prowadzone w ten sposób, jak obecnie, zbrzydło mu i straciło dlań cały swój urok. Pomimo świetnego urodzaju, nigdy nie było, lub przynajmniej nigdy dotąd nie zdawało się Lewinowi, że jest tyle niepowodzeń i tyle nieporozumień pomiędzy nim a chłopami, jak w tym roku, a powód tych niepowodzeń i nieporozumień był obecnie najzupełniej zrozumiałym dla niego. Zadowolenie, jakie praca sprawiała mu sama przez się, zbliżenie się przez nią do chłopów, zazdrość, jakiej doznawał na widok ich życia; chęć wejścia w to życie, która w ciągu owej nocy z marzenia stała się zamiarem, którego szczegóły obmyślał, wszystko to do tego stopnia zmieniło jego poglądy na zaprowadzone już gospodarstwo, że Lewin nie mógł interesować się niem w tym samym stopniu co przedtem, jak również nie mógł nie zauważyć swej niechęci ku wszystkiemu, co miało z niem związek.
Stada uszlachetnionych krów, takich jak Pawa, znajdująca się w wysokiej kulturze; zorana pługami ziemia, dziewięć pól z miedzami, obsadzonemi łoziną; dziewięćdziesiąt dziesięcin zaoranego głęboko nawozu, rzędowe siewniki i t. p., wszystko to byłoby bardzo ładnem, gdyby robiło się samo przez się, lub gdyby to robił on sam wraz z towarzyszami, ludźmi współczującymi z nim. Lecz Lewin widział teraz wyraźnie (praca nad dziełem o gospodarstwie rolnem, w której usiłował dowieść, że głównym składnikiem gospodarstwa winien być robotnik, pomagała mu w tem bardzo), że gospodarstwo prowadzone dotąd było tylko zawziętą i uporczywą walką, toczoną pomiędzy nim a robotnikami, w której z jednej strony, mianowicie z jego, istniało nieustanne naprężone dążenie przerobienia wszystkiego na wzór, jaki uważał za najlepszy, z drugiej zaś strony — ze strony jego pracowników, chęć pozostawienia wszystkiego naturalnemu biegowi rzeczy. Tocząc tę walkę Lewin widział, że przy największem natężeniu sił z jego strony, a bez żadnego wysiłku, a nawet powziętego zamiaru z góry, z drugiej strony, osiągało się tylko to, że przewaga nie skłania się ku żadnej stronie, że zupełnie napróżno marnowały się jaknajlepsze narzędzia, najładniejszy inwentarz i najurodzajniejsza ziemia; co zaś było jeszcze mniej pomyślnem, że nie tylko zupełnie napróżno ginie energia, zużywana na tę walkę, lecz Lewin nie mógł również nie odczuwać teraz, gdy pojął dokładnie cały cel swego gospodarstwa, że cel ten nie należy do podniosłych.
W rzeczy samej na czem polegała ta walka? On mu siał walczyć o każdy swój grosz (i nie mógł nie walczyć, gdyż gdyby na chwilę chociaż osłabła jego energia, to by mu zabrakło pieniędzy na wypłaty robotnikom), oni zaś pragnęli pracować spokojnie i przyjemnie, i tak, jak do tego byli przyzwyczajeni. W jego interesie leżało, aby każdy robotnik zrobił jak można najwięcej, aby nie zaniedbywał się, aby starał się nie psuć wialni, konnych grabi, młocarni, aby zastanawiał się nad tem co robi; robotnik zaś chciał pracować spokojnie, odpoczywając od czasu do czasu, a przedewszystkiem bez wysiłku i bezmyślnie. W ciągu ostatniego lata Lewin dostrzegał to na każdym kroku. Gdy posyłał ludzi kosić koniczynę na paszę, każąc wybierać gorsze dziesięciny, przerośnięte trawą i piołunem, na których koniczyna nie była zdatną na nasienie, koszono mu parę najładniejszych dziesięcin przeznaczonych na nasienie i, aby uniewinnić się, mówiono, że tak kazał ekonom i pocieszano tem, że będzie miał śliczne siano. Lewin jednak wiedział, że zrobiono to dlatego, iż taką koniczynę było znacznie łatwiej kosić. Gdy wysyłał konne grabie do grabienia siana, łamano je zaraz po ujechaniu kilku kroków, gdyż parobkowi nudziło się siedzieć na koźle pod machającemi nad nim skrzydłami i mówiono mu wtedy: „niech pan będzie łaskaw nie niepokoić się, baby zgrabią natychmiast.“ Pługi okazywały się niezdatnemi do niczego, gdyż ratajowi nie przyszło nigdy do głowy, że należy opuścić podniesiony lemiesz i zawracając pługiem, mordował konie i psuł ziemię, Lewina zaś prosił, aby nie martwił się. Konie puszczano w pszenicę, gdyż żadnemu robotnikowi nie chciało się być nocnym stróżem i pomimo zakazu, robotnicy zmieniali się co noc i Wańka, spędziwszy cały dzień przy pracy, zasnął w nocy w polu, do czego przyznawał się potem, mówiąc: „moja wina.“ Trzy najlepsze jałowice rozdęło, gdyż nie zaprowadzono je na wodopój i puszczono w koniczynę, chcąc zaś pocieszyć Lewina, opowiadano mu, iż sąsiadowi jego wyzdychało 112 sztuk w ciągu trzech dni. A działo się to wszystko nie dlatego, aby ktobądż źle życzył czy to Lewinowi, czy też jego gospodarstwu; owszem, Lewin wiedział, że ludzie lubili go i nazywali dobrym panem, działo się to zaś tylko dlatego, że całej służbie chciało się pracować wesoło i spokojnie i że cel Lewina był nietylko obcym i niepojętym dla niej, lecz wręcz przeciwnym jej celom. Lewin od dawna już uczuwał niezadowolenie ze swego stosunku do gospodarstwa; widział, że łódka jego płynie, lecz nie znajdował i nie szukał nawet prądu, być może, że naumyślnie nawet łudził samego siebie. Obecnie jednak nie mógł już dłużej mamić się; gospodarstwo, jakie prowadził, nietylko, że przestało go zajmować, lecz począł odczuwać pewien rodzaj wstrętu do niego i Lewin nie mógł już dłużej zajmować się niem.
Na zniechęcenie Lewina wpływała jeszcze i ta okoliczność, że blisko niego, o trzydzieści wiorst zaledwie, bawiła Kiti Szczerbacka, którą radby był ujrzeć, a na co nie mógł się zdobyć. Darja Aleksiejewna Obłońska, gdy był u niej, zapraszała go, aby przyjechał i po raz drugi oświadczył się jej siostrze, która, jak to Dolly dawała do zrozumienia, nie odrzuci go teraz. Lewin, zobaczywszy Kiti Szczerbacką, przekonał się, że nie przestał jej kochać, lecz nie mógł jechać do Obłońskich, wiedząc, że ona jest tam. Fakt, że on oświadczał się jej, a ona odmówiła mu, stawiał pomiędzy nimi nieprzezwyciężoną przeszkodę. „Ja nie mogę prosić ją, aby tylko dlatego była moją żoną, że nie może być żoną tego, za kogo chciała wyjść.“ Myśl ta czyniła ją obojętną dla niego i Lewin myślał o Kiti z pewnem rozdrażnieniem: „Nie starczy mi sił rozmawiać z nią bez uczucia wyrzutu i patrzeć na nią bez rozdrażnienia, a ona tylko jeszcze bardziej zacznie nienawidzieć mnie, a to bezwarunkowo musi nastąpić. A zresztą jakżeż mogę po tem wszystkiem, co mi powiedziała Darja Aleksiejewna, jechać tam do nich? Czyż mogę nie dać do zrozumienia Kiti, że wiem o wszystkiem od jej siostry? I mam wspaniałomyślnie przyjechać przebaczyć jej i okazać jej swą litość? Mam odgrywać przed nią rolę wybaczającego i zaszczycającego ją swą miłością!?... Po co Darja Aleksiejewna powiedziała mi to wszystko? Mógłbym spotkać się z nią zupełnie wypadkiem i w takim razie stało by się to samo przez się, lecz teraz jest to niemożliwe, niemożliwe.“
Darja Aleksiejewna napisała do niego parę słów, prosząc o przysłanie damskiego siodła dla Kiti. „Mówiono mi, że pan ma siodło; spodziewam się, że przywiezie je pan osobiście.“
Lewin nie mógł już znieść tego. „Jakto?! taka rozumna, delikatna kobieta mogła tak poniżać siostrę!“

Chcąc odpisać Dolly, ułożył z dziesięć listów, lecz podarł wszystkie i posłał siodło bez żadnej odpowiedzi. Napisać, że przyjedzie, nie można było, gdyż nie może tam jechać; napisać, iż nie może przyjechać, gdyż ma różne przeszkody lub że wyjeżdża, jeszcze gorzej; posłał więc siodło bez żadnej odpowiedzi i będąc pod wrażeniem, że postąpił niewłaściwie, wyjechał zaraz nazajutrz, zdawszy na ekonoma całe gospodarstwo. Lewin wyjechał na drugi koniec powiatu do przyjaciela swego Świażskiego, w którego dobrach były rozległe błota z dubeltami. Świażski pisał do niego przed kilku dniami, domagając się spełnienia uczynionej mu dawno obietnicy przyjechania do niego na polowanie. Błota z dubeltami w Surowskim powiecie od dawna już nęciły Lewina, który z powodu licznych zajęć zawsze odkładał na później tę wycieczkę; teraz zaś rad był oddalić się od sąsiedztwa Szczerbackich, a przedewszystkiem od gospodarstwa i cieszył się, że może pojechać na polowanie, które zawsze we wszelkich strapieniach było mu najlepszą pociechą.
XXV.

Do Surowskiego powiatu nie można było dostać się ani koleją, ani pocztą, Lewin więc musiał jechać tarantasem.
Ujechawszy połowę drogi, zatrzymał się na popas u bogatego chłopa. Łysy, czerstwy starzec, z szeroką rudą brodą, siwiejącą koło policzków, otworzył wrota, przyciskając się do słupa, aby przepuścić wjeżdżający tarantas. Wskazawszy stangretowi miejsce pod szopą na obszernem podwórzu, utrzymanem w porządku, gospodarz zaprosił Lewina do izby. Młoda, czysto ubrana chłopka, w kaloszach na bosych nogach, wycierała podłogę w sieni; ujrzawszy psa, który wbiegł za Lewinem, przestraszyła się go, lecz, gdy dowiedziała się, że pies nie kąsa, roześmiała się w jednej chwili ze swego przestrachu, pokazała Lewinowi po łokieć zakasaną ręką na drzwi do izby, ukryła znowu, zgiąwszy się, swą ładną twarz i wzięła się do szurowania.
— Może samowar panu nastawić? — zapytała.
— Dobrze.
Izba była dość obszerna z holenderskim piecem i przepierzeniem. Pod ikonami stał malowany wzorzysto stół, ława i dwa stołki. Koło drzwi stała szafka z naczyniem; okiennice były zamknięte, much było niewiele i w całej izbie panowała taka czystość, że Lewin, bojąc się, aby Łaska, która kąpała się parę razy po drodze w kałużach, nie zadeptała podłogi, wskazał jej miejsce w kącie pode drzwiami. Rozejrzawszy się po izbie, Lewin wyszedł na podwórze. Kobieta, którą widział w sieni, z kołyszącemi się próżnemi wiadrami na koromyśle, pobiegła po wodę do studni, w tej chwili właśnie, gdy wchodził do sieni.
— Spiesz się! — zawołał na nią wesoło stary i podszedł do Lewina. — Więc pan jedzie do Mikołaja Iwanowicza Swiażskiego? On również zajeżdża czasami do mnie — zaczął rozmawiać, opierając się o poręcz ganku. Chłop nie skończył jeszcze opowiadać o swej znajomości ze Świażskim, gdy znowu zaskrzypiały wrota i na podwórze wjechali wracający z pola robotnicy z sochami i bronami. Konie zaprzężone do bron i soch były syte i ładnie wyglądały. Dwóch młodych robotników w płóciennych koszulach, należało widocznie do rodziny gospodarza, dwaj drudzy w zwykłych zgrzebnych koszulach, jeden stary, drugi młody, byli najemnikami.
Gospodarz zszedł z ganku, podszedł do koni i począł odprzęgać je.
— Co oni orali? — zapytał Lewin.
— Przeorywali ziemniaki, trzymam trochę ziemi w dzierżawie. A ty Fedot odprowadź wałacha i postaw go koło żłobu... zaprzęgniemy innego.
— A czy przynieśli, ojcze, nowe sochy? mówiłem, żeby przynieśli — zapytał wysoki dziarski parobek, widocznie syn starego.
— Tam... w sieni — odparł stary, zwijając lejce i rzucając je na ziemię — obejrzyj je jeszcze przed obiadem.
Baba, uginając się pod ciężarem pełnych wiader, wróciła do sieni, za nią zaczęły się schodzić inne baby: młode i ładne, stare i brzydkie, z dziećmi i bez dzieci. Samowar zagotował się i zaczął kipić; robotnicy i członkowie rodziny załatwiwszy się z końmi, zeszli się na obiad. Lewin wyjął z torby podróżnej swe zapasy i zaprosił starego na herbatę.
— Piłem już dzisiaj — rzekł stary, przyjmując z widocznem zadowoleniem te zaprosiny — chyba tylko dla towarzystwa.
Popijając zwolna herbatę, stary opowiadał Lewinowi, jak rozwijało się jego gospodarstwo: dziesięć lat temu wziął w dzierżawę od obywatela 120 dziesięcin, a w zeszłym roku nabył je na własność i od drugiego sąsiedniego obywatela wydzierżawił 300 dziesięcin. Pewną część ziemi najmniej urodzajnej wypuszczał od siebie, a 40 dziesięcin pola obrabiał sam z pomocą swej rodziny i dwóch najemników. Chłop skarżył się, że gospodarstwo źle mu idzie. Lewin zauważył jednak od razu, że gospodarz skarży się bardziej z przyzwyczajenia i że, owszem, gospodarstwo idzie mu świetnie; bo gdyby w istocie szło źle, to stary nie mógłby zapłacić po sto pięć rubli za dziesięcinę, nie ożeniłby pięciu synów i siostrzeńca, nie pobudowałby się dwa razy po pożarach i za każdym razem lepiej niż przedtem. Pomimo skarg starego, widać było, że słusznie jest dumnym ze swej zamożności, ze swych synów, siostrzeńca, synowych, koni, krów, a szczególniej z tego, że daje rady takiemu dużemu gospodarstwu.
Lewin dowiedział się z rozmowy z nim, że stary nie stroni i od różnych ulepszeń: sadzi, naprzykład, dużo kartofli i kartofle jego, jak to Lewin widział po drodze, okwitły już i były w zawiązkach, gdy tymczasem kartofle Lewina zaczynały dopiero kwitnąć; ziemię pod kartofle chłop orał pługa, jak nazywał pług, wzięty od sąsiedniego obywatela, siał również i pszenicę. Lewina uderzył najbardziej jeden szczegół: oczyszczając żyto, stary karmił odpadkami konie. Lewin widząc u siebie, że taka doskonała pasza marnuje się, chciał zbierać ją, okazywało się to jednak zawsze niemożebnem. Chłop zaś używał ją stale i nie mógł się jej nachwalić.
— Cóż to szkodzi babom wynieść ją przed stodołę, a wozy podjadą i zabiorą!
— My obywatele mamy kłopot z robotnikami — rzekł Lewin, podając mu szklankę herbaty.
— Dziękuję — odparł stary, biorąc szklankę, lecz nie chcąc wziąć cukru, gdyż pozostał mu jeszcze obgryziony kawałek — w istocie ciężko gospodarować z robotnikami... poprostu ruina. Weźmy naprzykład Świażków. Tamtejsza ziemia słynie ze swej urodzajności, a jednak nie może chlubić się urodzajem. A to wszystko tylko przez niedopilnowanie!
— A wy gospodarujecie przecież z robotnikami?
— Ja gospodaruję po chłopsku i wszystkiego sam przypilnuję. Złego robotnika przepędzam w tej chwili, damy sobie jakoś rady i bez niego.
— Ojcze, Finogen kazał przynieść dziegciu — rzekła baba w kaloszach, wchodząc do izby.
— Otóż to tak, panie! — odezwał się stary, wstając, poczem przeżegnał się pobożnie, podziękował Lewinowi i wyszedł.
Gdy Lewin wszedł do kuchni, aby wywołać swego stangreta, zastał tam wszystkich mężczyzn przy stole. Baby usługiwały im i nie siadały do jedzenia. Syn gospodarza, młody chłop, z którego tryskało zdrowie, z ustami pełnemi kaszy opowiadał coś wesołego i śmiesznego, i wszyscy śmiali się, najgłośniej zaś baba w kaloszach, która dolewała właśnie kapuśniaku do miski.
Niebrzydka twarz baby przyczyniła się zapewne do wywołania u Lewina wrażenia ładu i porządku, panującego w calem gospodarstwie, wrażenie jednak, jakie Lewin wyniósł z tego włościańskiego domu, było do tego stopnia silnem, że Lewin nie mógł długo uwolnić się od niego i przez resztę drogi pomimowoli przypominał sobie to gospodarstwo, jak gdyby było w niem coś takiego, na co należało zwrócić konieczną uwagę.

XXVI.

Swiażski był marszałkiem szlachty swego powiatu; starszy o pięć lat od Lewina, był już od dawna żonatym. Mieszka przy nim młodsza siostra jego żony, sympatyczna bardzo dla Lewina panienka. Lewin wiedział, że Świażski i jego żona chcą wydać za niego tę pannę. Wiedział o tem napewno, jak wiedzą to zawsze młodzi ludzie, którzy są t. zw. partyą. Lewin nie odważyłby się jednak nigdy powiedzieć o tem komubądź, gdyż wiedział również, że tak samo nie może ożenić się z nią, nawet gdyby nie był zakokochanym w Kiti Szczerbackiej, jak i wzlecieć do nieba, chociaż pragnął w ogóle ożenić się i chociaż ta, pod każdym względem bardzo przyjemna panna, powinna była być jaknajlepszą żoną. To przeświadczenie zatruwało mu całą przyjemność wycieczki do Swiażskiego.
Otrzymawszy list Swiażskiego z zaproszeniem na polowanie, Lewin natychmiast pomyślał o tem, pomimo to odrazu powiedział sobie, że te widoki Swiażskiego na niego są tylko jego, Lewina, osbistym domysłem, nie mającym żadnej realnej podstawy, i że bezwarunkowo, nie zwracając na to uwagi, pojedzie do Świażkowa; prócz tego w głębi duszy chciał wybadać siebie samego i poznać bliżej tę pannę. Dom Swiażskich był nadzwyczaj przyjemnym i sam Swiażski, najlepszy, ze znanych Lewinowi, typ ziemskiego działacza, interesował nadzwyczaj Lewina.
Swiażski był jednym z tych ludzi, wzbudzających zawsze podziw w Lewinie, których zasady, nadzwyczaj konsekwentne, chociaż nigdy nie będące ich osobistym wytworem, idą w jednym, a życie w drugim, wręcz przeciwnym, ściśle określonym kierunku, zupełnie niezależnie i prawie zawsze na przekór zasadom. Swiażski był człowiekiem nadzwyczaj liberalnym, pogardzał szlachtą i na znaczną jej część patrzał jako na zwolenników pańszczyzny, którzy tylko bali się wypowiadać głośno swe poglądy. Rosyę uważał za kraj zupełnie upadły, coś w rodzaju Turcyi, a rząd rosyjski za lichy do tego stopnia, że nawet nie pozwalał sobie nigdy krytykować na seryo jego postępków. Jednocześnie zaś był urzędnikiem i wzorowym marszałkiem, a gdy jechał w drogę, brał zawsze czapkę z czerwonym lampasem i z państwowym znakiem. Swiażski był zdania, że żyć można tylko za granicą, dokąd jeździł za każdym razem, gdy tylko nastręczała mu się sposobność, prowadził jednak w Rosyi ogromne gospodarstwo rolne i interesował się nadzwyczaj jej wewnętrznemi sprawami i znał doskonale ich stan. Według jego poglądów chłop rosyjski swym rozwojem umysłowym stał na granicy między małpą a człowiekiem, a jednak na wyborach ziemskich jaknajuprzejmiej ściskał dłonie chłopów i zwracał baczną uwagę na ich zdanie; nie zachowywał postów i w ogóle nie krępował się przepisami kościelnymi, robił jednak wszystko, co mógł, aby polepszyć byt duchowieństwa wiejskiego i ująć mu pracy przez zmniejszenie parafij, i starał się, aby cerkiew pozostała w jego wiosce.
W kwestyi kobiecej Świażski był krańcowym stronnikiem najzupełniejszej swobody kobiet, szczególniej zaś nastawał na prawo kobiet do pracy; pożycie jego z żoną było jednak takiem, że wszyscy zachwycali się ich bezdzietnem pożyciem i w ten sposób urządził życie swej żony, że ta nie potrzebowała niczem zajmować się i mogła nic więcej nie robić, jak tylko myśleć razem z mężem, w jaki sposób spędzić najmilej i najweselej każdą chwilę.
Lewin miał zwyczaj zapatrywać się na postępki ludzkie z jaknajlepszej strony i dlatego trudno mu było zrozumieć charakter Świażskiego. Gdyby nie ta jego właściwość, byłby powiedział sobie po prostu „głupiec albo gałgan“, i rzecz cała przedstawiałaby mu się jasno i zrozumiale. Lecz nie mógł powiedzieć „głupiec“, gdyż Świażski bez wątpienia był nietylko bardzo rozumnym, lecz również bardzo wykształconym, niezwykle skromnym i niezarozumiałym człowiekiem, i nigdy nie chełpił się swem wykształceniem. Nie było przedmiotu, który byłby mu obcym, wiedzę swą jednak Świażski tylko wtedy wystawiał na pokaz, gdy tego zachodziła konieczna potrzeba. Tem bardziej Lewin mniej miał prawa nazwać go gałganem, gdyż, co nie ulegało żadnej wątpliwości, Świażski był uczciwym, zacnym, rozumnym człowiekiem, który chętnie, ze zrozumieniem rzeczy i energicznie pracował, a pracę jego powszechnie ceniono bardzo; nigdy też z samowiedzą ani nie zrobił, ani nigdy nie mógł zrobić nic złego.
Lewin usiłował pojąć go, czego nigdy nie był w stanie osiągnąć, patrzał więc na niego i jego życie, jak na zagadkę.
Świażski był przyjacielem Lewina, Lewin wiec pozwalał sobie badać go i pragnął dosięgnąć aż do podstawowych jego poglądów na życie, lecz spotykał go zawsze zawód. Za każdym razem, gdy próbował przeniknąć po za otwarte dla wszystkich pokoje umysłu Świażskiego, Lewin zauważał, że Świażski bywał trochę zakłopotanym, zaledwie dostrzegalny przestrach przebijał się w jego spojrzeniu i Świażski zdawał się obawiać, że Lewin przejrzy go na wylot i wesoło a dobrodusznie uchylał się od wszelkich wyjaśnień.
Obecnie zaś po zniechęceniu się do gospodarstwa, wizyta u Świażskiego sprawiała Lewinowi szczególną przyjemność: nie mówiąc już o tem, że poprostu wesoło działało na niego patrzenie na tę szczęśliwą, zadowoloną z siebie i z całego świata, parę gołąbków. Lewin chciał teraz, gdy czuł się tak bardzo niezadowolonym ze swego życia, zbadać tę tajemnicę, która dawała Świażskiemu taką pewność siebie, zadowolenie i dobry humor. Prócz tego Lewin wiedział, że u Świażskich spotka się z obywatelami sąsiadami, a właśnie w danej chwili chciał porozmawiać i posłuchać, co inni mówią o gospodarstwie, o robotnikach i t. p., co, jak Lewin wiedział, przyjętem jest uważać za rzecz dość obojętną, lecz co wydawało mu się obecnie nadzwyczaj ważnem. „Być może, że kwestye te były najzupełniej obojętne za czasów pańszczyzny lub są takiemi w Anglii. W obydwóch tych razach warunki są zupełnie inne, lecz u nas, w Rosyi, w danej chwili, gdy wszystko uległo przewrotowi i zaczyna dopiero przyoblekać się w nowe kształty, wzajemne ustosunkowanie się tych warunków jest kwestyą najbardziej piekącą“ — myślał Lewin.
Polowanie zawiodło nadzieje Lewina, gdyż błota powysychały i dubeltów nie było prawie wcale. Lewin chodził cały dzień ze strzelbą i zastrzelił tylko trzy sztuki, lecz za to przyniósł, jak zwykle z polowania, doskonały apetyt, świetny humor i ożywienie, jakie ruch fizyczny zawsze wywoływał u niego. I na polowaniu, wtedy, gdy mu się zdawało, że nie myśli o niczem, stawał mu od czasu do czasu w wyobraźni stary chłop ze swą rodziną i wrażenie to nietylko przykuwało do siebie jego uwagę, lecz zdawało się wymagać również i rozwiązania jakiejś kwestyi z niem związanej.
Nad wieczorem przyjechali do Świażskiego dwaj obywatele za interesami, i podczas herbaty zawiązała się najbardziej ożywiona rozmowa, jakiej Lewin właśnie spodziewał się.
Lewin siedział przy stole koło pani domu, co zmuszało go do rozmawiania z nią i jej siostrą, siedzącą naprzeciwko niego. Żona Świażskiego była to kobieta niewysokiego wzrostu, blondynka z okrągłą twarzą, promieniejącą uśmiechem i dołkami. Lewin myślał, że przez nią zdobędzie rozwiązanie tej zagadki, jaką przedstawiał dla niego mąż jej, nie mógł jednak zdobyć się na konieczną równowagę myśli, czuł się zakłopotanym, ponieważ naprzeciwko niego siedziała jej siostra w strojnej, i jak mu się zdawało, naumyślnie dla niego włożonej sukni, z dużem wycięciem w kształcie trapezu na okrągłych, białych piersiach; czworokątne to wycięcie, pomimo to, że piersi były nadzwyczaj białe, a może dlatego właśnie, pozbawiało Lewina zwykłej mu swobody i panowania nad sobą. Lewin wyobrażał sobie, i mylił się zapewne, że wycięcie to było zrobionem tylko z powodu jego przyjazdu i był zdania, iż niema prawa patrzeć na nie i że powinien się starać nie zwracać nań żadnej uwagi; zdawało mu się jednak, że to jest jego wina, iż wycięcie to zostało zrobionem. Lewin był pod wrażeniem, że oszukuje kogoś, że powinien wytłumaczyć się, lecz że tłumaczyć się z tego w żaden sposób nie można, rumienił się więc nieustannie, był nie w humorze i nic prawie nie mówił. Małomowność jego udzieliła się i siostrze Świażskiego, gospodyni jednak zdawała się nie zauważać usposobienia Lewina, starała się więc naumyślnie ożywić go.
— Powiada pan — rzekła w toku rozpoczętej rozmowy — że wszystko co jest rosyjskie, nie może interesować mego męża. Owszem, dobrze mu bywa za granicą, ale nigdy do tego stopnia, jak w kraju, gdyż tutaj czuje się we właściwem sobie otoczeniu. Ma tutaj bardzo dużo zajęcia i posiada dar interesowania się wszystkiem. Pan, zdaje się, nie był nigdy w naszej szkole?
— Widziałem... ten domek obrośnięty bluszczem?
— Tak, to dzieło Nasti — rzekła gospodyni, wskazując na siostrę.
— Czy pani sama uczy? — zapytał Lewin, usiłując nie patrzeć na wycięcie, wiedząc jednak zarazem, że pomimo wszelkich wysiłków, będzie je widział, chociaż będzie patrzał gdzieindziej.
— W istocie, ja sama uczyłam i uczę, lecz obecnie mamy doskonałą nauczycielkę... zaprowadziliśmy również i gimnastykę.
— Dziękuję, nie będę już pił więcej herbaty — rzekł Lewin, wiedząc, że popełnia niegrzeczność, lecz nie mogąc w żaden sposób zdobyć się na dłuższe prowadzenie rozmowy, przyczem zarumienił się i wstał. — Słyszę zaciekawiającą mnie nadzwyczaj rozmowę — dodał i przeszedł do drugiego końca stołu, gdzie siedział gospodarz z dwoma obywatelami. Świażski siedział bokiem do stołu, trzymając w ręce, którą oparł na stole, porcelanową filiżankę, drugą zaś brał swą brodę, podnosił ją nieustannie do nosa i gładził od czasu do czasu. Świażski spoglądał swemi błyszczącemi, czarnemi oczyma na mówiącego z uniesieniem obywatela z długimi, siwymi wąsami, którego słowa bawiły go widocznie. Lewin odrazu zdał sobie jasno sprawę, że Świażski ma taką odpowiedź na skargi sąsiada, która za jednym zamachem obróci w niwecz wszystkie dowodzenia, lecz, że z różnych względów nie może jej dać, i że nie bez pewnej przyjemności przysłuchuje się komicznym twierdzeniom swego gościa.
Obywatel z siwymi wąsami należał widocznie do zajadłych zwolenników pańszczyzny, był typowym hreczkosiejem i namiętnie zajmował się gospodarstwem wiejskiem. Lewin poznał to zaraz z jego ubioru, ze staromodnego wytartego surduta, w którym stary czuł się widocznie nieswoim, z posępnego spojrzenia, z rozkazującego tonu, którego nabrał przez długoletnie przyzwyczajenie i z energicznych ruchów dużych, czerwonych, opalonych rąk z jednym staroświeckim zaręczynowym pierścionkiem na serdecznym palcu.

XXVII.

