Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Myślicie? — spytał Ostójski, to dla nich byłoby mało...
— Landszafta pokryłaby resztę — rzekł Feller a przy dobrem gospodarstwie...
— No, tak! zapewne! zapewne — wzdychając dodał gospodarz, w ostateczności...
Feller zażył tabaki, zdawało mu się, że rzecz była bardzo dobrze rozpoczęta.
— Coś mi mówiono — począł — że hrabia Edmund bardzo był czuły dla pańskiej córeczki? nie dziwiłbym się... nie dziwił...
Ostójski zrobił minę dziwną, gębę wykrzywił, ściągnął, podniósł i wymówił niezrozumiałego coś.
— Cóż wy myślicie dać córce posagu? spytał Feller.
— Ja? Zosi — a no — rzekł Ostójski, — bez remanentów które też coś warte, myślę że weźmie 120 tysięcy...
— No, to rzecz byłaby może do zrobienia, gdybyście sobie życzyli?
Gospodarz zapatrzył się na palce które były w ciągłym ruchu — nic nie mówił.
— Myślicie? — spytał, — że rzecz byłaby do zrobienia... hm?...
— Tak dalece, — począł przysuwając się Feller... — iż poufnie wam wyznam, jestem posłany dla wyrozumienia was.
— No proszę? dla wyrozumienia! — powtórzył Ostójski.
— I jeśli zechcecie, możecie mieć wnuki hrabięta... a córkę.
— Hrabiną!! — uroczyście dodał Ostójski, — djabli interes, dla takiego jak ja szlachetki i to taniej grzy-