Pałac i folwark/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pałac i folwark
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1883
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PAŁAC I FOLWARK.
OBRAZY NASZYCH CZASÓW
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.

TOM I.






WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA

1883.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Ноября 1882 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20.





Patrz że no, asindziej — patrz, i powiedz mi czy jest co na świecie piękniejszego nad ten widok! — mówił podżyły już ale pełen siły, energii i zdrowia, czerstwy, spokojnego oblicza mężczyzna w sukni duchownej do młodego chłopaka, który dość obojętnie i zimno oglądał się po okolicy. Oba siedzieli na ganku, z szeroką wystawą ocienioną dwoma ogromnemi lipami, na probostwie, nieopodal od starożytnego gotyckiego kościołka. Na stole przed niemi, na tacce czarnej zużytej, stała para wytartych filiżanek, imbryczek kamienny od kawy i garnuszek podobny od śmietanki. Cały przybór był więcej niż skromny, stary, otłuczony, biedny ale czysty. Gruba serwetka podesłana pod tacę, bułka zczerstwiałego chleba, odrobina masła na talerzu fajansowym, zapełniały resztę stolika.
Plebania, pod której gankiem siedzieli, była prawie tak dawna jak kościołek, a na tym, choć go znać restaurowano razy kilka, widać było ślady budowy końca XIV lub XV wieku. Z podań miejscowych wiadomo było, że świątyńka ta jedna z najpierwszych w kraju po jego nawróceniu, istniała już w XI wieku. Każde niemal sto lat coś do niej dodało, zmieniało, przyozdabiało, domurowywało, aż póki w XVII wieku nie wyrosła już taką jaką miała pozostać do dziś dnia.
O plebanii i mieszkańcy jej dożywotni i dziedzice i parafianie nie bardzo myśleli i niewiadomo kiedy ją zbudowano, a od niepamiętnych czasów podpierano tylko i łatano byle się trzymała. Zwykli jej posiadacze nie byli wymagającymi. — Stare dwie prześliczne lipy, od których cienia dach gnił po trosze, tak były piękne i miłe, że dla nich zapominano o ukrytem w ich gałęziach probostwie.
Z po za konarów, ponieważ domostwo stało razem z kościołkiem na małej wyniosłości, rozwijał się widok na okolicę czysto nasz polski, którego jeszcze żaden komin fabryczny, żadna nieforemna zbytnią foremnością budowa nie psuła. Jak okiem sięgnąć widać było równinę uprawną, małemi poprzecinaną laskami... pola w szachownice, wioseczki między niemi, krzyże nad drogami, parę srebrnych stawków, sznur jasny rzeczułki co je łączyła, łąki zielone, a bliżej małe miasteczko u stóp tego wzgórza, na którem był kościołek z cmentarzem starym, obwiedzionym murem i plebania z ogrodem i sadem.
Dla młodego człowieka widok ten mógł nie mieć szczególnego wdzięku... bo mu nic nie przypominał, ale oczy starszych w tym hieroglyfie zielonym ile rzeczy wyczytać mogły, co tu było wspomnień, ile poezyi!
Młody człowiek potoczył wejrzeniem posłuszny rozkazowi, popatrzał i nic nie rzekł. Ksiądz śledził pilnie kierunek jego oczów, czekał zdaje się odpowiedzi, a nie doczekawszy się żadnej, wolniejszym głosem począł:
— Ja niewiem, moje dziecko, ja niewiem czem się to dzieje, że wy młodzi teraz nie czujecie nic i my starzy za was młodymi być musimy, bo by już na świecie niebyło tego co się młodością nazywa, a świat bez młodości jak rok bez wiosny na nic by się nie zdał. — Zapewne, może to wina nie wasza, ale nas cośmy takiemi wychowali. — Westchnął.
— Czytałeś asindziej — dodał, „żywot Mikołaja Reja pana Trzecieskiego?“; jużcić choć w jakiejś historyi literatury musiałeś się z nim spotkać?
Młody chłopak cicho mruknął.
— Czytałem...
— Taka to bywała owa młodość nieco dzika, ale gorąca, żywa, chciwa wszystkiego... chciwa życia i nauki, książki i kwiatków, koni, polowania, widoków niezwyczajnych, ludzi wielkich... Wy, moi drodzy, w piętnastu leciech jesteście odczarowani, wyżyci, niczego nie ciekawi, sceptycy... ani łzy w was, ani uśmiechu...
Spojrzał ksiądz na siostrzeńca siedzącego z miną zasępioną na ławce, a widząc, że i te słowa jakoś rozbudzić go nie mogły, spytał:
— Cóż masz za plany i projekta na te ferye?
— Ja? powoli i cicho rzekł Julian, — właściwie feryi mieć nie będę — chciałbym pospieszyć z egzaminami, a więc roboty ogrom, a i do rozprawy przygotować się muszę.
— Dla czego tak bardzo spieszyć? zapytał ksiądz po chwili. — Nauka, moje dziecko, ma to do siebie, że, by się w człowieku mocno usadowiła, potrzebuje czasu. Co prędko się nabywa, ulatuje też żywo i później ślad nie pozostaje ciężkiej pracy i tych podwalin gruntowych, które budowę dźwigać powinny.
— Czego się spieszyć? Będąc tobą, jeszczebym rok przeciągnął studya uniwersyteckie...
— Spieszę się kochany wuju, — odpowiedział Julian, — choćby dla tego, ażeby wam nie być ciężarem...
Ksiądz ruszył ramionami i popatrzał na młodzieńca z prawdziwem współczuciem.
— Julku mój, odezwał się, nigdyś mi ty ciężarem nie był, robię dla ciebie, com powinien i mogę. Dzielę się z tobą moim chlebem razowym i uczciwą miernością. — Tem mniej to kosztuje, że jestem duchownym, że potrzeb nie mam, że ten chleb mój to chleb ubogich braci... a ja dla siebie nie wymagam więcej nad to co Bóg dał...
— Ja ci powiem Julku — jaka jest przyczyna, dla której ty spieszysz... Niemam ci tego za złe, jest ona w części uczciwa i szlachetna, a zresztą tętni w niej puls naszego wieku. Nikt nie jest już wolen od jego zarazy. Spieszysz się, bo ci doskwiera niepomiernie mierność, ubóstwo, bo chcesz własnego a dostojniejszego chleba. Grzechem to nie jest, gdy bez krzywdy cudzej a w pracy własnej się go zdobywa... ale moje dziecko! na to krótkie życie człowieka dla czego koniecznie potrzeba wam tak wiele?
— Ja nie wiem — dodał chodząc zwolna po ganku — wy wszyscy teraz tacy jesteście spaleni tą żądzą nabywania, która jest w gruncie nie tyle może pragnieniem użycia jak chęcią panowania... Wiecie że pieniądz królem i autokratą, chcecie go mieć aby przezeń rozkazywać...
Julek jakoś nieochotnie się tłomaczył, popatrzał na wuja i począł nie śmiało.
— Ale kochany wujaszku — rzekł, — to dobrze jest, kto czuje w sobie powołanie duchowne, przestawać na małem: na świecie inaczej.
— Tak, prawda, na świecie inaczej, lecz nie przeto lepiej — przerwał wuj żywo — dawniej między życiem świata a plebanii była tylko różnica potęg a nie charakteru, dziś między dwoma światy naszemi — przepaść. — Myśmy słudzy Chrystusowi, wy Baalowi słudzy... my dzieci ewangelii, wy filozofii poronione chłopięta... Co tu począć na to... Czujemy niestety, aż nadto, że wydzieleni, odosobnieni, pozostaliśmy czemś martwem i bez możności wpłynięcia na spółeczeństwo... bo mówimy innym językiem i w imie prawd innych, które dla was zestarzały, choć są wiekuiście młode i świat do nich powrócić musi...
— Ja się wcale z wujem kochanym w dysputy wdawać ani chcę ani mogę — odparł Julek... — na co mamy te kwestye poruszać...
Ksiądz stanął, popatrzał, wziął w ręce głowę siostrzeńca i pocałował go — uśmiechając się.
— Widzisz moje dziecko — i to znamię wieku, niechcieć dysputować nawet... Ja gdym miał twoje lata, chrypłem od gorączkowych rozpraw, tyś sceptyk, fatalista — powiadasz sobie — księdza nie nawrócę, on mnie nie przekona, po co gębę studzić! nie prawdaż?
Julek się roześmiał.
— A co? nie tak? nieprawda, młody filozofie? — dorzucił wesoło. — No, dobrze... mówmy o czem innem... Przypuszczam żeś uniwersytet dokończył, egzamina zdał, stopień osięgnął a nawet się wydoktoryzował — co dalej?..
Bystro zamienili spojrzenia. Julek wstał z ławki jakby iskrą jakąś wewnętrzną zażegnięty.
— Tu niema co robić! — zawołał — doktorów mnóstwo, kraj ubogi — albo pojadę do Rosyi albo do Ameryki... Ksiądz zamilkł i po chwili rzekł znowu:
— Gdybyś mi był powiedział, że o chlebie i wodzie do Ameryki lub do Rosyi chcesz jechać, dla studyów, dla nauki nowej, dla odkryć! o mój Boże! przyklasnąłbym, ale w twoim wieku myśleć już o zbieraniu grosza, o sprzedawaniu tego co tylko co nabyłeś... o opuszczeniu kraju... To smutne...
— Jam zawsze myślał, że ty tu sobie u nas w miasteczku osiądziesz. Doktora blizko nie mamy, apteka jest, chorych pełno... Praktykę na chleb wystarczającą miałbyś pewnie, dworek byś sobie najął, potem mógł i kupić i żylibyśmy tu cicho, święcie po bożemu... przykładnie... a ja, miałbym pociechę na was patrzeć...
— Ale kochany wuju... jabym tu zardzewiał! zawołał Juliusz, zapomniałbym wszystkiego...
— Dla czego? książki mieć możesz! do Berlina mógłbyś pojechać śledzić każdą nowość i wynalazek, praktyk byś miał i na wsi podostatkiem... nierozumiem! Alboż to złe towarzystwo, ja, matka, nasz światek ubogi a poczciwy — i dwory szlacheckie i pańskie...
— Nie! nie! ty bo chcesz koniecznie robić fortunę.
Julek się roześmiał.
— A gdy?
— Po mojemu, moje dziecko, byłbyś na fałszywej drodze — odparł ksiądz. — Kiedy się pracą zdobędzie grosz, dobry jest, wiele nim pożądanego i dobrego uczynić można... ale nie mieć innego celu w życiu, i to tak za młodu, nad robienie grosza — fałszywy kierunek... To owa mythologiczna beczka Danaid do napełnienia. A no — dość, dość, bo ja cię chcę kochać a nie sprzeczać się z tobą. Wy dzieci waszego wieku, biedne, biedne jesteście...
Słońce się chyliło ku zachodowi... ksiądz Piotr przypomniał sobie wieczorny brewiarz i poszedł szybko do sąsiedniego pokoju, wynosząc go z sobą już rozłożony na nieszpornem nabożeństwie.
— Przepraszam cię, muszę mój brewiarz odmówić... zatem do zobaczenia... pochodzę w ciszy moich starych drzew na cmentarzu i pomodlę się...
Już zchodzi z ganku, gdy się jakby myślą poruszony odwrócił.
— Widzisz — rzekł — co to między nami za różnica... ty się pewnie uśmiechasz z tej mojej regularnej, do godziny przywiązanej modlitwy, wy tego także nierozumiecie, że dusza ciągle spętana tego życia kałem i prozą, potrzebuje pokarmu modlitwy, godziny, w którejby się podniosła wyżej ku nieśmiertelnym rzeczom... Hygiena duszy, mój doktorze, wymaga tego... jest to jakbym z dusznej izby wyszedł na świeże powietrze...
Uśmiechnął się do milczącego Julka i żywym krokiem poszedł, otwierając blizką furtkę na przyległy cmentarz pod kościołem.
Julek zamyślony, podparty na łokciu, siadł na ławce, oczy wlepił w miasteczko, które ztąd prawie całe widać było i zadumał się.
Niedano mu jednakże długo tu pozostać samemu... Drożyną od miasteczka wiodącą szedł powoli mężczyzna otyły, w okularach, niemodnie ubrany, ale z pewnym wykwintem, znać człek zamożny. Może też idąc do plebanii trochę się i przybrał, bo strój był nadto świeży na codzienny, kapelusz popielaty jak z igły, kamizelka pikowa biała, a na palcu ręki, której brakło rękawiczki, ogromny sygnet połyskiwał, rodzący podejrzenie, że go dla powagi z szufladki dobyto.
Fizyognomia tego przychodnia kazała się w nim domyślać bardzo praktycznego człowieka; twarz była myśląca na chłodno, roztropna, oczy bystre, usta zwężone i nie obiecujące zbytniej szczeroty... Kroczył zamyślony i posyłał wejrzenie na wszystkie strony, jak by rozmierzał plac boju. Szedł wolno, niekiedy nawet zatrzymując się i ważąc może co ma mówić i jak się znaleźć powinien. Odbijało się to w całej postawie, która to pokorną się stawała, to nieco siebie pewniejszą. Bystre oko postrzegło znać w ganku siedzącego Juliana, który bodaj myślał się cofnąć zobaczywszy gościa, ale już było zapóźno... Ruszył się tylko na ławce i z wyrazem zafrasowania i przymusu pozostał.
Równocześnie prawie, gdy już na ganek wchodził ów jegomość, z plebanii wyszła nie młoda, bardzo ubogo i skromnie ubrana kobieta, z wyrazem słodyczy i szczęścia na twarzy... Pierwsze jej wejrzenie padło na chłopaka i kroki zaraz skierowała ku niemu, lecz nim zdołała przemówić, na pierwszym schodku ze zdjętym kapeluszem, ocierając łysinę stanął gość i uśmiechając się pozdrowił głośnem:
— Dobry wieczór! państwu dobrodziejstwu! a! i pan Julian!...
Otworzył ku niemu ręce obie, jakby dla uścisku... Julek wstawszy powoli poszedł jedną z tych dłoni po angielsku ująć dość obojętnie. — Staruszka postąpiła także i powitała go.
— Jak się tam pan ma, panie Ostójski... czy zdrów? czy zdrowi wszyscy?
— Dziękuję serdecznie... bardzo dziękuję, do nóżek upadam... a ksiądz Kanonik?
— Mój brat przy swoim brewijarzu, to jego godzina, a tej on dla nikogo w świecie nie opuści...
— Dawno pan Julian przyjechał? Nic nie wiedziałem?
— Wczoraj! wczoraj! jeszcześmy się nim nacieszyć nie mogli, nagadać z nim nie mieli czasu... Siadaj że pan, kochany panie Ostójski...
Wciąż uśmiechając się do pana Juliana, gość przysiadł na ławce — Julian był niewiadomo czem trochę pomięszany i posępny.
— Coś mi pan Julian nie wyśmienicie wygląda — rzekł przybyły — mizernie, blado... to to powietrze miejskie nic nie warte... wędzi człowieka... tu u nas na wsi, odżywi się i odrumienieje.
— To nie powietrze — pochwyciła matka — ale nauka! nauka! Co też oni pracy mają! On się nią zamęcza, to poczciwe, dobre chłopczysko nasze, chciałby i co prędzej nauki skończyć i nie dać się nikomu wyprzedzić...
— Ale tu u nas książki precz... i odpocząć trzeba — przerwał Ostójski — tak! tak ! my tu pana rozruszamy i rozbawimy...
— Gdybym ja na to czas miał — odezwał się jakimś głosem niepewnym Julek — ale ja choć na ferye przybyłem, stosy ksiąg i papierów musiałem przywieźć z sobą... a pracować mi trzeba może więcej niż w mieście...
— Ale pfe! co znowu! co znowu! — oburzył się Ostójski — na to nie pozwolimy... ani pani dobrodziejka, ani ksiądz Kanonik... ani ja... jako stary przyjaciel domu.
Julek skłonił się dziękując, ale dodał zaraz...
— A kiedy mus...
— Jak to się ślicznie składa — niby nie słysząc tego dodatku, odezwał się Ostójski — ja nic nie wiedząc o przybyciu kochanego pana Juliana, szedłem tu prosić księdza Kanonika i panią dobrodziejkę na obiadek do mnie, na łyżkę barszczu... Nie spodziewałem się, że będę miał tak miłym gościem jednym więcej.
To mówiąc, poszedł i w obie szerokie dłonie ujął rękę młodzieńca, który kłaniał mu się zakłopotany. Odmówić nie było sposobu, a widocznie przyjmować nie bardzo miał ochotę.
W tej chwili z za otwierającej się furtki dał się słyszeć głos Kanonika...
— Kochanego pana Józefata... witamy. Jak się masz stary? jak się masz! widzisz... doczekaliśmy się Julka... widzisz... Po twarzy matki można to poznać było z daleka, a sądzę że i po mojej. Ja też, choć się z nim zawsze kłócić muszę, ale go kocham bardzo.
Uścisnęli się z panem Ostójskim serdecznie.
— Jak się masz stary! powtórzył proboszcz — co u was słychać!
— Cóż może być słychać oprócz kłopotu gospodarskiego... rzekł Ostójski, gdyby nie na plebanią, nie wybrałbym się z domu, taka teraz robota w polu... człek być musi nie odstępnie, bo za oczami...
Machnął ręką.
— No — ale chwała Bogu, dobrze? — spytał Kanonik...
— Tak, ani źle ani dobrze — odezwał się ręką gładząc łysinę stary — jakoś się tam wlecze.
— Inaczej na świecie nie może być!... uśmiechnął się ks. Kanonik... — a co się tyczy obiadu — dodał, mój dobrodzieju — wiesz, ja zawsze sobie waruję jedno — jeźli może dokąd nie zawołają... bo, obowiązki przedewszystkiem.
— To się rozumie... — kłaniając się szepnął Ostójski.
— Chorych mamy dosyć... bo to tu zimnice panują i przechodzą w różne gorączki nie dobre — mówił Kanonik... — umiera ludzisków dosyć, rodzi się też nie mało, Bogu dzięki... no! i nie próżnujemy...
Gdy to mówili, w ganku nagle zjawiła się postać nowa, od której jakby chłodem śmiertelnym powiało. Zobaczywszy ją w progu, wszyscy oniemieli, wesoły ton rozmowy nagle się urwał... Ostójski nawet spoważniał... Po cichu wszedłszy, bo nikt nie słyszał go idącego, stał z miną pokorną ale kwaśną, żółty, suchy, chudy, mizerny mężczyzna młody jeszcze, nie miłej twarzy, na której wyraz jakby niechęci, zazdrości jakiejś i szyderstwa tajonego się malował. Można było odgadnąć na pierwsze wejrzenie, iż stosunki jego w tym domu nie były zbyt przyjazne, acz jawnie poufałe i blizkie być musiały. Oparł się o stół i oczy spuściwszy stał z zaciętemi wargami.
Typ to był człowieka zrodzonego do martwienia siebie i drugich, który do życia potrzebował walki, sporu... ujadania się, opozycyi. Czarne jego oczy małe latały niespokojne niedając się schwytać, bojaźliwe razem i pełne złośliwości... w ustach skrzywionych jad i gniew zdawał się skryty. Młode czoło całe było już pomarszczone, a jakaś namiętność czy wewnętrzna męczarnia pofałdowała mu twarz i koło ust poorała krzywe drogi którędy gniew drgające muskuły pościągał.
Samo przybycie księdza Wikarego, gdyż on to był — wywarło przykre na wszystkich wrażenie, rozmowa się przerwała, oczy skierowały ku niemu, czekano w milczeniu jakiemś odezwania się jego; domyślając że darmo nie przybył.
— Niech ksiądz Leon siada — rzekł Kanonik...
— Nie mam czasu siedzieć — odezwał się głosem suchym ks. Wikary — przybyłem tylko oznajmić księdzu Kanonikowi, że do chorego jestem wezwany...
— Mogę i ja jechać... rzekł żywo Kanonik...
— Stara Stachowa życzyła sobie bym ja przybył — odparł spuszczając oczy Wikary.
— Jeżeli sobie życzyła.
Ksiądz Kanonik się zbliżył do mówiącego, który zniżył głos i po cichu coś z nim poszeptawszy z przesadną pokorą schylił się do jego ręki i co najprędzej wyszedł.
Wszyscy lżej odetchnęli. —
Ostójski posłał za nim wzrok i poruszył głową...
— Żebyś się pan prędzej wydoktoryzował — rzekł cicho do Juliana — a wyleczył ks. Wikarego z tej żółci... bo to taki człek chory... —
Kanonik udał że nie słyszy, matka Juliana także; przyszły lekarz się uśmiechnął... zadrzierzgnięta w ten sposób rozmowa nie poszła dalej — Ostójski popatrzał po wszystkich i zamilkł. W chwilę potem wziął kapelusz ze stołu i zabierał się do odejścia.
— A no! więc — czekam z obiadkiem — odezwał się kłaniając i rękę podając z kolei — o godzinie pierwszej waza na stole...
Kanonika pocałował w ramię, panią siostrę w rękę, Julka może miał ochotę w twarz, ale medyk zdala tylko dłoń uścisnął.
Potem szybkim krokiem ruszył pan Ostójski z plebanii do miasteczka... Ksiądz za nim długo popatrzywszy, westchnął i ująwszy znowu swój brewiarz wszedł do wnętrza...
Ksiądz Leon mieszkał obok plebanii w nowszym niewielkim domku, który wikaryą nazywano. Od niedawna przysłano go Kanonikowi w pomoc, nie pytając wcale czy mu ten towarzysz i współpracownik będzie po myśli. Zdaje się, że młody duchowny miał silne w górze plecy i że go przeznaczono na lepsze i wyższe jakieś miejsce, a tymczasowo tylko dano mu tutaj przytułek. Widać było po nim, jego zgryźliwem usposobieniu, sposobie życia, humorze i obejściu się z Kanonikiem, iż czuł się podrzędnem owem stanowiskiem upośledzony. Mówiono, że był bardzo uczony, oprócz bowiem seminaryum dyecezalnego i akademii w Niemczech, jakiś czas był na studyach w Rzymie i z tamtąd powróciwszy czuł się powołanym do sterowania temi, którzy w propagandzie i Sapienzy nie zaczerpnęli tradycyi. Sądził, że użytym zostanie przy stolicy Biskupiej lub samym pasterzu, że osiągnie profesurę w szkole duchownej, a skończyło się na tymczasowym wikaryacie i to jeszcze przy Kanoniku, z którym trudno mu się zgodzić było.
W tych dwóch ludziach dwa przeciwne systemy i wykłady nauki chrześciańskiej się uosobiały. Kanonik brał z niej wszystko co było miłością, dobrocią, słodyczą, przekonaniem... Ks. Leon wybierał z upodobaniem: grozę, strach, surowość nieubłaganą. Pierwszy z nich pociągał ku sobie otwierając ramiona ku ludziom, serce dla ludzi; — drugi piorunami ciskał, przerażał i strachem chciał świat prowadzić.
Dla Kanonika litera była równie świętą jak duch ewangelii, lecz z faryzeuszowską drobnostkowością nie przywiązywał się do niej; spokojny będąc w sercu, bo ją pojmował z miłością wielką; dla ks. Leona litera była wszystkiem, a po za nią nie widział nic. Różnili się też wielce i w innych swych pojęciach obowiązków, świata, ludzi... a najbardziej tem, że Kanonik był otwartym i szczerym, ks. Leon zamkniętym, napuszonym, i wiecznie jakby rozgniewanym.
Niewidziano go nigdy z twarzą wesołą. Z ambony grzmiał i piorunował jakby nie słodkiego Jezusa, ale groźnego Jehowy był kapłanem. Po kilku pierwszych próbach, nawet w dnie odpustu i ścisku konfesyonał, w którym ks. Leon spowiadał był pusty, gdy do Kanonika tłumem się cisnęli ludzie. To zwiększyło jeszcze gniew wewnętrzny ks. Wikarego, który utrzymywał, że parafia była zdemoralizowaną, popsutą i potrzebowała wielkiego rygoru, aby wyjść z tego rozprzężenia. Nie taił on się z zarzutami przeciwko Kanonikowi i ten wiedział dobrze, iż nie miał w nim przyjaciela, ale go wymawiał, tłómaczył i nie miał mu tego za złe.
— Bo to, widzicie — mawiał cicho — młody jest, jak zwykle gorliwość go unosi, co rzecz chwalebna... Przy tem uczył się w Rzymie, ma nauki wiele, a myśmy tu zardzewieli i od lat długich Analectów nie czytujemy, w wielu rzeczach lepiej od nas poinformowany... Dajcie mu pokój...
Dano mu w istocie tak dobrze pokój, iż nikt się do niego niezbliżał, nikt nie żył z nim i Wikary został ze swą zgryźliwością odosobniony zupełnie. Obejście jego z ludźmi tem bardziej jeszcze stało się szorstkie. Nie można mu było w pełnieniu obowiązków nic zarzucić, a życie prowadził wielce przykładne. Jedynym domem otwartym dlań tutaj był, tak zwany pałac dziedziców hrabiów Skwirskich... Miasteczko, kilka wiosek i folwarków należały do tej rodziny, niegdyś możniejszej jeszcze, teraz dość bogatej, ale jak powiadano, nieopatrznym zbytkiem goniącej ku ruinie. Rodzina ta, która za panowania Saskiego dopiero ze szlacheckiej wyniosła się na magnacką, i protekcyą Augusta III dorobiła się tytułu, majętności, kolligacyi, znaczenia i imienia; acz polska nazwiskiem, zaledwie się nazwać mogła polską obyczajami i życiem... Jak wiele rodzin pańskich u nas, znosiła swój pierworodny grzech polszczyzny, będąc kosmopolityczną i nienawidząc wszystko, co wybitniej polskiem było.
Domyśleć się łatwo, że wszyscy jej członkowie wychowali się lub nie w kraju albo nie przez krajowców, a starano się im od dzieci nadać wyższy polor, poczucie swej wielkości i pogardę polonizmu, którego lękano się jak ognia. Żaden z członków nigdy do patryotycznych szaleństw nie należał; wszyscy mieli sobie wpojoną nienawiść rewolucyi, demokracyi i chauvinismów wszelkiego rodzaju. Katolicy byli wielce gorliwi, ale na sposób nie polski, to jest nosili na sobie skorupkę katolicką wielce obcisłą, nie czując się obowiązanemi nią do niczego więcej prócz praktyk kościelnych, w życiu nie wiązali się niczem... znajdując, że na to mieli dyrektora sumienia i spowiednika, ażeby ich rozgrzeszał.
Żyjąc po większej części za granicą, bo Skwirscy w kraju mało mieli stosunków, żadnego związku z życiem jego, najwyższą wzgardę dla swych współziomków i największą obojętność na losy kraju i prowincyi, w której niby to zamieszkiwali.
Rodzina składała się z hrabiego, który był sławnym na europejskim turfie sportsmanem, a lubił się włóczyć po świecie, po dworach, po wodach i stolicach...; z samej hrabiny, która miała dwór swój i żyła całkiem osobno w wielkim świecie paryzkim, naostatek z syna piastującego godność szambelana i bawiącego się bez różnicy w domu, za domem, byle zawsze w przyzwoitem towarzystwie duków i hrabiów, figur urzędowych i wysoko położonych. Młodszy syn był jeszcze w jakimś zakładzie OO. Jezuitów w Belgii, zkąd miał na dokończenie wychowania jechać do Londynu i Paryża.
Mimo upodobania w wędrówkach, trafiało się czasami, że któryś z członków dostojnej familii na czas krótki zawitał w ojczyste progi, szczególniej gdy się potrzeba było zaopatrzeć w ten nervus rerum, bez którego się nie podróżuje, nie bawi, a nawet trudno być przyzwoitym człowiekiem... Naówczas pałac zawsze gotów na przyjęcie państwa, stawał na odpowiedniej stopie, służba przywdziewała przepyszną liberyę, następowały polowania, kursa, bale, teatr francuzki, zabawy i rozrywki, o ile na nie nasz kraj barbarzyński i ubogi mógł starczyć. Niekiedy dla oryginalności zapraszano lordów, duków i znakomitości europejskie zachowawczego obozu. Długi były ogromne, majątek obciążony, wymagania przez to nie zmniejszały się wcale, można było przewidywać nieuchronną ruinę, lecz, jak zwykle w razach podobnych, życie na pańską skalę, śmiałość, pewna zręczność w prowadzeniu interesów oddalały chwilę fatalną, w której wszystko runąć miało.
Żaden z naszych magnatów nie wierzył nigdy do ostatka, ażeby mógł upaść. O pracy, o zajęciu się interesami, o jakiejkolwiek rachubie mowy nawet nie było. Trzymano do tego plenipotenta, który robił razem pańskie i własne interesa; a majętność była wydzierżawioną folwarkami. Właśnie pan Ostójski trzymał jeden z najznaczniejszych.
Z kilku rysów poprzedzających domyśli się każdy, iż tu ksiądz Kanonik w wyszarzanej swej sutannie, źle mówiący po francuzku, nie umiejący w salonie przyzwoicie się znaleźć — zresztą mocno posądzany o tendencye demokratyczne, dobrze widzianym być nie mógł. Formy wymagały tego, ażeby w kaplicy pałacowej, w razie bytności państwa odbywało się regularnie nabożeństwo — wzywano na to ks. Wikarego, który od razu łaski sobie wszystkich zaskarbić umiał. Pokorny, ugrzeczniony, znający Paryż, Niemcy i Rzym, co do ludu mający pojęcia zdrowe, nie bawiący się w zakładanie szkółek niepotrzebnych i sentymentalnych ochronek, głoszący zawsze, że oświata tylko w małej dozie i z ostrą religijną przyprawą ludowi jest potrzebną, aby nie mnożyła niebezpiecznego proletaryatu intelligencyi — ks. Leon lubionym tu był bardzo. Hrabina spowiadała się u niego i znajdowała go bardzo uczonym i wybornym dyrektorem sumienia, młody hrabia lubił z nim pogadać, a stary widział go z przyjemnością u swojego stołu. Równie dobrze był ks. Leon z plenipotentem hrabiów, którym był niejaki Margocki.
Przeszłość jego ciemna jakaś i nieodgadniona, w życie jego głębiej wejrzeć nie dozwalała. Zjawił się na horyzoncie przy dworze i osobie starego hrabiego, zrazu jako miły rezydent, doradzca i factotum. Pośredniczył w pożyczaniu pieniędzy u żydów i chrześcian, posyłany bywał gdy hrabia sam gdzie jechać sobie nie życzył, a w końcu z tego faktora wyszedł naturalnym awansem na pełnomocnika... Sama hrabina dosyć go też lubiła, a niemożna było nielubić w istocie. Żadna rękawiczka nie jest podatniejszą od niego. Znać na nim było wychowanie wyborne, wielkie otarcie w świecie, pojęcie jego życia potrzeb, zamiłowanie zbytku i elegancyi, ton miał doskonały, trafność w postępowaniu niezmierną, a przytem — co w takim domu wiele znaczy — prezentował się tak pięknie, mówił, chodził, tańcował z takim szykiem arystokratycznym, iż hrabina często patrząc nań przez nieopuszczającą ją nigdy lornetkę, mawiała:
Saves-vous, ja się zawsze muszę dziwić zkąd Margocki prend ce grand air. Nabrał go u nas, to pewno, mais l’avoir su se l’approprier si bien!“
Margocki zastępował gospodarza, bawił gości, urządzał partye, obmyślał zabawy, szukał pieniędzy, opędzał natrętów i przytem wszystkiem miał dobry humor niczem nie zachwiany... a choć nie zbyt młody, powierzchowność bardzo miłą. Łysina go nawet nie szpeciła. Ubrany zawsze wedle ostatniej mody, wyświeżony za interesami państwa jeździł z ich liberyą powozami i końmi najlepszemi; lubił się bawić na swoją rękę, zawsze w dobrem towarzystwie tylko, pił i grał jak niemożna lepiej. W kółku któremu się wyłącznie poświęcał, był, można powiedzieć, ukochany. Z wielu sobie podobnymi, okręcając się ciągle w dostojnem kole, sam miał się za pana, za arystokratę i za coś nad gmin lepszego. Nie krył się wcale ze swą wzgardą dla dorobkowiczów, dla ludzi nowych, dla... proletarjatu... Proletarjatem tu zwało się wszystko, co nie chodziło w białych rękawiczkach i nie mówiło po francuzku... Nikt też niemiłosierniej nie szydzi, z naszych sansculottów, liberałów i demokratów patryotów i polonusów.
Słowem Margocki był stworzony dla hr. Skwirskich, jak oni dla niego. Jak ich interesa robił, sądzić było trudno — to pewna że, mimo olbrzymich często w podołaniu im trudności, zawsze sobie jakoś dał radę. Ks. Leon był z nim bardzo dobrze, łączyła ich wspólna nienawiść ku Kanonikowi — którego Margocki wprost — czerwonym i rewolucyonistą nazywał... W czasie pobytu hrabiostwa i w czasie ich niebytności także, plenipotent zamieszkiwał jedno ze skrzydeł pałacu, gdzie życie wiódł co się zowie wystawne, wygodne i wesołe. Miał cały dwór, kuchnią i stajnią na usługi.
Dobrze o podal od pałacu, parku, stajen i zabudowań dziedziców, stał folwark gospodarski, dla samej pompy wspaniale wymurowany i zdala bardzo pokaźny. Pół drewniany, na pół murowany dworek skryty za zabudowaniami temi, otoczony sadem owocowym, był mieszkaniem pana Ostójskiego, dzierżawcy. O ile rezydencya hrabiowska piękną była i artystycznie urządzoną, o tyle tu gdzie się mieścił dzierżawca, nic dla uprzyjemnienia mu życia nie przedsięwzięto. Szczera, surowa proza prawdziwej pracy otaczała dworek nie powabny, a nawet nie bardzo wygodny. Dopominał się pan Ostójski o niektóre ulepszenia, ale go zbywano to tem to owem, i na żadne zezwolić nie chciano. Szczęściem nie mając licznej rodziny, bo był wdowcem, a jedna tylko córka mu z kilkorga dzieci pozostała i jedna siostra niemłoda panna... obywał się tem co miał. My tu, powiadał, nie dla przyjemności żyjemy — to warsztat do robienia pieniędzy... dobrze że się człowiek do tego przywiązać nie może.
Ale, choć to się tak mówiło — Ostójski od lat kilkunastu dzierżawił folwark, przy każdem odnowieniu kontraktu zaprzysięgał się, iż dłużej trzymać go nie chce, potem ze strachu przenosin, kłopotu i z żalu po miejscu — zostawał. Ostójski był dobrym i pracowitym gospodarzem, a co lepiej, poczciwym człowiekiem. Żył trudem i kłopotami na które narzekał, a których gdyby mu zabrakło... z nudy by umarł pewnie. Drugą życia jego podporą była — córka jedynaczka. Kochał ją nad wszystko na świecie, był dla niej ojcem, matką, przyjacielem, sługą... i psuł dziewczę jak tylko mógł najsłodziej i najpokorniej. Czego Zośka chciała... to musiało się stać, bądź co bądź... panowała tu Zośka... rządziła Zośka... rozkazywała Zośka... słuchali wszyscy...
Nie popsuł jej wszakże poczciwy ojciec, bo dziecko było dobre, rozpieścił tylko i roztkliwił.
Zosia wychowaną była z największym staraniem, miała najlepsze guwernantki, najdroższych metrów, dla jej przyjemności ojciec nawet, zdawszy gospodarstwo na łaskę Bożą, jeździł raz trzy miesiące po Europie, aby jej Paryż, Włochy i Szwajcaryą pokazać. Zosia była piękną bardzo, silną, zdrową, czarno-brewą, polską, wesołą, ruchawą, swawolną, a umiała się przymilić bez zalotności nietylko ojcu, ale każdemu kto ją widział. Czuć w niej było serce szlachetnej polskiej dziewoi, otwarte ku wszystkiemu co dobre, piękne, wzniosłe i poczciwe... Z wielką pracą uczono ją grać, śpiewać, rysować, grała też, śpiewała i rysowała wcale ładnie, ale nie była artystką. Wolała książkę, poezye, opowiadanie, ogródek i kwiaty.
Jakby dla pohamowania tej roztrzepiotanej ptaszyny, siostra pana Ostójskiego, panna Klara, osoba lat pod pięćdziesiąt mająca, była niesłychanie sztywna, poważna, wysznurowana, wyszukana w mowie, ostrożna w postępowaniu i na pozór zimna. Ona tu przestrzegała przyzwoitości, stanowiła wędzidło i hamowała ojca i córkę często zbyt formy zaniedbujących.
Panna Klara niegdyś u hrabiostwa X... przebywała dosyć długo jako towarzyszka i przyjaciółka hrabinej, z tego staroświeckiego domu wyniosła wspomnienie wielu form i zwyczajów, których teraz niezmiernie ściśle przestrzegała. Ostójski wierzył w nią i słuchał jej do pewnej miary, to jest o tyle o ile Zosia pozwoliła. Zosia kochała ciocię, ale troszeczkę się z niej czasem śmiała i nie wierzyła, żeby tak surowo należało pilnować zastarzałych jakichś zwyczajów.
Siostrzeniec księdza Kanonika pan Juljan, któregośmy poznali już, wychował się od młodych lat na probostwie, bo gdy matka jego owdowiała i niemiała się gdzie podziać, brat pospieszył z nią się dachem i chlebem podzielić. A że od probostwa do folwarku nie było i ćwierci mili, dzieci widywały się prawie codzień, bawiły z sobą i przywykły do siebie... a później?? — może pokochały... Ze strony Juljana miłość ta w prędce powstrzymana powagą doroślejszego młodzieńca, potem dumą ubogiego chłopca, skryła się gdzieś w głąb serca i może w nim zasnęła... Zosia, o czem ojciec najlepiej wiedział, pozostała wierną pierwszemu uczuciu i choć go nie objawiła zbyt wyraźnie, nabrało ono z czasem siły, z którą już teraz trudno walczyć było. Choć córka pana dzierżawcy mogła mieć, jak nawet sam pan Margocki ją cenił, najmniej sto tysięcy talarów, licząc w to piękne gospodarskie remanenta — a pan Juljan nie miał złamanego szeląga, ojciec zawczasu postrzegłszy skłonność w córki sercu, byłby z największą ochotą na wydanie jej zezwolił, — ale... ale — pan Juljan, szczególniej od lat dwóch, zupełnie się jakoś usunął, ostygł i trzymał tak na uboczu, jakby chciał zerwać ze staremi przyjaciółmi. — Zosia zmuszona kryć się ze swem przywiązaniem, nie myślała wcale narzucać się towarzyszowi młodości, ale z dziecinną naiwnością i wiarą powiedziała sobie po cichu: będę czekała, nie pójdę za mąż, musi moją miłość uczuć i ożenić się zemną. Tak jakoś była tego pewną, że chłód grzeczny okazywany jej przez Juljana, wcale ją smutkiem nie nabawiał... może? któż tam zrozumie serce kobiece?
Ona to pierwsza dowiedziała się jakoś bardzo zręcznie o spodziewanym Juljana przyjeździe, o przybyciu jego... i dała zręczniej jeszcze do zrozumienia ojcu, że powinien był Kanonika z siostrzeńcem na obiad zaprosić. — Posłuszne ojczysko zrozumiawszy o co chodzi — powlekło się na probostwo i rozkaz spełniło.
Nazajutrz, dzień był przedwcześnie jesienny i deszcz mżył szary i chłodny, ale w naznaczonej godzinie Kanonik pod ogromnym starym szafirowym parasolem, podkasawszy sutannę ciągnął na folwark, a za nim w ślad pod drugiem podobnem przykryciem, syn prowadził matkę... Zdala już Zosia stojąca w oknie zobaczyła gości, chciała wybiedz na ganek... Szczęściem stała na straży ciocia Klara i postrzegłszy ruch, zawołała żywo.
— Zosiu! na miłość Boga! już ja wiem co chcesz zrobić — proszęż cię, siądź do krosienek... nie wyglądaj nawet oknem.. ale proszę cię i zaklinam! Co ten młodzieniec sobie pomyśli? Mężczyzni są pełnymi pychy i samolubstwa, dobrąż jest rzeczą, te zgubne w nich skłonności lekkomyślnem postępowaniem rozniecać?
Ciocia mówiła tak zawsze stylem książkowym i z retoryką wielką, a zwłaszcza gdy nieco była poruszoną. Zosia uśmiechnęła się, zarumieniła i do krosienek usiadła, uczuła słuszność postrzeżenia, jednakże napróżno szukała igły i włóczki i kłębuszka, jakoś się jej w oczkach mąciło.
— Kochana, droga Zosiu... ciszej dodała ciotka — zaklinam... bądź chłodną! dziecko moje! pojmuję szlachetną twą przyjaźń łączącą cię z towarzyszem lat wiosennych, lecz to jest — mężczyzna: Poskrom uczucie i nieokazuj mu go, abyś się zbyt niewydała...
Tu cioci wyrazu zabrakło, a w sieniach dało się słyszeć szastanie nogami i oczyszczanie się z błota, a potem głos rozczulony pana Ostójskiego, który naprzeciw wyszedłszy wołał.
— Ale proszęż, proszę... deszcz mi dziś figla podwójnego wypłatał, bo i państwo zmokliście i kopy mi w polu mokną.
Zosia spuściła była posłuszną główkę nad krosienka, ale wytrzymać długo nie mogła, zdrowe rady cioci zapomniane zostały, zerwała się, furknęła i z bijącem sercem stanęła naprzeciw drzwi czerwona jak wisienka. Nim ciotka pospieszyła stanąć w opozycyi, otworzyły się owe drzwi, weszła matka Juliana, Kanonik a nakoniec — on...
Zosia jego tylko widziała, wyciągnęła rękę zapomniawszy że ostatnią razą, na Wielkanoc bardzo był dla niej zimny — uśmiech opromienił jej usta... Pan Julian wchodził blady, bardzo blady, a zimny jakiś i krochmalny jakby obcy... oczy ich spotkały się, Zosia teraz pobladła, a on się lekko zarumienił — przywitanie było tak ceremonialne, iż cały humor odebrało biednemu dziecku. Z uśmiechem osmutniałym siadła przed swojemi krosienkami szukając wzroku Julka napróżno. Młody doktor patrzał wszędzie gdzie nie było potrzeba, na nią nie śmiał. Ostójski, który szpiegował niespokojny, także pochmurniał — i powiedział sobie w duchu: to głupi chłopiec!
Z tego pierwszego wrażenia Zosia ochłonęła jakoś prędko, rumieniec zwolna na twarzyczkę wrócił, oczy zamglone rozjaśniły się, usta się uśmiechać poczęły, postanowiła niezważać na upór tego niewdzięcznika, który ani spojrzał na nią. Oczyma panna Klara starała się jej wmówić pohamowanie, lecz napróżno; oczów można było nierozumieć i można ich było nie słuchać... Zosia z krzesełkiem przysunęła się śmiało ku Julianowi i szepnęła żywo:
— No, jakże się pan ma? zaledwie raczyłeś się ze starą przyjaciółką przywitać?...
— To go tak te książki zamęczyły, — odpowiedziała dosłyszawszy pytanie matka... — przyjechał pracą przybity zupełnie, osowiały... chcieliśmy mu poodbierać te książczyska, ale nie daje...
— Wiesz pan żeś nawet zmizerniał, — odezwała się żywo Zosia — myślałam że może byłeś pan chory...
— O! nie pani! tylkom zestarzał, — rzekł Julian... — a w istocie pracy mamy dosyć.
— Tego to ja panu zazdroszczę, — dodała Zosia, — boć to miło być musi mieć pracę i cel tak wielki, naukę dla pożytku bliźnich... zresztą samą wiedzę... która nęci i przyciąga.
— Wszakże każdy się może uczyć i pracować? — rzekł Julian.
— Do czego? proszę pana, — przerwała Zosia — po co? na co się komu zda moja nauka, a nawet i mnie? Moje powołanie wiejskiej gosposi, ciasnym się ogranicza horyzontem...
— Dla czegoż wiejskiej tylko gosposi? — powoli począł Julian, — wszak panią zapewne i inne czeka życie, powołanie... i świat zapewne szerszy.
— Tego ja nie chcę! — odezwało się dziewczę: — dziękuję bardzo! — nigdy bym daleko nie chciała od mego gniazdka odlecieć...
— To dobrze, że mu to mówisz, moja Zosiu, może go to nawróci, — wmięszała się matka, — bo on już nam prawi, że się gdzieś wyrwie do Rosyi lub do Ameryki...
Zosia w pierwszej chwili posłyszawszy to, pobladła trochę, spojrzała na towarzysza i powiedziała stanowczo:
— Niech sobie mówi, my go nie puścimy! nieprawdaż pani?
— Żeby to można tych uparciuchów nie puszczać? westchnęła matka, — ale to nas słucha tylko dopóki nie włoży bucików, a potem... temi bucikami nas zastuka... i już nic nie pomaga...
Julian milczał, bawiąc się rękawiczką, potem popatrzał na matkę i odezwał się do niej cicho:
— Musimy być posłuszni naszym przeznaczeniom...
— A mnie zdawałoby się, — żywo podchwyciła Zosia, — że właściwie przeznaczeniem człowieka jest, nabywszy nauki, wypłacić się nią ziemi co go wychowała... własnemu krajowi...
— Jest to bardzo piękne jako teorya — rzekł Julian — cóż kiedy kraj ma nas za wielu i naszych służb nie potrzebuje...
— Któż to panu mówił? — odezwało się dziewczę.
— Patrzę i widzę, — szepnął Julian ciągle trzymając się z powagą wielką jakby na wodzy — ale po cóż to mówić o jakichś tam czczych może projektach?
Niewiadomo z jakiego powodu, może widząc iż panna Klara milczy trochę osamotniona, matka Juliana wstała i poszła ku niej na drugi koniec pokoju. Ostójski z Kanonikiem rozmawiali po cichu u okna nieco opodal, tak, że Julian został się sam z Zosią przy jej krosienkach. Patrzała na niego prawie z politowaniem jakiemś.
— Mój panie Julianie, — rzekła w krótce, — nie udawaj że starego Eskulapa, połóż ten nieszczęsny kapelusz i rękawiczki, siądź i rozmówmy się po staremu... bo się będę gniewać. Nie dałam przecie żadnego powodu do takiego nakrochmalenia względem mnie. Pamiętasz pan jak to niegdyś pogniewaliśmy się o kasztany... cośmy całe dwa dni bokiem chodzili do siebie, czyżby znowu jaki niewidzialny kasztan wpadł między nas?
Julian mimowolnie oczy podniósł i uśmiechnął się — Zosia roześmiała się także.
— Doprawdy, zdziczałeś mi pan w tym Berlinie?
— Mówiłem pani, zestarzałem...
— No, to prędko odmłodniej! my tu nawet starym nie pozwalamy się ukwaszać... To wolno tylko ogórkom, pardon de l’expression. — Jaka szkoda — szczebiotała ciągle, — ten nieznośny deszcz nie pozwala mi pokazać panu, jak wierna naszym wspomnieniom dziecięcym, uprawiam starannie nasz ogródek i tę grzędkę na której razem sialiśmy owe nasionka polnych kwiatków, które nigdy nie wschodziły... Miałożby to tak być później w życiu i z uczuciami, że posiane w młodości, wyrastają z chwastem? Ostatnie słowa wypowiedziała ciszej i prędko. Julian drgnął, popatrzał na nią, spuścił oczy i począł bojaźliwie.
— Niech pani wierzy, iż przyjaźń i szacunek dla niej nigdy w tak niewdzięczny sposób się nie zmienią.
— Szacunek może być poważny i zimny, — przerwała Zosia, — bo to staruszek, ale od przyjaźni, już dla tego że jest rodzaju żeńskiego, wymagałabym trochę więcej ognia... swobody...
Przerwała nagle i poczęła cicho:
— Panie Julianie, bądź pan po dawnemu, zapomnij o Ameryce, rozgość się u nas. Pojedziesz sobie kiedy zechcesz, a tymczasem...
I znowu daremnie oczekując odpowiedzi, zaśmiała się, zaczynając z innego tonu.
— A! to się już domyślam... zwierz mi się pan! Zakochałeś się w Berlinie... dla tego jesteś tak smutny!
— Zgadłaś pani, śmiejąc się także, zawołał Julian.
— W kim?
— W prześlicznej trupiej główce, która mi do studjów służyła...
Zosia pobladła.
— Jakto? pan? i na panu to nie czyni wrażenia? trupia główka? może doprawdy kobieca? i nie wiesz pan czyja?
— Że kobieca, to pewno, — odpowiedział Julian, — i musiała być młodziuchną, bo wszystkie w niej ząbki jak rząd perełek siedzą...
Zosia się wstrzęsła...
— No, to w istocie rozumiem teraz, że po takich przysmakach, życie i ciepły oddech jego obrzydnąć, zobojętnieć mogą. W istocie miłość nauki, którą pan nazwałeś trupią główką, zabija inne uczucia... ona jest także zazdrosną... Tylko, mój panie Julianie, jestli na świecie taka trupia główka coby żywej muszki była warta!
Otworzyły się drzwi do jadalnego pokoju i panna Klara ozwała się patetycznie.
— Niechże państwo raczą... pokarmy już są na stole... pokarmy już są na stole... Służymy czcigodnym gościom naszej strzechy...
Wszyscy byli tak nawykli do uroczystych przemówień p. Klary, iż nikt się nie roześmiał. Kanonik podał jej rękę, Zosia sama wyciągnęła rączkę Julianowi, ojciec poszedł sam.
— Siadaj pan przy mnie! — rzekła — chce się z nim nagadać — bo potem nierychło pana złapię... a ja, że niemam żadnego takiego przyjaciela o perłowych ząbkach, staremu jestem wierna...
Na twarzy młodego medyka, która się dziwnie mieniła, znać było jakby pasowanie się z sobą, utrzymał się wszakże z powagą, i odpowiedział tylko.
— Wierz mi pani, że choćbym do Ameryki pojechał, jej miłych słów niezapomnę...