— Gdyby mi tylko nie żal było rzucać tego wszystkiego, nad czem napracowałem się tyle... a pracy włożyłem tam dużo... machnąłbym na wszystko ręką, sprzedałbym i pojechał, jak Mikołaj Iwanowicz... przysłuchiwać się Helenie — rzekł stary szlachcic z przyjemnym uśmiechem, który rozjaśnił jego niemłode, rozumne oblicze.
— A przecież pan nie rzuca — rzekł Mikołaj Iwanowicz Swiażski — a zatem opłaca się panu.
— Opłaca się tylko pod tym względem, że mam dach nad głową i że nie płacę za mieszkanie. A zresztą liczę ciągle na to, że lud przyjdzie może do rozumu. Nieda pan wiary, co to za pijaństwo i co za rozpusta! Wszystko potracili i nie mają ani szkapy, ani bydlęcia! Z głodu będzie zdychał, a niech go pan weźmie i najmie za robotnika, to tylko myśli o tem, jakby panu zrobić jakąbądż szkodę i zaskarżyć w dodatku do sądu pokoju.
— Ale za to i pan poda skargę do sądu.
— Ja podam? Za nic w świecie! Tyle będzie z tego gadania, że rady dać sobie nie będę mógł! Przecież na fabryce pobrali zadatki i nie przyszli do roboty. Cóż sędzia pokoju? Uniewinnił! Wszystko trzyma się jeszcze tylko przez sąd wołostny i przez starszyznę, gdyż ci dają im w skórę po dawnemu. A gdyby tego nie było, to doprawdy trzebaby wszystko rzucić i uciekać na koniec świata!
Szlagon drażnił widocznie Świażskiego, którego to nietylko nie gniewało, lecz owszem szczerze bawiło.
— A przecież my gospodarujemy bez tych środków — rzekł Świażski, uśmiechając się — ja, Lewin i pan... — Świażski wskazał na drugiego obywatela.
— W istocie Michałowi Pietrowiczowi idzie, ale niech go się pan zapyta w jaki sposób? Czyż to jest racyonalne gospodarstwo? — odparł, chełpiąc się widocznie wyrazem „racyonalne.“
— Ja tam sobie gospodaruję najzwyczajniej w świecie — odezwał się Michał Pietrowicz — i jakoś dziękuję Panu Bogu. Staram się tylko o to, aby mieć pieniążki na jesienne podatki. Przychodzą do mnie chłopi: „ojcze, dobrodzieju, ratuj!“ wszystko swoi chłopi, sąsiedzi; zlituję się nad nimi, daję im ale powiadam: pamiętajcie dzieci, że wam dopomogłem, dopomóżcie więc i wy mnie, gdy zajdzie potrzeba, siew owsa, zbiór siana, żniwo, i natychmiast zawieram z nimi umowę... choć co prawda są i pomiędzy nimi gałgany.
Lewin, który znał od dawna te patryarchalne stosunki i wiedział co o nich trzymać, porozumiał się wzrokiem ze Świażskim i przerywając Michałowi Pietrowiczowi, zwrócił się znowu do obywatela z siwymi wąsami:
— Więc jakże, zdaniem pana, należy obecnie gospodarować? — zapytał.
— Tak gospodarować jak Michał Pietrowicz; albo na spółkę z chłopami, albo oddawać im ziemię w dzierżawę: to można, ale przez to obniża się znacznie poziom ogólnego dobrobytu. Tam, gdzie ziemia za pańszczyzny dawała dziewiąte ziarno, obecnie daje zaledwie trzecie. Emancypacya zgubiła Rosyę!
Świażski popatrzał na Lewina uśmiechniętemi oczyma i kiwnął mu nawet nieznacznie głową, lecz Lewin nie widział nic śmiesznego w słowach obywatela, gdyż rozumiał je lepiej niż Świażski. I wiele z tego co mówił dalej szlachcic, dowodząc, że emancypacya doprowadziła Rosyę do upadku, wydało mu się najzupełniej trafnem, oryginalnem i nieulegającem zaprzeczeniu. Stary mówił widocznie szczerze, wypowiadał to, co myślał, co rzadko w ogóle zdarza się, doszedł zaś do tego przekonania nie przez jałowe abstrakcyjne rozmyślanie, któremu oddawałby się w braku innego zajęcia, lecz przekonanie to wynikło z warunków jego życia, zostało nabyte w samotnem życiu na wsi i szlachcic doszedł do niego po głębokim, wszechstronnym namyśle.
— Rzecz cała, widzi pan, polega na tem, że każdy postęp odbywa się tylko za sprawą władzy — mówił, chcąc widocznie dać dowód, że wykształcenie nie jest mu obcem. — Niech pan weźmie reformy Piotra, Katarzyny, Aleksandra, niech pan weźmie historyę Europy... tem bardziej postęp pod względem ekonomicznym. Weźmy, naprzykład, kartofle, a i te były u nas wprowadzane siłą. Przecież nie zawsze orano sochą, zaprowadzono ją, być może, za czasów książąt udzielnych, lecz mogę panów zapewnić, iż zaprowadzono ją siłą. Teraz za naszych czasów, my obywatele, za pańszczyzny zaprowadziliśmy ulepszone gospodarstwo: i suszarnie, i wialnie, i sztuczne nawozy i najrozmaitsze narzędzia, wszystko to zaprowadzaliśmy naszą władzą, a chłopi z początku sprzeciwiali się, a potem zaczęli już nas naśladować. Teraz zaś, gdy zniesiono pańszczyznę, gdy odebrano nam władzę, gospodarstwo nasze, tam gdzie stało na wysokim stopniu, musi upaść i powrócić do dawnego, pierwotnego stanu... jest to moje głębokie przekonanie...
— Ale dlaczego? Jeśli jest racyonalnem, to może je pan prowadzić i z pomocą najemników.
— Niemam dość władzy; pozwoli mnie pan zapytać go, z czyją pomocą mam je prowadzić?
„Oto i ona, siła robocza, główny składnik gospodarstwa“ — pomyślał Lewin.
— Robotników.
— Robotnicy nie chcą pracować sumiennie i dobrem i narzędziami. Nasz robotnik umie tylko jedno, upić się jak bydlę i po pijanemu zepsuć wszystko, co tylko da mu się do rąk: ochwacić konia, porozrywać porządną uprząż, koło okute zdjąć i przepić je, rzucić kamień do młocarni i połamać ją i t. d. Nie może się patrzeć na to wszystko, co mu się niepodoba. Dlatego też cały poziom gospodarstwa obniżył się. Grunta, do uprawy których brak nam sił, zarosły chwastami lub zostały rozdane pomiędzy chłopów, i tam gdzie dawniej rodziły miliony korcy, obecnie dają zaledwie setki tysięcy, a dobrobyt ogólny z konieczności musiał podupaść. Gdyby zrobiono to samo, ale z namysłem...
I szlachcic począł rozwijać swój plan zniesienia pańszczyzny, który usunąłby wszelakie niedogodności.
Lewina nie zajmowało to wcale, lecz gdy obywatel skończył mówić, Lewin powrócił do punktu, z którego ten wyszedł z początku i rzekł, zwracając się do Świażskiego, i chcąc go tem skłonić do wypowiedzenia swego prawdziwego poglądu:
— Zdanie, że poziom gospodarstwa obniża się, i że wobec naszego stosunku do robotników nie może ono być prowadzonem korzystnie i racyonalnie, jest najzupełniej trafnem i zgodnem z rzeczywistością.
— Ja nie znajduję tego — odpowiedział Swiażski z powagą — widzę tylko, że my nie umiemy gospodarować, i że wbrew twierdzeniu pana, gospodarstwo, któreśmy prowadzili za pańszczyzny, było nietyle racyonalnem co prymitywnem. Niemamy ani maszyn, ani dobrego inwentarza roboczego, ani nie umiemy rządzić się i rachować. Spytajcie się, panowie, pierwszego lepszego właściciela ziemskiego, a on nie potrafi wam powiedzieć, czy jego majątek przynosi dochód, czy też straty i ile mianowicie.
— Włoska buchalterya — odezwał się z ironią obywatel — wszystko jedno czy będzie pan rachował, czy też nie... gdy wszystko panu popsują, dochodu nie może pan mieć żadnego.
— Po co mają popsuć? Lichą młocarnię połamią, a mojej parowej nie złamią. Szkapę „rosyjską“... jak to? „taskańskiej“ rasy, co to ją trzeba za ogon ciągnąć[15] ochwacą, ale niech pan zaprowadzi perszerony lub przynajmniej nasze „bitiugi“, to tym nic nie zrobią... i tak ze wszystkiem! Musimy więc zmienić zupełnie nasz pogląd na gospodarstwo.
— Gdyby nas tylko stać było na to, Mikołaju Iwanowiczu! Panu łatwo to mówić, a ja muszę utrzymywać syna w uniwersytecie i młodszych chłopców w gimnazyum, niemam więc na perszerony.
— Na to są banki.
— Aby wszystko z młotka sprzedali? Dziękuję z przeproszeniem za nie...
— Nie zgadzam się na to, aby należało, aby można było podnieść jeszcze poziom naszych gospodarstw — rzekł Lewin — zajmuję się tą kwestyą i rozporządzam odpowiednimi środkami, a nic zrobić nie mogę. Co do banków, to niewiem komu mogą one być przydatne. Ja przynajmniej ponosiłem zawsze i na wszystkiem straty, na co tylko robiłem nakłady: wzorowa owczarnia — przyprawiła mnie o straty, maszyny — straty.
— Ma pan racyę — potwierdził szlachcic z długimi wąsami, uśmiechając się nawet z zadowoleniem.
— I nie ja tylko... — ciągnął Lewin — mogę się powołać na wszystkich właścicieli, prowadzących racyonalne gospodarstwa; wszyscy z małymi wyjątkami ponoszą straty. Niech pan powie, czy pański majątek przynosi panu dochód? — zapytał Lewin i w jednej chwili dostrzegł w spójrzeniu Świażskiego ten przelotny wyraz przestrachu, jaki zauważał zawsze, ilekroć chciał przeniknąć dalej do otwartych dla wszystkich pokoi umysłu Świażskiego.
Swoją drogą zapytanie to było niedyskrecyą ze strony Lewina. Gospodyni podczas herbaty mówiła mu przed chwilą, że w tym roku w lecie mąż jej sprowadził z Moskwy niemca, specyalistę buchaltera, który za wynagrodzeniem pięciuset rubli podjął się ułożyć bilans całego gospodarstwa i znalazł, że daje ono rok rocznie przeszło trzy tysiące rubli straty, nie pamiętała dokładnie ile, lecz zdaje się, że niemiec wyliczył wszystko do ćwierć kopiejki.
Obywatel z siwymi wąsami, na wspomnienie o dochodach z majątku Swiażskiego, uśmiechnął się, wiedząc widocznie, jaki może być dochód u sąsiada i marszałka.
— Być może, że przynosi straty — odrzekł Świażski — lecz to dowodzi tylko, że albo jestem złym gospodarzem, albo że obracam część kapitału na powiększenie renty.
— Ach, renta! — zawołał Lewin z przestrachem. — Być może, że renta jest w Europie, gdzie ziemia, z powodu włożonej w nią pracy, podnosi się w cenie, ale u nas wszystka ziemia staje się gorszą od nakładu pracy, to jest wycieńcza się, a co zatem idzie, u nas niema renty.
— Jakto niema renty? Przecież to prawo?
— My jesteśmy po za prawem; renta nie dowodzi nam niczego, lecz przeciwnie, gmatwa rzecz całą. Niech pan powie jakim sposobem teorya renty...
— Może pan życzy sobie kwaśnego mleka? Masza, każ nam podać kwaśnego mleka lub malin — zwrócił się Świażski do żony — w tym roku mamy nadzwyczaj długo maliny.
I Świażski wstał od stołu w najlepszym humorze i odszedł, przypuszczając widocznie, że rozmowa skończyła się już, gdy tymczasem Lewinowi zdawało się, iż ona rozpoczyna się dopiero.
Po odejściu Swiażskiego, Lewin rozmawiał w dalszem ciągu z obywatelem, usiłując dowieść mu, że przyczyna całego nieporozumienia polega na tem, że nie chcemy zbadać właściwości i przyzwyczajeń naszego robotnika; lecz obywatel, jak i wszyscy ludzie, co długo i niezależnie obmyślają swe przekonania, był dość upartym, z trudnością dawał się przekonywoć i namiętnie obstawał przy swojem, dowodząc, że rosyjski chłop jest niechlują i lubi świństwo, i żeby wyprowadzić go z tego stanu, należy mieć władzę, której brak tak dotkliwie uczuwać się daje, że potrzebnym jest kij, a my staliśmy się do tego stopnia liberalnymi, że istniejący tysiące lat kij, zastąpiliśmy nagle jakimiś adwokatami i kozą, w której tych gałganów, śmierdzących chłopów, karmią doskonałą zupą i gdzie im wyrachowują sześcienne stopy powietrza.
— Dlaczego według pana — mówił Lewin, chcąc powrócić do poprzedniej rozmowy — niemożna znaleźć takiego stosunku do siły roboczej, przy którym praca jej przynosiłaby owoce?
— Z rosyjskim ludem nie da się to nigdy zrobić! Brak władzy — odparł obywatel.
— W jakiż sposób te nowe warunki mogą być znalezione? — zapytał Świażski, który zjadłszy trochę kwaśnego mleka i zapaliwszy papierosa, podszedł znowu ku rozmawiającym. — Każdy możebny stosunek do siły roboczej został już ściśle określonym i zbadanym. Pozostałość z czasów barbarzyńskich, pierwotna gmina z powszechną poręką, pada sama przez się, pańszczyzna została zniesioną, pozostała tylko swobodna praca, a kształty jej są już sformułowane i gotowe, i tylko te formy można stosować. Parobek, najemnik i fermer, i po za tem nic już pan nie znajdzie.
— Lecz Europa nie jest zadowoloną z tych form.
— Nie jest zadowoloną, szuka więc nowych i nie ulega wątpliwości, że je znajdzie.
— To samo i ja przecież mówię — odparł Lewin — ale dlaczego i my nie mamy szukać na własną rękę.
— Dlatego, że to byłoby to samo, co myśleć nad nowymi sposobami budowania dróg żelaznych, chociaż sposoby te są już wymyślone.
— Lecz jeśli są nam one nie na rękę, jeśli są głupie? — zapytał Lewin i znowu zauważył w oczach Świażskiego pewien wyraz przestrachu.
— To jest to samo, co nasze powiedzenie: „my zasypiemy czapkami“, myśmy znaleźli to, czego szuka Europa! Wiem o tem wszystkiem, lecz niech mi pan wybaczy, czy pan wie o wszystkiem, co zrobiono w Europie w kwesty i robotniczej?
— Bardzo pobieżnie.
— Nad kwestyą tą pracują obecnie najbardziej wzniosie umysły Europy. Kierunek Schultze-Delitscha... Potem ta olbrzymia literatura kwestyi robotniczej najbardziej liberalnego kierunku, na czele którego stoi Lassale... organizacya mülhauzeńska, jest już faktem spełnionym.
— Mam o tem nadzwyczaj niedokładne pojęcie.
— Pan zapewne tylko tak mówi, lecz wie pan o tem tak samo jak i ja. Ja, ma się rozumieć, nie jestem profesorem nauk socyalnych, lecz rzeczy te interesowały mnie i warto zaprawdę, aby pan popracował nad niemi, gdyż widzę, że one zaciekawiają pana.
— Lecz jakież rezultaty osiągnięto?
— Przepraszam...
Goście poczęli wstawać od stołu, zabierając się do wyjazdu i Świażski poszedł wyprowadzać ich do przedpokoju. Lewin pozostał pod wrażeniem, że Świażski złapał go na nieprzyjemnym dla siebie zwyczaju podpatrywania tego, co się dzieje w dalszych pokojach jego umysłu.

XXVIII.

Lewin nudził się nadzwyczaj w ciągu tego wieczoru w towarzystwie pań, gdyż kłopotała go, jak nigdy jeszcze, myśl, że to niezadowolenie z gospodarstwa, jakie ogarnęło go od jakiegoś czasu, nie jest wyjątkowo tylko jego udziałem, lecz że jest stanem ogólnie rozpowszechnionym w Rosyi i że obmyślenie jakiegobądź stosunku do robotników, któryby pozwolił, aby ci ostatni pracowali tak, jak u starego chłopa, nie jest marzeniem, lecz zadaniem, które należy koniecznie spełnić. Lewinowi zdawało się, że kwestyę tę można rozwiązać i że należy koniecznie wziąć się do tego.
Pożegnawszy się z paniami i obiecawszy im, że i jutrzejszy cały dzień będzie jeszcze bawić i pojedzie razem z niemi konno do lasu, Lewin przed udaniem się do swego pokoju, zaszedł do gabinetu gospodarza, skąd chciał wziąć parę książek o kwestyi robotniczej, które Świażski obiecał mu dać.
Gabinet Świażskiego, był to ogromny pokój, zastawiony szafami z książkami i dwoma stołami: jednym ciężkim do pisania, stojącym na środku, i drugim okrągłym, na którym były ułożone w kształcie gwiazdy koło lampy ostatnie numery gazet i dzienników w różnych językach. Koło biurka stała szafka z szufladkami; na każdej szufladce widniała tabliczka ze złotym napisem, oznaczającym, jakiego rodzaju papiery leżały w niej.
Świażski wyjął z szafy książki i siadł na bujającym się fotelu.
— Co pana tak zaciekawiło? — zapytał Lewin, który stojąc koło okrągłego stołu przeglądał pisma.
— Znajdzie pan tutaj nadzwyczaj ciekawy artykuł — rzekł po chwili, wskazując na miesięcznik, który Lewin właśnie trzymał w ręku — pokazuje się, że sprawcą rozbioru Polski był zupełnie nie Fryderyk... pokazuje się...
I Świażski ze zwykłą mu ścisłością opowiedział treściwie dość ważne i interesujące odkrycia. Pomimo to, że Lewina zajmowała obecnie najbardziej myśl o gospodarstwie, przysłuchując się Świażskiemu, pomimowoli zadawał sobie pytanie: „Co tam w nim siedzi? I dlaczego interesuje go tak rozbiór Polski?“ Gdy Świażs
ki skończył, Lewin machinalnie zapytał: „A więc cóż z tego?“ Lecz z tego nic nie było, prócz tego, że „pokazuje się“ i t. d.
Lecz Świażski nie powiedział Lewinowi i nie uznał za stosowne powiedzieć, dlaczego ta kwestya tak go interesuje.
— W każdym razie zajął mnie nadzwyczaj ten gniewający się obywatel — rzekł Lewin z westchnieniem — to rozumny człowiek i miał słuszność pod wieloma względami. — Daj pan spokój! Zakamieniały stronnik pańszczyzny, jak i oni wszyscy zresztą... — rzekł Swiażski.
— Którym pan marszałkuje...
— W istocie ja im marszałkuje, ale we wręcz przeciwnym kierunku — odparł Świażski, śmiejąc się.
— Widzi pan, mnie to szczególniej zajmuje — rzekł Lewin — że on ma racyę, iż to co my robimy, t. j. racyonalna gospodarka, nie idzie nam jakoś, a opłaca się tylko gospodarstwo prowadzone po lichwiarsku, jak u tego jegomościa, co nie odzywał się prawie wcale, lub też bardzo prymitywne... Kto tu winien?
— Rozumie się, że my sami, a zresztą to nieprawda, aby gospodarstwa nasze nie opłacały się. Wasilczykow robi pieniądze...
— Ma fabrykę...
— Niewiem jednak w każdym razie, co pana tak dziwi. Naród stoi na takim niskim stopniu i materyalnego i umysłowego rozwoju, że oczywiście musi sprzeciwiać się wszystkiemu, co jest mu obcem. W Europie racyonalne gospodarstwo opłaca się dlatego, że naród jest wykształconym, cała więc rzecz polega na tem tylko, iż należy oświecić lud.
— Ale w jaki sposób oświecić go.
— By oświecić lud potrzeba koniecznie trzech rzeczy: szkół, szkół i jeszcze raz szkół.
— Przecież pan sam powiada, że naród stoi na bardzo niskim stopniu rozwoju materyalnego? cóż więc szkoły pomogą mu na to?
— Wie pan, że pan przypomina mi anegdotę o radach dawanych choremu: „Niech spróbuje wziąć na przeczyszczenie!“ — „Brał i pogorszyło mu się!“ — „Niech spróbuje pijawek!“ — „Stawiał i pogorszyło się!“ — „Niech się więc modli!“ — „Modlił się, lecz i to nie pomogło!“ Również i my z panem. Ja powiadam ekonomia polityczna, a pan — gorzej; powiadam socyalizm — gorzej, oświata — gorzej.
— Cóż jednak ludowi szkoły dopomogą?
— Dadzą mu inne potrzeby...
— Tego właśnie nie rozumiałem nigdy — z zapałem przerwał Lewin — w jaki sposób szkoły mają dopomódz ludowi do osiągnięcia pomyślności pod względem materyalnym? Pan powiada, że szkoły i oświata dadzą mu nowe potrzeby... tem gorzej, gdyż lud nie będzie w stanie uczynić im zadość. W jaki sposób znajomość dodawania, odejmowania i katechizmu dopomoże mu do polepszenia materyalnego stanu, tego nigdy nie mogłem zrozumieć! Pozawczoraj wieczorem spotkałem babę z dzieckiem przy piersiach i pytam ją, dokąd idzie? a ona odpowiada: „chodziłam do znachorki, chłopak dostał krost, prosiłam ją więc, aby poradziła co na to?“ Zapytałem babę, jak znachorka leczy krosty? „Zamyka dziecko w kurniku i zamawia chorobę“...
— Widzi więc pan, że pan sam to uznaje! Aby znachorka nie wsadzała dzieciaka chorego na krosty do kurnika, należy... — uśmiechając się wesoło, zauważył Świażski.
— Ależ nie — przerwał Lewin — takie leczenie chorego dziecka jest mojem zdaniem podobnem do leczenia ludu szkołami. Naród jest ubogim i ciemnym; widzimy to równie dobrze jak i baba krosty, gdyż dzieciak jest niemi pokryty; dlaczego jednak na tę chorobę ciemnoty i ubóstwa mają pomóc szkoły, jest to doprawdy równie trudnem do zrozumienia, jak mniemanie, że kury mogą wyleczyć z krost. Przedewszystkiem należy zwalczać przyczynę ubóstwa ludu.
— Bogu dzięki, że przynajmniej pod tym względem poglądy pańskie godzą się z poglądami Spencera, którego pan tak nie lubi; on twierdzi również, że oświata może być tylko wynikiem ogromnego dobrobytu i pewnego komfortu oraz częstego mycia się, a nie umiejętności czytania i rachowania...
— Bardzo mi przyjemnie, owszem bardzo mi przykro, że zgadzam się ze Spencerem, tylko że ja wiem już o tem wszystkiem od „dawna. Szkoły nic nie pomogą, a pomoże tylko taki ekonomiczny ustrój, przy istnieniu którego lud będzie bogatszym, będzie miał więcej wolnego czasu... a wtedy szkoły powstaną same przez się.
— Jednakże w całej Europie szkoły są obowiązujące...
— Nie rozumiem jednak, jak pan może w takim razie zgadzać się pod tym względem ze Spencerem...
Lecz w tej chwili w oczach Swiażskiego mignął wyraz przestrachu i Świaźski zawołał, śmiejąc się na głos:
— Doprawdy te krosty i kury są doskonałe! Czy pan to w istocie osobiście słyszał?
Lewin przekonał się, że w żaden sposób nie uda mu się odszukać związku pomiędzy myślami tego człowieka, a wygłaszanemi przez niego zasadami i postępkami jego. Widocznie dla Swiażskiego obojętnem było, dokąd prowadzi go rozumowanie, potrzeba mu tylko było samego procesu rozumowania i nie lubiał, gdy ten proces rozumowania doprowadzał go do punktu, z którego już nie było wyjścia, unikał więc tego i starał się natychmiast zmienić temat rozmowy.
Wszystkie wrażenia tego dnia, poczynając od wrażenia, jakie wywarł na nim chłop, spotkany po drodze, które to wrażenie zdawało się być jakby podstawą wszystkich dzisiejszych wrażeń, wzruszyły nadzwyczaj Lewina. Ten sympatyczny Świażski, który ma inne poglądy na użytek powszechny i widocznie jakieś inne, ukryte przed nim, Lewinem; swe najzupełniej osobiste przekonania, a wraz z nim cały tłum, któremu na imię legion, a który kieruje społeczeństwem z pomocą obcych mu poglądów; ten zniechęcony właściciel ziemski, mający zupełną słuszność w swych dowodzeniach, które wymęczyło na nim życie, lecz nie mający racyi z powodu ryczałtowego potępiania całej, i to w dodatku najlepszej klasy społeczeństwa rosyjskiego; własne niezadowolenie ze swej działalności i mglista nadzieja poprawienia tego wszystkiego — wszystko to zlewało się razem w uczucie wewnętrznej trwogi i oczekiwania bliskiego rozwiązania.
Zostawszy się sam na sam w przeznaczonym dla siebie pokoju i leżąc na sprężynowym materacu, podrzucającym za każdem poruszeniem jego ręce i nogi, Lewin nie mógł długo zasnąć. Lewina nic a nic nie obchodziło to wszystko, co mówił Świażski, chociaż było w tem sporo rozumnych rzeczy; dowody jednak, jakie przytaczał stary obywatel, wymagały głębszego zastanowienia się nad nimi. Lewin pomimowoli przypomniał sobie jego słowa i poprawiał w wyobraźni swe odpowiedzi, jakie mu dawał.
„W istocie powinienem był powiedzieć: Powiada pan, że gospodarstwa nasze dlatego dają mało dochodu, że chłop nienawidzi ulepszeń, które należy wskutek tego wprowadzać siłą; lecz gdyby gospodarstwo nie dawało dochodów bez tych ulepszeń, miał by pan racyę, ono jednak daje tylko tam dochody, gdzie robotnik pracuje zgodnie ze swemi przyzwyczajeniami, tak jak u tego chłopa. Pańskie, moje, i w ogóle nasze niezadowolenie z wyników gospodarstwa dowodzi tylko, że wina jest po naszej stronie lub po stronie robotników. My już od dawyna usiłujemy zaprowadzić wszystko po naszemu, po europejsku, nie oglądając się wcale na właściwości siły roboczej. Spróbujmy jednak zapatrywać się na siłę roboczą nie jak na idealną roboczą siłę, lecz jak na rosyjskiego chłopa z jego instynktami i nałogami, i zastosujmy do tego nasze gospodarstwa. Wyobraź pan sobie — powinienem mu był powiedzieć — że prowadzi pan takie same gospodarstwo, jak ów stary chłop, że pan znalazł sposób zainteresowania robotników w pomyślnym rezultacie ich pracy, i że znalazł pan ten złoty środek w ulepszeniach, do wysokości którego oni uznają je, i pan nie wycieńczając gleby, otrzyma dwa, trzy razy więcej niż przedtem. Podziel pan owoce, jakie przyniesie gospodarstwo na dwie połowy i jedną połowę oddaj pan sile roboczej; reszta, która się panu pozostanie, będzie znacznie większą niż obecny pański dochód, a i siła robocza dostanie więcej, niż dostaje obecnie; aby zaś dojść do tego, należy obniżyć poziom gospodarstwa i zainteresować robotników z jego wynikami, a w jaki sposób dojść do tego, to już należy szczegółowo rozpatrzyć; nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że to jest najzupełniej możliwe.
Myśl ta wywarła na Lewina ogromne wrażenie; nie mógł spać przez znaczną część nocy, obmyślając szczegółowo plany, mające na celu wcielenie w czyn tych projektów. Miał zamiar wyjechać dopiero jutro wieczorem, obecnie jednak zdecydował się wracać do domu już rano; prócz tego ta siostra z wyciętym stanikiem wywoływała w nim uczucie, graniczące ze wstydem i z wyrzutami sumienia za popełniony, niewłaściwy postępek. Przedewszystkiem zaś sądził, należy jechać nie tracąc czasu, trzeba spieszyć się, by zapoznać chłopów z nowym projektem przed siewem oziminy, gdyż chciał siać już na nowych warunkach; jednem słowem Lewin postanowił zaprowadzić zupełnie nowy porządek w gospodarstwie.

XXIX.

Doprowadzenie do skutku zamiarów Lewina nastręczało wiele trudności, jednak pracował nad nimi, ile mu sił starczyło i dopiął swego, a chociaż nie w tym stopniu, w jakim sobie życzył, w każdym jednak razie doszedł do tego, że mógł, nie okłamując samego siebie, wierzyć, iż warto nad tem popracować. Największa trudność polegała na tem, że gospodarstwo było już puszczone w ruch, że nie można było zatrzymać tej maszyny, lecz że należało wszystko zmieniać podczas jej biegu.
Gdy Lewin w dzień swego powrotu do domu, wieczorem, wtajemniczał ekonoma w swe plany, ekonom z widocznem zadowoleniem zaaprobował ten ustęp przemówienia, w którym była mowa o tem, że wszystko co robi się dotąd, jest bez sensu i naraża tylko na straty. Ekonom twierdził nawet, że oddawna doszedł już do tego przekonania, lecz że nikt nie chciał go słuchać. Co zaś do propozycyi uczynionej przez Lewina, aby razem z robotnikami przyjął udział w całem przedsiębiorstwie, to ekonom nie dał na nią żadnej stanowczej odpowiedzi i zaczął w tej chwili mówić o tem, że trzeba koniecznie w ciągu jutrzejszego dnia zwieźć resztę snopów żyta, tak że Lewin przekonał się, iż teraz nie czas na rozmowy tego rodzaju.
Gdy zaczynał mówić o tem samem z chłopami i gdy proponował im, aby brali od niego ziemię na nowych warunkach, to napotykał na tę samą przeszkodę, gdyż chłopi do tego stopnia byli zajęci bieżącemi robotami w polu, że nie mieli czasu zastanawiać się nad tem, czy interes tego rodzaju opłaci się im, czy też narazi tylko na straty.
Zdawało się, że pastuch Iwan, dość naiwny chłop, zupełnie zrozumiał Lewina, bo gdy proponował mu, aby razem ze swą rodziną przyjął udział w dochodach z obory, Iwan okazywał gorące współczucie temu pomysłowi; gdy jednak Lewin opowiadał mu o przyszłych zyskach, na twarzy Iwana malowała się obawa i żal, że nie może dosłuchać do końca i że musi odejść, aby wziąć się do jakiej bądź roboty: nakładać siano za drabiny, pędzić krowy na wodopój albo wyrzucać nawóz z obory.
Druga trudność polegała na nieprzezwyciężonem niedowiarstwie chłopów, gdyż nie chcieli wierzyć, że cel ich pana może polegać na czem bądź innem, jak nie na chęci wyzyskania ich o ile możności; chłopi byli pewni, że prawdziwy cel jego (bez względu na wszystkie dowody, jakie im Lewin przytaczał) polegać będzie na tem, czego im nie powie. I oni sami, rozmawiając z nim, rozprawiali bardzo dużo, lecz nigdy nie wypowiadali tego, na czem polegał ich główny cel. Prócz tego (Lewin widział, że kostyczny obywatel miał racyę), za pierwszy i konieczny warunek każdej umowy kładli, aby pod żadnym pozorem nie byli zmuszani do prowadzenia gospodarstwa na jakibądż nowy sposób i aby nie musieli używać żadnych nowych narzędzi. Wszyscy godzili się na to, że pług orze lepiej, i siewniki sieją prędzej i dokładniej, lecz wynajdywali tysiące powodów, dla których nie można używać ani jednego, ani drugich, i chociaż Lewin był już przygotowanym na to, że należy obniżyć ogólny poziom gospodarstwa, żal mu jednak było wyrzekać się ulepszeń, pożytek których był tak namacalnie widocznym. Pomimo tych trudności dopiął jednak swego i pod jesień rzecz cała była załatwioną, przynajmniej Lewinowi zdawało się, że tak jest w istocie.
Z początku Lewin miał zamiar urządzić w ten sposób całe gospodarstwo i prowadzić je na spółkę z włościanami, robotnikami i ekonomem, lecz wkrótce przekonał się, że jest to niemożebnem, zdecydował się więc podzielić swe gospodarstwo na parę części. Obora, sad, ogród warzywny, pokosy, pola, podzielone na parę części, stanowiły oddzielne działy.
Pastuch Iwan, który jak się zdaje, najlepiej pojął zamysły Lewina, dobrał sobie artel złożony przeważnie z członków swojej rodziny i stał się współuczestnikiem w zyskach obory. Odległe pole, które ośm lat leżało odłogiem, wzięło sześć chłopskich rodzin, na czele których stał rozumny cieśla, Teodor Rozunow, chłop zaś Szurajew podjął się wziąć na tych samych warunkach ogrody warzywne. Reszta pozostała po dawnemu, lecz te trzy działy były początkiem nowego systemu i Lewin począł zwracać na nie szczególną uwagę.
Prawda, że w oborze wszystko szło obecnie ani trochę nie lepiej niż przedtem i Iwan sprzeciwiał się usilnie trzymaniu krów w ciepłej oborze i wyrabianiu śmietankowego masła, dowodząc, że w chłodnej oborze krowa potrzebuje mniej paszy i że masło ze śmietany jest więcej zbitem; nadto żądał pensyi, bo niewiele go to obchodziło, że pieniądze; jakie brał, szły nie na rachunek pensyi, lecz na rachunek mającej mu przypaść części dochodu.
Prawda, że Fedor Rezunow nie przeorał, jak to było umówione, po raz drugi roli pod żyto, tłumacząc się, że nie starczyło już czasu. Prawda, że chłopi do spółki należący, chociaż umówili się prowadzić rzecz całą na spółkę, nazywali tę ziemię wziętą w dzierżawę, i nieraz i chłopi i sam Rezunow powtarzali Lewinowi: „wziąłby pan pieniążki, i pan miałby spokój i my pozbawilibyśmy się kłopotu.“ Prócz tego chłopi ci ciągle pod najrozmaitszymi pozorami odkładali umówioną z nimi budowę obory i stodoły, i zwlekali z tem aż do zimy.
Prawda, że Szurajew wzięte przez siebie ogrody chciał podzielić na małe kawałki i powypuszczać na swój rachunek chłopom; widocznem było, że nie dość dokładnie, i jak się zdaje, naumyślnie nie dość ściśle starał się pojąć warunki, na których ziemia została mu oddaną.
Prawda, że rozmawiając z chłopami i wyjaśniając im wszystkie dodatnie strony przedsięwzięcia, Lewin przekonał się, że chłopi przysłuchują się tylko melodyi słów jego, wiedzą jednak napewno, że pomimo wszystkiego, co on mówi, nie dadzą się okpić. Lewin przekonywał się o tem szczególnie wtedy, gdy rozmawiał z najrozumniejszym ze wszystkich chłopów, z Rezunowym. W oczach Rezunowa Lewin zauważał wyraz, który dowodził, że Rezunow ironicznie ocenia zamiary jego, i że jest pewnym, że jeśli ktobądż da się oszukać, to już napewno nie on, Rezunow.
Pomimo to Lewin był przekonany, że sprawa jego posuwa się, i że zwracając na wszystko uwagę i wymagając spełniania swych rozporządzeń, dowiedzie chłopom w niedalekiej przyszłości, że wyjdą na tem dobrze, i że wtedy całe przedsięwzięcie pójdzie samo przez się.
Doglądanie swego dzieła i reszta gospodarstwa, które zostało się jeszcze w jego ręku, razem z pracą nad książką, napisanie której przedsięwziął, do tego stopnia — zajmowały przez całe lato czas Lewinowi, że nawet nie jeździł prawie zupełnie na polowanie. W końcu sierpnia dowiedział się od człowieka, który odwiózł mu siodło, że Obłońscy wyjechali do Moskwy. Lewin wiedział, że nie odpowiedziawszy na list Darji Aleksiejewny, popełnił niegrzeczność, o której nigdy nie mógł pomyśleć bez zarumienienia się, że przez to spalił za sobą mosty i że nigdy już nie pojedzie do nich; tak samo postąpił i ze Świażskimi, odjechawszy od nich bez pożegnania, lecz i do nich nie pojedzie już nigdy. Obecnie było to mu już wszystko jedno. Kiedy nic jeszcze w życiu nie zajmowało go do tego stopnia, co sprawa zaprowadzenia nowego trybu w gospodarstwie. Lewin przeczytał książki, jakie dostał od Świażskiego, sprowadził sobie niektóre z nich, zapoznał się z większością dzieł ekonomicznych i socyalistycznych, traktujących o kwesty i robotniczej, lecz, czego zresztą spodziewał się, nie znalazł w nich nic takiego, co mogłoby mu być pomocnem w doprowadzeniu do skutku jego zamiarów. W dziełach traktujących o ekonomii politycznej, np. w Milu, którego zaczął czytać, ogromnym zapałem, sądząc, że lada chwila znajdzie w nimi odpowiedź na pytania, które go tak bardzo zajmowały, znalazł prawa, będące wynikiem stanu europejskich gospodarstw, lecz nie mógł pojąć w żaden sposób, dlaczego te prawa, których zastosowanie jest niemożliwem w Rosyi, mają być powszechnemi. Dzieła socyalistyczne wywarły na nim to samo wrażenie:, były to albo bardzo ładne, ale niemożliwe do wykonania utopie, które go pociągały ku sobie, gdy był jeszcze studentem, lub było to poprawianie i zmienianie stanu, w jakim znajdowała się Europa, z którym to stanem cała kwestya rolna w Rosyi nie miała nic wspólnego. Ekonomia polityczna twierdziła, że prawa, według których rozwijało się i rozwija bogactwo Europy, są prawami powszechnemi i nieulegającemi wątpliwości. Socjalizm zaś twierdził, że wszelki rozwój według tych praw musi bezwarunkowo prowadzić do zguby.. I jedno i drugie nietylko, że nie dawało Lewinowi najogólniejszej odpowiedzi, lecz nie dawało mu nawet najmniejszej wskazówki, co om wraz ze wszystkimi rosyjskimi właścicielami ziemskimi i chłopami ma robić ze swemi milionami rąk roboczych i dziesięcin ziemi, aby jedne i drugie przyczyniały się najskuteczniej do ogólnego dobrobytu.
Wziąwszy się raz do pracy, Lewin sumiennie przeczytali wszystko, co tylko traktowało o zajmującym go przedmiocie i miał zamiar pojechać pod jesień za granicę, aby tam na miejscu zbadać rzecz całą, gdyż niechciał, aby i co do tego nie stało się z nim to samo, co często zdarzało się mu w najrozmaitszych kwestyach. Trafiało się, iż z chwilą, gdy zacznie pojmować dowodzenia osoby, z którą rozmawia i wyłuszczać jej swoje poglądy, ta przerywa mu nagle i powiada: „A Kaufmann, a Jones, a Dubois, a Mitchelli? Pan ich nie czytał, a przecież oni twierdzą zupełnie to samo.“
Lewin był teraz zupełnie przekonanym, że i Kaufmann i Mitchelli nie mają mu nic do powiedzenia, gdyż wiedział już to, co pragnął wiedzieć: wiedział, że Rosya ma świetne grunta, doskonałych robotników, że w niektórych wypadkach, jak naprzykład u chłopa na połowie drogi, i ziemia i robotnicy wytwarzają dużo, w większości zaś wypadków, gdy wkłada się kapitał, wytwarzają mało, co pochodzi tylko z tego, że robotnicy chcą pracować i pracują dobrze tylko na swój, właściwy sobie sposób, i że to przeciwdziałanie ich nie jest wypadkowem, lecz stałem zjawiskiem, spowodowanym duchem narodu. Lewin był zdania, że naród rosyjski, powołany do zaludniania i uprawiania ogromnych rolnych przestrzeni, dopóki wszystkie ziemie nie będą zajęte, kierować się będzie swymi własnymi poglądami na te rzeczy, i że poglądy ludu wcale a wcale nie są tak błędne, jak to ogólnie przypuszczają. Lewin pragnął dowieść tego teoretycznie w swem dziele, a praktycznie na swem gospodarstwie.

XXX.

