Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


powiada: dla czego ty nie pomyślisz o ożenieniu? Na to ja:
— Bo mi się dotąd nie zdarzyło spotkać kobiety, która by albo na mnie trwałe uczyniła wrażenie, albo zasługiwała na to, qu’ on passe outre, nie pytając czy się podoba... Na to mama — czegóż ty wymagasz po żonie? Odpowiadam — żebym ją mógł trochę kochać i dla niej szaleć. Wiem że to przejdzie, mais les morçeaux en sont bons. Ot tak rozmawialiśmy z pół godziny, naostatek mama pyta, naprzykład w jakim rodzaju kobieta by mi się podobać mogła? Odpowiedziałem bez wahania — coś w rodzaju Zosi córki naszego arendarza.
— Arendarza! — powtórzył Margocki.
— To na jedno wychodzi, dzierżawca, arendarz... — dokończył hrabia. — Czy myślisz że mama bardzo się obruszyła? Popatrzała na mnie — to śliczna dzieweczka — eh bien, si le coeur vous en dit, vous êtes, je crois asser riche, pour vous en passer la fantaisie. To są słowa mojej matki.
Margocki powtórnie osłupiał i zamyślił się tak że następującego po tych wyrazach śmiechu hrabiego nie dosłyszał.
— Widzisz, — rzekł Edmund, — ojciec by pewnie skrzywiwszy się, w końcu powiedział toż samo...
— Tak, wszystko to być może, — ozwał się ironicznie Margocki, — ale kiedy już opowiadamy sobie historyjki, należy hrabiemu odemnie powiastka o tem jak panna Zofia śmiertelnie jest zakochana w panu Julianie.
Hrabia się zerwał z krzesła.
Allons donc!