Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A co? — spytał.
— Czekam żebyś tę kabałę skończył, bo jest bardzo ważna rzecz... tajemnica... do zobopólnego porozumienia... — stylizując już nieco rzekła cicho Klara.
— Ja dopiero zaczynam! — zawołał Ostójski, — więc cóż? kura zniosła szare jajko? Ciele zdechło? co?
— No, nie obracaj w żarty rzeczy nieznanej, — uroczyście dodała siostra, — rzeczy ważnej, wielkiej, której doniosłości umysł twój ani dościga, ani się dorozumiewa.
— E! do kata! to chyba koń zdechł! — żartobliwie mruknął Ostójski.
— Jesteś istotnie nielitościwy z tem swem lodowatem szyderstwem — tu idzie o Zosię...
Ledwie tych słów domówiła, ojciec się zerwał rzucając karty.
— O Zosię? no cóż! gadaj! co!
— Dajże mi w pewien szyk myśli me złożyć, — rzekła panna Klara.
Ostójski milczał, ale z niecierpliwości bębnił palcami po stole.
— Jest taka rzecz, — mówiła do ucha prawie panna Klara. — Mam swych przyjaciół i życzliwych w pałacu... mam swe ztamtąd wiadomości. Wiem z największą, ale to z największą pewnością — zatrzymała się — młody hrabia szalenie się w Zosi zakochał.
Ostójski się roześmiał i ramionami ruszył. — No, to co?
— Jakto? nie przewidujesz następstw? Nie widzisz nadciągającej chmury... morze burz które istnienie nasze zakłócić mogą? Jesteśli obojętnym na losy twego jedynego dziecięcia?