W końcu września zwieziono budulec na zabudowania, które miały stanąć na ziemi oddanej arteli, sprzedano masło i podzielono się zyskami.
Na praktyce gospodarstwo szło świetnie, przynajmniej tak się zdawało Lewinowi. Aby teoretycznie wyjaśnić sobie rzecz całą i skończyć swe dzieło, które w marzeniach Lewina powinno było sprawić przewrót nietylko w ekonomii politycznej, lecz zupełnie nawet obalić jej zasady i być podstawą nowej nauki o stosunku ludu do ziemi, trzeba było pojechać za granicę i zbadać na miejscu wszystko, co tylko już uczyniono w tym kierunku i przekonać się własnemi oczyma, że wszystko, co tam było zrobionem, nie jest tem, co potrzebne. Lewin czekał tylko na ukończenie odstawy pszenicy, aby wziąć pieniądze i jechać za granicę; nadeszły jednak deszcze, które nie dawały sprzątnąć z pola reszty kartofli i zboża, i wstrzymały wszelkie roboty, a nawet i samą odstawę pszenicy. Drogi z powodu błota były niemożliwe do przebycia, nagły wylew rzeki zniósł dwa młyny i pogoda z każdą chwilą stawała się gorszą.
Z rana, dnia 30. września, pokazało się słońce i Lewin, przypuszczając, że wypogodzi się już zupełnie, począł już czynić przygotowania do wyjazdu, kazał ponasypywać pszenicę w worki, posłał ekonoma po pieniądze do kupca, a sam pojechał rzucić okiem na całe gospodarstwo i powydawać przed wyjazdem ostatnie rozporządzenia.
Załatwiwszy się ze wszystkiem, cały mokry od deszczu, który, pomimo nieprzemakalnego okrycia, lał mu się za kołnierz i za cholewy, w doskonałym jednak humorze, Lewin powracał nad wieczorem do domu. Pogoda jeszcze bardziej pogorszyła się, śnieg razem z deszczem tak mocno uderzał konia, że strzygł ciągle uszami, potrząsał łbem i szedł zupełnie bokiem, lecz Lewin pod baszłykiem nic sobie nie robił ani z deszczu, ani ze śniegu i spoglądał wesoło do okoła, to na mętne strumienie, sączące się w kolejach, wyżłobionych przez wozy, to na krople wody, zwieszające się z pozbawionych liści gałęzi, to na białe plamy nietopniejącego śniegu, to na soczyste liście wiązu, leżące grubą warstwą koło ogołoconego drzewa. Chociaż cała przyroda przybrała na się smętny i ponury wygląd, Lewin czuł ę w doskonałem usposobieniu. Rozmowa, jaką toczył przed chwilą z chłopami na oddalonym folwarku, dowodziła, że oni zaczynają już przyzwyczajać się do nowych stosunków. Stary stróż, u którego zatrzymał się na chwilę, aby osuszyć ubranie, pochwalał widocznie jego plany i wyraził nawet chęć przystąpienia do spółki, co do kupowania bydła.
„Powinienem tylko uparcie dążyć do celu, a dopnę swego, — myślał Lewin — a nad tem warto popracować i połamać głowę. To nietylko mój osobisty interes, lecz kwestya pierwszorzędnej wagi dla całego społeczeństwa. Powinien uledz zupełnej zmianie nietylko system gospodarczy, lecz przedewszystkiem położenie całego narodu; zamiast nędzy, powszechne bogactwo, zamiast nieporozumień i swarów, zgoda i wspólne dążenie do wyraźnie określonego celu. Jednem słowem niekrwawa rewolucya, która pomimoto będzie największą ze wszystkich, jakie były dotąd, najprzód w małem kole naszego powiatu, później w gubernii, w Rosyi, w całym świecie. Myśl sprawiedliwa nie może nie być płodną i owocną i, zaiste, warto popracować dla takiego celu! A to, że to ja uczyniłem, Kostia Lewin, który przyjechał na bal w czarnym krawacie i któremu Szczerbacka dała odkosza, i który sam sobie przedstawia się godnym litości, to niczego nie dowodzi. Przekonany jestem, że Franklin, gdy zastanawiał się nad sobą, miał się również za godnego litości i również nie dowierzał sobie. Ale to nic nie znaczy; i on miał zapewne swą Agafię Michajłownę, której powierzał swe tajemnice.“
Było już zupełnie ciemno, gdy Lewin pogrążony w myślach tego rodzaju podjeżdżał do domu.
Ekonom wrócił już od kupca i przywiózł część pieniędzy za pszenicę, zawarł również umowę z chłopem i dowiedział się po drodze, że zboże wszędzie pozostało w polu, tak, że sto sześćdziesiąt kóp, które pozostały niezwiezione z pól Lewina, były niczem w porównaniu z tem, co się działo w sąsiednich majątkach.
Po obiedzie Lewin, jak zwykle, siadł z książką w ręku na fotelu i czytając, myślał w dalszym ciągu o swej wycieczce za granicę. Dzisiaj całe znaczenie jego zamysłów przedstawiało mu się jakoś szczególnie wyraźnie i w myślach jego układały się same przez się całe peryody, wyrażające główną istotę jego myśli. „Trzebaby to zapisać“ — pomyślał — „będzie to stanowiło krótką przedmowę, o której myślałem, że będzie niepotrzebną.“
Lewin wstał, aby podejść do biurka i Łaska, leżąca u nóg jego wstała również, wyciągając się i zdawała się pytać, dokąd ma iść za swym panem, ale na zapisanie nie starczyło czasu, gdyż przyszli gumienni i Lewin wyszedł do nich do przedpokoju.
Po wydaniu dyspozycyi co do jutrzejszych robót i po odejściu wszystkich chłopów, którzy przychodzili do niego z różnymi interesami, Lewin wrócił do gabinetu i wziął się do pracy, Łaska ułożyła się pod stołem, Agafia Michajłowna z pończochą w ręku siadła na zwykłem swem miejscu.
Lewin przez jakiś czas pisał, lecz nagle Kiti stanęła mu przed oczyma jak żywa, przypomniał sobie jej odmowę i ostatnie ich spotkanie się. Lewin wstał znowu i zaczął chodzić po pokoju.
— Niech pan nie będzie markotnym — odezwała się Agafia Michajłowna — niech pan powie, po co pan siedzi w domu?... pojechałby pan do ciepłych wód, kiedy, Bogu dzięki, wybiera się pan...
— To też jadę już pojutrze, Agafio Michajłowno... muszę przecież pozałatwiać wszystkie interesy.
— No, co tam znów za interesy! Czy pan już i tak nie naświadczył dosyć łask chłopom? przecież oni sami już powiadają: „naszemu panu sam cesarz podziękuje za jego dobroć“, i w rzeczy samej po co pan ma kłopotać się jeszcze o nich?
— Mnie nie o nich chodzi, ale o siebie samego.
Agafia Michajłowna wiedziała o wszystkich najdrobniejszych nawet szczegółach planów Lewina. Lewin zaznajamiał ją często z biegiem swych myśli, nierzadko nawet sprzeczał się z nią i odpierał jej zarzuty. Lecz w danej chwili Agafia Michajłowna zupełnie w innym sensie zrozumiała to, co jej Lewin mówił.
— Wiadomo, że o zbawienie swej duszy należy najusilniej starać się, — odezwała się wzdychając — oto Parfen Denisycz, chociaż nie umiał ani czytać ani pisać, a tak umarł, że daj Boże każdemu taką śmierć, — zaczęła opowiadać o zmarłym niedawno fornalu — wyspowiadał się, przyjął ostatnie najświętsze sakramenta...
— Ja nie o tem mówię — odparł Lewin — mówię, że postępując tak jak postępuję, mam tylko swoją korzyść na widoku... przecież mnie się to opłaca, gdy chłopi robią.
— Choćby pan Bóg wie co robił, gdy chłop będzie leniuchem, wszystko na nic się nie zda... jak ma sumienie, będzie pracował, a jak go niema, to już na to nikt nic nie poradzi.
— A przecież sama Agafia powiada, że Iwan daleko sumienniej dogląda bydła?
— Ja powiadam, — odparła Agafia Michajłowrna widocznie nie przypadkowo, ale z zupełną świadomością — że powinien się pan ożenić i koniec!
Słowa, któremi Agafia Michajłowna przypomniała mu, o czem sam myślał przed chwilą, nieprzyjemnie uraziły go. Lewin nachmurzył się i nic nie odpowiadając, wziął się w dalszym ciągu do pracy. Od czasu do czasu dolatywał do niego dźwięk uderzających o siebie drutów, na których Agafia Michajłowna robiła pończochę i Lewin marszczył się za każdym razem, gdy przypominał sobie o tem, o czem chciał zapomnieć.
O dziesiątej dał się słyszeć dzwonek i turkot kół, toczących się po błocie.

— Jacyś goście jadą do nas, przynajmniej pan nie będzie się już nudził — odezwała się Agafia Michajłowna i wstała idąc ku drzwiom, lecz Lewin wyprzedził ją, pisanie nie szło mu jakoś i rad był każdemu gościowi.

XXXI.

Zbiegłszy do połowy schodów, Lewin już w przedpokoju usłyszał znajome sobie kaszlanie, lecz odgłos własnych kroków przeszkadzał mu słyszeć wyraźnie, zdawało mu się więc, że może myli się; po chwili jednak ujrzał całą długą, kościstą, znajomą sobie postać, a chociaż zdawało mu się, że już nie może oddawać się żadnym złudzeniom, jednak wciąż spodziewał się, że go wzrok myli i że ten długi człowiek, który zdejmuje palto i kaszle od czasu do czasu, nie jest jego bratem Mikołajem.
Lewin kochał swego brata, lecz być z nim razem było zawsze dla niego przykrością. Teraz zaś, gdy Lewin pod wpływem nieprzyjemnych wspomnień i słów Agafii Michajłownej był nie w humorze, mające się odbyć spotkanie z bratem wydawało mu się nadzwyczaj przykrem; zamiast wesołego zdrowego gościa, który, jak Lewin spodziewał się, rozerwie go i rozprószy jego zadumę, będzie musiał spędzić parę dni z bratem, który zna go całego nawskroś, który wyciągnie z niego wszystkie najserdeczniejsze myśli i który zmusi go do wypowiedzenia wszystkiego, a Lewin właśnie nie życzył sobie tego.
Zżymając się na siebie samego za dawanie przystępu myślom tego rodzaju, Lewin zbiegł do przedpokoju. Gdy zbliska ujrzał brata, egoistyczne uczucie rozczarowania znikło w jednej chwili, a miejsce jego zajęło głębokie współczucie. Chociaż Mikołaj i dawniej przestraszał poprostu swą chudością i chorowitym wyglądem, obecnie jednak jeszcze bardziej schudł i zmizerniał; był to szkielet pokryty skórą.
Mikołaj stał w przedpokoju i pociągając długą, chudą szyją, zdejmował z niej z gorączkowym ruchem szalik i dziwnie smutno uśmiechał się przytem. Ujrzawszy ten nieśmiały i pokorny uśmiech, Lewin uczuł, że łkanie ściska mu gardło.
— Oto i ja przyjechałem do ciebie — odezwał się Mikołaj głuchym głosem, nie spuszczając na sekundę wzroku z twarzy brata — oddawna już wybierałem się, ale jakoś byłem ciągle niezdrów... teraz zaś jest mi znacznie lepiej — mówił, gładząc brodę ogromnemi wychudłemi rękoma.
— Dobrze, dobrze! — odparł Lewin i ogarnął go jeszcze większy przestrach, gdy, całując brata poczuł pod wargami, że ciało Mikołaja jest zupełnie suche i gdy ujrzał w pobliżu jego ogromne, dziwnie świecące oczy.
Parę tygodni temu Konstanty Lewin pisał do brata, że po sprzedaniu cząstki, jaka pozostała jeszcze, przypada Mikołajowi około dwa tysiące rubli, które może odebrać w każdej chwili.
Mikołaj opowiadał, że przyjechał właśnie po te pieniądze, a przede wszystkiem, że chce spędzić czas jakiś w swem rodzinnem gnieździe, dotknąć ziemi, na której się rodził, aby, jak bohaterowie ludowi, nabrać sił do oczekującej go pracy. Ruchy Mikołaja były, jak zwykle, prędkie i porywcze, pomimo zwiększającego się coraz bardziej chorowitego wyglądu i pomimo szczupłości, rażącej przy jego wzroście. Lewin zaprowadził brata do gabinetu.
Mikołaj przebrał się nadzwyczaj starannie, czego nigdy przedtem nie czynił, uczesał rzadkie włosy i uśmiechając się, poszedł na górę.
W ogóle Mikołaj był w jak najlepszym humorze, w jakim, o ile Lewin przypominał sobie brata, bywał zwykle za lat dziecinnych; nawet gdy mówił o Siergieju Iwanowiczu, odzywał się o nim bez rozdrażnienia. Ujrzawszy Agafię Michajłownę, pożartował z nią i począł wypytywać co się dzieje z dawnymi służącymi. Wiadomość o śmierci Parfena Denysycza podziałała nieprzyjemnie na niego, na twarzy odbiło się przerażenie, z którego jednak otrząsł się natychmiast.
— Przecież on już był bardzo stary — zauważył i począł rozmawiać o czem innem. — Widzisz, spędzę u ciebie miesiąc, dwa, a potem pojadę do Moskwy. Wiesz, Miahkow obiecuje mi posadę... urządzę się teraz zupełnie inaczej... trzeba ci wiedzieć, żem oddalił od siebie tę kobietę...
— Maryę Nikołajewnę? jaktoi za co?
— To zła kobieta, narobiła mi masę nieprzyjemności...
Ale Mikołaj nie opowiedział jakiego rodzaju były te nieprzyjemności, nie mógł przecież powiedzieć, iż dlatego wypędził Maryę Nikołajewnę, że ta dawała mu lekką herbatę, a przedewszystkiem, że pielęgnowała go jak chorego.
— W ogóle pragnę teraz żyć zupełnie inaczej... rozumie się, że ja, jak i wszyscy, popełniałem głupstwa, lecz pieniądze, to rzecz najmniejszej wagi i nie żal mi ich wcale... obym tylko był zdrów, a zdrowie moje, Bogu dzięki, poprawiło się jakoś.
Lewin słuchał brata i zamyślił się, lecz nie mógł wymyśleć nic takiego, z czem mógłby odezwać się; Mikołaj poznał się zapewne na tem, gdyż zaczął wypytywać brata, jak mu się powodzi, a Lewin rad był, że może mówić o sobie, gdyż mógł rozmawiać najzupełniej szczerze. Opowiadał więc bratu o swych zamiarach i o tem, co już uczynił, aby je urzeczywistnić.
Mikołaj słuchał, lecz widać było po nim, że go to nic nie obchodzi.
Ci dwaj ludzie byli do tego stopnia bliscy sobie, że najmniejszy ruch, każda intonacya mówiła im obydwom daleko więcej, niż wszystko, co da się wypowiedzieć słowami.
Obydwaj byli zajęci obecnie jedną i tą samą myślą, która pochłaniała wszystkie inne, to jest chorobą i bliską śmiercią Mikołaja Lecz ani jeden, ani drugi nie miał odwagi mówić o niej i dlatego wszystko, co tylko mogli mówić między sobą, musiało być kłamstwem, gdyż nie mogli rozmawiać o tem, co zajmowało ich wyłącznie.
Nigdy jeszcze Lewin nie był tak zadowolonym, że wieczór ma się już ku końcowi i że trzeba już iść spać. Nigdy na żadnej, nawet na najbardziej oficyalnej wizycie, nie był do tego stopnia nieszczerym i nieswoim jak dzisiaj. Poczucie, że jest nieszczerym i doznawane wyrzuty sumienia czyniły go jeszcze bardziej nieszczerym i nienaturalnym; chciało mu się płakać nad swym ukochanym umierającym bratem, a musiał słuchać i podtrzymywać rozmowę o planach, jakie brat roił na przyszłość.
Lewin kazał posłać bratu w swojej sypialni za parawanem, gdyż dom był wilgotnym, a jeden tylko pokój ogrzanym.
Mikołaj położył się, i nie wiadomo czy spał, czy nie spał, ale, jak zwykle chorzy, przewracał się po łóżku, i gdy kaszel go męczył, coś szeptał. Chwilami wzdychał ciężko i mówił: „Ach, Boże mój!“ chwilami zaś, gdy flegma dusiła go, klął z gniewem „niech cię djabli!“ Lewin nie mógł zasnąć, przysłuchiwał się bratu, i różne myśli przychodziły mu do głowy, lecz panowała nad niemi jedna myśl o śmierci.
Śmierć, nieunikniony koniec wszystkiego, stanęła po raz pierwszy z nieprzezwyciężoną siłą na drodze jego życia. I ta śmierć, która była tu, w tym pokoju, w tym ukochanym bracie, stękającym przez sen i wzywającym pomocy to Boga, to ludzi, była wcale nie tak daleką, jak mu się dawniej zdawało. Lewin czuł, że ta śmierć była i w nim samym. Nie dzisiaj, to jutro, nie jutro, to za trzydzieści lat, ale czyż to nie wszystko jedno? A co to takiego była ta nieunikniona śmierć!? — tego nietylko nie wiedział, nietylko nigdy nie myślał o tem, lecz nie umiał i nie śmiał nawet myśleć.
„Pracuje, chcę zrobić cokolwiek, a zapomniałem, iż wszystko skończy się, zapomniałem o śmierci.“
Lewin skurczył się i siedział po po ciemku na łóżku; objąwszy rękoma kolana i wstrzymując oddech, pogrążył się w niewesołych myślach. Lecz im bardziej natężał umysł, tem wyraźniej widział, iż w rzeczy samej tak jest, że rzeczywiście zapomniał, że przeoczył w życiu jedną drobną okoliczność, że przyjdzie śmierć, że wszystko się skończy, że nie warto było nic rozpoczynać i że na nią niema już rady... Straszne to, ale w rzeczy samej tak jest.
„Ale ja żyję jeszcze? Cóż więc mam robić obecnie?“ — pytał z rozpaczą; po chwili zapalił świecę, wstał po cichu, podszedł do lustra i począł przyglądać się swej twarzy i włosom: tak... na skroniach były już siwe włosy; otworzył usta, boczne zęby psuły się; obnażył swe muskularne ręce, siła jest. Ale i Mikołaj, który tam za parawanem zaledwie może złapać dech resztkami płuc, miał dawniej również zdrowe i jędrne ciało. I nagle przypomniało mu się, jak kiedyś za dziecinnych lat, gdy kładli się do łóżek, czekali tylko, gdy za Fedorem Bohdanyczem zamkną się drzwi, aby rzucać na siebie poduszkami i śmiać się do rozpuku, tak, że nawet obawa gniewu Fedora Bohdanycza nie mogła zatamować tego pieniącego się i występującego z brzegów potoku wesołości i siły. „A teraz ta powykrzywiana, pusta już pierś... i ja, co nie wiem, po co żyję i co stanie się ze mną.“
— Kha, kha! do djabła! czemu nie spisz? — dał się słyszeć z za parawanu głos Mikołaja.
— Nie wiem, nie mogę jakoś zasnąć.
— A ja dobrze spałem i nie pocę się już teraz... Masz, dotknij się koszuli, prawda, że niema potu?
Lewin dotknął się, wrócił do swego łóżka, zdmuchnął świecę, lecz nie mógł jeszcze długo usnąć. Zaledwie po długiej i mozolnej pracy zdołał wyjaśnić sobie cel swego życia, gdy znów stanęła przed nim nowa, niedająca się rozstrzygnąć zagadka, zagadka śmierci.
„Przecież on umiera, przecież on umrze do wiosny, jakże więc pomóc mu? Cóż mogę mu powiedzieć? Cóż ja wiem o tem? Ja zapomniałem zupełnie, że to istnieje.“

XXXII.

Lewin zauważył już oddawna, że gdy ktobądź krępuje nas zbytnio swą uprzejmością, to tem prędzej dadzą się nam we znaki jego wygórowane wymagania i niezadowolenie; przeczuwał, że to samo będzie miało miejsce pomiędzy nim a bratem. W rzeczy samej łagodne usposobienie Mikołaja nie trwało długo, bo zaraz na drugi dzień po swym przyjeździe wpadł w rozdrażnienie i szukał zaczepki, aby robiąc bratu na złość, móc dotykać najbardziej bolących miejsc jego.
Lewinowi zdawało się, że to jego własna wina, lecz nie mógł poradzić na to; wiedział, że gdyby obaj nie okłamywali się nawzajem, a szczerze i otwarcie rozmawiali z sobą, to musieliby nieustannie spoglądać jeden na drugiego i Konstanty mówiłby tylko: „ty umrzesz! ty umrzesz!“ a Mikołaj odpowiadałby tylko: „wiem, że umrę, lecz boję się! boję! boję!“ I gdyby szczerze, serdecznie rozmawiali z sobą, nic więcej nie mówiliby. Lecz żyć z sobą w ten sposób nie można było i dlatego Konstanty próbował robić to, co próbował przez całe życie i co nie udawało mu się nigdy, a co, jak zauważył, tylu ludziom przychodziło z ogromną łatwością i bez czego prawie że nie można żyć; starał się mówić nie to, co myśli, słyszał nieustannie w swych słowach nutę fałszu i widział, że brat łapie go na tem i że go to drażni.
Na trzeci dzień po swym przyjeździe Mikołaj wyciągnął brata na dłuższą rozmowę co do jego zamiarów i począł nietylko krytykować je, lecz nawet naumyślnie utażsamiać z komunizmem.
— Wziąłeś tylko cudzą ideę, lecz wykrzywiłeś ją i chcesz zastosować do tego, do czego nie da się ona zastosować w żaden sposób.
— Powiadam ci przecież, że i jedno i drugie niema nic wspólnego. Oni nie uznają własności, kapitału, spadkobierstwa, a ja, nie odrzucając tego wszystkiego, pragnę tylko uregulować pracę.
— To też właśnie wziąłeś cudzą ideę, poodrzucałeś od niej wszystko, co stanowi jej siłę i chcesz wmówić we mnie, że to coś nowego — odparł Mikołaj, pociągając z gniewem za krawat.
— Ależ moja teorya niema nic wspólnego...
— Tam — mówił Mikołaj Lewin, mrugając złośliwie i uśmiechając się ironicznie — tam jest przynajmniej urok, że się tak wyrażę geometryczny, urok oczywistości i niewzruszoności. Może być, że to jest utopia... lecz przypuśćmy, że z całej przeszłości można uczynić tabula rasa; niema ani własności, ani rodziny, w takim razie i praca ureguluje się sama przez się. Ale u ciebie nic niema...
— Ale dlaczego ty mieszasz jedno z drugiem? Ja nigdy nie byłem komunistą.
— A ja byłem, i mojem zdaniem jest to rzecz przedwczesna jeszcze, lecz rozumna i ma przyszłość przed sobą, jak chrześcijaństwo w pierwszych wiekach.
— Mnie zaś zdaje się tylko, że siłę roboczą należy rozpatrywać z przyrodniczego punktu widzenia, to jest badać ją i wnikać w jej własności...
— To wszystko napróżno; siła ta w miarę swego rozwoju sama znajduje sobie kierunek, w jakim powinna się rozwinąć jej działalność. Wszędzie byli niewolnicy, potem metayers, a u nas jest dzierżawa, są parobcy i robotnicy dzienni; o co ci chodzi więc?
Lewin wpadł nagle w zapał przy tych słowach, gdyż w głębi duszy obawiał się, że Mikołaj ma racyę, dając mu do zrozumienia, iż on, Konstanty, chce balansować między komunizmem i istniejącemi już formami ustroju społecznego i że to chyba jest niemożebnem.
— Szukam sposobu, któryby pozwalał i robotnikowi i mnie pracować z korzyścią. Chcę dopiąć...
— Niczego nie chcesz dopiąć, poprostu chciało ci się przez całe życie być oryginalnym i chcesz pokazać, że wyzyskujesz chłopów nie tak jak wszyscy, ale z pewną ideą...
— A więc dobrze... daj mi święty spokój! — odparł Lewin, czując, że muskuł lewego policzka drga mu gwałtownie.
— Nie miałeś i niemasz żadnych przekonań... chodzi ci tylko o zaspokojenie swej próżności.
— Cóż ci to szkodzi?... daj mi więc święty spokój!...
— I dam ci spokój, idź już sobie do wszystkich djabłów! żałuję bardzo, żem tutaj przyjechał!
Chociaż Lewin usiłował natychmiast uspokoić brata, Mikołaj nie chciał już słyszeć o niczem, twierdząc, że daleko lepiej będzie, gdy rozstaną się, i Konstanty przekonał się, iż życie stało się już dla brata tylko ciężarem nie do zniesienia.
Mikołaj miał już wyjeżdżać, gdy Konstanty raz jeszcze zbliżył się do niego i prosił, aby mu wybaczył i darował urazy.
— Jesteś wspaniałomyślny! — zawołał Mikołaj i uśmiechnął się. — Jeśli koniecznie chcesz mieć racyę, to mogę ci zrobić tę przyjemność... masz więc racyę, ale ja pomimo to wyjadę!...
Dopiero w ostatniej chwili, gdy już siadał do powozu, Mikołaj pocałował się z bratem i spojrzawszy poważnie a serdecznie na niego, odezwał się nagle:
— W każdym razie, Kostia, nie wspominaj żle o mnie! — Głos mu zadrżał.
Były to jedyne wyrazy, wypowiedziane zupełnie szczerze. Lewin wiedział, że należy pod nimi domyślać się: „ty widzisz i wiesz przecież, że zemną jest bardzo źle i że zapewne nie zobaczymy się już więcej“... Lewin wiedział o tem i łzy trysnęły mu z oczu, raz jeszcze ucałował brata, lecz nie mógł mu nic powiedzieć i nie wiedział nawet co mówić.
W parę dni po wyjeździe brata i Lewin wyjechał za granicę. Spotkawszy się w wagonie ze stryjecznym bratem Kiti, młodym Szczerbackim, Lewin wprawił go w zdumienie swem posępnem usposobieniem.
— Co ci się stało? — zapytał Szczerbacki.
— Nic, ale tak mało wesołego na świecie.
— Jakto mało? Jedź raczej ze mną do Paryża, zamiast do jakiejś tam Mülhuzy... zobaczysz jak tam wosoło...
— Nie, to już nie dla mnie. Czas mi już umierać...
— Wolne żarty! — roześmiał się Szczerbacki — ja dopiero mam zamiar rozpoczynać życie.
— I mnie do niedawna zdawało się tak samo, lecz obecnie wiem, że czas mi już umierać.
Lewin mówił tak, gdyż w istocie myślał o śmierci w ostatnich czasach i wszędzie widział tylko śmierć lub jej zbliżanie się, tembardziej jednak zajmowała go sprawa, którą przedsięwziął; trzeba przecież co bądź robić, dopóki śmierć nie przyjdzie. Mrok zakrywał wszystko przed Lewinem, lecz właśnie dlatego czuł, że jedyną nitką przewodnią w tym mroku było jego dzieło, uchwycił więc za nie całemi siłami i na chwilę nie przestawał o niem myśleć.





CZĘŚĆ CZWARTA.

I.

Kareninowie, mąż i żona, mieszkali wciąż pod jednym dachem, widywali się codziennie, lecz zachowywali się względem siebie jak ludzie zupełnie obcy. Aleksiej Aleksandrowicz wziął sobie za zasadę widywać się codziennie z żoną, aby nie dawać służbie powodu do czynienia jakichkolwiek uwag, lecz unikał obiadów, przy których musiałby się spotykać z Anną. Wroński nie bywał nigdy w domu Aleksiej a Aleksandrowicza, lecz Anna widywała się z nim po za domem i mąż wiedział o tem.
Taki stan rzeczy był męczącym dla nich wszystkich trojga i każdemu z nich zabrakłoby sił wytrzymać to choć przez jeden dzień, gdyby każde nie spodziewało się, że stan ten ulegnie zmianie i że jest to tylko chwilowa, przykra nader trudność, która lada chwila zostanie usuniętą. Aleksiej Aleksandrowicz spodziewał się, iż ta namiętność, której poddała się jego żona, minie tak, jak wszystko mija na tym świecie, że świat cały zapomni o tem i że imię jego pozostanie nieshańbionem. Anna, od której wszystko zależało i której było najciężej, znosiła stan ten dlatego, że nie tylko spodziewała się, lecz nawet pewną była, że wkrótce wszystko skończy się i weźmie inny obrót. Anna nie miała najmniejszego pojęcia, co mianowicie położy kres temu stanowi, lecz pewną była, że to „coś“ nadejdzie bardzo prędko. Wroński, ulegając Annie, oczekiwał również czegoś takiego, co stać się musi pomimo jego woli, a co położy kres wszelakim wątpliwościom.
W ciągu zimy Wroński spędził nadzwyczaj nudny tydzień; kazano mu pełnić służbę i pokazywać osobliwości miasta zagranicznemu księciu, który przyjechał zwiedzić Petersburg. Wroński nadawał się do tego rodzaju misyi, gdyż zawsze na każdem stanowisku umiał zachować się odpowiednio i był przyzwyczajonym do obcowania z osobami tego rodzaju, dlatego też polecono mu znajdować się przy księciu.
Obowiązek ten wydawał się Wrońskiemu nadzwyczaj nieprzyjemnym i uciążliwym. Książę życzył sobie wiedzieć i poznać wszystko, o co, przypuszczał, że będą go się pytać w ojczyźnie, a i sam chciał użyć, o ile się tylko da, rosyjskich przyjemności; Wroński musiał więc dopomagać mu w jednem i w drugiem. Co rano jeździli obaj zwiedzać miasto, wieczorami zaś uczestniczyli w narodowych rozrywkach. Książę miał doskonałe zdrowie, niezwykłe nawet u książąt; gimnastyką i dbaniem o siebie doszedł do takiej siły, że pomimo nadużywania wszelkich przyjemności, był zdrowym i świeżym, jak duży, zielony, błyszczący się holenderski ogórek. Książę podróżował bardzo dużo i był zdania, że najlepszą stroną ułatwionych środków komunikacyjnych jest możność używania narodowych rozrywek. Był w Hiszpanii, urządzał tam serenady i poznał hiszpankę, która mu grywała na mandolinie; w Szwajcaryi upolował gemzę; w Anglii, ubrany w czerwony frak, przesadzał płoty i założył się, że zastrzeli dwieście bażantów; w Turcyi zwiedzał harem; w Indyach jeździł na słoniu, a obecnie, będąc w Rosyi, pragnął użyć wszystkich specyalnie rosyjskich rozrywek. — Wrońskiemu, który był przy nim czemś w rodzaju głównego ceremonjomistrza, było nadzwyczaj trudno znaleźć czas na wszelkie zabawy, na jakie ich zapraszano. Były i rysaki, i bliny, i polowanie na niedźwiedzie, i szlichtada w trójkach, i cyganie, i pijatyki z rosyjskiem tłuczeniem talerzy. Książę z nadzwyczajną łatwością przyswoił sobie rosyjskiego ducha, zbijał całe tace talerzy, sadzał sobie na kolana cyganki i zdawał się pytać: no i cóż więcej? czy tylko na tem polegają wasze rosyjskie przyjemności i wasz duch narodowy?
Właściwie ze wszystkich rosyjskich przyjemności najbardziej podobały się księciu francuskie aktorki, baletnica i szampańskie z białą pieczęcią.
Wroński był przyzwyczajonym do książąt, lecz czy to dlatego, że sam zmienił się w ostatnich czasach, czy też dlatego, że musiał ciągle znajdować się przy księciu, tydzień ten wydawał mu się strasznie nudnym. Bezustannie w ciągu całego tego tygodnia zdawało mu się to samo, co zdaje się człowiekowi, pilnującemu niebezpiecznego waryata, a bojącego się i waryata i tego, aby sam nie zwaryował. Wroński widział ciągle konieczność nieosłabiania ani na chwili tonu, pełnego oficyalnego szacunku, aby nie narazić się na jakiekolwiek uchybienie. Książę, jak to Wroński zauważył, traktował pogardliwie tych ludzi, którzy aż na głowach stawali, aby dostarczać mu rosyjskich zabaw.
Zdania i uwagi księcia o rosyjskich kobietach wywoływały nieraz rumieńce oburzenia na twarz Wrońskiego. Przedewszystkiem jednak książę był dlatego tak przykrym dla Wrońskiego, że Wroński pomimowoli widział w nim samego siebie, a to co widział w tem lustrze, nie było zbyt pochlebnem. Był to człowiek bardzo głupi i bardzo pewny siebie, bardzo zdrowy i bardzo dbający o swoją powierzchowność, i nic więcej; był on co prawda gentlemenem od stóp do głowy i Wroński nie mógł zaprzeczyć mu tego; względem wyższych książę nie był nadskakującym, z równymi sobie był swobodnym w obejściu i wesołym, niższych zaś od siebie traktował bardzo grzecznie, lecz z pewnem lekceważeniem. Wroński sam był takim i miał to sobie za zaletę, lecz w stosunku do księcia, który dawał mu do zrozumienia, że on, Wroński, co do pozycyi towarzyskiej stoi niżej od niego, to lekceważąco-uprzejme obchodzenie się drażniło i gniewało go.
„Głupie bydlę! czyżbym ja był podobny do niego?“ — myślał.
W każdym razie, gdy po upływie tygodnia książę wyjeżdżał do Moskwy, Wroński, żegnając go, ucieszył się, że pozbył się już tego kłopotu i tego nieprzyjemnego lustra. Pożegnał się z księciem na stacyi, dokąd przyjechali prosto z polowania na niedźwiedzie, na którem całą noc dawali dowody swej rosyjskiej tężyzny.

II.

