Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przed pokrzywdzonym byłoby daremnem, lecieć do pałacu żądać rady i protekcyi — upokarzającem. Należało się przyznać do listu, a bądź co bądź, ten rodzaj honoru, choćby gorliwością osłoniony, chluby mu nie przynosił. Gubił się w myślach... nie mając siły ruszyć z miejsca.
Julian który był odszedł nieco, wrócił właśnie i zastał go jeszcze pod wrażeniem tej trwogi.
— Co ci to ks. Wikary?
— Mnie? mnie? no — nic — nic... mam czasem takie uderzenia do głowy... Chodźmy.
— Przejść się?
— A! nie, nie! ja muszę... zdaje mi się... może być że będę potrzebował do pałacu — przepraszam...
I zostawiając zdumionego Juliana, odbiegł na wikaryę. Szło mu o to by został... aby go z miejsca nie wydalono — potrzebował tego koniecznie. Biedz do pałacu? jechać potajemnie aby Kanonika wypędzić zostawiając kościół bez obsługi? Spuścić się na los i pozostać nic nie czyniąc?
Z kolei błyskały mu te wszystkie myśli po głowie... Była nawet chwila że zamierzał wprost udać się do Kanonika, wyznać mu swą winę i prosić o przebaczenie... Nie postanowiwszy nic — chwycił kapelusz i szybkim krokiem uszedł z probostwa tak, że stary Eliasz, który go nieco szpiegował — nie mógł dopatrzeć dokąd... Szepnął tylko widząc go tak biegnącego.
— O! już go też coś opętało! opętało! już poleciał... jak lis na kury... na polowańko! Ej! odkryję norę, ptaszku! odkryję, chociem kulawy... Bo że ty tu coś niedobrego knujesz — to bym na ewangelią przysiągł...
Pan Ostójski miał jeden zły nałóg którego się