Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


iż czuje skrzydła do górnego lotu i chce tego szczęścia którego ty cenić nie umiesz?
— A! ba! Zosia ma nadto rozumu... o tem niema co mówić, — rzekł Ostójski, — Juliana kocha.
— Tak, a ten niewdzięczności czarnej pełen człowiek, uwodzi ową włoszkę i potajemny z nią romans prowadzi...
— On? z włoszką tą, czy cyganką, bo do cyganki podobna! — zaśmiał się Ostójski... — Byłby głupi!
— Ona go usidliła...
Ostójski wciąż się śmiał. — Nie może być — a gdzieżby oczy podział kiedy ma przed sobą Zosię.
— Zapytaj serca o jego dziwactwa! — przerwała panna Klara — ono ci powie iż są tajemnice...
— Ale ba... ja tam te tajemnice znam; wszelako to chłopak uczciwy i w błoto nie wlezie... no! darmoś mnie nastraszyła...
— Spełniłam, — rzekła w ostatku uroczyście jeszcze siostra, — co mi nakazywało sumienie, powiedziałam ci, ostrzegłam... czyń co ci dyktuje obowiązek rodzicielski...
Wpadająca do pokoju Zosia przerwała w porę rozmowę, którą panna Klara z nadzwyczajną zręcznością zwróciła na masło i sery... Zosia uściskała ojca, pocałowała ciotkę, okręciła się po pokoju i siadła do fortepianu zagrać staremu ulubionego poloneza.
Ostójski choć tak obojętnie niby zbył pannę Klarę, mimowoli wszakże zadumał się nad tem co mu powiedziała. Kwaśno mu się zrobiło. Pana dla córki mimo honoru, stanowczo nie chciał, a nużby się istotnie przyczepił. No, rzekł pocieszając się, toćby mu rodzice zabronili, niema sobie czem głowy suszyć!