Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie nastąpić musi — dopiero naówczas przyjdzie jako równy jej, przypomnieć słowo dane i ów skromny pierścionek, który nie mogąc dla oczów ludzi nosić na ręku, nosili na piersiach oboje...
Domyślała się trochę starań Margockiego, ale z nich uśmiechała się w duchu — wiedziała że ojciec jej w żadnym razie przymuszać nie będzie. Co do hrabiego, który dla niej nadzwyczajną okazywał grzeczność nie mogła nawet przypuścić, żeby jemu się śniło starać o nią.
Nikt też z domowych tak dziwacznej myśli nigdy nie miał i mieć nie mógł, stary Ostójski po szlachecku tradycyjnie znał respekt przed panem. O mało go za kolana nie uściskał jak to bywało, żeby zaś córka jego miała dziedzicowi pałacu wpaść w oko — nie mógł się wcale spodziewać.
Margocki też po chłodnym rozmyśle całe zwierzenie się hr. Edmunda wziął za trefny żart, którym mu tylko dziedzic chciał strachu napędzić. Dziwował się nawet sam sobie iż na chwilę mógł to wziąć na seryo. Zosia grała wiele, czytała, wzdychała, szukała rozrywki, wymyślała sposoby zbliżenia się do Juliana — nadaremnie. Julian stale jej unikał.
Oczy matki jego widziały to także a dla biednej kobiety, która na dziecinnej miłości budowała sobie gmach przyszłego szczęścia swojego dziecięcia — ten chłód Julka był niewytłumaczony — i bolesny.
Jednego ranka wreście chodząc po ogrodzie, długo się namyślawszy, z wielką trwogą, odważyła się dotknąć tego przedmiotu.
Położyła rękę na ramieniu syna i czule się w niego wpatrując, szepnęła: