Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Julek jakoś nieochotnie się tłomaczył, popatrzał na wuja i począł nie śmiało.
— Ale kochany wujaszku — rzekł, — to dobrze jest, kto czuje w sobie powołanie duchowne, przestawać na małem: na świecie inaczej.
— Tak, prawda, na świecie inaczej, lecz nie przeto lepiej — przerwał wuj żywo — dawniej między życiem świata a plebanii była tylko różnica potęg a nie charakteru, dziś między dwoma światy naszemi — przepaść. — Myśmy słudzy Chrystusowi, wy Baalowi słudzy... my dzieci ewangelii, wy filozofii poronione chłopięta... Co tu począć na to... Czujemy niestety, aż nadto, że wydzieleni, odosobnieni, pozostaliśmy czemś martwem i bez możności wpłynięcia na spółeczeństwo... bo mówimy innym językiem i w imie prawd innych, które dla was zestarzały, choć są wiekuiście młode i świat do nich powrócić musi...
— Ja się wcale z wujem kochanym w dysputy wdawać ani chcę ani mogę — odparł Julek... — na co mamy te kwestye poruszać...
Ksiądz stanął, popatrzał, wziął w ręce głowę siostrzeńca i pocałował go — uśmiechając się.
— Widzisz moje dziecko — i to znamię wieku, niechcieć dysputować nawet... Ja gdym miał twoje lata, chrypłem od gorączkowych rozpraw, tyś sceptyk, fatalista — powiadasz sobie — księdza nie nawrócę, on mnie nie przekona, po co gębę studzić! nie prawdaż?
Julek się roześmiał.
— A co? nie tak? nieprawda, młody filozofie? — dorzucił wesoło. — No, dobrze... mówmy o czem innem... Przypuszczam żeś uniwersytet dokończył, egza-