Wróciwszy do domu, Wroński znalazł u siebie list od Anny. Anna pisała: „Jestem chora i nieszczęśliwa; nie mogę wschodzić z domu i nie mogę niewidzieć cię. Bądź u mnie dzisiaj wieczorem; o siódmej Aleksiej Aleksandrowicz jedzie na posiedzenie i przed dziesiątą nie będzie go w domu.“
Wroński zadziwił się bardzo, że Anna pomimo żądania męża, zaprasza go do swego domu, jednak po chwilowem wahaniu postanowił pojechać.
W ciągu zimy Wroński zaawansował na pułkownika, wyszedł z pułku i mieszkał zupełnie samotnie. Zjadłszy śniadanie, położył się zaraz na kanapie; po upływie pięciu minut wspomnienia wstrętnych scen, jakie widział w ciągu ostatnich dni, poplątały się i powiązały z postaciami Anny i chłopa, prowadzącego obławę na polowaniu; wreszcie Wroński usnął. Gdy obudził się, drżąc ze strachu i gdy zapalił świecę, było już zupełnie ciemno. „Co takiego? Co? Czego przestraszyłem się tak we śnie? Tak, tak... zdaje się, że mały, brudny chłop, z potarganą brodą, pochylił się, coś robił, i nagle zaczął mówić po francusku jakieś dziwne słowa. Tak, nic więcej nie widziałem we śnie — rzekł — ale dlaczego sen ten wydał mi się tak strasznym?“ Nagle Wroński przypomniał sobie znowu chłopa i te dziwne francuskie słowa, jakie chłop mówił i mrowie przeszło go po plecach. „Co za głupstwo!“ — pomyślał i spojrzał na zegarek.
Było już w pół do dziewiątej, zadzwonił więc na lokaja, ubrał się prędko i wyszedł przed bramę, zapomniawszy zupełnie o swym śnie; niezadowolonym był tylko, ze się musi spóźnić. Gdy zajeżdżał do Kareninych, spojrzał na zegarek i przekonał się, że już jest dziewiąta bez dziesięciu minut. Wysoka, bardzo wąska kareta, zaprzężona w parę gniadych koni, stała przed bramą; Wroński poznał karetę Anny. „Jedzie do mnie“ — pomyślał — „i doprawdy lepiejby się stało, gdyż wolałbym nie wchodzić do tego domu... ale mniejsza z tem, nie mogę przecież kryć się!“ — i ze zwykłem sobie, nabytem od dziecka niekrępowaniem się, właściwem ludziom, którzy nie mają się czego wstydzić, Wroński wysiadł z sanek i podszedł ku drzwiom wchodowym.
Nagle drzwi otworzyły się i pokazał się w nich szwajcar z pledem w ręku, dając znak karecie, aby zajeżdżała. Wroński, chociaż nie przywykł do zwracania uwagi na drobne szczegóły, zauważył jednak obecnie wyraz zdziwienia, z jakim szwajcar spojrzał na niego. W samych już drzwiach prawie, Wroński spotkał się z Aleksiejem Aleksandrowiczem; lampa gazowa oświetlała jasno bezkrwistą, wychudzoną twarz pod czarnym kapeluszem i biały krawat lśniący się z pod bobrowego kołnierza. Nieruchome, mętne oczy Karenina, spoczęły na twarzy Wrońskiego, który ukłonił się, a Aleksiej Aleksandrowicz, poruszając ustami, podniósł rękę do kapelusza i oddalił się; Wroński widział, jak nie oglądając się, siadł do karety, odebrał przez okno od szwrajcara pled i lornetkę i jak ukrył się w głębi karety.
Wroński wszedł do przedpokoju z nachmurzonemi brwiami i z oczyma błyszczącemi złym i dumnym blaskiem.
„A to miła pozycya!“ — pomyślał — „gdyby on usiłował przeszkadzać mi, gdyby bronił swego honoru, mógłbym stawić mu opór i dać poznać swe zamiary; lecz ta słabość lub podłość... on stawia mnie tylko w pozycyi oszusta, chociaż ja nigdy nie miałem i niemam zamiaru być tym ostatnim.“
Od czasu rozmowy z Anną w ogrodzie Wrede myśli i poglądy Wrońskiego uległy zmianie, gdyż pomimowoli poddając się wpływowi Anny, która, będąc z góry przygotowaną na wszystko, zdała na niego rozstrzygnięcie swego losu, Wroński dawno już przestał przypuszczać, aby ich wzajemny stosunek skończył się tak, jak mu się wtedy zdawało. Jego plany co do przyszłości zeszły znowu na drugi plan i Wroński, czując, że wyszedł już z tej sfery, w której wszystko było z góry widocznem i pewnem, oddał się cały swej namiętności, a namiętność ta coraz silniej i silniej przykuwała go do Anny.
W przedpokoju jeszcze Wroński posłyszał oddalające się kroki Anny i domyślił się, że oczekując jego przyjazdu, stała podedrzwiami przedpokoju i że teraz powraca do salonu.
— Doprawdy! — zawołała ujrzawszy go, i przy pierwszych słowach łzy zakręciły się jej w oczach — doprawdy, jeśli tak dłużej trwać będzie, to to nastąpi znacznie, znacznie prędzej!
— Co takiego, moja kochana?
— Ja czekam, męczę się... godzinę, dwie!... Doprawdy, nie będę! Ja nie mogę kłócić się z tobą... zapewne nie mogłeś... nie, już nie będę.
Anna położyła obie dłonie na ramionach Wrońskiego i długo, długo patrzała na niego głębokiemi, pełnemi zachwytu i zarazem badawczemi oczyma, chciała bowiem napatrzeć się twarzy jego za cały ten czas, co go nie widziała.

III.

— Spotkałeś się z nim? — zapytała, gdy siedli koło stołu, na którym paliła się lampa — widzisz, zostałeś ukaranym, boś się spóźnił...
— Nierozumiem jak to się stało, przecież on powinien był być na posiedzeniu?
— Był, wrócił do domu i znowu wyjechał, niewiem dokąd... lecz nic nie szkodzi... nie mówmy już o tem więcej. Gdzieżeś ty bywał tyle czasu, czy zawsze z księciem?
Anna wiedziała o każdym kroku Wrońskiego. Wroński chciał powiedzieć, że nie spał przez całą noc i że zaspał teraz, lecz widząc ją taką wzruszoną i uszczęśliwioną, zawstydził się, powiedział więc, że musiał pojechać zdać raport o wyjeździe księcia.
— A teraz zapewne już się wszystko skończyło? Czy on już wyjechał?
— Bogu dzięki skończyło się już... nie uwierzysz, jak mi to wszystko dało się we znaki...
— Dlaczego? przecież zwykle wy wszyscy młodzi mężczyżni prowadzicie takie życie — odparła Anna, ściągając brwi, poczem wzięła ze stołu robotę i nie patrząc zupełnie na Wrońskiego, poczęła wyjmować z niej szydełko.
— Ja już oddawna przestałem prowadzić takie życie — odparł Wroński, dziwiąc się zmianie, jaka zaszła w wyrazie twarzy Anny i starając się odgadnąć przyczynę tej zmiany — i przyznam ci się — rzekł, uśmiechając się i pokazując swe białe, równe zęby — że w ciągu tego tygodnia, gdym patrzał na to życie, miałem wrażenie, iż patrzę się w lustro i, co prawda, nie sprawiało mi to zbyt wielkiej przyjemności...
Anna trzymała w ręku robotę, nie robiła jej jednak, a utkwiła w Wrońskiego dziwne, błyszczące i nieprzyjazne spojrzenie.
— Dzisiaj rano była u mnie Liza... one nie boją się jeszcze bywać u mnie i nie zwracają uwagi na hrabinę Lidyę Iwanowną — dodała z goryczą — i opowiadała mi o waszym ateńskim wieczorze. Doprawdy co za obrzydliwości!...
— Ja chciałem tylko powiedzieć, że... — Anna przerwała mu:
— Czy to ta Theresse była, z którą znałeś się przedtem
— Chciałem powiedzieć...
— Jacy wy mężczyźni jesteście obrzydliwi! Jak wy nie możecie wyobrazić sobie, że kobieta nie może zapomnieć tego — mówiła, unosząc się coraz bardziej i bardziej, i zdradzając przez to powód swego rozdrażnienia — szczególniej kobieta, która nie może znać takiego życia. Co ja wiem? Co ja widziałam? — mówiła — tylko to, coś ty mnie powiedział. A skąd mogę wiedzieć, czyś ty mi mówił prawdę?...
— Anno, obrażasz mnie!... Czyż byś mi doprawdy nie wierzyła? Czyż nie mówiłem ci, że żadna myśl nie przejdzie mi przez głowę, abym jej nie powierzył tobie?
— W rzeczy samej — odparła — chcąc widocznie nie dawać do siebie przystępu uczuciu zazdrości — lecz gdybyś ty wiedział, jak mi jest ciężko... Wierzę, wierzę ci bez granic... Mówiłeś więc...
Lecz Wroński nie mógł na razie przypomnieć sobie, co miał mówić. Te napady zazdrości, które w ostatnich czasach zdarzały się coraz częściej i częściej, przerażały go, i chociaż Wroński usiłował nie dawać poznać tego po sobie, zazdrość Anny zrażała go ku niej, pomimo to iż wiedział, że zazdrość tę powodowała właśnie głęboka miłość ku niemu. Tyle przecież razy mówił sobie, że miłość jej stanowi jego szczęście, i oto ona kochała go, jak tylko może kochać kobieta, która dla miłości gotową jest wszystko poświęcić na świecie, a on był obecnie dalej od szczęścia, niż wtedy, gdy wyjeżdżał z Moskwy. Miał się wtedy za nieszczęśliwego, lecz liczył na to, że będzie szczęśliwym, teraz zaś wiedział już, że najrozkoszniejsze chwile szczęścia minęły bezpowrrotnie. Anna zmieniła się zupełnie od chwili, gdy się z nią poznał, a zmieniła się na gorsze i pod moralnym i pod fizycznym względem; roztyła się trochę i twarz jej przybrała zły, szpecący ją wyraz, jak naprzykład w chwili, gdy była mowa o aktorce. Wroński spoglądał na Annę, jak spogląda człowiek na zerwany przez się i zwiędnięty kwiat, w którym z trudnością można dopatrzeć się reszty piękności, z powodu której kwiat ten zerwanym został i doprowadzonym do takiego stanu. I pomimo to Wroński czuł, że wtedy, gdy miłość jego była silniejszą, mógł, gdyby tego naprawdę pragnął, wyrwać tę miłość ze swego serca; lecz teraz w tej chwili, gdy mu się zdawało, że nie czuje w sobie miłości ku Annie, wiedział, że jego związek z nią nie może być rozerwanym.
— Cóż więc chciałeś mi powiedzieć o tym księciu? Odpędziłam od siebie djabła[16], odpędziłam — dodała — prawda, zacząłeś mówić coś o księciu? Dlaczego ci było tak przykro?
— Ach, nieznośnie... — odparł, usiłując skupić rozprószone myśli — on nic a nic nie zyskuje na bliższem poznaniu. Chcąc go określić, należy powiedzieć, że jest to śliczne, wykarmione zwierzę, jedno z tych, jakie na wystawach dostają pierwszą nagrodę i nic nad to — mówił Wroński z gniewem, który zwrócił na siebie uwagę Anny.
— Ale dlaczego? — zapytała — przecież on dużo widział i jest wykształconym?...
— Ich wykształcenie, to zupełnie inne wykształcenie. Po nim widać, że tylko dlatego jest wykształconym, aby mieć prawo pomiatać wykształceniem, jak w ogóle wszystkiem, co nie stanowi zwierzęcych przyjemności.
— Ale przecież wy wszyscy lubicie te zwierzęce przyjemności — odparła Anna, i Wroński zauważył w niej znowu ponure spojrzenie, unikające jego wzroku.
— Co ty tak bronisz go? — zauważył z uśmiechem.
— Nie bronię go, mnie to jest wszystko jedno, lecz zdaje mi się, że gdybyś sam nie kochał się w tych rozrywkach, to mógłbyś wymawiać się od nich... tobie jednak sprawia przyjemność przyglądać się Teresie w stroju Ewy...
— Znowu, znowu djabeł — rzekł Wroński, ujmując i całując jej rękę, leżącą na stole.
— Wistocie, lecz nie mogę inaczej! Nie masz pojęcia co się ze mną działo, gdym wyczekiwała ciebie! Zdaje mi się, że nie jestem zazdrosną... doprawdy, ja nie jestem zazdrosną i wierzę ci, gdy ty jesteś tutaj przy mnie, lecz gdy ty, zdała odemnie, pędzisz gdzieś swe życie, którego ja nie znam i nie rozumiem...
Anna odsunęła się trochę od niego, wyciągnęła nakoniec szydełko z roboty i poruszając prędko wskazującym palcem, zaczęła robić oczka jedno za drugiem z białej bawełny, lśniącej się w świetle lampy, przyczem piękna, cienka jej ręka, nerwowo poczęła się poruszać w obszytym koronką rękawie.
— Więc cóż? gdzie spotkałeś się z Aleksiejem Aleksandrowiczem? — zapytała nagle zmienionym głosem.
— Spotkaliśmy się we drzwiach.
— I on ukłonił ci się jednak?
Anna wyciągnęła twarz i zmrużywszy do połowy oczy, zmieniła prędko wyraz twarzy, złożyła ręce i Wroński, zauważywszy na jej pięknem obliczu ten sam wyraz, z jakim ukłonił mu się Aleksiej Aleksandrowicz, uśmiechnął się, a ona roześmiała się swym miłym, serdecznym śmiechem, który stanowił jeden z jej uroków.
— Ja go stanowczo nie pojmuję — rzekł Wroński. — Gdyby po rozmowie, jaką mieliście wracając z wyścigów, był zerwał z tobą, a mnie wyzwał na pojedynek... rozumiałbym, ale nie pojmuję, w jaki sposób może on znosić takie położenie? A widać po nim, że cierpi.
— On? — z pogardliwym uśmiechem zapytała Anna — jemu jest z tem bardzo dobrze...
— Po co nas tyle męczy się, kiedy nam wszystkim mogłoby być bardzo dobrze?
— On jeden tylko nie męczy się. Czyż ja go nie znam?... jego, i tego kłamstwa, którem cały przesiąkł?... Czyż można, czując cobądż, żyć z kimś pod jednym dachem, jak on żyje ze mną? Na niego nic nie działa, nic mu nie trafia do przekonania. Czyż człowiek, na którym cobądż jest w stanie wywrzeć wrażenie, mógłby mieszkać w jednym domu z występną żoną? Czy mógłby rozmawiać z nią i mówić jej ty?
I Anna znowu, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła naśladować męża: „Ty, ma chère, Anna, ty Anno!“
— To nie mężczyzna, nie człowiek, to, manekin! Nikt tego nie wie, lecz ja wiem. Gdybym ja była na jego miejscu, dawno już bym zbiła, porwała na drobne kawałki taką jak ja żonę, a nie mówiłabym jej: ty, ma chère, Anna! To nie człowiek, to ministeryalna maszyna; on nie rozumie tego, że jest mi obcym, że mi zawadza... ale nie mówmy już o tem więcej!...
— Niemasz racyi, moja kochana — rzekł Wroński, usiłując uspokoić ją — a zresztą wszystko jedno, nie będziemy już o tem mówili. Powiedz mi lepiej, coś porabiała przez ten czas? Co u ciebie słychać? Na co chorujesz i co ci doktor powiedział?
Anna patrzała na niego z zadowoleniem, pełnem ironii. Widać było, że wynalazła w swym mężu nowe potworne strony i czekała tylko na odpowiednią chwilę, aby znów zacząć mówić o nich.
Wroński jednak mówił w dalszym ciągu:
— Domyślam się, że to nie żadna choroba, lecz twój stan obecny. Kiedyż to nastąpi?
Z ust Anny znikł ironiczny uśmiech, a miejsce jego zajął inny, pełen smutku i zadumy.
— Już wkrótce. Mówisz, że położenie nasze jest przykrem i że należy nam wycofać się z niego. Gdybyś wiedział, jak ono mi cięży, co ja bym dała za to, aby móc śmiało i bez żadnej przeszkody kochać cię! I ja bym nie mordowała się i nie męczyłabym ciebie swą zazdrością; a zdaje się, że to nastąpi już prędko, ale inaczej, niż my przypuszczamy.
I na myśl o tem, jak to nastąpi, Anna wydała się samej sobie do tego stopnia godną litości, że łzy zakręciły się jej w oczach i nie mogła mówić; po chwili położyła na rękawie Wrońskiego swą białą rękę, błyszczącą w świetle lampy nadzwyczajną białością i kosztownymi pierścieniami.
— To się nie stanie tak, jak nam się zdaje. Nie chciałam ci mówić, ale ty sam rozpocząłeś tę rozmowę. Wkrótce już wszystko rozstrzygnie się, my wszyscy odzyskamy spokój i nie będziemy już cierpieć.
— Nie rozumiem cię.
— Pytałeś się, kiedy? — Wkrótce! ja nie przeżyję tego... nie przerywaj mi! — i Anna poczęła prędko mówić — wiem o tem i wiem napewno. Umrę i cieszę się z tego nadzwyczaj, że umrę i wybawię siebie i was.
Łzy popłynęły jej po policzkach; Wroński pochylił się nad jej ręką i począł ją całować, chcąc ukryć swe pomieszanie, które, jak wiedział, było bezpodstawnem, lecz którego nie mógł przezwyciężyć.
— Tak, tak — mówiła, ściskając go mocno za rękę — to jedno, jedno tylko pozostało nam...
Wroński opamiętał się i podniósł głowę.
— Co za głupstwa! Opowiadasz rzeczy, nie mające najmniejszego sensu.
— Nie, to jest prawda.
— Co takiego?
— To, że ja umrę... miałam sen...
— Sen? — powtórzył Wroński i w jednej chwili przypomniał sobie chłopa, jaki mu się śnił nad wieczorem.
— Tak, sen... — odparła — miałam go już dawno; śniło mi się, że wbiegłam do sypialnego pokoju, aby wziąć jakąś potrzebną mi rzecz, jak to czasami bywa we śnie — mówiła z przestrachem, otwierając szeroko oczy — i widzę, że tam w kącie coś stoi...
— Głupstwo! jakżeż można wierzyć...
Lecz Anna nie dawała sobie przerywać, gdyż przywiązywała zbyt wielką wagę do tego, co chciała powiedzieć...
— I to coś odwróciło się i ujrzałam chłopa z potarganą brodą, małego, lecz bardzo strasznego. Chciałam uciekać, lecz on pochylił się nad workiem i grzebał w nim rękoma...
Anna pokazała jak chłop grzebał; przerażenie malowało się na jej twarzy.
Wroński przypominając sobie swój sen, uczuł również, że ogarnia go przestrach.
— Grzebie rękoma i prędko, prędko mówi po francusku: Il fant le battre le fer, le broyer, le pétrir... Ja z przerażenia chciałam się obudzić i obudziłam się, lecz śniłam w dalszym ciągu. I poczęłam pytać się samej siebie, co to ma znaczyć? a Korniej odpowiada mi: „podczas połogu umrzesz, podczas połogu“... i ja obudziłam się...
— Głupstwo, głupstwo... — powtarzał Wroński, czując jednak, że przekonywania jego nie są szczere.
— Lecz nie mówmy już o tem. Zadzwoń, to każe podawać herbatę. — Poczekaj trochę, a ja...
I nagle Anna przestała mówić; twarz jej zmieniła się w mgnieniu oka. Przerażenie i znękanie ustąpiło miejsca cichemu, poważnemu i pełnemu zachwytu skupieniu uwagi. Wroński nie mógł pojąć powodu tej zmiany; Anna poczuła w sobie drganie nowego życia.

IV.

Aleksiej Aleksandrowicz wsiadłszy do karety po spotkaniu się z Wrońskim, pojechał tak, jak miał zamiar, na włoską operę. Był tam przez dwa akty i widział się ze wszystkimi, z kim potrzebował się zobaczyć. Wróciwszy do domu, spojrzał bacznie na wieszadło i zauważywszy, że nie było na niem wojskowego szynelu, udał się, jak zwykle, do swego gabinetu, lecz wbrew długoletniemu przyzwyczajeniu, chodził wzdłuż i wszerz gabinetu aż do godziny 3. w nocy. Uczucie gniewu na żonę, która nie chcąc krępować się i spełniać jedynego postawionego jej warunku — nieprzyjmowania Wrońskiego — nie dawało mu pokoju. Żona nie spełniła jego żądania, więc on powinien ukarać ją i spełnić swą pogróżkę, zażądać rozwodu i odebrać syna. Aleksiejowi Aleksandrowiczowi były znane wszelkie trudności, połączone ze sprawą rozwodową, ponieważ jednak powiedział, iż to zrobi, powinien więc teraz spełnić swą groźbę. Hrabina Lidya Iwanowna dawała mu do zrozumienia, iż rozwód będzie nąjwłaściwszem rozwiązaniem całej tej sprawy, i że w ostatnich czasach rozwody stały się tak częstymi, że on ma bezwarunkową możność przezwyciężenia wszystkich formalności. Przykrości zawsze chodzą w parze, a więc i cała sprawa inorodców i oroszania pól gubernii Zarajskiej ściągnęła na Aleksieja Aleksandrowicza takie nieprzyjemności, że w ciągu ostatnich paru dni był ciągle rozdrażnionym do najwyższego stopnia.
Aleksiej Aleksandrowicz nie spał całą noc i gniew jego, wzmagając się nieustannie, stawał się coraz bardziej zaciętym. Aleksiej Aleksandrowicz ubrał się prędko i zdając się nieść pełen kielich gniewu i bojąc się go rozlać i razem z gniewem utracić i energię, która mu była potrzebną do rozmowy z żoną, poszedł do Anny, jak tylko się dowiedział, że już wstała.
Annę, która była zawsze przekonaną, że zna doskonale swego męża, uderzył jednak wygląd męża. Czoło było nachmurzone, a oczy patrzały ponuro przed siebie, unikając jej spojrzenia; usta były mocno i pogardliwie zaciśnięte; w chodzie, w ruchach i w dźwięku głosu była stanowczość i pewność siebie, jakich żona nigdy jeszcze w nim nie widziała. Aleksiej Aleksandrowicz wszedłszy do pokoju, nie przywitał się z żoną, lecz przystąpił odrazu do biurka i wdziawszy klucze, otworzył szufladę.
— Co panu potrzeba?! — zawołała Anna.
— Listów Wrońskiego — odparł.
— Niema ich tutaj — rzekła Anna, usiłując zamknąć szufladę, lecz Aleksiej Aleksandrowicz, widząc pośpiech z jakim to chciała uczynić, nabrał przekonania, że domysł jego jest słusznym, odepchnął wiec żonę i prędko pochwycił tekę, w której, jak wiedział, żona chowała zwykle potrzebne jej papiery. Anna chciała odebrać tekę, lecz Aleksiej Aleksandrowicz nie pozwolił na to.
— Niech pani siądzie, muszę pomówić z panią! — rzekł, kładąc tekę pod pachę i tak mocno przyciskając ją łokciem, że aż wieko otworzyło się.
Anna milczała i z zadziwieniem i bojażnią patrzała na męża.
— Mówiłem pani, że zabraniam jej przyjmować u siebie Wrońskiego.
— Musiałam się z nim zobaczyć, aby...
Anna przestała mówić, gdyż nie mogła na razie wymyśleć żadnej wymówki.
— Nie wchodzę w szczegóły, dla których kobiecie może być potrzebnem widzenie się z...
— Ja chciałam, ja tylko... — rumieniąc się, rzekła Anna; impertynencye męża rozdrażniały ją tylko i dodawały odwagi. — Czyż pan nie widzi tego, że panu łatwo obrażać mnie? — zapytała.
— Obrażać można tylko uczciwego człowieka i uczciwą kobietę, lecz mówić złodziejowi, że jest złodziejem, to tylko la constatation d’un fait.
— Tej nowej dla mnie cechy pańskiego charakteru, okrucieństwa, nie znałam jeszcze w panu.
— Pani nazywa okrucieństwem, gdy mąż pozostawia żonie swobodę, gdy daje jej miejsce w uczciwym domu, a w zamian wymaga od niej tylko, aby była łaskawą zachowywać pozory przyzwoitości. Czyż to jest okrucieństwo?
— To gorzej niż okrucieństwo, to podłość, jeśli pan życzy sobie wiedzieć! — zawołała Anna, wybuchła gniewem i wstając z krzesła, chciała wyjść z pokoju.
— Nie! — krzyknął Aleksiej Aleksandrowicz swym piskliwym głosem, podniesionym o jedną nutę wyżej niż zwykle, i ujmując swymi dużymi palcami tak mocno jej rękę, że aż czerwona pręga pokazała się od bransoletki, którą nacisnął, posadził żonę gwałtem na krześle.
— Podłość? Pragnie pani używać tego wyrazu, to niech pani wie, że podłością jest rzucać męża i syna dla kogoś tam i jeść chleb męża...
Anna pochyliła głowę; nietylko, że nie powiedziała tego, co mówiła wczoraj Wrońskiemu, ale nawet nie pomyślała tego, gdyż widziała całą słuszność słów męża, odpowiedziała więc tylko po cichu:
— Niema pan pojęcia, do jakiego stopnia położenie moje jest przykrem, ja jedna tylko wiem o tem najlepiej; ale czemu pan mi to mówi?
— Dlaczego ja to mówię, dlaczego? — ciągnął Aleksiej Aleksandrowicz gniewnie — dlatego, żeby pani wiedziała, że ponieważ nie zastosowałaś się do mych życzeń i nie raczy pani zachowywać najmniejszych pozorów przyzwoitości, ja przedsięwezmę odpowiednie kroki, aby raz już skończyć z tem wszystkiem.
— Niezadługo skończy się i bez tego — rzekła Anna, i znowu łzy zakręciły się jej w oczach na myśl o bliskiej, a pożądanej obecnie śmierci.
— Skończy się prędzej, nim oboje przypuszczacie! Tak, pani pamięta tylko o sobie!... Cierpienia zaś człowieka, który był mężem pani, nic panią nie obchodzą, i nie wywiera to na pani żadnego wrażenia, że życie jego całe jest złamane i że on tyle cierpiał... Aleksiej Aleksandrowicz mówił tak prędko, że zająknął się i w żaden sposób nie mógł wymówić tego ostatniego wyrazu i przekręcił go zupełnie. Annę rozśmieszyło to, zawstydziła się jednak natychmiast, iż w takiej chwili co bądź może się jej wdawać śmiesznem i po raz pierwszy postawiła się w położeniu męża, i żal jej się stało Aleksieja Aleksandrowicza. Cóż jednak mogła rzec lub uczynić? Pochyliła głowę i milczała. Aleksiej Aleksandrowicz również pomilczał czas jakiś, poczem zaczął znowu mówić już nie takim piskliwym ale obojętnym głosem, przyczem kładł nacisk na pierwsze lepsze wyrazy, niemające szczególnego znaczenia.
— Przyszedłem oznajmić pani — rzekł...
Anna spojrzała na niego.
„Nie, to mi się tylko zdawało“ — pomyślała, przypominając sobie wyraz jego twarzy, gdy zająknął się i niemógł wymówić słowa przecierpiał — „bo doprawdy czyż może człowiek z takiemi mętnemi oczyma, z takim niewzruszonym spokojem, myśleć lub odczuwać cokolwiek?“
— Ja nie mogę nic zmienić — szeptała.
— Przyszedłem oznajmić pani, że wyjeżdżam jutro do Moskwy i że nie powrócę więcej do tego domu, a o raojem postanowieniu będzie mieć pani wiadomość od adwokata, któremu oddam sprawę rozwodową. Syna zaś mego umieszczę u mojej siostry — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, przypominając sobie z wysiłkiem, co chciał powiedzieć o synu.
— Sieroża potrzebnym jest panu, aby wyrządzić mi przykrość — odrzekła Anna, patrząc ponuro na męża. — Pan nie kocha go... Niech mi pan zostawi Sierożę!...
— W istocie, wobec tego straciłem miłość nawet względem syna, gdyż i z nim połączony jest wstręt, jaki mam dla pani; w każdym jednak razie zabieram go. — A teraz żegnam panią!
I Aleksiej Aleksandrowicz chciał odejść, lecz Anna zatrzymała go.
— Aleksieju Aleksandrowiczu, zostaw mi pan Sierożę! — szepnęła raz jeszcze. — Niemam już nic więcej do powiedzenia... zostaw pan tylko Sierożę do mojej... ja niezadługo... niech go pan zostawi!...

Aleksiej Aleksandrowicz zżymnął się i nic więcej nie mówiąc uwolnił swą rękę z jej dłoni i wyszedł z pokoju.

V.

Gdy Aleksiej Aleksandrowicz wszedł do poczekalni znakomitego petersburskiego adwokata, zastał w niej parę osób, pomiędzy któremi były trzy panie: staruszka, młoda kobieta i kupcowa, oraz trzech panów: jeden, bankier niemiec z pierścieniem na palcu; drugi, bogaty kupiec, i trzeci, jakiś urzędnik w złym humorze, ubrany w wice-mundur i z orderem na szyi. Klienci widocznie od dłuższego już czasu czekali na przyjście adwokata. Dwaj pomocnicy, skrzypiąc piórami, pisali przy biurkach. Pióra, ołówki, kałamarze, na które Aleksiej Aleksandrowicz, jako amator, zwrócił odrazu uwagę, były niezwykle ładne; Aleksiej Aleksandrowicz nie mógł nie spostrzedz tego. Jeden z dependentów, nie wstając, skrzywił się i nie zbyt grzecznie zwrócił się do Aleksieja Aleksandrowicza.
— Co panu potrzeba?
— Mam interes do adwokata.
— Adwokat obecnie zajęty — odparł niechętnie pomocnik i wskazując piórem na oczekujących, wziął się znowu do pisania.
— Ale czy nie mógłbyy obecnie znaleźć trochę czasu? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz.
— Nie może znaleźć wcale czasu, gdyż zawsze jest zajętym; zechce pan poczekać.
— Może pan będzie łaskaw oddać mu mój bilet wizytowy... — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, widząc konieczność zdradzenia swego incognito.
Pomocnik wziął bilet, którego treść nie wywarła na nim żadnego wrażenia i zniknął za drzwiami.
Aleksiej Aleksandrowicz w zasadzie był zwolennikiem jawnych sądów, lecz niezupełnie sprzyjał niektórym szczegółom zastosowywania ich, a to z wiadomych sobie wyższych służbowych powodów, krytykował je więc, o ile w ogóle był w stanie krytykować cobądź, co zostało najwyżej zatwierdzonem. Aleksiej Aleksandrowicz spędził całe życie na urzędowaniu w administracyi i dlatego, gdy czemukolwiek niezupełnie sprzyjał, to niesprzyjanie to łagodził tem, że uznawał konieczność błędów i możność naprawiania ich. W nowych sądowych instytucyach nie trafiały do przekonania jego warunki, w jakich znajdowała się adwokatura. Dotąd jednak nie miał nigdy żadnej styczności z nią i dlatego ganił tylko z teoretycznego punktu widzenia, obecnie jednak niezadowolenie to powiększyło się jeszcze bardziej wskutek nieprzyjemnego wrażenia, jakie wywarła na nim poczekalnia adwokata.
— W tej chwili wyjdzie — rzekł dependent i w rzeczy samej po upływie dwóch minut pokazała się we drzwiach długa postać starego prawnika, naradzającego się z adwokatem i postać samego adwokata.
Adwokat był to mały, łysy, barczysty człowiek, z ciemną rudawą brodą, jasnemi długiemi brwiami i pochyłem czołem. Ubrany był modnie; wszystko było na nim wykwintne, ale niegustowne, poczynając od krawatu i podwójnej dewizki, kończąc na lakierowanych kamaszkach. Twarz była rozumna, chłopska, ubranie strojne ale bez gustu.
— Służę panu — rzekł adwokat, zwracając się ku Aleksiejowi Aleksandrowiczowi i puszczając go przed sobą, zamknął drzwi.
— Niech pan będzie łaskaw — i wskazał fotel, stojący koło biurka założonego papierami, a sam usiadł na głównem miejscu, pocierając małe ręce, o palcach krótkich, obrośnięte białymi włosami, i pochylając na bok głowę. W chwili jednak, gdy adwokat usadowił się, przeleciał mól. Adwokat z prędkością, jakiej nie można się było spodziewać po nim, złapał mola i znów zajął poprzednie miejsce.
Zanim zacznę mówić z panem o mojej sprawie — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, spoglądając ze zdumieniem na ruchy adwokata — muszę uprzedzić pana, że sprawa, którą mu wyłożę, powinna pozostać tajemnicą.
Zaledwie dostrzegalny uśmiech przemknął po ustach adwokata i poruszył rudawe wąsy, zwieszające się nad wargami.
— Nie byłbym adwokatem, gdybym nie był w stanie zachować powierzonej mi tajemnicy. Jeśli pan jednak życzy sobie...
— Nazwisko moje wiadomem jest panu? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz.
— Jest mi wiadomem, jak również i pańska pożyteczna działalność — i znów złapał mola — którą zna każdy Rosyanin — rzekł adwokat, schylając się na krześle.
Aleksiej Aleksandrowicz westchnął, zbierając się na odwagę; lecz raz już zdecydowawszy się, mówił dalej swym piskliwym głosem, nie zająkując się i kładąc nacisk na niektóre wyrazy:
— Mam nieszczęście — zaczął Aleksiej Aleksandrowicz — być zdradzanym mężem, i pragnę drogą prawną rozerwać swój związek z żoną, to jest uzyskać rozwód, ale chciałbym to uczynić w taki sposób, aby syn nie pozostał się przy matce.
Szare oczy adwokata usiłowały nie śmiać się, podskakiwały jednak z radości, której adwokat nie umiał ukryć i Aleksiej Aleksandrowicz widział, że to była nietylko radość człowieka, który ma otrzymać korzystne zamówienie na swoją pracę, lecz, że był tu tryumf i zachwyt, był blask, podobny do tego złowieszczego blasku, jaki Aleksiej Aleksandrowicz widywał w oczach żony.
— Życzy pan sobie, abym dopomógł mu do uzyskania rozwodu?
— Tak, lecz muszę uprzedzić pana, że narażam się na nadużywanie pańskiej uprzejmości; przyszedłem tylko naradzić się poprzednio z panem. Pragnę rozwodu, lecz chodzi mi bardzo o sposób, w jaki go można otrzymać. Bardzo być może, że jeśli sposób ten nie będzie się zgadzał z memi wymaganiami, to będę musiał wyrzec się pomocy prawa.
— Będzie pan mógł to zrobić w każdej chwili — odparł adwokat — zależy to tylko od pana.
Adwokat spuścił oczy na nogi Aleksieja Aleksandrowicza, czując, że klient może się obrazić na widok radości, której nie był w stanie powstrzymać, i znowu spojrzał na mola, przelatującego właśnie przed nosem klienta i chciał go złapać, czego nie uczynił jednak przez wzgląd na Aleksieja Aleksandrowicza, którego musiałby poruszyć z miejsca.
— Chociaż obowiązujące pod tym względem przepisy prawa są mi znane w ogólnych zarysach — mówił Aleksiej Aleksandrowicz — pragnąłbym jednak wiedzieć, jakie kroki bywają stosowane w praktyce, w sprawach tego rodzaju.
— Życzy pan sobie — odparł adwokat, nie podnosząc wzroku i z widoczną przyjemnością, natrafiwszy na ton swego klienta — abym zaznajomił go ze wszystkimi sposobami, które mogą ułatwić spełnienie się jego życzeń?
Na potwierdzające skinienie głowy Aleksieja Aleksandrowicza, adwokat zaczął mówić, od czasu do czasu tylko spoglądając przelotnie na twarz swego klienta, na której wystąpiły czerwone plamy.
— Według naszych praw — rzekł adwokat z lekkim odcieniem niechęci ku naszym prawom — rozwód, jak panu wiadomo, możebnym jest w następujących wypadkach: Zaczekać! — zwrócił się do pomocnika, który wsunął głowę w otwarte do połowy drzwi, wstał jednak, rzekł mu parę słów i znów usiadł — w następujących wypadkach: fizyczne wady małżonków, pięcioletnia nieobecność, jeżeli miejsce pobytu nieobecnego małżonka jest niewiadomem — mówił, zaginając obrośnięty włosami krótki palec — potem wiarołomstwo... — wyraz ten wymówił z widocznem zadowoleniem. — Poddziały są następujące (adwokat w dalszym ciągu zaginał swe grube palce, chociaż główne przyczyny i ich poddziały nie mogły oczywiście być klasyfikowane razem): fizyczne wady męża lub żony, a następnie wiarołomstwo męża lub żony... — Ponieważ wszystkie palce wyczerpały się, adwokat rozgiął je i mówił w dalszym ciągu — tak się sprawa przedstawia z teoretycznego punktu widzenia; przypuszczam jednak, że pan czyniąc mi zaszczyt i zwracając się do mnie, chce dowiedzieć się i o środkach, stosowanych w praktyce. Dlatego też, kierując się antecedentami, muszę wyjaśnić, że wypadki rozwodów zależą wyłącznie od tych ostatnich. Bo braków fizycznych, o ile mogę przypuszczać, niema, jak również i nieobecności jednego z małżonków?...
Aleksiej Aleksandrowicz skinął twierdząco głową:
— A zatem pozostaje wiarołomstwo jednego z małżonków i dowiedzenie tego czynu występnej stronie za jej zgodą, lub mimo jej zgody. Muszę jednak uprzedzić pana, że ostatni wypadek w praktyce rzadko znajduje zastosowanie — rzekł adwokat, i bystro spojrzawszy na Aleksieja Aleksandrowicza, zamilkł, jak sprzedający pistolety, który opowiedziawszy o różnych zaletach broni, czeka na wybór, jaki kupujący zechce uczynić. Lecz Aleksiej Aleksandrowicz nic nie odpowiadał i dlatego adwokat mówił dalej. — Ja uważam za środek najzwyklejszy, najprostszy i najrozumniejszy, wykazanie wiarołomstwa, za obopólną zgodą. Nie pozwoliłbym sobie wyrażać się w ten sposób, gdybym mówił z człowiekiem mało rozwiniętym — rzekł adwokat — lecz przypuszczam, że pan to rozumie.
Lecz Aleksiej Aleksandrowicz był wzruszonym do tego stopnia, że nie odrazu pojął, i w roztargnionem spojrzeniu jego odbiła się niepewność; adwokat jednak dopomógł mu natychmiast:
— Dwoje ludzi nie może dłużej żyć razem, jest to fakt. Jeśli oboje godzą się na to, to szczegóły i formalności schodzą na drugi plan, a wtedy jest to najprostszy i najpewniejszy środek.
Aleksiej Aleksandrowicz zrozumiał już teraz zupełnie, lecz miał pewne skrupuły, które nie pozwalały na użycie środków tego rodzaju.
— Środek ten nie da się zastosować w tym wypadku — rzekł — tutaj można zrobić jedno tylko: dowieść winy listami, będącymi w mem posiadaniu.
Na wspomnienie o listach adwokat zacisnął wargi i wydał przeciągły, współczujący i pogardliwy dźwięk.
— Widzi pan — zaczął — sprawy tego rodzaju, jak panu wiadomo, bywają rozstrzygane przez władze duchowne, ojcowie zaś protopopi w sprawach tego rodzaju są ogromnymi amatorami najdrobniejszych szczegółów — rzekł z uśmiechem, który dowodził, że współczuje z amatorstwem ojców protopopów. — Listy mogą bezwątpienia dopomóc nam, dowody jednak muszą być zebrane drogą, któraby wykluczała wszelakie wątpliwości, to jest zeznaniami świadków. W ogóle, jeśli zrobi mi pan zaszczyt i obdarzy mnie swem zaufaniem, to będę prosił o pozostawienie mi wyboru w środkach, jakich użyć należy. Kto życzy sobie jakiegobądź rezultatu, musi zgodzić się i na środki.
— Jeśli tak... — rzekł Aleksiej Aleksandrowicz, pobladłszy nagle, lecz adwokat wstał prędko i znowu podszedł ku drzwiom, by rozmówić się z pomocnikiem, który przerwał mu na chwilę konferencyę.
— Powiedz jej pan, że my nie jesteśmy przekupkami! — rzekł i powrócił do Aleksiej a Aleksandrowicza.
Wracając na swoje miejsce, złapał jeszcze jednego mola i marszcząc się pomyślał: „ładnie w lecie będzie wyglądał mój ryps!“
— Więc pan był łaskaw powiedzieć... — zwrócił się do Aleksieja Aleksandrowicza.
— Decyzyę moją zakomunikuję panu listownie — odparł Aleksiej Aleksandrowicz, wstając i opierając się o stół; postał tak czas jakiś, poczem odezwał się — że słów pana wnoszę zatem, że przeprowadzenie rozwodu jest możebnem... prosił bym pana również zapoznać mnie ze swymi warunkami.
— Wszystko jest możebne, jeśli pan pozostawi mi zupełną swobodę działania — rzekł adwokat, nie odpowiadając wprost na pytanie. — Na kiedy mogę liczyć, że otrzymam pańską odpowiedź? — zapytał, posuwając się ku drzwiom i świecąc oczyma i lakierkami.
— Za tydzień najdalej. Odpowiedź zaś swoją, czy pan zechce przyjąć na siebie prowadzenie tej sprawy i na jakich mianowicie warunkach, będzie pan łaskaw zakomunikować mi.
— Dobrze.
Adwokat skłonił się z szacunkiem, otworzył klientowi drzwi i pozostawszy w swym pokoju, oddał się radości, jaka go ogarnęła. Zrobiło mu się tak wesoło, że naprzekór swym zasadom, uczynił ustępstwo targującej się damie i przestał łapać mole, zdecydowawszy się ostatecznie, że trzeba będzie obić meble aksamitem, tak jak u Sigonina

VI.

