Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziecięcą, w milczeniu siedziała czekając aż ochłonie...
— Ty tu jesteś? spytał cichym głosem, — dobre dziecko? Prawda? nie gniewasz się na mnie? nie?
— Za co?
— Za to, że cię towarzystwa pałacowego pozbawiłem... ale niech ich tam wszystkich... wezmą. Nam nic po niem, nic... Toć przecie ludzie z innej gliny i innego gatunku. Co nam po nich, co im po nas? Pókiśmy im gotowi jak pudle na dwóch łapach służyć, póty dobrze, ale uchowaj Boże myśleć się o równe upomnieć prawa...
— Mój tatko — o cóż poszło?
Ostójski pomyślał trochę, jakby rozważał czy ma jej wszystko powiedzieć, potem rzekł:
— Na co ci mam taić. Stary hrabia mnie wezwał dziś rano, aby mi oświadczyć, iż my napróżno rachujemy na bałamucenie jego syna... bo on się w żadnym razie z tobą nie ożeni... A razem prosił... abyś ty nie bywała w pałacu.
Zosia skoczyła zapłoniona, gniewna jak ojciec, uderzając w rączki.
— A ty? a ty? — spytała.
— A jam mu powiedział, że my nikogo ciągnąć nie potrzebujemy, że my... tego. No, dosyć żem mu szpetnie zmył głowę i wypadłem. Teraz trzeba się innej dzierżawy starać, bo gdyby oni mnie chcieli, ja ich — nie. I rozumiesz dla czego gdyby kto przyszedł z pałacu zakaz przyjmowania...
Zosia pocałowała ojca w czoło.
— Uspokój się tatku, — rzekła, — proszę cię. Postąpiłeś godnie, święcie... Nie radabym w tej chwili