Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pani hrabina z miejscowych żywiołów mogła by sobie dwór stworzyć — Wikary, ksiądz bardzo przyzwoity, córka dzierżawcy wielce muzykalna, siostrzan Kanonika młody chłopak, ładny i naiwny... nareszcie ja, sługa pani, kilku jeszcze dzierżawców... Cela ne tire pas en consequence, dodał, są to stosunki jak u wód, qu’ on laisse demain, quand on en est degouté...
Hrabina przelotnie nań spojrzała.
Nous en reparlerons! — szepnęła, — myśl nie jest zła. To się będzie nazywać że nie przyjmuję nikogo, a zawsze jest jakiś resurs. Z temi też ludźmi, do żadnych występowań kosztownych nie jestem zmuszona... tout leur sera bon. Mój Margocki, powiedz że ty mi, — dodała, — co wy robicie z pieniędzmi że ich u was nigdy nie ma!!
— Ale my ich też nie mamy.
— Przyznaj się — hrabia traci??
— Pani hrabino dobrodziejko, nie tylko jeden, ale oba szalenie tracą. Naturę mają pańską...
— Ale za cóż ja mam za nich pokutować! — żałobliwie poczęła hrabina... — zostawiliście mnie odłużoną w Paryżu... a wiecie że Paryż wymaga... Bywając u Cesarzowej która jest z Księciem Meternich razem taką elegantką, niezmiernie wiele potrzeba, przecież się swój kraj reprezentuje... Narobiłam długów, choć ledwie le premier necessaire sobie pozwalałam. Nie macie na to wyrozumienia najmniejszego! Nikomu bym się nie dziwiła, ale ty, mój Margocki, que je croyais devoué à mes interets!
— Pani — przerwał plenipotent uderzając się w pierś, — proszę wierzyć, że czyniłem l’imposible...