Aleksiej Aleksandrowicz odniósł świetne zwycięstwo na i posiedzeniu komisyi z dnia 17. sierpnia, lecz wyniki tego zwycięstwa zachwiały go. Nowa komisya, wyznaczona dla wszechstronnego zbadania bytu inorodców, utworzyła się i udała się w drogę z nadzwyczajną prędkością, do czego przynaglał ją Aleksiej Aleksandrowicz. W ciągu trzech miesięcy ułożono sprawozdanie; byt inorodców został zbadanym i pod względem politycznym, administracyjnym, ekonomicznym, etnograficznym, materyalnym i religijnym. Na wszystkie zapytania zostały dane najbardziej wyczerpujące odpowiedzi, nie mogące ulegać żadnej wątpliwości, ponieważ nie były one wytworem ludzkiej myśli, ulegającej zawsze omyłkom, lecz owocem urzędowej działalności. Wszystkie odpowiedzi były rezultatem oficyalnych danych, raportów gubernatorów i archierejów, osnutych na raportach naczelników powiatów i dziekanów, które znów ze swej strony opierały się na raportach urzędów gminnych i parafialnych, a zatem wszystkie te odpowiedzi nie mogły ulegać najmniejszej wątpliwości.
Wszelakie pytania, jak naprzykład, dlaczego zdarzają się nieurodzaje, dlaczego mieszkańcy nie porzucają swych zabobonów i t. p., pytania, które bez pomocy machiny urzędowej nie dają się rozwiązywać i przez wieki całe rozwiązanemi być nie mogą, zostały rozwiązane nadzwyczaj jasno i szczegółowo. Odpowiedź dowiodła, że słuszność była po stronie Aleksieja Aleksandrowicza; lecz Stremow, który na ostatniem posiedzeniu uczuł się zadraśniętym do żywego, dowiedziawszy się o raporcie komisyi, użył fortelu, jakiego Aleksiej Aleksandrowicz nie spodziewał się zgoła. Stremow, pociągnąwszy za sobą niektórych członków, przeszedł nagle na stronę Aleksieja Aleksandrowicza, i nietylko, że począł gorąco bronić środków, których zastosowania żądał Karenin, lecz nawet zaproponował parę nowych w tym samym duchu. Środki te jeszcze radykalniejsze, niż przeprowadzone przez Aleksieja Aleksandrowicza, zostały przyjęte i wtedy dopiero wyszła na jaw taktyka Stremowa, gdyż powyższe środki, doprowadzone do ostateczności, okazały się nagle do tego stopnia głupimi, że i dygnitarze, i mądre damy, i gazety, jednem słowem wszyscy, oburzyli się na nie, wyrażając swą niechęć i ku nim, i ku ich duchowemu ojcu, Aleksiejowi Aleksandrowiczowi. Stremow zaś cofnął się, udając, że stosował się tylko ślepo do planów Karenina i że teraz sam dziwi się i nie pochwala tego co się stało. To zajście podcięło Aleksieja Aleksandrowicza. Lecz pomimo nadwerężonego zdrowia, pomimo domowych kłopotów, Aleksiej Aleksandrowicz nie ulegał. W komisyi rozpoczęły się rozterki. Jedni z członków, ze Stremowym na czele, usprawiedliwiali swój błąd tem, że uwierzyli komisyi rewizyjnej, której przewodniczył Aleksiej Aleksandrowicz, i która złożyła raport, i mówili, że cały ten raport jest tylko stekiem głupstw i marnowaniem papieru. Aleksiej Aleksandrowicz z partyą ludzi, którzy widzieli niebezpieczeństwo w takim rewolucyjnym poglądzie na kancelaryjne załatwianie spraw, bronił rezultatów, do jakich doszła komisy a rewizyjna. Wskutek tego w wyższych sferach, a nawet i w salonach wszystko poplątało się i chociaż wszyscy interesowali się tą sprawą, nikt nie mógł wyrobić sobie jasnego poglądu, czy inorodcy w istocie znajdują się w rozpaczliwem położeniu i giną z nędzy, czy też przeciwnie stan ich jest kwitnącym. Położenie Aleksieja Aleksandrowicza wskutek powyższych okoliczności, a potrochu wskutek lekceważenia, z jakiem z powodu zdrady żony, zaczęto spoglądać na niego, zachwiało się mocno. Aleksiej Aleksandrowicz zdecydował się na ryzykowny krok: ku wielkiemu zadziwieniu komisy i oświadczył, że prosić będzie o pozwolenie pojechania i zbadania na miejscu całej sprawy. Uzyskawszy; żądane pozwolenie Aleksiej Aleksandrowicz udał się do odległych gubernii.
Wyjazd Aleksieja Aleksandrowicza narobił dużo hałasu, tembardziej, że wyjeżdżając zwrócił przy urzędowej odezwie pieniądze na drogę, które dostał na dwanaście koni aż do miejsca przeznaczenia.
— Mojem zdaniem Aleksiej Aleksandrowicz postąpił bardzo szlachetnie — zauważyła Betsy w rozmowie z księżną Miahką — po co ma brać na konie pocztowe, kiedy pojedzie koleją.
Lecz księżna Miahka była innego zdania i słowa księżnej Twerskiej rozdrażniły ją nawet.
— Łatwo pani tak mówić — odparła — gdy pani ma I Bóg wie ile milionów, a ja cieszę się bardzo, gdy mąż mój jedzie latem na rewizyę. On lubi się przejechać i idzie mu to na zdrowie, a ja tak się zawsze urządzam, że trzymam sobie za te pieniądze konie i stangreta.
Aleksiej Aleksandrowicz zatrzymał się po drodze na trzy dni w Moskwie.
Na drugi dzień po przyjeździe pojechał z wizytą do jenerał-gubernatora. Na rogu Gazetnego zaułku, gdzie zawsze jest tłum powozów i przechodniów, Aleksiej Aleksandrowicz usłyszał nagle swe nazwisko, wywołane tak głośno i wesoło, że nie mógł nie obejrzyć się.
Na rogu chodnika, w krótkim, modnym paltocie, w niskim, nowego fasonu kapeluszu na bakier, błyszcząc białymi zębami między czerwonemi wargami, wesoły, młody i promieniejący, stał Stepan Arkadjewicz, głośno wołając Karenina i jedną ręką trzymał się za okno karety, z której wysuwała się kobieca głowa w aksamitnym kapeluszu i dwie dziecinne główki. Stepan Arkadjewicz uśmiechał się i kiwał ręką na szwagra, dama uśmiechała się również i ruchem ręki przywoływała Aleksieja Aleksandrowicza; była to Dolly z dziećmi.
Aleksiej Aleksandrowicz nie życzył sobie widzieć się z nikim w Moskwie, a najmniej z bratem swej żony, skłonił się więc kapeluszem i chciał jechać dalej, lecz Stepan Arkadjewicz kazał jego furmanowi zatrzymać konie i pobiegł przez śnieg do karety szwagra.
— Ależ to zbrodnia nie dać nam znać! Dawnoś przyjechał? Byłem wczoraj u Dussot’a, i widzę w sieni na liście przyjezdnych „Karenin“, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, abyś to ty był! — mówił Stepan Arkadjewicz, wsuwając głowę w okno karety — byłbym przecież zaszedł do ciebie. Bardzo dobrze, żeśmy się spotkali! — mówił Stepan Arkadjewicz, uderzając nogą o nogę, otrząsając śnieg z butów. — Doprawdy, to zbrodnia nie dać mi znać — powtórzył.
— Nie miałem czasu, jestem bardzo zajęty — odpowiedział ozięble Aleksiej Aleksandrowicz.
— Chodźmy do mojej żony; pragnie zobaczyć się z tobą!
Aleksiej Aleksandrowicz zdjął pled, okrywający mu nogi i wyszedłszy z karety, dostał się po śniegu do Daryi Aleksandrówny.
— Cóż to Aleksieju Aleksandrowiczu, taki pan na nas nie łaskaw? — zapytała Dolly z uśmiechem.
— Byłem bardzo zajęty. Przyjemnie mi, że widzę się z panią — odparł Aleksiej Aleksandrowicz, ale takim tonem, że widać było, iż spotkanie to sprawia mu przykrość. — Jak zdrowie pani?
— Cóż tam porabia moja kochana Anna?
Aleksiej Aleksandrowicz coś odburknął i chciał odejść, lecz Stepan Arkadjewicz zatrzymał go.
— A wiecie państwo, co my zrobimy jutro? Dolly, proś go na obiad! Zaprosimy Koznyszewa i Piescowa, aby go ugościć moskiewską inteligencyą...
— Niech więc pan będzie łaskaw przyjechać — rzekła Dolly — będziemy czekać na pana między piątą a szóstą. Ale nic mi pan nie mówi o mojej kochanej Annie? Już tak dawno...
— Zdrowa... — mruknął niechętnie Aleksiej Aleksandrowicz — bardzo mi przyjemnie! — i Aleksiej Aleksandrowicz cofnął się ku swojej karecie.
— Przyjdzie pan? — zawołała Dolly i nie dosłyszała odpowiedzi Karenina z powodu turkotu ekwipaży.
— Jutro zajdę do ciebie! — krzyknął za nim Stepan Arkadjewicz.
Aleksiej Aleksiejewicz siadł do karety i wsunął się w sam kąt, aby nie widzieć nikogo i nie być przez nikogo widzianym.
— Dziwak! — odezwał się Stepan Arkadjewicz do żony i spojrzawszy na zegarek, machnął przed twarzą ręką, co miało oznaczać czułe pożegnanie z żoną i z dziećmi, i uśmiechając się rozkosznie, wmięszał się w tłum przechodniów.
— Stiwa! Stiwa! — zawołała Dolly, rumieniąc się.
Stepan Arkadjewicz odwrócił się.
— Muszę przecie kupić paltoty dla Tani i Gryszy... dajże mi pieniędzy!

— Nic nie szkodzi, powiedz, że ja oddam! — i zniknął w tłumie, wesoło kiwnąwszy głową przejeżdżającemu znajomemu.

VII.

Nazajutrz wypadła niedziela. Stepan Arkadjewicz zajechał na chwilę do Wielkiego Teatru na próbę baletu i oddał Maszy Czybisowej, ładniutkiej baletnicy, którą niedawno przyjęto za jego protekcyą, obiecany jej koralowy naszyjnik i zâ kulisami w dziennym półmroku zdążył pocałować jej ładną twarzyczkę, promieniejącą uśmiechem radości z odebranego podarunku. Stepan Arkadjewicz był dzisiaj na próbie nietylko aby oddać Maszy korale, ale aby umówić się z nią również o schadzkę po przedstawieniu; oznajmiwszy jej, że nie będzie mógł być na balecie od samego początku, obiecał, że przyjedzie przed ostatnim aktem, i że ją zawiezie na kolącyę. Z teatru Stepan Arkadjewicz pojechał na targ, wybrał osobiście ryby i szparagi na obiad, a o dwunastej był już u Dussôt’a, gdzie chciał się zobaczyć z trzema znajomymi, którzy, jak na jego szczęście, zatrzymali się w jednym hotelu, a mianowicie: z Lewinem, który przyjechał niedawno z zagranicy, ze swym nowym zwierzchnikiem, który parę dni temu objął swe stanowisko i przyjechał na rewizyę do Moskwy, i ze szwagrem Kareninem, którego chciał koniecznie sprowadzić do siebie na obiad.
Stepan Arkadjewicz lubiał zjeść dobry obiadek, jednak jeszcze bardziej lubiał wydać obiad, niekoniecznie wielki, ale wykwintny i pod względem jedzenia i picia, i pod względem doboru gości. Program dzisiejszego obiadu podobał mu się nadzwyczaj: będą okonie prosto z wody i szparagi, oraz jako piece de résistance doskonały rozbef i odpowiednie wina; to co do jedzenia i picia. A z gości będą Kiti i Lewin, a dla niepoznaki będzie jeszcze kuzynka Dolly i młody Szczerbacki, a jako piece de résistance z gości, Siergiej Koznyszew i Aleksiej Aleksandrowicz; Siergiej Iwanowicz, mieszkaniec Moskwy i filozof, Aleksiej Aleksandrowicz, peterburżanin i człowiek czynu; prócz nich poprosi się jeszcze znanego powszechnie dziwaka, Piescowa, liberała, gadułę, muzyka, historyka i najprzyjemniejszego pięćdziesięcioletniego młodzieńca, który będzie sosem lub garniturem do Koznyszewa i Karenina; on będzie drażnił ich i wyciągał na dysputy.
Kupiec zapłacił drugą ratę za las i pieniądze były, Dolly w ostatnich czasach była bardzo dobra i miła: Stepan Arkadjewicz cieszył się więc na samą myśl o obiedzie i był w różowym humorze; były jednak dwie niezbyt przyjemne okoliczności, lecz obie tonęły w morzu dobrego usposobienia, falującem w duszy Stepana Arkadjewicza. Okoliczności te były następujące: po pierwsze, że spotkawszy wczoraj na ulicy Aleksieja Aleksandrowicza, Stepan Arkadjewicz zauważył, iż ten usiłował trzymać się zdała od niego; zważywszy zaś zachowanie się Aleksieja Aleksandrowicza, i to, że nie był u niego i że nie dał znać o swym przyjeździe, oraz to, co mówiono o Annie i Wrońskim, Stepan Arkadjewicz wywnioskował, że stosunki pomiędzy mężem a żoną nie należą do najlepszych.
To była jedna nieprzyjemność.
Druga zaś polegała na tem, że nowy zwierzchnik, jak zwykle wszyscy nowi zwierzchnicy, z góry już miał opinię strasznego człowieka, wstającego o szóstej rano, pracującego jak koń i wymagającego takiej samej pracy od swych podwładnych. Prócz tego o nowym zwierzchniku mówiono, że jest przykrym w stosunkach i że jest podobno człowiekiem wręcz przeciwnych poglądów, niż poprzedni zwierzchnik i sam Stepan Arkadjewicz. — Wczoraj Stepan Arkadjewicz prezentował się oficyalnie nowemu zwierzchnikowi w pełnym mundurze; nowy zwierzchnik był nadzwyczaj grzecznym i gawędził z Obłońskim, jak z dawnym znajomym; Stepan Arkadjewicz miał więc sobie za obowiązek złożyć mu wizytę w tużurku. Obawa, że nowy naczelnik może przyjąć go ozięble, była tą drugą nieprzyjemną okolicznością, jaka chwilami psuła dobry humor Stepana Arkadjewicza. Instynktownie jednak przeczuwał, że wszystko to jakoś będzie i że będzie bardzo dobrze. „Wszyscy są ludźmi, i wszyscy mają swoje błędy, jak i my; pocóż wiec mamy dąsać się i gniewać?“ — myślał wchodząc do hotelu.
— Jak się miewasz, Wasili — rzekł, idąc przez korytarz w kapeluszu na bakier, spotkawszy znajomego lokaja — zapuściłeś sobie bokobrody? Lewin pod siódmym numerem, co? Zaprowadź mnie... a dowiedz się, czy hrabia Aniczkin[17] przyjmuje?
— Słucham jaśnie pana — odparł z uśmiechem Wasili — pan dawno już nie był łaskaw na nas...
— Byłem wczoraj, ale na innym korytarzu. Czy to siódmy numer?
Lewin stał na środku pokoju, prócz niego był w numerze chłop z pod Tweru, który pomagał mu mierzyć arszynem świeżą skórę niedźwiedzią.
— Zabiłeś? — zawołał Stepan Arkadjewicz — śliczna sztuka! Niedźwiedzica? Jak się miewasz, Archip! — i podawszy rękę chłopu, siadł na fotelu, nie zdejmując paltota i kapelusza.
— Rozbierz się i posiedź trochę! — rzekł Lewin, zdejmując mu kapelusz.
— Dziękuję, ale niemam czasu, wpadłem tylko na sekundę — odparł Stepan Arkadjewicz, rozpiął palto, po chwili jednak zdjął je i przesiedział całą godzinę, rozmawiając z Lewinem o polowaniu i o najróżnorodniejszych rzeczach.
— No, powiedz mi z łaski swojej, coś porabiał za granicą? — zapytał Stepan Arkadjewicz, gdy chłop wyszedł.
— Byłem w Niemczech, w Prusach, we Francyi i w Anglii, nie w stolicach, lecz w fabrycznych miastach, widziałem dużo nowych rzeczy i cieszę się bardzo, żem tam był.
— Wiem o twoich pracach nad poprawą losu biednych robotników.
— Zupełnie nie! W Rosyi nie może być kwestyi robotniczej, jest tylko kwestya, w jakim stosunku powinien stać lud roboczy względem ziemi; kwestya ta istnieje i tam, lecz tam jest usiłowaniem poprawienia tego, co się popsuło, a u nas...
Stepan Arkadjewicz przysłuchiwał się uważnie Lewinowi.
— Tak, tak! — mówił — bardzo być może, że masz i racyę. Dobrze jednak, że jesteś w niezłym humorze, że jeździsz na niedźwiedzie, że pracujesz i że masz zajęcie. Szczerbacki mówił mi, on przecież spotkał się z tobą, żeś wpadł w melancholię i że myślisz tylko o śmierci...
— To i cóż z tego?... nie przestaję myśleć o śmierci — przerwał Lewin. — Co prawda, czas już umierać. Powiem ci szczerze: wszystko tu na świecie próżne; ja cenię pracę i ideę, lecz w rzeczy samej... pomyśl tylko o tem: przecież my wszyscy, to niezmiernie drobna pleśń, jaka wyrosła na naszej malutkiej planecie. A nam się zdaje, że możemy zrobić coś wielkiego, idee, czyny! Są to wszystko, tylko ziarnka piasku...
— Ależ to, mój kochany, są rzeczy stare jak świat.
— Stare... a powiem ci jednak, że gdy zrozumiesz to dokładnie, to wszystko wyda ci się nadzwyczaj błahem. Gdy nabędziesz przeświadczenia, że umrzesz dzisiaj lub jutro i że nic się nie pozostanie po tobie, to wszystko tak ci zmaleje! Ja, naprzykład, uważam swą ideę za nadzwyczaj ważną, a ona, jak się pokazuje, nawet gdy zostanie wykonaną, jest warta akurat tyle, co i ta skóra. Tak też spędzamy i całe życie, starając się zabijać czas polowaniem, pracą, aby tylko nie myśleć o śmierci.
Stepan Arkadjewicz uśmiechnął się życzliwie i słuchał z zajęciem słów Lewina.
— No, rozumie się! Widzisz, że i ty ostatecznie przyznajesz się, iż robisz to samo co i ja; a pamiętasz, jak kiedyś napadłeś na mnie, że szukam w życiu tylko przyjemności. Moralisto, nie bądź tak surowym!
— Nie, nie, ale w każdym razie w życiu jest to dobre... — Lewin nagle zaplątał się. — Ależ ja nic niewiem, wiem tylko, że wkrótce pomrzemy.
— Dlaczego wkrótce?
— A wiesz, że zaznajemy mniej rozkoszy w życiu, gdy myślimy o śmierci, ale za to żyjemy jakoś spokojniej.
— Przeciwnie, przy końcu jest zawsze najweselej! A jednak czas już na mnie — rzekł Stepan Arkadjewicz, wstając po raz dziesiąty.
— Ależ posiedź jeszcze! — zapraszał Lewin, zatrzymując go. — Kiedyż się teraz zobaczymy? Ja wyjeżdżam jutro...
— A tom się urządził!... przecież po to przyszedłem do ciebie... musisz koniecznie być dzisiaj u mnie na obiedzie. Będzie twój brat, będzie mój szwagier, Karenin... znasz go przecież...
— To on bawi w Moskwie? — odezwał się Lewin i chciał zapytać o Kiti, gdyż słyszał, że w początkach zimy była u swej siostry, żony dyplomaty i nie wiedział, czy już powróciła; po chwili jednak rozmyślił się i nie pytał. — „Będzie, nie będzie, wszystko mi jedno.“
— Więc zjawisz się?
— Rozumie się.
— A zatem o piątej i w tużurku.
I Stepan Arkadjewicz wstał i zeszedł na dół do swego zwierzchnika; instynkt nie omylił go; jak się pokazało, nowy straszny zwierzchnik był bardzo sympatycznym człowiekiem, Stepan Arkadjewicz zjadł z nim śniadanie i zasiedział się u niego tak długo, że dopiero o czwartej wybrał się do Aleksieja Aleksandrowicza.

XXII.

Stepan Arkadjewicz z trochę uroczystą miną, z jaką zasiadał zwykle na swym prezesowskim fotelu w biurze, wszedł do gabinetu Aleksieja Aleksandrowicza, który założywszy ręce na plecach, chodził właśnie po pokoju i myślał o tem samem, o czem Stepan Arkadjewicz rozmawiał z jego żoną.
— Nie przeszkadzam ci? — zapytał Stepan Arkadjewicz, doświadczając nagle na widok szwagra nieznanego sobie uczucia zakłopotania; by ukryć swe zmieszanie, wyjął z kieszeni dopiero co kupioną papierośnicę, otwierającą się nowym sposobem i powąchawszy skórę, poczęstował szwagra papierosami.
— Dziękuję. Czy masz mi co do powiedzenia? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz.
— Tak, chciałem... muszę po... tak, w rzeczy samej muszę pomówić z tobą — odparł Stepan Arkadjewicz, czując ze zdziwieniem, że opanowywa go bojaźń, uczucie niezwykłe u niego.
Bojaźń ta była do tego stopnia dziwną i niespodziewaną, że Obloński nie mógł uwierzyć, iż była ona głosem sumienia, mówiącego mu, że to, co zamierza uczynić, jest złem. Stepan Arkadjewicz zapanował nad sobą i przezwyciężył ogarniające go zakłopotanie.
— Mam nadzieję, iż wierzysz, że kocham siostrę i że jestem ci życzliwy i szanuję cię — rzekł, rumieniąc się.
Aleksiej Aleksandrowicz przestał chodzić i nic nie odpowiedział, lecz oblicze jego uderzyło Stepana Arkadjewicza wyrazem, w którym odbijało pokorne poddanie się swemu nieszczęśliwemu losowi.
— Miałem zamiar... chciałem pomówić o siostrze i o waszych wzajemnych stosunkach — rzekł Obłoński, walcząc wciąż jeszcze z nieznanem sobie uczuciem zakłopotania.
Aleksiej Aleksandrowicz uśmiechnął się ze smutkiem, popatrzał na szwagra i nie odpowiadając mu wcale, podszedł do stołu, wziął do ręki rozpoczęty list i podał go Stepanowi Arkadjewiczowi.
— Ja również bezustannie myślę o tem... i oto com zaczął pisać, gdyż jestem przekonany, że lepiej wysłowię się listownie, a że obecność moja rozdrażnia ją — odparł Karenin, podając list.
Stepan Arkadjewicz wziął list, ze zdziwieniem popatrzał na mętne oczy, których spojrzenie zatrzymało się na nim i począł czytać.
„Widzę, że obecność moja jest przykrą dla pani — chociaż sprawia mi boleść być przekonanym o tem — czuję jednak, że tak jest w rzeczy samej i że inaczej być nie może. Nie winię pani i Bóg mi świadkiem, że ujrzawszy panią podczas jej choroby, postanowiłem z całej duszy zapomnieć o wszystkiem, co zaszło między nami, i rozpocząć nowe życie. Tego, co uczyniłem, nie żałuję, i nigdy żałować nie będę; pragnąłem tylko szczęścia pani, pragnąłem uspokoić ją, widzę jednak teraz, żem nie osięgnął zamierzonego celu. Niech pani sama powie mi, co jest w stanie zapewnić jej prawdziwe szczęście i spokój. Oddaję się cały na wolę pani i ufam jej poczuciu sprawiedliwości.“
Stepan Arkadjewicz oddał list i patrzał na szwagra, nie wiedząc co powiedzieć. Milczenie było dla nich obydwóch do tego stopnia przykrem, że wargi Stepana Arkadjewicza poczęły drgać nerwowo, gdy patrzał na Karenina, nie spuszczając z niego wzroku.
— Oto, co chciałem jej powiedzieć — przemówił Aleksiej Aleksandrowicz, odwracając się.
— Tak, tak... — odparł Stepan Arkadjewicz z trudnością, gdyż łzy ściskały go za gardło — tak, tak... rozumiem cię — wykrztusił nareszcie.
— Chce wiedzieć, czego ona żąda...
— Obawiam się, że ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie jest ona sędzią — mówił Stepan Arkadjewicz, zapanowując nad sobą. — Twoja wspaniałomyślność działa na nią przygnębiająco... dobrze mówię... przygnębiająco. Jeżeli przeczyta ten list, nie będzie się czuła na siłach dać żadnej odpowiedzi, tylko przygnębi ją to jeszcze bardziej.
— Tak, lecz cóż robić w takim razie?... jak tłómaczyć to sobie?... w jaki sposób można się przekonać, czego ona sobie właściwie życzy...
— Jeżeli pozwalasz mi wypowiedzieć otwarcie moje zdanie, myślę, że od ciebie poprostu zależy zastosować te środki, jakie uznasz za stosowne, aby położyć kres temu nienormalnemu stanowi.
— A więc mówisz, że trzeba położyć mu kres? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz szwagra... — ale w jaki sposób? — dodał, robiąc ręką niezwykły sobie ruch, którym zdawał się zakrywać oczy... — nie widzę żadnego możliwego wyjścia...
— Niema pozycyi bez wyjścia — odparł Stepan Arkadjewicz, wstając z krzesła i ożywiając się — była chwila, gdyś chciał zerwać... Jeżeli obecnie przekonałeś się, że nie możecie wzajemnie być szczęśliwi...
— Różnie można pojmować szczęście... lecz przypuśćmy, że zgadzam się na wszystko i że nie stawiam żadnych warunków. Wskaż mi tylko to wyjście?...
— Jeżeli chcesz znać mój pogląd — rzekł Stepan Arkadjewicz z tym samym łagodnym, kojącym uśmiechem, z jakim rozmawiał z Anną. Poczciwy ten uśmiech był do tego stopnia przekonywującym, że Aleksiej Aleksandrowicz pomimowoli, znając swą słabość ku szwagrowi i poddając się jej, gotów był uwierzyć w to, co mu powie Stepan Arkadjewicz. — Ona nigdy nie powie tego. Możebnem jest jednak, że żądać będzie jednego tylko — ciągnął Stepan Arkadjewicz — zerwania stosunków i wszystkich połączonych z nimi wspomnień. Mojem zdaniem, powinniście przedewszystkiem wyjaśnić wasze nowe, wzajemne stosunki. A stosunki te mogą się uregulować tylko wtedy, gdy obie strony będą wolne.
— Rozwód!... — przerwał ze wstrętem Aleksiej Aleksandrowicz.
— Tak, mojem zdaniem rozwód... tak rozwód... — powtórzył Stepan Arkadjewicz, rumieniąc się. — Jest to najrozumniejsze pod każdym względem wyjście dla małżeństwa, będącego w tem położeniu co wy. Cóż pozostaje do czynienia z chwilą, gdy małżonkowie dojdą do przekonania, że wspólne ich pożycie staje się niemożliwym? Okoliczność tego rodzaju może zajść zawsze...
Aleksiej Aleksandrowicz westchnął ciężko i przymknął oczy.
— Zajść tu może tylko kwestya tego rodzaju: czy jedno z małżonków pragnie wstąpić w nowe związki? Jeżeli nie, to rzecz cała jest nadzwyczaj prosta — dowodził Stepan Arkadjewicz, czując się coraz bardziej panem samego siebie.
Aleksiej Aleksandrowicz, marszcząc się ze wzruszenia, mruknął coś sam do siebie i nic nie odpowiedział. Wszystko to, co Stepanowi Arkadjewiczowi wydawało się nadzwyczaj łatwem, a nad czem Aleksiej Aleksandrowicz zastanawiał się tysiące razy, przedstawiało mu się nietylko, że nie tak bardzo łatwą rzeczą, ale poprostu niemożebną do wykonania. Rozwód, którego szczegóły były mu już wiadome, wydawał mu się obecnie niemożebnym, ponieważ poczucie godności osobistej i poszanowanie dla religii nie pozwalały mu na poddanie się fikcyjnemu oskarżeniu o wiarołomstwo i tem bardziej nie mógł zezwolić, by żona, której przebaczył i którą kocha, została narażoną na hańbę, i aby usiłowano dowieść jej winę. Rozwód wydawał mu się niemożebnym i z innych, jeszcze bardziej ważnych powodów. W razie rozwodu co stanie się z synem? Niesposób pozostawić go przy matce; matka-rozwódka będzie miała swoją nielegalną rodzinę, w której pozycya i wychowywanie pasierba, według wszelkiego prawdopodobieństwa, będą nieodpowiednie. Zestawić go przy sobie? Mogłoby to zostać wziętem za zemstę z jego strony, a tego nie życzył sobie. Lecz prócz tego rozwód wydawał się Kareninowi najbardziej niemożebnym z tego powodu, że, zgadzając się nań, tem samem gubił Annę. Zapadły mu głęboko w duszę słowa Darji Aleksandrownej, które słyszał podczas rozmowy, jaką miał z nią w Moskwie, że decydując się na rozwód, myśli tylko o sobie, niepomnąc na to, że raz na zawsze gubi Annę. I Karenin połączywszy te wyrazy ze swem przebaczeniem i przywiązaniem do dzieci, pojmował je po swojemu. Zgodzić się na rozwód, dać żonie zupełną wolność, było według jego pojęć, pozbawieniem siebie samego ostatniego łącznika, istniejącego jeszcze pomiędzy nim a życiem dzieci, które kochał; a żony ostatniego punktu oparcia na drodze cnoty; pozbawić ją tego, byłoby to samo, co pchnąć ją ku zgubie. Wiedział, że gdy będzie rozwódką, połączy się z Wrońskim i związek ten będzie nielegalnym i występnym, ponieważ żona, w myśl przepisów Kościoła, nie może wstępować w związek małżeński, póki mąż żyje. „Połączy się z nim i po roku, dwóch, albo on rzuci ją, albo ona zawrze nowy stosunek“ — myślał Aleksiej Aleksandrowicz. — „I ja, godząc się na nielegalny rozwód, będę sprawcą jej zguby.“ Karenin myślał nad tem wszystkiem już ze sto razy i doszedł do przekonania, że kwestya rozwodu nietylko, że nie jest bardzo prostą, jak dowodzi jego szwagier, lecz owszem rozwód jest niemożebnym. Aleksiej Aleksandrowicz nie dawał wiary niczemu, co mówił Stepan Arkadjewicz, na każde słowo jego miał tysiące zbijających argumentów, słuchał go jednak, gdyż wiedział, że w słowach szwagra objawia się ta potężna, brutalna siła, która kieruje jego, Karenina, życiem i której on będzie musiał uledz.
— Pytanie tylko, na jakich warunkach zgodzisz się na rozwód. Ona niczego nie żąda, nie śmie o nic prosić cię i oddaje się cała na twą łaskę i niełaskę.
„Boże mój! Boże! za co?“ — pomyślał Karenin, przypominając sobie, co mu adwokat mówił o rozwodach i wiedząc, że będzie musiał całą winę wziąć na siebie i zasłonił ze wstydu twarz ręką, tymsamym zupełnie ruchem, jakim zasłaniał się Wroński.
— Jesteś wzruszonym, rozumiem to dobrze; lecz jeżeli pomyślisz...
„I temu co uderzył cię w prawy policzek, nadstaw lewy, a temu co zdjął ci wierzchnie ubranie, oddaj koszulę“ — przypomniał sobie Aleksiej Aleksandrowicz.
— Tak, tak! — zawołał piskliwym głosem — wezmę cały wstyd na siebie, oddam nawet syna, lecz... lecz czy nie lepiej dać temu spokój? A zresztą rób jak chcesz...
I Karenin, odwracając się od szwagra tak, żeby nie mógł mu patrzeć w twarz, siadł na krześle pod oknem, czuł się nadzwyczaj nieszczęśliwym, wstydził się, lecz wraz z tym wstydem i nieszczęściem doznawał radości i zachwytu z powodu wzniosłego zwycięstwa nad samym sobą.
Stepan Arkadjewicz był wzruszony, przez czas jakiś nie odzywał się zupełnie.
— Aleksieju Aleksandrowiczu! wierzaj mi, iż ona oceni twą wspaniałomyślność — rzekł po chwili — widocznie, taka już wola Boska — dodał i wyrwawszy się z tem, spostrzegł natychmiast, że powiedział głupstwo i zaledwie powstrzymał się od śmiechu ze swej własnej głupoty.
Karenin chciał coś odpowiedzieć, lecz łzy zatamowały mu głos.
— Jest to nieszczęście, spowodowane siłą wyższą i trzeba się z niem pogodzić. Uważam je jako fakt dokonany i staram się dopomódz i jej i tobie — mówił Stepan Arkadjewicz.
Wyszedłszy z pokoju szwagra Obłoński był rzeczywiście wzruszonym, lecz nie przeszkadzało mu to czuć zadowolenia, że z takiem powodzeniem załatwił tę sprawę, gdyż był pewnym, że Karenin nie cofnie swych słów; cieszyła go również myśl, jaka mu przyszła do głowy, że gdy rzecz cała będzie już załatwioną, zapyta się żony i bliższych znajomych: „jaka jest różnica pomiędzy mną a feldmarszałkiem? Feldmarszałek robi rozwód[18] i nikomu tem nie pomaga, a ja zrobiłem rozwód i odrazu trzem osobom przyszedłem z pomocą... Albo: jakie jest podobieństwo pomiędzy mną a feldmarszałkiem? — Gdy... — „Zresztą pomyślę jeszcze nad tem“ — szepnął sam do siebie i uśmiechnął się.

