Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tę niechęć bardzo wyraźną, Kanonik usiłował o ile możności uśmierzyć — jakoż poskromił łatwe jej wybuchy, bo Eliasz znał karność i praktykował ją po żołniersku — tylko — uczucia swe w sobie schowawszy, nie łatwo się ich wyrzekał. Wikary ze swojej strony skarżył się ciągle na starego wiarusa, usiłując go precz wyrzucić pod pozorem niedołężności i wieku, Kanonik stanowczo odmawiał.
— Póki mnie tu, póty i jego, — mówił krótko i wyraziście.
Trzepiąc dywan, cały pokapany woskiem, stary mruczał i spluwał...
— Co ty tam gderasz, Eliaszu? — spytał Kanonik zbliżając się.
— A jak niemam gderać? jak się niemam oburzać? co ja tu poradzę! co! — mówił Eliasz. Kobierzec stary, bo to podobno jeszcze z pogrzebu nieboszczyka generała do kościoła się dostał, poleli go woskiem... dziury powypalali, a ks. Leon na mnie się napusza, że ja w takim stanie go zaściełam, że ja powinienem go odświeżyć! co ja mu zrobię? jak? czyść go, myj, wyłupuj, trzep... nic tu nie poradzi...
— Wiesz co, panie Eliaszu, — rzekł Kanonik, — aby ten przedmiot drażliwy z oczów usunąć, schowaj go do skarbca i po wszystkiem.
— No — to ołtarza przed Ś. Antonim nie będzie czem zasłać, — rzekł Eliasz... — to ten — potem powie, że gołe stopnie i że to obraza Pana Boga, niechlujstwo, zaniedbanie..,
— Jest na to rada, — zawołał Kanonik, — mam dywanik, który mi nie jest potrzebny, ofiaruję go chętnie pod stopy Ś. Antoniemu...