Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śliczna brunetka maleńka, nos tylko nieco za rasowy... rączka i nóżka cudne, oko dyamentowe, żywa, dowcipna... i trzykroć sto tysięcy talarów.
— Dobijemy targu, — rzekłem, — byle nie długo myśleć.
— Seryo.
— Zupełnie.
— Mam pisać by żona ją przywiozła?
— Proszę.
Podaliśmy sobie ręce... Zgoda stanęła, Sauer zatarł ręce... Mnie się w głowie kręciło. Powróciwszy do domu zasmuciłem się trochę. Te stosunki! stosunki! pokrewieństwo z Mendelsohnami i Beerami a zatem i Meyerbeerami mogą smakować... mnie com nie muzykalny... ah! tam zaraz w miejscu powinszowali mi wszyscy, a ktoś zręczny przysięgał się iż dawno we mnie domyślał się miłości dla panny Filipiny. Nieprzeczyłem. Nazajutrz gruchnęło to po Berlinie, nie ręczę, żeby Sauer sam bojąc się mego wycofania, nie roztrąbił. Zatelegrafowano moje oświadczenie do Ostendy.
Po tym pamiętnym mi obiedzie upłynęło dni cztery, jednego ranka otwierają się drzwi i bez anonsowania wchodzi do mnie Baron, ale kwaśny i z wywróconą twarzą, ażem się zląkł. Stanął naprzeciw mnie, kiwając głową w milczeniu.
— No, no, podszedłeś nas hrabio, wcale zręcznie...
— Ja? jak? — spytałem.
— Ojciec wasz zbankrutował?!
— Tak źle nie jest, — rzekłem, — interesa są ciężkie, ale nie zrozpaczone...
— Ale wy nic nie macie?