Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


objeżdżać i wspomnienia pierwszych chwil szczęścia siać po gościńcach byłoby niedarowaną lekkomyślnością.
Na święty Jan więc w bardzo szczupłem gronku zabawiano się u Ostójskiego, który z obiadem jednak wystąpił co się zowie. Kucharza zapożyczył z sąsiedztwa, sprowadził ryb i zwierzyny i wina i różnych przysmaków o wiele więcej niż było potrzeba...
Posadzono państwa młodych obok siebie, a — jakgdyby po raz w życiu pierwszy z sobą mówili — zagadali się że cały świat im z oczów zniknął. W tem stuk o kieliszek... — Proszę o głos, — pan Cześnikiewicz wzruszony wstaje z podniesionym do góry wiwatowym, pełnym szumiącego szampana...
Uciszyli się wszyscy... Ostójski pomyślał.
— Niech ja pierwszy za wasze zdrowie wypiję, — rzekł powoli wzruszony mocno, — niech ja was pobłogosławię na długie i szczęśliwe życie pracy, zgody, pokoju i cnoty... Ja — ojciec... zabrałem głos bo razem z błogosławieństwem muszę w pokorze wyznać grzech jakiego się dopuściłem... Fałsz popełniłem, który mi pan Bóg przebaczy tylko wówczas, jeśli wy szczęśliwi będziecie.
Uderzył się w piersi.
— Doniu moja, Zosieczko — Julku, synu mój najdroższy... peccavi! skłamałem! Nigdy żaden bankier mi nic nie ukradł, caluteńki mój pugilares nienaruszony leży w komodzie w potajemniku... Ale gdyby Zosia nie była ubogą, ty byś przez fałszywy punkt honoru nudził ją, pókibyś się nie dorobił fortuny. Cóż było począć, musiałem łgać, i jakoś mi się szczęśliwie udało!