— Jakkolwiek by mi przyjemnem było, żeby moje słowo zawędrowało do antipodów, wesoło zawołała siadając Zosia — wolałabym żebyś i pan został tu z nami i ono. Ależ to żarty te projekta podróży? nieprawdaż?
— Doprawdy, ja jeszcze sam niewiem, tysiąc mi snuje się po głowie planów i projektów...
Rozmowa stała się powszechniejszą, bo Ostójski wprowadził coś de publicis o wyborach blisko następujących...
— Otóżem ciekaw jak się one nam udadzą — rzekł.
— Czemu się udać nie mają — przerwał Kanonik — poczciwy lud nasz, ma dziwne poczucie swych obowiązków, ani go ustrasza groźba, której często używają — ani odwiedzie bieda... od spełnienia ich...
— O mój Boże — zawołała Zosia, księże Kanoniku, przy obiedzie o polityce mówić, niema nic niezdrowszego, wszystko się w ocet obróci...
— Ma panna Zofia słuszność! — zaśmiał się Kanonik, — mówmy o czem innem — co nowego?
— Otóż jest nowina i dla nas bardzo ważna — odezwał się Ostójski — pani hrabina z Paryża przybywa na parę podobno miesięcy do nas... Mówią, że i młody hrabia zjedzie... Ożywi się nasz dwór... który stoi pustkami...
— Ale, ale! pustkami — zaoponował Kanonik, a pan Margocki?
— No, tak aleśmy się z nim obyli — rzekł Ostójski — i zawsze to nie to, co hrabina... która lubi zabawy, towarzystwo... Gości będziemy mieli.
— A co nam po nich — mówił Kanonik...
— Przepraszam, mnie to bawi — zawołała Zosia — z mojego okna prosto widok na gościniec do pałacu... Jak to wszystko paradnie jedzie, z biczów palą, karety i kocze się toczą, trąbki pocztowe grają... A te liberye!
— W istocie, Zosiunia ma słuszność — dodała panna Klara — te splendory są rozkoszą dla oka znużonego jednostajnością i monotonią wioski... a nie małą dla nas rozrywką...
— Jeśli młody hrabia przyjedzie — dorzuciła Zosia — jeszcze ładniej, bo występują konno, często cała kawalkata, amazonki, dżokeje w kurtkach ponsowych... Raz nawet gdy jechali na lisy, widziałam pana Margockiego we fraku ponsowym... a! jakiż był doskonały!..
Zaczęła się śmiać.
— Proszęż cię Zosiu — zgorszona odezwała się panna Klara — w tem niema nic śmiesznego, jest to zwyczaj łowców angielskich, iż przywdziewają ten strój powabny dla oka i odróżniający ich od pospolitego gminu...
Wszyscy zamilkli...
— Żeby mi papa konia kupił i amazonkę sprawił — zawołała Zosia.
— Otóż masz! jeszcze czego! — ofuknął stary — tak! zapewne, żeby jeszcze uchowaj Panie Boże, koń poniósł, albo jaki przypadek... Takiemu trzpiotowi, wartogłowie jak ty, konno jeździć! Dajże ty mi pokój.
— A tatko mówi, że mnie kocha i dogadza mi — mruknęła Zosia — wszyscy państwo widzicie jak.
— Moja Zosiuniu — przerwała panna Klara — czyniłam ci niejednokrotnie tę uwagę, iż jakkolwiek osoby wyższego towarzystwa pozwalają sobie konnej jazdy, nigdybym młodej dziewicy nie życzyła ani jej pożądać, ani się do niej zapalać... Dla niewiasty...
— Cóż Ciociu, kądziel i wrzeciono? — wszyscy się śmieli, ciocia trochę się uraziła.
— Wszystko co chcesz, byle nie koń i cygaro — rzekła żywo.
— Będę więc siedzieć przy krosienkach, a dla uniknienia pokusy — zawołała Zosia — zamknę oczy i zasunę okno...
Obiad przeszedł na takiej pogadance swobodniej, nawet pan Julian się rozruszał nieco i chwilowo wrócił mu humor młodzieńczy...
Deszcz który cały ranek pruszył, sprawdzając chłopskie meteorologiczne postrzeżenie, ku południowi począł coraz mżyć delikatniej, resztę mgły rozpędził wiatr, obłoki się porozdzierały, słońce wyjrzało i gdy od stołu się ruszono, pogoda była tem piękniejsza, że powietrze się odświeżyło... Zosia uderzyła w ręce, ciesząc się tą niespodzianką, która jeśli nie do ogródka, to choć na ganek wyjść dozwalała.
Ogród przy folwarku gwoli gospodarskiej wygodzie zasadzony, ładny wcale nie był. Zajmował spory kawał pola na płaszczyznie, ogrodzonego szczelnie i zasadzonego w kwadraty owocowemi drzewami. Już za czasów gospodarstwa pana Ostójskiego, przybył tu szpaler leszczynowy, altana i kilka drzew... Z jednej strony cień dawała ulica przypierająca do płotu, obsadzona staremi topolami nadwiślańskiemi. W jednym kątku status in statu, był ogródek wydzielony dla Zosi, opasany misternym płotkiem z brzeziny, z furtką starannie wyciosaną... tu rosły jej ulubione kwiatki, tu niegdyś gospodarowali razem i kłócili się z panem Julianem i kochali potem i wiekuistą poprzysięgali sobie miłość... Maleńki ten kątek z ławeczką, z altanką, bzami i winem obsadzoną, ze stoliczkiem w niej... pachnący, cały rozkwitły, choć ciasnemi opasany ścianami wcale był ładny... Gdy po obiedzie otworzono drzwi szklanne jadalnego pokoju na ogród, Zosia wskazała ręką ścieżkę wiodącą do swojego gospodarstwa.
— Radabym się panu Julianowi pochwalić — rzekła — jak ja teraz rozumna jestem i praktyczna. Pamiętasz pan, dawniej ginęłam za różyczkami, liliami, bratkami, za malowanemi altankami, które się śmieją i pachną tylko — a teraz!! Ciocia powie panu, że przeczuwam przeznaczenie gospodyni domu i poważnym oddaję się studyom... Znajdziesz pan z podziwieniem zagon przepysznych truskawek sprowadzonych z Erfurtu, maliny Maltańskie ogromne (ale nasze są słodsze!)... nawet jakiś oryginalny kartofel z poszanowaniem wypielęgnowany, aby mógł być ojcem licznej familii... Widzi pan...
Zosia się śmiała, radaby była pod oczyma rodziny, a jednak sam na sam przejść się z nim choćby po wielkiej ulicy głównej, która jako piaskiem wysypana, już była suchą — ale Julian się nie domyślał... Cierpliwa Zosia powiedziała sobie: będzie tu przecież drugim razem — nie trzeba się zbytnio nabijać.
Od strony tej domu widać było daleko równinę ku pałacowi rozciągającą się i szeroką aleję topolową wiodącą ku niemu, i cienisty park, na którego ciemnej zieleni pałac wspaniale się malował ze swą kopuły blachą obitą i dwoma nad oficynami niby bastionowanemi przyczółkami. Z tej strony opasywał dwór obwodowy mur z chatką dla szwajcara... przy monumentalnej bramie. Na dwóch jej kamiennych słupach stały dwa lwy jeszcze z saskich czasów. Lwy to były może heraldyczne, może poetyczne, ale do żywych mało mające podobieństwa. Właśnie się oczy towarzystwa skierowały ku gościńcowi, gdy z bramy wysunęła się amerykanka parą koni ładnych zaprzężona... Siedział w niej mężczyzna... Pan Ostójski postrzegłszy go ruszył ramionami.
— Zejdźmy czy co — szepnął — to Margocki, a jak nas zobaczy... gotów wstąpić... e! to nudziarz...
Amerykanka puszczona kłusem wyciągniętym parła tak szybko, że nim się namyślono skryć do domu, już było zapóźno. Siedzący w niej mężczyzna średnich lat, ale wybornie udający młodego, ukłonił się żywo Ostójskiemu i zawołał z zapłotu:
— Wstąpię na chwilkę!
Zosia się zarumieniła ustępując do pokoju, Ostójski skwaśniał, machnął ręką i mruknął:
— Niechże go z tą jego grzecznością... siostro Klaro, zmiłuj się, kawy czarnej i jakiego likworu czy co?
I poszedł na drugi ganek przyjmować gościa nieproszonego, który się już w sieniach bardzo głośnym śmiechem i przerywanem mówieniem zwiastował.
Ciocia Klara poważnie, z godnością osoby, która się szanować umie, skierowała się ku drzwiom wewnątrz prowadzącym, Kanonik siadł przy siostrze w kątku, Juliana pociągnęła Zosia ku fortepianowi.
— Lubisz pan jeszcze muzykę? — spytała.
— Zapomniałem jej — ale słucham wiele, bo w Niemczech... to pokarm powszedni...
Ledwie rozpoczęli, a tuż wtoczył się Margocki.
Jest to własnością rzeczy naśladowanych, że jeźli oryginału nie karykaturują, wybitniejszemi czynią główne jego cechy. Margocki był kopią arystokratycznego gentelmana, uderzającą charakterystyką pańską. Nie można było powiedzieć by ta kopia była chybioną... owszem artystycznie nawet pojęta i do pewnego stopnia oryginalna, miała wdzięk a mimo to oko znawcy rozpoznawało w niej, że było powtórzonem dziełem ucznia nie mistrza.
Na prawdziwego wielkiego pana, jego wady i przymioty, jego szlachetną piękność i miękką elegancyą, na to comme il faut nie dające się określić, składa się krew, wychowanie, spadek wieków, wpływ otoczenia, tysiące niepochwyconych emanacyi ludzi, świata i przedmiotów... jest on naturalnym owocem i wypadkiem tych sił koniecznym; — naśladowany pan i arystokrata, który może być w duszy czemś jak najmniej do niego podobnym, ubiera się w cudzą suknię i gra gorzej lub lepiej rolę pożyczoną. Margocki grał ją doskonale, przyczyniała się do tego i długa wprawa. Dla oka mniej bacznego mógł uchodzić za potomka wielkiej rodziny... Mężczyzna był pięknego wzrostu, postawy udatnej, twarzy rysów dosyć czystych, wyrazu roztropnego i pojętnego... Na czole, około oczów, przy ustach znużenie i wiek zaczynały już rysować znamiona i drogi którędy starość przyjść miała, ale ogólny ton i koloryt twarzy był jeszcze świeży i młody. Margocki miał lat pięćdziesiąt, nie wydawał się wszakże starszym nad trzydzieści kilka. Niezmiernie grzecznie wszedłszy powitał Zosię, która mu z daleka dygnęła, skłonił się na prędce unikając zbliżenia, Kanonikowi i jego siostrze, niedowierzająco spojrzał na Juliana, i począł trzymając ciągle kapelusik miękki pod pachą, a spinając rękawiczki rozmawiać z gospodarzem.
— Pani hrabina wedle wszelkiego podobieństwa, przyjeżdża dziś... jadę na spotkanie do pierwszej stacyi, dokąd już poszły ekwipaże i służba... Szanowny panie Ostójski... jeśli by w pałacu co potrzebowano, bośmy nie bardzo przygotowani na przyjęcie — pomóż że nam, proszę...
Ostójski się skłonił — z największą chęcią — jutro na rozkazy...
Odwrócił się do Kanonika.
— Jegomość dobrodziej przyszle nam jutro z ranną mszą ks. Wikarego, to się kollatorce należy...
— O której? — spytał Kanonik.
— Ks. Wikary już godzinę będzie wiedział... dla mnie — podał Margocki — przyjazd ten i spodziewany pobyt pani hrabiny, jest największem szczęściem, bom się okropnie wynudził, sam siedząc w tym pustym pałacu. — Często mnie brała wielka chętka korzystać z sąsiedztwa domu pańskiego, alem się obawiał naprzykrzać.
Ostójski nieumiał nic lepszego powiedzieć nad:
— Mój mości dobrodzieju! ale tego... ale tego... bardzo proszę... cóż znowu...
Weszła ciocia Klara, a za nią wyrostek wniósł kawę i likier.
— Pozwoli pan dobrodziej... kawki czarnej i kieliszeczek likworu? spytał Ostójski, biorąc sam tacę.
Margocki należący do pierwszorzędnych smakoszów, będący wyrocznią w rzeczach jadła i napoju, z obawą spojrzał na kawę i butelkę, którą posądzał o krajowe pochodzenie. Dopiero zobaczywszy znaną etykietkę, uspokoił się i przyjął ofiarę.
Panna Klara rączką w obciętą rękawiczkę bez palców przystrojoną, której piąty palec dramatycznie się nad innemi unosił, nalała z wielkim wdziękiem nektaru Mokki i przysunęła go Margockiemu... Ostójski tymczasem płyn piernikowego koloru cedził do kieliszka... szepcąc chłopcu aby ich więcej przyniósł.
Z filiżanką w ręku plenipotent podszedł do Zosi, której minka zdradzała jakieś nieukontentowanie.
— Pani zawsze wiele się zajmuje muzyką? — zapytał.
— Dosyć! — szepnęła zimno Zosia.
— Jakiż jest pani ulubiony kompozytor? Czy pani Wagnerzystka? czy Szumanistka? czy Szopenistka? czy...
— Ja panie? jestem... w muzyce... bez szczególnych i wyłącznych upodobań... biorę wszystko co mi się wydaje pięknem.
— Ale któż najlepiej przemawia do serca pani?
Zosia spojrzała mu śmiało w oczy.
— Śpiew kościelny i piosnka pastusza...
— A! a! więc i Chopin?...
— Często... —
— Pani wie zapewne — dorzucił Margocki — że nasza hrabina była niegdyś znakomitą virtuozką, lubi muzykę niezmiernie, pasyami i dziś jeszcze mimo swych pięćdziesięciu... do których się nie przyznaje, par paranthese, gra jeszcze bardzo ładnie. To jej najulubieńsza rozrywka... a że tu niema z kim grać na cztery ręce, — co jest jej wielką rozrywką — bardzo by pewnie była rada... gdyby pani...
— A! ja wcale nie grywam na cztery ręce! — pospiesznie przestraszona zawołała Zosia.
Margocki się roześmiał.
Ce n’est que le premier pas qui coute — rzekł — znajomość z hrabiną, pewnie by była miłą... i niepodobna by ona pani, pani jej nie oceniła. Jest to znakomita ze wszech miar osoba... sławna z dobroci, dowcipu, talentów we wszystkich europejskich stolicach. Elle a été très goutèe par l’imperatrice Eugénie.
— Ale, zmiłuj się pan, ja jestem prostą sobie wieśniaczką — zawołała Zosia.
— Godna najświetniejszych salonów... — rzekł żywo Margocki i skłonił się. — Ja już z góry spisek na panią uknułem: je n’en demordrai pas.
Skłonił się i odstąpił aby Zosi nie dać czasu się bronić.
Ostójski, który część rozmowy pochwycił, posmutniał — ale się mięszać nie chciał... podsunął likier, Margocki spojrzał na zegarek.
Il était temps! — krzyknął przerażony — muszę lecieć, bo nuż hrabina nadjedzie. — I prędko pochwyciwszy kapelusz, obdzielił ukłonem wszystkich, wysunął się, znikł. Amerykanka zahuczała, pojechał. Odetchnęli wszyscy. Ostójski tylko był chmurny, a Zosia gniewna.
— Otóż to mosanie, masz tobie łaskę pańską — zawołał gładząc łysinę, — ani się będzie można wykręcić teraz od muzyki, stosunków, salonowania... a ten mój koziołek Zosia.
— E! tatku! koziołek się nie da! — przerwała córka.
— Ale to ci dobrze tak mówić, nieda się, nieda! na to niema sposobu — mówił ojciec. — Chcesz żeby mnie za ciebie szykanowano i prześladowano, żeby mnie gniewem swym ścigał na każdym kroku wszechmogący Margocki... bo on wszechmogący tutaj! to darmo! I hrabiego ma w kieszeni i hrabinę też... i hrabiątko, a tu odnowienie kontraktu za pasem. Odmówiłaż byś ojcu pomocy? a nie chciała mu oszczędzić przykrości?
Zosia od fortepianu przybiegła i rzuciła mu się na szyję.
— No, nie mówmy o tem, ponudzę się dla ciebie... Zresztą tatko niech to na mnie spuści... a ja sobie dam radę.
Julian spojrzał na zakłopotane dziewczę i żal mu się może zrobiło, bo rzekł:
— Niema to nic tak strasznego to towarzystwo pańskie — trochę się należy przyzwyczaić a niezbyt się o jego łaski troszczyć! o! pannie Zofii to przyjdzie łatwo z jej trafnym instynktem i...
Zosia spojrzała.
— Komplement — rzekła, załamując ręce komicznie, — a kiedy też już pan Julian mnie, mnie! mnie! śmie prawić komplementa! — to znak ostatecznego rozbratu... pan, mnie.
— Ale to nie jest komplement!
— A cóż to jest? — spytała Zosia.
— Nie — potrząsając głową odpowiedziało dziewczę, — nie. Stary mój przyjaciel pan Julian inaczej by mi to był powiedział...
Obwiniony zamilkł. Matka spojrzała na syna z pewnem smutnem zdziwieniem...
Rozmowa rozbita, chwytana z kolei przez wszystkich przytomnych i rzucana... zakończona została sentencyonalnie przez pannę Klarę.
— Gdyby mnie o zdanie pytano — odezwała się, — wyraziłabym ją z właściwą mnie otwartością... Dla osoby w kwiecie wieku jak luba Zosia... cóż może być pożądańszem nad dobre towarzystwo? W niem się nabiera tej woni i tonu, który całemu życiu urok daje. Przyklasnęłabym z serca, gdyby w pałacu bywała, mówię otwarcie.
Ostójski mruknął.
— Niech ich z tonem i wonią... Niedokończył... Goście się zaczęli żegnać...
Wychodząc z folwarku Julian wyprosił się na przechadzkę ku sąsiedniemu lasowi. Kanonik z siostrą wracali sami. Szli długo zamyśleni oboje, smutni trochę, milczący.
— Przyznam ci się siostruniu — po długim przestanku, szepnął Kanonik pochylając się ku idącej z założonemi na piersiach rękami matce Juliana — przyznam ci się, że jakoś mi Julek... teraz mniej smakuje niż kiedykolwiek. Dobry, poczciwy chłopak, ale już świat z niego uczynił swoją istotę, już nam dziecię nasze odebrał... już to jest zarodek człowieka po myśli wieku. Prawda, inaczej być niemogło, a mogliżeśmy go wychowywać gdzieindziej!
To było do przewidywania...
— Ja to sama widzę, głosem boleści pełnym — odpowiedziała matka — a! widzę aż nadto, i boli mnie to... Jednakże, mój bracie, to są wrażenia młodości, chwilowe, przemijające... najgłębiej w duszę wpaja się to co ona za młodu przyjęła... Powróci nam Julek nasz dawny... zobaczysz...
— Daj to Boże — westchnął Kanonik, — bo teraz my się nie zgodzimy. Proszęż cię, komu Bóg łatwiejsze usłał szczęście jak jemu?
Trzeba być ślepym żeby nie widzieć tego, że poczciwa Zosia go kocha, może więcej niż brata. Ostójski by ją dziś wydał... kupiliby dworek w miasteczku... praktykę by miał i żylibyśmy w kupce jak u Boga za piecem. Uważałaś jaki był Julian zimny dla nich...
— No, tego, kochany bracie, znowu tak bardzo ganić i za złe mu mieć niepodobna, — ujęła się matka, — chłopiec ubogi, niechce być winien wszystkiego Zosi, niechciałby aby go posądzono o to, że się dla posagu ożenił...
— Zapewne... tego bym mu nie zganił — rzekł Ksiądz, — ale ja głębiej sięgam w duszę... jest to i jest coś więcej... ambicya! Nie pragnie nauki i sławy, jak to dawniej bywało, — ale po dzisiejszemu chęć zużytkowania nauki i talentu dla zyskania majątku i pozycyi...
— Mój drogi, możnaż tak sięgnąć w duszę człowieka? — broniła matka.
— Winienem może, ale z rozmów Juliana wnioskuję, bodajbym się mylił — dokończył Kanonik.
— Bóg widzi, to ożenienie ze śliczną, miłą, dobrą Zosią, to dla mnie było zawsze marzenie o które modliłam się do Boga, — no, dziś, trudno się łudzić — trudno! Będą tu różne krzyżować się wpływy i zajdą rzeczy... niespodziane. Zosię już ciągną do pałacu... Hrabina uczyni to dla Margockiego, który widocznie poluje na posag i majątek Ostójskiego. Dziewczę najpoczciwsze, ale młode i słabe, a urok pańskości na umysł młody wielki...
Potrząsła głową staruszka.
— Nasze piękne sny i projekta trzeba pono pożegnać — dodała...
— Niech to tam Pan Bóg sobie złoży jak wola Jego — dodał Kanonik. — Żyłem długo na świecie, jedna mnie prawda uderzała nieustannie — bo to iż najczęściej o co się człowiek najmocniej stara, czego najgoręcej pragnie, na złe mu wychodzi, czego się lękał, zbawić może. — Zdajmy się na Opatrzność i idźmy ufni w nią prostą drogą.
— A! tak! tak! kochany bracie — powtórzyła matka Juliana, — ja też nic nie pragnę dla niego, tylko żeby czystym i poczciwym pozostał.
— Amen! — rzekł Ksiądz, — reszta dodaną mu będzie.
Szli tak drożyną ku plebanii powoli, słońce było nad zachodem... Przez gęsty cień lip przy probostwie, przedzierały się złote promienie rysując fantastyczne na ziemi kobierce... Z ciemnych gąszczy liści, szczyt starożytnego kościołka strzelał ku niebu ze swemi gotyckiemi ozdoby... Z drogi już dochodząc wzgórze to całe z murami, domami, szczytem tym, drzewy, ogrodem, wyglądało dziwnie powabnie i uroczyście. Bliżej nad drogą jakby zapraszając do kościoła, stała na marmurowym słupie nowym, piękna figura N. Panny łaskawej, którą Kanonik z dawna na nią grosz zbierając, w tym roku właśnie postawił.
Stanął tu naprzeciw tego krajobrazu, złożył ręce, jakby się modlił i rzekł z rozrzewnieniem do siostry:
— Mój Boże! jakże to u nas cicho, pięknie i miło! człowiek wzrósł sercem do tego kąta... ukochał go... umiłował i doprawdy, zdaje mi się, że na świecie nigdzie lepiej, nigdzie piękniej być nie może, aż strach, by za tę ziemską miłość Bóg nie pokarał, a nie rzucił gdzie ztąd daleko!
— A! cóż to ty mówisz! co ty mówisz! — zawołała siostra przelękniona, — gdzież, ktoby mógł? dla czego?
Kanonik głową poruszył.
— Nie trwoż się, nie ma nic, a no tak czasem w serce obawa zastuka... Niepodobieństwa nie ma. Zwierzchność duchowna nie pyta nas... dysponuje sama a my posłuszni być powinniśmy... Inaczej być nie może. Kościół ma wielkie do wypełnienia obowiązki, myśmy żołnierze Chrystusowi i gdzie nas postawią na placówce... winniśmy nieruchomi stać, każą iść — iść... Cóżbyśmy byli za kapłani, gdyby warga sarknęła a serce zabolało?
Poszli milczący już ku probostwu... W miarę jak się zbliżali, niespokojna o swe gospodarstwo siostra pospieszyła, ksiądz kroku zwolnił i pożegnawszy ją skinieniem ręki, ścieżynką w lewo wiodącą do furtki cmentarnej skierował się ku kościołkowi, który był wszech jego starań celem, ukochanem pieścidełkiem. Chodził tak często w wolnych chwilach oglądając go, przemyślając czyby co dodać, poprawić, ozdobić nie można.
Cmentarz stary otaczający ową świątyńkę, obwiedziony był murem. Za dawnych czasów grzebiono tu umarłych. Znać jeszcze było w ziemi gdzie niegdzie wklęsłe szerokie płyty kamienne, na których słota i mchy napisy powyjadały. W ściany też kościoła dawnym obyczajem powprawiane były rzeźbione wieka... Ten cmentarz dawniej trochę opuszczony i zarosły, Kanonik lubiąc to miejsce, postarał się przeistoczyć na istny ogródek... Porobiono tu ścieżki piaskiem wysypane, zasadzono kwiaty i krzewy, popodnoszano grobowe kamienie i krzyże. Teraz wyglądało tu świeżo i malowniczo wielce. Wikary tylko znajdował, że to była elegancya niepotrzebna przy domu Bożym...
Gdy Kanonik szedł, postrzegł zaraz w progu kościoła kościelnego, który tam coś porządkował i zamiatał, a dywanik jakiś wytrzepywał. Spotkanie z nim miłe było zawsze Kanonikowi, bo też mimo gderliwości i fukania, nie było poczciwszego serca ni człowieka nad starego kościelnego tutejszego. Kochali się nawzajem.
Chociaż teraz w szarej długiej chodził kapocie, z twarzy zaraz wyglądał kościelny na to czem był — na dawnego żołnierza. Sumiasty wąs siwy, głowa była jak kolano pokryta czarną czapeczką, oko niewielkie wypukłe, nos garbaty, dawały mu jedną z tych twarzy, jakiemi Orłowski starą szlachtę swą piętnował. Był też pono szlachcicem pan Warmski, znany pospolicie pod nazwiskiem Eliasza. Za młodu służył pod Kościuszką, lat swoich dobrze niewiedział. Nosił też na kapocie zawsze kawał starej wstążki virtuti militari. Od czasu, jak na jedną nogę w kampanii okaleczał i okulał, dostawszy się tu do kościoła, już go nie opuszczał. Utrzymywany jego staraniem, był w największym porządku i czystości. Kanonik i on żyli w prawdziwej serdecznej przyjaźni. Eliasz kochał też Julka jak własne dziecko, matkę jego poważał, służył i im też z wielką serca radością i był szczęśliwym aż do przybycia ks. Leona. Pierwszy raz go zobaczywszy zaraz, pokiwał głową, niepodobał mu się, — ten nam piwa nawarzy! — rzekł do siebie, — z oczów mu patrzy źle! o! źle!
Zdaje się, że Eliasz też nie miał szczęścia się podobać ks. Leonowi, bo od pierwszych dni, wiecznie coś miał mu do zarzucenia, a stary nie krył się z tem, iż go znieść nie mógł. Nie uchybił mu w niczem, nie sprzeczał się nigdy, nie odpowiadał nawet, gdy się odzywał do niego, ale stanowczo rozkazów jego nie wypełniał bez konfirmacyi Kanonika.
— Co to tu on będzie burmistrzował! — mówił, — jać służbę znam... on tak dobrze zostaje pod ordynansem Kanonika jak i ja? W nie swoje rzeczy nosa wścibiać — wara. — No — osoba duchowna. — Zna się uszanowanie, zawsze pomazaniec i kapłan — wszelako jabym wolał, żeby mu gdzieindziej choć probostwo dali, byle go tu nie było. On tu nam porządek psuje i ciągle niby coś nowego chce wymyślać.
Tę niechęć bardzo wyraźną, Kanonik usiłował o ile możności uśmierzyć — jakoż poskromił łatwe jej wybuchy, bo Eliasz znał karność i praktykował ją po żołniersku — tylko — uczucia swe w sobie schowawszy, nie łatwo się ich wyrzekał. Wikary ze swojej strony skarżył się ciągle na starego wiarusa, usiłując go precz wyrzucić pod pozorem niedołężności i wieku, Kanonik stanowczo odmawiał.
— Póki mnie tu, póty i jego, — mówił krótko i wyraziście.
Trzepiąc dywan, cały pokapany woskiem, stary mruczał i spluwał...
— Co ty tam gderasz, Eliaszu? — spytał Kanonik zbliżając się.
— A jak niemam gderać? jak się niemam oburzać? co ja tu poradzę! co! — mówił Eliasz. Kobierzec stary, bo to podobno jeszcze z pogrzebu nieboszczyka generała do kościoła się dostał, poleli go woskiem... dziury powypalali, a ks. Leon na mnie się napusza, że ja w takim stanie go zaściełam, że ja powinienem go odświeżyć! co ja mu zrobię? jak? czyść go, myj, wyłupuj, trzep... nic tu nie poradzi...
— Wiesz co, panie Eliaszu, — rzekł Kanonik, — aby ten przedmiot drażliwy z oczów usunąć, schowaj go do skarbca i po wszystkiem.
— No — to ołtarza przed Ś. Antonim nie będzie czem zasłać, — rzekł Eliasz... — to ten — potem powie, że gołe stopnie i że to obraza Pana Boga, niechlujstwo, zaniedbanie..,
— Jest na to rada, — zawołał Kanonik, — mam dywanik, który mi nie jest potrzebny, ofiaruję go chętnie pod stopy Ś. Antoniemu...
Eliasz spojrzał i głową potrząsł.
— Nie potrzeba — ja wiem, że to wasz ostatni i że na wypadek drogi, siana nie będzie czem zasłać...
— Albo to ja podróżuję!
Eliasz zajął się kobiercem znowu, ale pancerz wosku którym był oblany, nie dozwalał ani pomyśleć o odczyszczeniu... Stali tak oba medytując nad nim.
— A ks. Wikary gdzie? — spytał Kanonik.
— Już pojechał czy poszedł... Przybył tu Stasiek Wątróbka, bo mu Pan Bóg dał dziecko i ono słabe, chciał chrztu a kobieta spowiedzi, bo też nie zdrowa... domagali się ks. Kanonika...
— A byłoż mi dać znać!
— Chciałem! szedłem, to mnie ofuknięto — i wyrwał się Wikary... — rzekł żołnierz. — On się teraz wszędzie wyrywa, gdzie nie potrzeba i choć go sobie nie życzą, a to tylko, aby JMść. ks. Kanonika nie dopuścić. Ja jestem głupi, ale ja to widzę już, że on chce wyprzeć zewsząd JMść. Wszystko niby z gorliwości bierze na siebie! Dobrze! a tymczasem gada, że Kanonik stary, niedołęga, marzyciel i do niczego...
Kanonik się zarumienił.
— Tego on nie mówi i nie prawda! Eliaszu... daj pokój.
— Mówi, ale ostrożnie i po cichu, po cichu. Wie, dobry człeczek gdzie co rzec i jak! O! wie!
Rękę wiarus podniósł do czoła i spuścił ją z wielkiem wzruszeniem.
— Ty bo go nie lubisz?
— A ktoby go lubił? ta — to gorzkie jak pieprz.. — odparł stary... — a chytre...
— No — już chytre — proszę cię, dosyć tego, — rzekł Kanonik, — dosyć.
— Bądź wola twoja, księże Kanoniku, dosyć, ani słowa, ino to jedno dodam, — szepnął stary, — że jegomość go kiedyś poznasz lepiej — ino będzie po czasie — więcej nie powiem.
Wziął się stary do kobierca.
Kanonik pomodlił się przed kościołem, starego poklepał po ramieniu i poszedł ku furtce wiodącej ztąd na probostwo... W ganku już spotkał ks. Leona, który pot z czoła ocierał.
— Czemużeście mi nie dali znać, — witając się rzekł Kanonik, — iż Wątróbka życzył sobie mnie mieć... byłbym pospieszył.
Ks. Leon zaciął wargi.
— Chciałem ks. Kanonika wyręczyć, — odpowiedział sucho.
— Pojmujecie przecież iż jabym także moją część w cura animarum rad spełnić... nie odbierajcie mi jej proszę... Ci ludzie mogą sądzić...
— Przepraszam, — przerwał Leon, — oni nie powinni dobierać sobie duchownych... każdy z nas przychodzi w imię Boże...
— Nie trzeba być tak bardzo surowym, — odezwał się Kanonik, — w ogólności powiem wam, wy zapewne w najlepszej chęci to czynicie, ale za ostro się czasem obchodzicie z ludkiem naszym, który do łagodności nawykł.
— To źle, — syknął Wikary, — to źle, religii mu zasłodzonej podawać nie trzeba, bo ją lekceważyć będzie.
— Wiem, że w tem różnią się nasze pojęcia, — chłodno odezwał się Kanonik, — lękam się wszakże by zbyteczna surowość więcej nie szkodziła niż pomagała... Syn Boży był miłością samą. Oto naprzykład, gdy stary Wojciech umierał, kazaliście precz iść od umierającego rodzinie... skonał tak nie pożegnawszy się z nią, na co niezmiernie płakali...
Ks. Leon ironicznie popatrzał na Kanonika.
— Jest to bardzo chwalebny zwyczaj przez rzymskie duchowieństwo zaprowadzony, aby w godzinie śmierci, konający myślał o Bogu nie o ziemskich rzeczach... po co tam rodzina? po co to pożegnanie? po co te dystrakcye, które skruchy nie dopuszczają...
Kanonik słuchał.
— Każdy kraj ma swój obyczaj, u nas tego nie bywało.
Ks. Leon ruszył wzgardliwie ramionami:
— Pozwolisz mi ks. Kanonik, choć młodszemu, uczynić tę uwagę, że — zapewne nie z jego winy, ale przez wiekowe opuszczenia i tolerowania wkradło się u nas wiele zgubnych zwyczajów. Potrzeba surowości bezwzględnej aby je wykorzenić — mam to najmocniejsze przekonanie.
— Mój ojcze, — zwolna rzekł Kanonik, pobłażać złemu nie godzi się nigdy, ze złem niema kompromisu, ale z naturą ludzką więcej dokażecie łagodnością niż piorunami Jowiszowemi. Cały duch nauki Chrystusowej sprzeciwia się użyciu tam grozy, gdzie dobroć starczy. Będziecie żyli dłużej, doświadczycie więcej, przekonacie się kiedyś iż surowość zbytnia w kapłanie zamiast mu nadać powagę, odbiera ją, czyniąc go na pozór namiętnym i na oko gniewliwym, choćby nim nie był. — Ks. Leonie, gorliwość was unosi często za daleko.
Ks. Leon uśmiechnął się: — to rzecz mojego sumienia.
— Nie czynię też z tego wymówki, aleście wy mi zadali słabość.
Wikary odwrócił się z szyderską a jakiemś przypomnieniem spokorniałą postacią. Wyrazy jego następne przybrały dziwny ton zaledwie pochwyconej ironii.
— Gdzieżbym ja się ośmielił, ks. Kanonikowi, cokolwiekbądź zarzucać! Może się źle wytłomaczyłem — znam moje położenie, obowiązki, zależność, winne starszym posłuszeństwo i proszę mi wierzyć że... ściśle trzymam się stanowiska mojego, granic nie przekraczając nigdy...
A po chwili począł dziwnym jakimś tonem coraz w powagę rosnącym.
— Pozwoli ks. Kanonik...
— Wszystko w świecie, — rzekł spokojnie kapłan, — mów, co się podoba.
— Każdy wiek kościoła wojującego ma swój odrębny charakter, i strategia też kościelna zmienić się musi stojąc w obec coraz innego nieprzyjaciela... Ja byłem w Rzymie i tam zaczerpnąłem skazówki co do właściwego sposobu postępowania...
— Zapewne, — rzekł Kanonik, — ale przyznasz mi że i każdy kraj ma właściwy sobie charakter, a kościół zwykł od wieków, jak dobra matka, zastosowywać się do potrzeb swych dzieci.
Ks. Leon przeszedł się uśmiechając po ganku.
— Miałem właśnie do ks. Kanonika prośbę, — rzekł, — ale...
— Proszę mówić, jeśli w mej mocy...
— Chciałbym odbyć rekollekcye u ks. ks. Jezuitów w...
Kanonik z razu nic nie rzekł.
— Czy to koniecznie u Jezuitów! — spytał po przestanku.
— Ja się nie taję z moją słabością, dla wielkich zasług i surowej pobożności tego zakonu.
— Obojga nie zaprzeczam, — rzekł Kanonik... — jedną bym tylko uczynił uwagę. Słuszna, czy nie, naród nasz przypisuje wpływowi tego zakonu, opanowanie przezeń wychowania publicznego, wszystkie klęski nasze, upadek i ciemnotę. — Nie będę się z panem sprzeczał o to, czy twierdzenie to, jest zupełnie uzasadnione. W pewnych jednak chwilach życia narodowego, boleść kraju poszanować należy — błędne nawet może sądy uwzględnić. — Czyż nie ma ani zakonu, ani miejsca, gdzieby rekollekcye odbyć można pobożnie i święcie, tylko tam? Na co narażać i odstręczać od siebie ludzi.
— Aby ich wywieść z błędu — zawołał gorąco ks. Leon, — należy walczyć otwarcie z uprzedzeniami. Jezuici raz czasu reformy kościoła w Polsce uratowali, dano im być może ocalić go od wpływu masoneryi, judaizmu i rewolucyi.
Kanonik spuścił oczy i milczał znowu czas jakiś.
— Nie wiem, nie wiem — odezwał się, — może — może. — Trudno z takiemi rzeczy się spierać — kwestya zawiła... Jabym wolał aby się katolicyzm bez tych pomocników obszedł... lecz... szanuję... przekonanie.
— Więc mi ks. Kanonik nie zakazuje? — spytał ks. Leon.
— Zakazywać? ja? mój ks. Leonie — śmiejąc się przerwał Kanonik, — a cóżem ja kiedy jegomości zakazywał?
— Ale bo choć w formie łagodnej — to zakaz... — ofuknął ks. Leon.
— Bynajmniej, jedź waćpan — jedź. Jeżeli jednakże potem nie łatwo ci będzie pozyskać sobie tu zaufanie i miłość u ludzi... sam sobie przypiszesz winę.
— Więc nie jadę — powtórzył ks. Leon.
— Jedź, nie jedź, jak ci się podoba — dokończył wstając z ławki Kanonik, — proszę tylko nie mów żem ja zakazywał. Z tem co myślę nie taję się, nie zjednywa mi to przyjaciół — nowych zaś niechęci nie życzyłbym sobie ściągać.
— W wielu rzeczach i poglądach różnimy się z sobą, mogę się bardzo mylić — Bóg osądzi.
Łagodna ta mowa zdawała się właśnie łagodnością swą do najwyższego stopnia drażnić Wikarego, którego twarz kurczyła się, wyprężała, krzywiła, a oczy to łyskały, to się przymykały, wtórując ustom.
— Ja też — zawołał, — nie myślę się podawać za niemylnego, ale mam za sobą powagę nowych rozporządzeń kościelnych i te to zaczerpnąłem w samym Rzymie.
— Ks. Kanonik posuwasz tolerancyą do tego stopnia, iż przypuszczasz i żydów i protestantów do prawie równych praw spółecznych...
— Zdaje mi się, że na tej tolerancyi opierając nadzieję nawrócenia, nie mylę się — dajmy pokój, dajmy pokój — rzekł poskramiając widoczne wzruszenie, — czytaj ks. Leonie Ewangelię, czytaj Ewangelię, umiłuj Chrystusa, a gdy ci się oczy odsłonią ażebyś wejrzał w serce Jego... nie będziesz mnie potępiał...
Widocznie unikając dalszej wielce drażliwej rozmowy, Kanonik poszedł do swojego pokoju po brewiarz i z nim wysunął się ku zwykłej uliczce cmentarza, po której chodząc odmawiał modlitwy.
Ks. Leon pozostał w ganku, zadumał się... oczy jego zwrócone ku pałacowi dostrzegłszy właśnie ciągnące drogą ku niemu ekwipaże. Domyślił się zapewne że przybywała dziedziczka... Przodem szła amerykanka, dalej kareta poczwórna, mała karetka, kocz i bryka... Wszystko to z wielkiem klaskaniem batów i trąbieniem pocztarskiem wtoczyło się w dziedziniec pałacowy... i znikło.
Ks. Leonowi oczy zajaśniały, zatarł ręce i żywym krokiem pobiegł ku wikaryi.
Pałac Skwirskich zbudowany w XVIII w. nosił na sobie wszystkie cechy jego smaku wykwintnego do zbytku; nie bez wdzięku może, ale nadto wyszukanego i rozkwieconego. Skwirscy żyli na dworze Saskim i służyli obu Augustom, pierwszemu w jego nieskończonych miłostkach, drugiemu w niezmordowanem łowiectwie, dzieląc obu upodobania w przepychu i elegancyi — pałac też ich przypominał budowy drezdeńskie, salony Moritzburga i pałace Brühlowskie. W głównych apartamentach coś później poprzerabiano i dodano, w bocznych szczęśliwi byli właściciele, gdy smak do rokoko powracać zaczął, iż oryginalne jego próby posiadali. — Pałac pozostał rokoko. Począwszy od frontu na którym poczepiane były wazony, amorki, kwiaty kamienne, boginie, perłowe sznury i wieńce, aż do gabinetów z lustrami w ramach porcelanowych i ścianami ze zwierciadeł — wszystko było w tym stylu — o ile go u nas wynaśladować umiano. — Stary ów zbytek nieco spłowiały, jeszcze się wcale pięknie wydawał. Pełno tu było pamiątek nie starszych nad wiek XVIII, portretów we fryzurach i bogato haftowanych frakach, wygorsowanych pań z bukietami, cytrami, amorkami, pieskami i wachlarzami. Wszystko co zdobi drezdeńskie dawne pałace, przeniosło się tu po troszę, aby je przypominało.
W jednym z bocznych gabinetów, właśnie najświeższym i najwykwintniejszym, którego obicie stanowiła materyjka perłowa w rzucane róż bukiety, przy stoliku siedziała hrabina, której podano herbatę na prędce... Na berżerkach, krzesłach, konsolkach pełno było do koła podróżnych torebek, chustek, flaszeczek, węzełków i fraszek, któremi życie eleganckie otaczać się lubi. Sama pani wygodnie zasiadłszy w fotelu, nogi sparłszy na stołeczku, rozglądała się po swym gabinecie. Była to osoba dobrze nie młoda, lecz środkami jakich sztuka dostarcza, nadzwyczaj szczęśliwie zakonserwowana. Paryż ma tyle wynalazków najrozmaitszych dla odnowienia płci, wyrównania marszczków, przywrócenia świeżości, nadania blasku oczom, zastąpienia zębów, przysztukowania włosów, iż umiejąc korzystać z jego darów, osoba jak hrabina pamiętająca o swej powierzchowności, może przedłużyć wielce pozory młodości i zachować się prawie piękną do późnego wieku. Była też mimo zbytniej pełności kształtów hr. Skwirska wcale ładną, a drobne jej rysy, choć się nieco rozlały, zachowały pewien wdzięk arystokratyczny. Portrety cesarzowej Katarzyny w późniejszym wieku najlepsze dać mogą wyobrażenie o tego rodzaju twarzy i piękności. Ubrana z niezmierną starannością mimo że była w podróży — miała postawę prawdziwie królewską... Sparty oburącz o poręcz krzesła stojącego naprzeciw Margocki, zdawał się oczekiwać na jej rozkazy, wpatrując się niespokojnie w twarzyczkę, której oczy prawie umyślnie go unikały.
— Kogóż tu macie na wsi? — spytała ciągle mówiąc tylko po francuzku, hrabina.
— Sąsiedztwo się wcale nie zmieniło, — odpowiedział Margocki, — ciż sami ludzie, tylko — niestety postarzeli trochę, dużo zubożało... kilku umarło...
— Więc? — spytała wyzywająco hrabina.
— Hrabiowie Żyńscy...
— Hrabiowie?? — uśmiechając się powtórzyła Skwirska, — a dalej?
— Państwo Targońscy...
Bon, przypominam... tak... te sławne owczarnie, on n’y parle qu’ en grais, moutons et religion już wiem... bardzo pobożni... bardzo przyzwoici... ale nudni. Niema świetniejszego nic, gdzieby się zabawić, rozerwać umiano?
— W ogólności, — rzekł Margocki, — kraj nasz bardzo mało się bawi, czasy są ciężkie.
— O! bardzo ciężkie, il n’y a que les usuriers qui prospèrent — westchnęła hrabina. Ale ja też nie myślę się bawić, przyjechałam odpocząć, kółko jak najmniejsze sobie zrobię... je vivrai trés retirée
— Gdybym ośmielił się poddać myśl...
— Ośmiel się, panie Margocki, — z uśmiechem rzekła pani.
— Pani hrabina z miejscowych żywiołów mogła by sobie dwór stworzyć — Wikary, ksiądz bardzo przyzwoity, córka dzierżawcy wielce muzykalna, siostrzan Kanonika młody chłopak, ładny i naiwny... nareszcie ja, sługa pani, kilku jeszcze dzierżawców... Cela ne tire pas en consequence, dodał, są to stosunki jak u wód, qu’ on laisse demain, quand on en est degouté...
Hrabina przelotnie nań spojrzała.
Nous en reparlerons! — szepnęła, — myśl nie jest zła. To się będzie nazywać że nie przyjmuję nikogo, a zawsze jest jakiś resurs. Z temi też ludźmi, do żadnych występowań kosztownych nie jestem zmuszona... tout leur sera bon. Mój Margocki, powiedz że ty mi, — dodała, — co wy robicie z pieniędzmi że ich u was nigdy nie ma!!
— Ale my ich też nie mamy.
— Przyznaj się — hrabia traci??
— Pani hrabino dobrodziejko, nie tylko jeden, ale oba szalenie tracą. Naturę mają pańską...
— Ale za cóż ja mam za nich pokutować! — żałobliwie poczęła hrabina... — zostawiliście mnie odłużoną w Paryżu... a wiecie że Paryż wymaga... Bywając u Cesarzowej która jest z Księciem Meternich razem taką elegantką, niezmiernie wiele potrzeba, przecież się swój kraj reprezentuje... Narobiłam długów, choć ledwie le premier necessaire sobie pozwalałam. Nie macie na to wyrozumienia najmniejszego! Nikomu bym się nie dziwiła, ale ty, mój Margocki, que je croyais devoué à mes interets!
— Pani — przerwał plenipotent uderzając się w pierś, — proszę wierzyć, że czyniłem l’imposible...
— A nic zrobić nie mogłeś! nic! — westchnęła hrabina. — Teraz ja ci powiem, c’est mon ultimatum, muszę powrócić do Paryża, dałam Cesarzowej słowo, a nie mogę inaczej jak wioząc pieniądze dla spłacenia długów. Il y va de mon honneur!
Hrabina zdawała się w tem słodkiem przekonaniu, że dosyć było jej groźby, aby dobyć pieniądze, o których pozyskaniu zresztą najmniejszego nie miała wyobrażenia. Myślała że obowiązkiem było to świata co pieniądze miał, dostarczać ich na uciechy i fantazye wielkiej pani.
Margocki patrzał i milczał; hrabina powtórzyła:
— Powiedz to sobie — że muszę powrócić, a nie wrócę bez pieniędzy... c’est mon ultimatum!
Plenipotent milczał jeszcze, skłonił się i szepnął: — Nous ferons l’imposible.
— Oba hrabiowie tracą niemiłosiernie a ja za nich cierpię! dodała hrabina, — nie mieć nawet tych nędznych stu tysięcy franków w rok których potrzebuję — mais c’est quelque chose d’horrible! W końcu mnie zmuszą że się zakopię na wsi i naturalnie umrę... bo ja tu żyć długo bym nie potrafiła. Ja się już stałam paryżanką, mój Margocki, mnie potrzeba lasku, bulwarów, opery, tuilerjów jak powietrza do życia...
— Ty przecie mnie zrozumiesz i wejdziesz w położenie moje... mój drogi.
Spojrzała oczyma tkliwemi na plenipotenta, który też rozczuloną zrobił minę, ale nie wiedział co odpowiedzieć i kłaniał się tylko.
Enfin, nie trzeba sobie zatruwać tych pierwszych chwil powrotu, ty to będziesz pamiętał... — rzekła powoli. — Postaraj że się zaprezentować mi tych panów i te panie, które rekomendujesz i sam mi ten dwór ułóż — ale pamiętaj, że choć skromny i wiejski, przyzwoitym być musi.
— Pani hrabina od wieśniaków nie będzie wymagającą, — rzekł plenipotent. — Córka pana Ostójskiego może wybornie służyć do gry na cztery ręce...
— A! to doskonale!
— Ks. Wikary...
— Ten żółty?
— Ten sam — tak, przyzwoity jest i skromny... a potem?
— Młody medyk... z probostwa? ładny i miły chłopiec...
Hrabina spuściła oczy, znalazła znać rekomendacyę nadto naiwną.
— Któż więcej? kto więcej?
— A no, stary wielbiciel pani, pułkownik napoleoński — Baron Erlich...
— Przypominam sobie — miły, umie rozmawiać, mnóstwo anegdot o Napoleonie... Tak! tak! więc żyje.
— Zasechł i trzyma się dotąd, tylko co roku peruczkę odmienia...
Na tej rozmowie przeszła godzina, a że pani po podróży skarżyła się na ból głowy, Margocki wkrótce ją pożegnał. Następny dzień poświęcony był obejrzeniu pałacu, ogrodu i przygotowaniem do uczynienia pobytu możliwym. Cały dwór latał, popychany w różnych kierunkach... pałac i ogród jakby z letargu wyprowadzone ożyły.
Zrana ks. Wikary był ze mszą, a na kawę proszony do hrabinej, siedział godzinę słuchając opowiadań o biskupach, osobach duchownych, ks. Dupanloup, Darbois, ks. Bauerze, O. Hyacyncie... o których hrabina wiele ciekawych szczegółów wiedziała.
Tegoż samego wieczora wcale niespodziewanie przybył dowiedziawszy się o powrocie matki, młody hrabia ze stolicy... na powitanie hrabinej której od roku nie widział. Stosunki matki i syna były bardzo na pozór serdeczne, w rzeczy całkiem chłodne. Cieszyła się ona że umiał w świecie i na dworze przetorować sobie drogę, rada była że imię swe nosić umie godnie, ale nie mogła mu darować iż to tak drogo kosztowało... i nie dozwalało jej swobodniej odpoczywać w Paryżu. Znajdowała, że powinien był od dawna bogato się ożenić i przestać być rodzicom ciężarem a znaleźć pannę której by majątek dla obojga starczył.
Charakterystycznem było, że matka i syn nigdy z sobą otwarcie nie mówili; rozmawiali o świecie, o dworze, o interesach nigdy. Syn narzekał na mamę przed plenipotentem, ona się na niego skarżyła także — ale z sobą będąc wzajemnych żalów nie napomknęli nawet nigdy. — Hrabina znajdowała równie jak on, que ce serait mesquin...
Przyjazd syna rozradował hrabinę, była to miła attencya zawsze, jak mawiano dawniej — kazała go prosić natychmiast, choć nie była ubrana, do swego pokoju i uściskała serdecznie... Odezwało się na chwilę macierzyńskie uczucie choć stłumione oddawna.
— Nie prawdaż! — rzekła po przywitaniu — ty mi tu jakiś czas zostaniesz!
— Dopóki służba moja szambelańska nie przypadnie — odparł syn, — bo tej chybić nie mogę.
— A! to się rozumie... ale powiedzże mi — pytała hrabina, nie masz przecie jakich projektów? co robisz? co myślisz? nie znalazłeś sobie stosownej partyi?
Hrabia który nie znalazł nic oprócz artystki w teatrze Fryderyka Wilhelma, do której się nie myślał przyznawać, spuścił oczy i zamilkł.
