Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


proszę was... po skruszeniu pierwszych lodów ja sam przybędę...
Doktór wziął paleto, laskę, kapelusz i wyruszył. Znał on Ostójskiego dosyć dobrze, — ale nie tyle by mógł przewidzieć jak on ten interes widzieć będzie. Sprzedaż imion i handel majątków na tytuły jest rzeczą tak pospolitą i dziś zwykłą, że się nawet po dziennikach trafiają ogłoszenia hrabiów oświadczających iż gotowi są mojżeszowego wyznania się nie wzdrygać, dla stu lub dwóch kroć sto tysięcy. Feller który o niejednej podobnej historji słyszał, sądził iż i tu rzecz będzie możliwą — a w handlu gniewu niemasz, powiada przysłowie — pociągnął więc na folwark. W ganku zastał pana Ostójskiego rozmawiającego z włodarzem swym i zakłopotanego... Zobaczywszy doktora, gdy go poznał — zawołał:
— A to pan kochany! co za gość! proszę do mnie, proszę...
Zaprowadził go, domyślając się już jakiegoś interesu do swojego pokoju, usiedli tu...
— Cóż? w smutną chwilę przybyłeś tu szanowny doktorze — rzekł Ostójski — jak prawdziwy doktór, ale pono z choroby tej na jaką w pałacu pochorowali, wyprowadzić ich trudno. Zastarzała! cha! cha...
Ostójski westchnął.
— Do kata, że i my jeszcze odpokutujemy za nich...
Feller był milczący, sparł się na lasce, mruczał pół słówka, myślał jak to do interesu przystąpić.
— Tak — rzekł — smutna w istocie rzecz widzieć tak upadającą starożytną rodzinę, krajowi zasłużoną... bardzo smutno...
— Jak sobie posłali tak się wyśpią — rzucił Ostój-