Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zosia się śmiała, radaby była pod oczyma rodziny, a jednak sam na sam przejść się z nim choćby po wielkiej ulicy głównej, która jako piaskiem wysypana, już była suchą — ale Julian się nie domyślał... Cierpliwa Zosia powiedziała sobie: będzie tu przecież drugim razem — nie trzeba się zbytnio nabijać.
Od strony tej domu widać było daleko równinę ku pałacowi rozciągającą się i szeroką aleję topolową wiodącą ku niemu, i cienisty park, na którego ciemnej zieleni pałac wspaniale się malował ze swą kopuły blachą obitą i dwoma nad oficynami niby bastionowanemi przyczółkami. Z tej strony opasywał dwór obwodowy mur z chatką dla szwajcara... przy monumentalnej bramie. Na dwóch jej kamiennych słupach stały dwa lwy jeszcze z saskich czasów. Lwy to były może heraldyczne, może poetyczne, ale do żywych mało mające podobieństwa. Właśnie się oczy towarzystwa skierowały ku gościńcowi, gdy z bramy wysunęła się amerykanka parą koni ładnych zaprzężona... Siedział w niej mężczyzna... Pan Ostójski postrzegłszy go ruszył ramionami.
— Zejdźmy czy co — szepnął — to Margocki, a jak nas zobaczy... gotów wstąpić... e! to nudziarz...
Amerykanka puszczona kłusem wyciągniętym parła tak szybko, że nim się namyślono skryć do domu, już było zapóźno. Siedzący w niej mężczyzna średnich lat, ale wybornie udający młodego, ukłonił się żywo Ostójskiemu i zawołał z zapłotu:
— Wstąpię na chwilkę!
Zosia się zarumieniła ustępując do pokoju, Ostójski skwaśniał, machnął ręką i mruknął: