Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znowu i widział z rozpaczą, że zdobyta z taką pracą obojętność, jednem jej poczciwem słowem została zgruchotaną. Był jej wdzięcznym, ale postanowił się trzymać... Cóż, kiedy teraz na własne swe postanowienia nie wiele już rachował...
W pałacu nikt się nie domyślał rannej owej historyi, jeden Margocki dośledził że był Ostójski, ale po co i w jakim stanie wyszedł, nie wiedział. Przypuszczał że sprawa pieniężna być musiała. Gdy Julian wszedł do salonu, hrabina spytała go głośno:
— Co się Zosi stało?
— Przeprasza najmocniej, ale wina nie panny Zofii tylko ojca. Otrzymali niespodzianie jakąś wiadomość... tyczącą się familijnych interesów, która nagle zmusiła do... pisania... radzenia, a może nawet do wyjazdu zmusi...
— O! mój Boże! ale cóż to jest? — odezwała się hrabina, — jużciż Zofia nie pojedzie?
— Niewiem zgoła, — rzekł Julian.
Hrabia stary grając whista nie stracił słowa z tej rozmowy, chociaż zdawał się tylko kartami zajęty — Edmund odwrócił się cały ku Julianowi.
— Czyżby mieli jechać? — spytał.
— Pan Ostójski sam jeszcze nie wie... — odpowiedział Julian, — mnie proszono w pomoc do pisania listów i będę musiał wracać natychmiast.
Margocki skorzystał z chwili gdy rozdawano karty, odciągnął Juliana w stronę... — Co to jest? pan nie mówisz wszystkiego? czy im się co stało? — zapytał.
— Nie wiem, istotnie nie wiem, — odezwał się Julian.