XXIII.

Rana Wrońskiego była niebezpieczna, chociaż kula ominęła serce, i Wroński przez parę dni znajdował się między życiem a śmiercią. Gdy po raz pierwszy był w stanie odezwać się, w pokoju była tylko bratowa jego, Waria.
— Wariu! — rzekł, surowo spoglądając na nią — zraniłem się przez nieostrożność... i proszę cię nie wspominać o tem nigdy i bądź łaskawą, zapowiedz to wszystkim znajomym... jest to przecież dość głupia historya!
Waria, nic nie odpowiadając, nachyliła się nad nim i z radosnym uśmiechem popatrzała mu w twarz. Oczy miał przytomne, nie rozgorączkowane, lecz spojrzenie ich było nadzwyczaj surowe.
— No, chwała Bogu! — rzekła. — Nie boli cię?
— Trochę... tutaj — wskazał na pierś.
— Pozwól, obandażuję cię...
Zacisnął mocno swe szerokie szczęki i w milczeniu spoglądał na nią, gdy bandażowała go; gdy skończyła, rzekł: nie majaczę... proszę cię postaraj się, aby nie mówiono, że strzeliłem do siebie umyślnie.
— Nikt też nie mówi. Mam jednak nadzieję, że już nie będziesz więcej nienaumyślnie strzelał do siebie? — odezwała się z uśmiechem, w którym znać było zapytanie.
— Zapewne nie będę, a może lepiej by było... — i uśmiechnął się posępnie.
Pomimo tych słów i uśmiechu, które przestraszyły bardzo Warię, Wroński, gdy gorączka minęła zupełnie i gdy zaczął powracać do sił, spostrzegł, że uwolnił się zupełnie od jednej części swego zmartwienia. Zdawało mu się, że swym postępkiem zmył z siebie wstyd i hańbę, na jaką był narażonym przedtem. Teraz mógł już myśleć spokojnie o Aleksieju Aleksandrowiczu; widział całą jego wspaniałomyślność, i wspaniałomyślność ta przestała go już upokarzać, a tem samem mógł znowu żyć po dawnemu. Widział możność patrzenia się śmiało ludziom w oczy i mógł żyć, tak jak żył dotąd. Jednego tylko uczucia nie mógł wyrwać z serca swego, pomimo, że walczył z niem nieustannie; uczuciem tem był żal, graniczący z rozpaczą, że utracił ją na zawsze; w głębi duszy był przekonanym, że teraz, gdy okupił przed mężem swą winę, powinien wyrzec się jej i nigdy już nie stawać pomiędzy nią, żałującą swego błędu, a jej mężem; lecz nie mógł wyrwać z serca żalu, że utracił jej miłość i nie mógł zatrzeć w swych wspomnieniach tych szczęśliwych chwil, jakie zaznał z nią, jakie wówczas cenił tak mało, a które obecnie wciąż mu stawały w pamięci, prześladując go swym urokiem.
Sierpuchowskoj wyjednał dla niego nominacyę do Taszkientu i Wroński przyjął ofiarowany sobie urząd bez najmniejszego wahania. Im bardziej jednak zbliżał się dzień wyjazdu, tem cięższą wydawała się Wrońskiemu ofiara, którą, jak mu się zdawało, składał na ołtarzu obowiązku.
Rana zagoiła się już zupełnie i Wroński zaczął zajmować się przygotowaniami do wyjazdu do Taszkientu.
„Raz tylko zobaczyć ją, a później zakopać się, lub umrzeć“ — myślał Wroński, i składając pożegnalne wizyty, odezwał się z tem do księżnej Betsy. Z tem to właśnie poselstwem Betsy jeździła do Anny i przywiozła odmowną odpowiedź.
„Tem lepiej — pomyślał Wroński, otrzymawszy tę wiadomość — pragnienie moje było słabością, przez którą mogłaby zginąć reszta sił moich.“
Na drugi dzień rano Betsy przyjechała do niego i oznajmiła mu, że otrzymała od Obłońskiego stanowczą wiadomość, że Aleksiej Aleksandrowicz daje rozwód i że nic nie stoi na przeszkodzie widzeniu się Wrońskiego z Anną.
Nie pożegnawszy się nawet z Betsy, zapomniawszy o wszystkich swych postanowieniach, nie pytając kiedy będzie można, gdzie mąż, Wroński natychmiast pojechał do Kareninych; wbiegł na schody, nikogo i nic nie widząc, i szybko, zaledwie wstrzymując się od biegu, wszedł do jej pokoju. I nie zastanawiając się, nie zwracając uwagi, czy jest ktobądź w pokoju, czy też niema nikogo, objął ją i zaczął pokrywać pocałunkami jej twarz, ręce i szyję.
Anna była przygotowaną na to, że ujrzy Wrońskiego, myślała o nim i o tem, co mu ma do powiedzenia, lecz nie zdążyła jeszcze odezwać się do niego, a już uniesienie jego ogarnęło i ją. Chciała uspokoić i Wrońskiego i siebie, lecz było już późno, uczucie jego udzieliło się i jej, nie mogła wymówić ani słowa, gdyż wargi drgały nerwowo.
— Tak, owładnąłeś mną i jestem twoją — wymówiła wreszcie, przyciskając do piersi jego rękę.
— Tak powinno było być — odparł — póki żyjemy, nie może być inaczej... wiem już o tem.
— To prawda — mówiła, blednąc coraz bardziej i obejmując go za głowę — pomimo to, po wszystkiem, co zaszło, ja lękam się...
— Wszystko przejdzie i minie, będziemy jeszcze szczęśliwi! Miłość nasza, gdyby mogła być jeszcze silniejszą, byłaby nią, ponieważ jest w niej coś strasznego — odparł Wroński, podnosząc głowę i odsłaniając w uśmiechu swe mocne, zdrowe zęby.
A ona nie była w stanie nie odpowiedzieć uśmiechem, nie na słowa, lecz na rozkochane oczy jego. Ujęła go za rękę i gładziła nią swe blade policzki i ostrzyżone włosy.
— Nie poznaję cię z tymi krótkimi włosami... wypiękniałaś... istny chłopiec!... lecz jakaś ty blada!...
— Tak, jestem bardzo osłabiona — odparła, uśmiechając się i wargi znów jej zadrżały.
— Pojedziemy do Włoch... powrócisz tam do sił — rzekł Wroński.
— Wydaje mi się niemożebnem, abyśmy byli jak mąż i żona, sami jedni i zawsze razem — odpowiedziała, wpatrując mu się w oczy.
— Dziwię się tylko, że mogło być kiedykolwiek inaczej — rzekł Wroński.
— Stiwa powiada, że on zgadza się na wszystko, lecz ja nie mogę korzystać z jego wspaniałomyślności — odezwała się Anna, patrząc w zamyśleniu przed siebie i nie zwracając uwagi na Wrońskiego. — Rozwodu nie chcę i teraz już mi to wszystko jedno. Nie wiem tylko, co on zrobi z Sierożą.
Wrońskiemu nie mogło pomieścić się w głowie, że podczas tych krótkich chwil, gdy byli sam na sam, mogła myśleć i pamiętać o swym synku i o rozwodzie. Czyż to nie powinny już były być rzeczy najzupełniej obojętne dla niej?
— Już nie mów i nie myśl o tem — uspakajał ją Wroński, trzymając rękę Anny w swej dłoni i usiłując zwrócić jej uwagę na siebie, lecz Anna wciąż nie patrzała na niego.
— Ach! czemu ja nie umarłam... byłoby“ daleko lepiej! — zawołała i łzy same przez się pociekły jej po policzkach, usiłowała jednak uśmiechać się, aby nie zmartwić Wrońskiego.
Według poprzednich pojęć Wrońskiego wymówienie się od wyjazdu na odpowiedzialne i niebezpieczne stanowisko do Taszkientu byłoby postępkiem niegodnym. Lecz teraz nie namyślając się ani przez chwilę, powiedział, że nie pojedzie, i zauważywszy, iż ten krok jego wywarł w odpowiednich sferach niekorzystne wrażenie, podał się natychmiast do dymisyi.
Po upływie miesiąca Karenin został sam jeden z synem w swem mieszkaniu, a Anna wyjechała w towarzystwie Wrońskiego za granicę bez rozwodu, gdyż stanowczo nie chciała się nań zgodzić.





CZĘŚĆ PIĄTA.

I.

Księżna Szczerbacka była zdania, że nie sposób jest wyprawiać wesela przed postem, do którego pozostawało zaledwie pięć tygodni, ponieważ połowa wyprawy nie byłaby gotową do tego czasu, lecz nie mogła również nie zgodzić się z Lewinem, że po poście byłoby już zbyt późno, ponieważ stara, rodzona ciotka Szczerbackiego, była śmiertelnie chora i mogła umrzeć lada dzień, a wtedy wesele musiałoby się znowu odwlec z powodu żałoby. Dlatego też księżna postanowiła podzielić wyprawę na dwie części, małą i dużą, i przystała, aby ślub odbył się przed nastaniem postu. Zdecydowała się więc przygotować małą część wyprawy zaraz, resztę zaś wysłać później, i gniewała się bardzo na Lewina, że on w żaden sposób nie mógł odpowiedzieć jej poważnie, czy zgadza się na to, czy też nie. Kombinacya ta dawała się tem łatwiej przeprowadzić, że państwo młodzi mieli pojechać zaraz po ślubie na wieś, gdzie rzeczy, stanowiące dużą wyprawę, nie będą im potrzebne.
Lewin był wciąż w tym samym stanie oszołomienia, w którym zdawało mu się, że on i jego szczęście stanowią główny i jedyny cel dla całego świata, i że on sam niema potrzeby myśleć i troszczyć się o cokolwiek, gdyż wszystko robią i zrobią dla niego inni. Nie miał też żadnego celu przed sobą na przyszłość, ani też nie czynił żadnych planów, pozostawiał to drugim, wiedząc, że wszystko będzie dobrze. Brat jego, Siergiej Iwanowicz, Stepan Arkadjewicz i księżna wskazywali mu, co ma czynić, on zaś zgadzał się zupełnie na wszystko, co mu tylko proponowano. Brat pożyczył dla niego pieniędzy, księżna radziła wyjechać z Moskwy zaraz po ślubie, Stepan Arkadjewicz radził jechać za granicę; Lewin zgadzał się na wszystko. — „Róbcie, co wam się tylko żywnie podoba, jeżeli wam to tylko sprawia przyjemność; jestem szczęśliwy i szczęście moje nie może być ani większem, ani mniejszem, niezależnie od tego, co wy robić będziecie“ — myślał. — Gdy powiedział Kiti, że Stepan Arkadjewicz radzi wyjechać za granicę, zadziwił się bardzo, że narzeczona nie zgadza się na wyjazd i że ma pewne własne wymagania co do przyszłego ich życia. Kiti wiedziała, że Lewin ma na wsi zajęcie, któremu oddaje się z zamiłowaniem; Lewin zaś wiedział, że Kiti nietylko nie zna się na tem zajęciu, lecz nawet nie pragnie znać się na niem. Nie przeszkadzało jej to jednak uważać je za nadzwyczaj ważne. Prócz tego wiedziała, że dom ich będzie na wsi, nie życzyła więc sobie jechać za granicę, gdzie nie będzie mieszkała, lecz tam, gdzie będzie miała po ślubie swój dom. Ten pogląd, wypowiedziany zupełnie stanowczo, zadziwił Lewina, lecz ponieważ rzecz ta była dla niego zupełnie obojętną, poprosił natychmiast Stepana Arkadjewicza, tak, jakby to było obowiązkiem tego ostatniego, aby pojechał na wieś i przygotował tam wszystko, co tylko uzna za stosowne; Lewin ufał gustowi Stepana Arkadjewicza, któremu w istocie można było zaufać pod tym względem.
— Powiedz mi jednak — zagadnął pewnego razu Lewina Stepan Arkadjewicz po swym powrocie ze wsi, gdzie przygotował już wszystko na przyjęcie państwa młodych — czy masz świadectwo, żeś był u spowiedzi?
— Nie, a co?
— Bo bez niego nie dadzą ci ślubu.
— Aj, aj, aj! — zawołał Lewin — przecież ja, jak mi się zdaje, dziewięć lat już przeszło nie byłem u spowiedzi... nawet przez, myśl mi to nie przeszło...
— Dobryś! — rzekł, śmiejąc się Stepan Arkadjewicz — a mnie nazywasz nihilistą! W każdym razie tak być nie może... musisz spowiadać się.
— Ale kiedy? Pozostaje jeszcze tylko cztery dni...
Stepan Arkadjewicz zajął się i tem, i Lewin zaczął przygotowywać się do spowiedzi. Dla niego, jako dla człowieka niewierzącego i jednocześnie szanującego przekonania innych, obecność i udział we wszystkich obrzędach kościelnych były nadzwyczaj ciężkiem i trudnem zadaniem. Lewinowi, przy obecnym wewnętrznym nastroju, w jakim się znajdował, ta konieczność udawania nietylko że ciężyła, lecz wydawała się nadto zupełnie niemożebną. W chwili, gdy czuje się tak potężnym, w pełni rozkwitu, widzi się zmuszonym albo kłamać, albo popełniać świętokradztwo, a nie czuł się na siłach czynić ani jednego, ani drugiego; dopytywał się więc Stepana Arkadjewicza, czy nie można otrzymać świadectwa bez spowiadania się, Obłoński oświadczył jednak, że niema na to rady.
— Cóż ci to szkodzi? dwa dni zaledwie? Będziesz miał do czynienia z bardzo miłym i rozumnym staruszkiem... tak ci wyrwie ten ząb, że nie poczujesz nawet.
Podczas pierwszej mszy Lewin próbował odświeżyć w sobie młodzieńcze wspomnienia gorącego religijnego nastroju, w jakim znajdował się, mając lat szesnaście lub siedmnaście, lecz przekonał się natychmiast, że jest to rzecz niemożebną. Próbował zapatrywać się na wszystko, jako na formę, niemającą żadnego głębszego znaczenia, jak naprzykład składanie wizyt, lecz przekonał się, że i tego nie można w żaden sposób uczynić. Stosunek Lewina do religii był tak niewyraźnym, jak i większości współczesnych mu; nie mógł wierzyć, a jednocześnie nie był głęboko przekonanym, że to wszystko jest nieprawdą. Dlatego też nie będąc w stanie ani wierzyć w słuszność tego co czynił, ani też zapatrywać się na to obojętnie, jako na zwykłą formalność, doznawał nieustannie podczas tych rekolekcyj uczucia wstydu i skrępowania, gdyż czyniąc to, czego nie rozumiał dobrze, był przekonanym, iż słyszy wewnętrzny głos, mówiący mu, że on, Lewin, popełnia kłamstwo i nieuczciwość.
Podczas nabożeństwa chwilami słuchał modlitw, starając się tłumaczyć je sobie w taki sposób, aby dały się zastosować do jego zapatrywań, albo też, przekonywując się, że nie może ich rozumieć i musi krytykować je, starał się nie słuchać ich, zajmował się swemi myślami, spostrzeżeniami i wspomnieniami, które podczas bezczynnego stania w cerkwi, przychodziły mu nadzwyczaj prędko do głowy.
Był na całej mszy, na nieszporach i wieczornem nabożeństwie, a na drugi dzień wstał wcześniej niż zwykle, nie pił herbaty i o ósmej rano poszedł do cerkwi spowiadać się.
W cerkwi nie było nikogo, prócz jakiegoś biednego żołnierza, dwóch staruszek i cerkiewnej służby.
Młody diakon w cienkiej komży, z pod której uwydatniały się wyraźnie długie plecy, wyszedł na spotkanie Lewina i podszedłszy natychmiast do stolika, stojącego pod ścianą, zaczął czytać modlitwy. W miarę słuchania, przedewszystkiem zaś podczas częstego i prędkiego powtarzania przez diakona tych samych słów: „Panie, pomiłuj nas“, które brzmiały zupełnie, jak „pomiłos, pomiłos“, Lewin czuł, że jego władze umysłowe są niezdolne obecnie do żadnych wysiłków i zupełnie uśpione, stał więc spokojnie za diakonem, przysłuchiwał się mu i nie wnikając bynajmniej w jego słowa, myślał zupełnie o czem innem. „Dziwnie dużo wyrazu ma jej ręka“ — myślał, przypominając sobie, jak siedzieli wczoraj przy stole, stojącym w rogu pokoju. Nie mieli o czem rozmawiać, jak zwykle prawie w ostatnich czasach i ona, trzymając rękę na stole, otwierała i zamykała ją, i przyglądając się jej, roześmiała się w końcu. Dalej przypomniał sobie, jak pocałował ją w rękę i jak później przypatrywał się liniom, biegnącym po jej różowej dłoni. „Znowu pomiłos“ — pomyślał Lewin, żegnając się, bijąc pokłony i patrząc na sprężyste ruchy pleców, bijącego również pokłony diakona. — „Wzięła później moją rękę i przypatrywała się jej: „ładną masz rękę“ — rzekła. I Lewin popatrzał na swoją rękę i na krótką rękę diakona. — „Tak, teraz już prędko skończy się“ myślał. — „Nie... zdaje mi się, że znowu od początku“ — pomyślał przysłuchując się modlitwom. — „Nie, stanowczo już się kończy — bije pokłony aż do samej ziemi... to zawsze tak przy końcu.“ Diakon, chowając zręcznym ruchem daną mu przez Lewina trzyrublówkę, powiedział, że zapisze do książki i stukając nowymi butami po kamiennej posadzce cerkwi, poszedł do ołtarza. W minutę później wyjrzał stamtąd i skinął palcem na Lewina. W głowie Lewina poczęły się snuć nowe myśli, stłumił je jednak w sobie czemprędzej. — „Jakoś to będzie“ — pomyślał i podszedł ku ambonie, wszedł na schodki i spojrzawszy przed siebie ujrzał księdza. Staruszek — kapłan z rzadką, mocno szpakowatą brodą, ze zmęczonemi poczciwemi oczyma, stał koło anałoju[19] i przerzucał stronice brewiarza. Ukłoniwszy się Lewinowi, kapłan zaczął natychmiast czytać jednostajnym głosem modlitwy; skończywszy czytać zrobił głęboki pokłon aż do ziemi i zwrócił się ku Lewinowi.
— Chrystus, przyjmując spowiedź pańską, jest tutaj obecnym, choć niewidzialnym — przemówił, wskazując na krucyfiks. — Czy wierzy pan w to wszystko, czego naucza nas święta cerkiew apostolska? — mówił, odwracając oczy od twarzy Lewina i chowając ręce pod kapę.
— Wątpiłem i wątpię o wszystkiem — odparł Lewin głosem nieprzyjemnym dla siebie samego i umilkł.
Kapłan poczekał kilka sekund, czy Lewin nie powie jeszcze czego i, zmrużywszy oczy, zaczął mówić prędko, kładąc akcent na „o“: Powątpiewanie wrodzonem jest ułomności ludzkiej, lecz powinniśmy się modlić, ażeby Pan umocnił nas we wierze. — Jakie szczególne grzechy ciążą panu na sumieniu? — dodał natychmiast, jakby usiłując nie tracić czasu.
— Szczególnym mym grzechem jest powątpiewanie: wątpię o wszystkiem i znajduję się w stanie zwątpienia:
— Powątpiewanie jest wrodzoną ułomnością ludzką — powtórzył kapłan — o czem pan głównie wątpi?
— O wszystkiem... chwilami nawet o istnieniu Boga — mimowoli rzekł Lewin i przeraził się tego co powiedział; zdawało się jednak, że słowa jego nie wywarły na księdzu żadnego wrażenia.
— Jakież mogą zachodzić wątpliwości co do istnienia Boga? — z zaledwie dającym się dostrzedz uśmiechem zapytał ksiądz.
Lewin milczał.
— Jakżeż pan może, patrząc na dzieła Stwórcy, wątpić o Jego istnieniu? — mówił ksiądz prędko — któż upiększył firmament gwiazdami? któż przyodział ziemię tak cudnie? Jakże Stwórca może nie istnieć? — zapytał, patrząc badawczo na Lewina.
Lewin czuł, że byłoby niestosownie z jego strony rozpoczynać z księdzem filozoficzne dysputy i dlatego dał odpowiedź, dotyczącą wprost zapytania.
— Nie wiem... — odparł.
— Nie wie pan? Jakżeż więc możesz pan wątpić, że Bóg stworzył wszystko? — wesoło i ze zdumieniem zapytał spowiednik.
— Nic nie wiem — odpowiedział Lewin, rumieniąc się ze wstydu i czując, że powiedział głupstwo, i że w danym razie nie trzeba było nic odpowiadać.
— Niech się pan modli do Boga... nawet Ojcowie Święci ulegali chwilowym zwątpieniom i błagali Boga, aby utwierdził ich w wierze. Djabeł jest silnym, nie powinniśmy jednak ulegać mu. Módl się więc pan gorąco, módl się — powtórzył prędko.
Ksiądz przestał mówić i zdawał namyślać się.
— Pan, o ile słyszałem, ma zamiar żenić się z córką mego parafianina i mego penitenta, księcia Szczerbackiego? — dodał z uśmiechem. — Śliczna panienka.
— Tak — odparł Lewin, rumieniąc się za księdza. — „Po co on pyta się o to na spowiedzi?“ — pomyślał.
I jakby odpowiadając mu na uczynione przez niego w myśli zapytanie, spowiednik rzekł:
— Chce się pan żenić i być może, że Bóg obdarzy pana potomstwem; czyż nie tak? Jakżeż pan będzie w stanie wychować swe dziateczki, gdy pan nie zwalczy w sobie pokus djabła, popychającego pana do niewiary? — mówił z łagodną wymówką. — Będzie pan kochał swe dziecię i, jako dobry ojciec, będzie mu pan życzył nietylko bogactw, szczęścia, zaszczytów, lecz będzie pan również życzył sobie, aby dziecię to zostało zbawionem, i aby światło wiary rozpromieniało umysł jego. Tak, czy nie? Cóż mu pan odpowie, gdy niewinna dziecina zapyta: „ojcze, kto stworzył to wszystko, czem zachwycam się, ziemię, wodę, słońce, kwiaty, trawę?“ Czyż pan mu powie: „nie wiem?“ Nie może pan nie wiedzieć tego, co Bóg objawił nam w nieprzebranem Swem miłosierdziu! Dziecię, naprzykład, spyta się pana: „co czeka mnie w życiu pozagrobowem?“ Cóż mu pan powie, gdy pan sam nie będzie wiedział o niczem? Jakżeż je pan objaśni? Czyż pan pozostawi swe dziecię bez żadnego puklerza przeciw światu i djabłu?... A to będzie bardzo, bardzo źle... — dodał i zamilkł, pochylając głowę na bok i spoglądając na Lewina dobremi, pogodnemi oczyma.
Lewin nic nie odpowiadał, nie dlatego, że nie chciał wszczynać sporów z księdzem, lecz dlatego, że nikt nie zadawał mu podobnych pytań, a gdy dzieci jego przyszłe będą go pytać o rzeczy tego rodzaju, to jeszcze będzie miał wtedy dosyć czasu pomyśleć nad odpowiedzią.
— Wkracza pan w ten okres życia — mówił dalej spowiednik — gdy trzeba obrać sobie drogę, po której zamierza się dążyć. Módl się pan do Boga, by on w niewyczerpanej Swej dobroci dopomógł panu i zmiłował się nad nim... — zakończył. — „Niech Pan i Bóg nasz, przez łaskę Swą i miłosierdzie ku ludziom, ci, synu mój“... — i zmówiwszy rozgrzeszającą modlitwę, kapłan udzielił Lewinowi błogosławieństwa.
Wróciwszy do domu, Lewin doznawał radosnego uczucia, że nie potrzebował kłamać. Prócz tego pozostało mu mętne wspomnienie, że słowa tego dobrego i miłego staruszka nie były tak głupiemi, jak mu się z początku zdawało, i że w tem wszystkiem jest coś takiego, co należy sobie wytłumaczyć dokładnie.
„Ma się rozumieć, że nie teraz — pomyślał Lewin — lecz kiedyindziej, później.“ Lewin teraz jeszcze bardziej niż przedtem czuł, że w duszy swej ma coś niewyraźnego, i że w stosunku jego do religii jest coś takiego, co wyraźnie dostrzegał i czego nie lubiał w innych, i co miał zawsze za złe przyjacielowi swemu Swiażskiemu.
Spędzając ten wieczór razem z narzeczoną u Dolly, Lewin był w doskonałym humorze i objaśniając Stepanowi Arkadjewiczowi swój stan podniecenia, w jakim znajdował się, zauważył, że jest mu tak wesoło, jak temu psu, którego uczono skakać przez obręcz, i który zrozumiawszy wreszcie o co chodzi i przeskoczywszy przez tę obręcz, skomli z radości i machając ogonem, skacze z zachwytu na stoły i okna.

II.

W dzień ślubu Lewin, stosując się do zwyczaju[20], nie widział swej narzeczonej i jadł obiad u siebie w hotelu, razem z trzema nieżonatymi przyjaciółmi, którzy wypadkiem zeszli się u niego: Siergiejem Iwanowiczem, Katawasowym, swym uniwersyteckim kolegą, obecnie profesorem nauk przyrodniczych, którego Lewin spotkał na ulicy i zaciągnął do siebie, i z Czyrikowym, swym drużbą, moskiewskim sędzią pokoju, z którym polował zwykle na niedźwiedzie. Obiad był bardzo wesoły. Siergiej Iwanowicz był w doskonałym humorze i bawił się oryginalnością Katawasowa. Katawasow zaś, widząc, że oryginalność jego jest ocenianą i rozumianą właściwie, popisywał się nią. Czyrikow wesoło i chętnie podtrzymywał każdą rozmowę.
— Przecież on — mówił Katawasow, rozciągając słowa z przyzwyczajenia, nabytego na katedrze — ten nasz przyjaciel, Konstanty Dmitrjewicz, był zdolnym chłopcem. Mówię o nieobecnym, ponieważ już go niema; i naukę kochał wtedy, a gdy wyszedł z uniwersytetu, obchodziły go ogólnoludzkie cele; teraz zaś jedna połowa jego zdolności skierowaną jest ku oszukiwaniu samego siebie, a druga ku usprawiedliwianiu tego samo-oszukiwania.
— Nie widziałem nigdy bardziej nieprzejednanego wroga żenienia się, jak pan — zauważył Siergiej Iwanowicz.
— Nie, nie jestem wrogiem, jestem przyjacielem podziału pracy. Ludzie, którzy nie mogą nic robić, powinni się żenić, a pozostali współdziałać, w ich oświacie i pomyślności... ja w ten sposób zapatruję się na te sprawy. Wiem, że jest sporo zwolenników, którzy uprawiają jednocześnie oba te rzemiosła, ja jednak nie należę do ich liczby.
— Jakiż ja będę szczęśliwy, gdy się dowiem, że się pan zakochał! — odparł Lewin. — Musi mnie pan tylko koniecznie zaprosić na wesele.
— Jużem się zakochał.
— Tak, w tarantuli. Czy wiesz — zwrócił się Lewin do brata — że Michał Siemionowicz pisze dzieło o odżywianiu się i...
— Niech już pan tylko nie plącze!... to już wszystko jedno, o czem. Rzecz cała polega na tem, że istotnie kocham tarantulę.
— Lecz ona nie przeszkodzi panu kochać żony.
— Ona nie przeszkodzi, ale żona przeszkodzi...
— Ale dlaczego?
— Przekona się pan. Pan, naprzykład, lubi polowanie, gospodarstwo; niech pan zaczeka tylko...
— A dzisiaj był Archip i mówił, że w Prudnem jest moc łosiów i dwa niedźwiedzie — wtrącił Czirikow.
— Bierzcie je już sobie panowie bezemnie.
— Masz racyę — rzekł Siergiej Iwanowicz — i na przyszłość pożegnaj się już z polowaniem na niedźwiedzie; żona nie puści!
Lewin uśmiechnął się; myśl, że żona nie będzie chciała go puścić, była mu tak przyjemną, że gotów był wyrzec się raz na zawsze rozkoszy widzenia niedźwiedzi.
— Szkoda w każdym razie, że te dwa niedźwiedzie będą wzięte bez pana... a pamięta pan ostatniego razu w Chapiłowie? Mielibyśmy wspaniałe polowanie... — żałował Czirikow.
Lewin nie chciał go rozczarowywać, aby gdziebądź mogło istnieć cobądż wspaniałego bez niej, i dlatego też nic nie odrzekł.
— Nie napróżno weszło w zwyczaj żegnać się z kawalerskim stanem — zauważył Siergiej Iwanowicz — chociażby największe szczęście miało oczekiwać człowieka, w każdym razie przykro rozstawać się ze swobodą.
— Niech się pan jednak przyzna, Konstanty Dmitrjewiczu, że istnieje takie uczucie, jak u tego narzeczonego u Gogola, co to chce wyskoczyć przez okno?
— Ręczę, że istnieje, tylko nie chce się przyznać! — rzekł Katawasow i roześmiał się głośno.
— Cóż, okno otwarte... Jedźmy natychmiast do Tweru! Jedna niedźwiedzica... można w każdej chwili iść na nią! Doprawdy, jedźmy pociągiem o piątej... a tutaj niech sobie radzą, jak im się żywnie podoba — radził Czirikow, uśmiechając się.
— Jak Boga kocham — odparł z uśmiechem Lewin — nie mogę odszukać w mej duszy tego uczucia żalu po mej swobodzie!
— Bo w duszy pana panuje obecnie taki chaos, że nic pan w niej nie znajdzie — rzekł Katawasow — niech pan poczeka, jak pan trochę ochłonie, to zaraz pan znajdzie!
— Nie, gdyż czułbym chociaż trochę prócz mego uczucia... (Lewin nie chciał powiedzieć przy nim „miłości“) i szczęścia, że żałuję tej swobody, którą mam utracić!... Rzecz się ma wręcz przeciwnie, gdyż jestem właśnie zadowolony, że tracę tę swobodę...
— Źle! Niema już żadnej nadziei! stracony osobnik... — zawołał Katawasow. — No, wypijmy, aby wyzdrowiał lub też życzmy mu tylko, aby choć setna część jego marzeń spełniła się... a i to już będzie takie szczęście, jakiego dotąd nie było jeszcze na świecie!
Goście rozjechali się wkrótce po obiedzie, aby zdążyć przebrać się przed ślubem.
Gdy Lewin pozostał sam i zaczął przypominać sobie słowa swych przyjaciół, raz jeszcze zapytał samego siebie, czy ma w duszy to uczucie żalu po stracie swobody, o którem tyle mówili? Zadając sobie to pytanie, uśmiechnął się... „Swoboda?!... po co swoboda? Szczęście polega tylko na tem, aby kochać i pragnąć, myśleć jej myślami i jej pragnieniami, a więc żadnej swobody! oto na czem szczęście polega“...
„Lecz czy ja znam jej myśli, jej pragnienia, jej uczucia?“ — szepnął mu nagle wewnętrzny głos. Uśmiech zniknął mu z twarzy i Lewin zamyślił się; ogarnęły go przestrach i zwątpienie, zwątpienie o wszystkiem.
„A jeżeli ona nie kocha mnie? Jeżeli wychodzi za mnie dlatego tylko, aby wyjść za mąż? Jeżeli sama sobie nie zdaje sprawy z tego, co czyni? — pytał się. — „Może się opamiętać i dopiero po wyjściu za mąż spostrzedz się, że mnie nie kocha i kochać nie mogła“... I jakieś dziwne, jak najgorsze myśli o niej, zaczęły przychodzić mu do głowy; był zazdrosny o Wrońskiego, jak przed rokiem; zdawało mu się, że ten wieczór, gdy widział ich razem, był dopiero wczoraj; podejrzewaj że nie powiedziała mu wszystkiego. Nagle zerwał się prędko z krzesła. — „Nie, tak być nie może! — rzekł sam do siebie z rozpaczą.
— Pójdę do niej, zapytam, powiem ostatni raz: jesteśmy jeszcze wolni i czy nie będzie lepiej, gdy zawczasu zerwiemy. Wszystko będzie lepszem, niż wieczne nieszczęście, hańba, nieufność!...
Lewin wyszedł z hotelu z rozpaczą w sercu, rozdrażniony na cały świat, na nią, na siebie i pojechał do niej.
Zastał ją w dalszych pokojach; siedziała na kufrze i wydawała rozporządzenia służącej, porządkując całe stosy różnokolorowych sukien, porozwieszanych na poręczach krzeseł i porozrzucanych po podłodze.
— Ach! — zawołała Kiti, ujrzawszy go, cała rozpromieniona radością. Jakżeś to ty... jak pan... (aż do ostatniego dnia przed ślubem mówiła mu to „ty“, to „pan“). Nie spodziewałam się! A ja przepatruję moje panieńskie suknie, komu dać którą...
— A, to bardzo dobrze! — odezwał się, spoglądając z niechęcią na służącą.
— Idż, Demiana, zawołam cię, gdy będziesz mi potrzebną — zwróciła się Kiti do pokojówki. — Co ci się stało? — Zaczynając mówić mu „ty“ i kładąc nacisk na to „ty“. Kiti zauważyła że Lewin jest jakiś nieswój, że jest wzruszony i rozdrażniony i dziwny lęk ogarnął ją.
— Kiti! ja cierpię! Nie mogę tak cierpieć! — rzekł z rozpaczą w głosie, stając przed nią i błagalnie patrząc jej w oczy.
Patrząc na jej oblicze, na którem malowała się szczerość i głęboka niekłamana miłość, Lewin przekonał się odrazu, że to, co chce powiedzieć Kiti, jest jaknajzupełniej bezcelowem, czuł jednak wewnętrzną potrzebę być jeszcze i przez nią umocnionym w swem przekonaniu. — Przyjechałem tu po to, aby ci powiedzieć, że czas się jeszcze cofnąć! Wszystko jeszcze można uważać za niebyłe i wszystko można naprawić...
— Co?... Nic nie rozumiem?... Co ci się stało?
— To, o czem ci tysiące razy mówiłem i o czem nie mogę nie myśleć... to, że nie jestem wart ciebie. Tyś nie mogła zgodzić się wyjść za mnie... pomyśl... mylisz się... pomyśl dobrze... ty nie możesz kochać mnie... jeżeli... w każdym razie powiedz szczerze... — mówił, nie patrząc na nią. Będę nieszczęśliwy... niech ludzie mówią, co im się żywnie podoba; wszystko lepszem będzie od nieszczęścia... Lepiej teraz, póki czas...
— Nie rozumiem — odparła wylękniona Kiti... — to jest, że chcesz zerwać ze mną... że nie potrzeba?...
— Jeżeli mnie nie kochasz...
— Zwarjowałeś! — zawołała, rumieniąc się z gniewu. Lecz Lewin wydawał się do tego stopnia godnym litości, że Kiti zapanowała nad swem rozdrażnieniem, zrzuciła parę sukni z krzesła i usiadła bliżej narzeczonego. — Co chcesz powiedzieć? powiedz mi wszystko...
— Chcę powiedzieć, że nie możesz mnie kochać! Za co możesz mnie kochać?
— Mój Boże, co ja mogę w takim razie!?... — odparła i rozpłakała się.
— Ach, co ja narobiłem! — zawołał Lewin i klękając przed Kiti, zaczął całować ją po rękach.
Księżna, wszedłszy w pięć minut potem do pokoju, zastała ich w zupełnej zgodzie. Kiti nietylko umocniła narzeczonego w przekonaniu, że go kocha, lecz nawet, odpowiadając na jego pytania, za co go kocha, wytłumaczyła mu za co. Powiedziała mu, że kocha go za to, że rozumie go; za to, że wie, że on ją kocha i za to, że jest pewną, iż wszystko, co on kocha, musi być dobrem i szlachetnem. I to tłumaczenie wydało się Lewinowi zupełnie słusznem i przekonywującem. Kiedy księżna weszła do nich, siedzieli oboje koło siebie na kufrze, przerzucali suknie i sprzeczali się o to, że Kiti chciała oddać Duniaszy tę brązową suknię, którą miała na sobie, gdy Lewin oświadczał się jej, on zaś nalegał, aby tej sukni nie oddawała nikomu, a Duniaszy aby oddała niebieską.
— Jak ty nic nie znasz się na tem! Przecież to brunetka i w niebieskiej sukni nie będzie jej do twarzy... Już ja to wszystko obmyśliłam...
Księżna, dowiedziawszy się po co Lewin przyjeżdżał, rozgniewała się trochę na żarty, trochę na seryo i kazała mu jechać do domu, aby ubierał się i nie przeszkadzał Kiti czesać się, gdyż Charles nadejdzie lada chwila.
— Ona i tak nic już nie jada od paru dni i zbrzydła, a ty ją jeszcze rozstrajasz do reszty swem głupiem gadaniem — powiedziała mu — wynoś się, wynoś, mój kochanku!...
Lewin wrócił do hotelu zawstydzony i z poczuciem swej winy, lecz uspokojony zupełnie. Brat jego, Darja Aleksandrowna i Stepan Arkadjewicz, wszyscy ubrani już zupełnie, czekali na niego, aby pobłogosławić go ikoną. Nie można już było zwlekać. Darja Aleksandrowna musiała jeszcze zajechać do domu i zabrać z sobą swego upomadowanego i ufryzowanego synka, który miał jechać w jednej karecie z panną młodą i z ikoną. Następnie trzeba było jedną karetę posłać po drużbę, a drugą, która miała odwieźć Siergieja Iwanowicza, przysłać z powrotem... W ogóle było bardzo dużo skomplikowanych okoliczności, nie ulegało jednak wątpliwości, iż należy się śpieszyć, ponieważ jest już w pół do siódmej. Błogosławienie ikoną nie wywarło należnego wrażenia; Stepan Arkadjewicz stanął koło żony w pozie komiczno-uroczystej, wziął do rąk ikonę i kazał Lewinowi bić pokłony aż do ziemi i błogosławił go, uśmiechając się, jak zwykle, poczciwie i ironicznie zarazem, i trzykrotnie pocałował go; to samo zrobiła i Darja Aleksandrowna i chciała w tej chwili jechać, i znowu pomyliła się w kombinacyach z karetami.
— No, zrobimy więc tak: ty jedź po niego w naszej karecie, a Siergiej Iwanowicz może będzie tak uprzejmy, pojedzie do nas, a potem odeszle karetę.
— I owszem, z całą przyjemnością.
— A my za chwilę przyjedziemy z nim. Czyś wysłał już rzeczy? — zapytał Stepan Arkadjewicz.
— Wysłałem — odparł Lewin i kazał Kuźmie przygotować wszystko do ubierania się.

