Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy jadą?
— Być może, pan Ostójski zakłopotany...
— Strata jaka?
— Nie powiedziano mi...
— Jeśli jadą, to zapewne za dni parę? wtrącił plenipotent.
— Ja myślę...
— Zdawało mi się, — dokończył Margocki, iż wszystkie ich stosunki i interesa znam doskonale, a to cóś zagadkowego, czego nie rozumiem.
Julian się wymknął. W drodze jako mąż baczny i przewidujący uczynił mocne postanowienie unikania rozmowy z Zosią sam na sam, obawiał się bowiem aby pod jej wzrokiem nie postradał resztki samoistności.
— Winienem to mej godności człowieka — winienem... jej i sobie... Trzeba wytrwać.
Jakoż wytrwał aż do ganku folwarku, na którym może przypadkiem czekała nań panna Zofia. Uśmiechając się podała mu rękę.
— Panie Julianie, — szepnęła, — teraz gdy ja, słaba niewiasta, jak mówi Ciocia, odważyłam się na wyspowiadanie wielkiej tajemnicy, gdy pan wiesz wszystko o mnie, a ja widzę jasno w waszej duszy, nie unikajmyż siebie, nie bójmy się i bądźmy po staremu dobrymi przyjaciółmi...
— Chodź pan do ojca i pomóż mu liczyć pieniądze na drogę, a radź dokąd jechać mamy...
Ostójski przyjął gościa w otwarte ramiona, za to panna Klara bardzo kwaśno. Oświadczyła ona, że w podróż się nie wybierze i pozostanie przy gospodar-