Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Najprawdziwsza prawda! — rzekł zimno Margocki.
— A jednak ty się z nią chciałeś żenić? — spytał hrabia.
— Mnie to bynajmniej by nie zawadzało.
— Dla czegoż ma mnie zawadzać? — podchwycił hrabia. Ale po chwilce dodał. — Nie — w istocie, gdyby tak było... no... nie zniósłbym. Ty, to co innego... Mów prawdę — zkąd ty to wiesz?
— To są stare dzieje! to wiedzą wszyscy... — rzekł Margocki.
— Chłopak przystojny, ale mruk, milczący i nie umiejący chodzić po ludzku, a widzę go codzień w kątku z tą Caritą, która gdyby oczów nie wystrzelała na kogo, sama by się spaliła od nich — to jakaś chyba miłość dziecinna, niewinna i zapomniana... A co mi tam to szkodzi.
Począł chodzić po pokoju... i zamilkł.
Margocki też wielce wzruszony wyszedł i dopadłszy swojego mieszkania z furyą począł je mierzyć ogromnemi krokami. Twarz krzywiąc i głowę łysą trąc nieopatrznie rękami, tak że tupet w końcu postradał. To go dopiero upamiętało.
Zosia choć smutna trochę bo nie mogła dotąd ani się rozmówić nawet z Julianem, panowała nad sobą i przed ludźmi nie okazywała co się w jej duszy działo. Wpadała na różne myśli, a zawsze uznając je niedorzecznemi mówić sobie musiała — będę czekała! on wróci! on moim będzie!
Wytłomaczyła sobie że Julian unikał jej dla tego iż ubogi, nie chciał sięgnąć po rękę pełną złota, a zarazem powiadała iż gdy się dorobi — co nieuchron-