— A! to trudno — odparł, widzi kochana mama, do tego by potrzeba być na innej stopie, inny tren prowadzić! a to, przy moich dochodach skromnych nie podobne — Entre nous, kochana mamo, papa zbyt wiele potrzebuje, ma do tego zupełne prawo... ale dla mnie nie pozostaje wiele... — Ta wymówka która zdala też dotykała i matkę, spowodowała przydługie milczenie.
— I ja bym też mogła się trochę użalić na hrabiego — dorzuciła po chwili — ale — laissons cela, to niepomoże...
Zaczęto mówić o czem innem, hrabina wpadła na ulubiony swój temat Paryż, opis dworu, zabaw, odwiedzin w Compiègne, balów i t. p. Młody Szambelan słuchał z zajęciem i wywzajemnił się niektóremi szczegółami ciekawemi o dworze, o rozrywkach jego, podróżach i t. p.
Rozstali się po rozmowie długiej bardzo z siebie zadowoleni, a gdy Margocki wszedł po tem do pokojów Szambelana — ten mu rzekł wesoło.
— No — myśl Margosiu, żebym się nie nudził, bo dla mamy posiedzieć muszę... Wiesz, że mama zawsze ślicznie wygląda? prawda?
Roześmiał się. — Jest kto w sąsiedztwie? I począł wypytywać o młodzież... Margocki wyliczał mu prześmiewając, opowiadając, dworując doskonale. Nad wieczorem stary intrygant, który wiedział jak prowadzić interesa, poszedł do folwarku, wymanewrowawszy tak, by był pewien że zastanie samą pannę Klarę. Udało mu się przedziwnie, gdyż Ostójski z córką poszedł na probostwo, a panna Klara pozostała dla zajęć gospodarskich...
Była nawet w stroju tak zaniedbanym, iż zrazu nie życzyła sobie przyjąć Margockiego, ale ten polecił służącej powiedzieć, że ma interes pilny. — Panna Klara zmuszoną była wyjść.
Postrzegłszy ją stary kawaler, posunął się z wymuszoną grzecznością na spotkanie.
— Przepraszam jeślim jakie zajęcie pani przerwał, ale chciałem i potrzebowałem parę słów na osobności pomówić.
Panna Klara zarumieniła się, chociaż daleką była od przypuszczenia by — para słów na osobności, ją osobiście obchodzić mogła...
— Co pan dobrodziej każe? ale proszęż zająć miejsce...
— Pani dobrodziejko — zawołał Margocki — spodziewam się iż wielu słów potrzebować nie będę, żeby ją przekonać jak dobrze życzę całemu ich domowi... Uwierzy mi pani.
— Panie dobrodzieju! mój brat i ja doświadczyliśmy jego łaski tylokrotnie...
— Otóż i teraz z prawdziwej dla państwa życzliwości, przychodzę zaprosić pannę Zofiję, aby odwiedziła i zbliżyła się do hrabinej. Uzna pani że i gustu do muzyki nabrać może, bo hrabina była uczennicą Liszt’a, i na tak dobrem towarzystwie zyska. Dla młodej osoby jest to nieoceniona zręczność.
Margocki wiedział do kogo to mówił, znał bowiem słabość panny Klary do większego świata. Z wielką uwagą przysłuchiwała mu się...
— Rzeczywiście — odezwała się namyśliwszy — niezaprzeczenie... tak jest, uznaję iż dla naszej Zosiuni byłoby wielce pożądanem otarcie się o świat tak dystyngowany... lecz, widzi pan... mój brat, domator, gospodarz... ma swe przesądy...
— A komuż właściwiej jak pani, która żyła w większym świecie — (pochlebiło to pannie Klarze) — starać się go przekonać i nawrócić.
— Zosiunia także...
— Pani nie odmówisz w tem swojego wpływu. Przyznam się — dodał — idzie mi i o zabawienie hrabiny, ale tu interesa się schodzą... wspólne dobro obu stron...
Panna Klara potakiwała głową.
— Niech Pan będzie pewny — odezwała się — iż całej wymowy serca i przywiązania użyję... będę się starała...
— Więc poruczam to Pani! — rzekł Margocki — a wiem że sprawa w dobrych jest rękach... Pani masz rzadki dar przekonywania!
Panna Klara zarumieniła się z radości, wstała, pożegnała się, a wracając do kuchni nie mogła się wstrzymać od wyznania przed sobą, iż Margocki był człowiekiem rozumnym i bardzo miłym — bardzo miłym. W istocie filut tylko wielki.
Hrabina przez ks. Wikarego kazała także prosić pana Juliana, o którym zasłyszała, iż był muzykalnym, aby się jej zaprezentował.
Stosunki ks. Wikarego z siostrzeńcem Kanonika, były dosyć dziwne. Zdawałoby się, iż niechęć dla wuja, powinna była spłynąć na siostrzeńca... działo się inaczej — ks. Leon był z Juljanem, łagodny, grzeczny i skutkiem jakiejś rachuby, usiłował go ku sobie pociągnąć. Nie źle mu się nawet w tem powiodło, gdyż młody medyk, okazywał skłonność większą ku myślom i poglądom ks. Leona, niż ku prostym a trochę oklepanym prawdom ewangelicznym głoszonym przez wuja... Ten wuj tak zacny, w oczach medyka wydawał się — jakby zacofanym i na mylnej drodze. Julek z całą swą zacnością życie pojmował inaczej i godził się jakoś z wikaryuszem choć — był po troszę materyalistą. Nie miał też wstrętu do Wikarego, a choć mu nie okazywał jawnie nadzwyczajnej sympatji — nie stronił od niego. Zosia jak ognia obawiała się pałacu i jego towarzystwa, Julian był go raczej ciekawym i wcale unikać nie myślał.
Tu miejsce może wspomnieć o ks. Leonie i jego przeszłości. Demokratyczno-ewangelicznej idei zwolennik ks. Kanonik był szlachcicem najczystszej wody — arystokratyczno-zachowawczych zasad ks. Leon... choć o tem nikt nie wiedział, gdyż taił się usilnie, miał do dziś dnia żyjącą matkę, która trzymała szynk na wielkim gościńcu. Poświęciła ona wszystko i zniosła nadzwyczajne prywacye, aby syna usposobić do stanu duchownego, marła dlań głodem, skrzywdziła córkę pono i doczekała się wprawdzie, iż syn dobił się stanowiska bardzo na przyszłość wiele rokującego — ale za to... matki prawie znać nie chciał i ona go latami całemi nie widywała. Serce macierzyńskie dało sobie wytłómaczyć, iż matka propinatorka losowi jego wielce szkodliwą by być mogła. Ks. Leon obcując ze szlachtą i poczuwszy za granicą, iż szlachectwo coś znaczy, a ma swą cenę, kazał sobie już wyrzezać herb... który rodzinie istotnie szlacheckiej podobnego nazwiska należał. Sam zaś przed sobą tłómaczył się, iż rodzina zubożała, a w nizkim bycie i o swem pochodzeniu zapomnieć mogła. Gdy Kanonik prawdziwy karmazyn, ledwie o swoich przodkach co wiedział, a herbu nie używał przez poczciwą skromność, ks. Leon plebejusz szczery wyszlachcił się gwoli krescytywie.
Matka ks. Leona, szczęściem dla niego, trzymała gospodę na żwirówce o jakie mil dziesięć od miasteczka a bez pozwolenia syna nie śmiała doń ani pisać — ani przyjeżdżać. Wzdychała biedaczka za swym jedynym, posyłała mu co oszczędzić mogła i czekała by się nad nią zmiłował. Zwykle ks. Leon raz w rok jeździł do niej, gdy na nadzwyczajne wydatki potrzebował zasiłku. Wyrachowywał się tak ażeby przybyć nocą, stawał w austerji jako prosty podróżny i zabawiwszy przez wieczór, uciekał do dnia. Siostrę, która była wydaną za leśniczego, prostej kobieciny, obarczonej pięciorgiem dziatek, od lat wielu nie widywał wcale. Z rozkazu jego matka nie powiedziała gdzie przebywał i zawsze przed nią utyskiwała, że się Leonowi źle dzieje, aby siostra do niego nie zawitała, czego się niezmiernie obawiał. Miał bowiem tę słabość, że chciał za syna niegdyś majętnej szlachty uchodzić. — Za takiego miał go i Kanonik i wszyscy tutaj, a w pałacu nawet było przekonanie, że familia z której ród prowadził, była très comme il faut.
Wiadomo że stary Mniszek, ostatni dziedzic Wiśniowca tylko rodowitą, odwieczną szlachtę, tem comme il faut darzył i gdy mu pewien nie zbyt starej daty panicz, ożeniony z kuzynką jego, przyniósł swój rodowód mozolnie dociągnięty do XV w. odpowiedział — Continuez, et vous finirez par devenir des gens très comme il faut.
Ks. Leon mówił pięknie po francuzku, po włosku, znał Paryż, Rzym, Włochy... a to samo już go poniekąd uszlachcało.
Za dawnych czasów szlachcicowi za herb stała kresa na czole, teraz dosyć francuzczyzny i politury.
Panna Klara oczekiwała na brata, przysposabiając się w duchu do walczenia, jeśli by było potrzeba, za dobrą sprawę. Margocki przekonał ją, ujął i pozyskał najzupełniej. Wiedziała wszakże iż z Zosią nie pójdzie łatwo, a z bratem dla tego trudno iż on pociągnie za córką. Zbroiła się więc tymczasowo w argumenta chodząc żywo po pokoju.
Juścić jeśli brat życzy sobie losu dla córki, powinien być z tego szczęśliwym że jej się taki dom otwiera! Ale ja przeczuwam co się tu święci! Zosia ma głowę nabitą tym doktorem, który nawet jeszcze doktorstwa nie pozyskał! Przecież panna która będzie miała sto tysięcy talarów posagu mogła by coś lepszego znaleźć, niż takiego medyka... Szlachcic i hrabia nawet by się trafił!! bo i piękna i rozsądna i wychowałam ją jak niemożna lepiej. Tylko wznioślejszych uczuć nadać jej nie mogłam...
Tu westchnęła panna Klara.
Wrodzona to rzecz i tego się pono nie nabywa — to darmo...
Niech sobie brat mówi co chce, ja od mojego zdania nie ustąpię — a choćby się Zosia upierała to nie pomoże... ja na swojem postawię... Brat ma tyle rozumu iż się da przekonać, zresztą pani hrabinie odmówić tego nie może.
Panna Klara począwszy się tak podbudzać do przewidywanej wojny, doszła do tego, że się rozgniewała na brata i Zosię, choć jeszcze z niemi nie mówiła. Sama argumentowała, sama odpierała swe dowodzenia, sprzeczała się, roznamiętniała i gdy wszedł Ostójski z córką, zupełnie spokojny, ledwie się opamiętała iż oni jeszcze o niczem nie wiedzieli.
— Niechże ja Zośce pierwsza powinszuję — zawołała podbiegając do progu.
— Mnie? czego? — spytało dziewczę śmiejąc się — cóż się stało?
— Hrabina przysłała Margockiego prosząc ciebie do pałacu...
Zosia aż krzyknęła ze strachu i przerażenia i zakrywszy także oczy, poczęła wołać:
— Za nic w świecie! za nic! jestem chora, jestem... co każecie wszystko zrobię — ale tego nie chcę... nie chcę!
Ostójski spojrzał na siostrę, na córkę i wąsa pociągnął.
— Już! już! pieszczoszka się rozchodziła — przerwała ciotka — czekaj, powoli, spokojnie, pomyśl nim się będziesz zarzekać.
— Bez namysłu! i już nie chcę...
Ojciec milczał.
— No, dobrze, nie chcesz — zgoda — rzekła panna Klara uśmierzając w sobie gniew — dobrze, hrabina się obraża, przychodzi odnowienie kontraktu, ojcu odbierają dzierżawę i idziemy z jego remanentami w świat.
— O! mój Boże! z pieniędzmi też i pracą ojcowską — odparła Zosia — to nie straszne...
Spojrzała na ojca, który wciąż wąsy kręcił.
— Nie prawdaż ojcze?
— Juściż człowiek sobie zawsze na świecie kąt znajdzie — rzekł powoli — chociaż znowu, rumacya — moje dziecko — nie mała rzecz... nie mała.
— I dla czego? dla tego że pieszczonej panience nie chce się wystąpić, gdzie? w salonie takiej pani, która na królewskich dworach jak najlepiej jest widzianą. Przecież hrabina słynie z jak najlepszego tonu, przecież to pański dom... W dodatku uczennica Liszta... Ty zawsze mówisz, a! żebym to ja mogła nabrać stylu, stylu... a gdy styl sam do ciebie idzie, to żeby się trochę nie zakłopotać, odpychasz go! Samaż powiedz? czy to...
— Czy to rozumnie? — podchwyciła Zosia. — Ciocia chciała powiedzieć, czy to rozumnie.
Zosia była chłodna i nie unosząc się pocałowawszy ciocię w ramię, zaczęła.
— Niechże ciotka mnie posłucha. Nie przeczę że mogę nabrać stylu, lecz i świat ten i ludzie i życie nie dla mnie. Nawyknąć do nich jest to sobie może zatruć życie. Nuż ja się rozkocham w błysku, w elegancyi, w tych obyczajach... to co?
— A! jak Boga kocham — Zosia ma słuszność — rzekł Ostójski.
— Zofia u ciebie zawsze a ja nigdy nie mam słuszności, mój bracie — trochę urażona odezwała się panna Klara. — Cóż to ona ma zaraz się popsuć patrząc na jedwabne suknie hrabiny? Jakiż to tak niebezpieczny świat i towarzystwo! Co to za przypuszczenia!
W miarę jak się rozogniała panna Klara, do coraz wyższego wznosiła się stylu.
— Ojcze nieopatrzny! zawołała — dziecię od kolebki uczysz samowoli! Tak! Cobyś miał ją nakłonić ażeby korzystała z jedynej może sposobności wdrożenia się w układ wielkiego świata, ty ją w niziny i poziome sfery sprowadzasz. Zasklepiona jest miłość twoja... człecze niebaczny.
— E! e! daj no pokój! daj pokój tej retoryce — przerwał Ostójski — mnie to nie porusza bo ja tego się nasłuchałem. Gadajmy po ludzku... Na co ja mam Zosię męczyć...
— A cóż to za męka? włoży sukienkę i pójdzie z tobą albo ze mną, trochę się za pierwszą bytnością porumieni — zakłopocze... trochę się zażenuje, a potem sama ci dzięki składać będzie.
— Jeśli moja niebytność może ojcze ściągnąć jakąś nieprzyjemność... a no, pójdę! rzekła Zosia po namyśle — ale... ale... zobaczycie państwo że mnie tam bardzo potem zapraszać nie będą, na taką się im prostaczkę wystrychnę.
Ciocia ręce załamała.
— Ty byś śmiała! krzyknęła.
— Słuchaj ciociu droga — marsa strojąc strasznego odezwała się Zosia — czy wy myślicie że oni mnie czemkolwiek w świecie imponują? ani tonem, ani pałacem, ani imieniem, ani ekwipażami, ani francuzczyzną, ani temi cesarzami z któremi się kumają! Są to ich zabawki dziecinne... a ja dzieckiem nie jestem i moje lalki dawno rzuciłam w kąt... Oni ze swemi długami, próżnością, komedjami salonowemi, pożyczanym językiem, obyczajem, myślą... wydają mi się — wie ciocia co? — śmieszni...
Na pannę Klarę uderzył rumieniec, który się zmienił w bladość.
— Moja Zosiu — szepnęła ścinając usta — złe książki i może nie właściwe towarzystwo nabiły ci głowę temi ideami demokratycznemi... Człowiek powinien zdążać ku wyższemu, a nie dobrowolnie leźć — w błoto.
— Ku wyższemu! zgoda! ku bohaterom, świętym, czystym, ludziom ofiary — a! ciociu! idźmy! spinajmy się, naśladujmy... ale salonowa ta wielkość, to szych i świecidełko co tylko przy lampach złudzić może, a blasku słońca nie wytrzyma.
— Oto masz, oto masz — obie ręce wyciągając patetycznie ku bratu, zawołała panna Klara — oto są skutki tej literatury, tych polskich książek któremi ją karmiłeś. Tylko braknie żeby się w chłopie zakochała i za niego za mąż poszła.
— A — gdyby chłop był i oświecony i zacny i podobał mi się — to co? spytała Zosia — myśli ciocia że jabym się zawahała?
Ostójski nie śmiał córce się sprzeciwić, ale głęboko westchnął, stare jego szlachectwo odezwało mu się w sercu.
— Co bo to gadać! co bo to siostra na takie rzeczy naprowadza rozmowy... kiedy tu nie o to idzie — począł bąkać chodząc po izbie z rękami w tył założonemi. — Ja Zosi do pałacu nie zmuszam; a, co prawda, że towarzystwo może miłe, żeby zaś miało być bardzo młodym zdrowe, nie powiem. Przytem pojmuję że gdzie człowiek nie czuje się równym i za równego uznany nie jest, tam mu źle i ciasno...
— Duma, dumka w Zosi gra — przerwała panna Klara — niechce się hrabinie, która jest urodzoną w książęcym domu, pokłonić... Panuje tu na folwarku... więc...
Zosia się mocno zarumieniła i posmutniała a wyraz jej twarzy pochwyciwszy ojciec zasępił się i z wyrzutem spojrzał na siostrę.
— Moja ciociu, ja nigdzie panować nie chcę... ale też nikomu się sponiewierać nie dam... Trzeba tego dla spokoju ojca — pojadę do pałacu — o cóż idzie — a tam, będę się umiała znaleźć jak przystało... więc dosyć...
To mówiąc Zosia wzięła kapelusz i szal rzucone na krzesło i spokojnie wyszła do swojego pokoju. Ostójski został ze spuszczoną głową, panna Klara, w której jeszcze zburzonych uczuć i myśli zostało podostatkiem nie wyszafowanych — zdziwiona i zakłopotana ujrzała się w obec brata wprawdzie zwycięzką na placu boju — ale mocno zmieszaną co dalej począć miała.
Ostójski wziął ją za rękę.
— Po co Zosię drażnić? na co to takie rzeczy pleść? do czego? No widzisz siostro, widzisz... Zosia się zburzy, odchoruje... a ty będziesz wszystkiemu przyczyną.
— Odchoruje! zburzy! powtórzyła Klara — aćpan jesteś ślamazarnik, dziecko pieścisz... a o prawdziwym jej dobru zapominasz... Rozpieściłeś — i, po wszystkiem.
— Róbcie sobie co zechcecie — ja wiem że ja tu głosu nigdy nie mam, choć więcej świata widziałam niż wy wszyscy. Umywam ręce... dobrze! dobrze! nie mięszam się do niczego. Jedźcie, nie jedźcie! mnie to wszystko jedno!
To powiedziawszy zakręciła się i wyszła. Ostójski z założonemi w tył rękami pochodził po pokoju, potem jakby sobie co przypomniał, wybiegł do gumiennego i zajął się rozporządzaniem robocizny na jutro.
Leczyło go to zawsze w podobnych utrapieniach domowych.
Zosia w swoim pokoiku siedziała na kanapce zamyślona ale nie zbyt tem wszystkiem wzruszona. Domyślała się ona lepiej od innych, że w tem wszystkiem grał pewną rolę Margocki, który żywił jeszcze nieobjawioną widocznie nadzieję pozyskania jej serca i ręki.
Zosi wydawało się to po prostu śmiesznem, bo jego żargon, pański ton, dystynkcya nabyta, wcale się jej nie podobały i nie przypuszczała żeby ją co zniewolić mogło do zadania gwałtu sercu... Powiedziała sobie że z zimną krwią da mu przy pierwszej zręczności poznać ażeby głowy próżno nie nabijał rzeczą niemożliwą.
Kochała Juliana od dzieciństwa... Więcej niż staranie p. Margockiego przestraszał ją chłód młodego człowieka, z którego niczem dobyć nie było podobna najmniejszej uczucia oznaki.
Myślała więcej o nim niż o tych strasznych odwiedzinach w pałacu — nie miłych wprawdzie ale obojętnych.
— Co się Julkowi stało? — mówiła sobie — tak się zmienił, że ja, com tak jasno w duszy jego widziała wszystko, teraz w nią już zajrzeć nie mogę. Czyste jej wody coś mi zmąciło... Inny człowiek, zimny, bez czucia — ostygły, obojętny, broniący się nawet wspomnieniom! — Widocznie nie chce mnie, lęka się — stroni — trzeba przecierpieć... przeboleć... przeczekać... przemilczeć. Potrafię wszystko... Być nie może by tak rychło serce i dusza tak poczwarnie się skrzywiły... zmieniły, żeby zapomniał, żeby nie czuł. Będę z daleka badać go i patrzeć... udam i ja, gdy potrzeba — obojętną... Zobaczemy.
Na te dumy, drzwi uchyliwszy, ostrożnie, wśliznął się ojciec cicho, zadysponowawszy robotę, aby zobaczyć co się z kochanem dziecięciem dzieje.
— Co ty tak siedzisz po ciemku — zapytał.
— Odpoczywam — szepnęła Zosia — trochę byłam zmęczona.
— I Klara cię napadła — ale ty się tem nie gryź... zrobisz co ci się podoba... ja cię zmuszać nie będę. Nie odnowią mi dzierżawy, Bóg z niemi, znajdziemy inną.
Pocałował ją w czoło, a ona go w rękę.
— Mój tatku — rzekła — niema o czem mówić, trzeba bądź co bądź do pałacu pojechać... a tam... ja, nie popełnię żadnej niedorzeczności... tylko, tylko będę sobą i jak mnie Bóg, stworzył. Niepodobam się, nie poproszą mnie więcej i — na tem koniec... Ciocia — szepnęła ciszej — czasem się tak potrzebuje wyburzyć — ale jej to przejdzie.
Ostójski uściskał jeszcze raz nic nie mówiąc córkę.
— Ty jesteś złote dziecko... ty moja najdroższa! mój gołąbek biały! ja wiem — rzekł — że ty sobie rady dasz... i będę spokojny.
— Tak! tak! nie trzeba z małych rzeczy robić wielkich! uśmiechnęła się smutnie Zosia...
Owa przygotowana burza skończyła się na tem. Na próżno przy wieczerzy probowała ją wywołać znowu panna Klara — Zosia się uśmiechnęła, powiedziała po prostu — o cóż chodzi? pojadę do pałacu... i zamilkli.
Margocki, który wszelkiego rodzaju sprawy umiał prowadzić z niezaprzeczonym talentem, a przyjaciele nawet często go uniwersalnym zwali człowiekiem — zarysował sobie zawczasu plan kampanii, której celem było zdobycie serca panny Zofii.
Rachował on wiele na olśnienie dzieweczki osobistemi przymioty swojemi — ale ubocznych pomocniczych środków nie chciał zaniedbywać. Wiedział że dziecinna jakaś miłostka istniała między Zosią a Julianem, ale przez ks. Wikarego był uwiadomiony, iż młody medyk wystygły był i jakby się chciał wycofać. Należało go zupełnie od panny oderwać i przekonać ją, że na miłość nie zasługiwał. Margocki ku temu miał już środek napięty.
Hrabina, która potrzebowała towarzystwa, muzyki, rozmowy, roztargnienia, a sama sobie zostawiona śmiertelnie się nudziła, woziła z sobą zawsze albo jakiegoś doktora, albo fortepianistkę lub jakąś towarzyszkę. Od lat dwóch w niezmiernych u niej łaskach była Włoszka, rodem z Mediolanu, panna Carita Selvi; osoba piękna bardzo, muzykalna wielce, śpiewająca dosyć mile, grająca na fortepianie z wielką wprawą i uczuciem. O przeszłości jej hrabina wiedziała tylko tyle ile ona sama opowiadała. Przez jakiś czas występowała pono na scenie jednego z paryzkich teatrów, potem dawała lekcye w Paryżu. Hrabina naprzód brała ją do grania na cztery ręce, potem podobawszy sobie, zatrzymała stale i można powiedzieć, że w niej zakochaną była.
Signora Carita Selvi mogła się w istocie podobać, powierzchowność miała śliczną... typ w niej włoski, południowy nie z tym swym ogniem wybuchającym gwałtownie występował, który często raczej przestrasza niż pociąga, ale jakby mgłą okryty, złagodzony, łzawy, cały w sobie zamknięty. Prześliczne jej nadewszystko oczy czarne, z pod długich rzęs patrzały coś mówiąc tak nakazująco, tak tajemniczo, tak otumaniająco iż ich potędze oprzeć się nie było podobna. Wzrokowi towarzyszył uśmiech łagodny, smętny, i wyraz twarzyczki melancholijny i namiętny razem.
Coś tajemniczego, skrytego było w niej całej, w postaci, chodzie, uśmiechu, mowie, wzroku... jakby w przeszłości niedojrzanej pogrzebała coś strasznego, co uśmiechem jak mogiłę kwiatami trzeba było przysłonić. Carita nie była nigdy ani wesołą bardzo, ani nazbyt ożywioną, z nowymi znajomymi dziecinnie bojaźliwą, ale gdy raz strach ten przezwyciężyła przylgnąć umiała, przytulić się, jakby szukała opieki i obrony... Z łatwością dziecięcia potem i naiwnością dziecinną zabierała sobie ludzi i pętała ich tem że się do nich przywiązywała, że im zdawała się ufać bez granic.
Trudno zresztą określić wrażenie jakie Włoszka czyniła — to pewna że mężczyzni na zabój się kochali — a ona — niby wszystkim nie broniła, niby sprzyjała serdecznie każdemu, uśmiechała się, oczyma wabiła a mimo to... pewnych granic przekroczyć nie dawała. W roku przeszłym młody hrabia rozkochał się był w niej śmiertelnie, lecz po pańsku. Zdawało mu się że panienka, muzyczka jakaś, aktorka, będąca na żołdzie matki jego, łatwą będzie dlań pastwą, rzucił się tedy ku niej po szalonemu... Carita pozwoliła mu rozpocząć romans... nie unikała wcale, nie dziczyła się bynajmniej, dopuściła go do napisania listu, na list odpowiedziała nader rozsądnie... nie zerwała grzecznych stosunków, wodziła go całe lato, ale z taką sztuką unikała (nie dając tego poznać) wszelkiego niebezpiecznego spotkania iż hrabia sam z pełna nie wiedział jak mu się — wyśliznęła...
Margocki nie równie zręczniejszy od hrabiego, a mający to za sobą że mógł poddać myśl o małżeństwie, potajemnie szalał dla niej, wzdychał, chwytał wszelkie możliwe środki spotkania się sam na sam, intrygował, straszył, desperował, listy pisał i tak samo wyszedł jak hrabia...
W tem wszystkiem najdziwniejszem było, iż Carita zdawała się mieć upodobanie w prowadzeniu takich zakulisowych intryżek, i nie tylko ich nie unikała, ale podsycała oczyma, uśmiechem, wielce dwuznacznemi słówkami. Całą jej obroną było, że zdawała się nie wierzyć w prawdziwość gorących uczuć, jakie jej okazywano — i brała je za grzeczne żarty, za galanteryę bez konsekwencyi.
Margocki straciwszy dużo czasu na próżne czułości dla pięknej Carity, która była tak naiwną że się hrabinie spowiadała z nich, śmiesząc ją powieściami temi — wpadł teraz na myśl dać jej na łup Juliana...
Zaraz drugiego dnia, gdy hrabina listy pisała w swoim gabinecie, a Carita biegała od niechcenia po fortepianie, probując czy był dobrze nastrojony, zbliżył się do niej z grzecznym uśmiechem, oparł na Erardzie i z cicha począł rozmowę.
— Znowu tedy wróciłaś pani na większą mękę naszę! — rzekł z westchnieniem — jeszcześmy nie odboleli tych ciosów, które jej oczy nam zadały... przeszłego roku...
— Jakto — my? — spytała.
— Wszakże kto miał szczęście zbliżyć się do pani, każdy się w niej śmiertelnie zakochać musiał.
— Sądzisz pan?
— Jestem pewny, młody hrabia szalał, ja waryowałem, doktór Sz... odchorował... posądzam nawet ks. Wikarego że z miłości pożółkł tak...
Uśmiechnęła się i poczynając tryl — szepnęła:
— Jaki pan jesteś złośliwy!
— Ja! ja jestem sercem i dobrocią samą.
— A żartujesz pan sobie ze mnie.
— Czyżbym śmiał!...
Milczenie.
— Mam do pani jednę prośbę...
— Cóż takiego? — Poczęła passaż sekstami.
— Będzie tu pewnie dziś lub jutro młody człowiek... przyszły doktór... ubogi chłopak, młody i ładny... ale nadzwyczaj zimny... obojętny, wystygły... Wszyscy powiadają, że nietylko w życiu się swojem nie kochał, ale nie może kochać się nigdy. — Sprobuj pani na nim ślicznych oczu swoich... Ja — przyznaję się zrobiłem zakład gruby, że pani mu głowę zawrócisz... Zawróć mu ją pani.
Podniosła czarne oczy i patrzała długo na starego cynika, patrzała tak że się aż zmięszał, bo w tem spojrzeniu był smutek, politowanie i potęga niezmierna.
— Głowę zawrócić? — rzekła, — O! to nie trudno, bo ona u was panowie, kręci się łatwo — ale serce wyszukać i niem owładnąć?
— Ja jestem tego przekonania, że się głowa zawraca gdy się serce opanuje... — rzekł Margocki.
— A! nie! u panów miłość wchodzi przez głowę i często do piersi trafić nie może, a szukając serca znajduje pustkę.
Zaczęła grać głośno, Margocki nie ustępował.
— Zrób pani doświadczenie na młodym człowieku... — dodał śmiejąc się, — bądź co bądź — da mu to zawsze chwilkę szczęścia lub marzenia. Więc choć spiskuję przeciw niemu, nie wiele grzeszę. Przy tem, wie pani co — medyk, młody, piękny, ma nadzieję świetnej przyszłości, jest wolny... któż wie!... mógłby... — (Zatrzymał się).
— Ożenić się? — spytała naiwnie z uśmiechem. — Czy pan sądzisz że ja tak za mąż wyjść pragnę?
Margocki począł, spuściwszy oczy, bębnić palcami po desce fortepianu. — No — alboż — nie?
— Nie — to smutna rzecz pójść za mąż. La pièce est finie, le rideau est tiré... et adieu l’espérance... Nie... nie! ja nie wyjdę za mąż. C’est triste! triste! triste!
— Nawet kochając? — spytał Margocki.
— Tem bardziej! — pokręciła główką — miłość jest ślicznem marzeniem, a małżeństwo rzeczywistością, po co się budzić, gdy się śni o szczęściu...
— Ja wracam do p. Juliana.
— A! ma imię Julian? Giuglio, ładne imię...
Popatrzała śmiejąc się na łysinę Margockiego zręcznie na pół tupecikiem przysłonioną.
Plenipotent podniósł się, westchnął mocno, Włoszka roześmiała się, wstała od fortepianu i poszła do hrabinej. — Margocki był pewien, że bardzo zręcznie rzucił zapałkę na prochy.
Hrabia, rzekł w duchu, urażony tego roku będzie się trzymał zdala aby ją ukarać za to, że go ocenić nie umiała, ja rezygnuję, abdykuję i zwracam się ku pannie Zofii — pozostaje pannie Caricie Julian... a że ona nie wytrzyma by oczyma kogoś nie paliła... padnie ofiarą... Zatarł ręce.
W kilka dni hrabina kazała Margockiemu prosić na herbatę wszystkich z folwarku i z probostwa.
Dla wielu co się wymówić od tych odwiedzin nie mogli, było to straszne utrapienie. Naprzód ks. Kanonik do nowej sutanny i urzędowego stroju nie był nawykły i chodził w nim jak w pożyczanym, a towarzystwo pałacowe nie było mu też do serca. Siostra jego, choć bardzo by mogła w najwykwintniejszym salonie znaleść się wedle jego obyczajów, bo odebrała wychowanie bardzo świetne i świat ten nie był jej obcy — nie pokazywała się od dawna między ludźmi, nie mając się ani w co ubrać, ani humoru swobodą wymaganiom towarzyskim odpowiedzieć. Ona więc po prostu podziękowała za zaszczyt i kazała przeprosić. Julian musiał pójść, a choć jego garderoba w dość studenckim była stanie, jakoś ją z biedą potrafił dopełnić. Krawat i kamizelkę matka własnemi rękami odnowiła i wyprasowała.
Na folwarku panna Klara była niesłychanie zajęta sobą i Zosią. Miała trzy suknie jedwabne, a wszystkie okazały się zleżałe i nie świeże; potem Zosia nie chciała się tak ubrać jak ona życzyła. Ztąd spór żwawy... patetyczne występy, a ostatecznie zostało dziewczę przy białej sukience i złotej bransolety, którą miało od ojca, nie włożyło... P. Ostójski kłopot miał z białemi rękawiczkami. P. Klara utrzymywała że żadnych innych włożyć nie podobna bez uchybienia domowi i okazania nieumiejętności znalezienia się — a jedyne ex-białe jakie w szufladzie się znalazły jeszcze z zaprzeszłorocznych zapust, były i poprute i zbrudzone niegodziwie. Spadł tedy na pannę Klarę obowiązek przywrócenia im pierwotnej fizyognomii — co z lewą dosyć szczęśliwie się udało, prawa zaś do życia nowego wskrzeszoną być nie mogła. Żywy umysł p. Klary wskazał Ostójskiemu sposób przyzwoity ukrycia tego defektu, zaleciła mu ażeby na lewą rękę włożył rękawiczkę, a w prawej trzymał drugą, której kalectwa nikt w ten sposób dojrzeć nie mógł. Było to nawet wedle panny Klary, bardzo z szykiem, jedną rękawiczkę trzymać tak podartą, okazując pewne lekceważenie dobrego tonu — dla wyrobów rękawiczniczych i tego tam talara głupiego który się za nie płacił.
O godzinie naznaczonej Ostójski, panna Klara i Zosia siedli do poczwórnego kocza, boć piechotą choć blizko iść nie wypadało. Woźnicy wydano ze składu nowy kapelusz i białe perkalowe rękawiczki... ruszono.
Ks. Kanonik z zapasowym parasolem niebieskim szedł pieszo, Julian wziął laseczkę tylko... ks. Wikary ich wyprzedził.
Herbata podaną być miała na ganku od ogrodu i parku, gdzie już hrabina siedziała w krześle z lornetką nieodstępną, dzierzgając jakąś Cluny, ubrana przepysznie w suknię jedwabną koloru Bismarckowskiego z czarnemi koronkami. Przy niej piękna Carita, która zawsze chodziła czarno — wiedziała że jej z tem było do twarzy... szczebiotała dosyć wesoło. Wikary trochę opodal w nowej sukience, w pasie czarnym, przeglądał jakąś książkę, niekiedy mięszając się do rozmowy. Margocki chodził po ganku gryząc w ustach gałązkę, naostatek młody hrabia w stroju rannym, dosyć poufałym, nogi sparłszy na stołeczku i skrzyżowawszy dla wygody tak że wyższe kolano na równej z brodą było linii, palił sobie cygaro. Jeden palec swobodnej ręki założony miał bardzo elegancko za wykrojony rękaw kamizelki.
W takim rozkładzie zastało towarzystwo pałacowe przybycie panny Klary, Zosi i Ostójskiego, który posłusznie rękawiczkę podartą trzymał razem z kapeluszem... Hrabina nieco się poruszyła na fotelu nie wstając, młody hrabia rzucił cygaro i powoli dobył się z głębin krzesełka, Wikary powstał, Margocki pospieszył gościom towarzyszyć. Hrabina pilnie przez lornetkę naprzód poczęła się przypatrywać Zosi, na którą oczy Carity i hrabiego były też zwrócone...
Dzieweczka zaledwie trochę żywszym niż zwykle okryta rumieńcem, wcale nie zmięszana, swobodna, przywitała się grzecznie... Panna Klara była poruszona „do głębin duszy“ jak później mówiła. — Po pierwszych kilku słowach, gdy siadać już miano, wszedł Kanonik i Julian. Hrabina przez wierność zasadom wstała na powitanie duchownego i chciała go nawet pocałować w ramię, do czego jednak nie przyszło. Uśmiechem potem przyjęła bladego Julka... i... wszyscy miejsca zajęli. Carita nie spuściła ani na chwilę z oka młodzieńca, który jej był zapowiedziany jako pièce de resistance, zdawała się z głęboką uwagą badać z twarzy i postawy czem i kim on być mógł. Zapatrzyła się nawet tak bardzo iż Margocki jej szepnął.
— Zgubiony jest, a ja zakład wygrałem.
Julian wszakże oczów tych zrazu nie postrzegł, był nieco zmięszany... przyglądał się hrabinie i jako medyk mimowolnie myślał o temperamencie jaki powierzchowność zdradzała. Nierychło dopiero oczy podniósłszy spotkał wejrzenie Włoszki i — olśniony widocznie zapatrzył się w nią — typ był dlań nowy.
Zosia jak w pierwszej chwili nie okazała najmniejszej trwogi, tak też pozostała panią siebie do ostatka. Na pannie Klarze znać było przejęcie ważnością tego uroczystego aktu i obawę aby siostrzenica nie strzeliła umyślnego bąka.
Zbliżyła się do Zosi Carita i bardzo uprzejmie starała się ją zabawić. Młody też hrabia, który miał wzrok równie słaby jak matka, szkiełko aż wbił w oko by się lepiej Zosi przypatrzeć.
Nawykły po miastach i po salonach, do przywiędłych nieco lub sztuką odświeżonych twarzy, zachwycony był urokiem tej prawdziwej młodości, tej wiosenki wesołej, niewinnej, która błyszczała w oczach dziewczęcia.
Odciągnął na bok Margockiego.
— Ależ to dziewczyna! — zawołał, — ah! ça! jeśli to ta o której mi mówiłeś, że się masz starać ochotę — je vous en fais mon compliment, jak poziomka... Tylko, savez-vous coś bardzo śmiało patrzy...
Margocki stał olśnięty także i napuszony nieco.
— Hrabio — jeśli mi trochę pomożecie — będzie moją. Tylko starego trzeba nastraszyć odebraniem dzierżawy i procesem przy wyjściu, a wezmę ją... i będę wam wdzięczen do śmierci.
Zamyślony hrabia nic nie odpowiedział — potem się zwrócił do Margockiego. — Czy i posażna? — spytał.
Plenipotent nie zastanowiwszy się szepnął: — sto tysięcy talarów.
— Dla ciebie!! — rzekł hrabia, — a toć to niebiosa by się otwarły!... tu ferais le grand seigneur a ton aise, avec cent mille — pardieu — sachant le faire sans sous ni maille.
Ostatnie wyrazy były impertynencyą, ale Margocki od dobrych swych przyjaciół przyjmował wszystko jak teraz skrzywionym uśmiechem.
Tymczasem Zosię zaczepiała hrabina, nie mogąc inaczej, po francuzku, gdyż w polskim języku zaledwie się z lokajem i ogrodnikiem rozmówić mogła. Zosia mówiła pięknie i łatwo, nie zakłopotało ją to bynajmniej.
— Słyszałam że pani jesteś bardzo muzykalną, — rzekła, — to mnie cieszy, z trochę egoistycznych powodów. Carita... muzykalna także, na cztery ręce ani umie ani chce grać... a ja to tak lubię!!
— A pani, — odpowiedziała Zosia, — ja i muzykalną tak bym się ośmieliła popisywać, nie jestem, i na cztery ręce nie grywam wcale.
— A moje dziecię — to będzie dla ciebie z korzyścią gdy się nauczysz, a ja ci z przyjemnością służyć będę za nauczycielkę... Wiesz że moim był ten nieoszacowany, dobry, genialny nasz Abbate, Monsignor Liszt.
— Wiem pani i to mnie tem większym strachem nabawia!
— A lubisz muzykę? — spytała hrabina.
— Któżby muzyki nie lubił! — zawołała Zosia, — muszę się jednak przyznać, że ona dla mnie jest miłą życia przyprawą, ale samem życiem... nie...
Hrabina trochę zdziwiona wyrażeniem, spojrzała przez lornetkę jakby twarzą powiedzieć chciała: bardzoś śmiała, moja panienko...
Carita też z uwagą zaczęła się przypatrywać dziewczęciu.
— Nie dziwię się, — zaczęła powoli dostojna pani, — że panna Zofia, acz lubi muzykę, nie roznamiętnia się dla niej. Na wsi... nie słysząc wirtuozów...
— Ja pani, — przerwała Zosia, — słyszałam ich trochę...
— A! gdzie! — z lekką ironią spytała pani.
— W Paryżu i we Włoszech...
Hrabina, która nie wiedziała iż Zosia z ojcem tę podróż odbyła, pokiwała głową.
— Wielkie to szczęście świat widzieć szerszy i wyżej pod wszelkiemi względami stojący od naszego biednego zakątka.
— A! pani! ale to kątek najmilszy w świecie, bo to ziemia nasza, bo to Polska — ojczyzna...
P. Klara zbladła, milczenie głębokie panowało chwilę, wszyscy czuli się zakłopotani tym wystrzałem szowinizmu biednej Zosi, która dojrzawszy łatwo skutku wywartego, uśmiechnęła się nieco — nie zmięszała wcale.
— Tak! święte to uczucie przywiązania do kraju, — lodowato mówiła hrabina, — ale ono nas zaślepiać nie powinno! Myśmy jeszcze tak nizko.
— Aleśmy byli wysoko, — odparła Zosia śmiało, — a i wspomnieniami żyć można.
— Bardzo rezolutna! — szepnął młody hrabia Margockiemu.
Mais elle est charmante la petite avec son patriotisme si naif et si bien senti! — szepnęła półgłosem stara hrabina do Carity, odpowiedziawszy wprzód Zosi grzecznem słówkiem.
Panna Klara napróżno dawała znaki siostrzenicy, nic one nie pomogły. Rozmowa która się stała powszechniejszą, dozwoliła Zosi równie stanowczo i oryginalnie odezwać się kilka razy. Ciocia była pewną że się dziecię gubi — truchlała — tymczasem — stało się co się często dzieje, hrabina, młody hrabia, znudzeni monotonią codziennego swego towarzystwa, serwilizmem otoczenia do którego nawykli, znaleźli Zosię nadzwyczaj miłą, dowcipną i — zachwycającą. Zosia, która sądziła sama iż zrazi ich do siebie — pociągnęła... Śmielszy ton jej odpowiedzi poprowadził rozmowę z wybitych kolei zwykłych, na nieco świeższą drogę... ożywili się wszyscy... rozweselili i hrabina w końcu poszła aż uściskać Zosię.
Potem poprowadzono ją do fortepianu — ale wymówiła się od grania. Nieszczęśliwa służebnica Carita musiała usiąść posłuszna i grać coś Chopin’a, coś Henselt’a... Dała się nawet uprosić sama pani i zagrała Liszta ustęp z węgierskiego Rapsodu... z wielką siłą i wyrazem... Po tych dwóch wystąpieniach, gdy bardzo nalegano na Zosię, wymawiała się nieco — ale sądząc że byłoby zbytkiem miłości własnej nie dać się słyszeć, rzekła w końcu:
— Ja, jako niedawna pensyonarka... cóż zagrać mogę... niestety! chyba oklepaną Beethovena Sonatę.
— Oklepaną! powiedz nieśmiertelną, — przerwała Carita, — i graj pani.
Tę Sonatę — jedną z najtrudniejszych, którą nieraz Liszt grywał na koncertach, Zosia odegrała z zapałem wielkim i wybornie.
Hrabina, która słuchała z uwagą i przejęciem, wstała potem poważnie, przyszła do niej i ściskając jej rączkę rzekła: — kto tak gra tę Sonatę, ten wszystko grać może.
— Prócz rapsodyi Liszta, — odpowiedziała Zosia śmiejąc się.
Wieczór i herbata, które obiecywały się nudno i śmiesznie, wypadły dzięki Zosi tak szczęśliwie, przeleciały tak chyżo, iż gdy się żegnać przyszło — niepostrzeżono jak strasznie późno było.
Czas dla nikogo nie został stracony oprócz Margockiego, który doznał zawodu. Skromniejszej roli spodziewał się on dla Zosi, a świetne przyjęcie odsunęło ją od niego. Zbliżył się za to hrabia, okazując wielkie zajęcie tą — śliczną dzieweczką wiejską.
Kanonik po krótkiej rozmowie z hrabiną i Ostójskim, wysunął się na plebanię. Wikary, domowy prawie pozostał do końca z ironicznym uśmiechem, ze złośliwym twarzy wyrazem śledząc spojrzenia i ruchy.
Julian byłby zupełnie zapomnianym gdyby nie Carita. Jakoś się tak złożyło i składało, że litościwa panienka była albo blizko, albo koło niego, lub przy nim. Mówili wiele i po cichu; jeszcze więcej ona wpatrywała się w niego natrętnie, nielitościwie tak, iż często medyk obawiając się fizyologicznych jakich następstw niepotrzebnych, oczy spuszczać musiał. Carita była tego wieczora tak prawie piękną jak Zosia, w innym tylko rodzaju. P. Ostójska podobną była, wedle starego porównania jeszcze z czasów Anakreonta, do rozwijającego się pączka... Carita do kwiatu który omdlał na łodydze. W pierwszej życiu wszystko było nadzieją, w drugiej wiele tajemnicą i wspomnieniem. Julian sentymentalnym nie był wcale, medycyna uczyniła go nawet dosyć rozczarowanym — ale młody... doznawał od tych oczu zabójczych jakiejś gorączki, która aż w poezyę go rzucała.
Nie podobało mu się zresztą że Carita była tak dziwnie dlań, tak wyszczególniająco grzeczną. Margocki który patrzał z boku uśmiechał się mefistofelesowskim śmieszkiem — Zosia widziała także iż Julian był prawie ciągle z tą Włoszką, która się jej też wydała strasznie piękną — serce się jej ściskało, ale im mocniej ból czuła tem usiłowała być weselszą. Niepokój, zazdrość, smutek wybuchnęły dopiero łzami, gdy powróciwszy na folwark, pomodliwszy się długo, długo, poduszkę swą oblała płaczem nieutulonym.
Panna Klara która zrazu przygotowaną była do kłótni, do nauk, musiała milcząco przyznać że Zosi się — udało.
— Ja mówiłem, — szepnął siostrze dając dobranoc, my wszyscy przy niej głupi... to dziewczyna genialna! Ty jej daj pokój! to! to! wie ona co, gdzie, jak powiedzieć, i jak się znaleźć...
P. Klara ruszyła ramionami i pokiwała głową.
— Przyszłość okaże! — odezwała się patetycznie odchodząc.
Rachuby ludzkie, chociaż by one na najgruntowniejszych oparte były podstawach i umysł nad niemi najlogiczniejszy pracował, chybiają prawie zawsze. Mówiąc językiem matematyków mają one w sobie zawsze zbyt wiele liczb nieznanych, ażeby dobrze wypaść mogły. W rachunek wchodzi serce ludzkie, które najczęściej zawodzi, charakter który podlega wyjątkowym i nieobliczonym metamorfozom, wreszcie zewnętrzne wpływy, zupełnie nieprzewidziane. Niezmiernie więc rzadko to co człowiek osnuł pracowicie, spełni się po jego myśli, a najdziwniejsza to, że gdy cel osiągnie, znajduje iż to czego pragnął wcale jest czem innem niż się spodziewał. Fatalizm turecki jest niedorzeczny, ale wiara w rozumną opatrzność nieuchronna. Jest bowiem w sektach logika uderzająca, choć czasem nie rychła i z Heglem powiedzieć można zawsze — alles was war ist, ist vernünftig. My powiadamy lepiej a toż samo — Bądź wola Twoja.
My powiadamy! Tak napisaliśmy wprawdzie, ale jakże rzadko powiadamy, bądź wola Twoja, a jak częściej daleko: bądź wola moja!
P. Margocki nasz właśnie podług tej woli swej osnuł plan kampanii, której pierwsze zaraz wypadki, dały mu niezmiernie do myślenia. Szło wszystko nie podług jego zawczesnego obrachunku.
Po pierwszej bytności w pałacu, odwiedziny Zosi, która wcale nie czuła do nich wstrętu, pana Juliana i innych osób z okolicy, powtarzały się niemal codziennie. Hrabina potrzebująca rozrywki w stosunkach u wód i na wsi nie była zbyt przebierająca; — wiedziała że to za sobą żadnych nie pociąga następstw — Zosia ją bawiła oryginalnością swoją, Julian się jej podobał zarówno jak Caricie. Nie nawykła do ludzi z tego świata który wszystko bierze poważnie i do serca, znajdowała go wyższym nad innych, bo z nią nie grał komedyi miłości i był grzeczny a na pozór chłodny. Włoszka wolała ten chłód pełen uszanowania, pod którego lodami czuła gorejące żary, niż czcze umizgi ludzi, którzy kochać nigdy nie mogli.
W czem się najfatalniej przerachował, jak mówią, Margocki, to w wypuszczeniu z klub swoich młodego hrabiego. Tymczasem hrabia Edmund od pierwszych odwiedzin Zosi mocno się nią zajął. Margocki nie przypuszczał żeby to na seryo czemś innem być mogło, nad płochą zabawkę, ale go to niepokoiło... Ile razy się spotkali hrabia mówił, rozpytywał tylko o Zosi, nareszcie jednego dnia niespodzianie oświadczył że wypada mu za matkę i za siebie być z odwiedzinami na folwarku, zabrał Margockiego i pojechali.
Zosia przyjęła ich ani zdziwiona, ani do zbytku tym honorem przejęta, a choć ojciec i ciocia występowali tak że cały dwór się poruszył i tysiące bąków postrzelano z wielkiej gorliwości, ona pozostała po swojemu, wesołą, grzeczną ale bynajmniej nie poruszoną.
Wróciwszy z tych odwiedzin, nazajutrz gdy Margocki przyszedł rano do hrabiego, zastał go zadumanym w fotelu i pierwsze pytanie jakie usłyszał, było:
— Mój Margocki, czy też oni są szlachta?
— Kto? — spytał zdumiony Margocki, — alboż wiem o kogo idzie?
— Niedomyślny! — rozśmiał się hr. Edmund, — o kogoż ja pytać mogę? o Ostójskich!
— Szlachta!! albo ja wiem kto dziś już szlachcic... — rzekł ruszając ramionami kwaśny plenipotent. — Przypadkiem wpadł mi w ręce jeszcze na końcu XVII w. wydany przez jakiegoś Wacława Potockiego głupi foliant: Poczet herbów, i to jeszcze wierszem. Otóż że tam herbów znalazłem wiele, kupiłem go u Lissnera... a z niego zapamiętałem te wiersze:

