Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wybrali się po obiedzie do Ostójskiego — którego szczęściem w domu zastali. Młody medyk zdziwił się nieco wyraźnie umyślnie zwiększonej jeszcze prostocie urządzenia domu. Jedna sługa starczyła do kuchni i pokojów, gdyż Zosia a po części i ciocia resztę roboty wzięły na siebie. Ostójski Jakóbka odprawił i mówił że się doskonale bez niego obchodzi. Nie było skąpstwa lecz widoczna i troskliwa oszczędność.
Ciocia, którą po raz pierwszy spotykał Julian, podała mu rękę i rozpłakała się.
— Jedna chwila, — rzekła, — częstokroć przedziela szczęście od niedoli. Gdyś pan zdążał ztąd po wieńce do stolicy... zostawiłeś nas opływających we wszystko... dziś znajdujesz w nędzy...
— Ale dałabyś pokój, — ofuknął Ostójski, — gdzież nędza! gdzie nędza? To już retoryka za daleko posunięta...
— Szala losu przechyliła się w stronę przeciwną, — dodała panna Klara.
Ostójski z gościnnością w domu i dobrym humorem starał się gościowi dać zapomnieć że powinien był kondolencyjny przynieść komplement. Na pierwsze Juliana słowo — przerwał mu.
— Nic niema tak strasznego, chleba kawałek został, a póki siły póty pracy być powinno... Nie mówmy o tem.
Zosia choć swobodna i prawie wesoła, nie szukała już rozmowy z Julianem, nie wyzywała go do niej jak wprzódy — Julian znowu, jak gdyby ze swej strony chciał dowieść że zmiana położenia na jego uczucia nie wpłynęła, o wiele był swobodniejszy i weselszy niż dawniej.