Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odbierają dzierżawę i idziemy z jego remanentami w świat.
— O! mój Boże! z pieniędzmi też i pracą ojcowską — odparła Zosia — to nie straszne...
Spojrzała na ojca, który wciąż wąsy kręcił.
— Nie prawdaż ojcze?
— Juściż człowiek sobie zawsze na świecie kąt znajdzie — rzekł powoli — chociaż znowu, rumacya — moje dziecko — nie mała rzecz... nie mała.
— I dla czego? dla tego że pieszczonej panience nie chce się wystąpić, gdzie? w salonie takiej pani, która na królewskich dworach jak najlepiej jest widzianą. Przecież hrabina słynie z jak najlepszego tonu, przecież to pański dom... W dodatku uczennica Liszta... Ty zawsze mówisz, a! żebym to ja mogła nabrać stylu, stylu... a gdy styl sam do ciebie idzie, to żeby się trochę nie zakłopotać, odpychasz go! Samaż powiedz? czy to...
— Czy to rozumnie? — podchwyciła Zosia. — Ciocia chciała powiedzieć, czy to rozumnie.
Zosia była chłodna i nie unosząc się pocałowawszy ciocię w ramię, zaczęła.
— Niechże ciotka mnie posłucha. Nie przeczę że mogę nabrać stylu, lecz i świat ten i ludzie i życie nie dla mnie. Nawyknąć do nich jest to sobie może zatruć życie. Nuż ja się rozkocham w błysku, w elegancyi, w tych obyczajach... to co?
— A! jak Boga kocham — Zosia ma słuszność — rzekł Ostójski.
— Zofia u ciebie zawsze a ja nigdy nie mam słuszności, mój bracie — trochę urażona odezwała się panna Klara. — Cóż to ona ma zaraz się popsuć pa-