„Pełne tytułów ściany, pełne herbów płatwy,
„Gdzie miały być nożyce, koziki i dratwy...

Któż to dziś rozpozna szlachcica? Każdy dziś kto chce wpisze się w bractwo które otworem stoi. — Czy Ostójscy od Ostoi pochodzą? dalipan nie wiem... Może!! nie pytałem go o to...
Hrabia zmilkł a po przestanku rzekł: — kiedy jest herb Ostoja?
— A jest... ale cóż to dowodzi, — rzekł Margocki.
— I panna, powiadasz, będzie miała sto tysięcy talarów? hę?
Margocki oniemiał na to pytanie. Po milczeniu domyślił się hrabia że go drasnął, spojrzał nań, uśmiechnął się.
— A! zapomniałem że ty się pono myślałeś o nią starać!
— Ale, słuchaj no Margosiu, jabym tobie na tę grę puszczać się nie radził. Umiem cię ocenić — z tem wszystkiem gdyby przyszło do tego żebyś Zosię dostał, elle est plus forte que toi, siedziałbyś pod pantoflem, a nie nawykły do tak ciasnego kąta, udusił byś się wprędce. Zosia ta, to nie pospolite stworzenie, wcale nie pospolite... Patrz tylko — elle a la conscience de sa forçe. Nie zmięszana, pewna siebie, swobodna, wszędzie jest na swojem miejscu... Dodaj młodość, wdzięk — bo śliczna — i powiedz mi ze stu tysiącami talarów — czyż może być żeby ona za ciebie poszła?
Margocki był do żywego dotknięty, wstał z krzesła jak przypieczony nagle i począł chodzić po pokoju przyśpiewując, jakby na niegrzeczne pytanie odpowiadać nie chciał. Hrabia złośliwie gonił go oczyma.
— No! nie gniewaj się, Margosiu... ne me boudez pas, przyjacielską ci radę daję, nie kompromituj się...
— Ale zkąd że pan hrabia tak dziś gorliwy o to abym się nie skompromitował? — rzekł Margocki. — Proszę być spokojnym...
— Zrzekłeś się? — spytał hrabia.
— Nie, wcale nie, — odparł Margocki, — czekać będę tylko aż panu hrabiemu odejdzie fantazya zabawienia się w romansik niewinny ze szlachecką dzieweczką... która z niego żartować może będzie.
Ma foi! — zaśmiał się hrabia, — miała by słuszność szydzić, gdybym się na romansik porwał! Nie głupim!
— A więc cóż znaczą te naskakiwania, jeżdżenia, przysiadania się...? — spytał Margocki.
— Nic nie znaczą prócz że mnie tak platonicznie oczarowała sobą jak piękny posąg lub obraz, — rzekł hrabia.
— Ale Margosio się dowie na pewno czy oni szlachta?
Plenipotent popatrzał i buchnął nagle.
— Szlachta! szlachta! i cóż z tego? szlachta herbu Ostoja, mieli kilka wiosek, ojciec tego safanduły starego był Cześnikiem... więc dalej co? co?
I stanął przed hrabią — ten popatrzał mu w oczy.
— Ma sto tysięcy talarów? — spytał powoli.
— Ma... a dalej co? co?
Hrabia parsknął.
— Dalej? ja ci powiem co dalej! Słuchaj, gdyby mi się ona bardzo podobała, gdybym ja się jej podobał, gdyby mi celibat sprzykrzył, gdybym fantazyę miał — któżby mi zabronił ożenić się z nią? Moja hrabiowska korona pokryje szlachecką Ostoję ich — ojciec się wyniesie dalej...
Margocki osłupiał zupełnie.
— I hrabia myślisz że matka jego, osoba książęcego rodu, że ojciec na to pozwoli? — zawołał, — to są żarty.
— Dziś to są może żarty, a jutro może to być prawda, — spokojnie odezwał się hrabia... — Ja sobie marzę, a juściż mnie tak dobrze jak komu innemu marzyć wolno...
— Przyznam się, — podchwycił z goryczą Margocki, — że podobnej fantazyi po hrabi nigdym się nie spodziewał...
— Widzisz, Margosiu, trafiają się niespodzianki na świecie — a ja ci jeszcze w dodatku jedną opowiem historyjkę. Wczoraj mama wstawszy od fortepianu przechadzała się po ganku, ja siedziałem z cygarem. Ni z tego ni z owego zaczęliśmy rozmawiać. Mama powiada: dla czego ty nie pomyślisz o ożenieniu? Na to ja:
— Bo mi się dotąd nie zdarzyło spotkać kobiety, która by albo na mnie trwałe uczyniła wrażenie, albo zasługiwała na to, qu’ on passe outre, nie pytając czy się podoba... Na to mama — czegóż ty wymagasz po żonie? Odpowiadam — żebym ją mógł trochę kochać i dla niej szaleć. Wiem że to przejdzie, mais les morçeaux en sont bons. Ot tak rozmawialiśmy z pół godziny, naostatek mama pyta, naprzykład w jakim rodzaju kobieta by mi się podobać mogła? Odpowiedziałem bez wahania — coś w rodzaju Zosi córki naszego arendarza.
— Arendarza! — powtórzył Margocki.
— To na jedno wychodzi, dzierżawca, arendarz... — dokończył hrabia. — Czy myślisz że mama bardzo się obruszyła? Popatrzała na mnie — to śliczna dzieweczka — eh bien, si le coeur vous en dit, vous êtes, je crois asser riche, pour vous en passer la fantaisie. To są słowa mojej matki.
Margocki powtórnie osłupiał i zamyślił się tak że następującego po tych wyrazach śmiechu hrabiego nie dosłyszał.
— Widzisz, — rzekł Edmund, — ojciec by pewnie skrzywiwszy się, w końcu powiedział toż samo...
— Tak, wszystko to być może, — ozwał się ironicznie Margocki, — ale kiedy już opowiadamy sobie historyjki, należy hrabiemu odemnie powiastka o tem jak panna Zofia śmiertelnie jest zakochana w panu Julianie.
Hrabia się zerwał z krzesła.
Allons donc!
— Najprawdziwsza prawda! — rzekł zimno Margocki.
— A jednak ty się z nią chciałeś żenić? — spytał hrabia.
— Mnie to bynajmniej by nie zawadzało.
— Dla czegoż ma mnie zawadzać? — podchwycił hrabia. Ale po chwilce dodał. — Nie — w istocie, gdyby tak było... no... nie zniósłbym. Ty, to co innego... Mów prawdę — zkąd ty to wiesz?
— To są stare dzieje! to wiedzą wszyscy... — rzekł Margocki.
— Chłopak przystojny, ale mruk, milczący i nie umiejący chodzić po ludzku, a widzę go codzień w kątku z tą Caritą, która gdyby oczów nie wystrzelała na kogo, sama by się spaliła od nich — to jakaś chyba miłość dziecinna, niewinna i zapomniana... A co mi tam to szkodzi.
Począł chodzić po pokoju... i zamilkł.
Margocki też wielce wzruszony wyszedł i dopadłszy swojego mieszkania z furyą począł je mierzyć ogromnemi krokami. Twarz krzywiąc i głowę łysą trąc nieopatrznie rękami, tak że tupet w końcu postradał. To go dopiero upamiętało.
Zosia choć smutna trochę bo nie mogła dotąd ani się rozmówić nawet z Julianem, panowała nad sobą i przed ludźmi nie okazywała co się w jej duszy działo. Wpadała na różne myśli, a zawsze uznając je niedorzecznemi mówić sobie musiała — będę czekała! on wróci! on moim będzie!
Wytłomaczyła sobie że Julian unikał jej dla tego iż ubogi, nie chciał sięgnąć po rękę pełną złota, a zarazem powiadała iż gdy się dorobi — co nieuchronnie nastąpić musi — dopiero naówczas przyjdzie jako równy jej, przypomnieć słowo dane i ów skromny pierścionek, który nie mogąc dla oczów ludzi nosić na ręku, nosili na piersiach oboje...
Domyślała się trochę starań Margockiego, ale z nich uśmiechała się w duchu — wiedziała że ojciec jej w żadnym razie przymuszać nie będzie. Co do hrabiego, który dla niej nadzwyczajną okazywał grzeczność nie mogła nawet przypuścić, żeby jemu się śniło starać o nią.
Nikt też z domowych tak dziwacznej myśli nigdy nie miał i mieć nie mógł, stary Ostójski po szlachecku tradycyjnie znał respekt przed panem. O mało go za kolana nie uściskał jak to bywało, żeby zaś córka jego miała dziedzicowi pałacu wpaść w oko — nie mógł się wcale spodziewać.
Margocki też po chłodnym rozmyśle całe zwierzenie się hr. Edmunda wziął za trefny żart, którym mu tylko dziedzic chciał strachu napędzić. Dziwował się nawet sam sobie iż na chwilę mógł to wziąć na seryo. Zosia grała wiele, czytała, wzdychała, szukała rozrywki, wymyślała sposoby zbliżenia się do Juliana — nadaremnie. Julian stale jej unikał.
Oczy matki jego widziały to także a dla biednej kobiety, która na dziecinnej miłości budowała sobie gmach przyszłego szczęścia swojego dziecięcia — ten chłód Julka był niewytłumaczony — i bolesny.
Jednego ranka wreście chodząc po ogrodzie, długo się namyślawszy, z wielką trwogą, odważyła się dotknąć tego przedmiotu.
Położyła rękę na ramieniu syna i czule się w niego wpatrując, szepnęła:
— Powiedz ty mi prawdę, nie potrzebnie może mięszam się w te sprawy, ale matką jestem, wszystko co mego dziecięcia dotycze obchodzi mnie — powiedz mi — wyście się z Zosią kochali tak mocno, ona, ja to wiem najlepiej, zachowała dla ciebie całe przywiązanie dziecięce, a dodała doń szacunek na jaki zasługujesz... Powiedz mi, dla czegóż ty, taki dla niej jesteś zimny, taki z nią ceremonialny? Nie namawiam cię do żadnych nieroztropnych romansów, do bałamucenia biednego dziecka... ale chłodu twojego dla niej, nie pojmuję. Możesz być w świecie milsze, piękniejsze, zacniejsze dziewcze nad nią?
Julian zarumienił się, zdawał namyślać — a potem odezwał głosem przytłumionym.
— Moja matko... są uczucia, z których się wytłumaczyć trudno. Prawda, że kochałem Zosię i kocham ją jeszcze, ale miłością brata... Gdybym na chwilę inne powziął uczucie, starałbym się jak najmocniej je zwyciężyć. Tego moja i wasza godność wymaga... Byłożby to wam miłym, żeby mówiono żeśmy się do domu tego wcisnęli po to aby z przyjaźni jego dla nas korzystać? Żebym ja ubogi sięgnął po rękę bogatej dziedziczki — bo Zosia będzie bardzo majętną. Nie! z naszej strony korzystanie z ich dobroci, z ich słabości dla nas byłoby nie szlachetnem. Ja chcę być winien wszystko swej pracy i samemu sobie! To mój cel. Gdyby Zosia była swobodną, a ja miał to co ona... ale Zosię pochwyci ktoś lada dzień.
Matka posmutniała, nie było jednak co powiedzieć.
— Moje dziecko, bardzo to ładnie, ale jeśli ona cię kocha?
— Droga matko, — rzekł smutnie Julian, — gdyby nawet tak było, to fantazya młodego dziewczęcia, która sobie uleci. A któż wie! gdybym się dał uwieść urokowi jej twarzyczki i fortuny, a potem w dniach posępniejszych posłyszał wymówkę, żal! A! nie! nie! — dodał — myśleć nawet o tem niepodobna...
— Wiesz co, — odpowiedziała matka, — wszystko to może być prawdą, ty po męzku zapatrujesz się na życie, pobudki są szlachetne — a przecież, mój Julku — ja — matka wolałabym w tobie może widzieć — więcej serca!
Julian drgnął cały, zapłonął, pobladł.
— Serce mieć potrzeba, — rzekł, — ale mu się zbytnio dać powodować nie można.
— Tylko mnie się zdaje, mój Julku, że tak chłodno trzymać je na uwięzi może człowiek naówczas gdy nie kocha. Ty jej nie kochasz... A więc, rzecz skończona! Szkoda, bo lepszego dziewczęcia nie znajdziesz na świecie, ani co by cię szczerzej kochało...
Na tem się skończyła rozmowa, Julian odszedł, a matka popłakała chodząc po ogrodzie.
Ocierającą łzy znalazł ją na ławce Kanonik, który szedł czegoś wzruszony i niespokojny. Spostrzegłszy chustkę przy oczach, stanął i na ustach wyrazy już poczęte stężały.
— Co ci to jest, siostruniu?
— A! nic! nic! — to tak — sama nie wiem.
— Zdaje mi się że tylko co mówiliście z Julianem? — spytał ksiądz.
— Przed chwilą, ale nie myśl żeby on był przyczyną, poczciwe dziecko! z jego powodu nie płakałam jeszcze.
— A dla czegóż?
— Mój Boże! czyż tego nie rozumiesz? serce matki gdy miłością wzbierze, musi się wylać łzami...
Choć nie przypuszczał żeby siostra taiła co przed nim, Kanonik ją badał wzrokiem długo.
— Jeżeli to tak tylko owe łzy rozczulenia, to dobrze, siostro kochana, bo bym ci boleści nowej nie chciał przyrzucić, a idę do ciebie ażeby się poskarżyć?
— Mój Boże! cóż się tobie stać mogło!
— No nic, nic, tylko — ot, powszedni smutek jaki po ludziach chodzi.
Westchnął i siadając dobył list z kieszeni. — Odebrałem od księdza oficyała, który mi jest zdawna przyjacielem list — list który mi daje do myślenia. Nigdym nie posądzał o niechęć dla mnie ks. Wikarego, bom mu do niej nie dał powodu. Tymczasem okazuje się że — z gorliwości jakiejś, biedne człeczysko czuje się w obowiązku mnie denuncyować u góry. Tam już i tak, my starsi księża, nawykli do innego nieco w kościele porządku, nie wiele mamy łaski. Wymagają dziś, (może to potrzebne na te czasy), pokory, posłuszeństwa, zaparcia się starych naszych tradycyi... których nam nabyć trudno. Czasem się człek odezwie nie w tonie dzisiejszym, powie coś z serca, nadto gorąco... wszystko to notują. Jam zdawna tak zanotowany jako liberał, patryota i podobno demagog... Teraz jeszcze do tego przychodzi w dodatku że mnie odmalowano u zwierzchności jako opuszczającego się w spełnianiu obowiązków i zdzieciniałego... Ks. Wikary, jak się zdaje, radby mnie gdzie na emeryturę wyprawić, a sam probostwo posiąść... Podobno i kolatorowie pałacowi są za nim... Ja dla nich nie dosyć jestem surowy, nie dość orthodoxus...
Westchnął.
— Czy mi odbiorą probostwo? — wątpię — ale zawsze rzecz bolesna.
Siostra słuchając opowiadania załamała ręce.
— A! niegodziwy, niegodziwy człowiek! Cóżeśmy mu uczynili!
— Moja duszo, cicho! cicho! nawet nie mogę sumiennie powiedzieć niegodziwy. Może to robi ze źle zrozumianej gorliwości, może ja — sędzią własnym być nie mogę — opuszczam się w istocie. Choć doprawdy, skrutuję sumienie, nic mi ono nie wyrzuca!
— To po prostu nikczemna ambicya człowieka, który chce miejsce twe posiąść, — odezwała się siostra.
— Miejsce! miejsce! mój Boże, — zawołał Kanonik, — ja bym mu go chętnie ustąpił zresztą, gdybym się nadto do tego kąta nie przywiązał... Gdzież się podzieję? żyćbym indziej nie potrafił — tu zaś — usunąwszy się z plebanii... ty wiesz najlepiej, niemam nic, nie zebrałem ani grosza... jak się przekarmić?
— Ale przecież mowy o tem być nie może? — podchwyciła siostra.
— Dotąd nie — jednak wypada mi pojechać i tłomaczyć się... Oficyał mi to radzi.
— A nie przysłał ci listu Wikarego?
— Owszem, mam go — użytku jednak nie zrobię żadnego, ani mu dam poznać że wiem o tem...
Jeszcze mówili, gdy żywy chód dał się słyszeć w ogródku i ks. Wikary z Julianem pokazał się w uliczce. Na widok jego matka Julka zapłonęła gniewem, Kanonik list schował, ale jednak nie dosyć prędko by oko bystre papieru nie dostrzegło. Ks. Wikary wiedział już, bo czychał na brieftregera, że Kanonik od Oficyała coś odebrał.
Na żółtej twarzy jego było trochę niepokoju czy przeczucia. Matka Juliana wstała z ławki i natychmiast odeszła, Kanonik z twarzą spokojną zbliżył się do ks. Leona, który bardzo pokornym, słodkim i prawie nadskakującym stał się.
— Mój księże Leonie, — rzekł do niego, — potrzebuję pomówić z nim co do zastąpienia mnie przez dni kilka. Będę musiał wyjechać... jestem powołany!
Bystro spojrzał Wikary.
— Bardzo dobrze, wszakże ja zawsze gotów jestem do spełnienia rozkazów ks. Kanonika...
— Muszę i Oleje przywieźć i inne mam interesa, — rzekł proboszcz.
— Czy, uchowaj Boże — co... nieprzyjemnego? — szepnął ks. Leon.
— Zgadłeś ks. Wikary, — uśmiechnął się Kanonik, trochę mnie ktoś tam oskarżył, trzeba się wytłumaczyć. Możem też w czem i winien, trzeba przyjąć ojcowską burę z pokorą.
Żółta twarz Wikarego stała się na chwilę pomarańczową, siną, a potem białą — Kanonik patrzał na te zmiany tak spokojnie jakby na wieczorne obłoki.
— Lecz któżby mógł i śmiał, — wybełkotał Wikary, — ks. Kanonika obwiniać? o co?
— A no, zdaje się że może i jest o co, — mówił Kanonik, — okazuje się żem zestarzał, opuścił się, zaleniwiał. A temu wszystkiemu — dodał — to i Wasze winien, ks. Wikary, do zbytku mnie wyręczasz... Ludzie to widzą i wnoszą żem niedołęga. Odtąd mam prośbę jednę i konieczną do was, życzę sobie sam rozporządzać moją częścią pracy i sam ją sobie wydzielać. Zechciejcie mnie w niczem i nigdy nie zastępować, chybabym sam o to prosił...
Powiedział to tak chłodno, grzecznie, bez najmniejszego odcienia gniewu i żalu, iż ks. Wikary sądził że mu zapewne coś donieść musiano, ale nazwiska jego pewno nie wymieniono. Odetchnął.
— Bardzo dobrze, — rzekł zawsze niewyraźnie, — bardzo dobrze — wszak ja się stosuję do rozkazów ks. Kanonika.
Kanonik się skłonił.
W tej chwili list nie dobrze na prędce wetknięty w kieszeń wypadł na ziemię i ks. Leon z przerażeniem poznał pismo własne. Zdrętwiał... Kanonik schylił się, papiery zebrał i schowawszy je do kieszeni, pozdrowił go i odszedł.
Wikary stał długo nie wiedząc co począć. Sam był człowiekiem nadto namiętnym ażeby mógł przypuścić, że tu się bez zemsty i odwetu obejdzie. Spokój z jakim mówił Kanonik, wedle niego dowodził tylko, że potężne mając plecy wcale się nie obawiał. Należało więc tem bardziej lękać się o siebie. Nie pojmował Wikary ażeby po denuncyacyi pozwolono mu tu dłużej pozostać, podróż tłumaczyła się tem, że Kanonik zażąda zmiany Wikarego. Mięszało to nadzwyczajnie wszystkie plany i roboty porozpoczynane ks. Leona, roboty tajemne, które jemu tylko samemu znane były, a których wykonanie długiego wymagało czasu. Stał tak, mimo zwykłej swej przebiegłości zrazu nie wiedząc co pocznie — przeniesienie zdawało się nieuchronnem, a było dlań — zabójczem... Iść się ukorzyć przed pokrzywdzonym byłoby daremnem, lecieć do pałacu żądać rady i protekcyi — upokarzającem. Należało się przyznać do listu, a bądź co bądź, ten rodzaj honoru, choćby gorliwością osłoniony, chluby mu nie przynosił. Gubił się w myślach... nie mając siły ruszyć z miejsca.
Julian który był odszedł nieco, wrócił właśnie i zastał go jeszcze pod wrażeniem tej trwogi.
— Co ci to ks. Wikary?
— Mnie? mnie? no — nic — nic... mam czasem takie uderzenia do głowy... Chodźmy.
— Przejść się?
— A! nie, nie! ja muszę... zdaje mi się... może być że będę potrzebował do pałacu — przepraszam...
I zostawiając zdumionego Juliana, odbiegł na wikaryę. Szło mu o to by został... aby go z miejsca nie wydalono — potrzebował tego koniecznie. Biedz do pałacu? jechać potajemnie aby Kanonika wypędzić zostawiając kościół bez obsługi? Spuścić się na los i pozostać nic nie czyniąc?
Z kolei błyskały mu te wszystkie myśli po głowie... Była nawet chwila że zamierzał wprost udać się do Kanonika, wyznać mu swą winę i prosić o przebaczenie... Nie postanowiwszy nic — chwycił kapelusz i szybkim krokiem uszedł z probostwa tak, że stary Eliasz, który go nieco szpiegował — nie mógł dopatrzeć dokąd... Szepnął tylko widząc go tak biegnącego.
— O! już go też coś opętało! opętało! już poleciał... jak lis na kury... na polowańko! Ej! odkryję norę, ptaszku! odkryję, chociem kulawy... Bo że ty tu coś niedobrego knujesz — to bym na ewangelią przysiągł...
Pan Ostójski miał jeden zły nałóg którego się sam wstydził — w wolnych od zatrudnień chwilach, gdy nikogo obcego nie było w domu, zapaliwszy cygaro pięciofenigowe, bo takie mu najlepiej smakowało, usiadł za stołem, dobywał dosyć tłuste już karty i kładł kabałę. Umiał ich różnego rodzaju z dziesięć, była więc pewna rozmaitość w zabawie. Na każdą kabałę, co gorzej, zamyślał coś — naprzykład czy pszenica porośnie, czy rzepak się nie wysypie? i t. p.
Ale co najgorzej, jeśli mu kabała nie wypadała, a nikogo w pokoju nie było — bo przy ludziach się tego nie dopuszczał, pozwalał sobie maleńkich licencyi i poprawek ślepego losu. Wyciągał karty więzione ze środka kupki — chował przychodzące nie w porę pod spód; zawsze wtedy tylko, gdy siostra i córka nie patrzały, lub nie uważały. Nad kabałą siedzieć był czasem nawet gotów z uszczerbkiem gospodarstwa... czego się wstydził. Lecz biedny człowiek tyle się napracowawszy w życiu miał prawo do zabawienia się czasem kabałą, nikt mu tego za złe nie miał. On tylko sam, czuł że w tem była słabość i przed obcemi krył się nie tylko z kabałą — nawet z kartami.
Zdarzyło się że jakoś przez dni kilka nie można było do kabały się przysiąść, tego więc dnia... z wielkim apetytem dobrał się do szufladki z kartami i począł je żywo rozkładać, zamyśliwszy na to — czy Julianowi da P. Bóg rozum by się do Zosi przybliżył — kładł trzecią kupkę dopiero, gdy drzwi tajemniczo przemknąwszy, spojrzawszy przez nie, po cichu weszła panna Klara.
Spojrzał pobożnie na nią, trochę mu była w uroczystej chwili nie na rękę, ale nie wiele go zmięszała, kładł dalej. Stanęła wszakże tak, iż z postawy domyślał się że rozmowę jakąś przyniosła.
— A co? — spytał.
— Czekam żebyś tę kabałę skończył, bo jest bardzo ważna rzecz... tajemnica... do zobopólnego porozumienia... — stylizując już nieco rzekła cicho Klara.
— Ja dopiero zaczynam! — zawołał Ostójski, — więc cóż? kura zniosła szare jajko? Ciele zdechło? co?
— No, nie obracaj w żarty rzeczy nieznanej, — uroczyście dodała siostra, — rzeczy ważnej, wielkiej, której doniosłości umysł twój ani dościga, ani się dorozumiewa.
— E! do kata! to chyba koń zdechł! — żartobliwie mruknął Ostójski.
— Jesteś istotnie nielitościwy z tem swem lodowatem szyderstwem — tu idzie o Zosię...
Ledwie tych słów domówiła, ojciec się zerwał rzucając karty.
— O Zosię? no cóż! gadaj! co!
— Dajże mi w pewien szyk myśli me złożyć, — rzekła panna Klara.
Ostójski milczał, ale z niecierpliwości bębnił palcami po stole.
— Jest taka rzecz, — mówiła do ucha prawie panna Klara. — Mam swych przyjaciół i życzliwych w pałacu... mam swe ztamtąd wiadomości. Wiem z największą, ale to z największą pewnością — zatrzymała się — młody hrabia szalenie się w Zosi zakochał.
Ostójski się roześmiał i ramionami ruszył. — No, to co?
— Jakto? nie przewidujesz następstw? Nie widzisz nadciągającej chmury... morze burz które istnienie nasze zakłócić mogą? Jesteśli obojętnym na losy twego jedynego dziecięcia?
— Nie — ale bo mów po prostu, jak mówisz do dziewek na folwarku, bo dalibóg zwarjuję! — zawołał Ostójski — więc cóż?
— Ale to jest miłość jak nawałnica gwałtowna... miłość takiego młodzieńca... który...
— No, który się ożenić nie może i nie zechce, który sobie się podurzy, my się z niego pośmiejemy — i kwita. Pojedzie do Berlina i przy aktorkach zapomni.
— Ty zawsze z prozaicznej strony uwzględniasz wszelkie wypadki, — mówiła panna Klara, — lecz ta miłość nie jest przelotną fantazyą nierozważnego młodzieniaszka, on o niej mówił z matką.
— To nie może być! — zawołał Ostójski, — bałamuctwo! tfu!
— Klnę ci się iż tak jest jakem rzekła... nie bierz lekko bo małem nie jest... ja ci to mówię.
— Ale cóż tedy począć?
Panna Klara z politowaniem popatrzyła na brata: — Więc nie wiesz co ci czynić należy? że ta miłość szlachetnego młodziana może do twego domu wnieść zaszczyty, świetną przyszłość — dźwignięcie z poziomego stanu — w jaki nas niesprawiedliwe wtrąciły losy.
— A daj że ty mi pokój z temi losami, ja z mojego poziomego stanu zupełnie jestem zadowolniony — a niech mnie Pan Bóg łaską swą uchowa bym Zosię wydał za takiego, coby myślał że jej łaskę zrobił... Ani o tem chcę słuchać.
— Lecz spytaj, ojcze niebaczny, serca swego dziecięcia — zawołała panna Klara — a jeśli ono ci powie iż czuje skrzydła do górnego lotu i chce tego szczęścia którego ty cenić nie umiesz?
— A! ba! Zosia ma nadto rozumu... o tem niema co mówić, — rzekł Ostójski, — Juliana kocha.
— Tak, a ten niewdzięczności czarnej pełen człowiek, uwodzi ową włoszkę i potajemny z nią romans prowadzi...
— On? z włoszką tą, czy cyganką, bo do cyganki podobna! — zaśmiał się Ostójski... — Byłby głupi!
— Ona go usidliła...
Ostójski wciąż się śmiał. — Nie może być — a gdzieżby oczy podział kiedy ma przed sobą Zosię.
— Zapytaj serca o jego dziwactwa! — przerwała panna Klara — ono ci powie iż są tajemnice...
— Ale ba... ja tam te tajemnice znam; wszelako to chłopak uczciwy i w błoto nie wlezie... no! darmoś mnie nastraszyła...
— Spełniłam, — rzekła w ostatku uroczyście jeszcze siostra, — co mi nakazywało sumienie, powiedziałam ci, ostrzegłam... czyń co ci dyktuje obowiązek rodzicielski...
Wpadająca do pokoju Zosia przerwała w porę rozmowę, którą panna Klara z nadzwyczajną zręcznością zwróciła na masło i sery... Zosia uściskała ojca, pocałowała ciotkę, okręciła się po pokoju i siadła do fortepianu zagrać staremu ulubionego poloneza.
Ostójski choć tak obojętnie niby zbył pannę Klarę, mimowoli wszakże zadumał się nad tem co mu powiedziała. Kwaśno mu się zrobiło. Pana dla córki mimo honoru, stanowczo nie chciał, a nużby się istotnie przyczepił. No, rzekł pocieszając się, toćby mu rodzice zabronili, niema sobie czem głowy suszyć!
Przyszło mu jednak na pamięć, że hr. Edmund był już trzy razy na folwarku i w istocie do Zosi się bardzo przysiadał. Stary potrząsł głowę,.. Zosia jeszcze grała... gdy go zawołano na ganek dla interesu.
W ganku stał Margocki, który wejść nie śmiał, bo był w myśliwskim stroju, ujął tylko po przywitaniu pod rękę Ostójskiego i wprosił się z nim do jego pokoju. Po minie poznać było można że z czemś przybył ważniejszem niż zwykle. Rozpoczęcie rozmowy utwierdziło jeszcze w tem przekonaniu.
— Spodziewam się że Cześnikiewicz (był to tytuł od wielkiego dzwonu) wierzysz mi iż domowi jego szczerze sprzyjam i szacuję go... Niech mnie to tłómaczy iż z bardzo może niespodzianą przychodzę tu przestrogą i radą... Ale naprzód, kochany Cześnikiewicz, dasz mi uroczyste słowo szlacheckie, że mnie nie wydasz i nie zdradzisz w żadnym razie...
— Panie dobrodzieju, — zawołał Ostójski, — uczciwy człowiek jestem i w to się nie bawię.
— Bo mi o was idzie, — rzekł Margocki przystępując do niego z wielkiemi ostrożnościami i oglądaniami na wszystkie strony. — Mówię otwarcie... Mam wielki szacunek i wdzięczność dla domu moich hrabiów, ale — co prawda to prawda. Życzę im dobrze, wszelako... no! zrozumiesz, gdy ci powiem, Cześnikiewiczu kochany, że nasz hrabia Edmund pokochał się w córce waszej, pannie Zofii.
Spojrzał na Ostójskiego, ten stał jak słup milczący, tylko palce, złożywszy ręce na piersiach, okręcał wedle zwyczaju... słuchał.
— Z tego nic być nie może, trzeba ich znać jak ja znam, ale dla panienki, — mówił dalej Margocki, — rzecz nieprzyjemna... Ludzkie języki ze wszystkiego umieją czernidło wyssać.
Zatrzymał się powtóre, Ostójski stał i dumał.
— No — co wy na to?
— Proszęż was, szanowny panie, co ja tu mam na to powiedzieć? i co począć? Mnie i jej to do niczego... a znowu nie jestem z tych coby dali z siebie robić zabawkę.
— Więc, cóż.
— Więc, przestaniemy bywać w pałacu.
— Myślicie że on tu was nie dogoni? — zapytał Margocki. — Oszalał jak młokos.
— Juściż mu drzwi zamknąć nie mogę.
— Tak, — odparł Margocki, — ale — nie zdradzcie mnie tylko — wszak macie gdzie pewnie krewnych? czyż byście dokąd wyjechać nie mogli.
Ostójski pomyślał.
— To zdrowa i przyjacielska rada, — rzekł, — ale kiedy już tak pozwalasz z sobą mówić otwarcie — powiem ja co mi podróż utrudni. Moja Zosia... moja Zosia... no, przecież w tem złego niema nic, z młodości ma przy wiązanie do Juliana... On tu rzadko do nas zawita, właśnie przyjechał... nie zechce się jej teraz — odbiedz ztąd, i byłoby jej przykro. Ja przyczyny zmuszającej do wyjazdu powiedzieć nie mogę, ona nie zechce jechać, a dalipan jak się uprze to na swoim postawi. To moje dziecko jedyne i ona u mnie — pani.
Margocki się uśmiechnął. — Ta miłość dla pana Juliana to wątły kwiatek wiosenny. Czyż panna Zofia nie widzi że on się bierze do włoszki i nie odstępuje jej na krok?
— Dalibóg bym wyjechał, — rzekł Ostójski, — byle ją jak ztąd wyciągnąć... A, jak ono jest to jest, — dodał podając rękę Margockiemu, — za przestrogę wam serdecznie dziękuję. Z duszy, z duszy...
Rzuciwszy to ziarno z którego się spodziewał że coś urosnąć musi, plenipotent zakręcił się, wziął za czapkę i pożegnawszy gospodarza, który go na ganek przeprowadził, odjechał.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





PAŁAC I FOLWARK.
OBRAZY NASZYCH CZASÓW
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.

