Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prośbę jednę i konieczną do was, życzę sobie sam rozporządzać moją częścią pracy i sam ją sobie wydzielać. Zechciejcie mnie w niczem i nigdy nie zastępować, chybabym sam o to prosił...
Powiedział to tak chłodno, grzecznie, bez najmniejszego odcienia gniewu i żalu, iż ks. Wikary sądził że mu zapewne coś donieść musiano, ale nazwiska jego pewno nie wymieniono. Odetchnął.
— Bardzo dobrze, — rzekł zawsze niewyraźnie, — bardzo dobrze — wszak ja się stosuję do rozkazów ks. Kanonika.
Kanonik się skłonił.
W tej chwili list nie dobrze na prędce wetknięty w kieszeń wypadł na ziemię i ks. Leon z przerażeniem poznał pismo własne. Zdrętwiał... Kanonik schylił się, papiery zebrał i schowawszy je do kieszeni, pozdrowił go i odszedł.
Wikary stał długo nie wiedząc co począć. Sam był człowiekiem nadto namiętnym ażeby mógł przypuścić, że tu się bez zemsty i odwetu obejdzie. Spokój z jakim mówił Kanonik, wedle niego dowodził tylko, że potężne mając plecy wcale się nie obawiał. Należało więc tem bardziej lękać się o siebie. Nie pojmował Wikary ażeby po denuncyacyi pozwolono mu tu dłużej pozostać, podróż tłumaczyła się tem, że Kanonik zażąda zmiany Wikarego. Mięszało to nadzwyczajnie wszystkie plany i roboty porozpoczynane ks. Leona, roboty tajemne, które jemu tylko samemu znane były, a których wykonanie długiego wymagało czasu. Stał tak, mimo zwykłej swej przebiegłości zrazu nie wiedząc co pocznie — przeniesienie zdawało się nieuchronnem, a było dlań — zabójczem... Iść się ukorzyć