IX.

Stary zapuszczony pałac, z wysokimi rzeźbionymi plafonami i freskami na ścianach, z mozajkowemi posadzkami, z grubemi, żółtemi, aksamitnemi portyerami, z wysokiemi oknami, z urnami na konsolach i kominkach, z rzeźbionemi drzwiami, z ponuremi salami, zawieszonemi obrazami; pałac ten samą swą powierzchownością podtrzymywał we Wrońskim, gdy się tylko do niego wprowadził, to przyjemne złudzenie, że on, Wroński, jest nie tyle rosyjskim właścicielem ziemskim, koniuszym dworu nie pełniącym służby, ile wykształconym znawcą i mecenasem sztuk pięknych i skromnym artystą, który wyrzekł się świata, stosunków i ambitnych zamiarów dla ukochanej kobiety.
Rola, jaką obrał sobie po przeniesieniu się do pałacu, udała się zupełnie, i Wroński, zaznajomiwszy się przez Goleniszczewa z paroma wybitniejszymi mieszkańcami, przez kilka dni był zupełnie zadowolonym; pod kierunkiem włoskiego profesora malarstwa malował szkice z natury i studyował średniowieczne włoskie życie, które od jakiegoś czasu do tego stopnia zachwycało go, że zaczął nawet nosić kapelusz i pled przez ramię po średniowiecznemu, z czem było mu bardzo do twarzy.
— A my siedzimy tu i o niczem nie wiemy — rzekł raz Wroński do Goleniszczewa, gdy ten rano zaszedł do niego. — Widziałeś obraz Michajłowa? — zapytał, podając mu dopiero co otrzymaną gazetę rosyjską i wskazując artykuł o rosyjskim artyście, który przebywał w jednem z nimi mieście. Malarz ten ukończył wreszcie obraz, o którym chodziły już oddawna różne pogłoski i który był już zakupiony. W artykule czyniono przymówki rządowi i akademii, że pozwalają artyście pozostawać bez wszelkiej pomocy i zachęty.
— Widziałem — odparł Goleniszczew — ma się rozumieć, że nie jest pozbawiony talentu, kierunek jego jednak jest najzupełniej fałszywym... Ciągle to samo Iwanowsko[21]-Strausowsko-Kenanowskie zapatrywanie się na Chrystusa i na malarstwo religijne.
— Cóż przedstawia ten obraz? — zapytała Anna.
— Chrystusa przed Piłatem. Chrystus przedstawiony jest jako żyd, z całym realizmem, właściwym nowej szkole.
Zapytanie Anny o treść obrazu pozwoliło Goleniszczewowi wszcząć rozmowę na swój ulubiony temat, zaczął więc dowodzić z zapałem:
— Nie rozumiem, w jaki sposób mogą oni mylić się aż do tego stopnia! Chrystusa wcieliła już sztuka wielkich mistrzów średniowiecznych. Wynika więc z tego, że jeżeli chcą przedstawiać nie Boga, lecz rewolucyonistę lub mędrca, to niech biorą historyczne postacie: Sokratesa. Franklina, Charlottę Corday, w żadnym jednak razie Chrystusa... biorą postać nienadającą się dla sztuki, a później...
— Czy to prawda, że ten Michajłow jest w takiej nędzy? — przerwał Wroński, myśląc, że wypada mu, jako rosyjskiemu mecenasowi, dopomódz artyście, bez względu na to, czy obraz jest ładny, czy też nie.
— Chyba, że nie... Doskonały z niego portrecista. Czyście widzieli państwo portret Wasilczykowej jego pędzla? Zdaje mi się jednak, że nie chce już więcej malować portretów i dlatego, być może, rzeczywiście jest w potrzebie. Powiadam, że...
— Czy nie można by go poprosić o portret Anny Arkadjewny? — zapytał Wroński.
— Dlaczego o mój? — rzekła Anna. — Mam już jeden malowany przez ciebie i niechcę żadnego innego... już lepiej Ani[22]. Oto i ona — dodała, spoglądając przez okno na przystojną mamkę, przechadzającą się właśnie z dzieckiem po ogrodzie i natychmiast spojrzała na Wrońskiego. Mamka, której głowę Wroński malował na swym obrazie, była jedyną przykrością Anny, chowaną w głębokiej tajemnicy. Wroński malował Włoszkę, zachwycał się jej urodą i średniowiecznym wyglądem i Anna nie śmiała przyznać się przed samą sobą, że lęka się być zazdrosną o tę kobietę i dlatego dogadzała we wszystkiem i jej, i jej maleńkiemu synkowi.
Wroński spojrzał również w okno i w oczy Anny, i zwracając się w tej chwili do Goleniszczewa, rzekł:
— A ty znasz tego Michajłowa?
— Spotykałem się z nim, lecz to dziwak i człowiek bez żadnego wykształcenia. Jest to jeden z tych dzikich nowych ludzi, jakich teraz zdarza się często spotykać; jest to jeden z tych wolnomyślnych okazów, którzy d’embléewychowani w zasadach niewiary, przeczenia i materyalizmu. Dawniej — mówił Goleniszczew, nie zauważając lub też nie chcąc zauważyć, że i Anna i Wroński chcą mówić — dawniej wolnomyślny bywał człowiekiem, którego wychowywano w zasadach religii, praw, moralności, a który osobistą walką i pracą umysłową doszedł do wolnomyślności; lecz teraz zjawia się nowy typ samorodnych postępowców, którzy doszli do lat, nie słysząc nawet nigdy, że istnieją jakiekolwiek zasady moralności lub religii, że istniały autorytety, i którzy wyrastają poprostu w zasadach przeczenia wszystkiemu, to jest są dzikimi. Otóż i on należy do ich liczby; jest to, zdaje mi się, syn jakiegoś lokaja z Moskwy, który nie otrzymał żadnego wykształcenia; gdy wstąpił do akademii i gdy wyrobił sobie opinię, to jako człowiek nie głupi chciał się trochę wykształcić; zwrócił się więc ku temu, co zdawało mu się być źródłem wszelkiej wiedzy — do dzienników. Dawniej człowiek chcący się wykształcić, przypuśćmy Francuz, zacząłby czytać wszystkich klasyków, więc teologów i tragików, historyków i filozofów; wyobrażacie sobie państwo ten ogrom pracy, jaki go czekał. Lecz u nas, obecnie taki Iwanow odrazu wziął się do literatury, przeczącej wszystkiemu, posiadł bardzo prędko cały ekstrakt tej wiedzy i począł się uważać za skończonego człowieka. Ale to jeszcze nie wszystko: lat temu dwadzieścia byłby znalazł w tej literaturze ślady pewnej walki z powagami, z poglądami utrwalonymi przez wieki, a z tej walki byłby się dowiedział, że przedtem istniało coś innego; lecz obecnie odrazu natrafił na taką literaturę, która nie zaszczyca nawet walką dawnych poglądów, a powiada wprost: nic niema, évolution, dobór, walka o byt... i na tem koniec. Ja w mym atykule...
— A wiecie panowie — rzekła Anna, która już od dość dawna porozumiewała się ostrożnie wzrokiem z Wrońskim i która wiedziała, że Wrońskiego nic nie obchodzi wykształcenie tego malarza, lecz że chce tylko dopomódz mu i zamówić u niego portret; wiecie panowie co? — przerwała stanowczo rozprawiającemu Goleniszczewowi — jedźmy do niego!
Goleniszczew opamiętał się i z chęcią przystał na propozycye Anny; ponieważ artysta mieszkał dość daleko, postanowiono pojechać do niego powozem.
Po upływie godziny powóz z Anną, Goleniszczewem i Wrońskim, siedzącym na przedniem siedzeniu, zajechał przed nowy brzydki dom. Dowiedziawszy się od żony stróża, która wyszła na ich spotkanie, że Michajłow przyjmuje u siebie w pracowni, lecz że obecnie jest w mieszkaniu, odległem o parę kroków, cale towarzystwo posłało mu swe bilety z prośbą o pozwolenie zwiedzenia pracowni.

XIV.

Przyjęcie skończyło się. Świat dworski, rozjeżdżając się, rozmawiał o ogłoszonych przed chwilą odznaczeniach i o ważnych translokacyach w wyższym urzędniczym świecie.
— A gdyby tak hrabinę Maryę Borysownę do ministeryum wojny, a księżnę Watkarską na naczelnika sztabu — mówił siwy staruszek w mundurze haftowanym złotem do wysokiej frejliny, znanej ze swej urody.
— A mnie na adjutanta — odparła frejlina z uśmiechem.
— Dla pani już mamy odpowiednie stanowisko; panią, do wydziału duchownego, a na pomocnika, Karenina.
— Witam księcia! — rzekł staruszek, ściskając rękę księciu, który zbliżył się do niego.
— Coście panowie mówili o Kareninie? — zapytał książę.
— On i Putiatow dostali Aleksandra Newskiego.
— A mnie się zdawało, że on już go ma.
— Nie, niech pani spojrzy na niego — odparł stary, wskazując haftowanym kapeluszem na Karenina, ubranego w dworski mundur z nową czerwoną wstęgą na piersiach.
Karenin stał właśnie we drzwiach i rozmawiał z jednym z najbardziej wpływowych członków Rady państwa.
— Szczęśliwy i zadowolony, jak miedziany groszak — dodał staruszek, przestając mówić, aby przywitać się z atletycznie zbudowanym szambelanem.
— Ależ on postarzał się — zauważył szambelan.
— To z powodu kłopotów: pisze teraz nieustannie projekty. Nie puści już tego nieszczęśliwego, dopóki mu nie wyłoży wszystkiego, punkt po punkcie.
— Jakto postarzał? Il fait des passions. Zdaje mi się, że hrabina Lidya Iwanowna jest teraz zazdrosną o niego...
— Gdzietam! Bądźcie panowie łaskawi nie mówić nic złego o hrabinie Lidyi Iwanownej!
— Przecież to nic złego, że kocha się w Kareninie.
— A czy to prawda, że Karenina bawi tutaj?
— Ściśle mówiąc — nie tutaj w pałacu, ale w Petersburgu; wczoraj spotkałem ją, jak szła z Aleksiejem Wrońskim przez ulicę Morską, bras dessus, bras dessous.
C’est un homme, qui n’a pas... — zaczął mówić szambelan, lecz urwał, ustępując się i kłaniając przechodzącemu wielkiemu księciu.
W ten sposób, nie przestając ani na chwilę, rozmawiano o Aleksieju Aleksandrowiczu, krytykując go i szydząc z niego, a on tymczasem, zastąpiwszy drogę złapanemu członkowi Rady państwa, wykładał mu ze wszystkimi szczegółami nowy swój projekt finansowy.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy żona wyjechała z Wrońskim, Aleksieja Aleksandrowicza spotkał najprzykrzejszy wypadek, jaki może wydarzyć się człowiekowi, pnącemu się po drabinie urzędniczej; postępowy ruch awansów przerwał się; fakt ten miał rzeczywiście miejsce i wszyscy wiedzieli o tem. Sam jednak Aleksiej Aleksandrowicz nie zdawał sobie sprawy, że karyera jego jest już skończoną. Nie wiadomo, co było przyczyną tego: czy nieporozumienia ze Stremowym, czy nieszczęście z żoną, czy poprostu Aleksiej Aleksandrowicz osiągnął już kres swój; wszyscy jednak byli już przekonani, że karyerę jego należy uważać za skończoną.
Karenin zajmował wciąż wybitne stanowisko, był członkiem wielu komisyj i komitetów, był już jednak człowiekiem zużytym, po którym nikt nie spodziewał się już niczego. Wszystkich projektów jego słuchano w taki sposób, jak gdyby to, co on proponuje, było już oddawna wiadome całemu światu i na nic nikomu nieprzydatne.
Ale Aleksiej Aleksandrowicz nie widział tego, i teraz właśnie, gdy odsunięto go od bezpośredniego udziału w sprawach państwowych, dostrzegał dokładniej, niż dawniej, błędne i fałszywe kroki w postępowaniu innych, i uważał sobie za obowiązek wskazywać środki, mające na celu zapobieganie fatalnym skutkom tych błędów. Wkrótce po wyjeździe żony zaczął pisać swój referat o nowych sądach; referat ten był pierwszym z całej litanii referatów, jakie sądzono było Aleksiejowi Aleksandrowiczowi napisać, a których nikt nie brał na seryo.
Aleksiej Aleksandrowicz, niedość że nie zauważył rozpaczliwego swego położenia w świecie urzędniczym i nie martwił się niem, ale jeszcze bardziej niż zwykle był zadowolony ze swej działalności.
„Żonaty myśli o rzeczach światowych, jak przypodobać się swej żonie, nieżonaty zaś o Bogu, jak przypodobać się Bogu“ — powiada apostoł Paweł, i Aleksiej Aleksandrowicz, który teraz we wszystkich swych postępkach miał za przewodnika Pismo Święte, przypominał sobie często ten wiersz. Zdawało mu się, że z chwilą, gdy został bez żony, pisaniem swych projektów i referatów bardziej, niż przedtem, zasługuje się Panu Bogu.
Aleksiejowi Aleksandrowiczowi nic nie przeszkadzało, że członek Rady państwa nie zwraca najmniejszej uwagi na jego opowiadanie, i przestał mówić wtedy dopiero, gdy senator, korzystając ze zbliżania się jednego z wielkich książąt, odsunął się zręcznie od niego.
Po odejściu dostojnika, Aleksiej Aleksandrowicz pochylił głowę, zebrał rozprószone myśli, obejrzał się z roztargnieniem dokoła i skierował się ku drzwiom, koło których spodziewał się znaleźć Lidyę Iwanowną.
„A jacy oni wszyscy silni i zdrowi“ — pomyślał Aleksiej Aleksandrowicz, przyglądając się olbrzymiemu szambelanowi z rozczesanemi, gęstemi i pachnącemi bokobrodami i czerwonej szyi, opiętego w ciasny mundur księcia. „Słusznie powiedziano, że wszystko na świecie jest złem“ — pomyślał, spoglądając raz jeszcze z niechęcią na łydki szambelana.
Aleksiej Aleksandrowicz, suwając zwolna nogami, ze zwykłym sobie wyrazem znużenia i osobistej godności, ukłonił się tym panom, rozmawiającym właśnie o nim, i spoglądając na drzwi, szukał oczyma hrabiny Lidyi Iwanownej.
— A, Aleksieju Aleksandrowiczu! — odezwał się staruszek, uśmiechając się złośliwie, gdy Karenin zrównał się z nim i obojętnie skinął mu głową — nie winszowałem jeszcze panu — rzekł, wskazując na wstęgę.
— Dziękuję panu — odparł Aleksiej Aleksandrowicz. — Śliczną pogodę mamy dzisiaj — dodał, kładąc nacisk na wyraz „śliczny.“
Aleksiej Aleksandrowicz wiedział, że oni śmiali się z niego, nic się już jednak nie spodziewał od nikogo prócz nieżyczliwości, a zresztą przywykł już do niej.
Ujrzawszy wystające z gorsetu żółte plecy hrabiny, która stanęła w tej chwili na progu, oraz jej śliczne smętne oczy, Aleksiej Aleksandrowicz uśmiechnął się, pokazując swe białe, nie zepsute zęby, i podszedł ku niej.
Lidya Iwanowna miała dzisiaj, jak w ogóle w ostatnich czasach, sporo kłopotów ze swoją toaletą. Toaleta jej miała obecnie na celu zupełnie co innego, niż trzydzieści lat temu. Wtedy chciała tylko ozdobić się czembądź, i im bardziej, tem lepiej. Teraz zaś miewała na sobie zawsze tyle strojów, wręcz niestosownych ani do jej lat, ani do jej figury, że myślała tylko o tem, aby różnica pomiędzy temi ozdobami a jej powierzchownością nie była zbyt uderzającą. Co do Aleksieja Aleksandrowicza, osiągnęła swój cel i zdawała mu się być pociągającą; była ona dla Karenina jedyną oazą, nietylko przyjaźni, ale i miłości, wśród tej pustyni niechęci i szyderstw, jaka go otaczała.
Przechodząc pod ogniem pogardliwych spojrzeń, Aleksiej Aleksandrowicz instynktownie zwracał się ku jej zakochanemu wzrokowi, jak roślina ku słońcu.
— Winszuję panu — rzekła Lidya Iwanowna, wskazując oczyma na wstęgę.
Aleksiej Aleksandrowicz wzruszył ramionami, powstrzymując się od uśmiechu zadowolenia i mrużąc oczy; zdawał się mówić, że rzecz tego rodzaju nie może go cieszyć. Lidya Iwanowna wiedziała dobrze, że Aleksiej Aleksandrowicz jest zadowolonym z otrzymanego orderu, chociaż za nic w świecie nie chce się przyznać do tego.
— Co porabia nasz aniołek? — zapytała hrabina; aniołkiem nazywała Sierożę.
— Nie mogę powiedzieć, abym był zupełnie zadowolony z niego — odrzekł Aleksiej Aleksandrowicz, podnosząc brwi i otwierając oczy — a i Sitnikow[23] również ma mu trochę do zarzucenia. Wspominałem już pani, że jakoś obojętnie zapatruje się na rzeczy, które powinny wzruszać duszę każdego człowieka i każdego dziecka — zaczął Aleksiej Aleksandrowicz, wypowiadając swe poglądy na postępowanie syna, jedyną rzecz, która go interesowała teraz po za sprawami służbowemi.
Aleksiej Aleksandrowicz, odzyskawszy z pomocą Lidyi Iwanownej równowagę moralną, doszedł do przekonania, że ma obowiązek zająć się wychowaniem syna.
Nie zajmując się dotąd nigdy kwestyami pedagogicznemi, Aleksiej Aleksandrowicz musiał poświęcić trochę czasu na teoretyczne zbadanie ich. Przeczytawszy parę dzieł antropologicznych, pedagogicznych i dydaktycznych, Aleksiej Aleksandrowicz ułożył sobie cały plan, i wziąwszy do pomocy najlepszego petersburgskiego pedagoga, zabrał się do pracy. Praca ta zajmowała go nieustannie. — Zapewne, ale serce? Ja dostrzegam w nim serce ojca, a dziecko, obdarzone takiem sercem, nie może być złem — zauważyła z zachwytem Lidya Iwanowna. — Tak, nie wiem... Co do mnie, czynię wszystko, co mi obowiązek wskazuje, nic więcej zrobić nie jestem w stanie. — Musi pan przyjechać do mnie — rzekła hrabina po chwili milczenia — rausze z panem pomówić o przykrej dla pana sprawie. Ofiarowałabym wszystko, aby ustrzedz pana od niektórych wspomnień, nie wszyscy jednak tak myślą. Odebrałam list od niej. Ona bawi tutaj w Petersburgu. Na wspomnienie o żonie zimny dreszcz przeszedł Aleksieja Aleksandrowicza, po chwili jednak na twarzy jego zapanował martwym spokój, który zdawał się mówić, że na to niema żadnej rady. — Spodziewałem się tego — szepnął. Hrabina Lidya Iwanowna popatrzała na niego z czułością, a oczy jej napełniły się łzami zachwytu nad wspaniałomyślnością swego przyjaciela.

XXV.

Aleksiej Aleksandrowicz wszedł do małego, zacisznego gabinetu Lidyi Iwanownej, zastawionego staroświecką porcelaną i zawieszonego portretami, nie zastał w nim jednak gospodyni, która przebierała się właśnie.
Na okrągłym stole, zasłanym obrusem, stał chiński serwis i srebrna spirytusowa maszynka do herbaty.
Aleksiej Aleksandrowicz, spojrzawszy z roztargnieniem na liczne, znajome sobie portrety, zdobiące ściany gabinetu, usiadł koło stołu i otworzył leżące przed nim Pismo Święte. Szelest jedwabnej sukni hrabiny przerwał mu czytanie.
— Nikt nam nie będzie przeszkadzał — rzekła hrabina, przeciskając się między kanapą a stołem.
Po paru wyrazach, mających na celu przygotowanie Aleksieja Aleksandrowicza, hrabina Lidya Iwanowna, wzdychając i rumieniąc się, wręczyła mu list Anny.
Aleksiej Aleksandrowicz po przeczytaniu listu nie odzywał się długo.
— Nie zdaje mi się, abym miał prawo odmawiać jej — rzekł nieśmiało, podnosząc oczy.
— Przyjacielu mój, nigdy w nikim nie widzisz nic złego!
— Właśnie, że widzę, iż niema nic prócz złego... ale czy to jest sprawiedliwie...
Na twarzy Aleksieja Aleksandrowicza malowało się niezdecydowanie oraz szukanie rady, pomocy i wskazówek w sprawie, która dla niego samego była niezrozumiałą.
— Nie — przerwała mu Lidya Iwanowna — wszystko ma swoje granice. Rozumiem już niemoralność — dodała niezupełnie szczerze, gdyż nigdy nie mogła pojąć, co doprowadza kobiety do upadku moralnego, nie rozumiem jednak okrucieństwa... i to okazywanego komu?... panu! Jakżeż można przemieszkiwać w tem samem mieście co i pan. Stanowczo widać, że do samej starości trzeba się uczyć rozumu i ja też uczę się pojmować pańską wspaniałomyślność a jej nikczemność.
— A kto na ciebie rzuci kamieniem? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz, zadowolony widocznie ze swej roli — przebaczyłem, nie mogę więc pozbawiać jej tego, co musi kochać, to jest ukochanego syna...
— Ależ czy ona go kocha? Czy to jest szczere uczucie. Przypuśćmy, że pan przebaczył i że pan niema urazy, ale czy mamy prawo czynić zamach na duszyczkę tego aniołka? On wierzy, że ona umarła, modli się za nią i blaga Boga, aby przebaczył jej grzecby... i było dobrze... a teraz jak on będzie się zapatrywał na to?
— Nie zastanawiałem się nad tem — odparł Aleksiej Aleksandrowicz, któremu argumenty Lidyi Iwanownej zdawały się trafiać do przekonania.
Hrabina ukryła twarz w dłoniach i nie odzywała się, pogrążyła się w modlitwie.
— Jeśli pan pyta mnie o radę — rzekła, pomodliwszy się chwilę i odejmując ręce od twarzy — to nie radzę panu czynić tego. Czyż ja nie widzę, że pan cierpi i że wiadomość ta krwawi tylko pańskie rany? Przypuśćmy jednak, że pan, jak zwykle, zapomina o sobie... ale do czegóż to pana doprowadzi? Tylko do nowych cierpień i do męczarni, na jakie narazimy dziecko? Jeżeli w niej pozostało choć trochę ludzkich uczuć, nie powinna sama życzyć sobie tego. Ja nie wahając się ani chwili, stanowczo odradzam panu i, jeżeli pan pozwoli mi, odpiszę jej.
Aleksiej Aleksandrowicz zgodził się, a hrabina Lidya Iwanowna napisała następujący list:

„Szanowna Pani!
Wspomnienie o Pani może dać powód Jej synowi do zadawania pytań, na które nie będzie mu można dać odpowiedzi, nie wzbudzając w duszy dziecka krytycznego zapatrywania się na to, co powinno być dla niego świętem. Zechce więc Szanowna pani zapatrywać się na odmowę Swego męża z punktu widzenia chrześcijańskiej miłości. Błagam Najwyższego o miłosierdzie nad Nią.
Hrabina Lidya.“

List ten osiągnął ów ukryty cel, który Lidya Iwanowna taiła przed sobą, obraził on Annę do głębi duszy.
Aleksiej Aleksandrowicz zaś, ze swej strony, wróciwszy do domu od Lidyi Iwanownej, nie był w stanie oddawać się tego wieczoru swym zwykłym zajęciom i czuć się tak spokojnym na duchu, wierzącym i będącym na drodze do zbawienia, jakim czuł się już od jakiegoś czasu.
Wspomnienie o żonie, która tyle względem niego zawiniła i w porównaniu z którą był świętym, jak na to słusznie zwróciła uwagę Lidya Iwanowna, nie powinno było oddziaływać na niego wcale; Aleksiej Aleksandrowicz był jednak nieswój; nie mógł rozumieć książki, którą czytał, nie mógł odpędzić od siebie przykrych wspomnień o swych stosunkach z nią, o tych błędach, które, jak mu się zdawało, popełniał w postępowaniu z nią. Przypominał sobie, jak wracając z wyścigów, wysłuchał jej wyznania (szczególnie zaś, że wymagał wtedy od niej tylko zachowania zewnętrznych pozorów, a nie wyzwał Wrońskiego na pojedynek); przykrem mu było również wspomnienie o liście, jaki napisał do niej, szczególnie zaś przebaczenie, na nic nikomu nie potrzebne; rumieńce wstydu paliły go, gdy przypominał sobie, że i pielęgnował cudze dziecko i troszczył się o nie.
Takiego samego uczucia wstydu i żalu doświadczał teraz, gdy przypominał sobie całe swe przeszłe pożycie z nią i swą nieśmiałość, z jaką po dość długiem wahaniu oświadczył się jej.
„Lecz cóż ja winien jestem?“ — zapytywał siebie, a pytanie to wywoływało w nim zawsze drugie: „czy też inaczej czuje, inaczej się kocha, inaczej się żeni reszta ludzi, ci Wrońscy, Obłońscy... ci szambelani z grubemi łydkami“, i wtedy stawał przed nim długi szereg tych dobrze zbudowanych, silnych, pewnych siebie mężczyzn, którzy zawsze i wszędzie zwracali pomimowoli na siebie jego uwagę.
Aleksiej Aleksandrowicz usiłował otrząsnąć się od myśli tego rodzaju, usiłował przekonać siebie samego, że żyje nietylko dla chwilowego doczesnego życia, lecz dla wiecznego, że w duszy jego panuje spokój i miłość. Lecz to, co w tem przemijającem marnem życiu popełnił, niektóre małe uchybienia, trapiły go, jak gdyby nie było tego wiecznego zbawienia, w które wierzył głęboko. Ten upadek ducha trwał jednak niedługo i wkrótce w duszy Aleksieja Aleksandrowicza zapanował znów dawny spokój i wzniosłość, dzięki którym był w stanie zapomnieć zupełnie o wszystkiem, czego nie chciał pamiętać.

XXVI.

