Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale Margosio się dowie na pewno czy oni szlachta?
Plenipotent popatrzał i buchnął nagle.
— Szlachta! szlachta! i cóż z tego? szlachta herbu Ostoja, mieli kilka wiosek, ojciec tego safanduły starego był Cześnikiem... więc dalej co? co?
I stanął przed hrabią — ten popatrzał mu w oczy.
— Ma sto tysięcy talarów? — spytał powoli.
— Ma... a dalej co? co?
Hrabia parsknął.
— Dalej? ja ci powiem co dalej! Słuchaj, gdyby mi się ona bardzo podobała, gdybym ja się jej podobał, gdyby mi celibat sprzykrzył, gdybym fantazyę miał — któżby mi zabronił ożenić się z nią? Moja hrabiowska korona pokryje szlachecką Ostoję ich — ojciec się wyniesie dalej...
Margocki osłupiał zupełnie.
— I hrabia myślisz że matka jego, osoba książęcego rodu, że ojciec na to pozwoli? — zawołał, — to są żarty.
— Dziś to są może żarty, a jutro może to być prawda, — spokojnie odezwał się hrabia... — Ja sobie marzę, a juściż mnie tak dobrze jak komu innemu marzyć wolno...
— Przyznam się, — podchwycił z goryczą Margocki, — że podobnej fantazyi po hrabi nigdym się nie spodziewał...
— Widzisz, Margosiu, trafiają się niespodzianki na świecie — a ja ci jeszcze w dodatku jedną opowiem historyjkę. Wczoraj mama wstawszy od fortepianu przechadzała się po ganku, ja siedziałem z cygarem. Ni z tego ni z owego zaczęliśmy rozmawiać. Mama