Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


księżyc wzlecieć zapragnął... Wszak poeta nasz mówi:

Młodości, ty nad poziomy...

— Ale bezpieczniej chodzić po ziemi, — przerwał Ostójski.
— I ja tak sądzę, — rzekł Kanonik, — chodzić po ziemi a oczy mieć wlepione w niebo.
Zosia popatrzała na Juliana, który w tej chwili oczy miał wlepione w talerz — zdawał się zakłopotany.
— A no, mów pan co poczynasz, — rzekł Ostójski, i ten kieliszek wypijemy za sukcesa jego przyszłe...
— Zawiodę państwa nadzieje, — odezwał się doktór powoli i jakby wahając... — Myślałem długo, długo — i — nająłem od Drewnowicza dworek w miasteczku.
Ostójski aż się z krzesła porwał.
— Możesz to być?
Kanonikowi i matce łzy się w oczach kręciły... oczy ich przez nie patrzały na Juliana dziękczynnie.
— I niceś nam nie powiedział, — szepnął Kanonik.
— Wiedziałem że matka i kochany wuj życzyli sobie tego, zostanę i zostanę tu z przyjemnością wielką...
— A! niechże ci Bóg płaci! — krzyknął Ostójski, — i za zdrowie twoje!
Panna Klara patrząc na zarumienioną bardzo Zosię usta satyrycznie zagryzła.
— Ale czyż pewnie to? — rzekł gospodarz.
— Tak pewnie, żem z Drewnowiczem na lat trzy kontrakt podpisał i zadatek mu dałem... — odparł Julian. — Dworek jest trochę za obszerny, — dodał, ale Kanonik, mama, ja... i zresztą doktór musi mieć