TOM II.






WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA

1883.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Ноября 1882 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20.





Zachmurzony Ostójski wyszedł gdy go zawołano do wieczerzy, ręce w kieszeniach, głowa spuszczona, krokiem powolnym jak był zwykł, gdy co miał na sercu.
Zosia właśnie rozdawała krupniczek, ale nie było ich przy stole tylko dwoje, bo p. Klara rozchorowawszy się na głowę i przewiązawszy ją w szafranie farbowaną chusteczką co jej zawsze pomagało — została w swoim pokoju.
— Co to ojcu jest? — zapytało dziewczę podając mu wódkę i zakąskę.
— Nic mi nie jest... tylkom głupi, — rzekł wzdychając Ostójski, — tylkom głupi.
Zamilkli, córka patrzała nań jak w tęczę. — Niech no mi tatko powie, to mu lżej będzie... trzeba co jest złego z siebie wyrzucić...
— Kiedy bo to — ani złe, ani dobre... tylko... tylko głupie, — dodał Ostójski wzdychając.
— Ale cóż to jest?
— Bałamuctwo!... — Zamilkł znowu, poprobował jeść krupnik, który zwykle jadał, nie smakował mu, ukąsił chleba i tego przełknąć nie mógł, siadł i palce okręcał sumując.
— Czy to jaki sekret? spytała Zosia.
— Sekret, o którym wróble na dachu śpiewają, — rzekł Ostójski.
— A ja niewiem! mruknęła Zosia.
— E! dalipan, mnie się widzi że i ty to wiesz, tylko pewnie jak ja, nie robisz z tego sobie wielkich rzeczy.
— Nie mogę zgadnąć, — dodała Zosia.
— Nie łam sobie głowy — głupstwo! — powtórzył Ostójski.
Podano kaszkę sypką, Ostójski wziął na talerz, skosztował i łyżkę położył. — Jeść czegoś nie mogę.
— Bo byś się tatko wyspowiadał przedemną i — i było by ci zaraz lżej, ja bym coś może poradziła!
— Ty?
— Ja.
— No, proszę... ty... do rady!
— I bardzo! — roześmiała się Zosia.
Ostójski odstawił talerz, poszedł po swoje karty i zamiast wieczerzę jeść, począł kabałę kłaść. Zosia przestała pytać, ale pomagała do ulubionej zabawki.
— Powiedz ty mnie Zosiu, — zawołał nagle Ostójski, — czyś ty nie postrzegła że to paniątko, hr. Edmund słodkie oczki do ciebie robi?
— Jakżebym ja, kobieta, nie postrzegła tego? — uśmiechnęła się Zosia. — Gdyby to nie od tatka, pogniewać by się można za samo pytanie.
Cześnikiewicz zaczął się śmiać.
— Cóż ty na to? hę?
— A! ojcze kochany — chyba ze mnie żartujesz i tem drugiem pytaniem. On się bawi, ja się nim bawię, i na tem koniec... któżby brał na seryo wzdychania takiej ekscelencyi!
— Masz słuszność! ale bo nie wiesz może, iż ludzie już o tem gadają.
— Niech sobie plotą.
— I — żeby ci to nie szkodziło?
— Cóż mnie szkodzić może, że kochają się we mnie, gdybym ja się kochała, byłabym płocha — to co innego...
— No a gdyby cud się stał i ów panicz... ów panicz, przyszły dziedzic kluczów, zamków, wsi, folwarków, zaszłapał tak żeby się oświadczył o Zośkę?
— Zośka by się pokłoniła grzecznie, za honor podziękowała i powiedziała by mu: Niegodnam abyś wstąpił do przybytku serca mego... Bywaj pan zdrów...
Ostójski śmiał się aż mu się brzuch trząsł, odsunął kabałę i w chwili gdy zimną kaszkę miano zabierać, namyślił się.
— Stój, czekaj — będę jadł! apetyt mi powrócił.
Chłopak wyszedł. Cześnikiewicz był już w najwyśmienitszym humorze.
— Jednak, wiesz co, Zośko, rzekł, — ja sobie myślę że dla niego i dla nas lepiej by było gdybyśmy mu z oczów zeszli i tak... gdzieś... wycieczkę sobie zrobili.
Zosia głową potrzęsła.
— Mój tatku, pomyślałby że my się go ulękli. Przytem ja do podróży nie mam ochoty najmniejszej. — To sobie przejdzie.
— Jak chcesz... jak chcesz... Ale ludzie plotą że to niby bardzo seryo.
Dziewczę ruszyło ramionami.
— Ja jestem dziecko i świata nie znam, — odezwała się, ale wiem że hrabiowie tacy na seryo się nie kochają. Bałabym się niepotrzebnie w biednym, ubogim, osamotnionym człowieku obudzić passyę... ale w takim hrabi!!
Ostójski pociągnął na tę intencyę kabałę i na tem się skończyło.
Tego dnia gdy Kanonik począł się wybierać w drogę, a spłoszony Wikary wymknął się z plebanii, cały dzień go nie było. Nie przyszedł na obiad, nie wrócił po obiedzie, a nad wieczorem hrabina przysłała swojego kamerdynera z ukłonem, prosząc Kanonika aby był łaskaw ją tegoż jeszcze dnia odwiedzić.
Kanonik nie mogąc wyjechać, ani chcąc odmówić kolatorce, kazał odpowiedzieć iż służyć nie omieszka. Nie długo czekając wziął swój parasol nieodstępny, a żeby czasu po drodze nie tracić brewiarzyk w rękę i powoli pociągnął ku pałacowi. Kamerdyner czekał już na niego w ganku i jak tylko spostrzegł poszedł oznajmić pani hrabinie, która natychmiast kazała prosić Kanonika do gabinetu. Zastał ją tu samą, w krześle nad stolikiem, na którym już stała dla gościa podana kawa.
— Bardzo przepraszam, — odezwała się zmuszając do polszczyzny hrabina, — że fatygowałam ks. Kanonika — chciałam pomówić, poradzić się.
Kanonik się skłonił — ona westchnęła.
— Trudno mi tak czasem do kościoła dojechać, a chciałabym codziennie słuchać mszy św., a znowu wam Wikarego odbierać, kiedy powinien być pomocą — zwłaszcza przy waszym wieku.
— A! pani hrabino, — roześmiał się proboszcz, — ja jeszcze nie czuję się tak starym i niedołężnym — i radę sobie dam z parafią... Wikary mi nie jest tak nieodzownie potrzebnym.
— Zawsze, zawsze mój ojcze...
Kanonik chciał wysłuchać o co chodziło, więc milczał.
— Otóż, mój dobry ks. Kanoniku, wiedząc i to że wam podobno jakoś ten młody człowiek nie zupełnie dogodny...
— Tego nie powiem, — przerwał Kanonik — ja jestem z niego dosyć kontent, może on ze mnie, nie...
Hrabina spojrzała bystro i spuściła oczy.
— Koniec końców, wzięłabym go sobie za kapelana, to i wybyście się od niego uwolnili — i jabym wam nie była ciężarem... Czy nie macie nic przeciwko temu?
— Pani dobrodziejko, — odezwał się Kanonik, — jak tylko jej życzeniem jest to — dla mnie będzie najmilej jeśli się ono spełni.
— Tak! tak! byłam pewna, — śmiejąc się dodała pani, — że wy się za to gniewać nie będziecie. Ale powiedzcie mi, ot, tak, szczerze, jak swej kolatorce... czem on względem was przewinił?
— Ja go o nic nie obwiniam, — rzekł Kanonik. — Możemy być różnych charakterów, nie zawsze się godzić w sposobie zapatrywania na świat, na ludzi i obowiązki — ale ja nic niemam przeciwko niemu.
— Nic?? — powtórzyła hrabina.
— Nic a nic, — potwierdził Kanonik.
— Więc się starać mogę aby mi go wyznaczono za kapelana do pałacowej kaplicy?
— Jeśli wola w tem pani...
Rozmowa tak poczęta, prowadzona ze strony kolatorki bardzo ostrożnie i delikatnie, potrwała jeszcze z pół godziny, zeszła na obojętne ogólniki i Kanonik oddał dobranoc.
Przy pożegnaniu hrabina powtórzyła zapytanie i dodała.
— Pomimo że mnie ks. Kanonik zapewniasz że nic do ks. Wikarego nie masz, ja — na wszelki wypadek, go proszę, gdybyś będąc w mieście był pytanym o niego... nie psuj mu... a jeśli jest nawet wina jaka, — dodała z przyciskiem, — odpuść mu ją po chrześciańsku...
Pocałowała w ramię księdza, który powoli odszedł. W powrocie na plebanię już brewiarz nie przydał się gdyż zaczynało być ciemno, Kanonik z myślami swemi wolno pociągnął ku domowi. Czekała go tam siostra z ubogą wieczerzą — Juliana nie było.
Wieczerza była więcej niż skromna, nakrycie do niej jak najprostsze, obrus gruby, talerze stare, łyżki cynowe, karafka wody i chleb razowy.
Ponieważ probostwo było bardzo intratne, miano niezmiernie za złe Kanonikowi to jego tak nazwane skąpstwo, które wypływało z zasady. Utrzymywał on że ksiądz był szafarzem mienia ubogich i sam jak najmniej w życiu się od nich różnić powinien. Miano to za przesadę, za pokrywkę sknerstwa tylko. Obywatelstwo które się zjeżdżało na odpusty i święta, nie znajdując na probostwie nic oprócz najprostszego śniadania, nie mogło tego darować Kanonikowi iż nie poił i nie karmił. Zarzucano mu nepotyzm, zbieranie dla siostrzeńca, dla siostry, chociaż biedny kapłan grosza nie miał przy duszy. Wiedzieli najlepiej ubodzy w miasteczku, szkółka, sieroty na co szły jego dowody... Ci co go bliżej znali byli dlań z uwielbieniem, ale na złośliwych nigdy nie zbywa.
Przy wieczerzy smutnym był i pleban i siostra jego; do tego usposobienia przyczyniało się iż Julian zbyt często się oddalał z plebanii, bawił nieopowiadając się gdzie, wracał smutny, posępny, milczący i nawet matce się nie zwierzał z tajemniczych jakichś obrotów. Wiedzieli że u Ostójskich bywał rzadko i to właśnie trapiło, że gdzieś się błąkał, a zapytany, niechętnie tłómaczył. Obawiano się nań wpływu pałacowego... gdyż posądzano że tam pono najczęściej chodził i najdłużej przesiadywał. Jednakże Kanonik aby nie martwić matki, matka żeby nie zniechęcać wuja dla syna nie wspominali o tem i unikali rozmowy. Oboje widzieli w nim ze smutkiem wielkim zmianę wcale niepocieszającą. Pracował nad miarę, ale żył z duszą i sercem zamkniętem, z rachubą zimną i troską ciągłą o przyszłość, bez młodzieńczych porywów ku niczemu co zwykło młodość pociągać. W jego wieku to wystygnięcie zawczesne, to opętanie widokami ambicyi i robienia majątku, nie było wcale pocieszającym. Kanonik nie porywczym był w sądzeniu, matka jako matka pobłażającą — obojgu wszakże serce się trwogą ściskało.
I tego dnia talerz przy którem zwykł był Julian zasiadać, niebył zajęty przez ciąg wieczerzy, nie przyszedł na oznaczoną godzinę. Matka patrzała na puste krzesełko i łza się jej w oku kręciła. Mówiła jej na ucho p. Klara o tem iż powszechnie postrzegano że się zbliżał bardzo do pięknej włoszki, nie wierzyła wszakże pobożna kobieta aby coś zdrożnego w tym stosunku być mogło. Kanonik jak o wielu innych rzeczach tak i o tem wcale nie wiedział. Jego trapiło to więcej iż Wikary zbyt często z nim przestawał... bo się jego wpływu obawiał.
Z drugiej jednak strony matka i wuj zbyt praktyczny kierunek widząc w Julianie, nie pojmowali jakby ująć się dał temu co mu przyszłość zawiązać mogło i co jego realistycznym przekonaniom było przeciwne. Najgorszem zaś dla obojga wydało się to, iż Julian niechętnie mówił o sobie i nadto był zamknięty, co dowodziło, iż stracił dziecięce zaufanie do matki i wuja.
Pod koniec owej postnej wieczerzy która się składała z kleiku owsianego i kilku jaj, nadszedł Eliasz odnoszący zwykle wieczorem klucze od zakrystyi, od niepamiętnych czasów spoczywające nocą na kołku u drzwi; i pozdrowił siedzących.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki wieków — rzekł Kanonik. — Czy ks. Wikary powrócił?
— Niema go... niema — odparł Eliasz — ale niewielki i żal po nim — dodał — bodaj czy nie zanocuje w pałacu, bo po manatki przysłał...
— A! — rzekł Kanonik.
— Aleć on i bez nich tam nieraz nocował... niewiem co znaczy iż dziś je zabrali.
— On tam zapewne stale przy kaplicy osiędzie — rzekł Kanonik.
— Toćby i dobrze zrobił — mruknął wiarus — płakać nie będziemy...
— A Juliana tam nie widziałeś? — spytał Kanonik.
— Nie, z książką poszedł... niewiem.
— Gdy powróci, poproś go do mnie, jutro jadę, radbym się z nim widział.
Dosyć już późno było i Kanonik w swoim pokoiku ostatek wieczornych pacierzy odmawiał, gdy nareszcie Juliana krok dał się słyszeć w pierwszej izbie. Zbieg wszedł.
— Gdzieżeś to bywał? — spytał wuj.
— Zatrzymano mnie w pałacu...
Kanonik położył brewiarz, zbliżył się do siostrzeńca, pocałował go w głowę.
— Mój Julku, mój Julku, powiedz mi, co tobie jest? Nie takeś dobrze z nami jak dawniej, stronisz od matki i odemnie, nadto często przebywasz w towarzystwie pałacowem, zmieniłeś się.
— Kochany wuju — zawołał Julian — naprawdę niewiem czy mi za złe mieć można iż to towarzystwo dobrem znajduję. Trudno o lepsze...
— Ja go nie ganię... ale — płoche ono... rzekł ksiądz — a że na świat patrzy z salonu, w którem jest zamknięte zawsze, pogląd jego na świat ten fałszywy często.
Julian ruszył ramionami.
— Jakże twój wielce praktyczny kierunek, twoja miłość pracy, twoja ambicyjka, godzi się z przekonaniami tych... osób? spytał Kanonik.
— Jakoś się godzą — lakonicznie zamknął Julek. — Są to ludzie dobrze wychowani, zdrowo zapatrujący się na społeczeństwo jakiem ono jest, bez urojeń, bez marzeń i to właśnie zbliża mnie do nich, bo ja — marzeniami się brzydzę...
Kanonik stanął, popatrzał długo na Juliana nie mówiąc słowa i wrócił ku niemu z czułością obejmując za szyję.
— Dziecko moje! ty, w twoim wieku, marzeniami się brzydzisz! o! mój słodki Boże! coś powiedział! Tak! — wiek nasz cały idzie w tym kierunku iżby rad ochrzcił marzeniami najszlachetniejsze serca porywy... wkrótce może i Ewangelię nazwiecie marzeniem... Wszystko marzenie! Ależ dziecko drogie, tem co ty zwiesz marzeniem, życiem ducha tylko żyje człowiek... jeśli zejdzie na ciało, będzie cywilizowanem bydlęciem... Marzenie!! mój Boże — mówił Kanonik — a toć żywot. Ideały! a toć słońca do których lecieć potrzeba... ono to jest więc u was także marzeniem, wszystko co człowiek niedoścignionego ściga.
Stał winowajca, uśmieszek mu krzywił usta, nie mówił nic. Kanonik uspokoił się po chwilce, zmiarkował że spór i dialektyka z milczącym niemożliwa, dał pokój.
— Ja jutro jadę — rzekł — byłbym ci wdzięczen, żebyś więcej przy matce i domu pozostał. Między nami mówiąc, dobrą twą, kochającą cię matkę zaniedbujesz trochę. Mniej tego pałacu a więcej pilnuj domu, jak mnie kochasz. Zechcesz się rozerwać, idź lepiej do Ostójskich tam masz przyjacielskie prawdziwie, dawno wypróbowane serca... tam nic ci nie grozi. W pałacu radzi ci są bo się nudzą, ale oni z ludźmi nie swego świata, żyją tylko z nudów i przez grzeczność... a szczerej dla nich miłości nie mają, bo ich za pośledni rodzaj ludzi nawykli rachować...
Siostrzeniec milczał — na tej się więc nauce skończyło. — Dobranoc — dobranoc. — Kanonik padł na kolana i długo się jeszcze modlił.
Skutkiem otwarcia oczów p. Ostójskiemu, rozmowy jego z Zosią i rozbudzonej uwagi obojga było, że między pałacem a folwarkiem stosunki nieco ostygły; a raczej ostrożniejszemi się stały. Był to jedyny sposób wszakże, mówiąc po staremu — podbicia bębenka hr. Edmundowi, który o ile był zdolnym się zakochać, w Zosi się zakochał. Matka mu bynajmniej nie przeszkadzała może z wielką przebiegłością niewieścią, obrachowawszy iż przeszkody spotęgowuje miłość a dany jej bieg wolny, prędzej je wyczerpuje. Hrabina należała zresztą do tych pieszczonem życiem zobojętnianych istot, które unikają wszystkiego co im pokój i używanie czemkolwiek zakłócić może. Była nawet dobrą i łagodną dla tego najbardziej, ażeby się nie irytować i nie ściągać sobie niepotrzebnych kłopotów. Ilekroć Edmund mówił przed nią o Zosi odpowiadała mu: Jesteś już pełnoletnim, masz rozum, rób jak uważasz lepszem dla ciebie, ja ci nic nie narzucę... Ludzie się żenią dla siebie, powinni się żenić sami. Nie będę kryć przed tobą, iż świetną partyę znaleść byś potrafił, przy stosunkach jakie bierzesz po nas w spadku — Mais, c’est votre affaire!
I odwracała rozmowę na inny przedmiot. Hr. Edmund tymczasem czuł się coraz więcej opanowanym wrażeniem jakie na nim Zosia, sama o tem nie wiedząc czyniła. Gdy parę dni tylko jej nie widział biegł sam na folwark, wciskał się gwałtem i godzinami tam przesiadywał. P. Klara, nie dając po sobie poznać tego, sprzyjała naturalnie miłości, którą uważała za nadzwyczajne szczęście dla Zosi i domu. Ostójski był grzeczny a zimny. Ale jego najczęściej niezastawał odwiedzający na folwarku. Największą przeszkodą dla hr. Edmunda była wesołość Zosi, która śmiejąc się ze wszystkiego nic na seryo brać nie chciała, i ten nieszczęśliwy Margocki, który albo na folwark go wyprzedził, albo go tam dognał... albo z drogi go już czemś odciągnął.
Prowadził on to bardzo zręcznie, złapać go nie było podobna na umyślnem zabieganiu — wytłomaczył się zawsze, przecież... licho go wniosło niepotrzebnie, gdy hr. Edmund najmniej się spodziewał.
Jednego wieczoru zasiadł się był tak gość w najlepsze pod pozorem że życzy sobie Ostójskiego doczekać, czemu p. Klara wcale nie była przeciwną, gdy przez okno na drodze do pałacu wiodącej ukazał się powóz podróżnemi tłomokami i kuframi obładowany. Ponieważ się nikogo z gości w pałacu nie spodziewano, hr. Edmund chwycił aż lornetkę żeby powóz lepiej rozpoznać i dopatrzył tylko tego, że na kufrach był futerał od męzkiego kapelusza, co zwiastował przybyłego mężczyznę.
Kto to być mógł, głowę sobie łamał, ale bądź co bądź, czuł się tam potrzebnym i rad nie rad, przeklinając natręta, musiał ciocię i Zosię pożegnać. Pobiegł sam do pałacu, wiedząc że matka by przysłała po niego.
Na drodze spotkał zadyszanego Margockiego.
— Biegłem właśnie po pana hrabiego.
— A! gość jakiś, przeklęty natręt.
Margocki się roześmiał, biorąc za boki.
— No, któż to taki?
— Stary hrabia!
Młodemu hrabiemu ręce opadły... Ze wszystkich natrętów ten może, choć się go nazwać tak nie godziło, był najniebezpieczniejszym. Łacno się też domyślał każdy co niespodzianie sprowadzało hrabiego dzielącego się między Wiesbadenem a Ostendą do domu. Musiał odebrać wieść że żona wyruszyła ssać dochody, że syn tam był także i w trwodze ażeby mu nie zagarnięto potrzebnych funduszów na przebycie zimy w Nicei i Monaco, pospieszał i on na plac boju. Interesowani łatwo się tego mogli domyśleć i można sobie wyobrazić jak mu byli radzi. Stosunki pana domu z żoną i dziećmi, były nader przyjazne, serdeczne na pozór, ale najobojętniejsze w świecie. Całemi latami nie widywali się z sobą, spotykali jak dobrzy starzy znajomi, mówili nie dotykając nigdy kwestyi drażliwych, w interesach traktowali z sobą przez trzecie osoby, witali mile, rozstawali przyzwoicie. Dla zachowania też tej przyzwoitości pisywano do siebie listy pełne do niczego nie obowiązującej czułości najśliczniejszą francuzczyzną, nigdy nie tykając interesów. O tych uwiadomiony był plenipotent, który musiał często nader ostro przed nim występujące strony godzić, zbliżać i sądzić. W chwili gdy często najzaciętsza była walka o pieniądze, których wiecznie wszyscy potrzebowali więcej niż mieć mogli listy ceremonialne tchnęły najwykwintniejszą czułością.
Hrabia był o wiele starszym od żony, ale utrzymywał się przy pozorach pewnej siły i rzeźwości prawie młodzieńczej środkami od anglików wyuczonemi. Słusznego wzrostu, szykowny, grand seigneur w każdym ruchu i słowie, twarz miał chudą ale jeszcze piękną, włosów siwych nie farbował, ani się z niemi taił, ale je utrzymywał bardzo starannie. Strój jego był nadzwyczaj prosty na pozór, ale w istocie wyszukany i robiony u najlepszego krawca na Regent-Street. Innych jak angielskie suknie hrabia nie mógł ani nosić ani znieść.
Nie mógł się nie podobać hrabia tak był miły, grzeczny, dowcipny, tak umiał rozmawiać, tak się potrafił z najwyższym zawsze znaleść taktem. Istny gentleman angielski, obrał sobie za wzór lordów izby wyższej i na nich się z wielkiem powodzeniem wymodelował. Co do przekonań i barwy politycznej, był torysem najczystszej wody, a polskiego nie miał w sobie nic i przyznawał się otwarcie że się o to najpilniej starał, by się odpolonizować. Na naród do którego miał nieszczęście, jak powiadał należeć, zapatrywał się ze znanego bardzo stanowiska najwyższej pogardy i wstrętu. Dosyć ażeby co było polskiem, by dlań się stało niemiłem. Obyczaje, cnoty, wady potępiał znajdując zawsze ironiczną stronę we wszystkiem, z której się prześmiewać lubił.
Typ to wcale nie wyjątkowy. Mamy niestety, Polaków takich mnóstwo, którzy jeśli nie mówią jak hrabia, myślą jak on.
Stosunki w kraju ograniczyły się dla hrabiego światem urzędowym i małą liczbą tych domów, które się starają doń zbliżyć i należeć. Poniżej już dlań nie było ludzi z któremi by nawet zmuszony raczył przestawać... to była już ta nieznośna polonia, której nie cierpiał. Jeśli wypadkiem dłużej się w kraju zabawił a w cudzym gdzieś domu zaprezentowano mu kogo, naprzód starał się ręki nie podać, potem cofał nieco, pozdrawiał ukłonem dumnym, nie mówił słowa i oddalał się dając do zrozumienia iż zbliżać się nie myśli.
Za granicą hrabia wcale tak przebierającym nie był, w Monaco i Wiesbaden zasiadał do stolika gry obok największej hałastry europejskiej, zapoznawał się, bywał, przyjaźnił, ale w domu!! W kraju też zwykle z musu tylko siedział, na krótko i uciekał jak z atmosfery, którą wyżyć nie mógł.
Margocki z hr. Edmundem pospieszyli do oficyny w której były zawsze gotowe na przyjęcie apartamenta hrabiowskie, gdyż tam zajechał i wysiadł. Miał się przebrać i posłał do hrabinej z zapytaniem czy będzie przyjętym i o której obiad. Stary hrabia inaczej nie jadał jak najwcześniej o siódmej, tu na wsi o trzeciej musiała jadać hrabina, dla uniknienia wielu niedogodności, ale i ona by była wolała siódmą lub ósmą. Ponieważ już było po obiedzie, hrabia kazał sobie podać obiad w swoich pokojach, a do hrabinej obiecał się na wieczór.
Nakarmić hrabiego było na wsi niesłychanie trudno, wykwintny smakosz, nierozumiał obiadu bezprawidłowego. Musiała być ryba, zwierzyna, lody, przekąski, nowalie, cztery wina różne... szampan i t. p. Musiało to wszystko być podane z szykiem, a najstarsze Bordeaux bez koszyczka i stojące wydało by mu się nie do picia.
Gdy Edmund wszedł a ojciec zajęty był toaletą, rozpoczętą po podróży od kąpieli... nie można się z nim więc widzieć było, póki by się nie ubrał. Dobrą godzinę najmniej miał młody hrabia przed sobą i poszedł z Margockim do jego mieszkania na dół.
— No, Margosiu — ciężka na ciebie przyszła godzina — odezwał się do niego — mama, papa i ja... Trzy błagające dłonie a raczej garście, któreby jak najwięcej pochwycić i ścisnąć chciały!! Wyłysiejesz do reszty...
Plenipotent się uśmiechnął.
— Z próżnego i... Salomon nie naleje — rzekł — przedstawię rachunki... okażę wydatki... a co zostanie... zabierzecie.
— Tylko ci z góry powiadam ja na rachunki nie patrzę, mama ich nie rozumie, ojciec się niemi nudzi... rachuj jak chcesz a pieniądze żeby były. To moje ultimatum.
— A jak nie będą? — spytał Margocki.
Edmund się zamyślił: — No to od czegoż ty i twoja głowa? pożycz...
Plenipotent się roześmiał.
— Bajeczna to rzecz dostać pieniędzy!...
— Ty umiesz i bajeczne czynić rzeczywistością...
Przegadali tak aż do godziny w której się wyjścia ojca mógł spodziewać syn. Poszli. W chwilę po ich przybyciu do saloniku, drzwi się otworzyły, i stary wszedł z niezmierną czułością, wesołością, żywością ściskając syna, któremu się przez szkiełko przypatrywać zaczął.
Margockiemu podał rękę.
Mówił tylko po francuzku.
— Ty mój Margosiu — coś mi postarzałeś... Edmund zmężniał...
Hrabia prosił siedzieć syna jakby gościa, sam siadł, dano znać o obiedzie, przeszli do małej jadalni, gdzie kamerdyner przybyły ze starym urządził jak mógł ce mauvais diner i zapowiedział panu, że tego dnia musi się zaspokoić tem co było, inaczej by bowiem jak Ludwik XIV, naraził się na — czekanie!
Gospodarz był do tego przygotowany i jak mówił, il faisait bonne mine à mauvais jeu.
Rozprawiano o kursach, o koniach, o wodach — o polityce, o różnych znakomitościach stałego lądu i w. Brytanii. Hrabia był ożywiony i werwy pełen. Przy nim gaśli wszyscy.
Nareszcie po czarnej kawie, po likworze, po cygarze, kamerdyner podał kapelusz i białe rękawiczki, hrabia wybrał się pozdrowić żonę. Syn i plenipotent składali orszak jego. Na przyjęcie gościa hrabina kazała oświecić wielki salon, przywdziała suknię w której była raz w Tuileryach, słowem wystąpiła wiedząc że to mężowi będzie przyjemnem.
Z daleka patrzący byłby poprzysiągł iż tych ludzi dwoje co najwięcej dobremi byli znajomemi, i dobremi przyjaciółmi. Rozmowa nie tknęła nic poufalszego, ojciec tylko spytał dla formy o drugiego syna... a potem wzajem sobie przy herbacie opowiadając anegdoty z wielkiego świata, ona co jej mówiła cesarzowa i księżna Metternich, on co mu powiadał Lord Clarendon i Gladstone... przesiedzieli najmilej do północy, dali sobie dobranoc... i rozstali się zachwyceni sobą.
— Wiesz Carito — odezwała się po wyjściu męża hrabina do towarzyszki — hrabia jeszcze dziś jest jednym z najpiękniejszych mężczyzn w Europie. Quelle prestance! quel air grand seigneur! I, powiadam ci, że nic nie starzeje... cudownie zakonserwowany.
W tej samej prawie chwili — hrabia mówił Margockiemu: — Hrabina nieco utyła... ale co za świeżość twarzy! jaki blask w oczach... wcale jeszcze ładna, a wiesz, że ma lat pięćdziesiąt... C’est moi qui vous le dit.
Tegoż wieczora gruchnęło na folwarku, po miasteczku że hrabia przybyć raczył. Wiedziano że był wymagającym i że oddanie mu należnego hołdu przez osoby na jego ziemiach osiadłe, uważał za obowiązek. Przygotowano się więc nazajutrz spytawszy o godzinę. Zwykle w takich razach zbierało się co żyło we frakach do salki w oficynie, na godzinę jedenastą. Tu czekano od kwandransa do trzech — drzwi się otwierały i dostojny pan wchodził w rannym surducie pozdrowić swych wiernych... poddanych... Zresztą grzecznym dla nich był nadzwyczajnie, ale grzeczność jego mroziła i odpychała. Jako dobry katolik — co do form zewnętrznych — księży witał naprzód, potem obchodził do koła wszystkich i łaskawie pozdrawiał z kolei słowem lub dwoma. Jeśli zaś kto miał nieszczęście na niełaskę zasłużyć, karany bywał milczeniem. Po odbytej ceremonii uciekało wszystko, szczęśliwe że się jej zbyło... do domów, a czasem ksiądz lub ktoś potrzebny zostawał, jeśli naprzykład, zamierzano u niego dostać pieniędzy.
I tym razem ceremonia powitalna odbyła się uroczyście. Ostójski przybył także z tą białą rękawiczką w ręku, a że Margocki dawno już o zamożności jego mówił, hrabia uczcił go, na wypadek gdyby miał potrzebować, kilką słowy miłemi i uśmiechem uprzejmym. Z ks. Kanonikiem zagadał hrabia o Rzymie i złośliwości Włochów, o żuawach papiezkich, o nadziei pewnej, iż dawne ziemie oderwane od państwa kościelnego przywrócone zostaną...
Po kwandransie wszyscy jak zawsze rozeszli się, hrabia siadł odpocząć. Edmund poszedł do matki, został tylko powstrzymany Margocki, bo hrabia się chciał od niego o interesach dowiedzieć.
— Siadaj że, proszę cię bez ceremonii. — Tak się rozpoczęła rozmowa.
— Chciałbym się coś dobrego od ciebie dowiedzieć o interesach! Mów mi! La pauvre chère comtesse, pewnie potrzebuje pieniędzy, ja ogromnie, ogromnie, przyjechałem niemając trzech tysięcy franków w kieszeni. Edmund mówił mi że ma długi. No, cóż ty nam dasz?
Nie będziemy szczegółowo spisywali bardzo ciekawej rozmowy hrabiego z plenipotentem, przeciągnęła się ona bardzo długo i zostawiła po sobie wrażenie przykre na dostojnym panu. Posądzał nawet plenipotenta o nieudolność, ociężałość lub... któż wie? o co gorszego może jeszcze... Bo jak to być mogło żeby nie było pieniędzy??
Gdy ludzie tego rodzaju potrzebują ich, niema najmniejszej wymówki, pieniądze muszą być — jest dla nich rzeczą oburzającą aby im, odmawiano le premier necessaire, które często stami tysiąców się liczą. Ale jakże żyć comme un manant?
Hrabia wcale zadowolnionym nie był z plenipotenta, ukazującego same trudności, szkopuły... ciężary, niepowodzenia. Dla ukarania go zasępił się i był najpewniejszy, iż brwi zmarszczone i groźba niełaski wszystko to zmienić muszą.
Zaczęto pod koniec rozmowy o panu Edmundzie, o jego życiu, o wydatkach i t. p. Margocki miał ten dobry system iż ojcu zawsze mówił sous le sceau du secret na syna, synowi na ojca, matce na obu.
— Pan hrabia wie jak ja całą rodzinę kocham i szanuję, a pana Edmunda wielbię — ale mnie on smuci... Bo cóż to za życie?
— Co? traci? traci? na kobiety?
— No tego nie powiem żeby tak wiele... une actrice.
— Przystojna? widziałeś?
— Bardzo ładna niemeczka.
— Hm! il faut que jeunesse se passe.
— Ale jużby też czas pomyśleć o ustaleniu losu, o małżeństwie. Hrabia ma zbyt miękkie serce, — dodał śmiejąc się niby dobrodusznie, — miałem tego dowód świeży.
— A! a! powiedz że mi to! — zawołał hrabia...
— To nawet trochę nadto seryo jakoś wygląda, — dodał Margocki, — formalnie zakochany, oszalały w córce Ostójskiego, dzierżawcy.
Allons donc!
— Tak dalece, że z hrabiną roztrząsał szanse ożenienia.
Allons donc! czy waryat?
— A hrabina z tą swoją anielską dobrocią zdawała się mu nietylko nie sprzeciwiać — ale potakiwać... Dla tego potrzebowałem hrabiemu to powiedzieć, boć należy temu zapobiedz.
— Najgorzej jest w takie rzeczy się mięszać, — rzekł stary hrabia, — nadaje się im ważność której nie mają. Niebezpieczeństwo jeśli jakie grozi to tej biednej dziewczynie... no! ale co mi tam do tego! niech ojciec pilnuje!
Margocki więcej nie nalegał, potrzeba mu tylko było rzucić wiadomość, aby później do niej przyszyć co wypadnie.
Chociaż pani hrabina gościła u cesarzowej i była w przyjaźni z księżną Metternich, gdy okoliczności zmuszały ją do pobytu na wsi, obchodziła się takiem towarzystwem jakie mieć mogła, byle nie została samą. Z przyjazdem hrabiego który nierównie był w wyborze trudniejszym i mniej przystępnym, w pałacu musiało się wiele zmienić. Wprawdzie hrabia nie rozkazywał, nie mięszał się, nie przeszkadzał, ale umiał obejściem się swem, miną, jednem niczem okazać dotkliwie czyja przytomność była mu nieprzyjemną. Jednym ze środków przezeń najpospoliciej używanych do odpłaszania ludzi, było ignorowanie ich zupełnie. Tych, których sobie nie życzył, nie widział, nie słyszał, nie znał; nie mówił do nich, unikał spojrzenia, nie odpowiadał na pytania, słowem obchodził się z niemi jak gdyby ich tam nie było. W ten sposób nie używając gwałtownych środków, umiał się w końcu pozbyć każdego. Zaraz następującego dnia zobaczywszy w pałacu zwykłe towarzystwo, ks. Wikarego który zwał się kapelanem, pana Juliana, którego mianowano doktorem anticipative, naostatek pannę Zofię z panną Klarą, hrabia rozpoczął postrzeżenia swe i postanowił w duchu oczyścić pałac z żywiołów napływowych, które mu się nie podobały. Kapelan uzyskał amnestyę już dla swej sukni, już przez to że mówił biegle o książętach rzymskich i kardynałach z którymi, jak utrzymywał, poufale obcował, Julian nie zbyt mu się podobał, lecz względem niego postanowił do czasu zachować się neutralnie, co się tyczy panny Zofii i cioci, na to spojrzawszy z ukosa, hrabia nie rozbrojony wdziękiem pierwszej, ani wdzięczeniem się drugiej, powiedział sobie że je wyprawi na folwark.
Dla samego syna nie chciał tolerować ich pobytu i odwiedzin w pałacu częstych pod pozorem muzyki. Zaledwie się pannie Zofii skłoniwszy, nieodpowiedziawszy ani słowa na wyszukany komplement panny Klary, stary pan szukał tylko środka grzecznego okazania tym paniom ażeby poprzestały bywać w pałacu. Z mężczyznami nierównie łatwiej, z kobietą bardzo trudno, niegrzecznym bowiem we własnym domu ani być mógł ani chciał.
Zaraz pierwszego wieczora gdy Zosia wedle swojego obyczaju wcale nie zmięszana przytomnością hrabiego, śmiało gwarzyła i wypowiadała myśli swoje z dziecięcą naiwnością i odwagą, hrabia wysłuchawszy szczebiotania, poznał że miał do czynienia z niepospolitą istotą.
To go więcej jeszcze nastraszyło. Nie odzywał się wcale do niej, udawał że nie patrzy ale uważnie słuchał rozmowy jej z hrabiną, z Caritą i synem. Śmiałość, świeżość myśli, spokój z jakim mówiła mocno go zastanowił. Dziedziczka milionów i wielkiego imienia nie mogła być śmielszą. Urok młodości przytem... nowość... nie był do pogardzenia. To co w opowiadaniu Margockiego wydało mu się wcale obojętnem, teraz po lepszem przypatrzeniu z blizka, nabierało groźnego znaczenia. Edmund wcale nie zważając na ojca był nadskakującym i niezmiernie czułym dla Zofii.
Hrabia powrócił do swych pokojów zamyślony. Synowi nic mówić nie chciał, nie było to w jego obyczaju... pannie dać poznać nieukontentowanie nader zdawało się trudnem, a jednak, coś było począć potrzeba.
Hrabia zostawił stanowczą decyzyę czasowi. Następnych dni zachował się jak obojętny widz tylko, ale oko miał nader trafne i najmniejszy ruch a skinienie mu nie uszło. Dopatrzył się tu nawet rzeczy których nikt nie widział... i o których nie wypadało mu też mówić nikomu.
Upłynął tydzień od przybycia hrabiego... na pozór nie zmieniło się nic w pałacu... Stary wszakże do nowych gości swej żony nigdy słowa nie powiedział, nie zapytał, nie wszedł w rozmowę. Z jednym Wikarym czasem parę słów zimnych zamienił.
Po tygodniu gdy wszystko zdawało się iść już swym trybem bez najmniejszej z jego strony przeszkody... jednego poranka, namyśliwszy się hrabia napisał bilecik i oddał go swemu kamerdynerowi z poleceniem, aby go ktoś niepostrzeżenie odniósł na folwark... Kartka ta bardzo złą polszczyzną napisana i nieczytelna, zapraszała pana Ostójskiego, ażeby był tak grzeczny i nazajutrz o godzinie dziesiątej hrabiego odwiedził.
Ostójski, który zwykle wszystkie interesa z Margockim kończył, a z hrabią nigdy żadnego nie miał i mówić z nim nawet nie umiał, niezmiernie się temu zaproszeniu zdziwił i zafrasował, gdyż inaczej wytłómaczyć go sobie nie mógł jak — potrzebą pożyczenia pieniędzy — i to grubych. — Ulokować zaś na odłużonych dobrach na czwartym lub piątym numerze po landszafcie sumę znaczną, było toż samo co ją na wieki stracić. Wymówić się nieposiadaniem jej nie było sposobu znowu, bo zdrajca Margocki mógł o obrocie kapitałów szlachcica doskonale zawiadomić.
Nie powiedział zrazu nikomu o zaprosinach Ostójski, kabałę pociągnął, nie wyszła, był zły...
Trzeba było nazajutrz iść do pałacu o godzinie dziesiątej... rodziło się wszakże dla szlachcica pytanie którego on bez rady osób doświadczeńszych rozwiązać o swej sile nie umiał. W surducie iść, jako zrana, czy we fraku, jako do excellencyi i jurisdatora? — Nie chciał chybić jemu ale też i sobie, okazując się nieobeznanym ze zwyczajami światowemi. Instynkt dyktował surdut, obawa tradycyjna przed jaśnie wielmożnym — frak i ową znowu nieśmiertelną rękawiczkę białą. Pociągnął kabałę na frak, — nie wypadła, los więc oświadczał się za surdutem. Rodziły się zatem skrupuły. Hrabia był niesłychanie dumny, był szambelanem bodaj dwóch dworów, kawalerem kilku wysokich orderów, miał gwiazdę... Ostójski uczuł się tak niepewnym iż musiał zwierzyć się siostrze...
Panna Klara wysłuchała petycyi milcząca i głęboko zadumana — nie wydała wszakże natychmiastowego wyroku, ważyła długo co za i przeciw powiedzieć się dawało.
— Widzisz, kochany bracie, — odezwała się złagodzona względem niego wdzięcznością za to że ją do rady wezwał, — widzisz... to pan z panów... i twój bądź co bądź chlebodawca, siedzisz na jego majątku... znasz dumę... włóż frak...
Byłby Cześnikiewicz włożył go niechybnie, gdyby z wielkiej gorliwości o to aby się wydał świeżym choć nim nie był, nie wzięła go w opiekę panna Klara i nie postanowiła odprasować. Żelazko było gorące bardzo, służąca weszła pytać o rozkazy, zbyt długo pozostawione na pole fraka... spaliło ją najnielitościwiej, do dziury.
Rozpacz panny Klary odmalować się nie daje, chociaż ona nic nie była winną, tylko ta głupia służąca która weszła nie wporę i stała się katastrofy przyczyną. Drugi z rzędu frak — nader podżyły i o białym dniu nie możebny, sługiwał tylko na te baliki i wieczory w sąsiedztwo gdzie zawsze sosem oblewano i świece kapały. Przy świetle był jeszcze uchodzący, ale o godzinie dziesiątej nadto na nim znaczne były wszystkie blizny w mnogich walkach odniesione.
Poszedł więc Ostójski — tak chciało przeznaczenie — w czarnym surducie spiętym na jeden guzik żołądkowy, ale w kamizelce białej i cylindrze. Wpuszczono go natychmiast i to nie do sali audyencyonalnej, ale do gabinetu hrabiego, co było już dowodem szczególnej łaski. Hrabia miał na sobie przepyszne ranne ubrańko z lekkiej flaneli a na głowie fezik nader zręcznie ułożony. Pozdrowił Ostójskiego uprzejmie, wskazał mu krzesło, sam usiadł nachylając się ku niemu, i rozpoczął rozmowę.
Nim z niej jednak zdamy sprawę, poprzedzim ją małą uwagą ku zrozumieniu potrzebną.
Ostójski był bardzo łagodnym, dobrodusznym i pokornym nawet człowiekiem, to nie ulegało wątpliwości, miał jednak słabe i drażliwe w sercu punkta których dotykać nie należało — bo tu, jak za przyciśnięciem sprężyny odzywała się i buta szlachecka i obrażona miłość własna i krew gorąca, którą powierzchownie jak lawę wulkanu czas ostudził, choć pod spodem rozpłomieniona jeszcze płynęła... Tych odcieni charakteru mało kto z najbliższych Ostójskiemu był świadomy, a cóż dopiero hrabia który go znał tylko jako potulnego swojego dzierżawcę, wyglądającego na hreczkosieja, szczęśliwego gdy go łaskawe słowo z ust pańskich zaszczyci.
— Mój kochany panie Ostójski, — rzekł hrabia powoli, — daruj mi żem acana dobrodzieja fatygował, mam do pomówienia. Znam go jeśli nie osobiście to ze stosunków naszych zdawna, jako godnego człowieka.
Ostójski wstał z krzesła, ukłonił się, kapelusz upuścił, podjął go i słuchał.
— W delikatnej cale materyi, zmuszony jestem przemówić do niego. — Hrabia westchnął.
— Acan dobrodziej sam ojcem jesteś...
Ostójski znowu się skłonił, ale kapelusz aż zgniótł tak trzymał, żeby mu powtóre nie upadł...
— Jest rzecz taka... hrabia Edmund, człowiek młody, niedoświadczony, znać miękkiego serca i płochy, widzi mi się do córki asindzieja, pięknej panny Zofii zbytni okazywać afekt. Bardzo mnie to zasmuciło, bo i dla panienki to gra niebezpieczna, i naturalnie — nic z tego być nie może — i chłopiec się durzy napróżno... Trzeba na to szukać rady i temu zapobiedz... aby się to nie przeciągało...
Ostójski słuchając zrazu uszom nie dowierzał, potem zczerwieniał cały jak rak, zakrztusił się bo czuł że mu krew napływa do głowy... i choć hrabia zamilkł, dając mu czas do odpowiedzi, słowa wyjąknąć nie mógł.
— Niepodobna żebyś pan lub siostra jego nie dostrzegli tego, żeby ojciec tego nie wiedział, muszę więc przypuszczać, — dodał hrabia, — iż może rachujecie na słabość młodzieńca, matki i moją, a czuję się w obowiązku oświadczyć mu iż ta rachuba omyli...
Ostójski pod koniec zerwał się zburzony, zadławiony gniewem, zapomniawszy zupełnie że mówił z ekscelencyą gwiazdzistą i jurisdatorem.
— Panie hrabio, — zawołał głośno i prawie krzykliwie.
Hrabia za rękę go chwycił.
— Na miłość Boga, tylko ciszej!
— Panie hrabio, — wyrywając rękę krzyknął Ostójski, — moja córka... moja córka... ja, mości dobrodzieju, nie potrzebuję żadnych podobnych rachunków...
— Tylko ciszej, proszę cię i nie gniewaj się, panie Ostójski, — rzekł hrabia skłopotany nieco, — no! to dobrze, to bardzo dobrze! więc cicho, zgoda... niech tylko w pałacu nie bywa.
— Aleśmy my, mości dobrodzieju, panie hrabio, — dodał Ostójski jeszcze bardziej rozjątrzony, — wcale się tam nie cisnęli. Nie żądni jesteśmy towarzystwa do którego nie nawykliśmy, mamy swoje. Córka moja udała się tam na wyraźne zaproszenie i naleganie pani hrabinej. Żadnych koperczaków do mojej córki, gdybym je widział i one przypuszczał — nie dopuściłbym... bo córka moja partyę sobie odpowiednią znajdzie...
— Tylko nie gniewaj że się, mój panie Ostójski, — rzekł hrabia zmięszany, — nie bierz tych rzeczy tak gorąco... nie urażaj się. Rozumiesz to bardzo dobrze iż ja dla mojego syna partyi odpowiedniej i majątkiem i imieniem szukać muszę, a nie...
