Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale któż najlepiej przemawia do serca pani?
Zosia spojrzała mu śmiało w oczy.
— Śpiew kościelny i piosnka pastusza...
— A! a! więc i Chopin?...
— Często... —
— Pani wie zapewne — dorzucił Margocki — że nasza hrabina była niegdyś znakomitą virtuozką, lubi muzykę niezmiernie, pasyami i dziś jeszcze mimo swych pięćdziesięciu... do których się nie przyznaje, par paranthese, gra jeszcze bardzo ładnie. To jej najulubieńsza rozrywka... a że tu niema z kim grać na cztery ręce, — co jest jej wielką rozrywką — bardzo by pewnie była rada... gdyby pani...
— A! ja wcale nie grywam na cztery ręce! — pospiesznie przestraszona zawołała Zosia.
Margocki się roześmiał.
Ce n’est que le premier pas qui coute — rzekł — znajomość z hrabiną, pewnie by była miłą... i niepodobna by ona pani, pani jej nie oceniła. Jest to znakomita ze wszech miar osoba... sławna z dobroci, dowcipu, talentów we wszystkich europejskich stolicach. Elle a été très goutèe par l’imperatrice Eugénie.
— Ale, zmiłuj się pan, ja jestem prostą sobie wieśniaczką — zawołała Zosia.
— Godna najświetniejszych salonów... — rzekł żywo Margocki i skłonił się. — Ja już z góry spisek na panią uknułem: je n’en demordrai pas.
Skłonił się i odstąpił aby Zosi nie dać czasu się bronić.
Ostójski, który część rozmowy pochwycił, po-