Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widzą i wiedzą kiedy państwo są u siebie — cóż ja będę kłamał?
— Tylko mi ty nie teologuj i nie kręć, — zawołał Ostójski, — dla wszystkich my jesteśmy w domu, a dla nich — nie. Jakóbek gębę otworzył.
— Zrozumiałeś?
— Rozumiem, proszę pana, to tak jak w mieście, gdzie choć kto jest doma, nieprzyjmuje...
— Jeśli spytają o mnie — nie ma, o pannę Klarę, — nie ma, o pannę Zosię, nie ma. Nie ma i nie ma.
— A dopóki to ma być?
— Póki cię ze szyldwachu nie zdejmę, — rzekł Ostójski. Dobył sakiewki z kieszeni, dostał z niej talara bitego i dał chłopcu — porzuć wszystko i idź na wartę w ganek.
To rzekłszy spocony, zmęczony, rzucił się Ostójski na kanapę i uznojone czoło sparł na dłoni. Zosia i panna Klara stały nad nim milczące nie śmiejąc go nawet zapytać co się stało. Rzadko go widywano w tym stanie, a gdy był podraźniony, wiedziano iż mu się trzeba dać wysapać, dopiero sam potem udobruchany z serca ciężar rzuci i wygada się.
Panna Klara zrozumiała tylko jedno, iż jej dla Zosi nadzieje rozchwiane były, iż coś stawało tej miłości na którą ona rachowała — na przeszkodzie.
Zosia przyjęła to obojętnie, dla niej jakkolwiek pałacowe towarzystwo było dosyć przyjemnem, ceniła je głównie z tego, że tam teraz częściej Juliana spotkać, spojrzeć na niego i śledzić go mogła.
Ostójski siedział długo oparłszy głowę na dłoni, wzdychał, kręcił się, mruczał, nareszcie oczy odsłonił i zobaczył już tylko Zosię samą, która z troskliwością