Ostójskiemu oczy krwią zaszły.
— Ale ja także! ja także! mości dobrodzieju! panie hrabio. Ja w tem szczęścia córki nie widzę żeby poszła za panicza którego by rodzina krzywo na nią patrzała. Zosia ma swoje sto tysięcy talarów gotówki, czego czasem i księżniczki nie mają, ma poczciwe imię, młodość, rozum, a z tem się prosić nie potrzebuje aby ją kto wziął.
Ostójski był tak zburzony i gniewny iż obawiając się aby mu język nie poddał jakiej niedorzeczności, natychmiast, mimo że hrabia usiłował go uśmierzyć i zatrzymać, ukłonił się i z impetem wielkim wyszedł.
Nie wiedząc co począć a uczuwszy dopiero iż popełnił wielką niezręczność, nie obrachowawszy dobrze charakteru szlachcica, hrabia pozostał w gabinecie blady, zmięszany i sam na siebie gniewny. Czuł bowiem iż to wystąpienie musi za sobą pociągnąć skutki nieprzyjemne... Lecz co się stało, odstać się nie mogło.
Ostójski wybiegł raczej niżeli wyszedł z oficyny, szczęściem że go nikt nie widział, pogięty kapelusz, zapomniawszy o znajdującej się w nim rękawiczce, wbił na głowę tak iż białych palców część zwisła mu na czoło, czego w wielkiem rozgorączkowaniu nie czuł, opędzając się rękawiczce niby muchom natrętnym. Sam nie wiedział jak się dostał na folwark... W kapeluszu na głowie wpadł do pokoju w którym córka grała na fortepianie, rzucił się do niej całując ją i ściskając — stłumionym powtórzywszy kilkakroć głosem.
— Od dzisiejszego dnia... ani noga twoja w pałacu... proszę i rozkazuję.
Na głos ten wpadła jakby przeczuwająca coś panna Klara.
— Słyszy siostra, — zawołał Ostójski, — jam ojciec tu i mam prawo dyspozycyi, od dzisiejszego dnia, chociażby postokroć zapraszano, nikt nie pojedzie do pałacu. Stosunki są zerwane. Ja tak chcę i dysponuję.
— Ale cóż się stało? — zapytała panna Klara.
— Nic się nie stało, tylko ja ojciec, głowa domu i chcę by tak było i — rozkazuję.
— Zawołać Jakóbka.
Panna Klara stała niema.
— Proszę mi kazać zawołać Jakóbka...
Jakóbek był chłopak pełniący różne funkcye, lokaja, kamerdynera, woźnicy a nawet dozorcy w polu. Przeważnie jednak półmiski roznosił i posługiwał w salonie.
— Zawołać Jakóbka! — po raz trzeci powtórzył pan Ostójski, aż sama Zosia pobiegła po niego, czemu się nie sprzeciwił. Tego czasu użyła panna Klara aby go spytać znowu.
— Ale cóż bratu jest?
— Nic mi nie jest i proszę mnie o nic nie pytać. Dysponuję bo mi się tak podoba... W tej chwili Zosia wbiegła prowadząc ze sobą Jakóbka, który w pospiechu nie mając czasu przywdziać surduta, zjawił się w granatowej kamizelce.
— Jakóbek mnie wysłucha z uwagą i spełni co do joty to co mu powiem. Słyszysz — co do joty.
— Słyszę panie.
— Włożysz surdut naprzód, porzucisz wszelką inną robotę, kto inny cię zastąpi, staniesz w ganku i będziesz stać od godziny 10 rano do wieczora. Jeźliby kto przyjechał lub przyszedł z pałacu, hrabia dziedzic stary czy młody, czy ktokolwiek bądź — zastąpisz mu drogę i powiesz wyraźnie i dobitnie, że państwa nie ma w domu. A jeśliby się wnijść upierał, — zamkniesz drzwi pod nosem — słyszysz?
— Słyszę, proszę pana — rzeki Jakóbek, — ale oni widzą i wiedzą kiedy państwo są u siebie — cóż ja będę kłamał?
— Tylko mi ty nie teologuj i nie kręć, — zawołał Ostójski, — dla wszystkich my jesteśmy w domu, a dla nich — nie. Jakóbek gębę otworzył.
— Zrozumiałeś?
— Rozumiem, proszę pana, to tak jak w mieście, gdzie choć kto jest doma, nieprzyjmuje...
— Jeśli spytają o mnie — nie ma, o pannę Klarę, — nie ma, o pannę Zosię, nie ma. Nie ma i nie ma.
— A dopóki to ma być?
— Póki cię ze szyldwachu nie zdejmę, — rzekł Ostójski. Dobył sakiewki z kieszeni, dostał z niej talara bitego i dał chłopcu — porzuć wszystko i idź na wartę w ganek.
To rzekłszy spocony, zmęczony, rzucił się Ostójski na kanapę i uznojone czoło sparł na dłoni. Zosia i panna Klara stały nad nim milczące nie śmiejąc go nawet zapytać co się stało. Rzadko go widywano w tym stanie, a gdy był podraźniony, wiedziano iż mu się trzeba dać wysapać, dopiero sam potem udobruchany z serca ciężar rzuci i wygada się.
Panna Klara zrozumiała tylko jedno, iż jej dla Zosi nadzieje rozchwiane były, iż coś stawało tej miłości na którą ona rachowała — na przeszkodzie.
Zosia przyjęła to obojętnie, dla niej jakkolwiek pałacowe towarzystwo było dosyć przyjemnem, ceniła je głównie z tego, że tam teraz częściej Juliana spotkać, spojrzeć na niego i śledzić go mogła.
Ostójski siedział długo oparłszy głowę na dłoni, wzdychał, kręcił się, mruczał, nareszcie oczy odsłonił i zobaczył już tylko Zosię samą, która z troskliwością dziecięcą, w milczeniu siedziała czekając aż ochłonie...
— Ty tu jesteś? spytał cichym głosem, — dobre dziecko? Prawda? nie gniewasz się na mnie? nie?
— Za co?
— Za to, że cię towarzystwa pałacowego pozbawiłem... ale niech ich tam wszystkich... wezmą. Nam nic po niem, nic... Toć przecie ludzie z innej gliny i innego gatunku. Co nam po nich, co im po nas? Pókiśmy im gotowi jak pudle na dwóch łapach służyć, póty dobrze, ale uchowaj Boże myśleć się o równe upomnieć prawa...
— Mój tatko — o cóż poszło?
Ostójski pomyślał trochę, jakby rozważał czy ma jej wszystko powiedzieć, potem rzekł:
— Na co ci mam taić. Stary hrabia mnie wezwał dziś rano, aby mi oświadczyć, iż my napróżno rachujemy na bałamucenie jego syna... bo on się w żadnym razie z tobą nie ożeni... A razem prosił... abyś ty nie bywała w pałacu.
Zosia skoczyła zapłoniona, gniewna jak ojciec, uderzając w rączki.
— A ty? a ty? — spytała.
— A jam mu powiedział, że my nikogo ciągnąć nie potrzebujemy, że my... tego. No, dosyć żem mu szpetnie zmył głowę i wypadłem. Teraz trzeba się innej dzierżawy starać, bo gdyby oni mnie chcieli, ja ich — nie. I rozumiesz dla czego gdyby kto przyszedł z pałacu zakaz przyjmowania...
Zosia pocałowała ojca w czoło.
— Uspokój się tatku, — rzekła, — proszę cię. Postąpiłeś godnie, święcie... Nie radabym w tej chwili ztąd ruszyć, ale — wola Boża! Słuchaj dobry ojcze — konie dysponuj na jutro, gospodarstwo zdaj na Obzorskiego — a my — jedźmy...
— A! ty jesteś złota dziewczyna! — zawołał zrywając się Ostójski, — tyś anioł, ja wiem i czuję twoją ofiarę... ale trzeba jechać. Jedźmy... jedźmy! dokąd?
— Dokąd chcesz — mnie wszystko jedno. Jutro — dziś, jeśli można.
Zosi łzy się kręciły, ale i ona oburzona była, krew młoda w niej kipiała.
— Dokąd chcesz ojcze... byle prędko...
Ojciec rzucił się ją całować i ściskać, popłakali się oboje. Na tę scenę weszła panna Klara zdumiona, trochę kwaśna.
— Cóż to za czułości? — spytała...
Ostójskiemu humor nagle powrócił.
— Siostro Klaro, — odezwał się — hora canonica, każ dać wódki i piernika... i niech ich... wezmą!
— A ja o niczem nie wiem! — z urazą szepnęła stara panna, — mnie trzymacie w dręczącej nieświadomości przedmiotu waszych gniewów, rozczuleń i wesela? Godziż się to?
Ostójski milczał, Zosia szła pocałunkiem przebłagać...
— Mnie zawsze los ten spotyka jakby obcą istotę, — westchnęła panna Klara.
Zdziwienie w pałacu było wielkie, gdy Zosia zaproszona na obiad i na przegranie z hrabiną ulubionego jej kwintetu Schumana na cztery ręce — nie przybyła. Czekano chwilę, potem dano do stołu, potem sądzono iż przyjdzie po obiedzie, aż hrabina która swym fantazyom wszelkim, a szczególniej muzykalnym lubiła dogadzać — trochę się pogniewała. Szepnęła Caricie! Czemuż choć nie dała znać jeśli chora, lub jej co przeszkodziło? to — niegrzecznie.
— Ale może by posłać się dowiedzieć? — dodała włoszka. Młody hrabia który podsłuchał rozmowę, ofiarował się pójść sam, szczęściem hrabina nie przyjęła wniosku, skinęła na Juliana.
— Mój doktorze, — odezwała się do niego na ucho, — proszę cię uczyń to dla mnie, przejdź się na folwark i dowiedz co się tam dzieje. Panna Zofia przyrzekła mi być na obiedzie i grać ze mną, nieprzyszła na obiad, zdaje się że już nie będzie i — nie dała mi znać. Więc chyba chora, lub kto w domu.
Julian się skłonił i wysunął rzucając ukośne wejrzenie na Caritę, która przeprowadziwszy go ironicznym uśmiechem do drzwi, zakręciła się po salonie i po zręcznych kilku obrotach znalazła się przy ks. kapelanie, z którym dosyć rozmawiać lubiła. On też zapewne w celu nawrócenia zbłąkanej owieczki, nie unikał jej. Hrabina z Margockim i Edmundem sposobili się do ulubionego staremu panu whista z dziadkiem.
Julian który od niejakiego czasu coraz był rzadszym gościem na folwarku, szedł teraz jako wysłaniec hrabiny, nie bez pewnego pomięszania. Towarzystwo pałacowe do którego się bardzo garnął w początku, które mu się podobało niezmiernie, teraz po bliższem w nie tajemniczemu wcale go nie zaspokajało. Często, bardzo już często tęsknił i żałował chwil swobodnych w wesołem towarzystwie Zosi. Duma wszakże wrócić tam nie dopuszczała.
Dla czego taż sama duma nie czuła się ani draśniętą, ani upokorzoną, obejściem się z nią osób z otoczenia hrabiny — to sobie wytłumaczyć trudno.
Na ganku Julian znalazł pilnie stróżującego Jakóbka, któremu spełnienie powierzonych obowiązków leżało na sercu. Widział z daleka że Julian szedł z pałacu, miał wyraźny rozkaz nie wpuszczania nikogo z tamtąd przychodzącego — nastroił się więc we drzwiach i rzekł uroczyście:
— Panny niema, panienki niema i jegomości niema!
Zdumiony medyk słuchał nie mogąc zrozumieć.
— A gdzież są?
— Ja nie wiem (sic) ale nie ma.
— Wyjechali?
— Ja nie wiem, ale nie ma, — powtórzył wyraziście Jakóbek.
I byłby odszedł już Julian, gdyby Ostójski przez okno nie zobaczył co się dzieje i głupoty Jakóba się nie domyślił. Wybiegł sam w ganek zapraszając Julka... i ściskając go serdecznie.
Jakóbek który sądził, że otrzyma pochwałę, a oberwał burę, wielce został zdumiony.
Weszli do pokoju, gdzie na nich już Zosia czekała z uśmiechem i błyskiem szczęścia na czole... Cioci jakoś nie było, bo zajmowała się przygotowaniami do podróży.
— A to jakaś szczęśliwa gwiazda nam tu was przyniosła! — zawołał ojciec, — boście od wieków nie byli, a myśmy się stęsknili za wami.
I począł go ściskać na nowo.
— Jam przyszedł w misyi i poselstwie, — odezwał się Julian.
— Od kogo?
— Od hrabinej. Panna Zofia przyrzekła jej być na obiedzie i grać z nią. A że nie dała znać co przeszkodziło, hrabina niespokojna przysłała mnie zapytać... czy kto nie chory?
— Nikt nie chory! — odezwał się Ostójski, — tylko, rzecz prosta, ja ojciec, nagle postanowiłem Zosię wywieść na świeże powietrze, nie oznajmiwszy jej o tem, dziś pakujemy tłumoki, nie było czasu nawet posłać przeprosić... jutro jedziemy.
— Jutro? państwo jadą? dokąd? — zapytał Julian, tak nagle?
— Nie, projekt był od dawna, tak się jakoś zwlekło, — rzekł Ostójski, — a że Zosia nie jest przeciw temu... pojedziemy na winogrona nad Ren... albo do Tyrolu... bo jeszcze sam niewiem.
Julian słuchał nie dobrze rozumiejąc, Zosia patrzała nań... wszyscy zamilkli.
— Przepraszam cię, kochany Julianie, — dodał nagle Ostójski, — na chwilkę muszę odejść, zostawiając cię z gosposią moją, ona ci reszty dopowie. Ja zaraz powrócę, mam coś pilnego zadysponować.
To wyjście ojca, co Zofia pono doskonale zrozumiała, nie miało innego celu, prócz dania im czasu aby z sobą mogli rozmówić swobodnie, bo gospodarz wpadł do swego pokoju i siadł sobie na fotelu, okręcając palec około palca i uśmiechając się do własnego dowcipu.
Julian któryby był mógł szczęśliwym się uczuć z tej darowanej mu chwilki, zakłopotanym był tylko mocno... Zosia także.
— Przecież — odezwała się, — choć hrabinie winni jesteśmy, że pana u siebie widziemy. Szczęśliwsze od nas pałace, bo tam pan codzień jesteś, u nas — nigdy. Czy czarne oczy tej ślicznej Carity tak ciągną?
Julian się zarumienił, tłumaczenie było trudne.
— Te czarne oczy, — rzekł, nie ciągną nikogo, bo chciałyby nadto wszystkich ku sobie pociągnąć.
— Więc cóż tam ma taki urok dla pana? — spytała Zosia.
— Wszakże ja tam i panią codzień spotykam, — rzekł grzecznie medyk.
— A! dziękuję! — roześmiała się Zosia, — ale nie wierzę. Był czas, panie Julianie kiedy... kiedy bym temu dała była wiarę, dziś...
— Dziś we wszystkiem się trzeba bronić urokom, — odezwał się Julian, — bo nadszedł czas surowej pracy i ścisłego z życiem obrachunku... z przyszłością.
— A my w waszej przyszłości nie mamy żadnego miejsca! — szepnęła Zosia. — Bezwstydną też jestem, że się o nie upominać ważę? nieprawdaż? żadnego nie mając prawa? Tak... myśmy teraz obcy sobie... Ale przypomnij pan że były chwile gdyśmy snuli tę przyszłość jakoś inaczej i łącząc z sobą jej plany i nadzieje...
— Pani! pani! — zawołał Julian, — na cóż to przypominać, byliśmy dziećmi... świat nam się wydawał jakiemś eldorado zamieszkałym przez aniołów — wielu uczuć, myśli, względów nie mieliśmy pojęcia... Cóżem ja winien że — dziś uczułem się zuchwałym, szaleńcem i wchodzę na drogę rozsądku i obowiązku. Któż pani zaręczy że mnie to wiele, wiele nie kosztuje?
— Doprawdy, ja także teraz nawet się z panem rozmówić nie umiem, — mówiła Zosia — dawniej to nam tak szło ładnie i dobrze... pół słowa starczyło by myśl przelać, dziś w sta obwinięta jeszcze zrozumiałą nie będzie. Pan mnie nie chcesz, ja pana nie mogę zrozumieć.
Julian uczuł się wzruszonym, ale natychmiast poskromił w sobie ten zaród słabości.
— No, kiedyż my się zobaczemy? — spytała go weselej Zosia, której oko odgadło uczucie — kiedy i gdzie? — zabawisz pan tu długo? czy my go zastaniemy?
— Wątpię, rzekł Julian, — ja wprędce jechać będę musiał...
— A powrócisz?
— Czyż mogę oznaczyć? Bóg wie jeden...
— Może was matka pociągnie tu, a my z tego skorzystamy..
Julian obawiając się osłabnąć już brał za kapelusz i drżącą rękę podał Zosi — która ją poufale zatrzymała.
— Czekaj pan, — rzekła z powagą i wzruszeniem, — na odjezdnem muszę panu zostawić słowo jedno, którego nie powinieneś zapomnieć. Serce moje wstrzymać go nie potrafi — kochaliśmy się dziećmi, dziś — losy nas dzielą. Ja czytam w duszy waszej, lękasz się bogatej dziedziczki... Wiedz panie Julianie jedno, że ci ta dziedziczka będzie umiała czekać póki ty nie staniesz się równie bogatym. Znajdziesz ją wierną dawnemu uczuciu, spokojnie oczekującą... i ufną w to, że dwa serca które czyste połączyło uczucie, nawet po chwilowym obłędzie powrócić do siebie muszą. Na to ci rękę moją daję...
To rzekłszy, nagle się odwróciła i wybiegła. Julian stał jeszcze uderzony temi słowy; wzruszony, gdy Ostójski wszedł udając pośpiech jakby z dalekiej wracał przechadzki.
Cóż to jest? gdzie Zosia?
— Tylko co wyszła, — rzekł Julian... — a ja muszę państwa pożegnać, bo mi trzeba wrócić zdać sprawę hrabinie.
— Dobrze, — zawołał Ostójski, — idź, spraw się, ale potem wymknij i jeżeli jesteś nam przyjacielem, wróć do nas dziś jeszcze... Spędzim razem wieczór ostatni.
Zosia powróciła wesoła na pozór.
— Łączę moje prośby do ojcowskich... Wróć pan na chwilę...
Julian się wahał — będzie późno!
— Czekamy choć do północy, — rzekł ojciec, bo się musiemy pakować, rachować — a spać się nikomu dziś nie chce.
— Czy mam powiedzieć, że państwo wyjeżdżają?
Ostójski się namyślił. — Kłamać zawsze brzydko, a znowu... oznajmić im, to tak jakbyśmy chcieli być zatrzymywani. Powiedz pan, że familijny interes bardzo pilny przypadł niespodzianie, że być może iż jechać wypadnie. A sam przychodź...
— Przyjdziesz pan? — spytała Zosia.
— Przyjdę koniecznie! — rzekł ze łzą jakąś w oku Julian zmieniony i poruszony...
Zosia pogoniła za nim wzrokiem i wyszła do swojego pokoju smutna i szczęśliwa razem...
Julian pospiesznie biegł ku pałacowi.
W tej chwili nie był on już panem siebie, zwyciężyła go Zosia — cała dawna miłość odezwała się znowu i widział z rozpaczą, że zdobyta z taką pracą obojętność, jednem jej poczciwem słowem została zgruchotaną. Był jej wdzięcznym, ale postanowił się trzymać... Cóż, kiedy teraz na własne swe postanowienia nie wiele już rachował...
W pałacu nikt się nie domyślał rannej owej historyi, jeden Margocki dośledził że był Ostójski, ale po co i w jakim stanie wyszedł, nie wiedział. Przypuszczał że sprawa pieniężna być musiała. Gdy Julian wszedł do salonu, hrabina spytała go głośno:
— Co się Zosi stało?
— Przeprasza najmocniej, ale wina nie panny Zofii tylko ojca. Otrzymali niespodzianie jakąś wiadomość... tyczącą się familijnych interesów, która nagle zmusiła do... pisania... radzenia, a może nawet do wyjazdu zmusi...
— O! mój Boże! ale cóż to jest? — odezwała się hrabina, — jużciż Zofia nie pojedzie?
— Niewiem zgoła, — rzekł Julian.
Hrabia stary grając whista nie stracił słowa z tej rozmowy, chociaż zdawał się tylko kartami zajęty — Edmund odwrócił się cały ku Julianowi.
— Czyżby mieli jechać? — spytał.
— Pan Ostójski sam jeszcze nie wie... — odpowiedział Julian, — mnie proszono w pomoc do pisania listów i będę musiał wracać natychmiast.
Margocki skorzystał z chwili gdy rozdawano karty, odciągnął Juliana w stronę... — Co to jest? pan nie mówisz wszystkiego? czy im się co stało? — zapytał.
— Nie wiem, istotnie nie wiem, — odezwał się Julian.
— Czy jadą?
— Być może, pan Ostójski zakłopotany...
— Strata jaka?
— Nie powiedziano mi...
— Jeśli jadą, to zapewne za dni parę? wtrącił plenipotent.
— Ja myślę...
— Zdawało mi się, — dokończył Margocki, iż wszystkie ich stosunki i interesa znam doskonale, a to cóś zagadkowego, czego nie rozumiem.
Julian się wymknął. W drodze jako mąż baczny i przewidujący uczynił mocne postanowienie unikania rozmowy z Zosią sam na sam, obawiał się bowiem aby pod jej wzrokiem nie postradał resztki samoistności.
— Winienem to mej godności człowieka — winienem... jej i sobie... Trzeba wytrwać.
Jakoż wytrwał aż do ganku folwarku, na którym może przypadkiem czekała nań panna Zofia. Uśmiechając się podała mu rękę.
— Panie Julianie, — szepnęła, — teraz gdy ja, słaba niewiasta, jak mówi Ciocia, odważyłam się na wyspowiadanie wielkiej tajemnicy, gdy pan wiesz wszystko o mnie, a ja widzę jasno w waszej duszy, nie unikajmyż siebie, nie bójmy się i bądźmy po staremu dobrymi przyjaciółmi...
— Chodź pan do ojca i pomóż mu liczyć pieniądze na drogę, a radź dokąd jechać mamy...
Ostójski przyjął gościa w otwarte ramiona, za to panna Klara bardzo kwaśno. Oświadczyła ona, że w podróż się nie wybierze i pozostanie przy gospodarstwie. Łatwo się dorozumieć, iż wyjazdowi była z zasady przeciwną.
— Zosia i mój brat, — mówiła głośno, — mają to w charakterze i postępują sobie bez głębszego zastanowienia. Jechać? jechać? dokąd? nie zdawszy sobie sprawy dla czego i czy wymogi położenia zmuszają w samej istocie do tak stanowczego kroku... Gdy dodamy, — kończyła, — iż dla rolnika chwila ta w przebiegu czasu jest pierwszej wagi... iż to wszystko leży w pilnym wzroku głowy domu... o! co za lekkomyślność nieprzebaczona!
— Ale me rady są zawsze odrzuconemi, mój pogląd uchylony, me życzenia systematycznie poczytywane za niedorzeczne — ja dla nich jestem nieznośną Kassandrą... Dobrze! milczeniem zawrę me usta, zawrę me serce milczeniem; ale zostanę wierna przekonaniom na stanowisku obowiązków...
Ostatnie wyrażenia tak pięknie brzmiały jej samej w uszach, iż gotowa była przebaczyć bratu i siostrzenicy, za to że jej nastręczyli sposobność do tak wymównego wysłowienia.
Jeden tylko pan Bóg i potroszę plenipotent znał prawdziwy stan interesów hrabstwa... Margocki domyślał się go raczej niż zbadał, obawiał się bowiem na dno tej przepaści długów zaglądać. Stary hrabia miał swoje długi, miała je hrabina, miał syn starszy, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa młodszy też już się musiał zacząć wprawiać powoli w tę sztukę...
Margocki wiedział iż interesa były w bardzo złym stanie, że jedno niewczesne wypowiedzenie znaczniejszego kapitału mogło spowodować ruinę, ale ten miecz Demoklesa wisiał od tak dawna na włosku a nie spadał, iż można się było spodziewać, że się i dłużej potrzyma.
Jedno tylko zabezpieczył sobie plenipotent, to własny odwrót bezpieczny, miał bowiem kapitalik w fandbriefach od czarnej godziny, we własnej kieszeni i w razie kataklyzmu w tej arce mógł się salwować z potopu.
W tej chwili nic grożącej burzy nie zdawało się zapowiadać, — piorun miał uderzyć za jasnego nieba. Bawiono się w pałacu, hrabina mówiła o wyjeździe do Paryża, hrabia wybierał się do Monaco, Edmund myślał o stolicy... gdyż zniknięcie Zosi wymagało jakiegoś serdecznego lekarstwa. Miał podejrzenie wielkie iż mu ktoś tu szyki pomieszał. Ale niewiedział na kim się mścić, na Margockim, czy na rodzicach...
W ostateczności byłby pojechał dla rozerwania się do stolicy, ale nie wprzód ażby ostatecznie powrotu Zosi utracił nadzieję...
Wielka to prawda, że przepełnioną czarę jedna kropla rozlewa — tak się i tu stało. W roku przeszłym Margocki mając sobie przez hrabiego polecone wyszukanie niezwłocznie pięciu mizernych tysięcy talarów, a nie mogąc ich już wyssać z dzierżawców, napadł niejakiego Czółkiewicza szlachcica, który właśnie kawał ziemi kupował i wymodlił z niego żądaną sumę, zaręczywszy honorem hrabiów i wszystkiem najświętszem iż te w terminie za rok oddane zostaną. Były one tem nieodzowniej potrzebne, że Czółkiewicz zobowiązał się je za majątek nabyty dopełnić. Przyszedł termin, ale nikt o nim nie myślał. Margocki powiedział sobie, że szlachcic może czekać albo kredyt znaleźć; hrabia ani chciał słuchać o tem... Czółkiewicz ścigał listami, posłańcami, niegrzecznościami, nic nie pomogło. Wprawdzie dał sobie rady w istocie szlachcic, ale obrażony tą preponderancyą pańską i sposobem w jakim się z nim obchodzono, poprzysiągł że swoje talary odbierze. W chwili gdy już o nim nie myślano wcale zjawił się Margockiemu jak statua komandora na ucztę.
Czółkiewicz był prosty człek ale butę miał szlachecką ogromną; gospodarz, rolnik, nawykły do rozkazywania nie do słuchania, zżymał się na sam cień przemocy i przymusu.
— Co to oni sobie myślą? — burczał przez całą drogę, — myślą że ja się ich zlęknę, czy co? A co? zobaczymy, panie hrabio.
Ogromny, barczysty, silny, czerwony, wzrosły jak niedźwiedź, kosmaty, z twarzą rozlaną, z oczyma krwawo zachodzącemi, pasjonat i krzykała Czółkiewicz łagodny był jak karmelek gdy go kto zażyć umiał, ale na sam cień przemocy zrywał się z uzdy jak szalony...
Gdy wpadł do Margockiego, plenipotent zbladł ze wzruszenia, ale nie łatwy także do uchodzenia gdy się pogniewał, starł się zaraz z Czółkiewiczem na ostro.
— Przyrzekłeś waćpan, obiecałeś, dałeś słowo, — zaryczał Czółkiewicz, — oddaj bo będziesz infamisem... Ja wam tu pokażę co to jest szlachecką krwawicę sobie przywłaszczać! ja swoje muszę mieć! tu nic niepomoże. Minęły te czasy gdy się uboga szlachta pożyczywszy pieniądze kłaniać jeszcze musiała o nie. A mnie co do tego że wy nie macie! Weźcie u lichwiarza, sprzedajcie łyżki, ja moje pieniądze muszę odebrać!
Napróżno go Margocki łagodził, co powiedział to szlachcica jeszcze bardziej rozwścieklało. Od słowa do słowa, jak zaczął temi infamisami sadzić, Margocki mu drzwi pokazał, bo był w pasyi. Czółkiewicz poleciał i zrobił awanturę hrabiemu, który w cały swój majestat uwinąwszy się wytrzymał atak z zimną grzecznością, na ostatku gdy mu Czółkiewicz począł dopiekać, zawołał kamerdynera i kazał lokajom wyprowadzić natręta...
Szlachcic silny, lokajami jak gruszkami cisnął o podłogę, stłukł zwierciadło, zgruchotał dwa krzesła i wyszedł odgrażając im. Jakoż rozpoczął proces i wypowiedział sumę natychmiast. Położenie było groźne. Inni wierzyciele jakby się ze snu pobudzili sypnęli pozwami o zaległe procenta i kapitały, których termina minęły od dawna.
Zdaje się że Czółkiewicz zawczasu rozgłosiwszy bankructwo, pobudzał do tego. Pozwy i areszta sypnęły się jak grad. Margocki głowę stracił. Widząc to, nadzwyczaj z niego niezadowolniony hrabia wyprawił natychmiast po adwokata Fellera, który jego interesami prawnemi zawiadował. Feller przybył, miał on dawne obowiązki względem rodziny. Człek to był stary, wystygły, rachmistrz nielitościwy, — nie pojmujący by w rachuby cyfr co innego nad cyfry wchodzić mogło. Z rozkazu hrabiego poszedł zrewidować księgi i przekonać się o stanie interesów.
Po ścisłem wyliczeniu długów i szacunku dóbr, okazało się iż majątek stopniał, i że kapitały i procenta należne pokrywały go zupełnie... Hrabia oczom i uszom wierzyć nie chciał... Feller przyniósł wyciągi i przekonał go że wszystko było straconem. Edmund wezwany do pomocy przez ojca po raz pierwszy ujrzał też jaką miał przed sobą przyszłość. Hrabinie nic jeszcze nie mówiono, ale ta krzątanina w oficynach oznajmywała każdemu kto chciał czy nie wglądać, że się coś złego święciło.
Latano z księgami, z papierami, wysyłano posłańców. Margocki zachorował, dostał żółtaczki i nie wychodził z pokoju... Dostać pieniędzy nie było podobna, bo rozgłos interesowi nadany przez Czółkiewicza odstręczał wszystkich. Feller nie taił iż subhastacya była nieuchronną, a jeszcze niemożna było zapewnić czy sprzedaż pokryje należności. Położenie jak najrozpaczliwsze zniewoliło Edmunda, który miał stosunki w stolicy i spodziewał się tam coś uzyskać, wyjechać z poleceniem ojca do dostojnych a bogatych krewnych i koligatów. Krewni wszakże i powinowaci są wyborni gdy się ich niepotrzebuje, dowiedziona rzecz iż w pilnym razie cofają się ze wstrętem od niedelikatnego człowieka, który śmie ich powoływać do spółki w biedzie. Hr. Edmund przejechał się tylko daremnie i powrócił ze smutnem doświadczeniem, iż żadnych nadziei mieć nie można...
Stary pan upadł na umyśle i odwadze całkowicie, po dniach całych rozmyślał, czy opium lepsze czy pistolet... Hrabina coś dowiedziawszy się płakała, modliła się, rozpaczała... Edmund chodził zadumany czując iż on by jeden familią mógł ratować sprzedając siebie i imię.
Poszedł naprzód do Margockiego, który powoli z żółtaczki wychodził, ale jeszcze z pokoju się nie ruszał, a miał przez swego hrabiego, który teraz całą winę tej katastrofy na niego zrzucał — polecony wyjazd i niepokazywanie się już na oczy.
W części słusznie zarzucono plenipotentowi iż wcześnie o złym stanie majątku nie przestrzegał, chociaż on składał się listami że to wiele kroć bezskutecznie czynił. Jeden Edmund z nim się jeszcze widywał. Margocki w chorobie tej wymizerniał, wychudł, opuścił się tak, że trudno w nim było poznać dawnego salonowego eleganta wiecznie młodego. Ton też z nim i obejście zmieniło się. Edmund wszedł w kapeluszu, przywitał się kiwaniem głowy i siadł.
— Słuchaj Margocki, — rzekł, — ja muszę ratować ojca — niema innego wyjścia nad ożenienie. C’est dit. Czy prawda że Zosia ma sto tysięcy talarów?
Margocki który już marzenie swe dawne musiał rzucić, odparł potakującem skinieniem głowy.
— Najprostsza więc rzecz, jeśli ojciec zapewni mi sto tysięcy żebym się z nią żenił, możemy w ten sposób ocalić główny folwark z pałacem, bo resztę landszafta pokryje...
Margocki oparty na łokciu popatrzył i rzekł cicho: — Niech hrabia próbuje, ja się już tu do niczego nie mięszam.
— Tu niema co próbować, — odparł Edmund, — ale należy wprost działać i to natychmiast bo chwili niema do stracenia. Jasno się rozmówić ze starym Ostójskim... niech da sto tysięcy, a sam z siostrą żeby się zupełnie usunął. Pojmuję ożenienie z panną Zofią, ale nie z familią — ojciec się prawie zgadza, matka zupełnie.
Plenipotent słuchał nie odpowiadając wcale. Od dwóch dni Ostójski po kilkotygodniowej przejażdżce powrócił był na folwark. Przyspieszyła powrót jego odebrana wiadomość o smutnej katastrofie, z której trzeba było ratować także swoje co się jeszcze u hrabiów miało. Na folwarku także czynność była niezmierna, strach i niepokój.
Zosia tylko pocieszała ojca że się wyniosłszy z tąd kupić coś mogą i spokojniej pozostać w domu własnym na przyszłość.
— Cóż ty na to Margocki — no mów.
— Mówiłem już, niech hrabia próbuje...
— A ty byś nie był tak dobry żebyś mi pośredniczył w tem? pomógł?...
— Ja? ależ ja nie wychodzę...
— Doktór ci już pozwolił...
— Wprawdzie, — dodał Edmund, — wiem iż sam się tam chciałeś posunąć, lecz sądzę że ci oddawna myśl ta odejść musiała. Byłaby to twoja dla mnie ostatnia przysługa i dowód życzliwości...
— Ale panie hrabio — ja — i nie mogę i — uchowaj Boże, coś przeszkodzi lub się nie poszykuje znowu, winę złożycie państwo na mnie. Pan Feller dobrze z Ostójskim znajomy, jemu lepiej przystało o taki interes się z nim rozmówić.
Urażony tą odmową hr. Edmund udał się do ojca naprzód, u którego już był milczące wyjednał przyzwolenie — a upoważniony przez niego posłał po Fellera, który w swej czarnej jedwabnej mycce na łysinie, przyszedł ze stoicką, swą zimną krwią na zawołanie.
— Kochany doktorze (Feller był naturalnie utriusque juris) okoliczność jest następująca. Ratunek jedyny w ożenieniu.
Doktór głową potrząsł potakująco.
— Dzierżawcą u nas jest znany wam pan Ostójski, dobry, stary szlachcic, który ma córkę i sto tysięcy talarów. Córka mi się podoba bardzo, gdy tu bywała w pałacu; stoma tysiącami z landszaftą możnaby uratować główne fundum. Mogę się z nią ożenić. Warunek jeden aby ojciec i ciocia się wynieśli. Niemogę im wzbronić widywania się z moją żoną... lecz naturalnie w pewnych warunkach...
Tu hr. Edmund nieco obszerniej począł warunki te określać. Feller słuchał ręce założywszy w tył, czasem zażywając tabakę, z uwagą wielką, głowę tylko to w lewo to na prawo kręcił.
— Otóż kochany doktorze, ty który nas ratujesz z tego chaosu — dokończył Edmund — weź jeszcze na siebie pertraktacyę o to z panem Ostójskim. Nigdy on ani mógł marzyć o podobnym dla córki losie... Skorzysta z naszego położenia...
— Czy z nim kiedy była już o tem mowa? — rozpoczął spowiedź prawnik.
— Ojciec mi teraz wyznał iż trochę sprawę popsuł. Powinieneś wiedzieć wszystko, kochany Fellerze. Panna Zofia bywała w pałacu, ja byłem dla niej grzecznym i nadskakującym — hrabia się oburzył na sam cień mezaljansu, wezwał do siebie szlachcica i prosił go aby córka nie bywała w zamku. Poczem oni wyjechali zaraz za granicę... No — rzekł Edmund — źle to jest, lecz sądzę, zdaje mi się, że się to da naprawić. Panna, jeśli się nie mylę, będzie za mną...
Feller który tabakę zażywał, nic nie odpowiedział, spytał tylko, czy ma iść zaraz.
— Naturalnie im prędzej tem lepiej — rzekł Edmund, proszę was... po skruszeniu pierwszych lodów ja sam przybędę...
Doktór wziął paleto, laskę, kapelusz i wyruszył. Znał on Ostójskiego dosyć dobrze, — ale nie tyle by mógł przewidzieć jak on ten interes widzieć będzie. Sprzedaż imion i handel majątków na tytuły jest rzeczą tak pospolitą i dziś zwykłą, że się nawet po dziennikach trafiają ogłoszenia hrabiów oświadczających iż gotowi są mojżeszowego wyznania się nie wzdrygać, dla stu lub dwóch kroć sto tysięcy. Feller który o niejednej podobnej historji słyszał, sądził iż i tu rzecz będzie możliwą — a w handlu gniewu niemasz, powiada przysłowie — pociągnął więc na folwark. W ganku zastał pana Ostójskiego rozmawiającego z włodarzem swym i zakłopotanego... Zobaczywszy doktora, gdy go poznał — zawołał:
— A to pan kochany! co za gość! proszę do mnie, proszę...
Zaprowadził go, domyślając się już jakiegoś interesu do swojego pokoju, usiedli tu...
— Cóż? w smutną chwilę przybyłeś tu szanowny doktorze — rzekł Ostójski — jak prawdziwy doktór, ale pono z choroby tej na jaką w pałacu pochorowali, wyprowadzić ich trudno. Zastarzała! cha! cha...
Ostójski westchnął.
— Do kata, że i my jeszcze odpokutujemy za nich...
Feller był milczący, sparł się na lasce, mruczał pół słówka, myślał jak to do interesu przystąpić.
— Tak — rzekł — smutna w istocie rzecz widzieć tak upadającą starożytną rodzinę, krajowi zasłużoną... bardzo smutno...
— Jak sobie posłali tak się wyśpią — rzucił Ostójski — od dawna to było przewidziane... tańczyli tak aż do brzegu przepaści. Teraz ratunku niema.
— Zapewne, zapewne, trudny, nie przeczę, ale jeśli się młody hrabia zaofiarować zechce...
Ostójski drgnął, wyprostował się i milczał, coś go tknęło.
— Młody człowiek, z takiem pięknem imieniem — mówił Feller, — przystojny, wykształcony — mógłby się łacno i bogato ożenić...
— A, zapewne, zapewne, niechby się żenił! W istocie to jedna rada! rzekł Ostójski kręcąc palcami...
— Któżby niechciał się skoligacić z rodziną tak znakomitą... na dworze położoną dobrze, mającą stosunki ogromne...
— Ogromne stosunki! — wtórował Ostójski.
— Może wziąść z pół miliona talarów, byle skinął... — mówił Feller.
— Niech bierze! niech bierze! to będzie po synowsku... i rodziców wyratuje... bardzo pięknie, niech uczyni z siebie ofiarę...
— Cała rzecz, że to wszystko tak nagli, gdyby nie to...
— W istocie nagli... sprzedadzą z publicznego targu bardzo nagli...
— Z tego powodu — ciągnął Feller — młody hrabia gotów by, gdyby mu się co trafiło, i mniejszem kontentować...
— Dobry syn! dobry syn... niech się kontentuje czemkolwiek, byle choć fundum ocalić — pałac tak piękny, pamiątkowy... — mówił Ostójski.
— Ja ręczę że sto tysięcy talarów mająca panna, mogła by go teraz mieć...
— Myślicie? — spytał Ostójski, to dla nich byłoby mało...
— Landszafta pokryłaby resztę — rzekł Feller a przy dobrem gospodarstwie...
— No, tak! zapewne! zapewne — wzdychając dodał gospodarz, w ostateczności...
Feller zażył tabaki, zdawało mu się, że rzecz była bardzo dobrze rozpoczęta.
— Coś mi mówiono — począł — że hrabia Edmund bardzo był czuły dla pańskiej córeczki? nie dziwiłbym się... nie dziwił...
Ostójski zrobił minę dziwną, gębę wykrzywił, ściągnął, podniósł i wymówił niezrozumiałego coś.
— Cóż wy myślicie dać córce posagu? spytał Feller.
— Ja? Zosi — a no — rzekł Ostójski, — bez remanentów które też coś warte, myślę że weźmie 120 tysięcy...
— No, to rzecz byłaby może do zrobienia, gdybyście sobie życzyli?
Gospodarz zapatrzył się na palce które były w ciągłym ruchu — nic nie mówił.
— Myślicie? — spytał, — że rzecz byłaby do zrobienia... hm?...
— Tak dalece, — począł przysuwając się Feller... — iż poufnie wam wyznam, jestem posłany dla wyrozumienia was.
— No proszę? dla wyrozumienia! — powtórzył Ostójski.
— I jeśli zechcecie, możecie mieć wnuki hrabięta... a córkę...
— Hrabiną!! — uroczyście dodał Ostójski, — djabli interes, dla takiego jak ja szlachetki i to taniej grzyba. Za nędzne sto tysięcy talarów!.. pokusa! Doktorze pokusa... Jakże? zgodziliby się.
— Są zmuszeni, — szepnął Feller, nic się im innego nie trafia.
Ostójski począł trzeć brodę i wąsy.
— Naturalnie, — mówił coraz ośmielając się Feller, — byłyby pewne warunki.
— Naprzykład? — spytał gospodarz.
— Widzicie, oni mają takie stosunki, że oczywiście, — muszą w wyborze towarzystwa być oględni. Prywatnie familia żony używałaby praw swoich, ale w pewne dnie... niepodobna by ciążyła na hrabi, który żonę może imieniem swem uczynić godną najwyższych towarzystw, ale rodziny jej zaślubić całej — trudno mu.
— Bardzo słusznie! — mówił powoli Ostójski, — rodzina powinna znać mores i pójść do nory gdy potrzeba... Tego się nawet spodziewałem, słuszny warunek...
— Widzicie — toby się już łatwo dało doprowadzić do skutku...
— Zapewne, bardzo łatwo, — odezwał się spokojnie Ostójski, — gdybym ja był zapozwoleniem, kpem, a moja córka głupią... Na nieszczęście, kochany Doktorze, ona ma rozum i serce, a ja choć prosty człek więcej sobie moje niepokalane imię szacuję, niż hrabiostwo tych bankrutów.
Ostójski począł się śmiać, widząc osłupienie Doktora Fellera.
— Na prawdę, śliczny targ dla kogo innego, tylko nie dla nas... kilka tygodni temu stary hrabia zakazał nam bywać w pałacu posądzając o to, żeśmy bałamucili mu syna, teraz gotów by go nam dać, byle sto tysięcy!!... Ha! ha! mój Doktorze, jakżeście się mogli podjąć takiego targu?? prawda — nie znaliście mnie dobrze, a ludzie są różni.
— Za pozwoleniem, — zawołał zmięszany adwokat, — tu niema ani nadzwyczajnego nic, ani czem byście się mieli obrażać. To po prostu interes. Wy jesteście obrażeni... A — któż wie? może córka wasza ma inne przekonania?...
— Słuszna uwaga, — rzekł spokojnie Ostójski i podnosząc głos zawołał:
— Jakóbek!!
Chłopak zjawił się we drzwiach.
— Proś tu panny Zofii.
W milczeniu przerywanem tylko prychaniem ze śmiechu Cześnikiewicza, doczekali się przybycia Zosi, która wbiegła, zobaczywszy Fellera, ukłoniła mu się i zbliżyła do ojca.
— Ten pan ma do asińdzki interes, — rzekł ojciec chłodno.
Feller się kłaniał i twarzy pergaminowej usiłował nadać wyraz przyjemny.
— Przepraszam, — ozwał się, — właściwie byłto interes do papy...
— Nie, nie do mnie, — zaprzeczył Ostójski, — do panny Zofii — hrabia Edmund oświadcza się przez usta swego posła, iż zgadza się poślubić cię, bylem ja mu zapłacił sto tysięcy talarów i dał słowo, że w pałacu nie będę bywał, tylko przez garderobę... No, chcesz? masz hrabiowską koronę.
Zosia zmarszczyła się zrazu, a potem się zaczęła śmiać.
— Państwo sobie ze mnie żartujecie.
— Ale nie — szczera prawda, — rzekł ojciec, — jakiem szlachcic.
— Wolałabym żeby to był żart, — przerwała Zosia, — bo w takim razie nie byłabym zmuszoną gniewać się i oburzać.
Zakręciła się i podeszła do ojca, jakby u niego opieki szukać chciała.
— Dziwi mnie, że wy, panie, z waszym wiekiem i doświadczeniem, zgodziliście się, — poczęła z uwagą, — iść z taką propozycyą do nas... Należymże do jakiejś kasty upadłej, która potrzebuje rehabilitacyi, która ma płacić za prawo obywatelstwa w salonach, które dla niej nie są wcale pociągającemi?
— A wiesz że pan, — rzekła coraz żywiej, — że gdybyście wy nam dawali nie sto, nie trzykroć, ale miliony, ja bym nie oddała ręki temu dla kogo nie mam ani przywiązania — ani szacunku...
— Daj już pokój, ma dosyć, — przerwał ojciec, — niema się co burzyć... Dziękujemy za honor i kwita...
Feller zmięszany, wziął za kapelusz i począł przepraszać.
— Ja się na pana nie gniewam, — rzekł Ostójski, — oni to winni iż panu nastręczyli myśl tę i przekonanie, iż z nią do nas trafić można. A — prócz tego — gdybym był złym człowiekiem, powinienbym podziękować, boć mi przyniosłeś wieść, iż ja sobie pałac ten i dobra kupić mogę za sto tysięcy... A na co mi w dodatku hrabia?
Feller wyniósł się co najprędzej.
Panna Klara która coś przeczuwszy za bocznemi drzwiami podsłuchiwała, weszła w majestacie całym oburzenia i gniewu.
— Ślicznie rodzic i córka postąpili sobie, — zawołała, — odepchnęliście szczęście, które wam samo w ręce szło... O zaślepieni! Śmiejcie się, drugi raz nie przyjdzie ono... Żadnej wzniosłości uczuć, nic szlachetniejszego w duszy... Na co wam Bóg dał pieniądze ja niewiem... Śmiejcie się — ja płaczę i nie taję się. Los się Zosi nastręczał... a teraz...
— Teraz, mościa dobrodziejko, zostaniemy hreczkosiejami jak byliśmy. Ja zaczynam pracować na drugie sto tysięcy i Zosia będzie miała przyjemność odmówić jakiemu księciu...
Ostójski śmiał się serdecznie.
— Alem go zażył, kochanego doktora — alem go zażył... wyspowiadałem do ostatniego słówka... dopiero gdy się wyszeptał... Ha! ha...
Zosia milcząc łzę otarła... popatrzyła w okno, kędyś daleko... i westchnęła.
Pannie Klarze dano się wywnętrzyć z całą jej retoryką... co jej pewną ulgę sprawiło.