— No i cóż, Kapytonyczu? — rzekł Sieroża wesoło, wracając z zarumienioną twarzyczką ze spaceru w wilie swych urodzin, i oddając swój płaszczyk wysokiemu staremu szwajcarowi, uśmiechającemu się do niego. — Czy był dzisiaj obwiązany urzędnik? Czy papa przyjął go?
— Przyjął... wpuściłem go zaraz po wyjściu naczelnika — odparł szwajcar, mrugając wesoło jednym okiem — niech panicz da, ja zdejmę.
— Sieroża — zawołał guwerner sławianofil, zatrzymując się we drzwiach, prowadzących do dalszych pokoi — proszę rozebrać się samemu! — Ale Sieroża, chociaż i słyszał słaby głos guwernera, nie zwrócił żadnej uwagi na uczynione mu napomnienie; stał ująwszy w końce palców szarfę szwajcara i patrzał mu w twarz.
— No i cóż, czy papa przychylił się do jego prośby?
Szwajcar skinął twierdząco głową.
Urzędnik z twarzą obwiązaną chustką, przychodził już siedm razy do Aleksieja Aleksandrowicza i wzbudził ku sobie współczucie i Sieroży i szwajcara. Sieroża spotkał go raz w sieni i słyszał, jak urzędnik prosił szwajcara, aby go wpuścił do Aleksieja Aleksandrowicza, powiadając, że w przeciwnym razie będzie musiał chyba umierać razem ze swemi dziećmi z głodu.
Spotkawszy się jeszcze kiedyś z urzędnikiem na schodach, Sieroża zainteresował się nim bardzo.
— No i jakże, czy bardzo był kontent? — dopytywał się.
— Czemu nie miał być zadowolony? Mało co nie skakał z radości.
— A czy przyniesiono jaką paczkę? — zapytał Sieroża po chwili milczenia.
— Jest paniczu! — szeptem odparł szwajcar, potrząsając głową — jest od hrabiny.
Sieroża domyślił się natychmiast, że w paczce, o której mówił mu szwajcar, znajduje się upominek od Lidyi Iwanownej, nadesłany mu na urodziny.
— Co też ty powiadasz?. Gdzie?
— Korniej zaniósł do pokoju papy... musi być w niej coś ładnego!
— A czy duża... czy będzie taka?
— Trochę mniejsza, ale ładna...
— Książka?
— Nie, coś innego. Ale niech panicz idzie... Wasilij Łukicz woła — rzekł szwajcar, słysząc zbliżające się kroki guwernera, i zdejmując ostrożnie z ręki Sieroży rękawiczkę, skinął głową w stronę Łukieza.
— Wasilij Łukiczu! w tej chwili! — zawołał Sieroża, uśmiechając się wesoło i serdecznie, czem zawsze rozbrajał wymagającego Wasilja Łukieza.
Sieroża był zbyt wesołym i szczęśliwym dzisiaj, aby mógł nie podzielić się ze swym przyjacielem szwajcarem przyjemną wiadomością, o której dowiedział się na spacerze w Letnim ogrodzie od siostrzenicy Lidyi Iwanownej. Zadowolenie, spowodowane tą wieścią, zdawało mu się być tem większem, że zbiegło się z radością obwiązanego urzędnika i z przyniesieniem zabawek. Sieroży zdawało się, że dzisiaj wszyscy powinni być zadowoleni i szczęśliwi.
— Czy wiesz, że papa dostał Aleksandra Newskiego? — zapytał Sieroża.
— Co nie mam wiedzieć!... przyjeżdżali przecież winszować...
— A papa bardzo się cieszy?
— Czyż można nie cieszyć się z łaski cesarskiej!... widocznie zasłużył... — dodał szwajcar surowo i poważnie.
Sieroża zamyślił się, wpatrując się w znaną sobie do najdrobniejszych szczegółów twarz szwajcara, szczególnie zaś w jego podbródek, zwieszający się między siwemi bokobrodami, którego nikt prócz Sieroży nie dostrzegał, gdyż Sieroża tylko patrzał na Kapytonycza zawsze z dołu.
— A córka twoja dawno była u ciebie po raz ostatni?
Córka szwajcara była baletnicą.
— Nie może przecież przychodzić w powszedni dzień... Ona także uczy się, i panicz również musi się uczyć... niech panicz już idzie...
Wszedłszy do pokoju, Sieroża, zamiast zaraz wziąć się do lekcyj, podzielił się z guwernerem swemi przypuszczeniami, że w przyniesionej paczce musi być maszyna.
— A panu co się zdaje? — zapytał.
Ale Wasilemu Łukiczowi zdawało się tylko, że Sieroża powinien powtarzać gramatykę, gdyż nauczyciel ma przyjść o godzinie drugiej.
— Niech mi pan tylko powie, Wasylu Łukiczu — zapytał nagle, siedząc już za stolikiem i trzymając w ręku książkę, co jest wyższego nad Aleksandra Newskiego? Wie pan, że papa dostał Aleksandra Newskiego?
Wasilij Łukicz odpowiedział, że Włodzimierz.
— A nad Włodzimierza?
— Najwyższym jest order św. Andrzeja.
— A jeszcze wyższym od św. Andrzeja?
— Niewiem.
— Jakto... nawet pan nie wie? — i Sieroża oparł się na łokciach i zamyślił się.
Rozmyślania jego były nadzwyczaj różnorodne i skomplikowane: rozmyślał nad tem, jak jego ojciec otrzyma nagle i Włodzimierza i Andrzeja, i jak on, Sieroża, z tego powodu dzisiaj podczas lekcyj będzie grzeczniejszym niż zwykle, i jak sam, gdy dorośnie, dostanie wszystkie ordery, nawet i ten, jaki dopiero mają wymyślić, a który będzie wyższy od św. Andrzeja; tylko zdążą wymyślić, i on zaraz zasłuży, wymyślą jeszcze coś wyższego, on i na to natychmiast zasłuży.
Na rozmyślaniach tego rodzaju zbiegł czas do nadejścia nauczyciela; Sieroża nie umiał lekcyj o okolicznościach czasu, miejsca i warunkach działania, i nauczyciel był niezadowolony, a nawet zmartwiony. Zmartwienie nauczyciela wzruszyło Sierożę, niepoczuwającego się zresztą do winy, że nie umiał lekcyi; wiedział on, że pomimo wszystkich wysiłków nie byłby w stanie dokonać tego; dopóki nauczyciel objaśniał gramatykę, wierzył mu i zdawał się rozumieć, lecz z chwilą, gdy przestawał mówić, Sieroża w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć i pojąć, że taki krótki i zrozumiały wyraz „nagle“ jest określeniem okoliczności sposobu; w każdym jednak razie przykro mu było, że zmartwił nauczyciela.
Sieroża skorzystał z chwili, gdy nauczyciel przestał mówić i patrzał w książkę.
— Michale Iwanowiczu, kiedy wypadają pańskie imieniny? — zapytał.
— Myślałbyś lepiej o swoich lekcyach, a imieniny nie mają żadnego znaczenia dla rozumnego człowieka... są one takim samym dniem jak i inne, kiedy należy pracować.
Sieroża popatrzał bacznie na nauczyciela, na jego rzadką bródkę, na okulary, które zsunęły się poniżej szramy na nosie, i zamyślił się do tego stopnia, że nic już nie słyszał co mu nauczyciel objaśniał. Sieroża widział, że Michał Iwanowicz nie myśli tego naprawdę, co powiada o imieninach, domyślił się tego po tonie, jakim to było powiedziane.

„Ale dlaczego umówili się mówić do mnie w zupełnie jednakowy sposób, a wszystko co mówią, to takie nudne i zbyteczne? Dlaczego on odpycha mnie od siebie i dlaczego nie kocha mnie?“ — zapytywał sam siebie ze smutkiem i nie mógł znaleźć odpowiedzi.

XXVII.

Po lekcyi z nauczycielem następowała lekcya z ojcem. Zanim ojciec nadszedł, Sieroża siedział koło stołu, bawił się scyzorykiem i puścił wodze swym myślom. Jednem z ulubionych zajęć Sieroży było szukanie matki podczas spacerów. Sieroża nie wierzył w śmierć wogóle, a szczególnie w śmierć matki, chociaż Lidya Iwanowna powiedziała mu o tem, a ojciec potwierdził słowa hrabiny; gdy mu więc powiedziano, że matka nie żyje, szukał jej, ile razy tylko wychodził na przechadzkę. Każda kobieta pełna, postawna, z ciemnymi włosami, była jego matką. Gdy ujrzał kobietę podobną do matki, ogarniało go rozczulenie do tego stopnia, że niemógł złapać tchu i łzy stawały mu w oczach... lada chwila też oczekiwał, że ona podejdzie do niego i podniesie woalkę; będzie jej widać całą twarz, ona uśmiechnie się, obejmie go i on znowu poczuje i woń, bijącą od niej i delikatne miękkie dotknięcie jej rąk i zapłacze łzami szczęścia, tak jak wtedy, gdy wieczorem położył się u jej nóg, ona zaczęła go łaskotać, a on śmiał się i kąsał jej białe palce, zdobne w pierścionki. Potem, gdy się wypadkiem od niańki dowiedział, że matka nie umarła, i gdy ojciec wraz z Lidyą Iwanowną tlómaczyli mu, że powinien uważać ją za umarłą, gdyż była niedobrą (a Sieroża nie mógł wierzyć temu w żaden sposób, gdyż kochał ją), szukał i wyglądał jej taksamo. Dzisiaj w Letnim ogrodzie była jakaś dama w liliowej woalce; damie tej Sieroża przypatrywał się z drżącem sercem, oczekując, że ona idąc na spotkanie jego wąską dróżką, lada chwila podejdzie ku niemu. Dama ta nie doszła do niego i znikła między drzewami. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek odczuwał wezbraną miłość ku matce, i zapomniawszy o całym świecie, oczekując na ojca, pokrajał scyzorykiem cały brzeg stołu, patrząc przed siebie i myśląc o matce.
— Papa idzie! — zawołał Wasilij Łukicz.
Sieroża zerwał się z krzesła, podszedł do ojca, pocałował go w rękę i spojrzał bacznie na niego, szukając na twarzy ojcowskiej oznak zadowolenia z otrzymanego Aleksandra Newskiego.
— Dobrześ się bawił na spacerze? — zapytał Aleksiej Aleksandrowicz, siadając na swem krześle, i biorąc do ręki Stary Testament, otworzył go. Chociaż ojciec często powtarzał Sieroży, że każdy chrześcijanin powinien znać doskonale historyę świętą, sam jednak przy wykładzie Starego Testamentu często zaglądał do książki, co Sieroża zauważył.
— Doskonale bawiłem się, papo! — odparł Sieroża, siadając na brzegu krzesła i kołysząc się, czego mu nie było wolno — spotkałem się z Nadieńką[24], mówiła mi, że papa dostał nową gwiazdę. Musi być papa zadowolonym z niej...
— Po pierwsze, nie kołysz się mój kochany — zauważył Aleksiej Aleksandrowicz — a po drugie, nie nagroda, lecz praca daje nam zadowolenie i pragnąłbym bardzo, abyś i ty był przeświadczonym o tem. Gdy będziesz pracował i uczył się tylko dlatego, aby zostać wynagrodzonym, praca będzie ci się wydawać ciężką; gdy pracujesz jednak (mówił Aleksiej Aleksandrowicz, przypominając sobie, jak poczucie obowiązku dopomagało mu dzisiaj w żmudnej pracy podpisywania aż 118 papierów), będąc oddanym swej pracy, znajdziesz swą nagrodę w niej samej.
Błyszczące tkliwością i zadowoleniem oczy Sieroży zagasły pod wpływem ojcowskiego spojrzenia. Aleksiej Aleksandrowicz przemawiał zwykłym sobie tonem, jakim odzywał się do Sieroży, i do którego malec nauczył się już zastosowywać. Sieroży zdawało się zawsze, że ojciec zwraca się do niego, jak do jakiegoś nadzwyczajnego chłopczyka, jednego z tych, jacy istnieją w książkach, lecz którzy nic a nic nie są podobni do niego, do Sieroży. I Sieroża w stosunku ze swym ojcem starał się zawsze udawać tego idealnego chłopczyka z książki.
— Spodziewam się, że zrozumiałeś mnie? — zapytał ojciec.
— Tak, papo — odparł Sieroża, udając owego chłopca.
Sieroża miał zadane parę wierszy z Ewangelii i powtórzenie początków Starego Testamentu. Wiersze z Ewangelii Sieroża umiał nieźle, ale w chwili, gdy mówił je, zapatrzył się na kość ojcowskiego czoła, załamującą się pod ostrym kątem nad skronią, pomylił się i kilka ostatnich wyrazów jednego wiersza przestawił do drugiego. Aleksiej Aleksandrowicz był przekonanym, że Sieroża nie zdaje sobie sprawy z tego co mówi i przekonanie to rozdrażniło go, zmarszczył się więc i na nowo zaczął objaśniać rzeczy, które Sieroża słyszał już wielokrotnie, a których nigdy nie mógł spamiętać, coś w rodzaju tego, że „nagle“ jest określeniem okoliczności sposobu. Sieroża spojrzał na ojca wystraszonemi oczyma i myślał tylko o tem, czy ojciec każe mu, jak to czasami zdarzało się, powtórzyć. Myśl ta do tego stopnia przerażała Sierożę, że nic już nie był w stanie rozumieć; ojciec jednak nie kazał powtarzać i wziął się do przesłuchania lekcyi ze Starego Testamentu. Sieroża opowiedział dobrze treść, lecz gdy przyszło odpowiadać mu na pytania, co oznaczały niektóre zdarzenia, nie był w stanie nic powiedzieć, chociaż raz już był ukaranym za nieumienie tej lekcyi. Najtrudniej mu było wyliczyć patryarchów, żyjących przed potopem. Wiedział tylko o jednym z nich, o Enochu, wziętym żywcem do nieba. Dawniej Sieroża pamiętał wszystkie imiona, lecz teraz zapomniał o nich zupełnie, a o Enochu pamiętał, gdyż prorok ten był najbardziej ulubioną przez niego postacią z całego Starego Testamentu, i z wzięciem Enocha żywcem do nieba, w głowie Sieroży wiązał się cały długi szereg myśli, zaprzątających go i teraz, gdy roztargnionym wzrokiem spoglądał na łańcuszek ojcowskiego zegarka i na zapięty do połowy guzik od kamizelki.
Sieroża nie wierzył zupełnie w śmierć, o której często słyszał; nie wierzył, aby ukochani przez niego ludzie mogli umierać, a przede wszystkiem, aby on sam miał umrzeć. Śmierć przedstawiała mu się rzeczą niemożebną i niepojętą. Mówiono mu jednak, że wszyscy umierają; Sieroża pytał się nawet o to ludzi, którym wierzył, i ci odpowiadali twierdząco; niania również mówiła o tem, chociaż z pewną niechęcią. Enoch jednak nie umarł, a zatem nie wszyscy umierają. „Dlaczegóż więc każdy nie może mieć zasług przed Bogiem i być wciętym żywcem do nieba?“ — myślał. Źli, to jest ci, których Sieroża nie lubi, mogą sobie umierać, ale dobrych powinien spotkać los Enocha.
— Jacyż patryarchowie byli?
— Enoch, Enos...
— Mówiłeś już o nim przecież. Źle, Sierożo, bardzo źle! Jeżeli nie starasz się dowiedzieć o tem, co jest najpotrzebniejszem każdemu chrześcijaninowi — rzekł ojciec wstając — to czyż jest jakakolwiek rzecz, coby cię mogła zajmować?... i ja jestem niezadowolony z ciebie i Piotr Ignatjewicz[25] również... Musisz wiec być ukaranym...
I ojciec i nauczyciel obydwaj byli niezadowoleni z Sieroży, i w rzeczy samej malec uczył się źle. Nie można jednak było w żadnym razie powiedzieć, aby miał być niezdolnym; w istocie był zdolniejszym od wielu chłopców, których nauczyciele stawiali mu za wzór. Z punktu widzenia Aleksieja Aleksandrowicza Sieroża nie chciał się uczyć zadawanych lekcyj, w istocie zaś nie mógł się uczyć ich; nie mógł, gdyż w duszy swej odczuwał inne potrzeby, którym pragnął bardziej zadośćuczynić niż tym, których ojciec i nauczyciele wymagali od niego. Te jedne i drugie potrzeby były wręcz przeciwne sobie, i Sieroża walczył otwarcie ze swymi wychowawcami. Miał dziewięć lat, był jeszcze dzieckiem, lecz znał dokładnie swą duszę; była mu drogą, strzegł jej, jak powieka strzeże oka, i bez klucza miłości nikogo nie wpuszczał do jej wnętrza. Ci, co go wychowywali, skarżyli się, że nie chciał się uczyć, a duszę jego rozpierało pragnienie wiedzy; uczył się on od Kapytonycza, od niańki, od Nadieńki, od Wasilja Łukicza, a nie od nauczycieli; ta woda, którą ojciec i nauczyciele chcieli skierować na swój młyn, przesączyła się już oddawna i pracowała gdzieindziej.
Ojciec ukarał Sierożę, nie pozwalając mu iść do Nadieńki, siostrzenicy Lidyi Iwanownej; kara ta jednak, jak się pokazało, stała się dla Sieroży źródłem przyjemności. Wasilij Łukicz był w dobrym humorze i pokazał mu, jak należy robić wiatraki. Cały wieczór zszedł mu nad tem zajęciem i nad marzeniami, aby zrobić taki młyn, na którym możnaby się kręcić: schwycić się rękoma za skrzydła, lub przywiązać się do nich i kręcić się. O matce Sieroża nie myślał cały wieczór, dopiero gdy się już położył, przypomniał sobie o niej i pomodlił się gorąco, aby matka jutro, w dzień jego urodzin, przestała się ukrywać i przyszła do niego.
— Wasilij Łukiczu, czy pan wie, o co ja się dzisiaj pomodliłem?
— Żeby się lepiej uczyć?
— Nie.
— O zabawki?
— Nie... nie zgadnie pan. To mój sekret! Jak się spełni, powiem panu... nie zgadł pan jeszcze dotąd?
— Nie, nie zgadnę... powiedz mi sam — rzekł Wasilij Łukicz, uśmiechając się, co mu się rzadko zdarzało. — Spij już, bo ja gaszę świecę.
— A ja bez świecy będę lepiej widział, na co patrzę i o co modliłem się. Mało co nie wygadałem swej tajemnicy! — roześmiawszy się wesoło, dodał Sieroża.
Gdy Wasilij Łukicz zagasił świecę, Sieroża słyszał i odczuwał obecność swej matki; stała ona przed nim i pieściła go swem spojrzeniem pełnem miłości; lecz zjawiły się wnet wiatraki, scyzoryk, wszystko pomieszało się i Sieroża zasnął.


XI.

Gdy Lewin wraz ze Stepanem Arkadjewiczem wszedł do izby chłopa, u którego zatrzymywał się zwykle, zastał tam już Wesłowskiego. Wesłowski siedział na środku izby, i trzymając się obydwoma rękami za ławkę, z której za unurzane w mule buty ściągał go żołnierz, brat gospodyni, śmiał się swym zaraźliwym, wesołym śmiechem.
— Przyszedłem dopiero przed chwilą, Ils aut été charmants. Niech pan sobie wyobrazi, napoili mnie i nakarmili. Co za chleb, to poprostu coś nadzwyczajnego! A wódka... nigdy nie piłem smaczniejszej! I za nic w świecie nie chcieli wziąć pieniędzy, odpowiadali ciągle „Bóg zapłać!“ czy coś w tym rodzaju.
— Po co mieli brać pieniądze? Oni, widzi pan, częstowali pana, przecież nie mają wódki na sprzedaż... — objaśniał żołnierz, ściągnąwszy nakoniec przemokły but razem z wilgotną poczerniałą skarpetką.
Pomimo brudu w izbie zadeptanej butami myśliwych i nogami oblizujących się psów, pomimo zapachu błota i prochu, napełniającego całą izbę, pomimo braku noży i widelców, myśliwi napili się herbaty i zjedli kolacyę z takim apetytem, jaki bywa tylko po polowaniu; poczem umyli się i poszli do stodoły, gdzie furman przygotował już panom posłania na sianie.
Było już ciemno zupełnie, żadnemu jednak z myśliwych nie chciało się spać.
Rozmowa toczyła się przez czas jakiś o broni, o psach, w ogóle o polowaniu, i wszyscy przyjmowali w niej udział. Wasieńka kilkakrotnie wynurzał swój zachwyt nad noclegiem i zapachem świeżego siana, nad wygodnem spaniem na złamanym wozie, nad dobrodusznością chłopów, co go napoili wódką, i nad psami, leżącymi u nóg swych panów.
Obłoński skorzystał z okazyi, aby opowiedzieć o wspaniałem polowaniu u Maltusa, na którem był w ubiegłym roku. Maltus był to znany powszechnie bogacz, który na budowie kolei dorobił się ogromnego majątku. Stepan Arkadjewicz opowiadał o błotach w Twerskiej gubernii, na których Maltus wziął w dzierżawę polowanie, o jego powozach i brekach, i o namiocie, w którym zastawiono nad błotami obfite śniadanie.
— Nie rozumiem cię — rzekł Lewin, siadając na sianie — jak możesz nie mieć wstrętu do tych ludzi? Rozumiem, że śniadanie z lafitem jest bardzo przyjemne, ale czyż te zbytki nie wzbudzają w tobie odrazy? Przecież wszyscy ci ludzie robią pieniądze w taki sposób, że zasługują tylko na wzgardę, nic sobie z niej nie robią, a potem tymi samymi, nieuczciwie zarobionymi pieniądzmi, starają się wkupić do towarzystwa ludzi, pogardzających nimi.
— Ale ma się rozumieć! — odezwał się Wasieńka Wesłowski. — Ma się rozumieć! Obłoński robi to przez bonhomie, a ludzie powiadają: przecież Obłoński bywa...
— Ależ nie... — Lewin słyszał uśmiech w słowach Obłońskiego — ja poprostu nie uważam go za mniej uczciwego niż każdego pierwszego lepszego bogatego kupca lub obywatela... i jedni i drudzy dorabiają się majątku w jednakowy sposób: pracą i sprytem.
— Dobrze, ale jaką pracą? Czyż to jest praca uzyskać koncesyę i potem odsprzedać ją?
— A czy to nie praca? Jest to praca, gdyż gdyby nie było takiego Maltusa lub jemu podobnych, to nie byłoby i kolei żelaznych...
— W każdym razie jednak nie taka praca, jak prostego chłopa lub uczonego...
— Przypuśćmy, jest to jednak praca w tem rozumieniu, że działalność jego przynosi owoce, koleje żelazne... ale ty przecież jesteś zdania, że koleje są niepotrzebne...
— To inna kwesty a; gotów jestem uznać, że są bardzo nawet potrzebne; każdy jednak zarobek, zbyt wielki w stosunku do wyłożonej weń pracy, jest nieuczciwym.
— Któż jednak ma określać ten stosunek?
— Zdobycie czegoś drogą nieuczciwą i podstępną — rzekł Lewin, widząc, że nie potrafi przeprowadzić wyraźnej granicy pomiędzy tem, co jest uczciwem a co nieuczciwem — Tak samo ma się rzecz z zakładaniem kantorów bankierskich — mówił dałej — złe polega na dochodzeniu do ogromnych majątków bez pracy i wysiłku, jak to dawniej było przy odkupach[26]; zmieniło tylko wewnętrzną formę. Le roi est mort, vive le roi! Zniesiono odkupy, zjawiły się natomiast koleje, banki i t. p też zarobek bez żadnej pracy.
— Może to wszystko jest i słuszne i dowcipne... Krak, leżeć! — zawołał Stepan Arkadjewicz na kręcącego się po sianie psa. Obłoński wierzył widocznie w to, czego bronił, gdyż mówił zupełnie spokojnie i nie spiesząc się. — Aleś nie przeprowadził linii granicznej między tem, co jest uczciwe a co nieuczciwe. Czyż nazwiesz nieuczciwością z mej strony, że ja dostaję większą pensyę niż mój pomocnik, chociaż on znacznie więcej pracuje?
— Nie wiem.
— A więc ja ci powiem. Ty za swoją pracę przy gospodarstwie masz, przypuśćmy pięć tysięcy rubli, a chłop, u którego zatrzymaliśmy się, chociaż pracuje od rana do nocy, niema więcej jak pięćdziesiąt, co jest również niesprawiedliwem jak i to, że ja biorę większą pensyę, niż mój pomocnik, a Maltus zarabia więcej niż robotnik kolejowy; ja w ogóle zauważyłem, że ogół zawsze zapatruje się niechętnie na tych ludzi, i zdaje mi się, że to poprostu przez zazdrość...
— E nie, pan się myli... — rzekł Wesłowski — nie może być mowy o zazdrości, zawsze jednak musi w tem być jakaś nieczysta sprawa...
— Przepraszam — przerwał Lewin — twierdzisz, że to niesprawiedliwie, że ja mam pięć tysięcy rubli, a chłop tylko pięćdziesiąt, i masz słuszność. Jest to niesprawiedliwość, ja to sam widzę, ale...
— Ale ma się rozumieć... z jakiej racyi my jemy, pijemy, polujemy, a on pracuje nieustannie? — dziwił się Wasieńka Wesłowski, który widocznie po raz pierwszy w życiu zastanawiał się nad podobnemi pytaniami i który wyrażał zupełnie szczerze swe przekonania.
— Widzisz, ale nie oddajesz mu swego majątku — zauważył Stepan Arkadjewicz, jak gdyby chciał wyprowadzić Lewina z cierpliwości.
Stosunki pomiędzy dwoma szwagrami, napozór jaknajlepsze, w ostatnich czasach zdawały się być naprężonymi, jak gdyby z chwilą, gdy pojęli za żony dwie rodzone siostry, powstało między nimi współzawodnictwo, kto lepiej potrafi unormować swe życie, i obecnie ten naprężony stosunek zarysował się w rozmowie, przyjmującej osobisty odcień.
— Nie oddaję, gdyż nikt tego nie wymaga odemnie, a gdybym nawet sam chciał, to po pierwsze, niemam prawa oddać, a po drugie, nie mogę — odparł Lewin.
— Oddaj temu chłopu, a on nie odmówi.
— Dobrze, ale w jaki sposób oddam? Czyż pojadę z nim do miasta i zawrę umowę?...
— Niewiem, jeżeli jednak jesteś przekonanym, że nie masz prawa...
— Nie jestem wcale przekonanym; wiem właśnie, że nie mam prawa oddać, że ciążą na mnie obowiązki i względem ziemi i względem rodziny...
— Pozwól, jeżeli jednak jesteś przeświadczonym, że ta nierówność jest niesprawiedliwością, to czemuż nie postępujesz w odpowiedni sposób?...
— A właśnie, że postępuję, ale nie bezpośrednio, tylko pośrednio, gdyż nie staram się powiększyć różnicy położenia, istniejącej pomiędzy mną a tym chłopem.
— Wybacz mi, ale jest to paradoks...
— W istocie, to tylko sofistyka — potwierdził Wesłowski. — A! nasz gospodarz! — zwrócił się do chłopa, który wszedł do stodoły. — Cóż to, nie spisz jeszcze?
— Jeszcze nie! Myślałem, że panowie śpią już, ale słyszę że rozmawiają, więc wszedłem. Muszę wziąć grabie; czy on nie ugryzie? — zapytał gospodarz, stąpając ostrożnie bosemi nogami.
— A gdzież ty spać będziesz?
— My pojedziemy na noc na wygon z końmi...
— Ach, co za noc! — zawołał Wesłowski, przyglądając się węgłowi izby i wozowi, widocznym przy słabym odblasku zorzy w dużej ramie otwartych wrót. — Słuchajcie tylko... to kobiece głosy śpiewają i doprawdy wcale nieźle! Kto to śpiewa, gospodarzu?
— Dziewki dworskie... zaraz tutaj obok...
— Chodźmy... pójdziemy przejść się! nie zaśniemy chyba! Obłoński, chodź ze mną!
— Żeby to tak można było i leżeć i iść jednocześnie — odparł Obłoński, przeciągając się. — Tak wygodnie położyłem się...
— No, to już sam chyba pójdę — rzekł Wesłowski, zrywając się z siana i kładąc buty. — Do widzenia panowie! Zawołam was, jeżeli będzie wesoło... wy przyjmujecie mnie polowaniem, lecz i ja o was nie zapomnę...
— Nadzwyczaj miły człowiek — zauważył Obłoński, gdy Wasieńka wyszedł i chłop zamknął za nim wrota.
— Nadzwyczaj miły — powtórzył Lewin, myśląc w dalszym ciągu o poprzedniej rozmowie; zdawało mu się, że o ile potrafił, o tyle dobitnie i dokładnie dał poznać swe poglądy i przekonania, a tymczasem oni obydwaj, ludzie wcale nie głupi i szczerzy, powiedzieli jednogłośnie, iż pociesza się sofistyką. Lewin był w kłopocie.
— Tak, tak mój przyjacielu, musisz koniecznie jedno z dwojga: albo uznać, że obecny ustrój społeczeństwa jest sprawiedliwym, i w takim razie bronić swych praw, albo też zgodzić się na to, że korzystamy z niesłusznych przywilejów, a to ostatnie ja właśnie czynię, i korzystam z nich z zadowoleniem.
— Nie... gdyby one były naprawdę niesprawiedliwemi, nie mógłbyś z nich korzystać z zadowoleniem, ja bym przynajmniej nie mógł. Mnie przedewszystkiem zależy na tem, abym był pewien, że ja osobiście nic winien nie jestem.
— A może iść w rzeczy samej? — zapytał Stepan Arkadjewicz, czując się widocznie zmęczonym natężeniem umysłu. — Nie będziemy przecież mogli spać. Doprawdy, chodźmy!
Lewin nie dawał odpowiedzi, gdyż myślał o tem, co powiedział przed chwilą, że postępuje słusznie tylko pośrednio: „czyż tylko pośrednio można być uczciwym?“ — zapytywał siebie samego.
— A jak silnie pachnie świeże siano! — rzekł Stepan Arkadjewicz, podnosząc się. — Nie zasnę za nic w świecie... Wasieńka już tam coś znalazł. Czy słyszysz śmiechy i jego głos? Chodźmy!
— Nie, ja nie pójdę — odparł Lewin.
— Czy z zasady? — zapytał z uśmiechem Stepan Arkadjewicz, szukając po ciemku swej czapki.
— Nie z zasady, ale po co?
— A wiesz, że narobisz sobie kłopotu — rzekł Stepan Arkadjewicz, znalazłszy czapkę i podnosząc się z siana.
— A to w jaki sposób?
— Czyż ja nie widzę, jak postawiłeś się w stosunku do żony. Patrzę przecież na to i widzę, że u was kwestya, czy ty pojedziesz, czy też nie pojedziesz na dwa dni na polowanie, należy do najważniejszych. Jest to bardzo ładnie, istna idylla, ale nie wystarczy na całe życie. Mężczyzna musi być niezależnym, ma on swoje męskie sprawy... Mężczyzna musi być przedewszystkiem mężczyzną — dowodził Obłoński, uchylając wrota.
— To jest w jaki sposób? czy ma chodzić starać się o względy dworskich dziewek? — zapytał Lewin.
— Dlaczego niema iść, jeżeli mu się tak podoba? Ça ne tire pas à conséquance. Mojej żonie nic przecież nie ubędzie, a mnie jest z tem wesoło. Przedewszystkiem należy strzedz świętości domowego ogniska... aby nic nie było w domu; wiązać sobie jednak rąk nie można w żaden sposób...
— Może masz słuszność! — zauważył Lewin obojętnie i odwrócił się na drugi bok. — Jutro trzeba będzie wyjść raniutko, ja nie budzę nikogo i wychodzę o świcie.
Messieurs, venez vite! — dał się słyszeć głoś po wracającego Wesłowskiego. — Charmante! To ja ją wynalazłem... charmante, wykapana Gretchen, i jużem się z nią zapoznał... doprawdy śliczna! — opowiadał z taką radością, jak gdyby ona specyalnie dla niego była stworzoną taką ładną, a on był wdzięcznym temu, kto ją taką uczynił.
Lewin udawał, że śpi, a Obłoński, włożywszy pantofle i zapaliwszy cygaro, wyszedł ze stodoły, i wkrótce głosy ich zamilkły.
Lewin dość długo nie mógł zasnąć; słyszał jak konie jego żuły siano, jak gospodarz wybierał się ze starszym synem w pole, potem słyszał, jak żołnierz kładł się spać wraz ze swym siostrzeńcem w drugiej połowie stodoły; słyszał, jak chłopiec cieniutkim głosem dzielił się z wujem swemi wrażeniami o psach, które wydawały mu się olbrzymimi i strasznymi; słyszał potem, jak malec wypytywał, kogo będą łapać te psy, i jak żołnierz ochrypłym i sennym głosem odpowiadał mu, że jutro myśliwi pójdą na błota i będą strzelać z fuzyi i jak wkońcu, aby uwolnić się od pytań chłopca, rzekł: „śpij, Waśka, śpij... bo zobaczysz!“ i sam wkrótce zaczął chrapać; wreszcie wszystko ucichło, słychać tylko było rżenie koni i oddychanie pomęczonych psów. — „Czyż tylko pośrednio?“ — zadał sobie Lewin pytanie. — „To i cóż? jam nic nie winien“ — i zaczął myśleć nad jutrzejszym dniem.
„Wyjdę jutro raniutko i będę się starał być spokojnym i panować nad sobą... bekasów jest masa, trafiają się i dubelty. A jak wrócę, zastanę list od Kiti... W istocie, Stiwa może i ma racyę, że nie umiem postępować z nią po męsku i że zniewieściałem... cóż jednak mam robić?... i znowu tylko pośrednio!“
Przez sen usłyszał śmiech i wesołą rozmowę Wesłowskiego i Stepana Arkadjewicza, Na chwilę otworzył oczy, księżyc wszedł już, i w otwartych wrotach, oświeceni jasno promieniami księżyca, stali oni obydwaj i rozmawiali. Stepan Arkadjewicz opowiadał coś o świeżości dziewczyny, porównywując ją do młodego orzeszka, Wesłowski zaś, śmiejąc się swym zaraźliwym śmiechem, powtarzał usłyszane zapewne od chłopa wyrazy: „ty staraj się o swoją!“ — Lewin odezwał się przez sen:
— Panowie, jutro skoro świt! — i zasnął.

XII.

Ocknąwszy się ze snu ze świtem, Lewin spróbował obudzić i towarzyszy. Wasieńka, leżąc na brzuchu i wyciągnąwszy jedną nogę w skarpetce, spał mocno i nie czuł nawet wcale, że go budzono. Obłoński na w^pół przez sen odpowiedział, że nie chce mu się jeszcze wstawać. Nawet i Łaska, która zwinąwszy się w kłębek, spała na sianie, wstała niechętnie i leniwie przeciągała tylne nogi. Włożywszy buty, wziąwszy strzelbę i uchyliwszy ostrożnie skrzypiące wrota stodoły, Lewin wyszedł na podwórze. Furman spał koło bryczki, konie drzemały, jeden tylko z nich jadł owies i rozrzucał go nozdrzami po żłobie. Na dworze było jeszcze szaro.
— Raniutko wstałeś, mój ptaszku! — zwróciła się przyjaźnie do Lewina, jako do dawnego znajomego, stara gospodyni, która również przed chwilą wyszła z chałupy.
— Na polowanie matko! Czy tędy dojdę do błota?
— Przez nasze gumno, a potem przez konopie, tam jest ścieżka.
Stawiając ostrożnie bose, opalone nogi, baba przeprowadziła Lewina i otworzyła mu wrota od gumien.
— Trafisz odrazu na błota; nasze chłopaki pobiegły tam już wczoraj.
Łaska biegła wesoło naprzód ścieżką; Lewin szedł za nią bystrym, lekkim krokiem, spoglądając bezustannie na niebo; chciał dojść do błota zanim słońce zejdzie. Słońce jednak nie traciło czasu; księżyc, który świecił jeszcze, gdy Lewin wychodził, teraz lśnił się już tylko jak kawałek żywego srebra; gwiazdy porannej, której przed chwilą nie można było niezauważyć, trzeba było teraz szukać na niebie; niewyraźne plamy na odległem polu były już zupełnie widoczne; były to żytnie kopy. Rosa, osiadła na pachnących wysokich konopiach, której nie widać było jeszcze bez słonecznego światła, przemoczyła Lewinowi nogi i bluzę wyżej pasa. W przeźroczystej ciszy poranku słychać było najsłabsze dźwięki. Pszczoła, gwiżdżąc jak kula, przeleciała nad uchem Lewina. Lewin, przyjrzawszy się, dostrzegł jeszcze drugą i trzecią, wszystkie one wylatywały z po za ogrodzenia pasieki i nikły nad konopiami, spiesząc się w stronę błota, Ścieżka wywiodła Lewina wprost na błoto. Błoto dawało się odróżniać po oparach, kłębiących się w jednych miejscach gęściej, w innych rzadziej, a osiki i krzaki wierzbiny, kołysząc się w nich, wyglądały jak małe wysepki. Na skraju koło drogi, leżeli chłopi i wyrostki pilnujący koni, i wszyscy pozasypiali przed wschodem słońca, otuliwszy się ciepło kaftanami. Niedaleko od nich chodziły trzy spętane konie, jeden z nich zadzwonił żelaznym łańcuchem. Łaska szła koło swego pana, wyrywając się od czasu do czasu naprzód i oglądając się za siebie. Minąwszy śpiących chłopów i zrównawszy się z pierwszą kępką, Lewin obejrzał kurki i puścił psa. Jeden koń, dobrze wykarmiony gniady trzylatek, ujrzawszy ps