Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Nic się nie stało, tylko ja ojciec, głowa domu i chcę by tak było i — rozkazuję.
— Zawołać Jakóbka.
Panna Klara stała niema.
— Proszę mi kazać zawołać Jakóbka...
Jakóbek był chłopak pełniący różne funkcye, lokaja, kamerdynera, woźnicy a nawet dozorcy w polu. Przeważnie jednak półmiski roznosił i posługiwał w salonie.
— Zawołać Jakóbka! — po raz trzeci powtórzył pan Ostójski, aż sama Zosia pobiegła po niego, czemu się nie sprzeciwił. Tego czasu użyła panna Klara aby go spytać znowu.
— Ale cóż bratu jest?
— Nic mi nie jest i proszę mnie o nic nie pytać. Dysponuję bo mi się tak podoba... W tej chwili Zosia wbiegła prowadząc ze sobą Jakóbka, który w pospiechu nie mając czasu przywdziać surduta, zjawił się w granatowej kamizelce.
— Jakóbek mnie wysłucha z uwagą i spełni co do joty to co mu powiem. Słyszysz — co do joty.
— Słyszę panie.
— Włożysz surdut naprzód, porzucisz wszelką inną robotę, kto inny cię zastąpi, staniesz w ganku i będziesz stać od godziny 10 rano do wieczora. Jeźliby kto przyjechał lub przyszedł z pałacu, hrabia dziedzic stary czy młody, czy ktokolwiek bądź — zastąpisz mu drogę i powiesz wyraźnie i dobitnie, że państwa nie ma w domu. A jeśliby się wnijść upierał, — zamkniesz drzwi pod nosem — słyszysz?
— Słyszę, proszę pana — rzeki Jakóbek, — ale oni