Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wi są za nim... Ja dla nich nie dosyć jestem surowy, nie dość orthodoxus...
Westchnął.
— Czy mi odbiorą probostwo? — wątpię — ale zawsze rzecz bolesna.
Siostra słuchając opowiadania załamała ręce.
— A! niegodziwy, niegodziwy człowiek! Cóżeśmy mu uczynili!
— Moja duszo, cicho! cicho! nawet nie mogę sumiennie powiedzieć niegodziwy. Może to robi ze źle zrozumianej gorliwości, może ja — sędzią własnym być nie mogę — opuszczam się w istocie. Choć doprawdy, skrutuję sumienie, nic mi ono nie wyrzuca!
— To po prostu nikczemna ambicya człowieka, który chce miejsce twe posiąść, — odezwała się siostra.
— Miejsce! miejsce! mój Boże, — zawołał Kanonik, — ja bym mu go chętnie ustąpił zresztą, gdybym się nadto do tego kąta nie przywiązał... Gdzież się podzieję? żyćbym indziej nie potrafił — tu zaś — usunąwszy się z plebanii... ty wiesz najlepiej, niemam nic, nie zebrałem ani grosza... jak się przekarmić?
— Ale przecież mowy o tem być nie może? — podchwyciła siostra.
— Dotąd nie — jednak wypada mi pojechać i tłomaczyć się... Oficyał mi to radzi.
— A nie przysłał ci listu Wikarego?
— Owszem, mam go — użytku jednak nie zrobię żadnego, ani mu dam poznać że wiem o tem...
Jeszcze mówili, gdy żywy chód dał się słyszeć w ogródku i ks. Wikary z Julianem pokazał się w uliczce. Na widok jego matka Julka zapłonęła gniewem, Kanonik list schował, ale jednak nie dosyć pręd-