Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stwie. Łatwo się dorozumieć, iż wyjazdowi była z zasady przeciwną.
— Zosia i mój brat, — mówiła głośno, — mają to w charakterze i postępują sobie bez głębszego zastanowienia. Jechać? jechać? dokąd? nie zdawszy sobie sprawy dla czego i czy wymogi położenia zmuszają w samej istocie do tak stanowczego kroku... Gdy dodamy, — kończyła, — iż dla rolnika chwila ta w przebiegu czasu jest pierwszej wagi... iż to wszystko leży w pilnym wzroku głowy domu... o! co za lekkomyślność nieprzebaczona!
— Ale me rady są zawsze odrzuconemi, mój pogląd uchylony, me życzenia systematycznie poczytywane za niedorzeczne — ja dla nich jestem nieznośną Kassandrą... Dobrze! milczeniem zawrę me usta, zawrę me serce milczeniem; ale zostanę wierna przekonaniom na stanowisku obowiązków...
Ostatnie wyrażenia tak pięknie brzmiały jej samej w uszach, iż gotowa była przebaczyć bratu i siostrzenicy, za to że jej nastręczyli sposobność do tak wymównego wysłowienia.
Jeden tylko pan Bóg i potroszę plenipotent znał prawdziwy stan interesów hrabstwa... Margocki domyślał się go raczej niż zbadał, obawiał się bowiem na dno tej przepaści długów zaglądać. Stary hrabia miał swoje długi, miała je hrabina, miał syn starszy, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa młodszy też już się musiał zacząć wprawiać powoli w tę sztukę...
Margocki wiedział iż interesa były w bardzo złym stanie, że jedno niewczesne wypowiedzenie znaczniejszego kapitału mogło spowodować ruinę, ale ten miecz Demoklesa wisiał od tak dawna na włosku a nie