Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lusowy, dom otwarty, bale jakich ambasadorowie nie dają... Otarł się przytem tak wybornie, iż w nim owego dawnego buchhaltera ani znać...
Baron Sauer był mi zawsze bardzo przyjaźnym. Zobaczywszy mnie, zaprosił na obiad męzki. Żona jego była na wsi. Pojechałem, było nas kilku z wyższego tutejszego świata dobrych chłopców, radych się poweselić i pośmiać. Przy obiedzie paplaliśmy. Zgadało się o ożenieniu, jam się nie bez celu wyrwał, że mnie celibat nudzi, i że gotów bym się ożenić.., Baron podchwycił — naprawdę? — naprawdę. Niemasz hrabia przesądów? — Żadnych, ale wymagam od żony wykształcenia jej stanowi właściwego, młodości i — dokończyłem na dłoni wskazując jak się liczy gotówkę. Baron się roześmiał. Cela va sans dire? rzekł. Chcecie się żenić, bierzcie Filipinę Sauer, mojego zmarłego brata i siostrę... Widzieliście ją, ładna jak aniołek a raczej jak szatanik, uczona jak Rachel... i ma trzykroć sto tysięcy talarów posagu... Wiem że jesteście katolikiem i że dla was, sama przyzwoitość wymaga aby żona była katoliczka — ale o to bardzo łatwo — nam wszystko jedno... Filipinę umyślnieśmy zachowali i wychowali... nie dając jej żadnej konfesionalnej edukacyi, aby sobie religię wybrać mogła... Gdyby się trafił bankier izraelita — mogłaby zostać w wierze ojców, jeśli protestant junkier, gotowa być protestantką, — a gdy się katolik podoba — będzie katoliczką.
Uśmiechnął się poczciwy Sauer, znajdując nadzwyczaj praktycznem wychowanie synowicy — przyznaję się, że mnie to wszystko wielce także nęciło. Widywałem już pannę Filipinę, jest ładna, a raczej