Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Państwo sobie ze mnie żartujecie.
— Ale nie — szczera prawda, — rzekł ojciec, — jakiem szlachcic.
— Wolałabym żeby to był żart, — przerwała Zosia, — bo w takim razie nie byłabym zmuszoną gniewać się i oburzać.
Zakręciła się i podeszła do ojca, jakby u niego opieki szukać chciała.
— Dziwi mnie, że wy, panie, z waszym wiekiem i doświadczeniem, zgodziliście się, — poczęła z uwagą, — iść z taką propozycyą do nas... Należymże do jakiejś kasty upadłej, która potrzebuje rehabilitacyi, która ma płacić za prawo obywatelstwa w salonach, które dla niej nie są wcale pociągającemi?
— A wiesz że pan, — rzekła coraz żywiej, — że gdybyście wy nam dawali nie sto, nie trzykroć, ale miliony, ja bym nie oddała ręki temu dla kogo nie mam ani przywiązania — ani szacunku...
— Daj już pokój, ma dosyć, — przerwał ojciec, — niema się co burzyć... Dziękujemy za honor i kwita...
Feller zmięszany, wziął za kapelusz i począł przepraszać.
— Ja się na pana nie gniewam, — rzekł Ostójski, — oni to winni iż panu nastręczyli myśl tę i przekonanie, iż z nią do nas trafić można. A — prócz tego — gdybym był złym człowiekiem, powinienbym podziękować, boć mi przyniosłeś wieść, iż ja sobie pałac ten i dobra kupić mogę za sto tysięcy... A na co mi w dodatku hrabia?
Feller wyniósł się co najprędzej.
Panna Klara która coś przeczuwszy za bocznemi