Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzo młodym zdrowe, nie powiem. Przytem pojmuję że gdzie człowiek nie czuje się równym i za równego uznany nie jest, tam mu źle i ciasno...
— Duma, dumka w Zosi gra — przerwała panna Klara — niechce się hrabinie, która jest urodzoną w książęcym domu, pokłonić... Panuje tu na folwarku... więc...
Zosia się mocno zarumieniła i posmutniała a wyraz jej twarzy pochwyciwszy ojciec zasępił się i z wyrzutem spojrzał na siostrę.
— Moja ciociu, ja nigdzie panować nie chcę... ale też nikomu się sponiewierać nie dam... Trzeba tego dla spokoju ojca — pojadę do pałacu — o cóż idzie — a tam, będę się umiała znaleźć jak przystało... więc dosyć...
To mówiąc Zosia wzięła kapelusz i szal rzucone na krzesło i spokojnie wyszła do swojego pokoju. Ostójski został ze spuszczoną głową, panna Klara, w której jeszcze zburzonych uczuć i myśli zostało podostatkiem nie wyszafowanych — zdziwiona i zakłopotana ujrzała się w obec brata wprawdzie zwycięzką na placu boju — ale mocno zmieszaną co dalej począć miała.
Ostójski wziął ją za rękę.
— Po co Zosię drażnić? na co to takie rzeczy pleść? do czego? No widzisz siostro, widzisz... Zosia się zburzy, odchoruje... a ty będziesz wszystkiemu przyczyną.
— Odchoruje! zburzy! powtórzyła Klara — aćpan jesteś ślamazarnik, dziecko pieścisz... a o prawdziwym jej dobru zapominasz... Rozpieściłeś — i, po wszystkiem.