Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


li — a ona — niby wszystkim nie broniła, niby sprzyjała serdecznie każdemu, uśmiechała się, oczyma wabiła a mimo to... pewnych granic przekroczyć nie dawała. W roku przeszłym młody hrabia rozkochał się był w niej śmiertelnie, lecz po pańsku. Zdawało mu się że panienka, muzyczka jakaś, aktorka, będąca na żołdzie matki jego, łatwą będzie dlań pastwą, rzucił się tedy ku niej po szalonemu... Carita pozwoliła mu rozpocząć romans... nie unikała wcale, nie dziczyła się bynajmniej, dopuściła go do napisania listu, na list odpowiedziała nader rozsądnie... nie zerwała grzecznych stosunków, wodziła go całe lato, ale z taką sztuką unikała (nie dając tego poznać) wszelkiego niebezpiecznego spotkania iż hrabia sam z pełna nie wiedział jak mu się — wyśliznęła...
Margocki nie równie zręczniejszy od hrabiego, a mający to za sobą że mógł poddać myśl o małżeństwie, potajemnie szalał dla niej, wzdychał, chwytał wszelkie możliwe środki spotkania się sam na sam, intrygował, straszył, desperował, listy pisał i tak samo wyszedł jak hrabia...
W tem wszystkiem najdziwniejszem było, iż Carita zdawała się mieć upodobanie w prowadzeniu takich zakulisowych intryżek, i nie tylko ich nie unikała, ale podsycała oczyma, uśmiechem, wielce dwuznacznemi słówkami. Całą jej obroną było, że zdawała się nie wierzyć w prawdziwość gorących uczuć, jakie jej okazywano — i brała je za grzeczne żarty, za galanteryę bez konsekwencyi.
Margocki straciwszy dużo czasu na próżne czułości dla pięknej Carity, która była tak naiwną że się