Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


teczna decyzja względem pańskiej podróży, dokądże, na wschód, na zachód, północ czy południe?
— Niech pan zgadnie, — odparł Julian, — w samej istocie wczoraj stanowczom sobie powiedział co mam czynić... niech pan zgadnie!
— Otóż go masz! — zaśmiał się stary, — jak ty chcesz żeby stary odgadł młodego — to nie jest w naturze rzeczy. My postępujemy rozumnie, wy szalenie, jakże ja mogę odgadnąć jakie ci się głupstwo zrobić podoba?
— Ale czyż koniecznie głupstwo? — powoli zapytał Julian.
— Prawie nieuchronnie! — westchnął Cześnikiewicz, — na to jesteś młody. Młodość daną jest człowiekowi na to, ażeby popełnionych w ciągu jej niedorzeczności reszty życia żałował.
Kanonik się roześmiał. — A toś asindziej trafnie powiedział.
— Tandem, panie Julianie, ja nie odgadnę.
Julian miał oczy w talerz spuszczone.
— Jeszczem nawet ani matce ani wujowi nie przyznał się, — rzekł, — a tu mnie pan Cześnikiewicz zmusza do publicznej spowiedzi.
Matka w istocie z obawą wielką spoglądała na syna, Kanonik z ciekawością.
— Ja, — korzystając z milczenia wtrąciła panna Klara, — ja to znajduję naturalnem wielce i młodości właściwem, iż ona za ideałami goni i

„ściga niedoścignione“

i nie dziwiła bym się gdyby doktór Julian, choćby na