Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie słuchać, brnęli, brnęli, a teraz winę walą na mnie. Taka to sprawiedliwość, gdyby nie ja, dawno by już się to stało, co dopiero teraz ich spotkało...
Strasznieś asindziej zżółkł i wymizerniał, — rzekł Ostójski, — ale cóż — trzeba się z wolą Bożą zgodzić. I ze studni woda się przebierze... Nas to także dotknie, bo z dzierżawy ruszyć się musiemy.
— Po co? — spytał Margocki, — pewnie folwarki sprzedawać będą pojedyńczo, to go sobie i z pałacem kupicie.
— Z pałacem, nie, — rzekł Ostójski, — obawiałbym się go aby mi się od niego stary łeb nie zawrócił — a mnie on po co? a mnie to na co? Uchowaj Boże... Żyliśmy we dworku po Bożemu, zostaniemy w nim póki życia...
Margocki westchnął jeszcze do niedawnych swoich marzeń o Zosi... i pojechał... Panna Zofia nie wyszła, a panna Klara zajęciem się wymówiła.
Hrabina, która piękne oczy do reszty wypłakiwała i zapomniawszy o paryzkich kosmetykach, postarzała nagle, oświadczyła, ściskając ją, włoszce, iż się rozstać muszą. Carita uroniła także łezkę, uściskała swą dobrą panią i oświadczyła, że jej w tej chwili opuścić nie chce i nie może... Zagadkowa ta istota nie kwapiąc się na powrót ani do Włoch, ani do Paryża — szeptała, że może tu w kraju znajdzie sobie miejsce nauczycielki muzyki lub guwernantki. Ks. kapelan sam także niepewien co z sobą uczyni, przez miłość chrześcijańską zajmował się mocno jej losem i obiecywał, że miejsce jakiego sobie życzyła, da się wyszukać.
Porzuciwszy wikaryą, był on też w niemałym kło-