Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trynerom wieku, które zwycięzko raz już sprawił w XVI w. Kościół uorganizował sobie ten korpus mężnych zapaśników i musi strzedz aby go szanowano.
— Ks. Kanonik sam winien... ja mu najlepiej życzę... Proszę mi wierzyć. Ale ileż to razy publicznie mówił przeciw temu i innym zakonom, które są potrzebne i Bogu miłe... Powtarzano jego słowa...
Julian nie odpowiadał nic, nie usiadł nawet i pobywszy chwil kilka pożegnał ks. administratora.
W kilka dni potem Ostójski zaprosić przyszedł na obiad swych miłych gości ze dworku.
— Obiadek będzie skromny, szlachecki... ale barszczyk z uszkami robi kucharka... jak nie można lepszy... a kieliszek wina ze starego zapasu się znajdzie...
Nie można było odmówić — poszli tedy wszyscy. Panna Klara z Zosią same nakrywały śmiejąc się do stołu, a Ostójski w wyśmienitym humorze talerze przynosił.
Na tę scenę wesołą wszedł Kanonik z siostrą i Julianem. Julian zaraz rzucił się pomagać i szczególnej łasce Bożej winni byli że przy tem wyprzedzaniu się nie potłukli nic.
Żadna w świecie najwykwintniejsza uczta pod błogosławieńszą wróżbą rozpocząć się nie mogła. Zosię los posadził przy Julianie, szczebiotała jak za dobrych czasów.
W pół obiadu, Ostójski podniósł głowę z nad talerza i pyta:
— A co tam, panie Julianie, czy nie zapadła osta-