Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

To mówiąc krzyknął — Vivat! Julian zbladł Zosia pociągnęła go z sobą aby się ojcu razem do nóg rzucili...
Panna Klara dostała mdłości i palpitacyi serca. Kanonik płakał, matka Juliana płakała, goście śmieli się i ściskali...
Co najdziwniejsza, iż poczciwy ów safanduła Ostójski tak jakoś dobrze to ukartował, tak naturalnie rolę swoją grał, tak wzdychał, tak się krzątał że żywa dusza, ani córka, ani siostra, ani nikt nie domyślił się owego pobożnego kłamstwa, owej pia fraus, jak ją zwał ks. Kanonik. W czasie gdy Ostójski był w Berlinie trafiło się właśnie podobnego rodzaju bankructwo, mówiono o niem wiele, może być że ono mu poddało ową myśl ogłoszenia swego upadku.
Że Zosi do spisku nie przypuścił, było rzeczą bardzo naturalną, bo jej uczucie nie dozwoliło by było do takiego środka uciec się dla przełamania dumnego oporu Juliana; panna Klara miała mu za złe iż jej nie zaufał. Ostójski śmiał się.
— Co państwo prawicie, żeby była mysz o tem wiedziała tylko... nie byłoby się udało, cała sztuka żem nikogo do tajemnicy nie przypuścił.
Aptekarz Drugda mający ładną córkę i niejakie dalekie plany na doktora, znajdował że bądź co bądź, Ostójski sobie postąpił bardzo — niedelikatnie.
Na biedę nie mogę tej ślubem zamykającej się powieści skończyć tradycyjną formą naszych starych bajek, bom na weselu nie był i nie piłem nic... gdyż Ostójski nikogo obcego nie prosił.

KONIEC.