Gdy piorun w borze dąb obali, padając gniecie on sobą co dokoła pod cieniem jego rosło, tak samo rodzina około której skupiało się ludzi wiele, ruiną swą pociąga wszystko co się przy niej gromadziło.
Wieść o katastrofie błyskawicą pobiegła po dworze, po okolicy, witana zdziwieniem, przerażeniem, obawą o samych siebie tych, co zaufawszy tak na pozór świetnemu bytowi, swoją do niego przytulili dolę. Każdy w tej chwili popłochu szukał naturalnie ratunku naprzód dla siebie, każdy się zakłopotał o to co się z nim stanie.
Hrabia, hrabina, syn co od lat wielu rozdzieleni byli, w nieszczęściu zmuszeni zostali zbliżyć się, radzić — ratować. W istocie ratunek był tem trudniejszy, iż wypadek całkiem schwycił niespodzianie, wszyscy się oni łudzili pozorem dostatku, nigdy nie zadając sobie pracy wejrzeć w stan interesów. Nie obwiniali wszakże siebie, spadała wina na nieszczęśliwego Margockiego cała. Po cichu hrabia przypisywał upadek zbytnim wydatkom żony, ona jego pasyi do gry i koni... Część grzechu spadała na hr. Edmunda, który też szafował groszem...
Rozpisano listy do rodziny wołając o pomoc... ale te pozostały bez odpowiedzi. Hrabina płakała, hrabia rozpaczał, Edmund jako jedyną deskę wybawienia podsuwał swoją myśl ożenienia.
Odpowiedź którą przyniósł Feller, złagodziwszy ją znacznie, została powitana grobowem milczeniem. Edmund zaciął wargi, spojrzał na ojca i oświadczył, że jutro jedzie do stolicy...
Margocki zaledwie wstawszy po żółtaczce, kazał rzeczy swe spakować i poszedł pożegnać hrabinę, która go nie przyjęła, hrabia przez kamerdynera życzył mu szczęśliwej drogi, oświadczając że się widzieć nie będzie... Skromnym wózkiem wyruszył plenipotent, a przejeżdżając około folwarku smutny, kazał się tu zatrzymać. Chciał Ostójskiego pożegnać.
— Cóż to się z wami stało, panie dobrodzieju! — krzyknął zobaczywszy go Cześnikiewicz...
— A! no — widzicie, odchorowałem pokutą za cudze grzechy, — westchnął plenipotent. — Nie chcieli mnie słuchać, brnęli, brnęli, a teraz winę walą na mnie. Taka to sprawiedliwość, gdyby nie ja, dawno by już się to stało, co dopiero teraz ich spotkało...
Strasznieś asindziej zżółkł i wymizerniał, — rzekł Ostójski, — ale cóż — trzeba się z wolą Bożą zgodzić. I ze studni woda się przebierze... Nas to także dotknie, bo z dzierżawy ruszyć się musiemy.
— Po co? — spytał Margocki, — pewnie folwarki sprzedawać będą pojedyńczo, to go sobie i z pałacem kupicie.
— Z pałacem, nie, — rzekł Ostójski, — obawiałbym się go aby mi się od niego stary łeb nie zawrócił — a mnie on po co? a mnie to na co? Uchowaj Boże... Żyliśmy we dworku po Bożemu, zostaniemy w nim póki życia...
Margocki westchnął jeszcze do niedawnych swoich marzeń o Zosi... i pojechał... Panna Zofia nie wyszła, a panna Klara zajęciem się wymówiła.
Hrabina, która piękne oczy do reszty wypłakiwała i zapomniawszy o paryzkich kosmetykach, postarzała nagle, oświadczyła, ściskając ją, włoszce, iż się rozstać muszą. Carita uroniła także łezkę, uściskała swą dobrą panią i oświadczyła, że jej w tej chwili opuścić nie chce i nie może... Zagadkowa ta istota nie kwapiąc się na powrót ani do Włoch, ani do Paryża — szeptała, że może tu w kraju znajdzie sobie miejsce nauczycielki muzyki lub guwernantki. Ks. kapelan sam także niepewien co z sobą uczyni, przez miłość chrześcijańską zajmował się mocno jej losem i obiecywał, że miejsce jakiego sobie życzyła, da się wyszukać.
Porzuciwszy wikaryą, był on też w niemałym kłopocie w pierwszej chwili, lecz ufny w stosunki, wyruszył natychmiast do miasta, aby się o inne wystarać miejsce.
Ks. Kanonik powróciwszy ze swej podróży, nie najlepsze przywiózł wiadomości i choć się przed siostrą taił z niemi, sposępniał bardzo. Miał on tam u wielkiego ołtarza starych znajomych, towarzyszów i przyjaciół, ale nowy obrót rzeczy wyrugował ich z zajmowanych stanowisk — odebrał im wpływ i nie tajono przed nim, że zagrożonym będzie losem wielu innych swych współtowarzyszów, jeśli pewnych ustępstw z przekonań nie uczyni, od pewnych ludzi się nie cofnie, rękojmi nie da absolutnego posłuszeństwa, nawet w tych rzeczach, które zwykle woli każdego się pozostawiają.
Ks. Kanonik nie mógł przyobiecywać czego mu sumienie dotrzymać nie dozwalało. Wysłuchał gróźb, przykładów, zmilczał, pożegnał się i wyjechał. Stanie się co Bóg da — wola jego święta.
Nie tajono mu, iż szukano tylko najmniejszego powodu, cienia winy, aby go usunąć. Między innemi popularność zbyt wielka u ludu, troskliwość o jego losy, miłość ogólna za winę mu były poczytywane... Znajdowano że zbyt był tolerującym, a na ostatek najśmiertelniejszym grzechem jaki mu zarzucono był dowiedziony wstręt jego do zakonu ojców jezuitów i uchylanie się od wszelkiej z nim styczności. W tym czasie jakoś przypadły wybory, w których wszelkie współdziałanie, rada i pomoc świeżo były duchowieństwu najsurowiej zakazane. Zakaz ten jakkolwiek z tradycjami kościoła nie zgodny, kanonicznie nie uprawniony — należało poszanować, zostawując zań odpowiedzialność tym co go wydali. Tak postanowił Kanonik, lud wszakże nawykły biedz do niego po radę, obległ go, wybłagał, zmusił do przemówienia słów kilka... Zdaje się że na to tylko oczekiwano i jednego ranka papier z konsystorza pieczęcią zwiastował mu suspensę a rozkaz zdania probostwa nowemu administratorowi. Przypadło to właśnie równocześnie z podróżą ks. Wikarego do miasta i ex-kapelan pałacowy zmuszony został, przyjąć administracyą.
Gdy rozkaz ten nadszedł, Kanonik zrazu jakoś oczom swoim nie wierzył; łza mu się zakręciła w oczach, popatrzał na lipy i domek, na kościołek... i poszedł do siostry.
— Siostruniu kochana, — rzekł przybierając ton wesoły, — kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła. Dostaliśmy i my krzyżyk z łaski Jego... ale go trzeba nosić błogosławiąc... Odebrano mi moje probostwo... Ale to nic... to nic... Jam już stary... Dworek najmiemy w miasteczku, przecie mi na kościołek patrzeć, i w moim drogim modlić się nie zbronią... Plebania nawet była wilgotna... ty byś była dostała reumatyzmu... a mój by się pogorszył...
Staruszka rozpłakała się, zakryła oczy rękoma, lecz prędko niechcąc brata rozrzewniać bardziej utuliła się, łzy zostawiając na noce samotne.
Wieść o odjęciu probostwa Kanonikowi rozeszła się szybko i zrodziła oburzenie, zdziwienie, potem wywołała większe niż kiedykolwiek oznaki miłości i szacunku powszechnego, które stokrotnie za doznaną krzywdę zapłaciły. Włościanie z okolic, mieszczanie, lud, szlachta, płynęła na probostwo ofiarując usługi, pomoc i współczucie serdeczne... Niestety — gorące te demonstracye, pogorszyły jeszcze sprawę Kanonika, bo je poczytywano za wywołane przez niego, chociaż się od nich wypraszał jak mógł.
Jednym z pierwszych którzy przybiegli na probostwo, był Ostójski z Zosią. Szlachcic bez ceremonii klął intrygantów co wlazło.
— Jeśli mnie ks. Kanonik choć odrobinę kochasz, jeśliś mi przyjacielem, jeśli mam łaskę u niego — nie jedź nigdzie, nie przyjmuj, nie najmuj nic. Gotowa rzecz czeka. Mam dworek w mieście, kupiwszy z musu za dług, który mi kością w gardle stoi — wyjm mi tę kość z gardła. Pustka! rujnuje się, pada — zrobicie mi prawdziwie przyjacielską posługę biorąc go sobie.
To mówiąc ściskał i wołał coraz głośniej. Inaczej być nie może, tak mi Panie dopomóż! Będę się gniewał śmiertelnie... musicie...
Zosia nalegała na matkę Juliana, ale ta nigdy woli swej mieć nie chciała i z radą żadną nie śmiała się odzywać. Kanonik pod naciskiem Ostójskiego, odpowiedział podziękowaniem, ale stanowczo nie przyjął ofiary.
Dworek o którym mowa — stary w istocie, nadrujnowany, ale z pięknym ogrodem i drzewami, wziął Ostójski po mieszczaninie który u niego był tysiąc talarów pożyczył, dopłacając rodzinie. Nie mieszkał w nim nikt bo go Ostójski na wszelki wypadek trzymał, gdyby go jaka burza wygnała z folwarku. Dla Kanonika i jego siostry był za obszerny nawet. Położony u stóp wzgórza na którem wzniesiony był kościołek, w niewielkiem od niego oddaleniu, miły był tem, że z okien jego widok rozciągał się na kościół, starą plebanią i okolicę... Schronienia dogodniejszego nie mógł znaleźć Kanonik.
Na pierwszą więc chwilę miał już choć dach nad głową, tem potrzebniejszy, iż nowy administrator zjechał zaraz i niewidząc się z ks. Kanonikiem, przez przywiezionego nowego organistę oświadczył, że probostwo na mieszkanie zająć jest zmuszony.
Tego samego wieczora stary Eliasz, który z wielkiego gniewu ledwie mógł mówić, oświadczył Kanonikowi, iż miejsce kościelnego rzuca i z nim się razem oddala.
— Nie, mój stary, — rzekł Kanonik, — proszę cię, żebyś tego nie uczynił — służyłeś kościołowi nie mnie, nie opuszczaj naszych kochanych ołtarzy. Któż je przybierze? kto je tak troskliwie oczyści i ustroi jak ty?... Znieś chwilę przykrą, poddaj się woli wyższej... zostań, proszę cię zostań. Boję się o kościół — tam wszystko com ja starał się posklejać i poznosić powyrzucać zechcą, ty może obronić potrafisz...
— Ojcze! panie! oni mnie tu zjedzą! oni mnie życie zatrują...
— Kochany stary... pokorą, pokorą, powolnością wiele się czyni. W milczeniu, spokojnie zostań przy obowiązku... jeśli cię rugować zechcą, przyjdziesz do mnie. Ja się nie wiele oddalam — tu pod górą, najmę dworek u Ostójskiego.
Eliasz zapłakał, do kolan się skłonił, nie rzekł już nic, bo niechciał się sprzeciwiać... Nazajutrz nastąpiły przenosiny. Niewiele one kosztowały czasu, bo sprzętu część należało do probostwa, a własność ubogiego Kanonika była bardzo skromna. Zaprzeczono mu wielu rzeczy do których miał prawo — ustąpił bez sporu... Modlił się w ganku patrząc na tę rumacyę, która mu serce rozdzierała, nareszcie spostrzegłszy siostrę, która z zapuszczoną zasłonką głową, wyszła ubrana jak w drogę, ruszył się z ławki... Wejrzeniem pożegnał probostwo i skierował ku kościołkowi. Ten był zamknięty, klękli pomodlić się w progu... Eliasz za niemi... Gdy Kanonik wstał pogodną miał twarz i uśmiechnięte usta — ofiarował Bogu... boleść w jego usługach zyskaną — lekko mu było, bo nic sobie do wyrzucenia nie miał.
Zeszli powoli z góry ku pustemu dworkowi, gdzie Ostójski czekał z chlebem i solą, Zosia z przygotowanym podwieczorkiem, a Klara z wymownem słowem pociechy.
Jednakże mimo wszelkich starań o złagodzenie wrażenia, które przenosiny te uczynić musiały — wszystkim jakoś było smutno. Ostójski niekiedy stawał w oknie i patrzał na probostwo z groźbą w oczach... jakoby chciał nowemu panu powiedzieć — nie będzie ci tam gładko!
Wistocie, Wikary nie wielu znany bliżej, a nikomu miły, zgotował sobie zastępując usuniętego Kanonika życie wcale nie do zazdrości. Lud który miał zaufanie w starym przyjacielu, stronił od probostwa a szedł do dworku, szlachta umiejąca szanować cnotę, okazywała wszystka zimną obojętność zastępcy. W niedzielę mimo zaproszenia, w święto nikt ani zaszedł na probostwo. Wikary-administrator został odosobniony i naturalnie przypisywał to intrygom Kanonika, chociaż ten najmniejszego nie miał udziału w niczem i słowem żalu nawet nigdy się nie odezwał.
Stosunki z folwarkiem były jak najściślejsze, z plebanią tylko przez Eliasza jeszcze miał jakąś styczność Kanonik. Rano bardzo zwykle mszą świętą odprawiwszy, wracał do dworku i tam nad brewiarzem lub książką przesiadywał dzień cały, wieczorem często bywali z siostrą na folwarku.
Julian wyjechał dla zdania egzaminów i pisania swej lekarskiej rozprawy, której miał bronić publicznie — w pałacu panowała cisza przedburzowa, Ostójski też musiał na wszelki wypadek tak swe interesa uporządkować, aby go sprzedaż majątku i możliwe wyjście z dzierżawy, nie zastały nieprzygotowanym.
Stary hrabia siedział w oficynie, hrabina płakała w pałacu. Carita po niejakim czasie objawiła swej dobrodziejce postanowienie założenia pensyi w miasteczku. Zdawało się iż ex-kapelan poddał jej tę myśl, gdyż za nauczyciela do kilku przedmiotów miała go zamówionym i do ogólnego nadzoru nad zakładem. On też pierwszem urządzeniem się zajmował. Na wiadomość o tem stara hrabina podniosła oczy, popatrzyła na włoszkę, pokiwała głową i spytała ją, czy niema może zamiaru wstąpić później do jakiego zakonu? Carita zarumieniła się mocno, a po chwili szepnęła, iż za nic ręczyć nie można jeśli przyjdzie natchnienie. Na tem się skończyła rozmowa. Wkrótce potem do nowo zajętego domu przeniosła się włoszka, przybyła jeszcze jedna podżyła już nauczycielka, wzięta z poręki ks. Wikarego i rozesłano ogłoszenie o otwierającej się pensyi, wedle planu i metody innych, klasztornych urządzonej.
Po wyjeździe hr. Edwarda kilkanaście dni upłynęły bez żadnej o nim wiadomości, ojciec tem był niespokojniejszy, iż na nim ostatnie swe pokładał nadzieje. Nareszcie jednego dnia hrabina bilecikiem oznajmiła mężowi, iż miała mu coś do udzielenia z listu Edmunda. Hrabia pospieszył do pałacu. Na stoliku zastał list otwarty, który syn, więcej do matki czując zaufania, do niej adresował... Mniej więcej brzmiał on jak następuje: — Niechciałem nic pisać o sobie dopóki by się coś stanowczego nie trafiło, o czem by donieść było warto. Szczęściem przybywszy do stolicy zastałem tu niczem nie popsute pole, gdyż o naszem nieszczęściu wiadomość jeszcze była nie doszła. Przez dni kilka musiałem odwiedzać moich znajomych, aby wpaść na myśl jakąś, na drogę. Miasto zastałem prawie puste, wszyscy jeszcze byli u wód lub na wsi. Już prawie zwątpiłem o powodzeniu, gdy mi się nastręczył baron Sauer. Ani hrabia ani mama kochana nie możecie znać barona Sauer, gdyż i on i jego baronostwo świeżej jest daty. Wyrósł on, wychował się, dojrzał, wygładził się, spotężniał i przywdział tytuł na giełdzie. Niepotrzebuję objaśniać, iż należy do najstarszej na ziemi arystokracyi, bo pochodzi z pokolenia Lewi. Pamiętają go ludzie buchalterem w podrzędnym domu wekslowym, potem handlarzem akcyi i papierów, potem w maleńkim sklepiku gdzie pieniądze zmieniał i sprzedawał walory, potem wspólnikiem jakiegoś przedsiębiorstwa kolei żelaznej, potem bankierem na pierwszem piętrze pod Lipami, naostatek... baronem Sauer i milionerem... Jakże go mam opisać? Im z mniejszego wyszedł, tem dziś jest większym panem, ale co się zowie grand seigneur. Pałac przepyszny, willa cudowna w thiergartenie, ekwipaż jeden z najpiękniejszych, stół lukullusowy, dom otwarty, bale jakich ambasadorowie nie dają... Otarł się przytem tak wybornie, iż w nim owego dawnego buchhaltera ani znać...
Baron Sauer był mi zawsze bardzo przyjaźnym. Zobaczywszy mnie, zaprosił na obiad męzki. Żona jego była na wsi. Pojechałem, było nas kilku z wyższego tutejszego świata dobrych chłopców, radych się poweselić i pośmiać. Przy obiedzie paplaliśmy. Zgadało się o ożenieniu, jam się nie bez celu wyrwał, że mnie celibat nudzi, i że gotów bym się ożenić.., Baron podchwycił — naprawdę? — naprawdę. Niemasz hrabia przesądów? — Żadnych, ale wymagam od żony wykształcenia jej stanowi właściwego, młodości i — dokończyłem na dłoni wskazując jak się liczy gotówkę. Baron się roześmiał. Cela va sans dire? rzekł. Chcecie się żenić, bierzcie Filipinę Sauer, mojego zmarłego brata i siostrę... Widzieliście ją, ładna jak aniołek a raczej jak szatanik, uczona jak Rachel... i ma trzykroć sto tysięcy talarów posagu... Wiem że jesteście katolikiem i że dla was, sama przyzwoitość wymaga aby żona była katoliczka — ale o to bardzo łatwo — nam wszystko jedno... Filipinę umyślnieśmy zachowali i wychowali... nie dając jej żadnej konfesionalnej edukacyi, aby sobie religię wybrać mogła... Gdyby się trafił bankier izraelita — mogłaby zostać w wierze ojców, jeśli protestant junkier, gotowa być protestantką, — a gdy się katolik podoba — będzie katoliczką.
Uśmiechnął się poczciwy Sauer, znajdując nadzwyczaj praktycznem wychowanie synowicy — przyznaję się, że mnie to wszystko wielce także nęciło. Widywałem już pannę Filipinę, jest ładna, a raczej śliczna brunetka maleńka, nos tylko nieco za rasowy... rączka i nóżka cudne, oko dyamentowe, żywa, dowcipna... i trzykroć sto tysięcy talarów.
— Dobijemy targu, — rzekłem, — byle nie długo myśleć.
— Seryo.
— Zupełnie.
— Mam pisać by żona ją przywiozła?
— Proszę.
Podaliśmy sobie ręce... Zgoda stanęła, Sauer zatarł ręce... Mnie się w głowie kręciło. Powróciwszy do domu zasmuciłem się trochę. Te stosunki! stosunki! pokrewieństwo z Mendelsohnami i Beerami a zatem i Meyerbeerami mogą smakować... mnie com nie muzykalny... ah! tam zaraz w miejscu powinszowali mi wszyscy, a ktoś zręczny przysięgał się iż dawno we mnie domyślał się miłości dla panny Filipiny. Nieprzeczyłem. Nazajutrz gruchnęło to po Berlinie, nie ręczę, żeby Sauer sam bojąc się mego wycofania, nie roztrąbił. Zatelegrafowano moje oświadczenie do Ostendy.
Po tym pamiętnym mi obiedzie upłynęło dni cztery, jednego ranka otwierają się drzwi i bez anonsowania wchodzi do mnie Baron, ale kwaśny i z wywróconą twarzą, ażem się zląkł. Stanął naprzeciw mnie, kiwając głową w milczeniu.
— No, no, podszedłeś nas hrabio, wcale zręcznie...
— Ja? jak? — spytałem.
— Ojciec wasz zbankrutował?!
— Tak źle nie jest, — rzekłem, — interesa są ciężkie, ale nie zrozpaczone...
— Ale wy nic nie macie?
— Mamy jeszcze stósunki i imię, które coś przecie warte, — odrzekłem dumnie, — a ja siebie też nawykłem nieco cenić...
— To wszystko dobrze, — odparł Baron, — Filipina poszła by za was, gdybyście złamanego nie mieli szeląga, umielibyśmy was i imię spożytkować. Idzie o to że ożenienie w chwili gdy bankrutujecie, rzuca na nas cień niemiły, jakobyśmy kupili was sobie na licytacyi. Tego nie chcemy. Interes nie był zupełnie jasny, trzeba nam było powiedzieć wszystko...
— Zatem zrywamy interes, — rzekłem kłaniając się.
— Nie możemy zerwać, — odparł siadając Baron, — ale go musiemy ułożyć tak, aby się to inaczej wydawało. Możecie się wszakże pochwalić, iż potrafiliście wpędzić w matnię Barona Sauer, który nikomu nigdy jeszcze łapać się nie dał.
Pomimo nieukontentowania i chwilowego nieporozumienia układ przyjdzie do skutku. Sauer rozgłosić potrafił żeśmy z panną od roku byli zaręczeni.
Widzę że hrabia i mama się może wzdrygnie, wystawiając sobie moją Filipinę cale inaczej niż jest. Muszę więc dodać, że oprócz piękności, oprócz najwyborniejszego wychowania, jest rozumna, dowcipna i umiejąca się tak zastósować, iż dla niej żaden świat, żadne towarzystwo nie będzie strasznem. Niech ludzie sobie co chcą szepcą po cichu, mnie to jest obojętnem. Hrabia jeśli można, dobrze by zjechał tu a wesele przyspieszyć by się dało...
W przypisku do tego listu, hrabia Edmund wyszczególniał jaką oprócz posagu, panna Filipina przyniesie wyprawę i że samych sreber ma za piętnaście tysięcy talarów i t. p.
Hrabia wysłuchał czytania listu z rezygnacyą chłodną. Ani ów, ani żona jego nie widzieli w tem małżeństwie nic tak nadzwyczaj niestosownego. Żadne też z nich nie przypuszczało nawet, iż Abraham Helig kupiec i dzierżawca arędy w miasteczku w blizkiem był w pokrewieństwie z hrabiną przyszłą, jak się to później okazało...
Hrabina przywodziła mnóstwo przykładów podobnych we Francyi, hrabia wiedział o przybliżonych do tego w Anglii wypadkach. Westchnęli oboje i stary pan nazajutrz pocztę zamówił do stolicy. Honor i syn był ocalony — ale co z rodzicami stać się miało? Nieśmieli nawet mówić o tem, choć oboje czuli, że zostając na łasce syna, byli w położeniu dosyć — przykrem. Tymczasem życie szło trybem dawnym, dwór i wydatki zmniejszone być nie mogły. Hr. Edmund tak się spieszył, iż gdy ojciec nadjechał, już znalazł dzień ślubu naznaczony i przepyszne litografowane karty de faire part, gotowe do rozesłania w imieniu rodziny.
Baron Sauer przyjął jego Ekscelencyą z wielkiemi honorami, dał obiad pyszny na którym był jeden minister i dwóch generałów, pokumał się z nim serdecznie i przygniótł go do ziemi swą poufałością. Wyprostowany, chłodny, ale trupio-blady hrabia przeszedł przez te wszystkie próby ognia, rachując iż cierpliwością zdobędzie sobie modus vivendi przyzwoity, będąc na łasce syna i synowej.
W przeddzień ślubu postanowił rozmówić się z Edmundem, który zmięszany trochę oświadczył mu iż — baron Sauer wziął na siebie ułożenie wszelkich interesów pieniężnych i że hrabia z nim o tem będzie musiał pomówić jako z opiekunem jego przyszłej żony. Hrabia prawie to wolał, jednak kwaśno mu było. Tegoż dnia napisał bilecik do barona, który się zjawił zaraz dla pogadanki.
Wielkiemu panu ciężko przychodziło otrzeć się o drażliwą materyę, ale — musiał.
— Kochany baronie, — rzekł, — wiesz jak z łaski plenipotentów i złych ludzi z któremi mieliśmy do czynienia, majątek nasz został nadwerężony. Przyjdzie wam go okupić pieniędzmi synowej, ale cóż my dla siebie wymówić mamy?
Bębniąc po stole palcami i wpatrując się w swą tłustą rączkę Sauer począł, nie spojrzawszy nawet na hrabiego.
Les bons comptes font les bons amis! Ja także pragnąłem o tem z kochanym hrabią pomówić. Sprawa mojej pupilli i synowicy nie moja, wymaga z mej strony nadzwyczajnej baczności... cudzy interes, panie hrabio — cudzy — rzecz święta!
Westchnął.
— Jużcić na to nie pozwoli nasza familia, aby hrabia i hrabina zostali bez przyzwoitego utrzymania, ale — my wiele dać nie możemy... Tam na majątku niema nic... nic...
— Panie baronie, przy dobrem gospodarstwie... będzie przewyżka... — zawołał hrabia.
— No! toż trzeba żeby mąż coś miał! To co my ofiarujemy, to tylko z serca dobrego i przez szacunek dla państwa... ale my wiele dać nie możemy. Filipina ma trzykroć sto tysięcy talarów. Co one zrobią włożone w ziemię? Ziemia to hipoteka doskonała ale interes kiepski. Pięć procentów! co to jest! pięć procentów! Co to jest za lokata, kiedy ona dziś z papierów ma piętnaście! Cóż oni będą mieli dochodu? Piętnaście tysięcy talarów! Co to jest dla nich piętnaście tysięcy talarów? Co oni mogą z tego dać?
Baron zatrzymał się, hrabia zagryzał usta aż do krwi niemal.
— Ja jestem człowiek praktyczny, — rzekł Sauer, — niech pan popyta, że mnie tu wszyscy znają za praktycznego człowieka... Proszę wierzyć. Hrabina mama niechaj zostanie przy dzieciach, po co jej jeździć i tracić osobno... na małe potrzeby, mając wszystko w pałacu, czy to wiele na wsi się wydaje! Ah, tysiąc talarów to świat!! Co się tyczy pana hrabiego, my wiemy, że pan przywykł jeździć, że panu to do zdrowia potrzebne... Teraz wszystko tanieje... no! trzy tysiące talarów??
Popatrzał — hrabia słuchał z oczyma spuszczonemi w ziemię, nie mówiąc słowa, nie zdając się mieć ochoty odpowiadać.
— Z cudzej kieszeni mnie trudno szafować, — dodał Sauer, — no! a na prawdę niema z czego! Jeśli się interesa poprawią później, a majątek oczyści...
Hrabia jeszcze nie odpowiedział i głowę trzymał spuszczoną. Bankier nie wiedział co to ma znaczyć, ale nie śmiał być natrętnym. Począł palcami grać na stole i wpatrywać się w nie osłupiałym wzrokiem.
Panowało milczenie przykre. Nagle hrabia wstał, wyprostował się, głowa do góry i rzekł sucho:
— Cóż robić! co robić?
Napróżno Sauer starał się jakąś obojętną zawiązać rozmowę, nie było sposobu, stary milczał z dumą która się targować ani chciała ani myślała. — Sauerowi przykro było może iż się to tak urwanym sposobem skończyło, po chwili jednak pożegnał się i wyszedł. Nazajutrz miał nastąpić ślub w kościele Św. Jadwigi, gdyż chrzest panna młoda kilką dniami wprzódy odbyła... Niewielka garstka zaproszonych świadków towarzyszyła obrzędowi. Ze strony pana młodego był sam jeden ojciec obwieszony orderami, z gwiazdą i w mundurze kawalerów Bożego grobu, który jest wspaniały. Pokrewni panny patrzali z pewną dumą że takiego pięknego szczupaka złapać sobie potrafili. Baron Sauer miał wprawdzie kilka pięknych dekoracyi, ale takiego przepysznego munduru!! zazdrościł...
Po odbytym obrzędzie na obiad zaprosił do siebie baron całe towarzystwo składające się z dwudziestu kilku osób. Uczta była prawdziwie królewską i tak kosztowną iż goście mimowoli jedząc rachowali ile to talarów na nią wyszło. Przepych w srebrze, w porcelanie, w winach niezrównany. Sauer jadał w dni powszednie, gdy żony nie było, a huis clos, obiady z traktyeru mu przynoszone po 15 sgr., ale gdy należało — wystąpić — występował pańsko.
Hrabia stary wielki znawca win i delikatesów utrzymywał, że takiego wina Bordeaux nie pił od lat dziesięciu... Sauer zapraszał naiwnie swych gości. — Proszę tego skosztować, — mówił do krewnych, — pan w domu tego nie dostaniesz...
Późną nocą jakoś skończyła się nareszcie Baltazarowska uczta owa i wszyscy wstali weseli i szczęśliwi... Całe towarzystwo odprowadzało na kolej państwa młodych, którzy wedle zwyczaju przedsiębrali miodowy miesiąc spędzić w szwajcarskich gospodach. Mieli tylko wstąpić na godzinę do majątku, aby hrabinej zaprezentowała się synowa i natychmiast ruszyć w drogę. Stary hrabia jechał z niemi także. Na stacyi kolei czekał jeszcze kosz szampana ze złotemi szyjkami.. wypito zdrowie... zaświstała lokomotywa ironicznym jakimś głosem — i... w świat...
Trzykrotne — hoch! rozległo się po za wagonem... w którym hrabina Filipina z ogromnym bukietem uśmiechała się mężowi naprzemian i staremu hrabiemu, już drzemiącemu po trudach biesiadnych.
Na wsi trzymano w zupełnej tajemnicy całą ową historyą zdobycia nowej fortuny przez hrabiego Edmunda. Ostójski tylko zasłyszał coś z dala niepewnego o projektach ożenienia, ale z kim, co? niewiedziano.
Jednego ranka gdy Cześnikiewicz pracował w swoim pokoju, a prawdę powiedziawszy ciągnął kabałę — zastukano do drzwi, prawie równocześnie drugiemi wszedł Jakóbek i oznajmił, że Abraham Helig chciał się widzieć... — A to niech wejdzie — rzekł Ostójski.
Otworzyły się drzwi do ganku i znana postać starego Heliga pokazała się w progu, z niezwykłą na twarzy jasnością. Ostójski tak był uderzony wyrazem fizyognomii starego żyda, iż sądził z razu, że wielki los na loteryi musiał wygrać.
Stary żyd, najmajętniejszy kupiec w miasteczku, który dostarczał wszystkiego Ostójskiemu i zostawał z nim w dobrych stosunkach, człowiekiem był uczciwym, nie zbyt wykształconym, ale już trochę w świecie nieco otartym. Sadził się nawet na mówienie czysto po polsku.
Za młodu chodził on starą modą, ale się z czasem przebrał, jak mówił, po niemiecku, chociaż zostały mu niektóre części stroju właściwe tylko naszym izraelitom.
— Kłaniam uniżenie, panie Helig, kłaniam uniżenie.
Abraham nienosząc już pasa, rękę założywszy za surdut, uśmiechając się kłaniał. — Jak się pan Cześnikiewicz ma? czy dobrze zdrów?
— At, co chcesz, stare graty kości noszą... stary grzyb jestem i mam się jak skrzypiąca wierzba...
— A! a! albo to jegomość stary, ja dziesięć może lat starszy jestem...
— A w roku przeszłym trzeci się raz ożeniłeś? nieprawdaż? — dodał Ostójski, — no — jabym tego głupstwa zrobić niepotrafił.
— Dla czego to ma być głupstwo? — zapytał Abraham.
— U nas to tak nazywają.
— A u nas, panie Cześnikiewicz mówią, że przykazanie Boże.
Ostójski ruszył ramionami.
— No? co słychać panie Abraham...
— Hm! co słychać? to pan już musi wiedzieć.
— Naprzykład?
— Dla nas, to największa nowina, że młody pan hrabia jutro się żeni, a pojutrze tu będzie z żoną.
— Doprawdy?
— W samej istocie, — mówił uśmiechając się Abraham, — no! i pięknie się ożeni! Panienka ma trzykroć sto tysięcy talarów, oprócz co jej stryj da wyprawy, a to pierwszy bogacz w Berlinie.
— Ale któż? co? jak się zowie? — pytał Ostójski.
— Ona jest synowicą sławnego bankiera, barona Sauera. Czyż byś pan o nim nigdy nie słyszał? a! to nie może być!
— A! ten co szachrował na kolejach.
— Szachrował? przepraszam pana, — rzekł Abraham, — on szpekilował — ja coś o tem wiem.
Ostójski się zamyślił mocno.
— Synowica Sauera?...
— Tak jest, a mnie ona wypada po siostrze — siostrzenica...
Ostójski osłupiał...
— Co waćpan mówisz! hrabia! ale to nie może być.
— Jak nie może być, kiedy jest! — rzekł tryumfalnie Abraham, — moja rodzona siostra była za Henrykiem Sauerem...
— Jakto? hrabia by się ożenił z żydówką? — zakrzyczał Ostójski, któremu się mięszało w głowie.
— No tak... ale ona już zapewnie przyjmie taką wiarę jakiej będzie potrzeba. Ja tego nie chwalę... a ją tak wychowali. Teraz i u nas taki wiek nastał, że ludzie swojej wiary nie trzymają.
— Ale cóż u sto djabłów, — rozchodził się Ostójski, — co mi asindziej prawisz panie Abrahamie, hr. Edmund żonaty z siostrzenicą waszą?
— I z rodzoną! — rzekł powoli Abraham, ruszając ramionami. — No, to co? to co? oni stara familia i my stara familia... my jesteśmy z pokolenia Lewi, a to wiadomo, że my egzystowali kiedy tych hrabiów na świecie wcale słychać nie było...
Ostójski stał ciągle osłupiony, nagle zerwał się i otworzywszy drzwi począł wołać: Klaro! Zosiu! Zosiu! Klaro! a proszę, a prędko!
Obie kobiety wbiegły prawie natychmiast a widząc starego poruszonego, domyśliły się że Abraham jakąś nowinę przynieść musiał.
— Cóż to się stało? co? a! dobry dzień panie Helig...
— Co się stało? — zawołał Ostójski, — ja tego wam powiedzieć niepotrafię, a gdybym powiedział, myślelibyście, że z was żartuję. Niech Abraham powie.
— A! proszę pana, — rzekł Abraham, cóż tak nadzwyczaj osobliwego! Gdy pożyjemy, zobaczymy może dziwniejsze rzeczy, wiek taki nastał!
Zosia patrzała ciekawie.
— Dziwnego? cóż dziwnego się stać mogło? — spytała.
— Nic dziwnego; — odparł Abraham, — młody hr. Edmund jutro się żeni, z bardzo bogatą, piękną i dosyć wychowaną panną, a że ona jest moja siostrzenica...
Panna Klara krzyknęła, — Ach! zakryła sobie oczy i padła na kanapę.
— Skończenie świata! — zawołała, — Zosia zaczęła się śmiać.
— Doprawdy? rzekła prychając. — Słowo daję panience, — poważnie odezwał się Abraham, — no — co dziwnego...
Po chwili Klara wstała blada z rękoma załamanemi.
— Bez pozwolenia rodziców!
— A! jak to? stary hrabia był na ślubie.
— Gdzie? w synagodze? — zapytała Zosia naiwnie.
— Nie, — odezwał się Abraham, — ona jest — katoliczka. Na trzy dni przed ślubem ją ochrzcili. Ona miała takiego rozumnego stryja co ją chował na wszelki wypadek bez żadnej wiary. A jak by jej przyszło pójść za żyda albo za protestanta...
Tej teorji wysłuchały kobiety ze zgrozą. Klara powtórzyła raz jeszcze — skończenie świata!
Ostójski kiwał głową.
— Więc jakże panie Abrahamie, przecie gdy przyjadą, pójdziesz się im pokłonić, albo oni odwiedzą wujaszka? Jak Boga kocham w głowie się mięsza.
— Nie, ja tego nie zrobię, — odpowiedział izraelita z powagą, — ona porzuciła wiarę swoją, między nią a nami niema już nic, ona nie moja siostrzenica, jam jej obcy. No — ale przyznam się jegomości, chciałem się przed nim pochwalić! Nie — ja tam nie pójdę, ani ona do mnie nie przyjedzie... Hrabia pewno niewie nawet o tem, że ma wujaszka w miasteczku... a ludzie... będą o tem wiedzieli. Dla biednego żyda, — to jest satysfakcya! A! a! czego to teraz za pieniądze kupić nie można! Kłaniam jegomości...

