Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ku naprzód dla siebie, każdy się zakłopotał o to co się z nim stanie.
Hrabia, hrabina, syn co od lat wielu rozdzieleni byli, w nieszczęściu zmuszeni zostali zbliżyć się, radzić — ratować. W istocie ratunek był tem trudniejszy, iż wypadek całkiem schwycił niespodzianie, wszyscy się oni łudzili pozorem dostatku, nigdy nie zadając sobie pracy wejrzeć w stan interesów. Nie obwiniali wszakże siebie, spadała wina na nieszczęśliwego Margockiego cała. Po cichu hrabia przypisywał upadek zbytnim wydatkom żony, ona jego pasyi do gry i koni... Część grzechu spadała na hr. Edmunda, który też szafował groszem...
Rozpisano listy do rodziny wołając o pomoc... ale te pozostały bez odpowiedzi. Hrabina płakała, hrabia rozpaczał, Edmund jako jedyną deskę wybawienia podsuwał swoją myśl ożenienia.
Odpowiedź którą przyniósł Feller, złagodziwszy ją znacznie, została powitana grobowem milczeniem. Edmund zaciął wargi, spojrzał na ojca i oświadczył, że jutro jedzie do stolicy...
Margocki zaledwie wstawszy po żółtaczce, kazał rzeczy swe spakować i poszedł pożegnać hrabinę, która go nie przyjęła, hrabia przez kamerdynera życzył mu szczęśliwej drogi, oświadczając że się widzieć nie będzie... Skromnym wózkiem wyruszył plenipotent, a przejeżdżając około folwarku smutny, kazał się tu zatrzymać. Chciał Ostójskiego pożegnać.
— Cóż to się z wami stało, panie dobrodzieju! — krzyknął zobaczywszy go Cześnikiewicz...
— A! no — widzicie, odchorowałem pokutą za cudze grzechy, — westchnął plenipotent. — Nie chcieli