Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Carita. Jakoś się tak złożyło i składało, że litościwa panienka była albo blizko, albo koło niego, lub przy nim. Mówili wiele i po cichu; jeszcze więcej ona wpatrywała się w niego natrętnie, nielitościwie tak, iż często medyk obawiając się fizyologicznych jakich następstw niepotrzebnych, oczy spuszczać musiał. Carita była tego wieczora tak prawie piękną jak Zosia, w innym tylko rodzaju. P. Ostójska podobną była, wedle starego porównania jeszcze z czasów Anakreonta, do rozwijającego się pączka... Carita do kwiatu który omdlał na łodydze. W pierwszej życiu wszystko było nadzieją, w drugiej wiele tajemnicą i wspomnieniem. Julian sentymentalnym nie był wcale, medycyna uczyniła go nawet dosyć rozczarowanym — ale młody... doznawał od tych oczu zabójczych jakiejś gorączki, która aż w poezyę go rzucała.
Nie podobało mu się zresztą że Carita była tak dziwnie dlań, tak wyszczególniająco grzeczną. Margocki który patrzał z boku uśmiechał się mefistofelesowskim śmieszkiem — Zosia widziała także iż Julian był prawie ciągle z tą Włoszką, która się jej też wydała strasznie piękną — serce się jej ściskało, ale im mocniej ból czuła tem usiłowała być weselszą. Niepokój, zazdrość, smutek wybuchnęły dopiero łzami, gdy powróciwszy na folwark, pomodliwszy się długo, długo, poduszkę swą oblała płaczem nieutulonym.
Panna Klara która zrazu przygotowaną była do kłótni, do nauk, musiała milcząco przyznać że Zosi się — udało.
— Ja mówiłem, — szepnął siostrze dając dobranoc, my wszyscy przy niej głupi... to dziewczyna genialna!