Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drzwiami podsłuchiwała, weszła w majestacie całym oburzenia i gniewu.
— Ślicznie rodzic i córka postąpili sobie, — zawołała, — odepchnęliście szczęście, które wam samo w ręce szło... O zaślepieni! Śmiejcie się, drugi raz nie przyjdzie ono... Żadnej wzniosłości uczuć, nic szlachetniejszego w duszy... Na co wam Bóg dał pieniądze ja niewiem... Śmiejcie się — ja płaczę i nie taję się. Los się Zosi nastręczał... a teraz...
— Teraz, mościa dobrodziejko, zostaniemy hreczkosiejami jak byliśmy. Ja zaczynam pracować na drugie sto tysięcy i Zosia będzie miała przyjemność odmówić jakiemu księciu...
Ostójski śmiał się serdecznie.
— Alem go zażył, kochanego doktora — alem go zażył... wyspowiadałem do ostatniego słówka... dopiero gdy się wyszeptał... Ha! ha...
Zosia milcząc łzę otarła... popatrzyła w okno, kędyś daleko... i westchnęła.
Pannie Klarze dano się wywnętrzyć z całą jej retoryką... co jej pewną ulgę sprawiło.




Gdy piorun w borze dąb obali, padając gniecie on sobą co dokoła pod cieniem jego rosło, tak samo rodzina około której skupiało się ludzi wiele, ruiną swą pociąga wszystko co się przy niej gromadziło.
Wieść o katastrofie błyskawicą pobiegła po dworze, po okolicy, witana zdziwieniem, przerażeniem, obawą o samych siebie tych, co zaufawszy tak na pozór świetnemu bytowi, swoją do niego przytulili dolę. Każdy w tej chwili popłochu szukał naturalnie ratun-