Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ztąd ruszyć, ale — wola Boża! Słuchaj dobry ojcze — konie dysponuj na jutro, gospodarstwo zdaj na Obzorskiego — a my — jedźmy...
— A! ty jesteś złota dziewczyna! — zawołał zrywając się Ostójski, — tyś anioł, ja wiem i czuję twoją ofiarę... ale trzeba jechać. Jedźmy... jedźmy! dokąd?
— Dokąd chcesz — mnie wszystko jedno. Jutro — dziś, jeśli można.
Zosi łzy się kręciły, ale i ona oburzona była, krew młoda w niej kipiała.
— Dokąd chcesz ojcze... byle prędko...
Ojciec rzucił się ją całować i ściskać, popłakali się oboje. Na tę scenę weszła panna Klara zdumiona, trochę kwaśna.
— Cóż to za czułości? — spytała...
Ostójskiemu humor nagle powrócił.
— Siostro Klaro, — odezwał się — hora canonica, każ dać wódki i piernika... i niech ich... wezmą!
— A ja o niczem nie wiem! — z urazą szepnęła stara panna, — mnie trzymacie w dręczącej nieświadomości przedmiotu waszych gniewów, rozczuleń i wesela? Godziż się to?
Ostójski milczał, Zosia szła pocałunkiem przebłagać...
— Mnie zawsze los ten spotyka jakby obcą istotę, — westchnęła panna Klara.
Zdziwienie w pałacu było wielkie, gdy Zosia zaproszona na obiad i na przegranie z hrabiną ulubionego jej kwintetu Schumana na cztery ręce — nie przybyła. Czekano chwilę, potem dano do stołu, potem sądzono iż przyjdzie po obiedzie, aż hrabina która swym fantazyom wszelkim, a szczególniej muzykalnym