Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie — ale bo mów po prostu, jak mówisz do dziewek na folwarku, bo dalibóg zwarjuję! — zawołał Ostójski — więc cóż?
— Ale to jest miłość jak nawałnica gwałtowna... miłość takiego młodzieńca... który...
— No, który się ożenić nie może i nie zechce, który sobie się podurzy, my się z niego pośmiejemy — i kwita. Pojedzie do Berlina i przy aktorkach zapomni.
— Ty zawsze z prozaicznej strony uwzględniasz wszelkie wypadki, — mówiła panna Klara, — lecz ta miłość nie jest przelotną fantazyą nierozważnego młodzieniaszka, on o niej mówił z matką.
— To nie może być! — zawołał Ostójski, — bałamuctwo! tfu!
— Klnę ci się iż tak jest jakem rzekła... nie bierz lekko bo małem nie jest... ja ci to mówię.
— Ale cóż tedy począć?
Panna Klara z politowaniem popatrzyła na brata: — Więc nie wiesz co ci czynić należy? że ta miłość szlachetnego młodziana może do twego domu wnieść zaszczyty, świetną przyszłość — dźwignięcie z poziomego stanu — w jaki nas niesprawiedliwe wtrąciły losy.
— A daj że ty mi pokój z temi losami, ja z mojego poziomego stanu zupełnie jestem zadowolniony — a niech mnie Pan Bóg łaską swą uchowa bym Zosię wydał za takiego, coby myślał że jej łaskę zrobił... Ani o tem chcę słuchać.
— Lecz spytaj, ojcze niebaczny, serca swego dziecięcia — zawołała panna Klara — a jeśli ono ci powie