Nie miał nic pilniejszego Ostójski po obiedzie nad zaniesienie tej nowiny do dworku księdza Kanonika, który ani o ożenieniu, ani o rodzaju tego ożenienia i stosunkach jakie z sobą przynosiło nie wiedział wcale. Panna Klara nie towarzyszyła im w tej wyprawie, była bowiem do szpiku kości szlachcianką polską i uczuła się, wedle dawnych pojęć, dotknięta tak w swem dostojeństwie iż dostała bólu głowy i musiała się uciec do zwykłej żółtej chusteczki, z którą się na świat nie pokazywała.
Zaledwie usiedli około starego okrągłego stolika, który nosił jeszcze na sobie ślady studenckiego scyzoryka pana Juliana, Ostójski się odezwał nie mogąc dłużej wytrzymać.
— Księże Kanoniku! nowina wielka, hr. Edmund jutro się żeni z panną Sauer synowicą bogatego barona Sauera... wiecie! Był u mnie dziś rano Helig i oznajmiając o tem oświadczył razem, iż hrabina przyszła jest jego rodzoną — sio-strze-ni-cą.
Matka Juliana ledwie nie tak zakrzyknęła jak panna Klara — Jezus! Marya...
— Ale, stójcie państwo! — dodał Cześnikiewicz — katoliczką jest od trzech dni, była wychowaną tak mądrze iż do tej pory żadnej wiary nie miała, jak czystą białą kartę zachowano ją, by na niej przyszły mąż wyznanie swoje zapisał.
Ks. Kanonikowi wydało się to żartem, wyda się to może powieściopisarskim konceptem niejednemu z czytelników, ale — niestety — historyczny to fakt, XIX wieku indyferentyzm malujący najlepiej. Co więcej, nie jest on może jedynym, a w rodzinach praktycznych powtórzy się pewnie i przejdzie we zwyczaj.
Gdy Ostójski zaręczył że nie zmyślił a Zosia potwierdziła uroczyście i opowiedziała co słyszała sama od Abrahama, Kanonik odezwał się smutnie.
— Idziemy więc szybkiemi kroki do tego stanu obojętności religijnej, która poprzedziła u pogan upadek ich społeczeństwa. Religia staje się formą, imieniem, rzeczą podrzędną... Bierze się ją dla wygody i rzuca gdy zawadza jak tłumoczek podróżnemu... I to czyni ludzkość nie z błędną wiarą instynktami stworzoną, ale z objawioną, co przyniosła światu — prawdę, co stworzyła społeczność nową, stosunki nowe, co wyzwoliła człowieka — co go połączyła z Bogiem...
— A! nie! zawołał podnosząc ręce do góry, — nie jest to dzięki Bogu, religii Chrystusowej zgon, bo ona nigdy skończyć się nie może, ale znak odrodzenia jej... Powstaną apostołowie nowi... przyjdą mężowie świątobliwi i dziać się będą cuda, a wiara Boża którą ludzie zepsuli, z nowym blaskiem zaświeci nad ich upokorzonemi głowami w niebiosach...
— Nim przyjdzie wszakże ta godzina, sprawiedliwym kielich goryczy należy wypić aż do dna...
Zamilkł.
Abraham Helig, który tajemnicy nie czynił ze swego chlubnego pokrewieństwa przed Ostójskim, nie znajdował potrzebnem taić tego i przed drugiemi. Zresztą inni jego współwyznawcy byliby ją również roznieśli, bo stosunek ten doskonale znali. Rozeszła się więc w dni kilka wiadomość po całem sąsiedztwie, a jakie uczyniła wrażenie, zdawać sprawy nie potrzebujemy.
Rok upłynął od opisanych przez nas wypadków w pałacu i na folwarku. W ciągu jego pan Julian który zdał cum maxima laude examina i otrzymał stopień doktora, oznajmił o tem wprawdzie czułemi listami matce i wujowi, ale się wytłumaczył przed niemi, iż przybyć do nich nie mógł... W przypisku było pozdrowienie dla całego domu Ostójskich... Zosia się zarumieniła mocno, czytając list ten, westchnęła i wybiegła prędko. Ojciec za nią powiódł oczyma i sposępniał.
Julian donosił w nim, że jeszcze nie jest pewien gdzie się i jak obróci, lecz że ma widoki na jakąś katedrę w jednym z uniwersytetów ruskich i tam zapewne się uda; a przed wyjazdem będzie się starał matkę i wuja pożegnać.
W położeniu Cześnikiewicza zaszła też zmiana, gdyż wkrótce po ożenieniu z panną Sauer, hrabiego majątki poszły na licytacyę i Baron w imieniu siostrzenicy je nabył, dołożywszy swoich około pięćdziesięciu tysięcy talarów. Doskonały i praktyczny bardzo administrator, Baron zjechał zaraz na miejsce, obejrzał folwarki i zapowiedział, że sprowadzi agronoma, pożyczy obrotowy kapitał i na siebie gospodarstwo obejmie. Wypowiedziano więc dzierżawę panu Ostójskiemu, który chwilowo był w kłopocie, znalazł przecie, niechcąc się jeszcze kupnem związywać, znaczny, opatrzony folwark w pobliżu, który zadzierżawił i do niego się przeniósł. Grunta dochodziły do pół mili od miasteczka, domu nie było mieszkalnego, najęto więc dwór w mieście, pod pozorem, że ten który zajmował Kanonik był za szczupły... Mieszkanie w miasteczku mało co rodzaj życia zmieniło, Ostójski tylko częściej wyjeżdżać musiał, a Zosia była samotniejszą. Chwile te najczęściej spędzała w dworku z matką Juliana, którą jakby własną kochała. Przychodziła z robotą, z książką, z koszyczkiem w którym jakąś przyniosła nowalię, i to pomagała w ogródku, to czytała głośno, to rozmawiała z Kanonikiem. Stała się tu prawie domową. Biedna na straży sobie wybrała miejsce, by być jak najbliższą wieści od Juliana. Odważyła się nawet, czego się młodej panience nie chwali, na krok bardzo stanowczy. Ofiarowała się podstępnie kopertować, zapisywać i pieczętować listy matki do Juliana, a dyplomatyzowała tak zręcznie, iż nim przyszło do pieczątki, ukradła sobie miejsce na przypiski... Oznajmiła wszakże Julianowi, iż to czyni bez niczyjej wiedzy i na własną odpowiedzialność.
Na przypisek ten nie było też odpowiedzi żadnej, tylko znów ukłony ale nie całemu domowi Ostójskich, osobiście Cześnikiewiczowi, pannie Zofii i pannie Klarze. Zawsze był to maleńki podstęp. Za drugim razem Zosia śmielsza już, zamiast pośpiesznego przypisku, osobną miała karteczkę w pogotowiu i do koperty ją wsunęła.
Nie było w niej nic doprawdy czego by papa i ciocia czytać nie mogli, ton listu żartobliwy i wesoły, a przecież jak on mówił wiele!... Jak go tam przywitano, zostało tajemnicą, gdyż pan Julian nie ośmielił się odpowiedzieć, ani nawet podziękować, w przypisku tylko dołożył nieco czulej — całuję rączki panny Zofii i dziękuję za wszystkie jej dla mamy, a przez matkę dla mnie świadczone dobrodziejstwa...
Tłumaczyło się to tem, iż matka Juliana donosiła mu jak o niej poczciwa Zosia nie zapomniała.
Od tych pierwszych prób, panna Zofia bezkarnością ośmielona, puściła się w formalną korespondencyą, choć zawsze bez odpowiedzi. Sprowadziła sobie cieniuteńki papier, aby niepostrzeżenie całą jego ćwiartkę wsunąć mogła i powiedziawszy sobie, że czy trzy wiersze, czy cztery stronnice grzech już jeden, zasypywała maczkiem od końca do końca arkusik.
Sprawiało jej to niewymowną pociechę. Opisywała mu życie swoje, matki, Kanonika, mieściła nawet małe niewinne ploteczki. A choć czasem łzami przy pisaniu zwilżone były oczy, list zawsze był wesolutki, dziecięcy... miluchny jak szczebiotanie ptaszka...
— Jesteś ty uparty, — mówiła Zosia, — ale i ja nią być potrafię. Chcesz ty czekać, będę czekała i dowiodę ci że kobiece serce lepiej od waszego brzydkiego sercyzka kochać umie.
Stara matka Juliana tak już była nawykła do kopertowania, pieczętowania i adresowania Zosi, że nigdy żadnego do syna nie wyprawiła listu, żeby jej o tę pomoc nie prosiła. Któż tam wie — może się co i domyślała, bo listy z czasem grubiały, a czasem nieostrożna Zosia zapędziwszy się półtorej ćwiartki wsuwała, co kopertę czyniło podejrzaną. A jednak matka nigdy nie dopatrzyła się defraudacyi.
Julian w ostatnim z listów doniósł nareszcie, że po namyśle chce próbować szczęścia inaczej i wybiera się do Ameryki południowej... a nim wyjedzie przybędzie wziąść matki i wuja błogosławieństwo...
Zosi z podróży czytanych znany był ten kraj tylko z żółtej gorączki, przestraszyła się niezmiernie i zaklęła Kanonika i mamę, aby w żadnym razie nie puszczali Juliana do tego kraju, w którym tak okropne choroby panują. Wolała już Rosyę, bo była bliżej, a cholera wydawała się jej mniej jakoś niebezpieczną.
Juliana wszakże mimo przyjazdu obietnicy wstrzymały i namysły i wybory w podróż, tak że się przybycie jego przeciągnęło. Tym czasem zaszły nader smutne okoliczności.
Jednego poranka panna Klara która bardzo rzadko, zwłaszcza sama odwiedzała dworek i Kanonika, przybiegła z wyrazem twarzy tak zmienionym, przestraszona i zapłakana, że się matka Juliana, która ją pierwsza spotkała w progu wylękła sądząc iż jakie nieszczęście trafiło się panu Ostójskiemu lub jego córce.
Słowa od panny Klary dopytać się nie było można w początku, prosiła o wodę, popłakiwała ciągle, łamała ręce i powtarzała: co to z nami będzie? co my nieszczęśliwi poczniemy?
Kanonik błagał ją aby ich z tej niepewności wywiodła.
— A! ojcze mój, — zawołała, — jest to jeszcze tajemnicą, gdyż mój brat lęka się rozgłoszenia — wielkie nieszczęście. Praca życia całego! Kapitał mojego brata ulokowany u bankiera w Berlinie cały i bezpowrotnie przepadł.
— Jakim sposobem?
— Niegodziwy człek zbankrutował i uciekł do Ameryki... brat mój powraca z Berlina... Nie chciał martwić Zosi i krył jak mógł tę klęskę... ale się to mimowolnie wydało... Jesteśmy bez kawałka chleba... Ostójski był tak nieostrożny... ja go zawsze przestrzegałam, słuchać mnie nie chciał. Wszystko złożył w jedne ręce! W domu z obawy złodziejów nic nie trzymał, co tylko zebrał, odsyłał. Niewiem czy mu, oprócz remanentów, tysiąc talarów zostało...
Kanonik chwycił się za głowę.
— A! co za nieszczęście, — rzekł, — ten poczciwy Ostójski, żeby tylko nie rozpaczał, nie zagryzł się, nie rozchorował. Przecież Bóg dał, Bóg wziął... dla nich dwojga, dla państwa trojga — poprawił się — starczy i ta odrobina co zostanie. Przy pracy...
Ale panna Klara nie słuchając płakała.
— Możebym ja poszedł do niego, — zawołał Kanonik, — czasem słowo przyjaciela coś zaważy... a przypomnienie woli Bożej...
Chciał już wziąć za kapelusz, ale go panna Klara wstrzymała.
— Nie można mu o tem mówić, póki sam nie przyzna się. Gniewałby się żem ja go zdradziła, przyleciałam tu, — dodała panna Klara, — aby dolą naszą podzielić się z sercami przyjaznemi i pocieszyć współczuciem. O! przeznaczenie!
Uściskała matkę Juliana i pobiegła równie pospiesznym krokiem jak przyszła. We dworku smutek był wielki.
— Pierwsza rzecz teraz, — zawołał Kanonik, — żeby mu jego własność zwrócić, bo dziś i ten dworek dla niego wiele znaczy. Nic więc nie mówiąc trzeba innego mieszkania szukać, pozór jakiś znaleźć, a ztąd ustąpić.
— Tak, to prawda, — rzekła smutnie matka Juliana, — a! ale jakże ciężko się nam będzie znowu przenosić.
— Ciężej jemu, moja siostruniu, na starość zostać z uszczuplonym chleba kawałkiem — westchnął Kanonik... — ale Bóg łaskaw...
Miał iść nie zwłócząc do miasteczka, gdy Ostójskiego zobaczył, który z kijem w ręku szedł powoli z głową spuszczoną. Na twarzy jego znać było przybicie, ale nie tak szaloną rozpacz i zwątpienie, jakich się Kanonik obawiał. Pozdrowili się jak zwyczajnie, Ostójski postawił kij w kącie i siadł.
— Jeździłeś pan do Berlina — cóż tam słychać? — spytał Kanonik.
— A no — nic, Berlin się na wielką stolicę przerabia, choć mu to nie łatwe. Nic...
— Coś zmęczeni jesteście z podróży, czy... nie zdrowi, jakoś mi wyglądacie nie swojo, — dodał ksiądz.
Ostójski się obejrzał. — Doprawdy? — rzekł, — jakto! poznaliście biedę z twarzy...
— Jest jaka bieda?
Stary się zawahał, jakby z sobą walczył, mówić czy milczeć.
— No, przed wami tajemnicy niema... — rzekł krótko, — moją krwawicę djabli wzięli.
— Co? co takiego? — zapytał Kanonik.
— Cały majątek mój przepadł, — dosyć jakoś spokojnie dodał Ostójski... — Zostało mi bardzo mało. A w dodatku żem sam sobie winien, więc niema co i piszczeć.
— Cóż? skradziono?
— A juściż, — mówił Ostójski. — Licho mi nadało obawiać się złodzieja w domu i samemu go sobie szukać po za domem. Oddałem wszystkie moje pieniądze bankierowi, który zdawał się pewny i człowiek uczciwy. Tymczasem uszedł gdzieś do Ameryki. Passiva wynoszą półtora miliona, a Activów jest na dziesięć tysięcy. Uwinął się tak zręcznie, że gdy się ludzie opatrzyli, już może był w Nowym-Yorku.
— Ależ nie mieliście u niego całej waszej...
— Caluteńką krwawicę, sto piętnaście tysięcy talarów... westchnął ocierając pot z czoła Ostójski. Chwila była ciężkiego milczenia, szlachcic dumał ponuro.
— Mam lat sześćdziesiąt, — rzekł, nie taka to starość jeszcze gdy są siły — lecz dorobić się już ciężko, choć mam za co ręce zaczepić. To co mi zostało z remanentem, gotówką, w zbożu, na dłużnikach dociągnie do kilku może kilkunastu tysięcy. Gdym poczynał gospodarzyć, więcej nie miałem... ale naówczas też nie miałem połowy tych lat które mi ciężą na karku... i kochanego dziecka o którego los jestem trwożny. Nuż choroba, śmierć... a ona zostanie na łasce Klary? Klara najpoczciwsza w świecie, ale... ale... będzie po całych dniach deklamować, ręce załamywać — i po wszystkiem...
Znowu umilkli, Kanonik i pocieszać nie umiał.
— Tylko cicho, sza! niech ludzie się ze starego dudka nie śmieją... — dodał Ostójski.
— Przecież może złodzieja złapią i coś się odzyska, — rzekł Kanonik.
— Gdyby go złapali, to go jeszcze żywić będzie trzeba, wszystko puścił na bursie... Już tam drudzy starania robili... telegrafowali przez linę do Ameryki, ale ja na to grosza dać nie chciałem...
— Wie Zosia? — spytała matka Juliana.
— Nie zupełnie... ale zdaje mi się że się domyśla, i że Klara się jej łzami wygadała, mnie podszedłszy. Zosia żeby mnie nie zgryźć, wszystko w sobie stłumi — zresztą ona najmniej dla siebie potrzebowała, a pracować potrafi... Mnie to więcej dotyka com jej życie chciał zapewnić szczęśliwe, dostatnie, bez troski. Ale wola Boża... wola Boża...
— Kochany panie, — rzekł Kanonik, — byliście wy dla ubogich miłosiernemi, Bóg też dla was miłosiernym będzie. Nie traćcie ducha, serca, odwagi, a weźcie się do pracy.
— Muszę, — odparł Ostójski, — łzy za pieniędzmi brzydka rzecz, nie ronię ich, ale mi na duszy ciężko! ciężko. Moja Zośka! moja Zosieczka!!?
Zakrył sobie twarz rękami, gdy z tyłu nadbiegające dziewczę pochwyciło go za szyję... Stało ono już i słuchało przez chwilę nim weszło.
— Tatku drogi! tatku najmilszy! jeśli o mnie chodzi! a! to możesz tańcować!.. A mnie pieniądze na co? Wiesz że razowy chleb lubię, że sukienki perkalowe noszę, że praca mnie nie straszy... zostało nam przecie coś! a! czegoż się gryźć. Pluń tatku na licho! Mnie waszej pracy żal... a dla siebie — doprawdy aż lżej.
Ojciec uściskał ją czule...
— No, to dosyć, — odezwał się, — teraz będę spokojny...
Odwrócił się do kanonika żywo.
— Przyszło mi na myśl, bo was znam, — dodał, — że wam się zaraz przyśni ze dworku ruszać aby nie być mi ciężarem. Pilno mi było was przestrzedz, że ja do pół roku nie potrzebuję go, bo mam najęty i zapłacony, a potem... no! to zobaczemy... pomieścimy się jakoś. Tylko ani mi się ruszajcie ztąd ani szukajcie mieszkania — jeżeli mnie kochacie.
— Mój dobry przyjacielu, — przerwał rozczulony Kanonik, — ja serce twe znam, ale mnie nie zmuszaj do położenia, które mi strasznie zacięży... nie zmuszaj. Będę swobodniejszy...
— O cóż idzie? po pół roku zrobicie co zechcecie, a do pół roku jak mnie kochacie, posiedzicie spokojnie.
Kanonik się wahał.
— Ja was proszę, mój ojcze, ja bardzo was proszę i Zosia...
— Ja ojca błagam... — dorzuciła Zosia.
— Do pół roku, słowo, — rzekł Kanonik.
— Słowo.
— Dobrze, — dokończył ksiądz, — a po pół roku żadna mnie siła w świecie tu nie utrzyma. Wy doskonale się możecie sami we dworku tym pomieścić, ja w daleko mniejszym, bo my z siostrą takich apartamentów nie potrzebujemy.
— Poczekajcież no, mój dobrodzieju, — wrzucił Ostójski, — bardzo być może iż ja teraz z dzierżawy większej wyjdę a wezmę mniejszą i dalszą, zatem wcale w miasteczku mieszkać nie będę.
— To sobie dworek wynajmiecie, — rzekł Kanonik, — w teraźniejszem położeniu każdy grosz trzeba szanować.
Na tem więc stanęło; lecz Zosia po odejściu ojca została jeszcze dłużej z matką Juliana. Kanonik nic nie mówił, a w duchu i dziwił się i uwielbiał rezygnacyę z jaką cios ten straszny przyjął stary szlachcic i jego córka. Zosia obawiała się tylko o to by ojciec się zbytnią nie zabijał pracą, a Ostójskiemu szło o córkę... Przywykli do skromnego życia nie mogli poczuć nawet ruiny, bo im zostawało tyle że prawie nie zmieniając dawnego trybu dalej dom prowadzić mogli.
Chociaż wypadek miał być do czasu przynajmniej tajony przed ludźmi, ani panna Klara, ani Zosia nawet nie wytrzymały żeby się z czemś po troszę nie wygadała, ludzie podedrzwiami podsłuchali, w parę dni po miasteczku i okolicy rozbiegła się głucha wiadomość o katastrofie Ostójskiego. Znali go wszyscy jako bardzo zacnego i uczciwego człowieka, ubolewanie więc było powszechne. Nie zbywało na dowodach współczucia, jakie rzadko się ludziom trafia, zdobyć na obojętnem zawsze społeczeństwie. Jeden z pierwszych przybył dziedzic majątku który Ostójski dzierżawił, a któremu się nic nie należało bo był z góry zapłacony. Uląkł się on aby go poczciwy człek nie porzucił i ostrożnie wielce dał mu do zrozumienia, że jeśliby jakiej ulgi w dalszych wypłatach wymagał, da mu ją chętnie. Ostójski uściskał, podziękował i odmówił, ze łzami w oczach.
Naturalnie katastrofa była przedmiotem długiej gawędy, w której szlachcic bankierów, spekulatorów i całej ich prozapii nie szczędził. Urazę do tego plemienia tem większą całe teraz miało sąsiedztwo, gdy baron Sauer zajął się gospodarstwem majątków hrabiego i poprowadził je tak że okolica współzawodnictwa z nim wytrzymać nie mogła. Gospodarowano tu tak jakby jutra dla świata nie było, ciągnąc z ziemi a pobudzając ją do produkcyi szalonej, bez względu na to że i matki ziemi siły wyczerpać się muszą. Sąsiedzi którzy guana kupować, ani mineralnych nawozów sprowadzać nie mogli, gniewali się na Niemca który ogromne czynił nakłady.
W pałacu po powrocie państwa młodych z miodowej przejażdżki wszystko się do nowego ułożyło życia. Hrabina matka wypłakawszy się nad losem swym nieszczęśliwym, pocieszała się tem; że synowa jej była tak zapaloną muzyczką jak ona. Wyznaczono jej część pałacu na mieszkanie. Młoda synowa była nadskakująca i grzeczna... życie znośne. Stary hrabia milcząc i nic nie dając poznać po sobie, zniósł swój upadek na oko stoicznie. Po kilku dniach pobytu na wsi, uroczyście pożegnał żonę, kazał upakować tłomoki i wyjechał do Monaco.
W miesiąc potem dowiedziano się że został tknięty apopleksyą i życia dokończył. Pozostałe długi w Anglii i na stałym lądzie, dokuczały synowi, ale ten ich wcale płacić nie myślał. Baron Sauer był tak grzeczny, iż pensyę trzech tysięcy talarów przelał na hrabinę, dając do zrozumienia że z nią by sobie mogła pojechać, gdzie się jej podoba... Zdaje się że na tę wspaniałomyślną decyzyą wpłynął podszept młodej pani, która chciała być samowładną w pałacu i przenieść się do gabinetu à la Louis XV. Hrabina z radością powitawszy nadzieję swobody, choć z tak szczupłym fundusikiem natychmiast wybrała się do Drezna. Posyłała nawet do panny Carity, czyliby jej towarzyszyć nie chciała; ta jednak odmówiła. Pensya nadzwyczaj już stała świetnie, a protekcya ks. administratora dała jej sławę i wziętość. Rzeczywiście on nią więcej kierował niż Włoszka, która była jego najuleglejszą sługą.. Mówiono już o zarządzonej składce, która zakład ten miała na nowy klasztor przerobić.

O powrocie ks. Kanonika do probostwa, mowy być nie mogło. Jeździł on parę razy do dawnych swych przyjaciół i znajomych, członków kapituły, ale ci wyznali mu że ks. Wikary miał takie plecy, protekcye i był tak popierany silnie iż przeciwko niemu ani by się kto ważył wystąpić. Radzono mu rezygnować a w innej dyecezyi lub chociażby w tej innego szukać probostwa; oświadczając otwarcie iż był pomówiony o liberalizm, patryotyzm, demokracyę, o rewolucyjność, o czerwoność i inne tego rodzaju zbrodnie, któremi raz obrzucony człowiek, choćby najniewinniej — już się nigdy oczyścić nie może...
Ks. Kanonik poddał się w milczeniu woli niebios, żal mu było opuszczać miejsce do którego się przywiązał, a zdało mu się że z tego co mu przeznaczono przy innej jakiej pracy wyżyje. On i siostra nawykli byli do tak skromnego życia, iż dla zyskania lepszego bytu nic poświęcać nie potrzebowali.
W dzisiejszych czasach ta teorya swobody człowieka, ograniczeniem jego potrzeb zdobywana, cale niema wziętości — jest ona wszakże najskuteczniejszą tarczą przeciwko zepsuciu, a ci co ją przyjęli biorą z nią moc wielką, stają się niezależnemi wyższemi nad pokusy.
Większej części serwilizmów, upodleń, upadków ludzkich, przyczyną jest nawyknienie do zbytku, próżność i rozpieszczenie cielesne. Kto potrafił przekonać ciało i nadać mu hart potrzebny, nabywa potęgi równoważącej często, często przeważającej potęgę grosza i władzy.
Ale ta stoicko-chrześciańska teorya dawno odrzuconą została. Materyalizm odkrył i dowiódł że mens sana in corpore sano, i że interesa żołądka są zarazem sprawami ducha. Nie było więc innego sposobu tylko obwarować sobie warunki materyalne, jako najpierwszą potrzebę — a że znowu wielu inaczej jak wątróbkami w pasztetach karmić się nie może — ztąd konieczność zbrukania się dla zdobycia wątróbek — i tam dalej i tam dalej. Kto może żyć kawałem chleba, być zdrowym i silnym i nie tęsknić za delikatesami, stokroć jest większym panem, niż milionowy sybaryta co się lęka więcej o utratę dobrego stołu niż dobrego imienia.
Zosia codzień prawie przybywała na probostwo, opowiadając coś o ojcu i wynosząc jego spokojność i rezygnacyę. Trafiało się w tym czasie iż pani matka pisała parę razy do Juliana, a Zosia pieczętowała, do tych jednak listów nie dodała ani literki... Zmieniło się zupełnie położenie. Zosia miała maleńki posażek, a Julian jako zdolny doktór wielką i świetną przyszłość przed sobą. Poczuła to dobrze iż mu jej zawiązywać nie była powinna. Posmutniała biedna, ale umiała tego nie pokazywać po sobie.
Największe wrażenie katastrofa zrobiła na pannie Klarze, która wypłakiwała się strasznie, a nastrojona była tak, że nie mogła inaczej przemówić tylko niesłychanie patetycznie deklamując przeciwko zepsuciu świata, ludziom, zdradzie, niesprawiedliwości i t. p. Z rozczulenia wpadała znowu aż w gniewy czasem i kłóciła się z bratem, którego slamazarności przypisywała wszystkie — nieszczęścia rodziny. — Ostójski jakby odmłodniał tak się krzątał z nową gorliwością około gospodarstwa.
Jednego poranku wreszcie gdy Zosia wedle zwyczaju przyszła do dworku dać dzień dobry matce Juliana, zdziwiła się i zmięszała niezmiernie zastawszy cale niespodzianie młodego doktora, który przyjechał niezapowiedziawszy się wprzódy.
Zosia która go niedawno tak czule i śmiało witała, napastliwie prawie, teraz i chłodno i umiarkowanie pozdrowiła Juliana. Krócej też pobywszy niż zwykle, pod pozorem że jej ojciec potrzebował, że miała coś do roboty w domu — pożegnała się i pierzchnęła.
Nazajutrz już nie przyszła.
Trzeciego dnia Julian z Kanonikiem i matką wybrali się po obiedzie do Ostójskiego — którego szczęściem w domu zastali. Młody medyk zdziwił się nieco wyraźnie umyślnie zwiększonej jeszcze prostocie urządzenia domu. Jedna sługa starczyła do kuchni i pokojów, gdyż Zosia a po części i ciocia resztę roboty wzięły na siebie. Ostójski Jakóbka odprawił i mówił że się doskonale bez niego obchodzi. Nie było skąpstwa lecz widoczna i troskliwa oszczędność.
Ciocia, którą po raz pierwszy spotykał Julian, podała mu rękę i rozpłakała się.
— Jedna chwila, — rzekła, — częstokroć przedziela szczęście od niedoli. Gdyś pan zdążał ztąd po wieńce do stolicy... zostawiłeś nas opływających we wszystko... dziś znajdujesz w nędzy...
— Ale dałabyś pokój, — ofuknął Ostójski, — gdzież nędza! gdzie nędza? To już retoryka za daleko posunięta...
— Szala losu przechyliła się w stronę przeciwną, — dodała panna Klara.
Ostójski z gościnnością w domu i dobrym humorem starał się gościowi dać zapomnieć że powinien był kondolencyjny przynieść komplement. Na pierwsze Juliana słowo — przerwał mu.
— Nic niema tak strasznego, chleba kawałek został, a póki siły póty pracy być powinno... Nie mówmy o tem.
Zosia choć swobodna i prawie wesoła, nie szukała już rozmowy z Julianem, nie wyzywała go do niej jak wprzódy — Julian znowu, jak gdyby ze swej strony chciał dowieść że zmiana położenia na jego uczucia nie wpłynęła, o wiele był swobodniejszy i weselszy niż dawniej.
— Cóżeśmy to słyszeli, — rzekł Ostójski, — że się asindziej panie Julianie, wybierasz do Ameryki, czy do Kalifornii złoto kopać, czy co?
— Miałem w istocie myśl, — odpowiedział zagadnięty, — odbyć podróż naukową i jakiś czas poświęcić się praktyce w jednem z miast Ameryki południowej, gdzie o dobrych lekarzy dosyć jest trudno — ale — ale się waham.
— Cóż? więc znowu projekt do Rosyi? — spytała Zosia cicho, rada prawie iż od żółtej gorączki strachu uwolnioną została... w zamian biorąc cholerę.
— Aż mi wstyd, — szepnął Julian, — że tak niestały jestem. Oto doprawdy sam niewiem teraz... do Ameryki daleko, Rosya dla samego języka mi niedostępna, matki mi rzucić żal, Kanonikowi bym pragnął być pomocą... któż wie? może zostanę w kraju.
Zosia się zarumieniła mocno, Ostójski odchrząknął i z wyjaśnioną twarzą począł się przechadzać po pokoju.
— Dalibóg, — rzekł, — zrobisz rozumnie, a że ci na praktyce wyborowej zbywać nie będzie — ręczę. Gdybyś widział jak ja i co tu nasze biedne ludziska feber rozmaitych, reumatyzmów, kalectw, choróbsk nabiorą przy pracy i klimacie — ty by ci aż ślinka do ust pociekła. Takie choroby powiadam ci, nowiuteńkie, wymyślne właśnie jakich młodemu doktorowi potrzeba!! Będziesz sobie uczył się i praktykował, lepiej jak w szpitalu przy klinice, z tą różnicą że u nas zobaczysz takich chorych którzy u was leżą w łóżkach, z gorączką noszących snopy, z febrą młócących zboże, i z reumatyzmem po kostki stojących w błocie godzinami... To dopiero praktyka!
— W różowych odmalowana kolorach! — dodał Kanonik. — No — co do mnie, — mówił dalej, — ja teraz Julka ani od podróży nie wstrzymuję, ani do skromnego życia na wieś zapraszam. Było by mi boleśnie gdyby swą przyszłość dla nas poświęcał. Dla tego i odezwać mi się trudno.
Matka także milczała, panna Klara zbierała się coś — rzec — ale odłożyła na później. Zosia ukradkiem patrzyła w oczy Julianowi, który był zamyślony i milczący.
Gdy się wszyscy rozgadali później, a Zosia wyśliznęła się do drugiego pokoju, Julian nieśmiało poszedł za nią. Ostójskiemu aż oczy zaświeciły gdy to zobaczył.
— Panno Zofio, — odezwał się idący za nią medyk, — doprawdy pani coś na mnie nie łaskawa.
— Dla czego?
— Anim dotąd miał zręczność pozdrowić pani! tak ją widziałem mało... Czy panią bardzo tak dotknęło to nieszczęście?
— Mnie? osobiście! a! bynajmniej, — zawołała Zofia, — wierz mi pan iż ani bym go poczuła dla siebie. Dla ojca dotyka mnie ono boleśnie, biedny tatko powinien był nieco spocząć...
— Czy pani wierzysz w to że spoczynek jest szczęściem? — spytał medyk.
— Zupełny — nie, — rzekła Zofia, — pojmuję to że człowiek nawykły do pracy, gdyby mu ją odjęto, prędzej by się uczuł skrzywdzonym, zanudził się, niż by miał tem ucieszyć. Ale zbytek pracy i frasunek przytem w wieku ojca.
— Czyż się tak bardzo zamęcza?
— Dosyć... nadto.
— A pani go wstrzymać nie może?
— Bardzo mało... On kłopocze się niepotrzebnie o mnie, o losy moje — ja o niego. Ja mam słuszność, on najmniejszej. Zostało mi tyle że starej pannie doskonale wystarczy, a nawet dwóm, bo juściż o cioci nie trzeba zapominać.
— Ciocia zdaje się mocno dotkniętą.
Zosia się uśmiechnęła.
— Tak, — rzekła, — ale ma w tem pociechę, że nigdy tyle pięknych rzeczy powiedzieć nam nie miała zręczności co teraz...
— Mnie, wiesz pan co najwięcej zasmuciło? Musieliśmy rzucić stary folwark gdzie się tak długo mieszkało... Wystaw pan sobie, na moim kochanym ogródku posadzili bezbożnicy kapustę!
Julian się uśmiechnął.
— Profanacya to, — rzekł, — ależ pani musi mieć ogródek nowy?
— Tak! nowy! nawet daleko piękniejszy. Ojciec — bo jeszcze wówczas jak można było — sprowadził mi takie śliczne kwiatki z Erfurtu. Co mi po nich! Jam mój krzak bzu co podrósł w mych oczach wolała i ręką moją sadzone, owe maliny.
— A wiesz pan! za karę im — wymarzły! Teraz znowu, — szczebiotała Zosia, — przenosić się pewnie potrzeba gdzieś indziej, a to koczowanie mnie męczy...
— Ojciec, co panią tak kocha, — odezwał się Julian, mógłby na to łatwo poradzić — coś małego kupić i na swojem gospodarzyć.
— Nie, niemamy nawet za co kupić — małego... — szepnęła Zosia spuszczając oczy, — nie zostało nam nawet tyle, by dobry młyn gdzie nabyć. Ojcu się zdaje że z tego co ma łatwiej się dorobi.
Mówili dłużej jeszcze, swobodnie i poufnie, a do rozmowy wmięszały się wspomnienia młodości, których Julian nie unikał. Był jakiś wesół i mówniejszy niż dawniej. Zosia mu tego powinszowała.
— A! pani! — odezwał się otwarcie, — teraz to co innego, jesteśmy na zupełnej stopie równości. Dawniej widziałem w pani w całym blasku majestatu dziedziczkę fortuny, którą olśnięty ust nie umiałem otworzyć... teraz mówię z panną Zofią.
— Więc się na coś nasze nieszczęście przydało przecie! — dodała Zosia.
— Aż mi wstyd że ja na niem skorzystałem, gdy państwo straciliście, — dorzucił Julian.
Po odejściu Kanonika ze swemi Zosia w wybornym humorze siadła grać na fortepianie. Grała strasznie jakoś burzliwie, gdy ojciec się wsunął.
— A co? a co? — spytał, — nieprawdaż że Julian jakby inszy człowiek. Zawadzały mu widocznie talary, które pojechały z tym przecherą do Ameryki?
Zosia mu się rzuciła na szyję.
— Julian śmielszy jest... a jednak??
Powróciła do grania, Ostójski poszedł do stolika kabałę kłaść, ale na co? do tego przyznać się nie chciał. Kabała mu wypadła... nie można wszakże zaręczyć, czy dyplomatycznie w pomoc jej nie przyszedł.
Julian, któremu znanem było postępowanie Wikarego z Kanonikiem i tysiączne drobne przykrości, jakie czynił wujowi, nie miał cale zamiaru odwiedzać probostwa. Niespodzianie spotkali się jednak na drodze z powracającym z pensyi swej ks. Leonem, a ten zaczepił sam Juliana, z bezwstydnością podziwienia godną. Medyk zimno go przyjął, robić mu wszakże wymówek i historyi i sam nie chciał i wiedział że Kanonikowi by tem przykrość wyrządził.
Ks. Wikary cale teraz inaczej wyglądał, nabrał pewności siebie i tej jakiejś dumy pokornej, która odznacza duchownych dobijających się znaczenia. Mówił więcej, śmielej, czuć było że ufał w jakąś siłę w sobie i po za sobą. Nie tylko przywitał Juliana i począł z nim rozmowę, ale począwszy ją nie dał odejść medykowi, ciągnąc go z sobą niemal gwałtem na plebanię. Jakkolwiek kosztowało go tam wejść, musiał, ciągnięty natrętnem naleganiem. Stara budowa wyglądała teraz wyświeżona, przyozdobiona, nader pobożnemi godłami, obrazami, sprzętami lecz zarazem wytwornie. Pełno było drobnostek i cacek wprawdzie uświęconych różnemi emblematami religijnemi, ale świecących i wabiących oko. Stare ławy i stoły zastąpiły meble wykwintne. Julian chwilę tylko chciał zabawić i odejść, Wikary go wstrzymał.
— Dla tego tylko mówić chciałem z panem Julianem, aby go zapewnić, — rzekł przymilającym się głosikiem, — iż to o co mnie oskarżają — jest fałszem.
— Mówią żem przeciwko Kanonikowi intrygował... o! nie ja! nie ja! on sam przeciwko sobie działał. Czasy się zmieniły, karność w kościele musiała też uledz reformie... Kanonik niesłusznie też uprzedzony jest przeciwko bogobojnemu zakonowi OO. Jezuitów. Spełnia on dziś toż samo posłannictwo przeciwko doktrynerom wieku, które zwycięzko raz już sprawił w XVI w. Kościół uorganizował sobie ten korpus mężnych zapaśników i musi strzedz aby go szanowano.
— Ks. Kanonik sam winien... ja mu najlepiej życzę... Proszę mi wierzyć. Ale ileż to razy publicznie mówił przeciw temu i innym zakonom, które są potrzebne i Bogu miłe... Powtarzano jego słowa...
Julian nie odpowiadał nic, nie usiadł nawet i pobywszy chwil kilka pożegnał ks. administratora.
W kilka dni potem Ostójski zaprosić przyszedł na obiad swych miłych gości ze dworku.
— Obiadek będzie skromny, szlachecki... ale barszczyk z uszkami robi kucharka... jak nie można lepszy... a kieliszek wina ze starego zapasu się znajdzie...
Nie można było odmówić — poszli tedy wszyscy. Panna Klara z Zosią same nakrywały śmiejąc się do stołu, a Ostójski w wyśmienitym humorze talerze przynosił.
Na tę scenę wesołą wszedł Kanonik z siostrą i Julianem. Julian zaraz rzucił się pomagać i szczególnej łasce Bożej winni byli że przy tem wyprzedzaniu się nie potłukli nic.
Żadna w świecie najwykwintniejsza uczta pod błogosławieńszą wróżbą rozpocząć się nie mogła. Zosię los posadził przy Julianie, szczebiotała jak za dobrych czasów.
W pół obiadu, Ostójski podniósł głowę z nad talerza i pyta:
— A co tam, panie Julianie, czy nie zapadła ostateczna decyzja względem pańskiej podróży, dokądże, na wschód, na zachód, północ czy południe?
— Niech pan zgadnie, — odparł Julian, — w samej istocie wczoraj stanowczom sobie powiedział co mam czynić... niech pan zgadnie!
— Otóż go masz! — zaśmiał się stary, — jak ty chcesz żeby stary odgadł młodego — to nie jest w naturze rzeczy. My postępujemy rozumnie, wy szalenie, jakże ja mogę odgadnąć jakie ci się głupstwo zrobić podoba?
— Ale czyż koniecznie głupstwo? — powoli zapytał Julian.
— Prawie nieuchronnie! — westchnął Cześnikiewicz, — na to jesteś młody. Młodość daną jest człowiekowi na to, ażeby popełnionych w ciągu jej niedorzeczności reszty życia żałował.
Kanonik się roześmiał. — A toś asindziej trafnie powiedział.
— Tandem, panie Julianie, ja nie odgadnę.
Julian miał oczy w talerz spuszczone.
— Jeszczem nawet ani matce ani wujowi nie przyznał się, — rzekł, — a tu mnie pan Cześnikiewicz zmusza do publicznej spowiedzi.
Matka w istocie z obawą wielką spoglądała na syna, Kanonik z ciekawością.
— Ja, — korzystając z milczenia wtrąciła panna Klara, — ja to znajduję naturalnem wielce i młodości właściwem, iż ona za ideałami goni i

„ściga niedoścignione“

i nie dziwiła bym się gdyby doktór Julian, choćby na księżyc wzlecieć zapragnął... Wszak poeta nasz mówi:

Młodości, ty nad poziomy...

— Ale bezpieczniej chodzić po ziemi, — przerwał Ostójski.
— I ja tak sądzę, — rzekł Kanonik, — chodzić po ziemi a oczy mieć wlepione w niebo.
Zosia popatrzała na Juliana, który w tej chwili oczy miał wlepione w talerz — zdawał się zakłopotany.
— A no, mów pan co poczynasz, — rzekł Ostójski, i ten kieliszek wypijemy za sukcesa jego przyszłe...
— Zawiodę państwa nadzieje, — odezwał się doktór powoli i jakby wahając... — Myślałem długo, długo — i — nająłem od Drewnowicza dworek w miasteczku.
Ostójski aż się z krzesła porwał.
— Możesz to być?
Kanonikowi i matce łzy się w oczach kręciły... oczy ich przez nie patrzały na Juliana dziękczynnie.
— I niceś nam nie powiedział, — szepnął Kanonik.
— Wiedziałem że matka i kochany wuj życzyli sobie tego, zostanę i zostanę tu z przyjemnością wielką...
— A! niechże ci Bóg płaci! — krzyknął Ostójski, — i za zdrowie twoje!
Panna Klara patrząc na zarumienioną bardzo Zosię usta satyrycznie zagryzła.
— Ale czyż pewnie to? — rzekł gospodarz.
— Tak pewnie, żem z Drewnowiczem na lat trzy kontrakt podpisał i zadatek mu dałem... — odparł Julian. — Dworek jest trochę za obszerny, — dodał, ale Kanonik, mama, ja... i zresztą doktór musi mieć gdzie przyjmować pacyentów... Ogródek wcale miły i ładny, para lip starych które nam probostwo przypomną...
Zosia milcząc piła wodę, widocznie było jej gorąco. Obiad się kończył, wszyscy wstali, Kanonik odmówił modlitewkę, potem przyszedł do Juliana i milcząc go w głowę pocałował. Ostójski wyściskał go okrutnie, matka poszła w kątek aby łez nie pokazywać. Jakoś błogo było wszystkim i dobrze i stali tak w ciszy jakby anioł pokoju przelatywał nad niemi.
Panna Klara tylko może z tego braku szczytnych prądów w młodzieńcu nie była zadowolnioną. Nalewała czarną kawę z minką dziwnie szyderską.
Zaczęto naturalnie szeroce rozprawiać o urządzeniu dworku, o kupieniu skromnych sprzętów, o słudze, o ogródku, nawet o potrzebie bryczki i konia dla młodego doktora, po którego nie każdy i nie zawsze konie przysyłać może.
Przeciągnęło się to aż pod wieczór, a miłą rozmowę przerwało jeszcze przybycie, raczej wtargnięcie aptekarza pana Drugdy, który dowiedziawszy się od Drewnowicza o wesołej nowinie spieszył wyrazić swe sentymenta i radość jaką mu to sprawiało. Aptekarz, który niezmiernie rzadko wychodził ze swej pracowni, był człowieczek mały, okrągły, łysy, z ogromnemi tłustemi rękami, gaduła, facetus, a dobry z kościami. Powszechnie go lubiono. Z progu oczyma poszukał Juliana i rękę przykładając do czoła, świecącego jak bilardowa kula, zawołał:
— Submituję się mojemu generałowi!
— Panie dobrodzieju! — dodał po przywitaniu, — nie mogło nic szczęśliwszego dla okolicy zdarzyć się nad to żeś się doktór szanowny dla niej poświęcił. Ale praktyka! zobaczy pan, będzie! Nam trzeba było lekarza... gwałtownie. Tylko, generale dobrodzieju, — rzekł głos zniżając, — obyście się nie trzymali nowej medycyny! Co to dziś warto... zapisze ósmą część grana trucizny i pół kwarty wody! Basta! Dawniejsze recepty proszę zobaczyć, aż miło! Trzydzieści ingrediencyi, jedna osobliwsza od drugiej, recepta pół łokciowa, rachunek takiż, a chory gdy wyzdrowiał nie wiedział któremu był winien zdrowie z trzydziestu w jego żołądku goszczących medykamentów.
Śmiano się znowu. Drugda wypił kieliszek wina i zaofiarował się, kochanemu doktorowi zaraz tanio mebelki dostarczyć... kochany doktór jednak już był w drugim pokoju z Zosią i — domyśleć się łatwo — że się jej oświadczył.
Powieść mogłaby na tem być skończona, bo łez i uszczęśliwienia Ostójskiego odmalować anibyśmy się kusili — gdyby nie jedna okoliczność wcale szczególna, która na charakter poczciwego ojca Zosi, rzuca niespodziane światło. Wszyscy go mieli za nader prostodusznego szlachcica, który się nigdy na przebiegły figiel zdobyć nie mógł. Tymczasem, proszę tylko posłuchać, co ten z cichapęk zmalował.
Po oświadczeniu się Juliana, po zaręczynach, po upłakaniu się tych którzy ze szczęścia płakać muszą, naznaczono dzień wesela na d. 24 Czerwca. Wszyscy byli tego zdania żeby uroczystość odbyła się skromnie, cicho, w maleńkiem kółku rodziny i najbliższych przyjaciół. Julian i Zosia znajdowali że wbrew niedorzecznemu obyczajowi europejskiemu po ślubie karczmy objeżdżać i wspomnienia pierwszych chwil szczęścia siać po gościńcach byłoby niedarowaną lekkomyślnością.
Na święty Jan więc w bardzo szczupłem gronku zabawiano się u Ostójskiego, który z obiadem jednak wystąpił co się zowie. Kucharza zapożyczył z sąsiedztwa, sprowadził ryb i zwierzyny i wina i różnych przysmaków o wiele więcej niż było potrzeba...
Posadzono państwa młodych obok siebie, a — jakgdyby po raz w życiu pierwszy z sobą mówili — zagadali się że cały świat im z oczów zniknął. W tem stuk o kieliszek... — Proszę o głos, — pan Cześnikiewicz wzruszony wstaje z podniesionym do góry wiwatowym, pełnym szumiącego szampana...
Uciszyli się wszyscy... Ostójski pomyślał.
— Niech ja pierwszy za wasze zdrowie wypiję, — rzekł powoli wzruszony mocno, — niech ja was pobłogosławię na długie i szczęśliwe życie pracy, zgody, pokoju i cnoty... Ja — ojciec... zabrałem głos bo razem z błogosławieństwem muszę w pokorze wyznać grzech jakiego się dopuściłem... Fałsz popełniłem, który mi pan Bóg przebaczy tylko wówczas, jeśli wy szczęśliwi będziecie.
Uderzył się w piersi.
— Doniu moja, Zosieczko — Julku, synu mój najdroższy... peccavi! skłamałem! Nigdy żaden bankier mi nic nie ukradł, caluteńki mój pugilares nienaruszony leży w komodzie w potajemniku... Ale gdyby Zosia nie była ubogą, ty byś przez fałszywy punkt honoru nudził ją, pókibyś się nie dorobił fortuny. Cóż było począć, musiałem łgać, i jakoś mi się szczęśliwie udało!
To mówiąc krzyknął — Vivat! Julian zbladł Zosia pociągnęła go z sobą aby się ojcu razem do nóg rzucili...
Panna Klara dostała mdłości i palpitacyi serca. Kanonik płakał, matka Juliana płakała, goście śmieli się i ściskali...
Co najdziwniejsza, iż poczciwy ów safanduła Ostójski tak jakoś dobrze to ukartował, tak naturalnie rolę swoją grał, tak wzdychał, tak się krzątał że żywa dusza, ani córka, ani siostra, ani nikt nie domyślił się owego pobożnego kłamstwa, owej pia fraus, jak ją zwał ks. Kanonik. W czasie gdy Ostójski był w Berlinie trafiło się właśnie podobnego rodzaju bankructwo, mówiono o niem wiele, może być że ono mu poddało ową myśl ogłoszenia swego upadku.
Że Zosi do spisku nie przypuścił, było rzeczą bardzo naturalną, bo jej uczucie nie dozwoliło by było do takiego środka uciec się dla przełamania dumnego oporu Juliana; panna Klara miała mu za złe iż jej nie zaufał. Ostójski śmiał się.
— Co państwo prawicie, żeby była mysz o tem wiedziała tylko... nie byłoby się udało, cała sztuka żem nikogo do tajemnicy nie przypuścił.
Aptekarz Drugda mający ładną córkę i niejakie dalekie plany na doktora, znajdował że bądź co bądź, Ostójski sobie postąpił bardzo — niedelikatnie.
Na biedę nie mogę tej ślubem zamykającej się powieści skończyć tradycyjną formą naszych starych bajek, bom na weselu nie był i nie piłem nic... gdyż Ostójski nikogo obcego nie prosił.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.