Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Od hrabinej. Panna Zofia przyrzekła jej być na obiedzie i grać z nią. A że nie dała znać co przeszkodziło, hrabina niespokojna przysłała mnie zapytać... czy kto nie chory?
— Nikt nie chory! — odezwał się Ostójski, — tylko, rzecz prosta, ja ojciec, nagle postanowiłem Zosię wywieść na świeże powietrze, nie oznajmiwszy jej o tem, dziś pakujemy tłumoki, nie było czasu nawet posłać przeprosić... jutro jedziemy.
— Jutro? państwo jadą? dokąd? — zapytał Julian, tak nagle?
— Nie, projekt był od dawna, tak się jakoś zwlekło. — rzekł Ostójski, — a że Zosia nie jest przeciw temu... pojedziemy na winogrona nad Ren... albo do Tyrolu... bo jeszcze sam niewiem.
Julian słuchał nie dobrze rozumiejąc, Zosia patrzała nań... wszyscy zamilkli.
— Przepraszam cię, kochany Julianie, — dodał nagle Ostójski, — na chwilkę muszę odejść, zostawiając cię z gosposią moją, ona ci reszty dopowie. Ja zaraz powrócę, mam coś pilnego zadysponować.
To wyjście ojca, co Zofia pono doskonale zrozumiała, nie miało innego celu, prócz dania im czasu aby z sobą mogli rozmówić swobodnie, bo gospodarz wpadł do swego pokoju i siadł sobie na fotelu, okręcając palec około palca i uśmiechając się do własnego dowcipu.
Julian któryby był mógł szczęśliwym się uczuć z tej darowanej mu chwilki, zakłopotanym był tylko mocno... Zosia także.
— Przecież — odezwała się, — choć hrabinie winni jesteśmy, że pana u siebie widziemy. Szczęśliwsze od